Tajemnice Paryża - Eugeniusz Sue

Kup ebooka

5.21 zł
4.32 zł (4,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tom I

I Wstęp

Wieczorem 13 grudnia 1834 roku atletyczny mężczyzna, odziany w podartą bluzę, przeszedł most Pont-au-change w Paryżu i zagłębił się w labiryncie wąskich, krętych i ciemnych uliczek dzielnicy Cite. Porywisty wiatr hulał w ponurych zaułkach, chwiejne światło ulicznych latarni odbijało się w strumyku czarnej wody płynącej środkiem chodnika. Domy miały kolor błota, potłuczone szyby w nielicznych oknach, ciemne sienie i strome schody. Parter tych ruder zajmowały sklepiki węglarzy i garkuchnie.

Dziesiąta biła na zegarze. Pod sklepionymi przysionkami, ciemnymi jak jaskinie, przysiadło kilka kobiet. Niektóre śpiewały półgłosem. Mężczyzna musiał znać jedną nich, bo nagle schwycił ją za rękę. Cofnęła się z przestrachem:

- Dobry wieczór, Szurynerze.

- Gualezo! - rzekł mężczyzna. - Idź, kup mi wódki albo zobaczysz, jak z tobą potańcuję.

- Nie mam pieniędzy - odpowiedziała kobieta drżąc cała.

- Szynkarka ci skredytuje!

- Nie zechce, i tak jestem jej sporo winna...

- Śmiesz jeszcze gadać?! - zawołał Szuryner i wściekły rzucił się w pogoń za dziewczyną.

- Nie zbliżaj się do mnie - powiedziała śmiało - bo ci oczy wyłupię. Nic ci nie zrobiłam, czemu mnie chcesz bić?

- Zaraz ci powiem! - zawołał bandyta. - A! Mam cię! Teraz potańcujesz!

- Ty sam potańcujesz! - odezwał się jakiś męski głos.

- Kto tam? To ty, Czerwony Janku?

- Nie jestem Czerwonym Jankiem - rzekł nieznajomy.

- Dobrze, nie jesteś z naszych, spróbujmy się! - zawołał Szuryner; w tejże chwili miękka, wypieszczona dłoń schwyciła go za gardło tak silnie, iż zdawało się, że cienka skóra okrywa muskuły stalowe.

Dziewczyna, uciekłszy w głąb sieni, rzekła do nieznajomego obrońcy:

- Dziękuję panu, żeś ujął się za mną... Szuryner chciał mnie zbić. Teraz mnie już nie dostanie; strzeż się go... To znany nożowiec!

- I ja także chwat, z którym niełatwa sprawa - odpowiedział nieznajomy.

Wszystko umilkło; przez kilka sekund wśród wycia wiatru i plusku deszczu słychać było tylko gwałtowne szamotanie się walczących. Nieznajomy wyciągnął Szurynera aż na ulicę; podstawił mu nogę i przewrócił go, a gdy tamten znowu się porwał, obrońca Gualezy zaczął mu bębnić pięściami po głowie; uderzenia spadały gęsto jak grad. Nareszcie Szuryner, ogłuszony, padł na bruk.

- Nie dobijaj go, miej litość - rzekła Gualeza, która podczas tej bitki wyszła na próg domu. - Lecz kim pan jesteś? Prócz Bakałarza nikt nie jest silniejszy od Szurynera...

Nieznajomy zamiast odpowiedzieć słuchał uważnie głosu mówiącej; nigdy tony srebrzystsze nie głaskały mu ucha; chciał dojrzeć rysy twarzy, ale noc była zbyt ciemna, a światło latarni zbyt słabe.

Tymczasem Szuryner, poleżawszy kilka minut bez ruchu, wyciągnął ręce, przygiął nogi, aż wreszcie usiadł.

- Strzeż się! - zawołała Gualeza, uciekając znowu do sieni i ciągnąc nieznajomego za sobą.

- Bądź spokojna, jeśli mu mało, posłużę czymś więcej.

Bandyta dosłyszał.

- Zbiłeś mnie na kwaśne jabłko, na dziś mam dosyć; kiedy indziej, to nie mówię...

- Co! Czyś niezadowolony? - zawołał groźnie nieznajomy.

- Nie! Jesteś chwat - rzekł bandyta ponuro. - Dałeś mi dobrą lekcję, a wyjąwszy Bakałarza, nikt dotąd nie pochwalił się, że mnie zwalił z nóg...

- Dobrze, cóż z tego?

- Co z tego? Znalazłem mistrza. A i ty swego znajdziesz prędzej czy później. To tylko pewne, że teraz, kiedyś zwyciężył Szurynera, możesz robić w Cite, co ci się spodoba; wszystkie dziewki będą twoimi niewolnicami; szynkarze nie poważą się odmówić ci kredytu... kto ty jesteś?

- Chodź ze mną na kieliszek - rzekł nieznajomy - a poznasz mnie.

- Dobrze!... Uznaję w tobie mistrza... tęgo wywijasz pięściami... jak mi to leciało na łeb!... To wcale nowa sztuka... musisz mnie jej nauczyć...

- Zacznę na nowo, skoro zechcesz...

- Nie! Jeszczem odurzony... ale czy ty znasz Czerwonego Janka, żeś stał w sieni jego domu?

- Czerwonego Janka? - zdziwił się nieznajomy. - Mieszka w tym domu?

- Nie inaczej, człowieku, Janek ma swoje powody, żeby nie lubić sąsiadów.

- Tym lepiej dla niego - odpowiedział nieznajomy. - Nie znam żadnego Czerwonego Janka! Deszcz padał, więc wszedłem na chwilę do sieni, żeby nie zmoknąć... tyś chciał zbić dziewczynę, tymczasem ja cię wybiłem... i tyle tego.

- Ano dobrze; zresztą twoje sprawy mnie nie obchodzą; nie wszyscy, co mają interes do Czerwonego Janka, trąbią o tym... - A zwracając się do Gualezy, dodał: - Daję słowo, dobra z ciebie dziewczyna! Nie chciałem ci zrobić nic złego, ale to ładnie, żeś tego szaleńca nie podszczuwała na mnie, kiedy mu ustąpiłem... Pójdziesz pić z nami! On płaci! A gdybyśmy tak, mój panie - rzekł znowu do nieznajomego - zamiast iść na wódkę poszli co zjeść?

- Zgoda. Idziesz z nami, Gualezo? - rzekł nieznajomy.

- Dziękuję, po tej waszej bójce mdło mi się robi. Nie chcę już jeść...

- Zachce ci się, "Pod Białym Królikiem" kuchnia wyśmienita.

I wszyscy troje w najlepszej zgodzie poszli do garkuchni.

Podczas gdy nieznajomy walczył z Szurynerem, jakiś węglarz olbrzymiego wzrostu, ukryty w innej sieni, przypatrywał się niespokojnie kolejom bitwy. Bandyta i Gualeza już przestąpili próg garkuchni, a nieznajomy miał właśnie wchodzić, gdy węglarz zbliżył się i szepnął:

- Książę... błagam, miej się na ostrożności!...

Nieznajomy wzruszył ramionami i wszedł. Węglarz stanął pod drzwiami garkuchni, nadstawił pilnie ucha i zaglądał niekiedy przez mały otwór, znajdujący się w grubej powłoce wapna i kredy, którą szyby jaskiń łotrowskich zawsze są zamalowane.

II Garkuchnia

Dom, w którym mieści się garkuchnia "Pod Białym Królikiem", ma dwa okna z frontu; garkuchnia znajduje się na dole. Jest to zadymiona, brudna izba; po obu jej stronach sześć stołów i tyleż ławek przymocowanych do muru. Gospodyni ma trzy rzemiosła: wynajmuje mieszkania na noc, trzyma szynk i wypożycza suknie nierządnicom. Gospodyni ta, lat czterdziestu, otyła, czerwona, siedzi za długim stołem, na którym pełno kwaterek z cyny, a za nią na półkach stoją flaszki z wódką.

Dwaj ludzie ponurego wejrzenia, odziani prawie w łachmany, ledwie tykali wina, co przed nimi stało, i rozmawiali z widocznym niepokojem. Jeden - blady, szpakowaty - nasuwał często na oczy starą czapkę, a lewą rękę ciągle trzymał ukrytą. Przy innym stole siedział chłopak szesnastoletni, o twarzy zapadłej i przygasłym wzroku; długie, czarne włosy spadały mu na szyję; palił tytoń z glinianej fajki, wyciągnął nogi na ławę i to buchał dymem, to popijał sporą miarkę wódki. Reszta gości niczym się nie wyróżniała: twarze dzikie albo rozbestwione, wesołość grubiańska albo rozpustna, milczenie ponure albo głupkowate.

Weszli Szuryner i Gualeza wraz z nieznajomym.

Szuryner - wysokiego wzrostu, atletycznej budowy - miał twarz spaloną słońcem i ognistorude bokobrody. Rysy jego wyrażały zwierzęcą zuchwałość. Za całą odzież nosił wyszarzałą niebieską bluzę i spodnie, których pierwotną barwę zaledwie można było rozeznać pod grubą warstwą błota.

Gualeza miała lat szesnaście. Jej czyste czoło wznosiło się nad owalną twarzą, rozjaśnioną niebieskimi oczami o długich rzęsach. Purpurowe usta, zgrabny nos i cudne, jasne włosy nadawały jej rysom wyraz niemal anielski. Na głowie miała bawełnianą chustkę, na szyi sznur korali. Głos Gualezy, słodki, harmonijny, był tak zachwycający, że motłoch zbrodniarzy i nierządnic prosił ją często, żeby śpiewała, i dał jej przezwisko Gualezy śpiewaczki.

Nieznany obrońca dziewczyny (nazwiemy go Rudolfem) miał lat około trzydziestu. Jego postać, zwinna, proporcjonalna, nie zapowiadała nadzwyczajnej siły, jaką okazał w walce. Blada cera, oczy jakby roztargnione, ironiczny uśmiech zdradzały człowieka przesyconego rozkoszami życia. A jednak swą wypieszczoną ręką Rudolf przed chwilą powalił na ziemię najsilniejszego bandytę Cite. Zmarszczki na czole Rudolfa znamionowały człowieka głęboko myślącego. W zadumanym oku niekiedy przebłyskiwała słodycz, litość, innym razem surowość, złośliwość, wzgarda i okrucieństwo. Z taką łatwością zaś naśladował zachowanie bywalców garkuchni, że z pozoru nic - prócz rąk, białych i miękkich - nie odróżniało go od reszty gości.

Wszedłszy do garkuchni, Szuryner, kładąc dłoń, szeroką i włochatą, na ramieniu Rudolfa, zawołał:

- Cześć zwycięzcy Szurynera!... Tak jest, przyjaciele, ten chłopak mnie pokonał... Mówię to dla amatorów, którzy życzą sobie mieć połamane żebra albo rozbity łeb, nie wyłączając Bakałarza, który tym razem znajdzie swego mistrza...

Na te słowa gospodyni i wszyscy obecni spojrzeli na Rudolfa z uszanowaniem i obawą. Gospodyni, uśmiechając się do niego, wstała, by zapytać, co rozkaże podać.

Jeden z dwóch gości, o których wspomnieliśmy, schylił się do gospodyni i zapytał ochrypłym głosem:

- Czy byt tu Bakałarz?

- Nie - odpowiedziała.

- A wczoraj?

- Był. Czemu pytasz o niego?

- Bo dziś wieczór mieliśmy się zejść. Mamy interesy.

- Śliczne to muszą być interesy, zbóje!...

- Zbóje! - powtórzył bandyta rozjątrzony. - Z nich żyjesz!

- Ejże! Będziesz ty cicho? - zawołała gospodyni podnosząc butelkę, którą trzymała w ręku, a mężczyzna mrucząc siadł znowu na miejscu. - Czym każecie sobie służyć? - spytała uprzejmie Rudolfa.

- Spytajcie Szurynera, matko; on zaprasza, ja płacę... No, cóż chcesz na wieczerzę, hultaju?

- Dwie butelki wina, trzy kromki chleba i porcję mięsa - rzekł Szuryner. - A ty. Gualezo, będziesz jeść?

- Nie... nie jestem głodna

- Ależ, dziewczyno, spojrzyjże w oczy memu zwycięzcy - zawołał Szuryner, śmiejąc się na całe gardło. - Boisz się patrzeć na niego?

Gualeza w milczeniu spuściła oczy. Gospodyni przyniosła wieczerzę, która wprawiła w zachwyt Szurynera; jadł zawzięcie. Tak upłynęło kilka chwil, gdy wszedł nowy gość, raczej stary niż młody, żwawy, silny. Spojrzano tylko na niego i nikt już nań nie zważał. Wszyscy wiedzieli, kto to jest. Bandyci wnet poznali swego. Nowo przybyły siadł tak, żeby sam nie widziany, mógł śledzić ruchy dwóch mężczyzn, z których jeden dowiadywał się był o Bakałarza.

Rozmowy ciągnęły się dalej. Szuryner z szacunkiem odnosił się do Rudolfa.

- Słowo daję - rzekł - choć mnie tęgo przetrzepałeś, rad jednak jestem, żem cię spotkał. Chciałbym widzieć, jak weźmiesz się za łeb z Bakałarzem. On mnie zawsze bił.

- Myślisz, że dla twojej zabawy rzucę się na niego jak brytan?

- Bynajmniej, ale on skoczy do ciebie, gdy mu powiedzą, żeś silniejszy od niego.

- Mam dość drobnych, aby i jemu jeszcze zapłacić - rzekł Rudolf niedbale; potem dodał: - Ależ pogoda, psa szkoda wygnać z domu! Trzeba by kazać dać wódki, pilibyśmy, a Gualeza może by nam zaśpiewała.

- Zgoda - rzekł Szuryner.

- I powiemy sobie, kim jesteśmy - dodał Rudolf. Szuryner wstał, przyłożył lewą rękę do czapki i powiedział:

- Albinos, inaczej zwany Szurynerem, niegdyś więzień na galerach za morderstwo, dziś uwolniony, zimą marznie w wodzie, latem piecze się na słońcu; oto moje życie. A ty - dodał - mój panie? Pierwszy raz widzimy cię tutaj... Musisz mieć jakieś rzemiosło?

