ROZDZIAŁ I
LOT W NIEZNANE
Kadłub samolotu znów zadrżał, a nad głowami ponownie zapalił się napis: ZAPIĄĆ PASY. "To dzieje się zbyt często, coś się chyba psuje" - pomyślała kobieta i spojrzała przez okno. Pogody na zewnątrz nie udało się ocenić, przynajmniej z perspektywy pasażera. Było ciemno, co normalne w środku nocy. Czuła się jak w studni bez dna, jak w czarnej dziurze.
- Możesz zasnąć? - dziewczyna wtulała się w ramię siedzącego mężczyzny. - Cholerne oparcie! - walnęła dłonią w wystającą poręcz fotela, która uciskała ją w żebro.
- Nawet koala by nie zmrużył oka. Wszystko się we mnie trzęsie, jakbym sunął deskorolką po kocich łbach. Wiesz, czytałem gdzieś, że nad Afryką są takie silne prądy powietrzne,
że huragan to przy tym pestka.
- W górze?
- Tak, przechodzą na wysokości ponad dziesięciu tysięcy metrów. Zdaje mi się, że gdy nas tak rzuciło, to było właśnie coś takiego. Od tamtej pory nie możemy odzyskać płynności lotu.
- Wiktor, przestań! To wcale mnie nie uspokaja. Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym.
Nagle samolot opadł w dół niczym winda zerwana z liny. Trwało to sekundę, może dwie. W tym czasie pułap lotu obniżył się o kilkadziesiąt metrów.
- O jasna...! - chłopak zatkał dłonią usta, a żołądek jego znalazł się gdzieś pod językiem. - Już dobrze, ale takie skoki mnie wykończą - złapał kilka oddechów i próbował wykrzywić usta, aby choć trochę przypominały uśmiech bohatera.
- To już dwa tygodnie od naszego wesela. Jak się Czujesz w nowej roli? - spytała kobieta.
Wiktor starał się opanować mdłości. Oddychał głęboko. Próbował podkręcić jeszcze mocniej nawiew powietrza, ale się nie udało. Był już nastawiony na maksimum.
- Powiem szczerze, że bardziej odpowiedzialnie. Choć jeszcze do mnie to nie dotarło. Twój ojciec dosadnie mi zasugerował, abym się tobą opiekował.
- Tata zawsze miał bzika na moim punkcie. No cóż, jestem jego oczkiem w głowie, ale Olga nadal traktuje cię jak młodszego braciszka.
- Olga! Olga to... to indywidualność, klasyka nadopiekuńczej miłości siostrzanej. Mogłaby być prawnikiem, idealnie się do tego nadaje, a ja powinienem się zająć czymś bardziej luzackim. W końcu to ona pchnęła mnie na prawo, a sama zajęła się reklamą.
- No nie gadaj, zrobisz aplikację i będziesz miał dobry zawód.
- Tak, tylko trzeba się na nią dostać, przeżyć i zdać egzamin. Potem załapać się do kancelarii, a później, jak będzie trochę szczęścia, założyć własną i szukać, szukać klientów. Na razie rozwijamy ten biznes, na którym mamy trochę zarobku. Jak widzisz, nie wychodzimy na tym tak źle. Ludzie chętnie piją rano mleko i chrupią ciepłe bułki. Jak tak dalej pójdzie, zaczniemy dostarczać pod drzwi każdego ranka nie tylko mleko, ale i wędlinę, gazety i wszystko, czego będą chcieli. Dostawa o poranku. Jesteś w kapciach, w pieleszach? A może w piżamie? Śniadanie czeka pod drzwiami - Wiktor na poczekaniu układał slogany przydatne w działalności, jaką prowadził. - Tylko że wstajesz o drugiej w nocy i chodzisz smętny
do wieczora.
- Kochanie, hurtownie pracują właśnie o tej porze, nic na to nie poradzę. Ty przecież, jak wrócisz z pracy w banku, masz całą papirologię na głowie. A obiecałem twojemu ojcu, że dokończysz studia. Więc nie lituj się nad moim losem, twój wcale nie jest lepszy.
- Muszę się o ciebie troszczyć, abyś miał siłę na wszystko.
- Taaak. To troszcz się, troszcz - położył dłoń na jej udzie, przycisnął, aż poczuł puls. Chciał ją pocałować, ale w tym momencie samolotem targnęła jakaś siła i oboje zamarli w bezruchu.
- Mam już dość. Wujek miał gest z tą wycieczką do RPA, tylko szarpnął się nie za zbytnio. Znalazł najtańszą z możliwych. Na samo dotarcie na wybrzeże południowej Afryki i z powrotem stracimy połowę czasu, jaki mamy na cały wyjazd.
- A chwalił się na weselu swym prezentem, jakby to miała być podróż do raju. Lidka, masz wspaniałego wuja. To nic, że znalazł najtańsze w Niemczech biuro podróży. Sam fakt, że lecieliśmy z przesiadką we Frankfurcie, to widocznie dla niego już coś znaczącego. Doceń i korzystaj - delikatnie poklepał dłoń ukochanej.
- Wiktor, zobacz! - szeroko otwarte oczy dziewczyny wpatrywały się w okienko samolotu.
- Pewnie światło sygnalizacyjne... chyba - mężczyzna próbował wyjaśnić, co to za błyski odbijają się łuną od skrzydeł maszyny.
Drżenie kadłuba wzmagało się, a wstrząsy sprawiały wrażenie, że tylko jakaś magiczna siła trzyma wszystko w kupie.
- To dlatego, że siedzimy na samym końcu. Jak chcesz, przesiądziemy się gdzieś bliżej. Jest parę wolnych miejsc.
- Nie, przynajmniej lecimy sami, tam też na pewno nie jest lepiej - odpowiedziała Lidka.
Napis: ZAPIĄĆ PASY migał bez ustanku. Samolotem targała kolejna fala wstrząsów, drgań i Bóg wie, czego jeszcze. Nagle światła zgasły i nastała kompletna ciemność, przerywana jedynie impulsami sygnalizacyjnego światła zewnętrz-
nego. Po chwili i ono znikło.
- Wiktor! - palce dziewczyny wpiły się nerwowo w ramię męża.
- To tylko chwilowe, proszę się nie bać - świecąc niewielkimi latarkami, stewardessy przechodziły między fotelami i próbowały uspokajać pasażerów.
W końcu zapaliło się awaryjne oświetlenie podłogowe, a z głośnika dobył się głos: "Tu mówi kapitan. Mamy niewielką awarię systemu elektrycznego. Proszę o zachowanie spokoju, nie ma żadnego powodu do obaw. Pozostałe najważniejsze systemy są sprawne, również awaryjne. Działają bez zastrzeżeń. Przepraszamy za chwilowe niedogodności. O wszystkim będą państwo informowani na bieżąco przez personel pokładowy. Obecnie jesteśmy nad terytorium Czadu. Przelecieliśmy nad Saharą, gdzie wystąpiły silne jak na tę porę roku prądy powietrzne wywołujące turbulencje. Przewidujemy lądowanie na lotnisku w Johannesburgu za około pięć godzin."
- Zrozumiałeś, co mówił? - zapytała Lidka.
- Dobrze, że powtarza po angielsku, bo po niemiecku ani trochę nie rozumiem.
- Mógłby po polsku, przecież leci tu trochę naszych.
- Kochanie, to niemiecki samolot, więc nie wymagaj cudów. Zresztą jak nie rozumiesz, to najlepiej obserwuj pasażerów. Póki nie wpadają w panikę - jest dobrze.
- A jak zaczną? Zimno mi.
- Chcesz koc? - Wiktor potarł ramię Lidii, przykręcił nawiew, który już nie działał, po czym rozejrzał się za obsługą. Nikogo nie widział. Kilka osób narzuciło już koce na siebie i wyglądało na to, że z otrzymaniem kolejnego może być problem. Nacisnął kilka razy przycisk przywołujący obsługę, ale wszystko wskazywało na to, że nie działa. Odpiął pas fotela i ruszył w kierunku kokpitu. Nim dotarł do połowy drogi, z boku wyskoczyła stewardessa i stanowczo nakazała wrócić na miejsce. Na sugestie o kocu odpowiedziała coś, kręcąc przecząco głową. Już miał wracać, gdy nagły skok wysokości spowodował, że podłoga umknęła mu spod stóp i uderzył boleśnie barkiem o schowek pod sufitem. Po chwili wyczuł, że samolot z wysiłkiem próbuje się wznieść. Szybko dotarł do swojego miejsca z grymaśną miną, która mówiła, że nie załatwił nic ciepłego.
Huk, wstrząs i szarpnięcie. Samolot przechylił się na lewe skrzydło i zaczął opadać.
- Co się dzieje? - oczy Lidki wyrażały przerażenie.
- Chyba nie jest tak dobrze, jak mówił kapitan.
Wiktor wczuwał się całym sobą w każde drgnienie maszyny. Chciał wniknąć swym systemem nerwowym w system czujników i aparatury samolotu. Nasłuchiwał stukotów, łomotów i wszelkich niepokojących odgłosów. Było tego jednak za dużo.
- Słyszysz? Tak jakby... Mam wrażenie, że lecimy z wyłączonym jednym silnikiem, a drugi pracuje na wyższych obrotach.
- Nie wiem, chyba dla mnie za dużo tych wrażeń. Wiktor, najchętniej wysiadłabym z tego latającego pudła.
Samolot wyrównał lot, położył się delikatnie na lewej burcie i miarowo nabierał prędkości. Po chwili ponownie z głośników pasażerowie usłyszeli głos kapitana.
- Co on mówił? - upewniała się Lidia.
- Kair! Zawracamy do Egiptu. Tam mają serwis i po drobnej naprawie polecimy dalej.
- Drobnej! Ten złom ledwo się trzyma kupy. Dalej nie lecę, z Kairu wracamy do domu.
- Kochanie, zapewne to naprawdę coś drobnego. Lepiej sprawdzić niż ryzykować. Może dadzą jakiś inny samolot.
- Ja wracam!
- Szkoda wycieczki. Lidka, naprawią i polecimy dalej.
- Jak chcesz, leć sam. Ja wracam. To ty chciałeś do tej zakichanej Afryki.
- Teraz to moja wina.
- Nie, ale tak naprawdę to ja nie lubię wyjeżdżać. Wolę być z tobą w naszym mieszkanku. Teraz byśmy sobie leżeli w łóżeczku i...
- Ty moja sardynko. I za to cię kocham.
- Olga, jak nas odwoziła na lotnisko, miała jakieś złe przeczucia. Próbowała nas odwieść od tej podróży. Chciała, abyśmy razem z jej chłopakiem pojechali w góry.
- Ona zawsze jest taka. We wszystkim widzi zagrożenie. Najlepiej wprowadziłaby się do nas i nadzorowała nasze małżeństwo.
- Nie mów tak. Chciałabym mieć taką siostrę.
Obaj piloci w pełnym skupieniu starali się dotrzeć do najbliższego lotniska, które mogłoby dysponować jakimikolwiek warunkami umożliwiającymi odpowiednie zajęcie się pasażerami i maszyną. Byli doświadczonymi lotnikami, a częste trasy do Afryki nauczyły ich wiele.
