Tajemnice polskich grobowców - Jarosław Molenda

-
Proszę czekać

Rozdział II

MUMIE W KULTURZE MASOWEJ, CZYLI RZECZ O TYM, CO DAWNIEJ STRASZYŁO, A TERAZ... BAWI

Przewodnik był oszołomiony, zakłopotany. W odwodzie trzymał coś, co uważał za clou programu: mumię egipskiego faraona, być może najlepiej ze wszystkich na świecie zachowaną. Zaprowadził nas do niej. Był tak pewny swego, że znów wpadł w dziki entuzjazm:

- Patrzcie, panowie! Mumia, żywa mumia!

Binokle powędrowały na nos statecznym ruchem dłoni:

- Jak mówicie, Ferguson, że się ten dżentelmen nazywa?

- On się nie nazywa. To jest mumia, egipcjańska mumia!

- Rozumiem. Miejscowy?

- Nie, egipcjański!

- Znaczy obywatel Francji?

- Nie! Nie Francji ani Rzymu. Urodzony w Egipcji!

- W Egipcji? Pierwszy raz o czymś takim słyszę. Mówicie, że obcokrajowiec. Mumia... mumia. Jakiż spokojny i opanowany. A propos, żyje?

- Och, sacre bleu! Nie żyje od trzy tysiące lat.

Doktor obrzucił przewodnika wściekłym wzrokiem:

- Co wy sobie myślicie? Macie nas za Chińczyków, skoro przybywamy z daleka i chcemy się czegoś nauczyć? Próbujecie nam wcisnąć zwłoki i jeszcze nabyte z drugiej ręki? Do stu tysięcy diabłów! Jeśli macie gdzieś tu jakieś przyjemne, świeże zwłoki, dawać mi je! Inaczej, nie ręczę za siebie.

Mark TwainProstaczkowie za granicą

Na nieszczęście mumie "odkryli" podróżujący wzdłuż Nilu Europejczycy, będący prekursorami współczesnej turystyki. Zabalsamowane ciała szybko stały się popularną pamiątką. Globtroterzy wywozili ze sobą posążki, amulety, a nawet trumny wraz z kompletnym wyposażeniem. Jedną z mumii nabył sam Peter Paul Rubens, który akurat potrzebował jej jako rekwizytu.

Poszukiwanie mumii stało się w XIX wieku istotnym elementem egipskich peregrynacji przedstawicieli wyższych sfer politycznych i artystycznych. Wśród nich był między innymi francuski pisarz Gustave Flaubert oraz jego towarzysz Maxime du Camp, którzy odkryli w el-Cheguel Guil grobowiec. Czołgając się niczym robaki przez czarne przejście, dotarli do podziemnej groty z mumiami. Flaubert nie oparł się pokusie i zabrał stamtąd ludzką stopę, która aż do śmierci pisarza ozdabiała jego biurko. Dziwnym trafem inny Francuz, Teofil Gautier, napisał opowiadanie Stopa mumii, które zostało przeniesione na ekran już w 1902 roku. Film był wyświetlany pod tytułem The Haunted Curiosity Shop, czyli Nawiedzony sklep z osobliwościami.

Po podróży do Egiptu w roku 1869 książę Walii, późniejszy król Edward VII, chwalił się odkryciem w zachodnich Tebach grobowca, w którym znajdowało się około trzydziestu mumii z czasów XXV i XXVI dynastii. Nie tylko książęta mogli liczyć na podobne "niespodzianki" podczas egipskich wojaży. W okresie rozkwitu masowej turystyki Thomas Cook (którego biura podróży obecnie cieszą się światową renomą) i inni pionierzy tej branży również dbali o zapewnienie swoim klientom podobnej rozrywki, choć oczywiście na skalę odpowiednio mniejszą:

"W roku 1869 trzydzieści dwoje dam i dżentelmenów pod przewodnictwem samego Tomasza Cooka pojechało pociągiem do Włoch, a potem pożeglowało Morzem Śródziemnym do Aleksandrii, na pierwszy objazd Egiptu Cooka. Wkrótce firma zyskała wyłączne prawa do organizowania luksusowych rejsów Nilem - a rzeka była nazywana Kanałem Cooka" .

W XIX wieku w Europie zaczęto organizować imprezy, na których dokonywano spektakularnego odwijania zwojów mumii. Było to wydarzenie towarzyskie i często stanowiło - dość upiorne, trzeba przyznać - clou przyjęć wydawanych w wiktoriańskich salonach. Dla wielu ciekawskich inscenizowano takie "spektakle" już wcześniej. Najstarsza zachowana wzmianka na ten temat pochodzi z września 1698 roku, kiedy to Benot de Maillet, konsul Ludwika XIV w Kairze, odwinął mumię przed francuskimi podróżnikami. Jedna z najwcześniejszych informacji (jeśli nie pierwsza) pochodzi ze Śląska. Jest to obszerny opis dokonany przez niemieckiego podróżnika, poetę i dramaturga, Andreasa Gryphiusa (zlatynizowana forma nazwiska Greif), dotyczący odwinięcia, które odbyło się we Wrocławiu w latach osiemdziesiątych XVI wieku .

Kolejnym badaczem, który zabrał się do odwijania mumii, był też człowiek bez wykształcenia medycznego - Gaston Maspero. Uprzedził go w tym wprawdzie jego asystent, Emil Brugsch, który samowolnie odwinął mumię Totmesa III, za co zresztą został oficjalnie upomniany. Z tą mumią związane jest zabawne zdarzenie, w którym główną rolę odegrał Elliot Smith. Anglik tak był zafascynowany badaniem mumii, że pewnego razu wziął ciało faraona, posadził obok siebie w taksówce i zawiózł do sanatorium pod Kairem, ponieważ tylko ono jako pierwsze w Egipcie dysponowało aparaturą rentgenowską . Natomiast Maspero odwinął mumię Ramzesa II, a potem jeszcze jednego króla i królowej, co amerykański egiptolog Bob Brier dowcipnie skomentował, że może: "Był to początek dobrej partii pokera, ale nie najlepszej egiptologii" .

W opowieściach mumie pojawiły się po raz pierwszy wieki temu, gdyż tego typu utwory bawiły również starożytnych Egipcjan. Jedną z najlepszych jest opowieść o przygodach maga Setne Chaemwase. Był on postacią historyczną, arcykapłanem Memfis, czwartym synem Ramzesa II. Trzy opowiadania, których głównym bohaterem jest Chaemwase, powstały około 200 roku p.n.e. Historyczny Chaemwase nie żył już od około tysiąca lat, ale właśnie w okresie późnoptolemejskim uważano go za mędrca i potężnego maga. Tylko jedno z tych opowiadań traktowało o mumiach, ale była to najwcześniejsza zachowana wersja wątku pojawiającego się później w filmach o mumiach - poszukiwania zapomnianej magicznej Księgi Thota.

Już wcześniej pojawiało się nieco odmienne potraktowanie tego tematu, na którego powstanie wywarły wpływ autentyczne zdarzenia, kiedy to niejednokrotnie dochodziło do wypadków pochowania żywcem. To lęk, który przerodzi się w obsesję i który odtąd zawsze wyrażać się będzie w decyzji, aby otwierać ciało. Kiedy ktoś w wieku XVIII zarządzał otwarcie zwłok, a nie podawał jakiejś innej przyczyny, to postanowienie takie dyktowane było strachem, aby nie zostać żywcem pogrzebanym, bo otwarcie zwłok stało się jednym ze sposobów stwierdzenia zgonu.

W roku 1754 książę de Saint-Simon wyraża się jasno: "Chcę, aby moje ciało... po upływie tego czasu [chodzi o pozostawienie go w spokoju przez trzydzieści godzin] otwarto w dwóch miejscach [sekcja częściowa], to znaczy nad nosem i na szyi, w górze piersi, aby dla publicznego dobra poznać przyczyny nieżytu nosa z obrzękiem, który był moją prawdziwą chorobą, i tych dziwnych duszności, jakie stale odczuwałem". Następnie zwłoki księcia miały zostać przewiezione do wiejskiego kościoła w jego posiadłościach. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wyjęto mu wnętrzności i ciało zabalsamowano, ale brak o tym wzmianki .

Aby zapobiec tragicznym pomyłkom, zaczęto przy grobach na kilka pierwszych dni zawieszać dzwonki połączone sznurkiem z ręką nieboszczyka w trumnie. Także w kostnicach przewiązywano duże palce nóg nieboszczyka sznurkiem uruchamiającym - w razie cudownego przebudzenia - głośny mechanizm z dzwonkiem przypominającym trochę dźwięk zegara ściennego. Później oprócz zwykłego dzwonka używano też elektrycznego, a nawet specjalnych telefonów, które jeszcze na początku zeszłego stulecia podłączano do trumny, a dzisiaj można je oglądać w wiedeńskim Muzeum Pochówków.

Motyw pochowania żywcem znalazł swe odbicie na przykład w opowiadaniu Przedwczesny pogrzeb Edgara Allana Poe, bostończyka zmarłego w wieku czterdziestu lat w okolicznościach równie tajemniczych jak jego proza, którą charakteryzował silny psychologizm postaci (prekursorski względem późniejszej psychoanalizy) oraz surrealistyczne, skrajnie brutalne opisy makabry. Dość podobny ton ma podanie z Olecka na Warmii i Mazurach spisane przez Jana Sembrzyckiego, a zamieszczone przez Jerzego Marka Łapo w zbiorze W cieniu Zamkowej Góry. Nosi tytuł Grabarz w krypcie:

"W kościele w Margrabowej, od strony ratusza, znajdowało się wejście, które później zamurowano. Prowadziło ono do kościelnych krypt, w których chowano co dostojniejszych zmarłych. Przed wielu laty, podczas otwarcia podziemi w związku z kolejnym pogrzebem, pewien grabarz dostrzegł na palcu jednej ze zmarłych drogocenny pierścień. I postanowił go ukraść. Nocą zakradł się do podziemia, lecz nie udało mu się ściągnąć pierścienia z palca. Podjął szybką decyzję i postanowił zdjąć klejnot zębami, gryząc trupa w palec. Ugryziona zmarła obudziła się i podniosła się z trumny! Grabarz uciekł stamtąd przerażony, a kobieta udała się do swojego domu i żyła jeszcze wiele lat" .