- Robię malowidła na wachlarzach i nazywam się Rudolf.

- Malarz! - zawołał Szuryner. - A więc dlatego masz takie białe ręce. Ale czemu chodzisz do takiej nory jak ta, gdzie bywają złodzieje, zbóje i galernicy?

- Przychodzę tu, bo lubię się bawić.

- Hm! Hm! - bąknął Szuryner. - Wiesz co, zdaje się, że mi nie ufasz, i nie mam ci tego za złe. Żebyś mnie poznał, opowiem ci moje życie. Ale ty zacznij naprzód, mój panie.

- Malarz to ładne rzemiosło - rzekła Gualeza.

- Wiele też na dzień zarabiacie? - spytał Szuryner.

- Kiedy się postaram - odparł Rudolf - mogę zarobić cztery franki, czasem pięć, ale to latem, bo dni dłuższe.

- A często wałęsasz się, paniczu?

- Hm! Dopóki mam grosz w kieszeni. Za nocleg płacę sześć sous, tytoń kosztuje mnie na dzień cztery sous, to dziesięć, śniadanie cztery, to czternaście, obiad piętnaście sous, więc co dzień wydaję około półtora franka. Nie potrzebuję pracować cały tydzień, resztę czasu bawię się.

- A twoi rodzice? - rzekła Gualeza.

- Umarli na cholerę.

- U kogóż pracujesz, kim jest twój majster?

- Nazywa się Borel, głupi gbur, złodziej i skąpiec, wolałby dać sobie oko wybić niż człowiekowi płacić za robotę. Niechaj przepadnie! Byłem u niego na nauce od piętnastego roku. Od spisu wojskowego jestem wolny; mieszkam przy ulicy Juiverie na czwartym piętrze od frontu, nazywam się Rudolf. Oto i moja historia.

III Historia Gualezy

- Teraz ty gadaj, Gualezo - rzekł Szuryner.

- Kim są twoi rodzice? - spytał Rudolf.

- Nie znam ich; urodziłam się, jak to mówią, pod kapuścianym liściem.

- W takim razie, Gualezo - zawołał Szuryner - jesteśmy krewnymi, bo i ja nie wiem, skąd się wziąłem.

- A kto cię wychował? - przerwał Rudolf.

- Nie wiem... Odkąd pamiętam, byłam przy starej, jednookiej babie; nazywali ją Puchaczką; miała nos zakrzywiony jak hak, oko zielone, okrągłe. Wieczorem sprzedawałam cukier, a prawdę mówiąc, żebrałam... Kiedy, wracając, nie przyniosłam najmniej dziesięciu sous, dostawałam szturchańce zamiast wieczerzy.

- A pewna jesteś, że to nie twoja matka? - spytał Rudolf.

- Najpewniejsza, bo mi Puchaczką dość często wymawiała, żem sierota bez ojca i matki.

- I tak - rzekł Szuryner - zawsze byłaś bita?

- Zawsze dostawałam szklankę wody, kawałek suchego chleba i kładłam się na całą noc marznąć w stary siennik, w którym Puchaczka zrobiła dziurę, żebym weń mogła wleźć. Nazajutrz dostawałam takie samo śniadanie i szłam za miasto do Montfaucon zbierać robaki do wędek bo Puchaczka sprzedawała na moście wędki.

- Mimo to urosłaś prosta jak trzcina, dziewczyno; nie masz się co skarżyć. Od tej chudej strawy jesteś taka cienka i zgrabna - przerwał Szuryner, buchając dymem z fajki. - Ale cóż ci to, bracie... panie Rudolfie? Czegoś posępny?... Czy dlatego, że ta dziewczyna użyła biedy?... Nam wszystkim nie lepiej było.

- O! Ręczę, że nie wycierpiałeś tyle co ja, Szurynerze.

- Ależ, dziewczyno, w porównaniu ze mną miałeś się jak hrabia. Przynajmniej gdyś była mała, spałaś na słomie i jadłaś chleb... Ja, kiedy mi szczęście służyło, sypiałem w piecach w Clichy, gdzie wypalają wapno; jadłem liście kapusty, a głód mnie ścinał z nóg.

- Mężczyzna ma więcej siły - odparła Gualeza - ale biedna dziewczyna... Stałam na moście z moim cukrem i płakałam z, głodu i zimna. Litowali się przechodzący wyżebrałam czasem piętnaście sous, ale i to mi na dobre nie szło, bo Puchaczka widząc, że im więcej płaczę, tym więcej zbiorę, umyśliła bić mnie zawsze, nim postawi na moście.

- Niezły koncept!

- A pewnie, Szurynerze. Ale ja wreszcie przyzwyczaiłam się do bicia. Więc się śmiałam zamiast płakać, śpiewałam... chociaż mi się nie chciało śpiewać. Jednego dnia ulicznicy zabrali mi mój koszyk. Stara wybiła mnie i nie dała chleba. Wieczorem zaczęła mi wyrywać włosy na skroni - tam najwięcej boli...

- Bodaj ją piorun trzasł! To za wiele! - krzyknął bandyta, uderzając pięścią w stół.

Rudolf spojrzał zdziwiony na Szurynera; zastanowił go ślad uczucia w takim człowieku.

Dziewczyna mówiła dalej:

- Powiedziałam wam tedy, że Puchaczka dręczyła mnie, żebym płakała; to mnie rozjątrzyło: na złość jej śmiałam się idąc na most z koszykiem cukru. Od pół roku nosiłam ten cukier i nigdym nie skosztowała, ale tego wieczora, z głodu i żeby dokuczyć babie, wzięłam laskę cukru i zjadłam.

- Świetnie! - zawołał Szuryner.

- Puchaczka widząc, co się dzieje, grozi mi pięścią z daleka, bo nie mogła odejść od straganu. Ja myślę sobie: więcej mnie nie wybije za trzy laski cukru niż za jedną... pokazuję jej cukier i w jej oczach go zjadam.

- Wybornie! - wołał Szuryner. - Lecz Puchaczka musiała z ciebie żywcem złupić skórę.

- Zgarnąwszy stragan, przyszła do mnie: myślałam, że padnę na miejscu, tak się bałam. Przyszedłszy do domu, Puchaczka zamknęła drzwi na klucz; padłam przed nią na kolana, błagając o przebaczenie, a ona nic nie odpowiada. Wtem chwyciła obcęgi...

- Obcęgi? - zawołał Szuryner. - Na co?

- Żeby mi wyrwać ząb.

Szuryner zaklął.

- Co ci jest? - spytała Gualeza.

- Co mi jest?...Toćbym tę jednooką wiedźmę zabił, gdyby mi wpadła w ręce. - I oko bandyty nabiegło krwią.

- I wyrwała ci ząb, biedna dziewczyno, ta niegodziwa baba? - zapytał Rudolf.

- A jakże!... I to nie od pierwszego razu! Mój Boże, jakże mnie męczyła! Dobyła mi ten ząb, mówiąc przy tym:,,Odtąd co dzień wyrwę ci po jednym, a kiedy już zostaniesz bez zębów, wrzucę cię do wody".

- O, przeklęta baba! - zawołał Szuryner.

- A czy dzisiaj znać co jeszcze? - odparła Gualeza i uśmiechając się, ukazała dwa rzędy zębów, równych i białych jak perły.

- Co potem zrobiłaś? - spytał Szuryner.

- Prawdę mówiąc, przebrała się miarka. Nazajutrz uciekłam. Szłam cały dzień, błąkając się po ulicach. Nocą wlazłam do składu drzewa, pod stos kory. Głód mi dokuczał, próbowałam jeść trociny, ale nie mogłam. Tam mnie następnego dnia znaleźli i odprowadzili na policję. Badali mnie, sądzili i jako włóczęgę skazali na siedzenie w domu poprawczym do lat szesnastu. Podziękowałam sędziom za ich łaskę, bo przecież w więzieniu dawali mi jeść. Nadto w więzieniu nauczyłam się szyć. Ale wolałam śpiewać niż pracować; kiedy śpiewałam, zdawało mi się, że jestem wolna.

- To prawdziwie urodziłaś się słowikiem - zauważył Rudolf.

- Gdy skończyłam szesnaście lat, wypuszczono mnie z więzienia. Ledwiem wyszła na ulicę, zaczepiła mnie gospodyni tego szynku i jeszcze kilka staruch. "Mój aniołku", mówią do mnie, "czy chcesz mieszkać u nas? Damy ci piękne suknie, a nic nie będziesz robić, tylko się bawić". Kto osiem lat wysiedział, ten wie, jak to ma rozumieć, Anim ich chciała słuchać. Myślę sobie: "Mam zarobionych trzysta franków, umiem szyć, robota się znajdzie, gdy nie stanie pieniędzy". Chętka do zabaw mnie zgubiła... ale nie było nikogo, kto by mi dał dobrą radę... Nakupiłam kwiatów na cały pokój; tak lubię; kwiaty! Potem ładną suknię, jeździłam na spacer...

- Z kochankiem? - spytał Szuryner.

- Gdzie tam! Chciałam być panią siebie. Za towarzyszkę do zabaw brałam dziewczynę, co była razem ze mną w więzieniu; to dobra dziewczyna, nazywa się Rigoletta.

- Rigoletta? - przerwał Szuryner. - Nie znam jej.

- O, wierzę, to uczciwa szwaczka, zarabia dwadzieścia pięć sous dziennie, ma własne małe gospodarstwo... Cóż powiem? Tak długo marnowałam pieniądze, aż mi zostało tylko pięćdziesiąt franków. I wtedy właśnie dowiedziałam się, że moja praczka nie ma nawet czym zapłacić za łóżko, że zległa w piwnicy i leży na słomie, nie mając czym okryć ani siebie, ani swojej kruszyny. Pobiegłam do domu, zabrałam wszystką bieliznę, jaką miałam, zaniosłam jej i czuwałam przy niej, aż znowu mogła się podnieść. Pomagałam jej pieniędzmi, wyzdrowiała. Teraz ma z czego żyć, ale nigdy nie chce mi powiedzieć, com jej winna za pranie. Widzę, że chce mi się w ten sposób uiścić z długu. Jeśli tak dalej będzie, muszę sobie znaleźć inną praczkę.

- A gdy ci zabrakło pieniędzy?... - spytał Rudolf.

- Ha, wtedy szukałam roboty. Umiem bardzo dobrze szyć, szczerze chciałam pracować, poszłam śmiało do magazynu bielizny. Powiedziałam, że przed dwoma miesiącami wyszłam z więzienia i że chciałabym dostać pracę. Za całą odpowiedź pokazano mi drzwi. Wracałam do domu smutna, spotkałam tutejszą gospodynię... wzięła mnie ze sobą... opiła wódką... i tak rzeczy poszły!

- Rozumiem - rzekł Szuryner. - To się nazywa zupełna spowiedź.

- Zdaje się, że żałujesz, iż opowiedziałaś swoje życie? - zapytał Rudolf.

- Bądź co bądź miło jest być uczciwą - odparła Gualeza z westchnieniem.

- Uczciwą!... - zawołał bandyta, śmiejąc się. - A po co? Żeby czcić ojca i matkę, których nie znałaś nigdy?

Na twarzy dziewczyny malowało się głębokie zadumanie.

- Słuchaj - rzekła - że ojciec albo matka rzucili mnie na ulicy jak szczenię, nie mam im tego za złe; pewnie sami nie mieli z czego żyć. Ale są ludzie szczęśliwsi ode mnie.

- Od ciebie? Jesteś śliczna, nie masz siedemnastu lat, śpiewasz jak słowik, wszyscy cię lubią - i użalasz się. A cóż dopiero, gdy będziesz stara jak ta szynkarka?

- O, ja tak długo nie pożyję, umrę młodo; już kaszlę.

- Czy często przychodzą ci takie myśli, Gualezo? - spytał Rudolf.

- Czasem, może pan to lepiej zrozumie od niego. Kiedy widzę, jak mleczarka z wózkiem wraca na wieś, jakże jej zazdroszczę! Ja idę sama do ciemnej izby, gdzie nawet słońce nie zajrzy.

- A więc bądź uczciwa!

- Uczciwa, mój Boże! A jakim sposobem? Za co? Suknie, które mam na sobie, należą do gospodyni, winnam jej za mieszkanie i za stół...nie mogę ruszyć się z miejsca. Kazałaby mnie przytrzymać. Daj pić, Szurynerze - wtrąciła żywo, podsuwając szklankę - nie, nie wina, daj wódki, to mocniejsze. - A wypiwszy z widocznym obrzydzeniem, dodała: - Szkoda, że wódka ma tak paskudny smak.

Rudolf słuchał tej przerażającej opowieści ze wzrastającym zajęciem. Nędza, brak opieki i doświadczenia zgubiły nieszczęsną dziewczynę, którą w szesnastym roku życia los rzucił samotnie w ogrom Paryża. Mimo woli Rudolf pomyślał o ukochanym dziecku, które stracił... córeczka... umarła mając sześć lat... teraz miałaby szesnaście jak Gualeza. Wspomnienie to pogłębiało jeszcze jego współczucie dla skrzywdzonej sieroty.

IV Historia Szurynera

Czytelnik nie zapomniał dwóch gości, których bacznie obserwował trzeci, później przybyły. (Jeden z nich ciągle chował lewą rękę i kilkakroć dopytywał się, czy Bakałarza nie było dziś w garkuchni). Podczas opowiadania Gualezy, którego słyszeć nie mogli, niepokój ich wzrastał. Człowiek, co ich śledził, porównawszy ich wygląd ze wskazówkami, jakie miał zapisane na małej karteczce, wstał i rzekł do gospodyni:

- Słuchajcie, matko, zaraz wrócę; pilnujcie mojej butelki i talerza.

- Bądź spokojny, jeśli butelka próżna, a na talerzu nic nie ma, nikt ich nie dotknie.