- Ludwig, nie dolecimy do Kairu. Nie na tym, co nam pozostało. Muszę zmniejszyć moc, bo przeciążę silnik i będziemy jak szybowiec.
- To coś nad wybrzeżem północnej Afryki nie było tylko wiatrem. Szkoda, że nie mogę przyjrzeć się z bliska uszkodzeniom. Większość systemów albo nie pracuje, albo jesteśmy na awaryjnych. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim.
- Nawet dokładnie nie mogę ustalić, gdzie jesteśmy - stwierdził Hans. - Chyba gdzieś nad północnym Sudanem - dodał.
- Nawiąż łączność z Al-Chartumem, muszą nas przyjąć.
- Wolałbym nie tam.
- Hans, nie mamy wyboru.
Nieliczne pracujące wskaźniki dały znać o kolejnym problemie. Sytuacja stawała się trudna. Można by rzec, że nawet tragiczna.
Temperatura silnika szybko wzrastała. Kapitan zdawał już sobie sprawę, że może dojść do eksplozji, toteż zmniejszył moc do minimum zapewniającego w miarę stabilny lot.
- Personel, proszę przygotować pasażerów do awaryjnego lądowania. Lądujemy w Sudanie na... na terenach pustynnych.
"Chyba" - dodał w myślach.
Jak tylko personel pokładowy przystąpił do działania, kapitan w komunikacie dla pasażerów oznajmił, gdzie obecnie się znajdują. Że lądowanie, choć awaryjne, nie powinno być trudne i że tuż po nim należy opuścić jak najszybciej pokład samolotu.
Lidka po raz kolejny nerwowo wpiła paznokcie w Wiktora. Ludzie głośno rozmawiali. Jedni wyciągali coś ze schowków, inni siedzieli przerażeni, może się modlili. Oboje śledzili ten cały zgiełk ze świadomością, że sami, będąc z tyłu, nie są przez nikogo obserwowani.
- Warto było - rozmarzył się Wiktor - choć dla tych kilku chwil warto było być z tobą.
- I będą jeszcze nie tylko te. Przytul mnie.
Objął ją najczulej, jak tylko potrafił, spróbowali schylić maksymalnie głowy do kolan. Gdyby się dało, zamieniliby się najchętniej w jeden kłębek.
Samolot schodził coraz niżej i niżej. Za oknem - czarna dziura. Wewnętrznie czuli, że maszyna powinna już lądować. Ale było inaczej. Wydawać by się mogło, że samolot jest tuż nad ziemią, a on jeszcze leci i leci.
"Niech to się już skończy. Gdzie ta cholerna ziemia?" - myślał Wiktor. "Przecież lądowanie nie może trwać wiecznie. A może już nie żyjemy i tak wygląda czyściec dla tych, co spadają?"
Nagle samolot uniósł w górę kokpit, a z silników wydobyło się ostatnie tchnienie mocy. Chciał przyśpieszyć, wznieść się, ale było za późno.
Pilot najwidoczniej dojrzał jakąś przeszkodę i próbował w ostatniej sekundzie poderwać maszynę, aby nad czymś przelecieć.
Uderzenie było tak gwałtowne, że pasażerami szarpnęło we wszystkich możliwych kierunkach. Przeciążenie spowodowało, że Wiktor w ułamku sekundy poczuł wszystkie kości i kosteczki. Stracił orientację. Adrenalina wybuchła w jego organizmie z taką siłą, że nie miał świadomości własnego ciała. Uderzenie, gniecenie, wstrząs, utrata jakiejkolwiek równowagi - wszystko naraz. Ponowne uderzenie - i znów to samo. Pustka w mózgu. Zanim zrozumiał, co się dzieje, odczuł nienaturalność pozycji swego ciała. Zwisał głową w dół uczepiony na pasach od fotela. Żył, chciał otworzyć oczy, ale... miał je otwarte. Ciemność. Lidka! Co z Lidką?
Trzymał ją przed chwilą tak kurczowo, a teraz nie wie, gdzie jest.
Huk eksplozji, blask ognia i uderzenie rozgrzanego powietrza. W efekcie to coś, w czym jeszcze tkwili, zmieniło swoją pozycję i szarpnęło znacząco, przypominając o bólu, który był tłumiony przypływem adrenaliny. Zrobiło się dość jasno.
- Wiktor, Wiktor jesteś? Wiktor!
- Jestem - próbował podciągnąć Lidię do siebie, ale fotel zawisł na czymś. - Odepnij pas! - krzyczał do niej.
Po chwili oboje wypełzli z czegoś, co do niedawna było ogonem maszyny. Stali obok potrzaskanego fragmentu wraku. Byli sami. Reszta samolotu po oderwaniu się tylnej części poleciała jeszcze kilkaset metrów dalej.
Wspięli się z trudem na niewielkie wzgórze, z którego rozprzestrzeniał się okropny widok. Płomienie sięgały kilkunastu metrów. Dym zasłaniał wszystko, co mogło jeszcze przedstawiać resztki maszyny.
Obejrzeli się za siebie. W dole widać było ocalałą część samolotu, w której przeżyli katastrofę. Dalej było kolejne wzniesienie.
- Pewnie maszyna zahaczyła o ten wzgórek - powiedział Wiktor.
W blasku ognia wydmy wyglądały jak bezkresne fale na oceanie, tylko że tu wszystko było z piasku.
- Zostań. Ja pójdę zobaczyć, może komuś trzeba pomóc.
- Nie, idę z tobą - nie czekając na odpowiedź, Lidka ruszyła.
Jeszcze przez długi czas nie mogli zbliżyć się do wraku samolotu. Duszący dym wgryzał się w gardło jak rozgrzana smoła. Krążyli wokół miejsca katastrofy. Wybuch rozrzucił szczątki maszyny w promieniu kilkuset metrów. Widok był okropny: palące się i dymiące kawałki kadłuba, opon, bagaży, ciał.
Nieopodal usłyszeli jęki. Podbiegli. Spod tlącego się kawałka obudowy wystawały czyjeś nogi. Po strzępach ubrania można było sądzić, że to jeden z pilotów. Oboje z trudem wyciągnęli rannego i odwlekli na bezpieczną odległość. Mężczyzna cierpiał. Z jego barku wystawała potrzaskana kość.
- Co z nim zrobimy?
- Uciskaj ranę, a ja spróbuję wepchnąć kość do środka, inaczej wda się zakażenie - zdecydował Wiktor.
Ranny jęknął z bólu i zemdlał.
- I co teraz?
- Nic, przynajmniej przez jakiś czas nie będzie czuł bólu. Poszukajmy, może ktoś jeszcze przeżył. Lidka, rozejrzyj się za czymś, co może się przydać na opatrunki, za jedzeniem. Zanim ktoś tu przybędzie z pomocą, może upłynąć wiele godzin.
- Godzin?
- To nie Ameryka, tutaj wszystko może trwać dużo dłużej...
Wkrótce oboje, wyposażeni w niewielką ilość przydatnych przedmiotów, zajęli się dokładniejszym opatrywaniem rannego.
- Co tu się stało? - usłyszeli zza pleców czyjś głos. Wiktor poderwał się natychmiast i ujrzał stojącą nieopo-
dal na wydmie smukłą postać odzianego w ciemną tunikę Araba.
- Katastrofa, była katastrofa - mówiąc to, chłopak próbował ręką zakreślić cały obszar z porozrzucanymi szczątkami.
- Czy ktoś jeszcze przeżył? - dopytywał się nieznajomy, nie wykonując żadnego kroku naprzód.
- Nie, raczej nie. Sprawdzaliśmy, zresztą nie wiem.
Na skinienie głowy przybyłego kilka postaci wyłoniło się z ciemności i pobiegło na miejsce katastrofy. Do Araba dołączyło jeszcze trzech mężczyzn. Podeszli wszyscy bliżej i przypatrywali się dokładnie ocalałym.
- A co z nim?- nieznajomy wskazał na rannego pilota.
- Nieprzytomny, stracił dużo krwi. Ma złamane ramię i obojczyk. I chyba obrażenia wewnętrzne.
Dłuższą chwilę wszyscy przypatrywali się poczynaniom grupy, która kręciła się wśród porozrzucanych części samolotu.
- Oni plądrują ocalałe bagaże - wzdrygnęła się Lidka. Wiktor chciał coś powiedzieć, ale zanim to uczynił, przy-
bysz oznajmił:
- Idziecie z nami.
- Lepiej zostaniemy tutaj, zapewne pomoc jest już w drodze.
- Nie przeżyjecie nawet jednego dnia. Nim ktokolwiek tu przybędzie, minie tydzień. Chartum jest daleko.
- Chartum! Zabierzecie nas do Chartumu? - zapytała Lidka.
Nieznajomy nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko z pogardą na kobietę i dał znać, aby się zbierali.
- A co z nim? - zapytał Wiktor.
Arab podszedł do nadal nieprzytomnego pilota i przyjrzał się mu dokładniej, po czym rozejrzał się po okolicy i wyciągnął wbitą nieopodal w piach metalową rurę przypominającą długą laskę. W mgnieniu oka wykonał zamach i ze świstem uderzył w głowę rannego, wgniatając rozłupaną część czaszki do wewnątrz. Rannym mężczyzną targnęły drgawki. Po chwili poruszył się jeszcze dwukrotnie i skonał.
Lidka otworzyła usta, nie mogąc wydobyć słowa. Wiktor spojrzał na sprawcę okrucieństwa i zdał sobie sprawę, że każdy uzna, że śmierć tego człowieka nastąpiła z powodu katastrofy. Tylko oni byli świadkami morderstwa.
- Jemu już nikt nie mógł pomóc. Niech Allah ma go w opiece - z całkowitym spokojem Arab odwrócił się od zwłok i ruszył w kierunku wydm.
- Widziałeś, co on zrobił? - Lidia z niedowierzaniem kręciła głową, idąc z mężem za prowadzącym ich nieznajomym.
Wkrótce, za kolejną wydmą, ujrzeli w blasku księżyca orszak ludzi i wielbłądów. Na polecenie prowadzącego ich człowieka zrobiło się niewielkie zamieszanie. Poderwano siedzące wielbłądy, poprzenoszono pakunki i niebawem jedno z mniej obładowanych zwierząt było do dyspozycji gości.
- Ja mam na to coś wsiąść? - Lidka wskazała dużego wielbłąda, który klęczał nieopodal.
Arab dał im znać, że pora w drogę i nie czas na dyskusje. Karawana ruszyła. Przez jakiś czas posuwali się spokojnie, czekając na przybycie pozostałych członków grupy. Gdy tamci już dołączyli, wielbłądy ruszyły szybciej.
- Mam wrażenie, że uciekamy - Wiktor ledwo wybełkotał, uważając, aby przy kolejnym podskoku nie ugryźć się w język.