Autentyczne zaś zdarzenie przytacza w pochodzącej z początku XIX wieku Historii mego wieku i ludzi, z którymi żyłem poeta Franciszek Karpiński:

"Około tych czasów osobliwe zdarzenie na Podolu trafiło się. Ubogi szlachcic, służąc za ekonoma, człowiek poczciwy, ale w zapisywaniu ekspensów niedbały, gdy przyszło do rachunków - tysiąc kilkaset złotych panu swojemu winien został. Nie bał się zaboru, bo nad kontusz, żupan i kilka koszul nic więcej nie miał; ale bojąc się kary albo więzienia, uciekł nocą. O mil kilkanaście od dawnego pana przystał na takąż funkcją do drugiego.

Po półroczu dowiedział się pan dawny, gdzie jego zbieg się znajdował, i posłał według prawa woźnego z dwoma szlachty, ażeby zbiega aresztowali. Dniem przed przybyciem ich umarł zbieg ów u nowego pana swojego na folwarku. Pokazano tedy woźnemu i dwom szlachcie do aresztowania przybyłym trupa leżącego na katafalku, w tym samym kontuszu i żupanie, w którym uciekł od starego pana, z wyznaniem razem urzędowym, że nic się po nim, prócz kilka koszul, nie zostało. Woźny i szlachta powrócili nazad do pana, powiadając o śmierci zbiega i że zapewne nic po nim nie zostało się.

A tymczasem, że kościół łaciński o kilka mil odległym był, tegoż dnia trupa do pogrzebu dwóm chłopom podwódką odwieźć kazano. Już blisko byli kościoła, kiedy trup mniemany (a którego pewnie tylko kryzys choroby uśpiła była) ruszać się począł, a wreszcie i wieko od trumny zrzucił. Czasy to były, w których najwięcej w upiory wierzono, i biedni chłopi, zląkłszy się, w bliskie krzaki pouciekali" .

Owo doświadczenie tak zwanej śmierci pozornej mogło być czynnikiem, który wpłynął na kształtowanie się tradycji mumifikacji zwłok. Zjawisko to opisywane było już przez autorów starożytnych; musiało być znane ludziom od zarania dziejów i zawsze tworzyło mieszaninę fascynacji i lęku. Doskonały literacko opis tego zjawiska dał William Szekspir w dramacie Romeo i Julia:

"A wnet po wszystkich żyłach cię przebiegnie

Usypiający dreszcz, który owładnie

Wszelką żywotną funkcją; wszystkie pulsa

Wstrzymają w tobie swe zwyczajne bicie;

Ni dech, ni ciepło nie wskaże, że żyjesz.

Róże ust twoich i policzków zbledną

Jak popiół; oczu zasłony zapadną,

Jak gdy dłoń śmierci zakrywa dzień życia;

Każdy twój członek pozbawiony władzy

Zdrętwiałe, stęgnie, zziębnie jak u trupa.

I w tym pozornym stanie nagłej śmierci

Zostawać będziesz czterdzieści dwie godzin,

Wtedy się ockniesz jak ze snu błogiego" .

Trzeba było jednak Brama Stokera, żeby bajania o mumiach nabrały cech realistycznego horroru. W 1897 roku Stoker opublikował Drakulę, historię o księciu wampirze. Powieść odniosła sukces, ale bestsellerem się nie stała. Jej autor nadal musiał pisać horrory; i tak w 1903 roku ukazała się powieść The Jewel of Seven Stars z mumią jako głównym bohaterem, pod względem intrygi i stylu podobna do Drakuli. W powieści tej Bram Stoker opowiedział historię egipskiej królowej Tery, odwiniętej z bandaży i wskrzeszonej w domu na kornwalijskim odludziu, co - jak łatwo przewidzieć - źle się skończyło dla wszystkich uczestników tych wydarzeń . Mumie już wcześniej pojawiały się w literaturze, lecz w innej - można rzec, "przedmiotowej" - roli. Sprzedażą mumii para się na przykład aptekarz z Romea i Julii (akt V, scena 1), a przepis na sporządzenie uniwersalnej mikstury pojawia się w Makbecie. W innym dramacie Szekspira Otello mówi do Desdemony:

"To prawda, czar jest ukryty w osnowie.

Pewna wróżbiarka, licząca już dwieście

Obiegów słońca, tkała ją w proroczym

Natchnieniu; jedwab snuły gąsienice

Święte; barwiono go wywarem z mumii,

Który zebrano przemyślnie z dziewiczych

Serc" .

Pierwsza opowieść o złowrogiej mumii nosiła tytuł Mumia zmartwychwstała. Napisał ją Arthur Conan Doyle. Traktuje o mumii zakupionej przez Edwarda Bellinghama, studenta Oxfordu i eksperta od języków Wschodu, który przy jej pomocy zgładza swoich wrogów. Jej nomen omen ożywiona aktywność kończy się w typowy dla tamtego okresu sposób:

"Z gorączkowym pośpiechem wziął nóż i kiereszował twarz mumii, spoglądając wokół siebie, aby się przekonać, czy rewolwer gościa ciągle jest na niego skierowany. Pod ciosami noża mumia rozpadała się na kawałki. Żółty, gęsty pył opadał na ziemię i sprzęty. Suche zioła kruszyły się i ciemnym deszczem opadały na ziemię. Nagle z hałasem kręgosłup zwalił się na ziemię, a za nim posypały się sczerniałe kości.

- A teraz w ogień to wszystko - rozkazał Smith.

Płomienie zasyczały, obejmując swym palącym uściskiem te suche, czarne szczątki. Po twarzach obu mężczyzn ściekał pot. Ale tylko jeden z nich schylał się i pracował, podczas gdy drugi, siedząc spokojnie, pilnował go i obserwował. Gęsty dym zaczął unosić się z kominka. Przykry swąd spalonych kości i włosów rozchodził się w powietrzu. Za kwadrans z mumii nr 249 nie pozostało nic oprócz zwęglonych szczątków" .

Żywe trupy od początku stanowiły główny temat ekranowego horroru gotyckiego. Nie zmarły ani rozkładające się zwłoki, lecz śpiąca mumia, ten egzotyczny wariant cieszącego się stałą popularnością tematu wampira lub ożywionych ludzkich zwłok sprawił, że gotycki horror z mumią w roli głównej przekształcił się w odrębny podgatunek filmowy, rządzący się własnymi prawami. Pojawienie się na ekranie mumii, owianej aurą niesamowitości o z lekka złowieszczym odcieniu, znacznie ułatwia życie twórcom filmowym. Publiczność, która mumie zna z kolekcji muzealnych, jest już prawie skłonna uwierzyć, że zaraz wydarzy się najgorsze i zmarli ożyją. Wie, że mumia, tak jak wampiry, może zostać wyrwana ze stanu śmierci magicznym zaklęciem.

Film Mumia, który powstał w wytwórni Universal Studios, należy do najważniejszych o tej tematyce. Najlepszy wizerunek mumii stworzył bez wątpienia Boris Karloff, który trochę wcześniej odniósł sukces w roli potwora w filmie Frankenstein. Pierwotny tytuł scenariusza brzmiał Cagliostro. Został później zmieniony na Imhotep, a potem, tuż przed premierą, ostatecznie otrzymał tytuł Mumia. W czasie kręcenia zdjęć do tego filmu utrzymywano, że aparycję tytułowego bohatera wzorowano na wyglądzie zwłok Setiego II, którego mumię, bardzo uszkodzoną, poddano w starożytności konserwacji i umieszczono w skrytce grobowca Amenhotepa II.

Specjaliści od charakteryzacji w równej mierze inspirowali się mumią Ramzesa III, która stała się pierwowzorem dla niemal wszystkich następnych filmowych wcieleń. Jego zakonserwowane zwłoki, odkryte w skrytce w Deir el-Bahari, były starannie obandażowane, na piersi faraon trzymał skrzyżowane ręce z wyprostowanymi, a nie zaciśniętymi w pięść dłońmi, dotykając palcami ramion. Głowa, odsłonięta podczas publicznego pokazu odwijania mumii w roku 1886, była dobrze zakonserwowana i miała pod powiekami sztuczne oczy z kamieni. Niestety, głowa musiała kiedyś zostać oderwana od ciała, dlatego szyję mumii zakrywały widoczne na fotografiach lniane bandaże, które miały zasłaniać uszkodzenie. Bezmyślne kierowanie się wizerunkiem z tych zdjęć zapoczątkowało wśród mumii na srebrnym ekranie modę na szale i kołnierze .

Powstawanie Mumii stanowi historię samą w sobie, ponieważ podczas produkcji filmu zastosowano kilka nowatorskich technik. Same zdjęcia wykonywano tylko dwadzieścia trzy dni. Filmowano w Kanionie Czerwonej Skały, około dwustu kilometrów na północ od Los Angeles, ponieważ miejsce to - zarówno kolorytem, jak i położeniem - przypominało Dolinę Królów. Tylko kilka ujęć nakręcono w Egipcie, by zaoszczędzić na kosztach podróży dobrze płatnych aktorów. Do Egiptu wysłano nieliczną ekipę w celu nakręcenia drugoplanowych scen - głównie tła. Zdjęcia takie rzutowano na "ekran technologiczny", przed którym występowali aktorzy. W efekcie dawało to złudzenie, że aktorzy znajdują się w Egipcie.

Karloffa, który grał w tym filmie mumię, charakteryzowano osiem godzin. Około jedenastej rano skórę jego twarzy pokrywano kawałkami bawełnianej tkaniny. Kiedy wyschły, nakładano na nie warstwę kosmetycznej glinki, w której rzeźbiono zmarszczki, aby podkreślić wiek. Następnie ciało Karloffa owijano barwionym płótnem. Kiedy o godzinie dziewiętnastej zjawiał się na planie, całemu zespołowi zapierało dech w piersiach. Około drugiej nad ranem możliwe było sfilmowanie sceny zmartwychwstania.