Gdy człowiek ten wychodził, Rudolf spostrzegł na ulicy węglarza o olbrzymim wzroście. Nim drzwi się zamknęły, Rudolf miał czas okazać gestem, jak dalece jest mu przykry ten rodzaj opiekuńczego dozoru; węglarz jednak, nie zważając na to, nie oddalił się od gospody.

Gualeza, chociaż nieco odurzona wódką, nie odzyskała wesołości; oparta o ścianę, ze spuszczoną głową, pogrążyła się w czarnych myślach.

Szuryner, przeciwnie, był w najlepszym humorze. Sam spożył całą wieczerzę; wino i wódka rozwiązały mu język. Dzika otwartość, z którą się przyznał, że zabił człowieka i poniósł słuszną karę, duma, z jaką zapewniał, że nigdy nic nie ukradł, zdawały się dowodzić, że mimo popełnionych zbrodni nie jest to zatwardziały bandyta. To też Rudolf z ciekawością czekał na jego biografię. Szuryner wychylił szklankę i zaczął:

- Ciebie, moja biedna Gualezo, przytuliła choć Puchaczka, która bodajby się smażyła w piekle!... Ja nie pamiętam, żebym kiedy spał na posłaniu, aż do lat dziewiętnastu, kiedym wstąpił do wojska.

- Służyłeś więc? - zapytał Rudolf.

- Trzy lata. Ale o tym później. Schody pałaców, piece, w których palono wapno w Clichy, kamieniołomy w Montrouge - oto miejsca, gdzie spędziłem młodość. Mogłem mieć dwanaście lat, kiedym się dostał do Montfaucon, gdzie biją stare konie i zdejmują z nich skórę. Z początku zabijanie biednych zwierząt robiło na mnie wrażenie, ale wkrótce polubiłem moje zajęcie.

- A jak cię nazywano? - spytał Rudolf.

- Miałem włosy jeszcze podobniejsze do lnu niż teraz i często oczy krwią mi zachodziły, dlatego zwali mnie Albinosem. Albinosy między ludźmi to, to samo co białe króliki między zwierzętami - dodał poważnie.

- A twoi rodzice? Krewni?

- Rodzice? Nieznani. Miejsce urodzenia: pierwszy lepszy róg jakiej bądź ulicy; niewielką mi przysługę zrobili, że mnie na świat wydali. Wielem użył biedy.

- Byłeś głodny, ziębłeś, a nie kradłeś?

- Nigdy.

- Bałeś się pójść do więzienia?

- Gdzież znowu! Nie kradnąc, puchłem z głodu; złodzieja karmiliby w więzieniu! Nie, nie kradłem, bo... bo... kraść - to nie dla mnie robota.

Rudolfa rozczuliła ta odpowiedź.

- To dobrze - rzekł - masz jeszcze serce i honor.

Bandyta zmieszał się; spojrzał na Rudolf a z szacunkiem. Pojmował, jaka przepaść ich dzieli.

- Nie wiem, czy tak - rzekł. - Ale to, co mi pan powiedział...nikt jeszcze do mnie tak nie mówił... Dosyć... nigdy panu tego nie zapomnę!

- Długo byłeś w Montfaucon? - spytał Rudolf.

- Kilka lat; z początku mdło mi się robiło, kiedym zarzynał biedne szkapy. Ale gdy skończyłem siedemnaście lat, jakiś szał mnie ogarnął. Czasem ze dwadzieścia koni czekało na swą kolej. Ja, bez koszuli, z wielkim ostrym nożem, uwijałem się między nimi... oczy krwią napływały, ciąłem nożem bez pamięci, póki mi z rąk nie wypadał. A że przy takiej robocie kaleczyłem skóry, wymówiono mi. Chciałem pójść do rzeźników. Ale gdzież tam! Gardzili mną. Więc przystałem do wojska. Miałem wzrost dobry, siły dosyć, przyjęli. Szkoda tylko, że nie mieliśmy wojny. A z karnością wojskową nie ma co żartować. Jednego dnia sierżant wyłajał mnie; i słusznie, bo się leniłem; to mnie rozgniewało, nie usłuchałem go, on mnie popchnął, ja jego pięścią w pierś. Rzucają się na mnie inni; wściekłość mnie ogarnia, czerwieni mi się w oczach... Miałem nóż w ręku, jak szalony uderzam; zabiłem sierżanta, zraniłem dwóch żołnierzy.

Bandyta spuścił głowę i chwilę siedział zasępiony.

- O czym myślisz, Szurynerze? - zapytał Rudolf.

- Krótko mówiąc, zakuli mnie w kajdany, zasądzili i skazali na śmierć - mówił dalej Szuryner, nie odpowiadając Rudolfowi.

- Więc uciekłeś z więzienia?

- Nie; zmienili mi karę śmierci na piętnaście lat ciężkich robót na galerach. Zapomniałem powiedzieć, że w czasie służby uratowałem dwóch kolegów tonących i kiedyś podczas pożaru wyniosłem z ognia starą, chorą babę!... Koniec końcem, mój obrońca tyle gadał, że nie miałem być rozstrzelany... Kiedy przyszedł powiedzieć mi o tym, chciałem go zadławić...

- Żałowałeś, że ci zmienili karę?

- A pewnie... krew za krew, to słuszne; kto kradł, niech dźwiga kajdany. Ale zmusić człowieka, żeby żył po zabójstwie...

- Sumienie cię gryzło?

- Nie; przecież odsiedziałem swoje lata - odparł Szuryner - ale dawniej co noc prawie śniło mi się, że widzę sierżanta i tych żołnierzy. A za nimi ze stu i więcej, stoją rzędem; czekają, żebym ich pozarzynał jak niegdyś konie... Rzucałem się na nich we śnie, zabijałem jednego po drugim, a coraz więcej ich przybywało... Mało tego... nigdy nie miałem brata, a zdawało mi się, że to wszystko moi bracia, za których chętnie życie bym oddał. Zlany zimnym potem, budziłem się...

- To straszny sen, Szurynerze.

- O, tak! Myślałem, że zwariuję, chciałem sobie życie odebrać; ale mi się nie udało. W końcu przemogło nawyknienie do życia.

- Byłeś w dobrej szkole, żeby się nauczyć kraść.

- Prawda, ale zbywało na chęci. Inni więźniowie dlatego właśnie drwili ze mnie; wytłukłem ich i dali mi spokój. Poznałem tam i Bakałarza... Dostałem od niego tak samo, jakem dostał dziś wieczór od ciebie.

- Więc to zwolniony galernik?

- Był skazany na dożywocie, ale sam się uwolnił.

- Uciekł? I nie wydadzą go?

- Ja go nie wydam.

- Policja go nie wyśledzi?

- Dzisiaj sam Lucyper by go nie poznał... Miał nos długi - oberżnął go sobie i nadto jeszcze umył twarz witriolem; od sześciu miesięcy, jak zbiegł z galer, policjanci sto razy go spotkali, a żaden nie poznał.

- Za cóż siedział?

- Za fałszerstwo, kradzież i zabójstwo. Nazywają go Bakałarzem, bo ślicznie pisze i jest bardzo uczony.

- Złowią go prędzej czy później.

- Żywcem go nie wezmą. Zawsze nosi pod bluzą dwa nabite pistolety i sztylet.

- A od czasu uwolnienia z czego żyjesz?

- Ładuję drzewo. Z tego mam chleb.

- Ale skoro nie jesteś złodziejem, czemu mieszkasz tu, w tej złodziejskiej norze?

- I gdzież będę mieszkał? Kto zechce przestawać z kryminalistą? Sam się nudzę; lubię towarzystwo; tu żyję z równymi sobie;

Szuryner zamilkł i wytrząsnął fajkę.

Wtem nowe zdarzenie przypomniało wszystkim trojgu, w jakim miejscu się znajdują.

V Uwięzienie

Człowiek, który wyszedł, poleciwszy opiece szynkarki swoją butelkę, wrócił z drugim mężczyzną, barczystym, śmiałego wejrzenia.

- Co za szczęście, że się spotykamy, Borelu! Wejdź, wypijemy szklankę!

Szuryner szepnął Rudolfowi i Gualezie:

- Będzie awantura. To policjanci. Baczność!

Dwaj bandyci, z których jeden zapytywał o Bakałarza, znacząco spojrzeli na siebie, wstali i podeszli ku drzwiom. Policjanci rzucili się na nich. Walka była zawzięta; wpadło jeszcze kilku policjantów, a za otwartymi drzwiami błysnęły strzelby żandarmów. Bandyta, który ciągle chował rękę, szamocąc się z napastnikami, ryczał jak dziki zwierz; trzech ludzi ledwie mogło go utrzymać. Drugi zaś, zsiniały, z twarzą konwulsyjnie drgającą, nie bronił się wcale i sam podał ręce, na które mu założono kajdanki. Gdy wszystko się skończyło, gospodyni zapytała obojętnie jednego ze znajomych żandarmów:

- Cóż to ci ludzie zrobili, mój dobry panie Borel?

- Zabili wczoraj starą kobietę przy ulicy Świętego Krzysztofa. Nieszczęśliwa zeznała przed śmiercią, że jednego z nich ugryzła w rękę. Mój towarzysz przyszedł przekonać się, czy to oni. Teraz ich złowiliśmy.

Po wyjściu policjantów zapadło milczenie. Gospodyni wreszcie przerwała je mówiąc:

- Szczęście dla Bakałarza, że go tu nie było; ten w czerwonej czapce dwa razy o niego pytał, bo mają jakieś interesy... Ale o wilku mowa, a wilk tu: otóż i Bakałarz ze swoją nową żoną.

Mężczyzna i kobieta weszli do gospody. Wszystkich ogarnął lęk na ich widok. Nawet na Rudolfie zrobił wrażenie ten straszny zbójca. Spoglądał nań z ciekawością i przekonał się, że Szuryner nie przesadził w opisie. Bakałarz okropnie zeszpecił sobie twarz. Wszędzie głębokie blizny, sine, wygryzione witriolem; wargi nabrzmiałe, dwie nieforemne dziury zamiast nozdrzy. Oczy - jasne, małe, okrągłe - błyszczały dzikością; czoło - spłaszczone jak u tygrysa - ginęło pod wielką futrzaną czapką. Bakałarz był średniego wzrostu; głowę miał wielką, szerokie, silne, mięsiste barki rysowały się pod fałdami płóciennej bluzy; długie, muskularne ręce świadczyły o niezwykłej sile. Kobieta, która z nim przyszła, była stara, dosyć przyzwoicie ubrana. Ujrzawszy ją Gualeza pobladła i drżąc schwyciła Rudolfa za rękę.

- Boże! Boże! To ona... to Puchaczka...

Bakałarz podszedł wolno do stołu, gdzie siedzieli Rudolf, Gualeza i Szuryner, i rzekł chrapliwym głosem:

- Słuchaj no, ślicznotko, rzucisz tych dwóch bałwanów i pójdziesz ze mną...

Dziewczyna drżąc trzymała się Rudolfa.

- A ja... nie będę zazdrosna - zawołała Puchaczka, śmiejąc się do rozpuku. Nie poznała w Gualezie dziecka, nad którym się pastwiła.

- Co to? Nie rozumiesz mnie, dziewko! - wrzasnął Bakałarz. - Jak zaraz nie pójdziesz, to wybiję ci oko, żebyś była do pary z Puchaczka; hej, ty, z wąsami - mówił do Rudolfa - jeśli mi jej w tej chwili nie oddasz, duszę ci wytrzęsę.

- Boże! Ratuj mnie! - zawołała Gualeza, załamując ręce, a wspomniawszy, że może narazić Rudolfa na niebezpieczeństwo, dodała: - Panie, nie ruszaj się z miejsca; jeśli on się zbliży, krzyknę, a gospodyni z obawy przed policją ujmie się za mną.

- Bądź spokojna, moje dziecko - odparł Rudolf patrząc śmiało na Bakałarza. - Skoro przykro ci patrzeć na to szkaradne bydlę, wypchnę go na ulicę.

- Ty?!... - krzyknął Bakałarz.

- Ja!... - odparł Rudolf.

I mimo błagania Gualezy wstał od stołu.

Bakałarz cofnął się o krok na widok fizjonomii Rudolfa; Gualeza i Szuryner poznać nie mogli towarzysza, tak piekielny gniew wykrzywił w jednej chwili jego szlachetną twarz. W walce z Szurynerem wydawał się wesoły, teraz ogarnęła go zajadła nienawiść, źrenice błyskały dziwnym ogniem. Są ludzie mający w spojrzeniu magnetyczną siłę. Rudolf ją posiadał. Bakałarz zadrżał, cofnął się, nie dowierzając już swojej sile, sięgnął pod bluzę po nóż. Może by doszło do zabójstwa, lecz Puchaczka zawołała:

- Poczekaj no, poznaję tę dziewczynę. Toć to Maryśka, co mi kradła cukier. Bądź spokojna, choć ci już zęba nie wyrwę, to wszystkie łzy z ciebie wycisnę. Czy wiesz, że znam twoich rodziców? Bakałarz widział na galerach człowieka, co mi cię oddał jako małe dziecko... Masz bogatych rodziców...

- Mam rodziców!... Znasz ich?... - krzyknęła Gualeza.

- Znam czy nie, tobie nic do tego. Prócz mnie tylko mój wie, jak się nazywa twoja matka, ale wyrwałabym mu raczej język, niżby ci to miał powiedzieć... Co to, płaczesz?!

- Wolę, żeby rodzice myśleli, że mnie już nie ma na świecie - rzekła Gualeza z goryczą.

Rudolf, zapomniawszy o Bakałarzu, słuchał uważnie, bandyta zaś, nie będąc już pod wpływem wzroku przeciwnika, odzyskał odwagę. Ufny więc w swą herkulesową siłę, zbliżył się do obrońcy Gualezy.

- Dość gawęd... Muszę fircykowi dać, co mu się należy...