Lidka, przytulona do jego pleców, trzymała się i jego, i wielbłąda ze wszystkich sił. Zwierzak, przyzwyczajony do dźwigania ciężarów, nawet nie stwarzał wrażenia zmęczonego. Po kilkugodzinnej jeździe tempo zmalało prawie do zera. Powoli snuli się po falach piasku. Karawana składała się z ośmiu ludzi i kilkunastu wielbłądów. Każde ze zwierząt objuczone było dużymi torbami, skórami i bukłakami. Nikt się nie odzywał. Arabowie okrzykami i bacikami popędzali wielbłądy, jeśli te zwalniały.
- Może niedługo staniemy. Tak mi się klejnoty poobijały, że czuję, że straciły na wartości - narzekał Wiktor. - Kiedy postój? - zapytał wyprzedzającego go jeźdźca.
Ten nawet nie spojrzał na niego. Popędził zwierzę na czoło karawany.
Lidia ocknęła się z półsnu i rozglądała się po okolicy. Słońce już wschodziło i czuło się z każdą minutą wzrost temperatury.
- Wszystko się we mnie trzęsie - stwierdziła. - A ten wielbłąd coraz gorzej cuchnie. Jak myślisz, długo jeszcze? Może spytasz?
- Próbowałem, jak drzemałaś, ale oprócz tego, z którym rozmawialiśmy, chyba nikt tu nie mówi po angielsku.
- Ja drzemałam? Chyba żartujesz, za skarby nie mogłabym usnąć na tym wehikule. Tak buja, że szybciej nabawię się choroby morskiej niż zasnę.
- Skoro tak mówisz... - skomentował Wiktor.
Z tyłu rozległo się zawołanie, po czym wyprawa stanęła. Kilku mężczyzn podjechało do wzywającego ich i coś pokazującego Araba. Padły krótkie komendy i cała karawana zatoczyła krąg. Chwila odpoczynku nastała nieoczekiwanie. Wiktor i Lidka z wielką ulgą zeskoczyli z wielbłąda. Podeszli do małego zgromadzenia i przypatrywali się wszystkiemu z pewnej odległości.
- Wygląda na to, że garbus zachorował. Cały jest mokry, jakby miał gorączkę, a wywalony jęzor sięga mu do kolan.
- Szkoda go - ubolewała Lidia - mam wrażenie, że jest bardzo zmęczony.
Kilku mężczyzn zaczęło zdejmować pakunki z chorego zwierzęcia. Nikt na nim nie jechał, ale ilość towarów, jaką dźwigał, była bardzo znaczna. Dało się zauważyć, że Arabowie mocno przejmowali się wydarzeniem. Lamentowali, biadolili, drapali się po brodach. Przywódca grupy miał zapewne uzasadnione pretensje do odpowiedzialnego za zwierzę człowieka, że ten nie dostrzegł wcześniej objawów choroby.
Wiktor ruszył kilka kroków i wyciągnął ręce, aby pomóc w zdejmowaniu bagaży. Dwaj najbliżsi ludzie spojrzeli groźnie na niego, ale na znak przywódcy dali spokój. Złapawszy pakunek, zachwiał się i upadł na kolana. Nie spodziewał się, że w niewielkim tobołku może być coś tak ciężkiego. Zerwał się jednak na nogi i zaniósł go we wskazane miejsce. Zanim przepakowano towar, upłynęła prawie godzina. Wiktor, zlany potem, padł przy siedzącej na piasku Lidii.
- Wody! - zawołał.
- Masz, ale wypij tylko trochę. To zapas na dwa dni.
- Ten bukłaczek? Przecież tu nie ma nawet połowy zawartości. Pewnie ktoś wcześniej z niego już pił, no i ta skóra. Łee!
- Dostałam go od niego - kobieta wskazała głową na przywódcę grupy - a na imię ma Abdul.
- Oni wszyscy to Abdule - odpowiedział ze zgryźliwością Wiktor.
- Wiesz co? Tak w świetle to nawet przystojny ten Arab.
Wysoki, postawny, urokliwy w tej swojej szacie.
- I śmierdzący mieszaniną najmodniejszych perfum wielbłądzio-capich w wersji full wypas.
Podróż trwała jeszcze parę godzin. Słońce, nawet dla tubylców, piekło zbyt mocno. Gorąc, który lał się z nieba, był nie do zniesienia. Oboje jeszcze przed ruszeniem w drogę otrzymali galabije i chusty. Przywódca kazał im się przebrać. Teraz dopiero mogli ocenić, jak przydatny jest przy takiej spiekocie strój noszony przez Arabów. Skwar dokuczał niewyobrażalnie. Oczy bolały od blasku, a powietrze było tak suche, że parzyło przełyk przy każdym oddechu. Cały zapas otrzymanej wody wypili w przeciągu paru godzin.
W końcu zarządzono postój i rozbito prowizoryczny obóz.
Wiktor poszedł na stronę. Nie miał siły, więc nawet ta zwykła czynność sprawiała mu wiele problemów i zajmowała sporo czasu. Czuł, że nagrzany piasek parzy go, wsypując się do środka butów jak lawa. Dotknął dłonią ziemi: przypominała rozgrzany do maksimum kaloryfer. Była twarda, zbita, wysuszona i jałowa. Tylko tam, gdzie widniały wydmy, zapadała się, ale w większości nie przypominała piaszczystej pustyni. Jedna skorupa z niewielką ilością startej skały na powierzchni. Podczas całej podróży zaledwie w kilku miejscach zauważył sterczące niczym powbijane patyki pojedyncze rośliny cierniste. Suche, brzydkie, szare lub brązowe. Na sam widok już kłuły.
Z wielkim trudem powłóczył nogami w stronę miejsca, gdzie kilka minut temu pozostawił Lidię. Prowizoryczny baldachim z kawałka szmaty dawał odrobinę osłony. Plecami do niego przysiadł na stopach Abdul i mówił coś do siedzącej bokiem kobiety zapatrzonej w skraj padającego na stopy cienia. Wiktor, pochylony, podchodził powoli, gdy nagle zauważył dużą popielatą ropuchę zagrzebaną w piasku. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała skoczyć na plecy Araba. Kiedyś w ogrodzie rodziców otwierał studzienkę, aby włączyć wodę. Jakie było jego zdziwienie, gdy zamiast zaworu chwycił właśnie takiego obrzydliwego płaza. Żaby często chowają się w wilgotnych, zacienionych miejscach. W umyśle Wiktora pojawiło się pytanie: "Co taka wielka ropucha robi na pustyni?" Podszedł jeszcze dwa kroki, nim dotarło do niego, że to nie płaz, a gad. Wąż uniósł nieco łeb, cofając go. Teraz dopiero mężczyzna zauważył spiralnie naprężone ciało przygotowujące się do ataku. Nie było czasu na ostrzeżenie. Padł jak długi, łapiąc gada oburącz za głowę i przygniatając własnym ciężarem.
Arab, przekonany, że ktoś się na niego rzuca, odwrócił się błyskawicznie i jednym ruchem wydobył spod galabii długi nóż w rodzaju kindżału. Wiktor trzymał węża ze wszystkich sił. Uniósł się na kolana i wyciągnął ręce przed siebie. Gad nawet w połowie nie zademonstrował swojej długości. Abdul jednym cięciem przeciął węża tuż pod dłońmi znieruchomiałego chłopaka. Ten czuł, że chociaż została mu w rękach tylko głowa i kawałek jego tułowia, gad nadal próbował wyrwać się z dłoni. Mężczyzna był sparaliżowany strachem. Paszcza z charakterystycznymi dwoma rogami nad oczami otwierała i przymykała się delikatnie. Chłopak mógł sobie tylko wyobrazić jadowe zęby, jakie szczerzyły się nadal w kierunku Araba.
Po chwili wszyscy zbiegli się wokół nich. Wiktor z obrzydzeniem odrzucił węża jak najdalej od siebie. Teraz uzmysłowił sobie, że coś takiego widział kiedyś w telewizji: żmija rogata należąca do najbardziej jadowitych węży na świecie.
Abdul patrzył to na Wiktora, to na truchło gada. Po chwili schylił się, pochwycił je i wyciągnął z piasku metrowe cielsko. - Będziesz miał kolację - powiedział do Europejczyka, który powoli próbował opanować strach. - Głowę zakopiemy. Nawet martwa jest zabójcza, jak się na nią nadepnie. Taki duży okaz to rzadkość.
Postój miał potrwać jeszcze kilka najgorętszych godzin. Wiktor i Lidka otrzymali dodatkowy bukłak wody. Abdul, zgodnie z obietnicą, zabrał się za przyrządzanie gada.
Arabowie rozmawiali głośno i namiętnie. Młodzi wyczuli, że omawiano dzisiejsze wydarzenia, a oni sami są głównym tematem rozmów. Jednak nikt nie zbliżał się do nich i nie nawiązywał bliższego kontaktu, niż tego wymagała sytuacja. Abdul podszedł i usiadł koło małżonków. Przyniósł ze sobą placki, pieczonego węża i mleko.
Szybko uporali się z przygotowaniem prowizorycznego miejsca na biesiadę. Zanim Arabowie zakończyli modły, Lidia zgrabnie poukładała cały przyniesiony posiłek. Było tego sporo, a w szczególności pieczonego gada.
- Może zjedzą - Wiktor wskazał na węża i gromadkę mężczyzn siedzących we własnym gronie.
- Arabowie nie jadają węży - wyjaśnił Abdul - ale ja skosztuję, to rytuał, on chciał mnie zabić.
- Spróbuj - zachęcał Wiktor, wgryzając się w mięso - trochę przypomina rybę.
Czuł taki głód, że gdyby gad był o wiele gorszy w smaku, to i tak by mu smakował. Całą jego niedoskonałość kamuflowała zresztą bardzo ostra mieszanka przypraw z odrobiną oliwy.
Lidka nieśmiało ugryzła kęs, który popiła od razu wielbłądzim mlekiem.
- Hmm... Przypomina krowie, tylko bardziej zagęszczone. Kiedyś podobne podpłomyki jadłam w tureckiej knajpie - stwierdziła po spróbowaniu placków.
Rozmowa podczas posiłku była wymianą informacji. Wiktor opowiedział, skąd są, jak doszło do katastrofy lotniczej. Młody Arab okazał się wykształconym w Arabii Saudyjskiej najmłodszym synem przywódcy klanu rodzinnego.
- Jak długo jeszcze będziemy wędrować? Czy tu nie ma jakiejś drogi lub kolei? Może powinniśmy jak najszybciej kogoś powiadomić? - dopytywał się Wiktor.
- Spokojnie. Znajdujemy się na najgorętszej z pustyń Sahary.
- To Sahara ma swoje pustynie? A dokładnie gdzie jesteśmy? Mieliśmy kierować się do Chartumu.
- My tam nie idziemy. Chartum to "długa trąba". A Sudan to wielki kraj. Do Chartumu jest około osiemset kilometrów.
- Ile? - wykrzyknęli razem Wiktor i Lidia.
- Jesteśmy w północnej części Sudanu. Na północ mamy Egipt i Kair, jakieś tysiąc kilometrów. Na zachód leży Libia, a na wschód Morze Czerwone. W drodze do niego, za około czterysta kilometrów, trzeba się przeprawić przez Nil, a potem jeszcze drugie tyle.
Wiktorowi opadły ręce.