Wielu aktorów i pracowników technicznych pracujących przy produkcji filmu Mumia nadal żyje, ale nikt nie opowiedział zabawniejszej historii niż Arthur Towey, jeden z dublerów. Ucharakteryzowany na czarno, grał jednego z nubijskich niewolników, który pochował Imhotepa. Po pochówku straż faraona przebijała Nubijczyków włóczniami, żeby mieć pewność, że miejsce jego spoczynku pozostanie nieznane. W celu obniżenia do minimum kosztów i liczby zatrudnionych dublerów dwie części tej sceny były nagrywane w kolejnych dniach przez tych samych aktorów - najpierw grających Nubijczyków, a potem strażników faraona. Ponieważ Arthur Towey grał i Nubijczyka, i strażnika, zabił sam siebie .

Swoistą popularność zyskała mumia ochrzczona imieniem Melvin, gdy zaczęto pokazywać ją w programach telewizyjnych, a nawet "zagrała" w sztuce teatralnej The Mummy Complex, wystawianej przez Armstrong Circle Theater w Nowym Jorku. Melvin pojawił się w latach pięćdziesiątych minionego wieku w dość niecodziennych okolicznościach. Nowojorskie Brooklyn Museum zakupiło od Metropolitan Museum of Art kartonażową trumnę wraz z mumią. Szkopuł w tym, że Brooklyn Museum było zainteresowane wyłącznie kartonażem. Władze muzeum postanowiły pozbyć się mogącego wzbudzać pewną odrazę "eksponatu" i pochować ciało w ogrodzie.

Zapobiegł temu pewien gorliwy oficer policji, który postanowił zbadać "ewidentny przypadek morderstwa". Po ustaleniu tożsamości denata i oddaleniu podejrzeń o popełnienie zbrodni, poinformowano władze muzeum, że nie mogą pogrzebać ciała, nie posiadając świadectwa zgonu. Zdobycie takowego dla zwłok liczących trzy tysiące lat i w dodatku pochodzących z Egiptu stanowiło jednak nie lada problem. Próby przekazania mumii innemu muzeum również spełzły na niczym, ponieważ wywiezienie ciała poza granice stanu Nowy Jork także wymagało okazania świadectwa zgonu. Melvin do dzisiaj jest stałym "lokatorem" Brooklyn Museum i nadal nie ma świadectwa zgonu . Niemal bliźniaczy przypadek opisuje w swoich wspomnieniach mieszkający w Stanach Zjednoczonych profesor Edmund Stefan Urbański:

"Po powrocie z Meksyku do Buffalo otrzymałem pewnego wieczoru niespodziewany telefon z Nowego Jorku. Dzwoniła do mnie dr Rebeca Cachot, dyrektor Muzeum Archeologicznego w Limie, które wypożyczyło pięć mumii indiańskich na wystawę do Muzeum Metropolitalnego w Nowym Jorku. Mumie te właśnie przywiozła z Peru dr Cachot, ale nowojorski urząd celny nie chciał jej wpuścić bez zaświadczenia wieku osób znajdujących się w tych mumiach. Peruwianka była tą sprawą niezwykle podekscytowana, a w dodatku nie znała języka angielskiego. Wobec tego byłem zmuszony do rozmowy z odnośnym inspektorem celnym na lotnisku, który - stosownie do przepisów imigracyjnych - zażądał ode mnie nazwisk i dat urodzenia tych Indian peruwiańskich! Wyjaśniłem mu wówczas grzecznie, że zwłoki znajdujące się w tych mumiach posiadają kilkaset lat, a nazwiska ich są nieznane. Wobec tego, powołując się na wymianę kulturalną amerykańsko-peruwiańską, radziłem, aby te mumie potraktował jako "zabytki sztuki"! W ten sposób wybrnęliśmy z kłopotu, który mógł się łatwo zamienić na międzynarodowy skandal przemytu nielegalnych emigrantów do USA!" .

Znany malarz Charles Willson Peale (1741-1827), ojciec muzealnictwa północnoamerykańskiego, który w swoim czasie nabył mumie egipskie, rozważał możliwość włączenia zabalsamowanych zwłok wielkich ludzi do swej kolekcji obrazującej historię narodu, kultury, ludzkości i natury. W ten sposób dwa podstawowe założenia - "patrzenie na szczątki ludzkie jest ekscytujące" oraz "należy szanować szczątki ludzi zmarłych przed wiekami" - miałyby oscylować między dwoma biegunami: pokusą spojrzenia a zakazem spojrzenia. W zamyśle Peale'a kryło się przekonanie o wyjątkowości przekazu, jaki niesie w sobie prawdziwe ciało. Według niego gatunek ludzki został wpisany w porządek historii naturalnej i istota ludzka winna być traktowana tak jak wszystkie pozostałe stworzenia .

Polscy artyści także korzystają niekiedy z motywu mumii, aby przekazać swoje przesłanie. Takim twórcą jest malarz Jarosław Miklasiewicz, który w rozmowie ze mną tak o jednym ze swoich obrazów mówił:

"Moje Mumie to swego rodzaju symbol czy może klucz do zdiagnozowania pewnych zachowań, nieco zatęchłych i zakurzonych, trochę podszminkowanych naszą zachodnią kulturą. Snobizm, egoizm, obojętność skrywane są wyblakłymi bandażami. W moim obrazie to wszystko zaledwie sygnalizuję jakby półgębkiem... Zresztą wydaje mi się, że dla nas mumie są czymś egzotycznym, a w tak zwanej kulturze masowej źródłem dochodów, czego potwierdzeniem są filmowe horrory, powieści grozy itp.".

Wizyta na jednej z ekspozycji prezentujących zmumifikowane ciała, a przede wszystkim efekt "rozziewu" szczęk, wywarł takie wrażenie na norweskim malarzu, Edwardzie Munchu, że w roku 1893 namalował jeden ze swoich najsłynniejszych obrazów Krzyk. Ów niemy krzyk widzimy także w scenie początkowej filmu Wernera Herzoga Nosferatu-wampir z 1978 roku, gdy kamera przesuwa się po czaszkach i zmumifikowanych zwłokach, zbutwiałych, popielatobrunatnych kościach, strzępach skóry i odzieży zwisających, jakby były przyklejone do resztek ciała.

Ukazuje grubą, zetlałą chustkę, kilka włosów, które rosły na wyschniętej skórze głowy jeszcze przez jakiś czas potem, gdy cała krew już wyciekła. Ciała leżą otulone błękitnawą poświatą, jeden z trupów ma na nogach fioletowe buciki i ta próżność stwarza przerażające wrażenie. Na obliczach zmarłych widać milczącą trwogę, niby echo pytania, które padło na samym końcu, nim znieruchomieli na zawsze. Dostrzegamy tam twarze z otwartymi ustami - wieczny, niesłyszalny krzyk człowieka, który przekroczył już granicę milczenia, krzyk, o jakim mówią malarstwo i poezja ekspresjonizmu. Ów krzyk, który można tylko zobaczyć.

Nie brak form wyzyskiwania trupa, można posłużyć się nim jako surowcem lub towarem, jeśli tylko traktuje się go jako nieruchomą i pozbawioną symboli rzecz. Ale można także wykorzystywać symbole związane z trupem, a nawet tworzyć je na określone potrzeby. Społeczny użytek, jaki robi się z wyobrażenia trupa, wskazuje na opcje naszej cywilizacji, a więc skalę wartości proponowaną przez nią żywym. Louis-Vincent Thomas nazywa rzecz po imieniu: "Na handlowy kanibalizm nakłada się kanibalizm oka" .

Nie tylko w Polsce plastikowe, miniaturowe zwłoki można nieoczekiwanie znaleźć w... jedzeniu. W popularnym jajku-niespodziance dla dzieci tkwi mumia. Służy do zabawy: po naciśnięciu dźwigienki wychyla się z sarkofagu częściowo rozwinięta z bandaży i łobuzersko łypie okiem. Chyba nie odbiera nikomu apetytu, skoro zapakowano ją w czekoladę? Tak dalece stała się dochodowym bohaterem horrorów, zabawnym gadżetem, że przestała oznaczać to, czym jest w istocie - martwym ciałem.

Potwierdzeniem powyższych słów zdaje się być niesamowita galeria (bądź mauzoleum - właściwie nie wiadomo, jak tę wystawę nazwać), którą stworzył niemiecki anatom Gunther von Hagens. Określa się go niekiedy mianem "Walta Disneya śmierci", a od dziennikarzy w swoim rodzinnym kraju otrzymał przydomek Doktora Śmierci. Jego ekspozycja zatytułowana Body Worlds - The Anatomical Exhibition of Real Human Bodies obejmuje ponad dwieście eksponatów, w tym dwadzieścia pięć zakonserwowanych w całości ciał.

W warstwie estetycznej jego dzieła w dużym stopniu czerpią z tradycyjnej ikonografii stosowanej zarówno w sztuce, jak i w ilustracjach anatomicznych przeznaczonych dla medyków. Mamy tu zatem postacie w wymownych pozach lub zaangażowane w różne działania, takie jak gra w szachy (postać przedstawiająca układ nerwowy) czy bieg (przedstawienie mięśni). Najbardziej wyrazisty przykład to motyw Marsjasza - świętego Bartłomieja: bezskórego człowieka trzymającego swą skórę. Są tu też ciała częściowo otwarte, ciała "ekspandujące" wertykalnie, horyzontalnie i we wszystkich kierunkach - poszczególne części zostały od siebie odseparowane i podwieszone w płaszczyźnie pionowej lub poziomej .

Twórca plastynatów jest nowatorem, lecz jest też reprezentantem dawnej tradycji intelektualnej i kulturowej - na tym opiera się kreowanie dwojakiej tożsamości artysty-anatoma. Siłą tej ekspozycji staje się właśnie "pograniczność" - komentarze zamieszczane w prasie podkreślają trudność w zaklasyfikowaniu plastynatów. Gdzie jest ich miejsce: w gabinetach horroru czy galeriach sztuki? Czy zrodzone są z umiłowania nauki, czy z ludzkiej pychy? Czy świadczą o immanentnym pięknie ludzkiego ciała, czy o deptaniu tego, co winno być otoczone szacunkiem?