Jednym skokiem Rudolf przesadził stół; Bakałarz stanął w pozycji. Nagle drzwi się otworzyły, wpadł węglarz, odepchnął Bakałarza, zbliżył się do Rudolfa i po angielsku szepnął mu do ucha:

- Książę! Tom i Sara są na rogu ulicy.

Na te słowa Rudolf wzdrygnął się z gniewu, rzucił luidora na stół i skoczył ku drzwiom. Bakałarz chciał mu przeciąć drogę, ale Rudolf uderzył go w twarz tak mocno, że bandyta zachwiał się.

- Wiwat! - zawołał Szuryner - poznaję to uderzenie, i ja się takich nauczę...

Bakałarz skoczył w ślad za Rudolfem, ale ten z węglarzem znikł już wśród labiryntu uliczek. Bandyta zaprzestał daremnej pogoni i wrócił do szynku. Jednocześnie z nim weszły dwie osoby, zdyszane od szybkiego biegu.

- Do czorta! - rzekła jedna z nich - znowu nam znikł!

Goście ci rozmawiali po angielsku.

Gualeza, przerażona spotkaniem z Puchaczką i groźbami Bakałarza, skorzystała z zamieszania wywołanego przybyciem nowych gości i wymknęła się z szynku.

VI Tom i Sara

Nowo przybyli pochodzili z lepszej klasy. Mężczyzna słusznego wzrostu, wysmukły, o rysach surowych, miał włosy prawie białe, a faworyty czarne, krepę na kapeluszu, angielski surdut, szaraczkowe spodnie i długie buty. Druga osoba, szczupła, blada, piękna, była również w żałobie; czarne włosy i oczy odbijały od bladej cery. Chód i drobne rysy zdradzały kobietę.

- Tom, każ coś dać i wypytaj tych ludzi o niego - odezwała się Sara po angielsku. Usiedli przy stole. Tom zawołał o wino.

Przybycie tych dwóch osób obudziło zainteresowanie. Ubiór ich i obejście dowodziły, że nie zwykli uczęszczać do takich garkuchni. Szuryner, Bakałarz i Puchaczka przyglądali się im z uwagą.

Tom zawołał powtórnie z niecierpliwością:

- Prosiłem o wino, moja pani.

Gospodyni, zdziwiona taką grzecznością, sama wdzięcząc się podała wino. Tom rzucił jej pięć franków.

- Schowaj to pani dla siebie i wypij z nami szklaneczkę. Ale - dodał - mieliśmy się zejść z kolegą w szynku na tej ulicy, możeśmy się omylili.

- To jest szynk "Pod Białym Królikiem".

Tom rzucił znaczące spojrzenie na Sarę i rzekł:

- Właśnie "Pod Białym Królikiem".

- A jak wygląda pański znajomy?

- Wysoki, szczupły, szatyn, ciemne wąsy...

- Zaraz, zaraz... tylko co tu był... lecz jakiś węglarz przyszedł po niego i razem wyszli.

- To oni! - zawołał Tom.

- Byli sami? - spytała Sara.

- Węglarz wszedł na chwilkę, ten drugi jadł tutaj z Gualezą i Szurynerem - rzekła gospodyni, wskazując tego ostatniego.

Tom i Sara zwrócili uwagę na Szurynera. Sara spytała towarzysza po angielsku:

- Znasz tego człowieka?

- Nie. Karol zgubił ślad Rudolfa w tych ciemnych uliczkach, lecz widzę, że Murf, przebrany za węglarza, kręci się tutaj i zagląda do okna, przyszedł nas powiadomić...

Bakałarz, obserwując Toma i Sarę, szepnął do Puchaczki:

- Ten wysoki rzucił pięć franków gospodyni. Już niedługo północ, deszcz pada; ruszmy za nimi i zabierzmy pieniądze.

- Gdyby ten mały chciał krzyczeć, obleję mu twarz witriolem - rzekła Puchaczka, a po chwili dodała: - Jak jeszcze raz spotkamy Maryśkę, jej też wymyję twarz witriolem, żeby się nie pyszniła urodą.

- Niech mnie diabli wezmą - zawołał Bakałarz - muszę się z tobą ożenić! Któraż kobieta ma takie koncepty?...

Po chwili namysłu Sara powiedziała do Toma:

- Wypytajmy tego człowieka o Rudolfa.

- Ha, spróbujmy - odparł Tom, a obracając się do Szurynera, dodał: - Przyjacielu, mieliśmy się zejść w tym szynku z naszym przyjacielem, który tu z tobą wieczerzał; czy nie mógłbyś nam powiedzieć, dokąd poszedł? Dawno go znasz?

- Znam go, bo pobił mnie, broniąc Gualezy. Pierwszy raz go spotkałem przed domem Czerwonego Janka.

- Gospodyni, proszę jeszcze o butelkę najlepszego wina - zawołał Tom, siadając z Sarą obok Szurynera. - Szczególne imię... Czerwony Janek! Kto to taki?

- Przemytnik - odpowiedział niedbale Szuryner. - Doskonałe wino, moja gosposiu.

Tom nalał mu wina.

- Pańskie zdrowie i jego przyjaciela!

Sara zarumieniła się lekko, a Tom znowu zagadnął:

- Mówiłeś, że Czerwony Janek trudni się...

- Kontrabandą; chlubi się swoim rzemiosłem przed celnikami... niechaj go złapią, jeżeli potrafią... ho! Czerwony Janek zna wybiegi!

- A dlaczegóż to Rudolf pobił pana? - zapytała Sara.

- A bo ja chciałem wybić Gualezę; niesprawiedliwie, bo to dobra dziewczyna; uciekła do domu Czerwonego Janka, ja za nią... wpadam na Rudolfa, który mi za to tęgo zapłacił... Do pioruna, oto mi bicie! No, ale obiecał i mnie nauczyć tego sposobu.

- Co on za handel prowadzi, ten Czerwony Janek?

- Hm! Sprzedaje wszystko, czego nie wolno sprzedawać, i robi wszystko, czego nie wolno robić.

- Pod którym numerem mieszka?

- Numer 13, ulica Grochowa.

Tom zapisał ulicę i numer domu przemytnika.

- Możecie się szczycić takim przyjacielem jak Rudolf - dodał Szuryner... - Gdyby nie węglarz, byłby nauczył tego Bakałarza, co tam w kącie coś szepcze z Puchaczką...

- Rudolf cię pobił, musisz go nienawidzić? - zapytała Sara.

- Ja? Nienawidzić takiego chwata? Szczególna rzecz... Bakałarz mnie pobił, cieszyłbym się, gdyby go kto także wytuzował!... Pan Rudolf lepiej mnie wybił... a mimo to dobrze mu życzę. W ogień poszedłbym dla niego.

- Mówisz to dlatego, że jest naszym przyjacielem...

- Nie, do pioruna!... Właśnie lubię go dlatego, że mnie wybił, a nie pyszni się tym! Aż serce rośnie, kiedy spojrzy... ma coś takiego w oczach...

Tom i Sara spojrzeli na siebie w milczeniu.

- Czy zawsze i wszędzie będzie wywierał ten niepojęty wpływ? - rzekła gorzko Sara.

- Zawsze... póki go nie odczarujemy... - odrzekł Tom.

Północ wybiła na ratuszu; szynkowa lampa rzucała słabe światło. Oprócz Szurynera, dwóch nieznajomych, Bakałarza i Puchaczki, goście pomału rozeszli się do domów.

Bakałarz rzekł cicho do Puchaczki:

- Schowajmy się naprzeciwko, do sieni. Jak ci ichmościowie wyjdą, ruszymy za nimi.

- Cóż to, nic dziś nie pijecie? - zapytała gospodyni.

- Nie; przyszliśmy tylko schronić się przed deszczem - odpowiedział Bakałarz i wyszedł z Puchaczką.

VII Pieniądze albo życie

Bakałarz i Puchaczką, mimo gwałtownego wiatru i ulewnego deszczu, zaczajeni w sieni naprzeciwko szynku, usłyszeli, jak Szuryner wyszedł i ruszył w stronę na pół rozwalonej rudery, lecz wkrótce wiatr i deszcz zagłuszył odgłos jego ciężkich kroków. Tom i Sara również wyszli i udali się w przeciwną stronę.

- Dobrze - szepnął Bakałarz do Puchaczki - przygotuj witriol i baczność!

- Pozdejmujmy trzewiki, żeby nie usłyszeli naszych kroków - odezwała się Puchaczka.

Obmierzła para zdjęła obuwie. Chociaż więc szli tuż za Tomem i Sara, stąpania ich nie było słychać.

- Szczęściem fiakr na nas czeka - rzekł Tom.

Nagle się zatrzymał.

- Omyliłem się, trzeba było iść na lewo; musimy minąć rozwalony dom, nim dojdziemy do fiakra.

Bakałarz i Puchaczka rzucili się do bramy.

- Tym lepiej, niech idą koło rudery - rzekł Bakałarz.

Tom i Sara zbliżyli się do rozwalonego domu, którego piwnice tworzyły przepaść wzdłuż ulicy. Bakałarz rzucił się jak tygrys, pochwycił Toma za gardło i zawołał:

- Oddaj pieniądze albo cię strącę do tej jamy! - I popchnąwszy go w tył, zatrzymał nad piwnicą, drugą ręką ścisnął jak w kleszczach ręce Sary. Nim się obrócił, Puchaczka obdarła go. Sara powiedziała spokojnie do Toma:

- Oddaj im pieniądze. - A zwracając się do Bakałarza, dodała: - Nie wołamy pomocy, nie róbcie nam nic złego.

Puchaczka, przetrząsnąwszy kieszenie swych ofiar, rzekła do Sary: - Pokaż ręce, może masz pierścionki. Ani jednego... co za nędza!

Tom z zimną krwią, która go ani na chwilę nie odstąpiła, rzekł do Bakałarza:

- Mam w pugilaresie ważne papiery, nic ci z nich nie przyjdzie; odnieś je jutro, a dam ci 25 luidorów.

- Aha! Żebyś mnie przytrzymał. Gadaj zdrów...

- Zaraz, zaraz - zawołała Puchaczka. - Jak będziesz grzeczny, można się ułożyć. Wiesz, gdzie jest Saint-Denis i Saint-Ouen?

- Wiem.

- Otóż przyjdź jutro rano sam jeden z pieniędzmi na pole przed Saint-Ouen; ja tam będę z pugilaresem.

- Ale on cię każe schwytać.

- Nie bój się; mam jedno oko, ale dobre, jeżeli kogokolwiek z nim zobaczę, zje diabła, nim mnie złapie.

Sara, jakby uderzona nagłą myślą, zapytała bandyty:

- Chcesz zarobić dużo pieniędzy?

- Zapewne.

- Widziałeś w szynku, gdzieśmy byli, człowieka, po którego przyszedł węglarz?

- Byłbym go uczęstował, ale mnie przewrócił na stół i uciekł. Dajcie mi tysiąc franków, a zabiję go.

- Saro!... - zawołał Tom ze strachem.

- Nie idzie tu o zabicie, nędzniku! - rzekła Sara. - Przyjdź jutro do Saint-Denis, będzie tam mój towarzysz sam jeden i powie ci, co trzeba zrobić, a jeśli ci się uda, dostaniesz nie tysiąc, ale dwa tysiące franków.

- Moja żona tam będzie; powiecie jej, co zrobić.

- A więc jutro o pierwszej.

Bakałarz z Puchaczką szybko się oddalili.

- Piekło nam nastręczyło tego bandytę, może nam usłużyć - rzekła Sara.

- Ja się boję - rzekł Tom.

- A ja mam nadzieję...

Pospieszyli ku kościołowi Najświętszej Marii Panny.

Szuryner, ukryty w ruderach, był świadkiem tej sceny. Dowiedziawszy się O zamiarach Sary i Bakałarza względem Rudolfa, zapragnął go ostrzec... Ale jak? Rozmyślając, machinalnie poszedł za Tomem i Sara, a widząc, że wsiadają do fiakra, siadł z tylu. O godzinie pierwszej fiakr zatrzymał się na bulwarze Obserwatorium. Tom i Sara zniknęli w nie oświetlonej uliczce.

Noc była nadzwyczaj ciemna, Szuryner nie mógł rozpoznać miejsca; z przebiegłością więc dzikiego Indianina dobył noża, szeroko zaciął drzewo, przy którym zatrzymał się powóz, i wrócił do siebie.

VIII Przejażdżka

Nazajutrz, po nocnej burzy, zajaśniało piękne jesienne słońce. Około jedenastej Rudolf poszedł na ulicę Grochową do szynku "Pod Białym Królikiem". Ubrany był jak robotnik, ale z pewną starannością: miał nową bluzę, czarną jedwabną chustkę niedbale związaną, a na niej wywinięty kołnierz od koszuli. Strój ten harmonizował z miłym obejściem Rudolfa, w którym swoboda łączyła się z siłą i zręcznością.

Gospodyni siedziała przed domem.

- Do usług pańskich... chcesz pan zapewne reszty z dwudziestu franków? - zapytała z uszanowaniem. - Należy ci się siedemnaście liwrów i dziesięć sous... Ale, ale... pytano tu wczoraj o pana; jakiś wysoki jegomość z kobietą przebraną za mężczyznę... Pili z Szurynerem.

- Z Szurynerem? I o czymże z nim mówili?

- O różnych rzeczach: o Czerwonym Janku, o pogodzie. Chcesz reszty?

- Tak, i wezmę z sobą Gualezę na cały dzień na wieś.

- Nie można, mój chłopcze. Boby nie wróciła. W moich sukniach chodzi i winna mi dwieście dwadzieścia franków za stół i mieszkanie.

- Masz tu pieniądze - rzekł Rudolf, rzucając na stół jedenaście luidorów. - A ile kosztują wypożyczone suknie?

Szynkarka, zdziwiona, z niedowierzaniem oglądała luidory.

- Myślisz, że fałszywe? To poślij zmienić i basta...

- Jej suknie kosztują przynajmniej sto franków.

- Takie łachmany? Masz, do wczorajszej zapłaty dodam ci jeszcze luidora i koniec.