- Ale musi gdzieś być jakaś administracja, wojsko. O! Przecież właśnie tu stacjonują jednostki UN! - ożywił się nagle.
- Tylko w Darfur. Osłaniają uchodźców na granicy z Czadem. To też daleko. Zanim byś tam dotarł, milicja zabiłaby cię.
- Jak to zabiła? Przecież są jakimś organem władzy.
- Najczęściej to grupy niewykształconych wieśniaków wyposażonych przez rząd w broń i maczety. Zaraz uznano by cię za szpiega albo, co gorsza, za dziennikarza - Abdul roześmiał się głośno, wyobrażając sobie jedną z takich sytuacji.
- Jesteś Beduinem? - zapytała Lidka.
- Nie, pochodzimy z plemienia Dżuhajniin, wraz z Dzaalijinami i Beduinami tworzymy grupę Arabów negrosemickich. U nas kobieta nie wtrąca się do rozmów mężczyzn.
- Wybacz mojej żonie, ale żyjemy trochę w innym świecie.
Powiedz mi, co wy tu robicie na tym pustkowiu?
- Jak widzisz, zajmujemy się handlem.
- Różnorodności towarów to raczej nie macie. Do tego jesteście uzbrojeni, ale jakoś mnie to nie dziwi.
- Wiktor, większość rodzin zajmuje się tutaj transportem i handlem. Dróg, jak widzisz, nie ma, a i na piasku rosnąć nie ma co. Prowadzimy stały handel. Teraz akurat jesteśmy na szlaku i dostarczamy potrzebny towar młodzieży z Arabii Saudyjskiej.
- Mówisz o narkotykach?
- Jakich tylko sobie życzysz. To bardzo chłonny rynek. I bogaty.
- Myślałem, że sprowadzają z Pakistanu.
- Z Pakistanu, Afganistanu i wielu innych miejsc. Niezgłębione są drogi Boga, którymi prowadzi oddane mu sługi.
- Dokąd więc jedziemy?
- Teraz wracamy z Libii. Za dwa dni dojdziemy do osady mojego ojca. On zdecyduje, co dalej. Na razie jesteś pod moją opieką i niczego się nie musisz obawiać. Potem ruszam dalej, a ojciec postanowi, co z wami zrobić.
- Rozumiem, ale może pojedziemy z wami dalej do jakiejś... nie chciałbym ciebie urazić, ale... cywilizacji.
- Wyglądasz na mądrzejszego, więc sam się nad tym zastanów. Ruszamy, zapada zmierzch!- Abdul szybko wstał i bez dalszych wyjaśnień poszedł poganiać pozostałych.
- Co on ma na myśli? Wiktor, mam dziwne przeczucia.
- Ten towar to nie tylko narkotyki. Jak im pomagałem, zauważyłem wojskowe pochodzenie opakowań. Moim zdaniem to materiały wybuchowe, może plastik lub C4. Myślę, że wystarczyłoby tego, aby wysadzić pół Warszawy.
- Słuchaj! To może uciekniemy? Weźmiemy wielbłąda, wodę i...
- Kochana, sama słyszałaś. Do czegokolwiek jest kilkaset kilometrów. My i teraz na wielbłądzie ledwie siedzimy, a już nie mówmy o ucieczce. Do tego każdy z nich ma broń. Sama widziałaś. Za kradzież wielbłąda by nas zabili albo pozostawili na tym pustkowiu na żer słońca. Na to samo by wyszło.
- Więc co? Mamy tak z nimi jechać?
- Na razie.
"Cokolwiek zrobimy, możemy tylko sobie pogorszyć sytuację" - myślał Wiktor. "Jeżeli Abdul uznał, że uratowałem mu życie, na razie nam nic nie grozi. Inna sprawa to ojciec. Abdul najwyraźniej dał do zrozumienia, że jego władza kończy się z momentem dotarcia do osady. Dlaczego nie widzieliśmy żadnego samolotu? Przecież ktoś powinien rozpocząć poszukiwania. Katastrofa lotnicza to nie byle wypadek" - rozmyślał nad zaistniałą sytuacją. "A może Abdul ma rację, że to wielki kraj?"
URZĄD DO SPRAW WSZELKICH
Olga już po raz tysięczny próbowała połączyć się z Wiktorem. Ani jego komórka, ani Lidki nie odpowiadały. Głos automatyczny w słuchawce wciąż informował o niedostępności abonenta. "Gdzie oni są?" - zadawała sobie bez przerwy to samo pytanie. Nie mogła uwierzyć w krótkie komunikaty telewizyjne, że gdzieś w Sudanie rozbił się samolot niemieckich linii lotniczych z ośmioma Polakami na pokładzie.
"A niech to jasna cholera!" - pomyślała ze złością. "Te dupki z linii lotniczych nie wiedzą nic. Organizator wycieczki umywa ręce, a jego turecki akcent zniekształca słowa, które z wielką trudnością cedzi po niemiecku."
Wyjazd do Niemiec też nie ma sensu. Zastałaby biuro z kompletnie bezradnym pracownikiem, który swego tureckiego szefa widuje od wielkiego dzwonu. Myśli, że jak wyjazd był ubezpieczony, to już nie jego zmartwienie. Prawdę mówiąc, kilka rozmów telefonicznych przekonało ją, że cała sprawa poczucia winy ze strony organizatora wyjazdu ograniczy się wyłącznie do załatwienia wypłaty odszkodowania przez firmę ubezpieczeniową.
"Te blondyny z linii lotniczych też uprzejmie nalegają, aby tylko czekać. Na co?" - dumała bezradna.
Przeszła na drugą stronę ulicy. Spojrzała na tablicę i przeczytała napis: "Ministerstwo Spraw Zagranicznych".
- Pani do kogo? - usłyszała zapytanie ochroniarza.
- Do pana Piotra Kazimierskiego z wydziału yyy...
- W sprawie zaginięcia czy innej? - mężczyzna spisujący dane z dowodu osobistego zdawał się zorientowany, jaki typ spraw trafia do urzędnika.
- Mój brat wraz ze szwagierką zaginęli w katastrofie lotniczej - odpowiedziała.
Po chwili jakiś człowiek prowadził ją korytarzami wprost do pokoju. Na drzwiach zobaczyła numer: 318.
- Proszę poczekać, zaraz panią poproszą - odwrócił się na pięcie i poszedł, może po nowego gościa.
Zapewne funkcja w jego dokumentach brzmiała: "doprowadzacz gości".
- Pani Olga Galicka? Witam panią, Piotr Kazimierski.
Zajmuję się tą sprawą. Proszę do środka.
- Tak - ledwie odpowiedziała, gdy usłyszała zachętę do skorzystania z fotela.
- Przyszłam w sprawie katastrofy w Sudanie. Dostałam informację na lotnisku, żeby się tu zgłosić.
- Nie poznaje mnie pani?
- Zaraz, zaraz... Czy pan, to znaczy... Czy ty to Piotr?
Ten Piotr?
- Ten sam. Cztery lata w podstawówce. Potem rodzice, z powodu przeprowadzki, przenieśli mnie do innej szkoły.
- Teraz ciebie pamiętam. Nadal zaglądasz dziewczynom pod spódnice?
- No nie. Nie, to chyba jakiś inny Piotr - z powodu nagłych rumieńców na twarzy można by sądzić, że jednak coś w tym było. - Zresztą to takie dziecinne wygłupy.
- Wiem, żartowałam. Mam inny poważny problem - mina Olgi zmieniła się diametralnie.
Po kilku minutach wprowadzenia Piotr próbował nakreślić plan sytuacyjny:
- Twój pomysł wyjazdu do Sudanu nie jest najlepszy. Poczekaj, aż będzie oficjalny komunikat.
- Nie mogę, to mój brat. Ledwie się ożenił. I to ma się tak skończyć? Minęły trzy dni, a tam nie dotarła żadna pomoc, żadna komisja, żadna...
- Nieprawda. Były początkowo problemy, ale śmigłowce ratunkowe dotarły tam w ciągu dwudziestu czterech godzin. Musiały odlecieć. Zanim przybędzie oficjalna pomoc z Chartumu, upłynie kolejna doba. Przykro mi, ci pierwsi stwierdzili, że nikt nie ocalał. Gdy kolejni ludzie dotrą tam drogą lądową, dopiero wtedy będzie można ustalać przyczyny katastrofy. Nie mam przekonania, że uda się to zrobić dokładnie i szybko. To specyficzny rejon świata. Niemcy robią, co mogą, aby naciskać na rząd w Chartumie.
- Dlaczego to problem? Przecież tam zginęli ludzie? - dziewczyna nie dawała się spławić takimi wyjaśnieniami.
- Olga, to Sudan. Tam od przeszło dwudziestu lat trwa wojna domowa. Teraz jest bardzo napięta sytuacja, ponieważ to czas referendum, w którym południowa część kraju ma się opowiedzieć za niepodległością. Spodziewamy się, że każdy wynik doprowadzi do kolejnej wojny. Większość członków rządu jest pod obserwacją Międzynarodowego Trybunału Karnego, tak zwanego ICC. W marcu 2009 roku został wydany nakaz aresztowania prezydenta Sudanu, Omara Hassana Bashira. Jest on oskarżony o zbrodnie wojenne za kierowanie atakami przeciw cywilom, o grabieże, jak również zbrodnie przeciw ludzkości: morderstwa, eksterminacje, przymusowe wysiedlenia ludzi, tortury, gwałty. Zabrakło dowodów, aby oskarżyć Bashira o zamiar zniszczenia grup etnicznych Fur, Masalit i Zaghawa, a to jest już ludobójstwo. W szczególności za działalność w Darfurze, to północno-zachodni region Sudanu. Bardzo biedny. Tam, w zamian za bezkarność rządzących, może docierać światowa pomoc humanitarna, mogą stacjonować ludzie z UNAMID, czyli pokojowych sił Afrykańskiej Unii i ONZ. Jakakolwiek wyprawa w głąb terytorium państwa jest traktowana jako próba kolonizacji. Nikt się nie zdecyduje na taką misję bez wiedzy i zgody rządu Sudanu. Przepraszam, ale tam prawdopodobnie nikt nie przeżył, a w Darfur umierają dziesiątki. Po pierwsze ONZ nie chce utracić tego przyczółka ze względu na to, że choć trochę można pomóc uchodźcom, a po drugie jest to bufor dający ludziom względne bezpieczeństwo i zażegnujący wojnę z Czadem. Ponadto Sudan ma duże poparcie Ligi Państw Arabskich, Iranu, Turcji, Chin i Rosji.
- Piotr, ty sam rozumiesz, że muszę się tam dostać!
- Nie popieram, ale jesteś dorosła. Musisz zwrócić się o wizę do ambasady Sudanu. Najbliższa jest w Berlinie. Jeżeli znasz kogoś w Sudanie, to musisz się skontaktować poprzez nasze ministerstwo z naszą ambasadą w Kairze.
- Nie, nie znam tam nikogo. Pojadę do Niemiec i załatwię formalności. Zobacz, mam wizę amerykańską, czy to coś pomoże? - wyciągnęła z torebki paszport.