Można rzec, że von Hagens osiągnął sukces co najmniej medialny. Według niemieckiego profesora jego plastynaty też powinny być udostępniane ogółowi społeczeństwa, ponieważ na wystawie człowiek spotyka siebie jako cząstkę natury. Postrzega i rozumie własne ciało. Szczególnie ważne są preparaty otwartych ciał i organów pokazujące skutki wywołane chorobami: serce po zawale, wątrobę trawioną nowotworem, zmiany w płucach wywołane przez nikotynę. Plastynaty uprzytamniają oglądającym, jak ważny jest zdrowy tryb życia. Pokazują techniki medyczne, na przykład protezowanie kości. Stwarzają iluzję udziału w prawdziwej sekcji ludzkich zwłok. Służą powszechnej oświacie, bez dreszczu śmierci (jak szklany pojemnik z wyblakłym preparatem formalinowym), za to ze światłem wiedzy i w służbie życia.

Z drugiej strony zażenowanie i szok wzbudza drastyczny preparat ciała kobiety w ciąży, pozbawionej skóry, z rozciętym brzuchem i ukazanym pięciomiesięcznym płodem. Równie niepokojący jest plastynat, który określa się mianem "człowieka-szuflady". Jego ciało zostało arbitralnie podzielone na segmenty-szuflady, które wystają wyraźnie poza obręb korpusu, prezentując budowę wewnętrznych organów. W założeniu przypomina to rozwiązanie stylistyczne znane z obrazów Salvadora Dali. Łączenie sylwetki ludzkiej z wyłaniającymi się z niej otwartymi szufladami genialny Hiszpan zastosował między innymi w jednym ze swych najsłynniejszych obrazów olejnych - w Płonącej żyrafie, a także w Szafce antropomorficznej oraz rzeźbie gipsowej Wenus z Milo z szufladami.

Jakiś czas temu anatom planował przenieść bazę do Polski. Kupił już nawet działkę i hale w Sieniawie Żarskiej, małej wiosce w województwie lubuskim. Ostatecznie zrezygnował z planów przygotowywania w tej miejscowości preparatów z ludzkich zwłok. Nową siedzibę znalazł tuż po drugiej stronie granicy polsko-niemieckiej - w Guben, gdzie działa już jego "Plastinarium". Można się zastanawiać, czy wkrótce w domach polskich nowobogackich rodzin zamiast portretu "przodka" w szklanych gablotach będzie można podziwiać "dzieło" Gunthera von Hagensa? Sztuka współczesna coraz częściej szokuje, a nierzadko nawet wymyka się z ram prawnych.

Należy jednak pamiętać, że do oglądania takich wystaw nikt nikogo nie zmusza. Idzie je zobaczyć ten, kto ma na to ochotę. Niemniej jednak działalność Hagensa budzi wątpliwości natury etycznej. Tworzenie manekinów z martwych ciał nie mieści się w kategoriach procesu twórczego. Jego wytwory tworzą coś w rodzaju futurystycznych rzeźb, które wzbudzają różne odczucia: od obrzydzenia lub oburzenia po fascynację, lecz z pewnością nie pozostawiają nikogo obojętnym .

Rozdział III

A TO KRESY WŁAŚNIE, CZYLI RZECZ O JAKUBIE STRZEMIĘ, WŁADYSŁAWIE SICIŃSKIM I JOZAFACIE KUNCEWICZU

Front katedry Świętego Januarego, patrona Neapolu, jest na wpół gotycki, marmurowy, na którym wiek odrodzenia ślady zostawił. Nie tak gustowne wnętrze kościoła, gdzie kolumnada z granitu egipskiego, bez porządku i połączenia, która pierwej stojącą na tym samym miejscu świątynię Apollina zdobiła. Kościół ten pomimo kilkokrotnego odnawiania bardzo ma dawne wejrzenie i jeśli nie przez Konstantyna Wielkiego, to pewnie około tego czasu był zbudowany. Pod wielkim ołtarzem jest wedle dawnego zwyczaju kaplica podziemna, cała z marmuru, gdzie złożone jest ciało świętego Januarego, pod kilką kluczami zamknięte. Jest nadto druga kaplica poświęcona temu świętemu, której ołtarz srebrny zdobi płaskorzeźba sceny z życia świętego wystawująca. Na boku zaś jest zakrystia, w której bogaty bardzo skarbiec świętego Januarego. Tam w szafach jest kilkadziesiąt posągów różnych świętych, ze srebra lanych, które wraz z posągiem świętego Januarego noszą na procesji. Tu to jest owa sławna flaszeczka ze krwią świętego Januarego, którą po ścięciu jego jakaś kobieta była zebrała. Krew ta trzy razy do roku burzy się przytknięta do czaszki świętego w grobowcu zachowanej; przy wielkich okrzykach ludu - nie chce.

Michał WiszniewskiPodróż do Włoch, Sycylii i Malty

"Był mężem wielkiej cnoty, pobożnością sławnym, życia prostego a mogącego być wzorem i przykładem dla innych, senatorem uczciwym, opiekunem ubogich i nieszczęśliwych" - taki zapisek widnieje w kronice kapituły lwowskiej, a mowa w nim o Jakubie Strzemię. Według tradycji pochodził z rycerskiego rodu Strzemieńczyków, zaś na świat przyszedł w diecezji krakowskiej. W trakcie gruntowniejszych badań okazało się jednak, że informacja o przynależności błogosławionego do rodu pieczętującego się herbem Strzemię jest bardzo późna i pojawiła się dopiero po tym, jak w 1619 roku przy imieniu Jakub zaczęto dopisywać przydomek "Strzemię" bądź "Strepa" - co jest odpowiednikiem łacińskim. Jednym z argumentów wysuwanych za przynależnością Jakuba do tego starego rodu rycerskiego było to, iż potomkom Strzemieńczyków nader często przydawano za patrona świętego Jakuba.

Fakt ten budzi jednak pewne podejrzenia, jako że w XVII wieku rozpowszechnił się obyczaj przydawania szlacheckiej godności dawnym świętym i błogosławionym, pochodzącym z rodzin mieszczańskich bądź chłopskich. W ślad za pierwszą niepewną informacją pojawiła się i druga. Ponieważ ród rycerski, do którego przypisano Jakuba, rozsiadł się głównie w Małopolsce, tam też upatrywano jego miejsca narodzin. Pojawiały się również wzmianki w źródłach mówiące, że rodzina Jakuba po opuszczeniu Małopolski osiedliła się we Włodzimierzu na Rusi. Nie znamy dokładnej daty urodzin Strzemieńczyka. Przyjmuje się, że należy ją ulokować około 1340 roku, lecz dla nas jest ważniejsze, że jest to przypuszczalnie najstarsza znana z imienia mumia polska.

O wcześniejszych dziejach życia Jakuba, o jego wychowaniu, naukach i pierwszych latach życia w zakonie nie dochowały się żadne wiadomości. Po raz pierwszy spotykamy go dopiero w roku 1368 u franciszkanów krakowskich na stanowisku gwardiana. Były to lata, gdy konwent krakowski brał żywy i tak owocny udział w pracy misyjnej na Rusi. W pracy tej Jakub uczestniczył jako misjonarz, nieraz cierpiąc nędzę i narażając życie. Jego zalety i owocna praca rychło zwróciły uwagę przełożonych i w roku 1385 powołano go na stanowisko gwardiana konwentu lwowskiego.

Jednak i tu niezwykła energia, rzadki umiar oraz wielkie zdolności skłoniły kierownictwo zakonu do powołania go na trudny i odpowiedzialny urząd wikariusza, czyli przełożonego zakonnego na Rusi, którego władza obejmowała Ruś Czerwoną, Wołyń, Podole, Mołdawię i Ukrainę. Było to już ostatnie stanowisko Jakuba w zakonie, ponieważ 27 czerwca 1391 roku papież Bonifacy IX mianował go drugim z kolei arcybiskupem Halicza. Bulla nominacyjna z uznaniem mówiła o jego przymiotach, nadmieniając, że jest kapłanem pełnym gorliwej wiary i że się odznacza wysokim wykształceniem i świątobliwością życia .

Sakrę biskupią - z rąk biskupa przemyskiego, Macieja - przyjął w Tarnowie w 1392 roku. Jakub znał już wtedy bardzo dobrze swoją metropolię, ponieważ jako misjonarz wiele razy przemierzył ją pieszo. Archidiecezja halicka dla terenów Rusi, o której powstanie zabiegał już Kazimierz Wielki, została erygowana w 1375 roku za sprawą Władysława Opolczyka, mianowanego przez Ludwika Węgierskiego namiestnikiem tych ziem. Dzięki jego staraniom, wspartym w kurii rzymskiej przez króla, Ruś Czerwona została wyjęta spod fikcyjnej jurysdykcji biskupstwa lubuskiego i otrzymała własną metropolię w Haliczu, z podległymi biskupstwami w Przemyślu, Chełmie i Włodzimierzu Wołyńskim. Ponieważ była to metropolia nowa, nie było w niej jeszcze ani katedry, ani kapituły. Kościołów i kapłanów było bardzo mało; nawet granice diecezji nie były ustalone. We wsiach mieszkała głównie ludność ruska, prawosławna. Nowemu arcybiskupowi przyszło organizować metropolię właściwie od podstaw.

Wobec prawosławnych był pełen taktu, a nawet miłości. Nie robił również żadnych różnic w traktowaniu bliskich jego sercu Polaków czy też ludzi innych narodowości. Nawet przeciwnicy religijni liczyli się z jego zdaniem i szanowali go, korzystając często z rady i pomocy. Wyróżnił się też jako zaufany doradca królowej Jadwigi i Władysława Jagiełły oraz mądry obywatel i przyjaciel miasta Lwowa, w którym zażegnał przewlekłe spory wywołane przez plebana Jana Rusina. W 1406 roku zorganizował we Lwowie pierwszy synod prowincjonalny dla rozstrzygnięcia pewnych spornych spraw. Jako obywatel oceniał rozsądniej sprawy narodu niż niejeden mąż stanu. Miłość do ojczyzny była u niego przedłużeniem miłości do Boga. Jego biograf, Władysław Abraham, napisał o nim: "Przymiotami swymi i wydatną w skutki działalnością zwracał na siebie oczy wszystkich tak, że powierzano mu najważniejsze i najbardziej odpowiedzialne w zakonie stanowiska" .