- To nie dam sukien i Gualeza stąd nie wyjdzie.

- A niech cię! Masz pieniądze i zawołaj mi Gualezę. Powiedz, że pojedzie ze mną na wieś... nic więcej... A zwłaszcza niech nie wie, żem zapłacił jej długi.

- Mnie wszystko jedno, nawet lepiej. Niech myśli, że jest jeszcze w moim ręku. - I wyszła, a po chwili wróciwszy, zawołała: - Gualeza nie chciała mi wierzyć i cała stanęła w płomieniach, jak się dowiedziała, żeś przyszedł. Ale kiedym powiedziała, że jej wolno na cały dzień jechać na wieś... pierwszy raz w życiu chciała mi się rzucić na szyję.

- Z radości, że się ciebie pozbędzie.

W tej chwili weszła Gualeza. Na widok Rudolfa zarumieniła się i spuściła oczy.

- Czy chciałabyś, moje dziecko, pojechać ze mną na cały dzień na wieś? - spytał Rudolf.

- Bardzo chętnie, jeżeli gospodyni pozwoli.

- Pozwalam ci, moja koteczko, za twoje przykładne postępowanie...

Gdy wyszli, Rudolf zapytał:

- Powiedz mi, w którą stronę pojechać?

- Wszystko mi jedno, byle na wieś... Już sześć tygodni nie byłam dalej jak na rynku z kwiatami.

- Kupowałaś kwiaty?

- O, nie, chodzę tylko popatrzeć na nie... Na kupno nie mam pieniędzy...

- Gdybyś miała kwiaty u siebie, byłabyś wesoła...

- Niezawodnie.... Raz, w dzień imienin, gospodyni podarowała mi doniczkę róż... Patrzyłam ciągle na nie, liczyłam ich płatki; ale... w parę dni róże zaczęły więdnąć. Ubłagałam gospodynię, żeby mi pozwoliła pielęgnować moje kwiatki na świeżym powietrzu... Dokazałam tyle, żem o dziesięć dni przedłużyła ich życie. W końcu uschły, umarły... Płakałam... Prawda, panie, że można kochać kwiaty?

- Biedna! Z takim sercem i w tak okropnym położeniu...

- Nieraz chciałam już skończyć! Patrzyłam z okna w Sekwanę... Lecz słońce, kwiaty powstrzymywały mnie; mówiłam sobie: Sekwana mi nie ucieknie, mam dopiero szesnaście lat. Kto wie, co mnie czeka?

- Miałaś więc nadzieję? Czegóż się spodziewałaś?

- Czy ja wiem?... Myślałam, że znajdę jakąś pracę i ucieknę od szynkarki. Mówiłam sobie: żyję w nędzy, ale przynajmniej nikogo dotąd nie skrzywdziłam. To mnie trochę pocieszało, zwłaszcza wtedy, kiedy mi róże poschły.

Dobyła kilka gałązek, starannie związanych różową wstążką.

- Chowasz j e?

- A pewnie. To cały mój majątek.

- I nie masz nic poza tym? A te korale?

- Należą do gospodyni. Nic, nic, tylko te zeschłe róże... dlatego ich tak pilnuję. Za każdym słowem Gualezy zdumienie Rudolfa wzrastało. Nie mógł pojąć, jak można poświęcić siebie za nędzny przytułek, kilka łachmanów i szkaradne pożywienie. Na rynku z kwiatami wsiadł z dziewczyną do fiakra i kazał jechać do Saint-Denis.

- Co to jest? Salopa damska? - zawołała Gualeza, spostrzegłszy salopę, leżącą na siedzeniu.

- To dla ciebie, okryj się, żebyś się nie zaziębiła.

Nienawykła do takiej grzeczności, biedna dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na Rudolfa.

- Już pewnie, Gualezo, zapomniałaś, co ci Puchaczka mówiła wczoraj o twoich rodzicach...

- O, nie zapomniałam... myślałam o tym przez całą noc i płakałam... Ale to musi być nieprawda...

- Dlaczego? Cieszyłabyś się, gdybyś znalazła matkę?

- Ach, mój Boże! Jeżeli mnie matka nie kochała... cóż by mi z tego przyszło... A jeżeli mnie kocha, to lepiej, aby myślała, iż nie żyję. Byłabym dla niej zmartwieniem i hańbą...

- Mylisz się; jeżeli cię matka kocha, to ci teraz przebaczy i przywiązanie wróci. Jeżeli cię sama porzuciła, to zobaczy, jak okropny los ci zgotowała...

W tej chwili powóz zbliżył się do Saint-Ouen, gdzie droga skręca ku Saint-Denis. Gualeza wychyliła się przez drzwiczki i klaszcząc w ręce, wołała:

- Co za szczęście! Pola! Trawa! Niech mi pan pozwoli wysiąść... tu tak pięknie...Pobiegam po łące.

- Ależ dobrze, moje dziecko...

Powóz stanął.

Rudolf i Gualeza, wziąwszy się za ręce, biegali po skoszonej tace. Niepodobna opisać pląsów, okrzyków radości i uniesień Gualezy; biedna, więziona przez tyle lat, chciwie połykała świeże powietrze. Lecz ruch prędko ją zmęczył; usiadła bez tchu na wywróconym pniu.

Cera jej przezroczysta, blada okryła się żywym rumieńcem; podała Rudolfowi pęczek kwiatów i z wdzięcznością zawołała:

- Jaki Bóg dobry, że dał nam taki piękny dzień!

Rudolfowi łza stanęła w oku.

IX Niespodziewany wypadek

Nagle z rowu, niedaleko którego siedziała Gualeza, podniósł się człowiek. Dziewczyna krzyknęła ze strachu - poznała Szurynera.

- Nie bój się, dziecko!... - rzekł Szuryner. - Co za dziwne spotkanie! Panie Rudolfie... Są na świecie rzeczy niepojęte...

- Co tu robisz? - zapytał zdziwiony Rudolf.

- Pilnuję twego dobra, panie. Zaraz się dowiesz, o co idzie, tylko coś zobaczę - Szuryner pobiegł do fiakra, wlazł na pudło i rzuciwszy okiem dokoła, wrócił.

- Która godzina?

- Wpół do pierwszej - odpowiedział Rudolf.

- Dobrze, mamy jeszcze czas... Trzeba ci, panie, wiedzieć, że po twoim wyjściu z szynkowni przyszedł...

- Człowiek słusznego wzrostu z kobietą w męskim ubiorze i pytali o mnie; wiem o tym.

- Potem częstowali mnie winem i chcieli się czegoś dowiedzieć o tobie, ale ja nic im nie powiedziałem. Choćbym i wiedział co... nic by się nie dowiedzieli... Jam twój przyjaciel na zawsze, panie Rudolfie!

- Dziękuję ci, mój kochany, ale cóż dalej?

- Piłem już z tobą, panie Rudolfie, potem z tym wysokim drabem i przebraną kobietą... głowa mi trochę ciążyła, a przy tym deszcz zwykle mnie usypia... Poszedłem do piwnic tej rudery obok garkuchni i zacząłem drzemać, gdy wtem przebudził mnie jakiś hałas... Usłyszałem głosy tych państwa...

- Rozmawiali z Bakałarzem i Puchaczką?

- Tak jest; ułożyli między sobą, że się zejdą nazajutrz... o pierwszej, przy zakręcie drogi do Saint-Denis, tu właśnie.

- Jak ten człowiek mógł się wdać z takimi nędznikami?! - zawołał Rudolf.

- Dalibóg, nie wiem... Zresztą ja się już pod koniec rozmowy obudziłem, kiedy wysoki mówił o pugilaresie, co mu Puchaczka wyjęła z kieszeni i ma oddać za pięćset franków. Wysoki i ta mała - mówił dalej Szuryner - obiecali Bakałarzowi dwa tysiące franków... żeby ci co zrobił... A któż pan jesteś, u diabła, żeby tak drogo za ciebie płacić?

- Wynalazłem sekret wyrabiania wachlarzy z kości słoniowej, ale odkryłem go nie sam, tylko z kimś jeszcze; chcą zapewne dostać w ręce model tej maszyny, którą można zarobić dużo pieniędzy.

- Więc ten wysoki i ta mała?...

- To fabrykanci, u których pracowałem... a nie chciałem im się zwierzyć z mego sekretu.

- Zatem to taki interes. Ale jacyż tchórze!... Nie mogli sami poradzić i innych na ciebie podmawiają... postanowiłem tu przyjść i jestem...

- Ale co myślisz dalej robić?

- Czekać na Puchaczkę, podsłuchać, wpaść, zapłacić jej za ząb Gualezy, wydusić z niej nazwisko rodziców dziewczyny...

- Proszę cię, nie narażaj się dla mnie, Szurynerze - odezwała się Gualeza.

- Słuchaj, ja się lepiej zemszczę za Gualezę... Później ci powiem jak, a teraz - dodał Rudolf, odprowadzając na bok Szurynera - chcesz mi zrobić prawdziwą przysługę? Schowaj się tu, a jak Puchaczka nadejdzie, wysuniesz się z kryjówki...

- I zaduszę ją...

- Nie... dziś tylko nie daj jej rozmawiać z tym wysokim... nie odstępuj ich... przy tobie nie będą się mogli układać. A jeżeliby się umówili gdzie indziej, dowiesz się o tym.

- A co potem?

- Jak wysoki odejdzie... umizgniesz się do Puchaczki.

- Ja? Do tej starej czarownicy? Wolałbym ją zaraz za łeb złapać.

- W takim razie wszystko na nic...

- Lecz cóż mam robić?

- Puchaczka będzie się wściekać, że przez ciebie straciła taką gratkę; ułagodzisz ją, powiesz, że masz dobry interes i że jeżeli Bakałarz chciałby do tego należeć... można by dużo pieniędzy zarobić... i umówisz się z Puchaczką i Bakałarzem na jutro rano... rozumiesz?

- Doskonale.

- A dziś o dziesiątej wieczór przyjdź na róg Pól Elizejskich i Wdowiej Alei; ja tam będę i umówimy się, co dalej robić...

- Do pioruna! Robisz ze mną, co sam chcesz...

- Bakałarz i Puchaczka są w zmowie z mymi nieprzyjaciółmi... trzeba im zapłacić... a we dwóch damy im radę...

- O! Niezawodnie... to łotry... godni siebie... jestem gotów.'

- A jeżeli nam się uda - dodał Rudolf uroczystym tonem - to możesz być z tego tak dumny, jak wtedy, kiedyś uratował życie tonącej kobiecie i człowiekowi w czasie pożaru.

Po czym Rudolf z Gualezą wsiedli do fiakra.

X Folwark

Przez jakiś czas Gualeza nie śmiała przerywać milczenia.

- O czymże myślisz? Zasmuciło cię spotkanie z Szurynerem? - rzekł Rudolf z uśmiechem.

- Nie wiem... nie znam go prawie.

- Precz ze smutkiem, moje dziecię! Mieliśmy ten dzień spędzić wesoło.

- O! Jestem tak szczęśliwa! Już dawno nie wyjeżdżałam z Paryża! Co za piękne słońce!... Liście jeszcze na drzewach w listopadzie... to szczególne... w Paryżu tak prędko opadają... A tam gołębie... siadają na młynie.

W miarę jak miłe, sielskie obrazy rozwijały się przed dziewczyną, twarz jej się rozjaśniała.

- Gdybym była mężczyzną, chciałabym być rolnikiem... Na cichej równinie iść za pługiem... patrzeć na dalekie lasy... zaśpiewać jaką smutną piosenkę, na przykład o Genowefie Brabanckiej.

- Zaśpiewasz mi ją potem.

- Ach, panie Rudolfie, nie mogę sobie jeszcze wierzyć. Co za dzień! - zawołała dziewczyna z radością. Lecz ciągle widocznie coś sobie przypominając, zalała się rzewnymi łzami.

- Co ci jest? Czemu płaczesz?

- Nic, nic. - Otarła łzy i dodała: - Niech pan nie zważa na mój smutek...

- Założyłbym się, że myślałaś o twoich różach?

Powóz zbliżał się do Saint-Denis.

- Co za piękna dzwonnica!

- To dzwonnica kościoła Świętego Dionizego. Może chcesz go zobaczyć? Każę stanąć.

- Od czasu, jak mieszkam u szynkarki, nie śmiałam wejść do kościoła.

- Bóg jest litościwy! Dlaczego boisz się modlić?

- O! Nie... dosyć już obrażam Pana Boga.

Po chwili milczenia Rudolf zapytał Gualezę:

- Czy kochałaś już kiedy?

- Nigdy! Żeby kochać, trzeba być uczciwą... Ale nie, nie mówmy o tym.

- Dobrze, mówmy o czym innym... Sprawiłem ci przykrość?

- Pan jest tak dobry dla mnie, że mi się chce płakać... Wziął mnie pan na wieś dla mojej przyjemności... Nieprędko zapomnę tak wielkie szczęście.

- Szczęście rzadko się zdarza! Ja, jeżeli nie jestem szczęśliwy, przynajmniej często marzę o szczęściu. Chciałbym być bardzo bogaty; mieć powozy... żyć w wielkim świecie, co dzień chodzić do teatru. A ty?

- Ja nie żądam tak wiele. Bylebym miała czym zapłacić mojej gospodyni... trochę pieniędzy, schludny pokoik.

- I dużo kwiatów w oknie?

- O, koniecznie!...

- Lecz skoro marzyć, to można sobie na coś więcej pozwolić... Piękne suknie?...

- Niekoniecznie... Chcę tylko być wolna, mieszkać na wsi, a nade wszystko... umierać nie w szpitalu... To okropna myśl!... My, biedni ludzie... Moja znajoma umarła w szpitalu... a jej ciało... oddano chirurgom! - szepnęła ze strachem Gualeza.

- Ach! To okropne!...

- Daruj pan... Jedziemy na wieś, żeby się rozweselić, a ja ciągle mówię o tak smutnych rzeczach, mój Boże, mimo mej woli. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak dzisiaj, a jednak ciągle mam łzy w oczach... Pewno się za to gniewasz? Chcę być wesoła...