- To nie ma znaczenia - powiedział Piotr, kartkując dokument. - O! Z tym to cię nie wpuszczą. Twoja wiza do Izraela blokuje wiele dróg w krajach arabskich. Byłaś w Izraelu?
- Tak, tydzień. Pojechałam w sprawach zawodowych i trochę pozwiedzać.
- Musisz zmienić paszport.
- Jak długo to potrwa?
- Z moją pomocą i tak miesiąc. Nie mam wpływu na urzędników ambasady w Sudanie. Zresztą istnieje małe prawdopodobieństwo otrzymania wizy. Może lepiej załap się z wycieczką. Jest jakaś szansa, że ktoś organizuje w tamten region wyjazdy turystyczne i otrzymasz wizę tranzytową. Dam ci kontakt na jednego człowieka. Specjalizuje się w wyprawach ekstremalnych. Lodowce, dżungla, pustynie. To wariat, ale ma chętnych. Tylko to sporo kosztuje.
- Dzięki. Muszę spróbować.
- Powodzenia, będę cię informował o sprawie i pomogę w załatwieniu nowego paszportu. Zgłoś się do pokoju czterysta sześć. Wypełnij wnioski, dołącz zdjęcia i swój stary paszport. To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić.
- Do zobaczenia - Olga wyszła i szybko skierowała się korytarzem w poszukiwaniu wskazanego pokoju.
PUSTYNNA NOC
Karawana dotarła w środku nocy do miejsca, które nie dało się określić jednym słowem. Za małe jak na wioskę, osadę, za duże jak na obóz. Kilka zabudowań, niektóre przypominające czworaki, tylko bardzo niskie. Namioty, szałasy, zagrody. Świeciło się kilka lamp naftowych. Widać było w ich blasku paręnaście par oczu bacznie obserwujących wjeżdżającą w zabudowania grupę.
Wiktor zeskoczył z wielbłąda i ruszył, aby pomóc przy rozładunku. Drogę zastąpił mu Abdul, który nakazał wrócić na swoje miejsce i zaczekać. Po chwili jakiś starszy człowiek, najwyraźniej na polecenie Abdula, poprowadził ich do zabudowań. Pomieszczenie, jakie im przydzielono, było bardzo małe i niskie, z klepiskiem zamiast podłogi. Ściany zbudowano z glinianych cegieł, a dach stanowiły kawałki blachy, kartonu i spróchniałej sklejki. Na podłodze miejscami rozłożono matę, która zapewne była przeznaczona do spania. Wejście zakrywała gruba tkanina. Stary człowiek pozostawił im lampę, więc mogli na początek wytłuc dziesiątki różnorodnych karaluchów, pająków i innych robali, które zadomowiły się w tej lepiance. - Aj! - potrząsnął głową Wiktor, próbując strzepać z niej kurz.
Musiał się wciąż schylać, ponieważ zahaczał o prowizoryczny dach, a za każdorazowym jego ruszeniem sypał się piach i dziesiątki różnorakich stworzeń. Jedne uciekały, inne odfruwały, jeszcze inne były już w stadium rozkładu, a bardziej zasuszenia.
- Hilton to to nie jest - westchnęła Lidka.
- Trochę to małe - Wiktor próbował rozciągnąć się na macie, ale głowa i nogi wbijały mu się w ściany, obsypując glinę. - Zobacz, mamy prawdziwy gobelin - wskazał na kawałek starego płótna z namalowanym wzorem, wiszący na kawałku zardzewiałego gwoździa.
- To był kiedyś ręcznik - Lidia usiadła obok Wiktora, wyciągając nogi, które nie mieściły się w środku i wystawały na zewnątrz kotary wiszącej w wejściu. - Łaaj! - poderwała się nagle, gdy z kotary coś spadło na jej nogawkę.
Z obrzydzeniem utłukła natręta, który stracił życie pod jej butem.
- Nienawidzę skorpionów.
- Ten był mały, ale za to tamten pod ręcznikiem to okaz - chłopak wskazał na kawałek tej samej szmaty, którą uznał za gobelin.
- Kochanie, weź go! - Kobieta raptownie odsunęła się, jak tylko mogła najdalej.
Pac! Kawałek kija, z którym Wiktor się nie rozstawał od chwili spotkania z "żabą", służył mu wielokrotnie do wsadzania w miejsca, gdzie ręki ani innej części ciała nie należało wsadzać. Skorpion spadł na ziemię tuż przed wchodzącą przez kotarę kobietę. Spojrzała to na Wiktora, trzymającego kij do kolejnego zamachu, to na pajęczaka. Bez słowa położyła na ziemi miskę, dzban z wodą i zawiniątko. Jej oczy zatrzymały się na Lidce. Przez moment badały ją dokładnie, a czarna twarz kobiety podkreślała biel gałek okalających źrenice.
- To nie była typowa niania - stwierdziła Lidka, gdy tamta już wyszła.
Zawiniątko zawierało w sobie trochę arabskiej pity, ser kozi i daktyle.
Próbowała nie spać, obawiając się kolejnych nieproszonych gości, ale zmęczenie wzięło górę. Spojrzała tylko na chrapiącego już Wiktora i padła jak nieprzytomna.
Przez cały dzień nikt nie zajmował się parą przybyłych gości. Prawdę powiedziawszy, wszędzie tam, gdzie się pokazali, byli traktowani jak zabłąkane psy. Wszyscy ich odpędzali i byli bardzo opryskliwi. Dawano im aż nadto do zrozumienia, aby nie opuszczali komórki, w której ich zakwaterowano. Jedynie ta sama Murzynka przynosiła im wodę i coś do jedzenia.
Wieczorem nastąpiła zmiana. Arab, którego wcześniej nie widzieli, kazał im się zbierać.
- Ty pójdziesz ze mną. Musimy porozmawiać. Jutro wyruszamy, trzeba się przygotować.
- Dokąd? - w Wiktora wstąpiła nadzieja na rychłe dotarcie do cywilizacji.
- Abdul ci wszystko wyjaśni. Niewiasta pójdzie do domu kobiet. Tam będzie czekała na twój powrót.
- Jak to? Jadę z wami - zaprotestowała przerażona Lidka.
Arab nie zwracał na nią uwagi. Chwycił Wiktora za ramię i pchnął go przed siebie. Lidka chciała protestować, ale nie miała siły. Dni wędrówki, odwodnienie, przegrzanie organizmu - wszystko to dawało o sobie znać.
- Kochanie, wrócę! - zapewnił Wiktor, po czym przytulił ją do siebie, ucałował i niepewnym krokiem poszedł za człowiekiem, który zdążył już go wyprzedzić i znikał za rogiem budynku.
Kobiety zaopiekowały się nią sprawnie. Nie było ani miło, ani uprzejmie. Mówiły wyłącznie po arabsku i mogła się tylko domyślać, o co aktualnie im chodzi. Przynajmniej mogła się porządnie umyć. Do tego posłużyła niewielka balia, do której można było wejść i jakoś w kuckach doprowadzić się do czystości. Pachnącą oliwkę wcierała w suchą skórę. Jeszcze nigdy dotąd nie odczuwała takiej przyjemności. Jej ciało wręcz chłonęło esencję balsamu. Na koniec otrzymała czyste ubranie i jakiś naszyjnik dla dekoracji. Gdyby nie jej blond włosy, w tym ubraniu, z zakrytą twarzą, nie różniłaby się od innych przebywających tu kobiet. Piła gorący napój przypominający herbatę z owoców dzikiej róży. Z każdym łykiem naparu odzyskiwała siłę i poczucie pewności siebie. Po godzinie, gdy na zewnątrz zrobiło się już ciemno, jakaś kobieta zaprowadziła ją do niskiego domu z glinianej cegły, który miał połączenie z dużym rozłożystym namiotem, typowym dla ludów Wschodu. W kilku miejscach poustawiane były lampy, a na ziemi porozkładano dużą ilość poduszek i dywanów. Pomimo że namiot stał na ziemi, nie było widać ani odrobiny piasku. Chodzenie po podłodze przypominało stąpanie po materacu.
- No, w haremie to ja jeszcze nie byłam - pomyślała
Lidia.
Spoglądała na mężczyznę, który z uwagą przypatrywał się jej, zanim jeszcze go zauważyła w tym gąszczu kanap, poduch i wszystkiego, co wypełniało przestrzeń.
- Nazywam się Ismail Ahmad Pasha - nie wstając, mężczyzna wskazał Lidce miejsce do spoczynku.
- Lidia Galicka - odpowiedziała, siadając na wskazanym miejscu.
- Pani wybaczy, że nie podaję ręki, ale my, muzułmanie, nie możemy sobie pozwolić na dotyk kobiety nie będącej muzułmanką.
"No to mam spokój" - pomyślała, przypominając sobie niedawną myśl o haremie.
- Powinnam być wdzięczna, że w ogóle pan ze mną rozmawia i zaprosił mnie tu - powiedziała z lekkim przekąsem.
- Przebywałem kiedyś kilka tygodni we Francji. Nie obca jest mi kultura zachodnia. Jak pani zapewne wie, Sudan był kiedyś kolonią. Ostatnia władza angielsko-egipska pozostawiła po sobie więcej złej niż dobrej spuścizny. Do tego, co cenne, należy zaliczyć język urzędowy arabski i angielski. Jeżeli więc ktoś nie jest analfabetą, można mieć dużą nadzieję, że mówi po angielsku. Pani angielski nie jest dość dobry.
"Też się czepia, może powinniśmy pogadać po polsku" - pomyślała.
- Sierść szczenięcia stroszy się na szczycie nastroszonych uszu - wypaliła znienacka.
- Przepraszam, słucham? - Arab wytrzeszczył oczy.
- Nic takiego, powiedziałam po polsku komplement na temat pana eleganckiej brody.
- Aha - Ismail nie był do końca przekonany, czy warto nadal ciągnąć ten zakamuflowany spór. - Proszę się częstować, czekałem na panią z wieczerzą. Mam nadzieję, że jest pani głodna.
"Nie będę się dawać długo prosić" - pomyślała i z udawaną obojętnością sięgnęła po kawałek pieczonego mięsa.
Arab najwyraźniej też miał ochotę coś przekąsić.
- Jak smakuje? - odezwał się po dłuższej chwili, czekając aż dziewczyna zaspokoi pierwszy głód.
- Jest niezłe. Jaki to ptak? Przypomina w smaku indyka. "A raczej indyka smażonego na tłuszczu po rybach" - dodała w myślach.
- To krokodyl. Przywieźli nam dziś z dostawą. Pochodzi z Nilu. Kazałem go przyrządzić specjalnie na dzisiejszą kolację.
- W sumie niezły i naprawdę smakuje jak modyfikowany genetycznie indyk. Białe mięso, włókniste, tylko ten tłuszcz jak z ryby.
- Och, jaki tłuszcz? Posiada dziesięć razy mniej tłuszczu niż mięso wołowe. Prawdziwy rarytas dla pań dbających o linię. Przecież to modne w krajach Zachodu.
- No może i modne, tylko trochę inaczej to realizujemy.
Lepsze warzywa i owoce, ale tego macie zapewne deficyt.