Przez całe życie był tak ubogi, że w testamencie poza cennymi paramentami biskupimi - darem króla Władysława Jagiełły, jaki przeznaczył na msze święte za swoją duszę i na jałmużnę dla ubogich - nie miał dosłownie nic do rozdania. Zostawił po sobie ponad dwadzieścia dokumentów, aczkolwiek mówią o nim także źródła postronne. W swej pobożności miał szczególny kult do Najświętszego Sakramentu. Zarządził, aby wieczna lampka paliła się przed tabernakulum, co nie było jeszcze wówczas w Kościele stałym zwyczajem. Dominikańskiemu kościołowi Bożego Ciała we Lwowie nadał odpusty, aby zachęcić lud do licznego udziału w adoracji i wystawieniu Najświętszego Sakramentu w monstrancji, co wtedy zaczęło wchodzić w zwyczaj. Szczególną troską otoczył szpital we Lwowie, gdzie był także przytułek dla bezdomnych, chorych i pielgrzymów.

Z ostatnich dwóch lat życia brak dowodów działalności, co może świadczyć o jego chorobie lub starości. Wiadomo że przekazał rządy w diecezji Zbigniewowi z Łapanowa. Z biegiem lat tak dalece o nim zapomniano, że nie wiedziano nawet, gdzie znajdował się jego grób. Znaleziono go przypadkowo 29 listopada 1619 roku, przeprowadzając prace remontowe w kościele. Odnalezione relikwie Jakuba były odziane w paliusz arcybiskupi i uroczysty strój pontyfikacyjny, spod którego wyglądał szary habit franciszkański, o czym ponad dwa wieki później wspominał Floryan Jaroszewicz, a ja podaję, zachowując pisownię oryginalną:

"A że kronikarze polscy o innych godnych pamięci dziełach tego Arcybiskupa skąpo napisali, Pan Bóg sługi swego chwałę w lat dwieście piętnaście od jego zejścia szczęśliwego raczył objawić. Umarł albowiem r. P. 1411 w kościele braci swoich u świętego Krzyża w mieście, według woli swej pogrzebiony . Aż oto r.P. 1626, gdy w chórze OO. Franciszkanów kopano ziemię na czyjś pogrzeb, przy ścianie podle zakrystyi znaleziono grób osobliwy i trumnę już zbutwiałą, w której spoczywało ciało osoby z wierzchu po Arcybiskupiemu ubranej, na której była Infuła cała, ornat, i rękawice białe, na których wyszyte były cztery jego herby: na palcu dwa złote pierścienie, na piersiach krzyżyk złoty: pod Biskupim zaś ubiorem, habit zakonny OO. Franciszkanów z włoskiej materyi. Co gdy się doniosło do Jędrzeja Pruchnickiego Arcybiskupa lwowskiego, za jego dozwoleniem bracia zakonni, w trumnę cynową przełożyli, i na temże miejscu, na którem z dawna odpoczywał, postawili .

Jego kult rozpoczął się właściwie z chwilą śmierci - to jemu przypisywano ocalenie Lwowa od pożaru w 1527 roku i zwycięstwo nad Turkami, ponieważ przy jego grobie modlił się Jan III Sobieski. Wierzono, że jego infuła uzdrawia chorych od bólu i nieuleczalnego zawrotu głowy. Znana jest historia Barbary Tarnowskiej, która dręczona wieloletnią migreną została uleczona, gdy na jej głowie położono mitrę biskupią Jakuba. Pod wpływem szerzącego się kultu i napływających wieści o otrzymywanych za sprawą zmarłego arcybiskupa łaskach, podjęto decyzję o wznowieniu procesu kanonicznego.

Diecezjalna komisja beatyfikacyjna rozpoczęła prace 10 lipca 1777 roku we Lwowie. Po trzynastu latach Pius VI dekretem z 11 września 1790 roku zezwolił na obchodzenie wspomnienia Jakuba Strzemię 1 czerwca lub w trzecią niedzielę po Zielonych Świątkach . Relikwie błogosławionego początkowo przechowywano w klasztornym kościele Franciszkanów we Lwowie, ale w 1786 roku, po jego skasowaniu przez zaborcze władze austriackie, arcybiskup lwowski Ferdynand Kicki polecił przenieść relikwie błogosławionego Jakuba Strzemię do katedry lwowskiej i umieścić je w ołtarzu Chrystusa Ukrzyżowanego.

Jego kult zaczął ponownie słabnąć w XIX wieku, ale do jego odnowienia przyczynił się arcybiskup Józef Bilczewski. W 1909 roku zorganizował on we Lwowie uroczystość z okazji pięćsetlecia śmierci błogosławionego Jakuba. Liczne wota, zawieszone z tej okazji przy nowej, sprawionej przez arcybiskupa, srebrnej trumnie, stały się dowodem otrzymanych łask. Również z inicjatywy arcybiskupa wybitny historyk Władysław Abraham napisał w 1908 roku pierwszy krytyczny żywot błogosławionego Jakuba. Na prośbę metropolity papież Pius X ogłosił błogosławionego Jakuba Strzemię współpatronem archidiecezji lwowskiej wraz z Matką Bożą. Błogosławiony został także obrany patronem polskiej prowincji franciszkanów konwentualnych. Po drugiej wojnie światowej srebrną trumienkę przetransportowano do katedry w Tarnowie, a następnie w 1966 roku do Lubaczowa. Franciszkanie w Krakowie przechowują kapę przypisywaną błogosławionemu Jakubowi, na której widnieją wizerunki świętego Franciszka.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział I

CO TO JEST MUMIA, CZYLI RZECZ O TYM, CZYM SIĘ DRZEWIEJ LUDZIE KUROWALI

Dla młodszej części moich czytelników dodaję to, że mumie są ciała ludzkie, które za pomocą sztucznego nabalsamowania starano się u Egipcjan zachować od zepsucia. Wyglądają czarno, jak gdyby dymem były okopcone; przy tym są suche, twarde i kruche jak kora od drzewa. Rzadko można widzieć je całe, bo podczas dalekiego przewozu podlegają przypadkom i zepsuciu. Czuć od nich zapach, co zdaje się być dowodem, iż do namaszczeń wchodziły mocne, aromatyczne, wonne zioła. Nim przystąpiono do namaszczenia zmarłego, wyjmowano z niego wnętrzności i sztucznym narzędziem wyciągano mózg przez nozdrza; same zwłoki kładziono do saletry, gdzie pospolicie siedmdziesiąt dni zostawały. Po upłynieniu tego czasu namaszczano je wewnątrz i zewnątrz, obwijano grubo w bawełniane powijaki, które także przelewano wonnymi olejkami. Dlatego wszystkie mumie wyglądają jak dzieci w powiciu, nic nie widać człowieka oprócz twarzy, która często tak doskonale bywa dochowaną, że nawet oczy znajdują się w całości. Pokrycia, którymi przy włożeniu do trumny mumie obwijano, były pozłacane i zdobione drogimi kamieniami. Przy jednej, którą w Muzeum widziałem, był w trumnie święty ptak ibis. U niektórych na piersiach znajdowano pisma na roślinie papirus kreślone. Spomiędzy sarkofagów egipskich jeden był największy; był z czarnego granitu i cały okryty hieroglifami. Przywieziono go z Kairo, gdzie używany był od Turków za cysternę pod nazwiskiem Studni kochanków.

Krystyn Lach-SzyrmaAnglia i Szkocja. Przypomnienia z podróży roku 1820-1824 odbytej

Wszystkie mumie, bez względu na to, czy powstały w wyniku celowej działalności człowieka, czy też działania sił natury, łączy fakt przerwania naturalnego procesu rozkładu ciała. Jeżeli bowiem po biologicznej śmierci człowieka nie zostaną odpowiednio szybko podjęte właściwe czynności, to skóra zmarłego stanie się najpierw zielona, następnie fioletowa, aż wreszcie czarna. Zwłoki ludzkie zamieniają się w istny minikombinat chemiczny, wytwarzający gazy i ciecze, co sprawia, że ciało po śmierci może zwiększyć swoją objętość nawet dwu- lub trzykrotnie. Po śmierci zwłoki stopniowo tracą zawartą w nich wodę, a proces ten zachodzi z różną szybkością - zależnie od wilgotności środowiska. Doskonałą ilustracją zdaje się być fragment wielkiego fresku z Campo Santo w Pizie, powstałego około roku 1350, na którym grupa jeźdźców zatrzymuje się na straszny widok trzech otwartych trumien. Każdy z leżących w nich zmarłych przedstawia inny stopień rozkładu, zgodnie z etapami, jakie od dawna znali już Chińczycy. Pierwszy zachował twarz nienaruszoną i mógłby przypominać leżące posągi nagrobne, powalone przez śmierć, ale jeszcze przez nią nie zmienione, gdyby nie wzdęty gazami brzuch. Drugi jest zniekształcony, zgniły i jeszcze pokryty strzępami ciała. Trzeci jest mumią .

W miarę upływu czasu zwłoki zmieniają się zarówno w zakresie struktury wewnętrznej, jak i wyglądu zewnętrznego. Na kierunek i szybkość przemian wpływają warunki, w jakich znajdują się zwłoki, ale także przyczyna śmierci i stan fizyczny zmarłego. Tyleż celnie, co obrazowo scharakteryzował tego rodzaju okoliczności szwedzki przyrodnik i twórca układu systematycznego gatunków, Karol Linneusz: "Potomstwo trzech plujek potrafi szybciej pożreć padłego konia, aniżeliby to mógł uczynić lew".