- Nie zmuszaj się dla mnie, bądź wesoła albo smutna, jak ci się podoba...

- I pan czasem jest smutny?

- Bez wątpienia! Moja przyszłość także jest niepewna... Nie mam ojca ani matki... Co zarobię, to wydaję.

- Źle pan robi, bardzo źle - rzekła Gualeza z powagą - trzeba oszczędzać... Nędza najczęściej przywodzi do złego.

- Prawda, prawda!

- Trzeba zawsze pracować. Alboż to twoja praca tak ciężka, panie Rudolfie?... To rozrywka... malować wachlarze... Z trzech franków można dostatnio żyć; oszczędzić więc dwa franki na dzień, sześćdziesiąt franków przez miesiąc... toć to ogromna suma!

- Lecz tak miło włóczyć się, nic nie robić!

- Fe! Pan mówi jak dziecko!

- Dobrze, poprawię się, moja ty nauczycielko... dajesz mi dobre rady...

- Doprawdy? - zawołała dziewczyna, klaszcząc w ręce z radości. - Ale to nie wszystko... powiedziałabym panu... lecz nie śmiem.

- Nie bój się, wszystko możesz powiedzieć.

- Otóż... jak możesz chodzić do tak brudnych szynków?

- Gdybym tam nie wszedł, nie wyjechałbym dziś z tobą za miasto. Jakkolwiek bądź, dobrze na tym wyszedłem, boś mi dała tak pożyteczne rady!

XI Marzenia

Właśnie fiakr mijał wioskę Sarcelles. Rudolf kazał zawrócić na prawo i za Villiers-le-Bel wziąć się na lewo.

- A teraz, kiedy już obiecałem poprawę, możemy stawiać zamki na lodzie. To nic nie kosztuje, więc pozwolisz mi być rozrzutnym. Dajmy na to, że ta droga prowadzi do wioski, zupełnie oddalonej od traktu...Wioska stoi wśród ślicznych drzew na pochyłości niewielkiego wzgórza.

- A opodal rzeka.

- Tak właśnie... mała rzeczka... Na końcu wioski piękny folwark, otoczony ogrodem owocowym i klombami kwiatów.

- A na folwarku będzie można dostać mleka?

- Mleka?... Najlepszej śmietanki i świeżych jaj.

- Obejrzymy krowy w oborze... Nieprawdaż?

- Pójdziemy wszędzie.

- A dom będzie miał zielone okiennice...

- Zgoda... nie ma nic piękniejszego nad zielone okiennice. Pani tego folwarku byłaby twoją ciotką.

- Jak ja bym ją kochała! - zawołała Gualeza składając ręce i podnosząc oczy do nieba z wyrazem najwyższego szczęścia. - Będę ją kochać, będę jej pomagać w gospodarstwie, szyć, prać, chować owoce na zimę... Słucham dalej.

- Na pierwszym piętrze twój pokój.

- Mój pokój! Co za szczęście! I jakiż jest mój pokój?

- Ma dwa okna, z których widać ogród, łąkę, wieżę kościoła. Na łące pasie się kilka krów.

- Ach! Ślicznie! A między nimi jedna będzie moją ulubienicą; przywiążę jej na szyi dzwonek na pięknej wstążce.

- Tak, to biała krówka i będzie się nazywać Białoszka.

- O, jak ładnie!

- Ale skończmy twój pokój. Obicie w kwiaty. Róże i powój pną się po ścianach domu. Tylko rękę wyciągniesz, masz bukiet gotowy.

- Jak pięknie umiesz malować, panie Rudolfie!

- A teraz, co będziesz robiła przez cały dzień, Naprzód ciotka obudzi cię pocałunkiem i poda ci szklankę ciepłego mleka, bo masz słabe piersi. Wstaniesz, obejdziesz folwark, odwiedzisz Białoszkę, kury, gołębie, kwiaty... O dziewiątej przyjdzie nauczyciel kaligrafii.

- Do mnie?

- A tak, musisz przecież umieć czytać, pisać, rachować, żeby pomagać cioci w gospodarstwie. Po lekcji będziesz szyć. Około drugiej weźmiesz się do pisania, potem pójdziesz z ciotką, w lecie do żniwiarzy, na jesieni zobaczyć, jak orzą. Wracasz znużona koło siódmej. W kuchni pali się wielki ogień, ogrzejesz się tam i pomówisz z poczciwymi rolnikami. Potem pójdziesz na obiad, na który czasem zaprosicie i poczciwego staruszka proboszcza. Potem będziesz czytać, a o dziesiątej powiesz cioci dobranoc i wrócisz do siebie. Nazajutrz znowu to samo...

- O, sto lat można tak żyć i nie nudzić się!

- To jeszcze nic; a niedziela! A święta! Wtedy ubierzesz się pięknie, w ładną suknia, w czepeczek, i z ciotką i służącym Jakubem pojedziecie małym powozikiem wysłuchać mszy. Potem pójdziesz na zabawę. Wszyscy chłopcy dobijają się o taniec tobą, boś ładna, zgrabna, rozsądna, skromna... Na koniec i tobie jeden bardziej się spodoba... i...

Rudolf, zdziwiony milczeniem Gualezy, spojrzał na nią... Biedaczka z trudem stłumiła łkania.

- Co ci jest?

- Ach! Niechcący zadał mi pan straszny ból. Już zaczynałam wierzyć w ten raj...

- Ależ, moje dziecię, ten raj istnieje... Patrz, widzisz go przed sobą!... Hej tam, stanąć! Powóz się zatrzymał. Gualeza podniosła oczy i oniemiała. Wioska na zboczu wzgórza, folwark, łąka, krowy, rzeczka, w dali kościół wśród kasztanów; wszystko tam było, nawet biała krówka, przyszła ulubienica Gualezy.

- A co, umiem malować? - spytał Rudolf z uśmiechem.

- Cóż to? Ale, mój Boże, to sen!...

- I cóż dziwnego?... Gospodyni jest moją mamką... dziś rano dałem jej znać, że ją odwiedzimy... rysowałem z natury...

- Ach... tak - odpowiedziała Gualeza z głębokim westchnieniem.

XII W Bouqueval

Folwark, do którego Rudolf wiózł Gualezę, znajdował się na samym końcu wioski Bouqueval, nieznanej, leżącej w cichym ustroniu o dwie mile od miasteczka Ecouen. Powóz przebył aleję drzew wiśniowych i jabłoni i zatrzymał się przy małych wrotach, na pół ukrytych pod gęstą latoroślą winną.

- Jużeśmy stanęli na miejscu - rzekł Rudolf.

W folwarku oczekiwano zapewne Rudolfa, bo zaledwie woźnica otworzył drzwiczki po pojazdu, wnet ukazała się na progu kobieta pięćdziesięcioletnia, w stroju, jaki zwykle noszą zamożne gospodynie wiejskie z okolic Paryża, i zbliżyła się z uszanowaniem do Rudolfa. Gualeza, zarumieniona, nie bez wahania wysiadła z powozu.

- Jak się masz, moja dobra pani George? - rzekł Rudolf. - Widzisz, jak dotrzymuję słowa?

I zapłaciwszy woźnicy, odprawił go do Paryża. Woźnica był to niski, barczysty mężczyzna, a naciśnięty na oczy kapelusz i podniesiony kołnierz od płaszcza zupełnie mu zakrywały twarz; zaciął konie i szybko odjechał.

"Po tak długiej drodze... odjeżdża nie zatrzymując się?... Co to ma znaczyć?... Widać bardzo mu pilno..." - pomyślał Rudolf.

Gualeza, niespokojna, prawie przestraszona, zbliżyła się do niego i szepnęła:

- Odesłał pan powóz... a moja gospodyni?... Muszę dziś wieczór do niej wrócić, inaczej posądziłaby mnie o kradzież...

- Daruj mi, moje dziecko, żem ci wcześniej nie powiedział: już nic nikomu nie jesteś winna; zrzuć te brudne suknie... Dobra pani George da ci inne...

- Jak to, już nie wrócę do Paryża?... Pani mi pozwoli zostać?... Nie... to za wiele szczęścia!

- Szczęścia nigdy nie może być za wiele.

- Ach! Nie zwódź mnie, panie Rudolfie!

- Wierz mi, moje dziecię - odpowiedział Rudolf z tkliwością i powagą - tak jest... jeżeli chcesz, od dziś możesz przy pani George prowadzić to spokojne życie, o którym marzyłaś.

Gualeza załamała ręce; zdziwienie, radość, wdzięczność malowały się na jej twarzy.

- Kim pan jesteś, panie Rudolfie? Musisz być chyba aniołem - zawołała ze łzami.

- Moje dziecko - odpowiedział Rudolf ze smutnym uśmiechem - dużo cierpiałem i dlatego cierpiący mają we mnie opiekuna... Mario! Tak, zachowaj to imię... idź teraz z panią George. Przed odjazdem pomówię jeszcze z tobą, a potem odjadę, szczęśliwy twoim szczęściem.

Maria nic nie odpowiedziała. Zbliżyła się do Rudolfa i z wdziękiem przycisnąwszy do ust jego rękę, odeszła z panią George.

XIII Murf i Rudolf

Wyszedłszy na dziedziniec, Rudolf spotkał człowieka, który wczoraj, przebrany za węglarza, uwiadomił go o przybyciu Toma i Sary. Nazywał się on Murf, mógł mieć lat pięćdziesiąt, był prawie zupełnie łysy, tylko na skroniach bieliło mu się trochę włosów; wyraz twarzy pozwalał domyślać się człowieka powolnego, dobrego, a zarazem energicznego. Ubrany był w białą kamizelkę, długi, czarny surdut z szerokimi połami, a na szyi miał białą chustkę. Z ubioru i postawy wyglądał na angielskiego szlachcica. Właśnie wkładał pistolet do bocznej kieszeni podróżnego płaszcza.

- Na co ta broń? - spytał Rudolf.

- To moja rzecz... Wasza Książęca Mość powinien zajmować się nie moimi sprawami, ale swoimi własnymi.

- Na kiedy zamówiłeś konie?

- Przyjdą o zmroku, jak mi rozkazano.

- Cóż to, jesteś w złym humorze?...

- Bynajmniej... co mi do tego?... ale czy Książę nie możesz żyć bez niebezpieczeństw?...

- Mój kochany Murfie, źle się wybrałeś z kazaniem. Bo dziś jestem tak szczęśliwy, tak dumny... Czy można być szczęśliwszym niż ja dzisiaj, kiedy ta biedaczka, otrzymawszy tu schronienie, z wdzięcznością pocałowała mnie w rękę?... Ale to nie dość; szczęście to potrwa długo...

- O! Pani George to szlachetna, cnotliwa kobieta; nikt nie jest od niej bardziej godny dobrodziejstwa... Lecz ta nowa wychowanka... Zresztą nie mówmy o tym...

- Murf! - zawołał Rudolf z coraz większym gniewem. - Wiesz, że lubię otwartość. Jeżeli pozwalam ci na poufałość, to jedynie pod warunkiem zupełnej szczerości. Mów, coś chciał powiedzieć. Mów mi w tej chwili!

- Mości Książę! Mam pięćdziesiąt lat i jestem szlachcicem; nie wypadałoby tak do mnie mówić.

- Mile!

- Książę! Zmuszasz mnie do przypomnienia zasług!

- Twoje zasługi! Alboż ci nie płacę za nie?

Murf zaczerwienił się ze wstydu; lecz nagle, spojrzawszy z wyrazem boleści i oburzenia na pełną pogardy twarz Rudolfa, stłumił westchnienie, popatrzył na niego prawie z litością i rzekł:

- Książę, przyjdź do siebie! Straciłeś panowanie nad sobą!...

- Jak śmiesz!...

Murf cofnął się i rzekł żywo, jakby mimo woli:

- Książę! Przypomnij sobie dzień 13 stycznia.

Słowa te cudowny skutek wywarły na Rudolfie, spojrzał w oczy Murfowi, schylił głowę i po chwili milczenia powiedział zmienionym głosem:

- O! Jesteś okrutny!... Sądziłem jednak, że mój żal, wyrzuty sumienia... lecz ty jeszcze pamiętasz...

Nie mógł dokończyć, głos zamarł mu w piersiach, upadł na kamienną ławkę i zakrył twarz, rękoma.

- Panie - zawołał Murf w rozpaczy - mój dobry panie, daruj mi, daruj twemu staremu Murfowi. Ale doprowadziłeś mnie do ostateczności... Przez litość, daruj mi, żem ci przypomniał ten nieszczęsny dzień.

- Dość, dość, stary przyjacielu; dziękuję ci; jednym słowem położyłeś granicę moim zapędom. Lecz cicho!... Nadchodzi pani George z Marią...

XIV Pożegnanie

Dzięki staraniom pani George Maria zmieniła się nie do poznania. Rudolf nie powiedział jej, jak pięknie wygląda w nowym stroju; czuł całą wagę tej chwili w życiu Marii.

- Moja córka przychodzi panu podziękować - rzekła pani George przedstawiając Marię Rudolfowi.

- Dziękuję pani w jej imieniu; godna jest tkliwych pani względów i zawsze będzie na nie zasługiwać.

- Panie Rudolfie - odrzekła Maria drżącym głosem - pojmujesz dobrze, że nie umiem ci wyrazić, co czuję...

- Twoje wzruszenie dosyć mi mówi...

- Wie ona dobrze, że jej teraźniejsze szczęście pochodzi od Boga - rzekła pani George. - Skoro weszła do mego pokoju, padła na kolana przed krzyżem.

- Bo teraz dzięki panu Rudolfowi będę mogła się modlić - odpowiedziała Maria, spojrzawszy na swojego dobroczyńcę.

Murf odwrócił się; jako prawdziwy Anglik, nie chciał dać poznać, jak go rozrzewniły te proste słowa Marii.

- Mój przyjaciel Murf oprowadzi cię po folwarku. Za chwilę i my przyjdziemy do was. Murf! Cóż to, nie słyszysz? - rzekł Rudolf.