Rozmawiali dość długo o Europie, zwyczajach. Arab w szczególności próbował dowiedzieć się jak najwięcej o jej rodzinie i czym zajmują się jej najbliżsi. W końcu kobieta, nie mogąc doczekać się Wiktora, spytała o niego.
- Zapewne niebawem do nas dołączy - odpowiedział Ismail z wyraźnym niezadowoleniem. - Ma wiele pracy, muszą się przygotować jeszcze dziś do drogi. Opowiedz mi o twoich rodzicach.
Lidia czuła na sobie wzrok licznych oczu Arabek, które krzątały się za kotarami lub w pobliżu. Wiedziała, że nie przepuszczą okazji, aby nie zerknąć na nią i nie komentować sytuacji. Nie odczuwała jednak przychylności ze strony tych kobiet.
- Dlaczego mnie wiążecie? - Wiktor wyrwał nadgarstki z rąk przytrzymujących go Arabów.
Rozpychał się ramionami, ale opór był trudny wobec trzech napastników. Nie wiedział, co robić.
Nagle jakieś obce łapska złapały go za barki i uniosły kilka centymetrów nad ziemię. Zanim zorientował się, kto to, potężne uderzenie w sam splot słoneczny przygniotło mu żołądek do kręgosłupa.
Próbował coś powiedzieć, ale był w stanie wydukać tylko jakieś monosylaby typu: ech, eeech, ołchch, eygyyy. Czuł brak powietrza, robiło mu się ciemno przed oczami. Zanim doszedł do siebie, związano mu już dokładnie z tyłu nadgarstki, z kijem pomiędzy łopatkami. Posadzili go na wąskim, wysokim, drewnianym stołku.
- A teraz nam opowiesz, czego tu szukasz. Tylko dokładnie - napomniał go jakiś osiłek i kopnięciem przewrócił stołek, na którym siedział Wiktor.
Skrępowane ciało padło na klepisko jak kłoda. Po chwili ponownie siedział na swoim miejscu za sprawą pomagierów mężczyzny, który zadał mu pytanie.
"Góra mięsa" - pomyślał Wiktor. - "Nie pasuje do pozostałych. Wysoki, ponad sto czterdzieści kilogramów żywej wagi, z dziwnym akcentem. Złota korona na zębie nie daje cienia wątpliwości. Ruski" - skonstatował.
- Jestem gościem Abdula, ocalałem z katastrofy lotniczej.
Wszystko wie Abdul.
- Ale ja nie wiem, a jestem tu po to, aby wiedzieć.
- Przyprowadź Abdula. Proszę - dokończył Wiktor, nie chcąc, by jego słowa zabrzmiały jak rozkaz.
Niestety, kolejne kopnięcie w taboret było jedyną odpowiedzią na jego prośbę. Tym razem przytrzymano mu głowę, a do ust wpychano garściami piach. Bronił się i próbował ugryźć. Gruba lina na szyi, przytrzymana butem, przygwoździła go do podłogi. Tułów wyginał się w górę za sprawą wepchniętego pomiędzy ramiona kija. Teraz piach sypano wprost na jego twarz. Robił, co mógł, ale potrząsanie głową dawało mały efekt. Piach zalewał go niczym woda. Usta wypełnione piachem, zasypane piachem oczy, a na końcu ziarenka dostające się do nosa wraz z ostatnimi skrawkami powietrza.
"Jeżeli tak ma wyglądać mój kres, to okropne. Utonę w kilku garściach piachu. Wodę bym wypił, ale piachu nie da się przełknąć w większej ilości. Nie mogę, to zbyt głupie" - intensywnie myślał Wiktor. Czuł, że z każdą sekundą jego szanse na przeżycie maleją. Ze wszystkich sił szarpnął się gwałtownie, ale nie dało to żadnego efektu. Organizm zażądał tylko większej ilości tlenu, tlenu, tle...
W jego umyśle zgasło światło, aby po chwili znowu się zapalić. Leżał na boku i charczał, rzęził, łkał i pluł. Torsje rzucały nim co chwila. Kilka sekund z głową w wiadrze wody pozwoliło mu oprzytomnieć. Ponownie wylądował na stołku. Nie mógł jednak pozbyć się piasku z ust i oczu. Wciąż pluł i ledwo udało mu się uchylić jedno oko.
- Czy masz jeszcze jakieś życzenia? - zapytała "góra mięsa".
Wiktor pokiwał tylko głową. Z trudem, przeplatając wypluwaniem pozostałości błota, opowiadał wszystko dokładnie. Jeszcze dwa razy lądował na podłodze, ponieważ za długo dobierał odpowiednie słowa. Natychmiast mówił, mówił i mówił. Nie chciał przeżywać ponownego koszmaru.
- Więc co wieziono w transporcie?
- Nie wiem. Ja tylko pomagałem przy załadunku i rozładunku wielbłądów. Widziałem jedynie napisy: pentryk i sentex.
- I co to było?
- Naprawdę nie wiem. Tylko się domyślam, ale to moje domysły, nic więcej, przysięgam. Opakowania wyglądały na wojskowe, więc może coś związanego z wojskiem.
- Co?
- Może materiały wybuchowe, ale ja się na tym nie znam.
Nie byłem nigdy w wojsku.
- A ja myślę, że byłeś, i to może nawet w izraelskim - powiedział rosły mężczyzna.
- Przysięgam, nigdy nie byłem w wojsku i nie byłem w Izraelu. To jakaś pomyłka. Mówię prawdę. Zapytajcie Abdula. Tym razem zaprowadzili go do stołu, zerwawszy wcześniej nożami ostatnie strzępy jego ubrania. Gołego położyli brzuchem na blacie i zaczęli mocno walić po udach i pośladkach. Takiego bicia Wiktor nigdy nie otrzymał. Lali go wszystkim, co było pod ręką. Deską, prętem, pałką, kablem. Jego ciało nabierało czerwonej, potem bordowej, a wreszcie fioletowej barwy. Po kolejnej przerwie w przesłuchaniu na bicie powrócono do zadawania pytań. Wiktor miał dość. Ból jest odczuwalny do pewnej granicy, za którą albo się mdleje, albo obojętnieje.
- Przyjechałeś nas szpiegować. Kto cię tu przysłał? Amerykanie? Rząd?
- Prawo człowieka. Czy wy wiecie, że są prawa człowieka?! Czy wy wiecie, że jest zakaz stosowania tortur i nieludzkiego traktowania?!
- A widzisz, jednak jesteś szpiegiem.
- Nie jestem. Jestem obywatelem polskim. Domagam się kontaktu z konsulatem.
- No proszę, Amerykanie wysługują się teraz Polakami.
- Ja gawariu prawdu, ja nie szpion. A tebie kakij zawod?
- Wiktor próbował rozmawiać po rosyjsku, sprawdzając swoją wcześniejszą teorię.
- Borys Wasilij i eto wsjo - odpowiedział główny oprawca. - Tutaj jest Sudan. Zapomnij o prawach. Tutaj ja jestem prawem. Mój pan jest prawem. Allah jest prawem.
- Czego chcecie? Powiedziałem wam już wszystko.
- Teraz o rodzinie. Co robią twoi bliscy? Czym się zajmują?
Wiktor mówił i jednocześnie myślał: "Do czego to wszystko zmierza? Biją mnie tak, aby nie pozostawiać długotrwałych śladów. Dokładne informacje o rodzinie, majątku, adresy, kontakty - to wygląda na ocenę." Tylko tu nie chodziło o ocenę zdolności kredytowej lecz cenę okupu.
- To na razie wszystko - z podejrzanym uśmiechem oznajmił Borys. - Aha, jeszcze tylko jedno - podszedł do niewielkiego, zbitego z kilku desek regału.
Z koszyka wyciągnął małą czarną glistę. Może to była pijawka, a może żmija. Przypatrzył się jej dokładnie, a następnie ocenił ciężar jeńca. Po chwili zakleszczył swoją ogromną dłoń na szczęce ofiary i wsunął gada wprost do jego przełyku. Przerażone, szeroko otwarte oczy Wiktora wyrażały strach, błaganie i obrzydzenie. Już na początku to coś ugryzło go w nasadę języka. Wąż utkwił mu w przełyku. Chłopak dokładnie czuł, jak małe, oślizgłe, zimne ciało pełznie w dół brzucha. Rzuciły nim wymioty. Skórcze przeplatywały się z bolesnymi ukłuciami gdzieś na wysokości płuc. W tym czasie język mu zdrętwiał i spuchł. Wiktor zaczynał mieć trudności z oddychaniem. Nie czuł już gada w przełyku. Może jest już w żołądku? "Niech cię szlag" - pomyślał. Wyobraził sobie, jak robal parzy się w kwasie żołądkowym. A może to efekt jadu tak działa, że on sam traci czucie. Kto kogo pierwszy zabije? Osunął się na ziemię.
Rozwiązano go, ubrano i położono na drewnianym wozie.
Nogi zwisały mu do ziemi, a głowa oparta o kant deski bolała niemiłosiernie. Nie mógł zrobić żadnego ruchu ani powiedzieć słowa. Wydobywane strzępy dźwięków nie różniły się od charczącego oddechu. Bełkot przy tym wydawałby się anielskim śpiewem. Czuł, że cały potwornie spuchł. Właściwie lepiej powiedzieć, że nie czuł nic. Był całkowicie sparaliżowany, przypominał padniętą roślinę. Widział jak przez mgłę, a słyszał, jakby głosy dochodziły gdzieś znad powierzchni wody, a on sam był na samym jej dnie.
Abdul patrzył na nieprzytomnego Wiktora. Był wściekły.
Miał ochotę wypalić kulę wprost w głowę Borysa.
- Czego się tak nadymasz? Jak masz problem, idź z tym do ojca. Ja tylko wykonuję swoją robotę - z niewinną miną powiedział Rosjanin.
- Już ja znam te wasze gry. On, jak zwykle, nic nie będzie na ten temat wiedział.
- A to już inna sprawa.
- Wiesz, co on dla mnie zrobił?
- Wiem. I dlatego jeszcze żyje. Musisz się pośpieszyć. Odegraj scenę, że zachorował i ruszajcie. Jak mu nie dasz surowicy w ciągu godziny, nie będzie o kogo się targować.
Abdul ze złością w oczach schował przygotowaną porcję surowicy. Zajmowanie się przemytem to w pewnym znaczeniu handel, ale targowanie się o okup - to już inna sprawa. Choć robił już to wielokrotnie, tym razem czuł duży dyskomfort. Jego ojciec nie przepuści żadnej okazji do zarobienia pieniędzy. Ten biały człowiek był za biedny i wiedział za dużo. Arab miał dwa wyjścia: albo go zabić, albo uwolnić za odpłatnością, czyli pokryciem kosztów uratowania i utrzymania. Gwarantem była jego kobieta.
- Jak to skorpion? - Lidia wstała na równe nogi. - Przecież poszedł wam tylko pomóc.
- Niestety. Ojcze, musimy zatem już ruszać. Do punktu medycznego daleka droga i trzeba zboczyć z trasy. Nie martw się, towar dostarczymy na czas.
- Jadę z wami - powiedziała kobieta. - Muszę być przy nim.