Fauna żerująca i rozwijająca się na martwych ciałach w poważnym stopniu uczestniczy w całkowitym zniszczeniu części miękkich zwłok, co prowadzi do zeszkieletowienia. Jej rola w procesach destrukcji martwego ciała jest tak istotna, że uczestniczące w nich ustroje zyskały wspólne miano "nikczemnych najemników śmierci". Określa się je także mniej emocjonalnym terminem "fauny grobowej" lub po prostu "pracownikami śmierci", którzy nigdy nie pojawiają się jednocześnie, lecz napływają w kolejnych, następujących po sobie falach, co odnotował żyjący na przełomie XIX i XX wieku twórca nowoczesnej medycyny sądowej w Polsce, Leon Wachholz:

"Wszystkich badaczy fauny trupiej uderzyła systematyczna kolejność co do czasu, w którym pojawiały się rozmaite pasożyty. Badania zmierzające do wyjaśnienia przyczyny tego rozdziału pracy między różne gatunki pasożytów wykazały, że zwłoki nie dostarczają w jednym a tym samym czasie dla nich wszystkich stosownego podłoża odżywczego. I tak, podczas gdy jedne z nich znajdują żer w zwłokach świeżych, to inne muszą czekać na chwilę, aż sprawa gnicia przygotuje im stosowną strawę" .

W środowisku wolnym od tego rodzaju pasożytów podstawowym procesem rozkładu zwłok jest autoliza, to znaczy samotrawienie tkanek przez własne enzymy znajdujące się w strukturach komórkowych, przedostające się po śmierci do otoczenia. W efekcie działań autolitycznych dochodzi do ustąpienia stężenia pośmiertnego, mięśnie szkieletowe stają się wiotkie, mają brudnoróżowe zabarwienie, a w narządach wewnętrznych zaciera się ich struktura anatomiczna. Autoliza obejmuje różne narządy w różnej kolejności. Najwcześniej pojawia się w narządach za życia bogatych w enzymy, a więc w trzustce, wątrobie i błonach śluzowych przewodu pokarmowego.

Procesy autolityczne i gnilne są hamowane, a nawet zatrzymywane w niskich temperaturach. Można je także powstrzymać świadomie podejmowanymi zabiegami utrwalającymi. W specyficznych warunkach zwłoki nie ulegają autolizie i rozkładowi gnilnemu. Pomijając powszechną praktykę przechowywania zwłok w chłodniach (w temperaturze -40?C), co wystarcza, aby zahamować przemiany gnilne, także w warunkach naturalnych mogą wystąpić okoliczności sprzyjające utrwaleniu się ciała zmarłego. Do zasadniczych procesów należy strupieszenie, czyli mumifikacja, oraz przemiana tłuszczowo-woskowa.

Ta ostatnia zachodzi w zwłokach przebywających co najmniej przez kilka miesięcy w środowisku ubogim w tlen, wilgotnym (zazwyczaj w wodzie) i w niskich temperaturach. W tych warunkach tłuszcz zawarty w zwłokach ulega przemianom chemicznym, tworząc masy plastyczne, dość twarde, białawo-żółtawe. Nazwa tłuszczowosk powstała w czasach, kiedy sądzono, że dochodzi do przemiany tkanki tłuszczowej w ciało woskowe. W masie tłuszczowo-woskowej znajdują się kwasy hydroksystearynowy, stearynowy i palmitynowy. Obok nich występuje domieszka mydeł uwolnionych w trakcie procesu hydrolizy kwasów tłuszczowych, wapnia, magnezu, sodu, potasu oraz amoniaku. Stąd dawniej określano ten rodzaj przemiany zwłok zmydlaniem (saponificatio), czyli saponifikacją.

Bardzo dobrze konserwują się ciała w przypadku naturalnej mumifikacji, która zachodzi w powietrzu suchym, w miejscach przewiewnych, jak na przykład krypty, piwnice, otwarta przestrzeń, na suchym piaszczystym podłożu. Warunkiem jest możliwość wsiąkania lub szybkie wysychanie ociekliny trupiej oraz wysychanie zwłok. W takich wypadkach zwłoki przybierają charakterystyczny wygląd, mają zachowany kształt, skóra jest twarda, ma szarobrunatne zabarwienie, zwłoki są lekkie, kruche, podatne na niewielkie nawet urazy mechaniczne.

Starożytne kultury, które dążyły do trwałego zachowania ciał nieboszczyków, odkryły sposób na przerwanie - zdawałoby się - niepowstrzymanego łańcucha rozkładu biologicznego. Było nim wyeliminowanie czynnika wywołującego fermentację, czyli enzymów. Można to osiągnąć, stosując dwie podstawowe metody. Pierwsza to pozbawienie enzymów wody, która jest im niezbędna do ciągłego wywoływania reakcji chemicznych. Druga polega na zniszczeniu konkretnego środowiska chemicznego, które umożliwia enzymom egzystencję.

Pomimo że nasi przodkowie nie wiedzieli o istnieniu enzymów, posiedli oni umiejętność długotrwałego przechowywania żywności, w tym mięsa zwierząt i ryb. Myśliwi usuwali z ubitej zwierzyny wnętrzności, rybacy patroszyli ryby, dzięki czemu powstrzymywali rozwój enzymów we florze jelit. Ci ostatni wiedzieli również, że chcąc dłużej przechować połów, muszą wysuszyć lub nasolić tusze rybne. Tym sposobem doprowadzali do dezaktywacji enzymów.

Przypadki intencjonalnej mumifikacji znajdujemy już u zarania dziejów ludzkości, a zatem także u początków religii chrześcijańskiej. Nowy Testament opisuje, jak żałobnicy namaścili ciało Chrystusa naturalnymi środkami z roślin. Nikodem przybył bowiem do grobu z ładunkiem około pięćdziesięciu kilogramów mirry - żywicy, której używali egipscy balsamiści oraz antybakteryjnego aloesu, którego różne odmiany rosły w południowej i wschodniej Afryce. Potem ciało Jezusa zostało owinięte w lnianą odzież z ziołami, tak jak to jest w zwyczaju u Żydów - odnotowuje Ewangelia według św. Jana (19,39-42).

Chociaż mumifikacja była znana w Rzymie od czasów Lukrecjusza po późną Republikę, to nie praktykowano jej często. Nad Tybrem traktowano ją jako zwyczaj obcy. Według najwybitniejszego historyka rzymskiego Publiusza Korneliusza Tacyta, żyjącego na przełomie I i II wieku, autora między innymi Roczników, zwłoki Poppei nie tylko zostały pochowane, a nie spalone, ale na dodatek wcześniej zabalsamowane: "Zwłok nie spalono, jak każe zwyczaj rzymski, lecz na modłę zagranicznych królów napełnione wonnościami zabalsamowano i w grobowcu Juliuszów złożono" .

Dążenie do pokonania doczesnej śmierci osiągnęło największe rozmiary, docierając niemal do granic absurdu, w starożytnym Egipcie. Choć czas coraz bardziej unaoczniał daremność działań związanych ze spełnieniem tego pragnienia, nie powstrzymywało to kolejnych pokoleń Egipcjan od jego kultywowania, mimo że kosztowne wyposażenie grobowców raczej padało łupem grabieżców niż pełniło funkcje pierwotnie przeznaczone im przez grzebiących.

Egipcjan cechowała wyjątkowa, wręcz obsesyjna gorliwość, z jaką troszczyli się o żywot pozagrobowy - nieporównanie bardziej niż o doczesny. Szacuje się, że w ciągu od trzech do czterech tysięcy lat w Egipcie poddano mumifikacji kilkaset milionów ciał! Balsamowano nawet nienarodzone dzieci. Niekiedy mumifikowano i chowano również łożysko królowej-matki, traktując je jak "brata-bliźniaka", który narodził się martwy. Podaną liczbę należy ponadto powiększyć o wiele milionów zmumifikowanych zwierząt, a nawet jaj ibisów i krokodyli! William Golding w eseju Egipt wyobrażony pisał:

"Egipcjanie, jak się nas zapewnia, byli pogodnymi i miłującymi życie ludźmi. Byli zwyczajni. My widzimy ich jedynie w trumnach i traktujemy ich życie w sposób oderwany od rzeczywistości. To bardzo możliwe, jednak niezależnie od ich umiłowania śmiechu i życia, spotykamy ich właśnie tam. Takimi siebie uczynili, i nie bardzo widzę, jak można przed tym uciec. Niezależnie od tego, co zamierzali, zbliżyli życie i śmierć w sposób jak najbardziej konkretny. Ich żałobne rytuały, ich grobowce i groźni bogowie, ich posążki, na których nigdy nie miało spocząć ludzkie oko, ich ponure korytarze rozświetlone malowidłami, ich kości, skóra i środki konserwujące - to nie jest jedynie memento mori. To również memento vivere" .

Istotnie lud nad Nilem nie uległ swoistej fascynacji zjawiskiem śmierci. Wręcz przeciwnie, Egipcjanie kochali życie do tego stopnia, że pragnęli, aby trwało również po śmierci ich doczesnej formy. Już pater historiae - grecki geograf i historyk Herodot, który w V wieku p.n.e. przebywał w Egipcie, napisał o tamtejszym społeczeństwie: "zawiera bardzo wiele osobliwości" oraz: "mają też Egipcjanie zwyczaje i obyczaje prawie pod każdym względem przeciwne, aniżeli wszystkie inne ludy" .

Ponoć jako pierwszy do celów medycznych wykorzystał mumie arabsko-żydowski lekarz z Aleksandrii, El-Magar. Zainteresowanie mumiami stało się zarazem początkiem handlu nimi - do tego stopnia, że na początku XIV wieku był to bardzo lukratywny interes. Według zapisków pewnego kupca florenckiego mumia znajdowała się wśród dwustu osiemdziesięciu ośmiu przypraw i innych artykułów regularnie importowanych do Europy. Po zmieleniu zabalsamowanego ciała mieszano je z ziołami: majerankiem, tymiankiem lub czarnym bzem. Mumie również gotowano, a wytopiony w ten sposób tłuszcz zbierano i używano jako maści na stłuczenia. Król Francji Franciszek I Walezjusz (mecenas samego Leonarda da Vinci), jeden z najświatlejszych monarszych umysłów przełomu XV i XVI wieku, nigdzie nie wyruszał bez woreczka z mieszaniną sproszkowanej mumii i rabarbaru, służącą jako specyfik na stłuczenia lub inne mechaniczne obrażenia. Sproszkowaną mumię zażywała także królowa angielska Elżbieta I.