Poczciwy Anglik stał obrócony do ściany i niby z hałasem nos ucierał. Oddalił się tak szybko, że Maria prawie biec za nim musiała.

- Cóż pani myśli o Marii? - zapytał Rudolf.

- Bardzo mi się podoba i już ją serdecznie polubiłam. Kiedy zapytałam, czy nie chciałaby wiedzieć, kim jest jej tajemniczy opiekun, odpowiedziała mi z uroczą prostotą: "Wiem, to mój dobroczyńca!"

- Będzie ją więc pani kochać?

- O, tak, zajmę się nią, jakbym się nim zajmowała - odpowiedziała pani George rozdzierającym głosem.

Rudolf wziął ją za rękę i rzekł:

- Dotąd nic nie odkryliśmy, ale miejmy nadzieję... Pani George smutnie potrząsnęła głową:

- Mój syn miałby dziś dwadzieścia lat.

- Chodziłem wczoraj szukać człowieka zwanego Czerwonym Jankiem! Podobno on coś wie o synu pani; nie zastałem go w domu. Wychodząc od niego, spotkałem Marię. Od dawna już wybierałem się do tej dzielnicy, pewny, że potrafię wyrwać kilka dusz ze szponów szatana... Lubię wydzierać mu smaczne kąski. A nie miała pani żadnej wiadomości z Tulonu?

- Żadnej.

- Tym lepiej!... Zapewne utonął w czasie ucieczki. Bo inaczej... zbyt jest znany, żeby zdołał się ukrywać od sześciu miesięcy, jak uszedł z... - urwał, lecz pani George zawołała z rozpaczą:

- Dokończ pan:,,z galer!"... Ojciec mego syna! Ach! Jeżeli syn mój żyje i nie zmienił nazwiska, co za hańba! Czasem strach mnie ogarnia. Wyobrażam sobie, że memu mężowi udało się zbiec z Rochefort, że mnie szuka, że mnie chce zabić, jak zabił może naszego syna.

- Nie rozumiem, po co brał z sobą syna, kiedy przed piętnastu laty zamierzał uciec za granicę. Dziecko mogło mu być tylko przeszkodą.

- Alboż nie powiedział mi w więzieniu: "Wziąłem syna, bo go kochasz, bo będziesz mi dla niego przysyłać pieniądze, a ode mnie zależeć będzie, czy mu je dać, czy nie. Jest w dobrych rękach; na ciebie spadnie hańba syna, jak już spadła hańba męża". W miesiąc potem skazano go na galery. I darmo błagałam, nie chciał mi wskazać, gdzie jest dziecko.

- Czy nic miał żadnych szczególnych znaków, po których można by go poznać?

- Włożyłam mu na szyję niebieski krzyżyk na srebrnym łańcuszku; matka moja nosiła go i kazała mi nie rozstawać się z nim nigdy...

- Co za szkoda, żem wcześniej pani nie poznał. Może potrafiłbym oszczędzić ci cierpień.

- Czyż i tak nie obsypałeś mnie dobrodziejstwami?

- Jakimi? Kupiłem ten folwark i dzięki twoim staraniom i skrzętności przynosi mi rocznie...

- Przynosi panu? - przerwała pani George. - Przecież dzierżawę oddaję księdzu Laporte, a on ją podług pańskiej woli rozdaje na jałmużny.

- Wszakże i to piękny dochód... Czy zawiadomiła pani księdza Laporte o moim przybyciu? Odebrał mój list?

W lej chwili służący oznajmił, że ksiądz proboszcz Laporte czeka w sali.

Przed domem Rudolf i pani George spotkali się z powracającymi Murfem i Marią, Poczciwy Anglik prawie ze wstydem zbliżył się do Rudolfa i szepnął mu:

- Oczarowała mnie ta dziewczyna...

Rudolf uśmiechnął się. Murf odszedł, aby przyśpieszyć przygotowania do wyjazdu, a Rudolf, Maria i pani George weszli do małej salki. Podłoga zasłana była dywanem, suty ogień palił się na kominku.

Przy kominku siedział ksiądz Laporte, osiemdziesięcioletni starzec. Na twarzy szanownego starca, od czterdziestu lat proboszcza tej ubogiej parafii, wyryte były ślady cierpienia. Ręce mu drżały ze starości. Kiedy je podniósł, zdawało się, że błogosławi.

- Księże proboszczu - rzekł Rudolf z uszanowaniem - pani George podjęła się opiekować tą młodą dziewczyną, a ja polecam ją łasce księdza.

- Ma do niej zupełne prawo! Staraj się zasłużyć dobrym postępowaniem na łaskę boską, moje dziecko; ja będę cię wspierał na dobrej drodze... - mówił, trzymając Marię za rękę - W pani George znajdziesz przykład... we mnie doradcę, a Bóg dokończy wszystkiego...

Maria łkając rzuciła się na kolana przed starcem.

- Wstań, dziecko, zasłużysz na odpuszczenie błędów, których byłaś raczej ofiarą niżeli sprawczynią.

- Bądź zdrowa, Mario! - rzekł Rudolf. - Przyjmij ten złoty krzyżyk. Schowaj go na pamiątkę. Kazałem na nim wyryć datę twego wybawienia...

Maria podniosła krzyżyk do ust. W tej chwili Murf otworzył drzwi salonu.

- Konie czekają - powiedział.

- Do widzenia, księże proboszczu... do widzenia, pani George... Jeszcze raz bądź zdrowa, Mario!...

Szanowny starzec, oparty na pani George i Marii, wyszedł za Rudolfem. Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały blask na tę grupę. Staruszek ksiądz - symbol miłosierdzia; kobieta, która przebyła otchłań bólu nieszczęśliwej małżonki i matki; młoda dziewczyna, ledwie wyrosła z dzieciństwu, którą nędza i złość ludzka strąciły w przepaść występku.

Rudolf wsiadł do pojazdu z Murfem i konie puściły się galopem.

XV Schadzka

Nazajutrz w południe Rudolf w ubiorze rzemieślnika stał przed traktiernią "Pod Koszem Kwiatów", mieszczącą się na rogatkach Berey. Poprzedniego wieczora Szuryner stawił się na umówione miejsce. Z dalszego ciągu powieści dowiemy się o rezultatach tego spotkania.

Było więc południe, deszcz lał strumieniami; Sekwana przybrała i wystąpiła aż na przybrzeżne ulice. Rudolf niecierpliwie spoglądał ku rogatkom. Na koniec spostrzegł z daleka dwoje ludzi idących pod parasolem; byli to Bakałarz i Puchaczka.

Gdy Rudolf się zbliżył, tamci ukłonili mu się grzecznie.

- Sługa pański - rzekł bandyta... - bardzo mi przyjemnie poznać pana, a raczej odnowić znajomość... bo przedwczoraj uraczyłeś mnie pan dwoma kułakami, które wołu z nóg by zwaliły... Ale zapomnijmy o tym, to był żart... A więc, panie Rudolfie, może by tak wstąpić do traktierni? Pogadamy przy śniadaniu.

- Doskonale.

- I pan, i Szuryner winniście wynagrodzenie mnie i mojej żonie: straciliśmy przez was dwa tysiące franków. Szuryner mówił mi już, o co chodzi. Słuchaj no, Puchaczko, idź naprzód, zamów dla nas osobny pokój i śniadanie: pieczeń wołową i dwie butelki burgunda, my tam zaraz przyjdziemy.

Puchaczka, rzuciwszy znaczące spojrzenie na Bakałarza, poszła naprzód; bandyta mówił dalej:

- Szuryner spotkał wczoraj rano Puchaczkę w Saint-Ouen i ani na chwilę jej nie odstąpił, tak że ten wysoki w żałobie nie śmiał zbliżyć się do niej. Winieneś więc dać nam sposobność odzyskania dwóch tysięcy za pugilares, któryśmy mieli oddać.

- Czy tam były pieniądze?

- Nie, ale papiery, bardzo ciekawe, chociaż po większej części pisane po angielsku; zatrzymałem je więc.

Wiadomość ta mocno ucieszyła Rudolfa. Wczoraj wystał Szurynera, aby przeszkodził rozmowie Toma z Puchaczką, chciał bowiem, by papiery zostały przy niej; miał nadzieję je zdobyć.

- Schowałem je więc - rzekł znowu bandyta - tak czy inaczej przydadzą mi się, bo znalazłem w pugilaresie adres tego wysokiego jegomościa i muszę się z nim zobaczyć.

- Może bym kupił te papiery; znam ich właściciela... Zobaczymy... lecz teraz wróćmy do rzeczy. Proponowałem Szurynerowi wyborny interes; z początku przystał, lecz potem cofnął się i radził mi udać się do pana. Dom, do którego mamy się dobrać, znajduje się przy Alei Wdowiej, moja siostra cioteczna służy tam za kucharkę. Powiedziała mi, że państwo wyjechali na wieś i zabawią do pojutrza.

- I korzystna to rzecz?

- Siostra mówiła mi, że w gabinecie jej pana jest sześćdziesiąt tysięcy franków w złocie.

- A znasz ten dom?

- Jak własną kieszeń... siostra służy w nim od roku. Stąd przyszła mi myśl... Mówiłem Szurynerowi, że odźwierny jest to silny chłop... naprzód przystawał, potem zrejterował... No, ale chyba on nie wyda przyjaciela?

- Nie, to dobry chłopiec...

Puchaczka stanęła w drzwiach traktierni.

- Tutaj, tutaj! Już zamówiłam śniadanie.

Nim siedli do stołu. Bakałarz opukał ściany i rzekł:

- Nie będziemy potrzebowali cicho mówić, ściany grube.

Służąca przyniosła śniadanie, a nim zamknęła drzwi, Rudolf spostrzegł w drugim pokoju przy stole Murfa, przebranego za węglarza. Pokój, w którym się znajdowali, był długi, miał jedno okno na ulicę, na wprost drzwi. Puchaczka siedziała tyłem do okna, Rudolf z jednej, a Bakałarz z drugiej strony stołu. Lecz skoro służąca wyszła, bandyta odwrócił się, siadł obok Rudolfa mówiąc:

- Tak będzie nam lepiej rozmawiać.

- Siadasz od drzwi, żebym nie mógł wyjść - zauważył zimno Rudolf.

Bakałarz potakująco kiwnął głową, a potem z bocznej kieszeni surduta wyjął długi sztylet.

- A jak wyostrzony! - dodała Puchaczka, komentując wymowny gest Bakałarza.

Rudolf, bynajmniej nie zmieszany, najspokojniej wyjął spod bluzy podwójną krócicę, pokazał ją Bakałarzowi i schował z powrotem.

- A zatem rozumiemy się doskonale - rzekł bandyta. - Lecz ja jestem przewidujący... gdyby mnie przyszli aresztować... bez względu na to, czy to ty na mnie zastawiłeś pułapkę, czy nie ty... zginiesz!

Rudolf nic nie odpowiedział; nalał sobie szklankę wina i wypił. Tak zimna krew zaimponowała Bakałarzowi.

- A zatem - rzekł - mówmy o interesach.

- Dobrze, lecz czy to prawda - zapytał Rudolf Puchaczkę - że znasz rodziców Gualezy?

- Mój włożył dwa listy o tym do pugilaresu tego wysokiego... Ale ona ich nie zobaczy... wprzód bym jej oczy wydarła...

Puchaczka zdjęła szal. Rudolf mimo zimnej krwi nie mógł ukryć zdziwienia, spostrzegłszy u niej na szyi krzyżyk z lapis lazuli, zupełnie taki jak ten, o którym wspominała mu pani George. Uderzyła go nowa myśl: Bakałarz przed sześcioma miesiącami uciekł z galer. Mąż pani George również uciekł przed sześcioma miesiącami. Stąd prawdopodobieństwo, że Bakałarz jest mężem pani George, że musi coś wiedzieć o losie syna nieszczęśliwej kobiety. A nadto posiada papiery dotyczące pochodzenia Marii. Rzekł do Puchaczki:

- Jakiż to piękny łańcuszek!

- Piękny i niedrogi. To imitacja złota.

- A co to wisi na tym łańcuszku, to niebieskie?

- To mi mój darował.

Bakałarz dodał:

- To talizman... przynosi szczęście.

- Talizman? - zapytał niedbale Rudolf, - A gdzie można kupić taki talizman?

- Takich rzeczy nic sprzedają; dostał mi się od mojej rodziny i dałem go Puchaczce, żeby i ona miała szczęście... O! Zobaczysz, jak ona się spisuje przy robocie... Mówiłeś zatem, że w Alei Wdowiej...

- Pod numerem 17 mieszka bogacz... nazywa się...

- Nie jestem ciekawy jego nazwiska... Dość, że u niego w gabinecie jest sześćdziesiąt tysięcy franków w złocie! Trudno wejść?

- Bardzo łatwo; przeleźć przez mur i otworzyć drzwi albo wyłamać okiennice.

- A jeżeli odźwierny się obudzi? - zapytał Bakałarz.

- Tym gorzej dla niego... - odpowiedział Rudolf.

- Jeżeli to prawda, coś mi mówił, to najlepiej załatwić tę rzecz... jeszcze dziś wieczór.

I Bakałarz utkwił badawczy wzrok w Rudolfie.

- W tym bieda, że ja nie mogę dzisiaj...

- A ja nie mogę jutro!

Rudolf rzekł po chwili namysłu:

- Niech i tak będzie!... Więc dziś wieczór. Gdzie się zejdziemy?

- Gdzie? Nie będziemy się rozstawać - odpowiedział Bakałarz. - Jeżeli deszcz ustanie, przejdziemy się do Wdowiej Alei, aby obejrzeć miejsce, a potem wrócimy coś przekąsić. O dziewiątej możemy się wziąć do roboty.

- W takim razie spotkamy się o dziewiątej.

- A, nie! Zostajesz z nami do wieczora. Inaczej pomyślę, że chcesz na mnie zastawić pułapkę...

- Gdybym chciał zastawić na ciebie pułapkę, dlaczegoż bym nie mógł tego zrobić dziś wieczór? Nie ufasz mi?...