- Będzie niebezpiecznie. To kilka domów i nie ma hotelu.
Ludzie są bardzo podejrzliwi. Jesteś kobietą i możesz mu tylko zaszkodzić.
- Będę się nim opiekowała. Abdul, muszę jechać.
- Syn ma rację. Za leczenie trzeba zapłacić. Wyrzucą ciebie i jego na pustynię.
Lidia patrzyła na przygotowanego już do drogi Wiktora. Wóz był tak mały, że nie dało się nawet myśleć o ewentualnym miejscu dla niej. Chodziło o to, aby nie obciążać już i tak obładowanego wielbłąda. Pojazd przypominał bardziej nosze z podniesionym jednym kołem na wypadek twardego gruntu. Przednia część zawieszona była na dyszlu i chory leżał pod dość dużym kątem. Kobieta przyglądała się karawanie. Miała nadzieję, że znajdzie się jakieś miejsce dla niej.
- Musimy ruszać, mamy bardzo mało czasu - stwierdził Abdul.
Chwyciła dłoń Wiktora. W oczach miała łzy, a na jego twarzy malował się ogromny smutek. Wyglądał tragicznie. Opuchnięty, posiniaczony, w ustach miał ziarenka piasku. Wydawało jej się, że patrzy na nią tymi swoimi, teraz zamglonymi, oczami i próbuje coś powiedzieć. Wyczuwała lekkie drżenie jego palców, ale nie był to żaden uścisk. Były zimne. Bała się, że to jest ostatnie ich spotkanie. Zdawała sobie sprawę, że nie dotrze do żadnego miejsca, gdzie mogłaby liczyć na pomoc, wsparcie i kontakt z rodziną. Mąż wyglądał bardzo marnie. Ledwie wyczuwała jego oddech, ale... wciąż oddychał. Sprawdziła puls, był prawie niewyczuwalny.
- Abdul, uważaj na niego - poprosiła z błaganiem w oczach.
Ruszyli. Dziewczyna przez długi czas patrzyła za oddalającą się w ciemność karawaną.
- Wejdźmy do środka, zrobiło się bardzo zimno - zaproponował Ismail.
Lidka spojrzała na pustynne niebo usiane tysiącami jasnych gwiazd. Dreszcz przeszedł przez całe jej ciało, spływając gdzieś w piach. Zapadła pustynna zimna noc. Dla niej najzimniejsza. Po karawanie nie pozostał ślad. Tak jakby jej nigdy tu nie było.
- Twój mężczyzna będzie leczony. Jak tylko stan jego zdrowia się polepszy, przewiozą go do Dunkuli. Tam jest szpital. Musisz być silna. Jeżeli przeżyje, może pozostać w śpiączce. Jednym słowem będzie wymagał długiego leczenia, a to kosztuje.
- Jak tylko skontaktuję się z rodziną w Polsce, zaraz prześlą pieniądze.
- To potrwa. Ty pojedziesz za kilka tygodni z następną karawaną, gdy Abdul powróci, a tu trzeba płacić. Masz pieniądze - żyjesz. Nie masz - umierasz.
- Ismail, proszę, niech mi pan pomoże.
- Ja wam pomagam już od wielu dni, a teraz jeszcze to. Nie martw się, dałem Abdulowi pieniądze i zapłaci za leczenie.
- Dziękuję, jak tylko skontaktuję się z rodziną, zaraz oddam.
- To potrwa. A tu trzeba opłacać. Nie wiadomo, jak długo i ile.
- Więc co mam zrobić? - kobieta była coraz bardziej za-
niepokojona.
- Pracuj tutaj.
- Dobrze, ale co mam robić?
- Od jutra zaczniesz uczyć dzieci. Po odjęciu kosztów wyżywienia, zakwaterowania i potrzebnych środków codziennego użytku pozostanie ci jeszcze niezła suma pieniędzy, która będzie przeznaczana na leczenie twojego męża i pokrycie moich wydatków.
- Zgoda - odpowiedziała Lidka.
Było jej to nawet na rękę, mogła się czymś zająć.
- Będę ci liczył w funtach sudańskich. Zarobisz dziewięć funtów na dzień. To bardzo wysokie wynagrodzenie jak dla kobiety.
- Dobrze, dziękuję. Ale niewiele mi to mówi, ile to dolarów?
- Jakieś trzy.
- To mało.
- Takie są tu płace, ale i wydatki niewielkie. Jednak opieka medyczna jest bardzo droga. W Chartumie za pobyt w szpitalu płaci się nawet trzysta dolarów dziennie, i to bez kosztów zabiegów. Oczywiście to prywatne szpitale. Na państwowe nie ma co liczyć. Albo ich nie ma, albo tylko z nazwy przypominają, że to służba zdrowia. Nie ma bandaży, leków, fachowej opieki. Wszystko i tak musisz kupić. Dlatego byłem kilka tygodni we Francji. Miałem operację, więc wiem co nieco o świecie Zachodu. Mój brat mi pomógł wszystko sfinansować. Mieszka w Arabii Saudyjskiej i nieźle mu się powodzi. Do dziś jestem jego dłużnikiem.
MISJA
Pokój, w którym przebywała, miał wystrój kolonialny. Z zewnątrz dom był niewielki, nie zwracał uwagi. Taki zwykły, z bali. Dopiero w środku zaskakiwała wielka ilość przedmiotów z różnych części świata. Maski, łuki, czarki, pudła, pudełeczka i wiele innych nic nie mówiących Oldze rzeczy. Do czego mogły służyć? W pomieszczeniu porozwieszano kapelusze. Takie w rodzaju Indiana Jones.
- Już pani mówiłem, że nie mogę zrezygnować z wyjazdu. To zorganizowana grupa ryzykantów, którzy płacą ogromne pieniądze, aby przeżyć dreszcz emocji w sercu tropiku. Jutro wyjeżdżamy i nic tego nie zmieni. Pani brat, jeżeli nie zginął, przeżyje jeszcze te parę tygodni. Jeśli pani to nie pasuje, proszę poszukać kogoś innego.
- Sam pan wie, że nie mam wyboru. Znajomy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych podał mi namiar na jednego człowieka, ale ostatni wyjazd turystyczny odbył się w 2007 roku.
Tamten skierował mnie do innego i tak trafiłam do pana, panie Adamie. Już nie mam siły ani czasu szukać. Zresztą wszyscy poprzednicy są zgodni, że tylko pan jest w stanie zorganizować taką wyprawę.
- I mają rację, ale mam zobowiązania. Pani też. Za dwa, trzy tygodnie wracam. Za cztery możemy ruszać. Moi ludzie wszystko przygotują. Do pani należy wpłacenie zaliczki, może być w dolarach, euro lub w złotych. Wszystko jedno, ale ma być równowartość dwudziestu tysięcy dolarów. Dopiero wtedy ruszę palcem w tej sprawie. Kolejna rata na tydzień przed wyprawą. W sumie pięćdziesiąt tysięcy przed wyjazdem i drugie tyle po zakończeniu misji.
- Jasne - odpowiedziała Olga.
- A, jeszcze jedno. Musi mieć pani wizę i dokumenty. Bez tego nasza wyprawa skończy się na pierwszej kontroli. To pani sprawa, jak to załatwić. Fałszowanie dokumentów nie ma sensu. Zbyt mało obcokrajowców odwiedza ten kraj.
- A pan ma wizę sudańską?
- To już moja sprawa. Skontaktujemy się za trzy tygodnie. Jak wrócę, mają być pieniądze na koncie i dokumenty w garści.
Jakże to była odmienna rozmowa niż ta, którą przeprowadziła wczoraj u biskupa. Tam - nieskazitelna czystość i elegancja. Jak również - pełna wykrętów dyplomacja. Całe szczęście, że trafiła na młodego jezuitę, który czekał wraz z nią na audiencję w jakiejś sprawie. Właśnie dziś rano zadzwonił z informacją, że ma spotkanie w episkopacie, i to jeszcze dziś wieczorem.
Przed Olgą było dobre trzysta kilometrów. Pędziła do Warszawy, aby zdążyć na czas. W dupie miała fotoradary i ograniczenia prędkości. Uświadomiła sobie przełomowe znaczenie obu dzisiejszych wizyt.
- Dzień dobry, wasza eminencjo - zadyszana próbowała uspokoić oddech.
- Witaj, moje dziecko - biskup z otwartymi ramionami uściskał ją tak, jakby znał Olgę od dawna.
- Mój bratanek, ojciec Dominik, opowiedział mi o twoim zmartwieniu.
- Tak, wasza eminencjo. Dzięki Bogu spotkaliśmy się przypadkowo, gdy czekaliśmy na przyjęcie u biskupa. Rozmawialiśmy i opowiedziałam mu... - głos Olgi zadrżał, a w oczach pojawiły się łzy.
- Już dobrze, moje dziecko. Nie czas na płacz, skoro jest nadzieja. Opowiedz mi o wszystkim, co w tej sprawie zrobiono i co ty zamierzasz.
Ta, jak na spowiedzi, wyjawiała fakty, jak również swoje odczucia na ich temat.
- Znam dramat Sudanu dość dobrze. We wrześniu 2009 roku był w Polsce tamtejszy biskup, Edoardo Hiiboro Kussala. Niestety, jeżeli mówimy o chrześcijaństwie, to mamy na myśli jedynie południowy Sudan. Kościół katolicki stał się swoistym przewodnikiem duchowym i obrońcą ludności w tej części kraju. W październiku 2009 roku odbył się synod biskupów Afryki w Watykanie. Poświęcono na nim sporo miejsca na omówienie sytuacji właśnie w Sudanie. Tam, jak zapewne wiesz, porywają ludzi, a chrześcijan niekoniecznie dla okupu. Morderstwa na tle religijnym stały się tak powszednie, że świat już nie zwraca na to uwagi. Kościół musi nieść pomoc tym biednym ludziom. Kolejna wojna wisi na włosku. Skontaktuję się z moimi przyjaciółmi w Rzymie i spróbuję coś dla ciebie zrobić. Czy możesz przyjść do mnie za trzy dni?
- Tak, wasza eminencjo!
Te trzy dni spędziła głównie na organizowaniu pieniędzy. Część środków postanowiła pożyczyć z banku pod zastaw swojego mieszkania. Jednak procedury trwają, więc zbieranie na zaliczkę stało się istną pielgrzymką po rodzinie.
Następne spotkanie u biskupa było bardzo krótkie, ale rzeczowe.
- Znasz włoski?
- Trochę - odpowiedziała.
- Pojedziesz do Rzymu. Tam obecnie organizują grupę misjonarzy i misjonarek, która udaje się na południe Sudanu. Niestety jedna z sióstr nagle zmarła, mimo młodego wieku. Nie ukrywam, będziesz musiała na miejscu podawać się za nią. To przykre, ale posiadała wszystkie wymagane dokumenty.
- Żebym tylko była do niej podobna.
- Jesteś, widziałem zdjęcie. Oczekuję jednak czegoś w zamian.
- Tak ojcze?