Aby zrównoważyć niestabilność rynku, europejscy medycy i aptekarze zaczęli na przykład wytwarzać mumie z żołnierzy tureckich wziętych do niewoli podczas wojny toczącej się w latach 1663-1664. Felczer Fryderyka Wilhelma IV Hohenzollerna, wielkiego księcia elektora, Johannes Dietz, opisywał to w ten sposób:

"Byli oni [Turcy] tak obłąkani, że sam widziałem, jak dosiadali koni z oczami skierowanymi w niebo i pozwalali się wystrzelać, żadnego też nie pozostawiono przy życiu, tylko ich zmasakrowano, a większość odarto ze skóry, tłuszcz wytopiono, a membra virilia wycięto i wielkie wory całkowicie wysuszono i przechowano. Z nich też robiono najkosztowniejsze mumie" .

Sławny staropolski podręcznik Stephanusa Falimirza O ziołach y o moczy gich podaje następujący przepis: "[...] to iest ten obyczay w ziemi Saraceńskiej a takie ciała barzo długo niezgniją a tak powiedają aby to Mumija miała być.[...] możesz wziąć wina dobrego lekkiego i zagrzać a w to wsypać Mumijej [...] dać wypić na tszczo" . Natomiast Zielnik Adama Lonicero, opublikowany we Frankfurcie w 1679 roku, mówi między innymi o takich zastosowaniach: "odbijanie się, ból głowy, ból gardła, hipochondria, ukąszenie skorpiona, krwotoki, uszkodzenie pęcherza, nerek, cewki moczowej i służy także tym, którzy nie mogą utrzymać moczu" .

Nie na wszystkich mumie robiły wówczas wrażenie i nie wszyscy podzielali pogląd o ich zbawiennym wpływie na zdrowie. Żyjącego w XVI wieku we Francji wielkiego chirurga Ambroise'a Paré tak irytowała ta powszechnie ugruntowana opinia, że aby ją zwalczyć, napisał dzieło Discours contre la momie. Skrytykował w nim stosowanie mumii w celach medycznych, dowodząc, że przynosi to więcej szkody niż pożytku.

Innym przejawem bezczeszczenia zmumifikowanych zwłok było zdarzenie, które odnotowano u schyłku XIX wieku. W swym dzienniku z podróży zatytułowanym Prostaczkowie za granicą amerykański pisarz Samuel Langhorne Clemens - bardziej znany jako Mark Twain - o swoim pobycie w Egipcie tak pisał:

"Nie opowiem o bajecznym Kairze, ponieważ byłaby to przesadzona i wzmocniona repetycja wszystkich orientalnych miast, które już opisywałem. Nie opowiem o wielkich karawanach ciągnących rok w rok do Mekki, bo ich nie widziałem. Nie opowiem o lokalnym zwyczaju padania plackiem na ziemię, by ciągnący na czele mógł przejechać po grzbietach wiernych, którzy zapewniają sobie w ten sposób zbawienie - ponieważ i tego nie widziałem. Nie opowiem o tutejszych kolejach, gdyż nie różnią się niczym od wszystkich innych, może z wyjątkiem tego, że do paleniska lokomotywy wkłada się jako podpałkę liczące trzy tysiące lat mumie, kupowane w tym celu hurtem na cmentarzach, i czasami słyszy się, jak maszynista-profan woła małodusznie: Znów dostarczyli nam jakiś plebs, na którym nie przejadę nawet ćwierć mili. Dawać mi tu faraona!" .

Mumie to ten rodzaj szczątków ludzkich, który jest stałym elementem licznych kolekcji. Gromadzi się je od dawna z różnych przyczyn, klasyfikuje się na wiele sposobów, wystawia w różnych konwencjach - i niezmiennie przyciągają one uwagę zwiedzających. Nacisk na widowiskowość wydaje się wprawdzie czymś podejrzanym - kojarzyć się może z tanimi zagraniami pod publiczkę, ignorującymi rzetelność przekazu - lecz to przecież wystawienie na pokaz jest sytuacją konstytuującą warunki muzealnego dyskursu, a mumie w szczególny sposób niepokoją swą obecnością.

W dziejach praktyk kolekcjonerskich i ekspozycyjnych sięgano po nie wielokrotnie. Raz wydobyte z grobowców, snuły się (w całości i we fragmentach) po najdziwniejszych miejscach, a ich możliwości ekspresyjne naginano do różnych potrzeb. W kolekcji Lodovica Moscardo, siedemnastowiecznego weneckiego kolekcjonera, mumie znajdowały się w grupie określonej jako minerały i ziemie, obok instrumentów muzycznych, malowideł, zegarów i butów indiańskich. Podział ten nie był bynajmniej przypadkowy - stał za nim autorytet klasyczny. Moscardo bowiem, rozdzielając przedmioty ze swej kolekcji do trzech grup (starożytności; kamienie, minerały i ziemie; korale, muszle, zwierzęta, owoce i tym podobne), opierał się na Historii naturalnej Pliniusza Starszego .

Wśród tych, którzy organizowali "gabinety osobliwości", nie brakowało koronowanych głów. Władcy eksponowali w nich okazy anatomicznych patologii lub preparaty tak doskonałe, że sprawiały wrażenie "żywych". Szczególnie sławna była kolekcja cara Piotra Wielkiego. Pierwszym kolekcjonerem, który umieścił w swoim muzeum zabytki kultury materialnej Ameryki Południowej, był król Karol III, z bożej łaski władający Hiszpanią. Chcąc przypodobać się swojemu monarsze, przysłał mu je w kilku skrzyniach jeden z urzędników wicekrólestwa Peru, corregidor Trujillo, Miguel Feyjóo y Sosa. Przesyłka zawierała między innymi doczesne szczątki kacyka Indian Mochica czy może Chim. Władca z dawnego Peru, chociaż od jego śmierci upłynęło już wiele wieków, dotarł do Hiszpanii w stosunkowo niezłym stanie. Szkielet był nienaruszony, pokrywała go nawet skóra, zachowały się także zęby, paznokcie, a nawet włosy.

Król Hiszpanii złożył jego szczątki w muzeum przez siebie ufundowanym, dla którego sam gromadził eksponaty i którym sam kierował. Utworzenie tej placówki było właściwie następstwem innego osiągnięcia archeologicznego Karola III. Zanim zasiadł na tronie w Madrycie, był przecież królem Sycylii i Neapolu. I właśnie tam, w Kampanii, na przedmieściu Neapolu, kazał przekopać piętnastometrową warstwę popiołu wulkanicznego, gdyż wiedział, że spoczywają pod nią szczątki Pompei. Włoscy inżynierowie i robotnicy spełnili polecenie władcy i rzeczywiście odsłonili część tego, co pozostało z miasta zniszczonego przez wybuch Wezuwiusza, nawet ciała zasypanych mieszkańców. Było to nie lada osiągnięcie. Wszystko, co królewscy kopacze znaleźli, Karol umieścił w swym muzeum starożytności. A 17 czerwca 1771 roku do zbiorów pompejańskich dodał eksponaty znalezione w peruwiańskim kraju Mochica, o którym - odmiennie niż o antycznym Rzymie - świat wtedy nic nie wiedział .

Do częstych okazów kolekcjonerskich należały głowy noworodków, gałki oczne, sześciopalczaste dłonie czy tablice "geologiczne" złożone z kamieni żółciowych i pęcherzowych lub mumifikanty uszu. Preparaty najczęściej były konserwowane w alkoholu i umieszczane w dużych, szklanych słojach. Stosowano też różnorakie żywice i werniksy, z którymi udanie eksperymentował holenderski anatom i balsamista Fryderyk Ruysch. Stopniowo preparaty wytworzone za pomocą nastrzykiwań różnymi substancjami zyskiwały pierwszeństwo. Metody iniekcyjne zapewniały trwałość i dokładność preparowanych fragmentów. Jednocześnie dzięki stosowaniu barwionych substancji uzyskiwano niedościgłą przejrzystość .

Moment, gdy wstawia się mumię do muzealnej galerii, inicjuje relatywizujące gry muzealne. Za tym posunięciem idą następne - objaśnienia, sekwencje innych przedmiotów, układy scenograficzne. Jednakże martwe ciało w sposób szczególny zaburza optymistyczną retorykę dyskursów muzealnych. Tym, czym pociągają ku sobie szczątki ludzkie, jest tchnienie pewnej tajemnicy, która dotyczy nas samych - tchnienie, jakie poczuł bohater cytowanego już eseju Williama Goldinga. Pisarz ukazał chłopca zafascynowanego kulturą Egiptu, dla którego mumia staje się wyjątkowym przeżyciem, otwarciem na przyjęcie "Innego", możliwością wyjścia ku innym bytom. Mumia przemawia tu nie słowami, ale swym ambiwalentnym, niejasnym, trudnym do zdefiniowania istnieniem, a to, co mówi, dotyczy zarówno jej, jak i tego, kto słucha jej mowy. Wzbudza w nim ona jednocześnie uczucia przerażenia i fascynacji:

"Ta mumia leży za szkłem i nikt spośród zwiedzających nie przejdzie mimo, nie zatrzymując się choćby na chwilę, by rzucić w jej kierunku pełne grozy, niemal ukradkowe spojrzenie. Ona żąda uwagi, bez ruchu i bez słowa. Jest brązowa, spowita w brązowe bandaże, których część złuszczyła się już, ukazując pergamin, fragmenty kości i pył. Znajduje się w tym punkcie, w którym czas pożera własny ogon i przestaje cokolwiek znaczyć. Jeśli posiada jakąś informację dla przechodzącego obok, nie można jej ani zdefiniować, ani też przed nią uciec. [...]

Leży tam tedy ta mumia, a my nie potrafimy przekonać siebie samych, że jest to jedynie rzecz ani że jest ona całkowicie obojętna. Puste oczodoły, z rozchylonymi zrogowaciałymi powiekami, cienka szyja, pęknięty policzek, pozwalający dostrzec korzenie zębów, mają w sobie coś z niemego horroru. [...] Ona ekscytuje, porusza, pochłania. Jest martwym ciałem, choć dostępnym za szkłem dla oka. Stoję przeto, obserwując - i nie przypisuję jej mojego człowieczeństwa. Czynię coś o wiele bardziej tajemniczego i, być może, niebezpiecznego. Sobie przypisuję jej człowieczeństwo. Jest ona częścią całego człowieka, tego, czym jesteśmy my sami. Jest w nas groza i potworność, brzydota i patos oraz ta ostateczność, którą zgodzimy się uznać za zaabsorbowanie własnymi sprawami, owszem, ale nigdy za obojętność" .