- Sytuacja Kościoła w Sudanie jest bardzo trudna. Watykan wspiera go swoją modlitwą, ale trzeba wspomóc go również materialnie. Grupa misyjna ma taką pomoc nieść. Z tego, co opowiadałaś, będziesz miała do dyspozycji grupę poszukiwawczą.
- Tak, organizujemy kilka osób.
- Jeśli staną się dodatkową ochroną również dla naszych ludzi, to sprawa jest do załatwienia. Bandy tylko czyhają na misjonarzy. Polecicie do Nairobi, stolicy Kenii. Dalej przewodnicy przeprowadzą was przez dżunglę do Sudanu.
- Dobrze, postaram się wszystko zorganizować i zgrać.
- A, jeszcze jedno - powiedział biskup na pożegnanie. - O całej tej sprawie nie powinno wiedzieć za dużo osób.
- Oczywiście, wasza eminencjo.
NIEOCZEKIWANA ZMIANA POŁOŻENIA
"Zimno" - to pierwsze odczucie, jakie doszło do świadomości Wiktora. Umysł odtwarzał ostatnie chwile przed utratą przytomności. "Była tak blisko" - myślał - "a ja nie mogłem nic powiedzieć. Czułem, jak mnie dotyka, słyszałem, jak mówi, widziałem zarys jej sylwetki. Pragnąłem ze wszystkich sił dać jej jakiś znak. Co się ze mną działo? Byłem bezwładny, bezsilny i bezbronny. Jest mi zimno i nic nie mogę z tym zrobić. Słyszę głosy, obce głosy. Ponoć połowa ludzi będących w śpiączce zachowuje świadomość. Jeżeli to śpiączka, to mam przesrane. Pozostaje mi tylko bycie samym ze sobą. Ciągłe myślenie, aż ktoś w kraju cywilizowanym odłączy jakieś urządzenie lub przestanie mnie karmić. A tu uschnę na tym pierdzielonym pustkowiu lub zeżrą mnie jakieś robale."
Przerażony otworzył oczy. Otaczająca go ciemność z jaskrawymi światełkami uzmysłowiła mu, że powraca do rzeczywistości. Teraz coraz mocniej odczuwał skutki podróży. Jego obolałe ciało niemiłosiernie paliło.
- Ocknij się! Słyszysz? Wstawaj! - Abdul nawoływał donośnym głosem, szturchając co jakiś czas Wiktora końcem bata.
Stanęli. Z pomocą dwóch mężczyzn usadowili chłopaka na wielbłądzie, pozostawiając prymitywne nosze na pustyni. Teraz mogli jechać szybciej. Podana surowica przyniosła efekty, przywróciła mu przytomność, ale chory nadal wyglądem przypominał siny sflaczały balon.
Nastał dzień, a karawana bez ustanku podążała na wschód. Słońce początkowo oślepiało swym blaskiem, a teraz paliło niemiłosiernie w sam czubek głowy. Kojarzyło mu się to z przypiekaniem na rożnie.
- Abdul, czy możesz mi wyjaśnić, co jest grane? Po co to wszystko? Co ja wam zrobiłem, że mnie tak traktujecie?
- To ojca sprawa. Jest mi przykro, ale nie mam na to wpływu. Dziękuj Allahowi, że żyjecie.
- Odstaw mnie gdzieś, abym mógł się skontaktować z naszą ambasadą.
- Za dużo wiesz. Zaraz by cię przesłuchiwali, a tego zapewne nie chcesz?
- O czym ty mówisz?
- Jeżeli chcesz żyć, to nie rób głupot. Ojciec pozwolił, abym przekazał cię naszym braciom. Oni mają dobre układy z Somalijczykami. Jak dobrze pójdzie, to przy wykupie jakiegoś statku znajdziesz się na jego pokładzie.
- A jak źle pójdzie?
- Musisz spowodować, aby twoja rodzina zapłaciła okup. Wtedy się stąd wydostaniesz i będziesz mógł wykupić żonę.
- Jak to wykupić?
- A co ty myślisz? Mój ojciec dokładnie liczy każdy dzień, każdy posiłek i opiekę nad twoją żoną. To normalne, że trzeba za to zapłacić. Masz szczęście. Towar, który wieziemy, jest dość kosztowny i cała operacja z tobą może przejść przy okazji.
- Wiesz, że handel ludźmi jest przestępstwem?
- Może i jest - odpowiedział Abdul. - Ale kto tu mówi o handlu? Chcesz żyć, to najlepsza metoda dotarcia do swoich. Nie chcesz żyć - to nie musisz.
- Też mi wybór!
Nagle zza wydm wychynęły dwa samochody terenowe. Jeden nadjeżdżał od czoła karawany, drugi zajeżdżał ją od tyłu. Nad głowami świsnęły kule z broni automatycznej. Abdul wydał kilka komend i karawana momentalnie zatoczyła koło, tworząc coś w rodzaju pozycji obronnej. Arabowie odpowiedzieli ogniem. Jak tylko wielbłąd ukląkł, Wiktor zsunął się ze zwierzęcia, próbując zakopać się jak najgłębiej w piach. Samochody przybliżały się, a siedzący w nich ludzie strzelali raz po raz do wychylających się postaci. Seria zraniła jedno ze zwierząt, które w panice chciało wstać. Mocno przytrzymywane, poderwało tylko wysoko głowę. To wystarczyło. Kule przebiły szyję wielbłąda, a z tętnic bryznęła krew. Trzymający zwierzę człowiek padł jak długi na ziemię. Nie wydał nawet jęknięcia. Krew wypływała mu z ust, a odzież nasiąkała nią na wysokości klatki piersiowej. Abdul coś krzyczał po arabsku, ale Wiktor nic nie mógł zrozumieć. Wydawało mu się, że wypluwa słowa jak wściekły smok ogień. Po chwili pojawił się trzeci pojazd, większy. Przypominał bardziej półciężarówkę niż terenówkę. - Gdyby co, to nas nie znasz. Przyplątałeś się do nas przypadkiem. Uciekłeś z Europy w poszukiwaniu prawdziwego
Boga.
- Dlaczego? Może się poddajmy? Kto to jest? - dopytywał się Wiktor.
- Milicja arabska, a za przemyt narkotyków w Sudanie jest tylko jedna kara, kara śmierci.
Wiktorowi nie pomogła ta informacja. Miał tak wiele myśli w głowie, na czele z tą przewodnią - o zachowaniu życia. Czuł, że ostatnio zbyt często staje na granicy śmierci. Za którymś razem może się nie udać. Aby to nie był ten właśnie moment. Kule świsnęły tuż koło jego kolana, wyrzucając małe gejzery piasku. Pocisków nie było widać. Siła rozpędu zagrzebała je gdzieś głęboko w ziemi. Kolejna seria z karabinu przeryła leżącego wielbłąda wzdłuż garbu. Zwierzę zaryczało z bólu i próbowało się podnieść. Jakiś zabłąkany pocisk trafił je w głowę. Padło jak ścięte, jedynie w wybałuszonych oczach widać było jeszcze cień życia. A może to tylko złudzenie? Wiktor odwrócił głowę od tego widoku. Kolejna śmierć arabskiego przemytnika nie była już taka nagła i bezgłośna. Człowiek wył i skręcał się z potwornego bólu. Dostał gdzieś w okolice miednicy. Kula, może dwie, przeszyły mu podbrzusze. Dłońmi próbował podtrzymać coś, co nie dało się unieść. Gdy ukląkł, spomiędzy palców zaczęły wypływać mu jelita.
Kolejne trafienie oderwało mu kawałek kości i rozgruchotało ramię. Padł i przewrócił się na bok. Zdrową ręką wyciągnął handżar, krótki nóż, który wbił głęboko w siebie. Ostatnim ruchem przygniótł ciałem rękojeść.
- To był prawdziwy mudżahedin, święty wojownik! - z rozgoryczeniem i żalem zawołał Abdul.
Strzały ucichły, a po chwili nad głowami ukrywających się za wałem z wielbłądów ukazały się lufy karabinów. Krzyczano, machano bronią i szturchano wszystkich pozostałych przy życiu ludzi Abdula. Poustawiano ich w rzędzie. Klęczących z podniesionymi rękami zaczęto rewidować, sprawdzać dokumenty i przesłuchiwać. Inni strażnicy badali zawartość przewożonych bagaży. Od razu stwierdzono, że ładunek stanowi surowiec do wytworzenia dużej ilości narkotyków.
Wydawało się, że milicjanci, choć nic nie wskazywało na ich funkcję, czekali na karawanę.
Jeden z nich, ubrany w jakąś obdartą bluzę przypominającą przed laty mundur uśmiechał się szeroko, zadowolony z łupu, jaki mu się właśnie dostał w ręce. Spocona duża głowa, przykryta typową czapką funkcjonariusza, kręciła się w prawo i w lewo. Uśmiech uwydatniał całkowity brak przedniego uzębienia, chyba że można zębami nazwać kikuty z wielce zaawansowaną próchnicą. Abdul coś tłumaczył po arabsku, a później pokazywał na Wiktora. Oficer, bo tak wywnioskował z postawy mężczyzny, zwrócił się do niego, ale ten nic nie mógł zrozumieć. Abdul tłumaczył pytania, wtrącając swoje wyjaśnienia, aby Wiktor mógł im przytakiwać.
W zarysie wyglądało to tak, że znaleziono go po drodze i zabrano z nadzieją otrzymania pokaźnej zapłaty za uratowanie. Jak się później okazało, ten niewierny człowiek uciekł ze swego kraju, bo miał iść do więzienia. Wyjechał do Egiptu i tam wynajął przewodnika, który miał go przewieźć do Chartumu, gdzie chciał dostać się do medresy - szkoły koranicznej, aby przyjąć i zgłębiać jedyną prawdziwą religię. Jego marzeniem jest przejść na islam. Później chciał poświęcić swoje życie na przekonywanie innych do przechodzenia na mahometanizm. Przewodnik jednak okazał się nikczemny, okradł go i pozostawił na pustyni.
Oficer wciąż się tylko uśmiechał. Całe tłumaczenie Abdula nie robiło na nim żadnego wrażenia. Patrzył raz na Araba, innym razem na Wiktora. Ten nie wyglądał najlepiej. Opuchnięty, zzieleniały od wymiotów i odwodnienia, sprawiał wrażenie ostatniej nędzy i rozpaczy. W końcu milicjant kazał zapakować go wraz ze zdobycznym towarem na samochód. Zakończono załadunek. Arab nadal sterczał przed dwoma więźniami. Mówiąc coś, oddał im dokumenty, a po chwili stanął za nadal klęczącym Abdulem. Wyciągnął pistolet i strzelił mu w potylicę. Kula przeszyła głowę na wylot, pozostawiając po sobie wyrwaną dziurę w twarzy. Następnie oficer odwrócił się do drugiego zatrzymanego. Ten, bardziej z nienawiścią niż strachem w oczach, chciał rzucić się na oprawcę. Nie zdążył. Kolejna kula przeszyła mu krtań, grzęznąc gdzieś w kręgach kręgosłupa szyjnego. Padł do tyłu z szeroko otwartymi oczami, w których nadal płonęła nienawiść. Płonęła przez chwilę i zgasła, tak jak ostatni neuron w jego mózgu.