Muzea na całym świecie szczycą się posiadaniem w swych zbiorach przynajmniej jednej mumii, podobnie jest w Polsce. Na przykład w gdańskiej Katowni znajduje się ponoć zmumifikowane ciało mężczyzny wydobyte z bagien . Napisałem "ponoć", ponieważ ze względu na remont nie udało mi się dotrzeć ani do pracowników Katowni, ani nawet obejrzeć tego eksponatu, a informację na ten temat zaczerpnąłem z artykułu Magdaleny Grzebałkowskiej . Natomiast bez takich utrudnień można obejrzeć mumie i inne artefakty znad Nilu w następujących placówkach: Muzeum Narodowym w Warszawie, Muzeum Archeologicznym, Muzeum Fundacji Czartoryskich oraz w zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego - wszystkie w Krakowie. Wymienić należy też poznańskie Muzeum Archeologiczne i zbiory, choć niewielkie, Muzeum Miejskiego w Raciborzu.

Na zmumifikowane ciała można natknąć się praktycznie na wszystkich kontynentach, choć nic mi nie wiadomo o takim znalezisku na Antarktydzie. Sztukę balsamowania zwłok praktykowano - i często nadal się praktykuje - od Ameryki Środkowej po Azję i Polinezję. Mumie spotyka się w dżunglach, suchych piaskach pustyń, wysoko w górach, a także w lodach Alaski i torfowiskach północnej Europy. Zainteresowanych szerszym ujęciem tematu, technikami intencjonalnej konserwacji ciał, jak i przypadkowymi "dziełami" natury, odsyłam do mojej książki Mumie. Fenomen kultur.

WSTĘP, CZYLI RZECZ O NALEŻNYCH PODZIĘKOWANIACH

Obyczaj mumifikacji zwłok był obecny w licznych i mocno zróżnicowanych systemach kulturowych. U jego podstaw leżało przekonanie, że zachowanie ciała i powstrzymanie procesów gnilnych zapewni zmarłym nieśmiertelność. Takie przekonanie kształtowało się poprzez doświadczenie naturalnej mumifikacji oraz nasuwające się porównanie mumii do ziarna-przetrwalnika skrytego w ziemi, by zmartwychwstać. Zmarły nie gnił, a więc nie umierał, zapadał tylko w letarg, w którym oczekiwał rezurekcji. Dopóki trwała cielesność, dopóty trwał sen i istniała nadzieja na przebudzenie się w wieczności.

Balsamowanie zapobiegało również powstawaniu niebezpiecznych dla żywych produktów rozkładu zwłok. Wreszcie mumifikacja na swój sposób fetyszyzowała zwłoki, dając krewnym możliwość bardzo dosłownego kontaktu ze zmarłymi. To stanowiło wyraźną przewagę nad innymi formami pochówku, które w taki czy inny sposób prowadziły do destrukcji zwłok, wymazując tym samym fizyczny, a zatem najbardziej dosłowny, dowód istnienia człowieka na tym świecie. Dlatego też z tradycją balsamowania ciał osób zmarłych spotykamy się tak często w tak różnych kręgach kulturowych. Potrzeba ochrony zmarłego przed unicestwieniem nabierała wówczas bardzo dosłownego znaczenia.

W książce Tajemnice polskich grobowców. Pielgrzymki - Ukryte skarby - Sensacje i anegdoty - nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania przedmiotu ani spełnienia ambicji naukowych - chciałem przedstawić galerię postaci, których ciała zostały mniej lub bardziej udanie zmumifikowane, czy to przy pomocy sił natury, czy to dzięki umiejętnościom balsamistów. Ukazuje się wiele biografii opisujących życie i dokonania Polaków, ale nie było jeszcze takiej, która koncentrowałaby się na tym, co działo się z nimi tuż przed śmiercią oraz - bardzo często i wielu wypadkach - przez wiele lat po zgonie. To śmierć wyznacza koniec biografii. Biograf może wprawdzie "ciągnąć rzecz dalej", lecz czyniąc to, zmienić musi gatunek wypowiedzi.

Nie pisze już biografii, bo też o czym jeszcze można w takiej chwili pisać? O wielkości zmarłego? Owszem, lecz biografia przemieni się wówczas w hagiografię, w mowę pogrzebową, w nekrolog, w apologię. To śmierć wymusza zmianę. Jeśli biografowi dotąd udawało się z mniejszym lub większym szczęściem balansować pomiędzy "życiem" i "twórczością", "człowiekiem" i "dziełem", to po śmierci człowieka wkracza nieodwołalnie na inny obszar. Śmierć nie należy do biografii, domaga się innych zasad budowania wypowiedzi na swój temat, zmiany hierarchii przez biografię przyjmowanych, przy czym nie może to być ani żałobny lament, ani zideologizowana egzegeza. Powstaje dyskurs, który określić można mianem nekrografii.

Zanikanie świętości (grobów opuszczonych i zapomnianych) jest równie prawdopodobne i częste jak jej ekspansja (mnożenie relikwii i pamiątek), stąd jak najbardziej subiektywny dobór galerii opisywanych Polaków. Wpływ na to miała chęć ukazania zarówno stosunkowo mało znanych (bądź nawet wcale) postaci, jak też sławnych, ale z tych mniej głośnych aspektów ich życia, rodaków. Starałem się jednocześnie uciekać od ocen, takich jak ta autorstwa Howarda Cartera, gdzie z okrutną wręcz surowością chłodnego badacza ocenił Tutanchamona, którego mumia i grobowiec przyniosły mu przecież sławę: "Na podstawie tego, co dziś wiemy, możemy rzec z całą pewnością, że jedyną rzeczą godną uwagi w jego życiu było to, iż umarł i został pochowany".

Zdecydowałem się również przedstawić losy mumii obcokrajowców, które znajdują się w naszym kraju, traktując je jako "mumie polskie", ponieważ ostatecznie znalazły się w obecnych granicach naszego państwa. Jak to zwykle bywa w przypadku książek tego rodzaju, również i ja jestem niewypłacalnym dłużnikiem wielu znakomitych ludzi. Kiedy tworzy się swego rodzaju książkowy paradokument, korzysta się samowolnie z rezultatów ciężkiej pracy dziesiątków i setek ludzi wiedzących więcej i bardziej utalentowanych, którzy poświęcili jej lata, a nieraz i całe życie. Dobrze mieć świadomość tego długu, a później, jeśli książka przyda się na coś czytelnikom, dług nie zostaje wprawdzie spłacony, ale staje się usprawiedliwiony. Jeżeli zaś nie, wtedy dług przemienia się w bankructwo.

Tajemnice polskich grobowców zrodziły się z trudu szperacza, ze źródeł gromadzonych od dłuższego czasu jako pokłosie wydanej wcześniej monografii Mumie. Fenomen kultur, a także dzięki pomocy ludzi dobrej woli, którzy nie uchylili się od udzielenia mi pomocy przy wyszukiwaniu informacji lub dostarczaniu ikonografii, wspomagając mnie cennymi radami. W szczególności chciałbym podziękować prof. dr. hab. Antoniemu Mironowiczowi z Instytutu Historii uniwersytetu w Białymstoku oraz dr. Tomaszowi Kempie z Zakładu Historii Europy Wschodniej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu za ich wskazówki oraz materiały, do których bez nich nigdy bym nie dotarł. Nie bez znaczenia była też pomoc udzielona mi przez guru polskiej radiestezji i geomancji - Leszka Matelę. Swoją wdzięczność chciałbym także wyrazić "braci sandomierskiej": Józefowi Myjakowi - współautorowi Przeciw naturze rzeczy, która to książka okazała się nieocenionym drogowskazem, oraz Andrzejowi Sarwie i Piotrowi Sławińskiemu.

Równie wielkim zaangażowaniem i dobrą wolą wykazało się grono moich kolegów po piórze i zarazem miłośników Warmii i Mazur, a wśród nich: Wojciech Marek Darski, Jerzy Marek Łapo i Mirosław Słapik. Podziękowania należą się ponadto Mikołajowi Sudovikovowi za przetłumaczenie tekstów w języku rosyjskim i białoruskim, a także Jarosławowi Miklasiewiczowi za pozwolenie na wykorzystanie jego obrazu Mumie, podobnie jak Konradowi Biesiadeckiemu i Stanisławowi Michałowi Pióreckiemu za udostępnienie zasobów ich archiwum zdjęciowego oraz Wojtkowi Klimkowi za jego czarno-białe spojrzenie na problem mumifikacji, a także pani Aleksandrze Kurek z brodnickiego muzeum za pomoc w kompletowaniu materiałów. Pragnę w tym miejscu wymienić również osobę, która nieświadomie przyczyniła się do wzbogacenia tej książki - ojca Kosmę Rejmera, którego już w klasztorze oo. franciszkanów w Brodnicy nie zastałem.

Nie jestem historykiem, politologiem czy teologiem, stąd też czujne umysły przedstawicieli tych gałęzi nauki mogą wychwycić w tekście pewne nierówności, brak proporcji, a niekiedy zbyt daleko idące uproszczenia, jak choćby nazwanie Polakiem Krzysztofa Mikołaja Radziwiłła Sierotki. Cokolwiek jednak podaję, zostało oparte na źródłach (mniej lub bardziej wiarygodnych - to już temat na inną dyskusję), ode mnie pochodzą co najwyżej tytuł tej książki i jej poszczególnych rozdziałów. Najcelniej w słowa ujął to Goethe, który pisał: "Moich dzieł nie zawdzięczam w żadnym przypadku własnej tylko mądrości, lecz tysiącom rzeczy i osób, które dostarczyły mi do nich materiału". Przydługi ten wstęp zwieńczy natomiast najładniej myśl Montaigne'a: "Zebrałem tylko bukiet kwiatów, dodając jedynie wstążkę, którą są przewiązane".

Pamięci Wojtka Korytkowskiego - przyjaciela i dziennikarza

Jarosław Molenda Świnoujście 2007