- Niezupełnie... Ale może i mówisz prawdę, a dla trzydziestu tysięcy franków warto spróbować... albo dziś wieczór, albo nigdy... A jak nie zechcesz dziś, to będę wiedział, z kim mam do czynienia, i jeszcze ci kiedy zapłacę...

Rudolf był w okropnym położeniu. Spuszczając się na los, ufny w swą zręczność i odwagę, rzekł:

- Zgoda, zostańmy razem cały dzień.

- A zatem jestem na twoje usługi. Płacimy za śniadanie i bierzemy fiakra.

- Tylko wprzód wypalę cygaro.

- Doskonale. Finetta nie lęka się dymu tytoniowego...

- Pójdę więc po cygaro - rzekł Rudolf wstając.

- Nie fatyguj się, Finetta ci przyniesie.

Rudolf usiadł. Bakałarz przeniknął jego zamiary. Puchaczka wyszła.

- Co za kobieta! W ogień by się dla mnie rzuciła!

- A przydałby się tu ogień, bo diabelnie zimno! - rzekł Rudolf i schował ręce pod bluzę: nie przerywając rozmowy z Bakałarzem, wyjął ołówek z kamizelki i nieznacznie napisał kilka słów na świstku papieru. Bakałarz nie dostrzegł bileciku; szło tylko o oddanie go podług adresu.

Rudolf zbliżył się niedbale do okna i nucąc pod nosem, bębnił palcami na oknie. Bakałarz zbliżył się i spytał:

- Co za arię wyśpiewujesz?

- E, to znana piosenka: "Nie dostaniesz mojej róży".

- Śliczna piosenka. Chciałem tylko wiedzieć, czy zwraca uwagę przechodniów.

- Anim myślał o tym...

XVI Przygotowania

Puchuczka wróciła z cygarami.

- Zdaje się, że już nie pada - rzekł Rudolf, - zapalając cygaro - chodźmy wziąć fiakra.

- Jak to nie pada? Ślepyś? - odpowiedział Bakałarz. - Nie pozwolę, żeby Finetta zamoczyła nogi. Jak służąca przyjdzie z rachunkiem, każemy jej zawołać fiakra. Służąca weszła. Rudolf dał jej pięć franków.

- O! Panie... niechże pan nie płaci za wszystkich... - zawołał Bakałarz.

- Innym razem ty za mnie zapłacisz.

- Chyba że pozwolisz, iż ugoszczę cię na Polach Elizejskich...

Przez grzeczność Rudolf chciał wyjść ostatni, ale Bakałarz puścił go przed sobą, bacznie śledząc jego ruchy. Kiedy weszli do głównej sali, przy bufecie właśnie płacił za wino wysoki węglarz z oczernioną twarzą, w kapeluszu nasuniętym na oczy. Rudolf stanął przy otwartych drzwiczkach fiakra, chcąc wsiąść ostatni. Węglarz gwiżdżąc wyszedł aż na próg.

- Dokąd jechać? - zapytał woźnica. Rudolf odpowiedział głośno: - Do Alei...

- Do Lasku Bulońskiego - przerwał Bakałarz. - Jedź żwawo, dostaniesz na piwo. - Gdy pojazd ruszył z miejsca. Bakałarz zawołał: - Jak mogłeś tak głośno mówić, gdzie jedziemy? Chcesz nas zgubić? Młodzieńcze, jesteś nierozważny.

- Prawda, nie myślałem o tym. Ale ja tu was uwędzę w tym dymie. - Z tymi słowy Rudolf spuścił szybę i wyrzucił zwinięty bilecik, który napisał ukradkiem.

Bakałarz mimo obojętności Rudolfa dostrzegł bez wątpienia przenikliwym wzrokiem wyraz triumfu na jego twarzy, bo wyjrzawszy przez okno, zawołał na furmana: - Biczem go, biczem!... Ktoś jest z tyłu powozu.

Woźnica zatrzymał konie.

Bakałarz wyskoczył z powozu. Lecz nic nie postrzegł, bo od wyrzucenia bileciku ujechali już spory kawał.

- Będziecie się ze mnie śmieli - rzekł - ale nie wiem, dlaczego zdawało mi się, że ktoś nas śledzi.

Fiakr ruszył dalej. Póki nie zniknął, Murf nie spuszczał go z oka; widząc, co zrobił Rudolf, podbiegł i podniósł kartkę leżącą na bruku.

Po kwadransie jazdy Bakałarz zawołał do furmana:

- Słuchaj no, zmieniliśmy zamiar; jedź na plac Świętej Magdaleny.

Rudolf spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Przyznasz, kawalerze, że stamtąd można obrócić się w różne strony. Gdyby wpadli na nasz ślad, zeznanie woźnicy nic nam nie zaszkodzi.

Kiedy fiakr zbliżył się do rogatek, jakiś wysoki człowiek w jasnym surducie, w kapeluszu nasuniętym na oczy, szybko przemknął na pięknym angielskim koniu.

Rudolf zdołał ukryć swą radość. Murf widać odczytał hieroglificzną kartkę. Bakałarz, pewny już, że nikogo nie ma za fiakrem, i widząc, że Puchaczka drzemie czy też udaje, że drzemie, chciał udać śpiącego. Rudolf domyślił się podstępu i powiedział:

- Rano dziś wstałem i mnie także się chce spać.

I zamknął oczy. Wkrótce głośne chrapanie Bakałarza i Puchaczki tak go zwiodło, że myślał, iż śpią istotnie, i otworzył oczy. Bakałarz z Puchaczką chrapali, ale oczy mieli otwarte iporozumiewali się za pomocą palców. Nagle ta rozmowa rąk ustała. Bandyta dostrzegł, że Rudolf nie śpi, i śmiejąc się, zawołał:

- Aha! Kochanku!... Chciałeś nas wypróbować?

- To nie powinno dziwić ciebie, co śpisz z otwartymi oczami.

Fiakr zatrzymał się na placu Świętej Magdaleny. Deszcz już nie padał, ale czarne chmury tak kryły niebo, że było prawie ciemno.

- Chciałbym się przekonać - rzekł Bakałarz - czy to prawda, coś nam mówił o tym domu...

- To by obudziło podejrzenia. Przecież dopiero czwarta.

Puchaczka dumnie podniosła głowę.

- Mam tylko jedno oko - rzekła - ale dobre. Za pół godziny wrócę i zobaczysz, jak gracko się uwinę.

- Zaraz, zaraz, wprzód wejdziemy pod "Krwawe Serce"... Jeżeli tam zastaniemy Kulasa, weźmiesz go i postawisz na czatach przed domem.

- Masz rację... Kulas jest sprytny jak lis, choć nie ma dziesięciu lat.

- Co to za miejsce "Krwawe Serce"? Szczególna nazwa - rzekł Rudolf.

- Powiedz to szynkarzowi. Nazywaj go, jak chcesz: Piotr, Tomasz, Krzysztof, Barnaba, na każde imię się odezwie. Ale oto i jesteśmy...

- Nie widzę żadnego domu.

- Nie zobaczysz, jeżeli będziesz szukał wkoło siebie.

- A gdzież mam szukać?

- Pod nogami.

- Gdzie?

- Ot tu... Widzisz dach?

Istotnie Rudolf nie dostrzegł podziemnego szynku, jakich przed kilku laty wiele było na Polach Elizejskich. Schody, wykopane w mokrej i wilgotnej ziemi, prowadziły do obszernego dołu; dach z cegieł, mchem zarosły, ledwie wznosił się nad chodnikiem.

Na zardzewiałych zawiasach wisiała blacha; znać było jeszcze na niej czerwone serce przebite strzałą...

- Muszę wprzód zobaczyć, czy gospodarz jest w domu - rzekł Bakałarz i przyciskając język do podniebienia, krzyknął w szczególny sposób. Podobny krzyk ozwał się z dołu.

- Jest... Uszanowanie dla dam... idź naprzód, Puchaczko... a potem pan... Uważaj, bo ślisko; mógłbyś upaść.

XVII Krwawe Serce"

Gospodarz "Krwawego Serca" wyszedł aż na próg, aby powitać gości. Był to ów Czerwony Janek, którego Rudolf szukał, ale jeszcze nie znał. Mały, szczupły, nędzny, mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Miał w sobie coś z kuny i szczura, a wystające kości policzkowe i żywe oczy nadawały mu wyraz przebiegłości. Ledwie zeszli ze schodów, przybiegł dziesięcioletni, słabowity, kulawy i nieco garbaty chłopak - podobny do Czerwonego Janka. Można było zgadnąć, że to jego syn. Ten sam przenikliwy i chytry wzrok, takież czoło, obrosłe szorstkimi jak szczecina, rudymi włosami. Kulas zatrzymał się, stojąc na zdrowej nodze jak żuraw nad bagnem.

- Jak się masz, stary? - odezwał się cienkim głosikiem Czerwony Janek. - Co rozkażesz?

- Daj mojej żonie na kwadrans twego chłopca, pomoże jej czegoś szukać... to niedaleko... coś tam zgubiła...

Czerwony Janek zrozumiał; powiedział:

- Kulas, idź z tą panią.

Szkaradny chłopiec, kulejąc, podbiegł do Puchaczki.

- To mi kochane dziecię - rzekła - zaraz idzie... Nie tak jak żebraczka Maryśka, co to się zawsze krzywiła, kiedy podchodziła do mnie. I Puchaczka z Kulasem zniknęli we mgle.

- Wchodźmy więc - rzekł Rudolf.

Przy wejściu musiał się schylić we drzwiach, tak były niskie. Szynk składał się z dwóch pokojów. W pierwszym stał bufet i stary bilard. Dwa okna, wąskie i brudne, ledwie oświetlały te wilgotne izby. Przez chwilę tylko Rudolf był sam w drugim pokoju, ale to wystarczyło: Bakałarz i Czerwony Janek zdołali rozmówić się w kilku słowach tajemniczymi znakami.

- Napijesz się piwa czy wódki? - spytał Bakałarz Rudolfa.

- Dziękuję... nie chce mi się pić.

Usiadł przy małym stoliku w drugim pokoju.

Było już tak ciemno, że nie dostrzegało się otworu w kącie podłogi, prowadzącego do piwnicy. Bakałarz usiadł przy stole, tyłem do piwnicy, żeby ją zakryć przed Rudolfem.

Rudolf, chcąc ukryć niepokój, wyglądał oknem. Choć widział Murfa zmierzającego w stronę Wdowiej Alei, nie byt pewny, czy poczciwy Anglik dobrze zrozumiał lakoniczny bilecik. Chociaż silny, odważny i dobrze uzbrojony, mógł jednak nie dać sobie rady w walce ze zbrodniarzem gotowym na wszystko. Mimo to energiczna, niezwykła, chciwa gwałtownych wzruszeń natura Rudolfa znajdowała jakiś urok w tej niepewności i w przeszkodach, które zniszczyły plan ułożony poprzedniego dnia z wiernym Murfem i Szurynerem.

Czerwony Janek po kilku słowach usłyszanych od Bakałarza przyglądał się Rudolfowi z szyderstwem i nieufnością.

- Uważam - odezwał się Bakałarz - że jeżeli moja żona zastanie w domu osoby, które mamy odwiedzić, moglibyśmy do nich pójść o ósmej.

- To o dwie godziny za wcześnie! Dopiero o dwunastej zamykam sklep - przerwał Czerwony Janek piskliwym głosem. - O północy przychodzą moi najlepsi goście.

- Z tobą trzeba przystać na wszystko. Więc nie prędzej jak o dziesiątej pójdziemy z wizytą.

- Otóż i Puchaczka! - rzekł Czerwony Janek, słysząc ten sam gwizd, jaki wydał Bakałarz przed zejściem do podziemia.

Woda spływała po łachmanach Puchaczki; usiadła naprzeciw Rudolfa i Bakałarza i rzekła:

- Powiedział prawdę.

- A widzisz! - zawołał Rudolf z triumfem.

- Pozwólże jej skończyć.

- Zostawiwszy Kulasa na czatach, poszłam pod numer 17. Przychodzę do niskich drzwi... Dzwonię, otwiera odźwierny, otyły, pięćdziesięcioletni, łysy, z ryżymi faworytami, na pół zaspany... Powiadam z płaczem, że mi wyleciała za okno moja papuga, że mieszkam przy ulicy Marbeuf, że szukam papugi po wszystkich ogrodach...

- A nie mówiłem? Co za kobieta! - rzekł Bakałarz z dumą.

- Odźwierny wpuścił mnie do ogrodu i wszystko przejrzałam... Naokoło muru wszędzie drewniane kratki, jak schody. Parterowy dom o sześciu oknach. Okiennice zamknięte na zasuwki, łatwo otworzyć... Drzwi wejściowe szklane, z żaluzjami zewnątrz... Wchodząc do domu...

- Patrz! Weszła do domu! - zawołał z dumą Bakałarz.

- A pewnie. Nie znalazłszy papugi, tak zaczęłam jęczeć i płakać, że odźwierny zaprosił mnie do pokoju i poczęstował szklanką wody z winem. W przedpokoju dywan... nie słychać kroków i w razie potrzeby można stłuc okno bez hałasu. Na prawo i lewo drzwi z delikatnymi zamkami, ale w głębi drzwi mocne, zamknięte na klucz... coś do kasy podobne... trąci pieniędzmi... Miałam przy sobie wosk... Ażeby zbliżyć się do tych drzwi, zaczęłam kaszleć mocno. Odźwierny rzekł: "Trzeba pani osłodzić wodę" i wyszedł po łyżeczkę do cukru. Słyszałam, jak brzękał srebrem. Srebro w pokoju na prawo. A ja zbliżyłam się do drzwi w głębi z woskiem w ręku i oparłam się na zamku. Mam odcisk, przyda się. Na własne oczy widziałam przez okno w pokoju na lewo na biurku przynajmniej ze dwanaście worków z pieniędzmi.

Zaledwie wymówiła te słowa. Bakałarz pochwycił Rudolfa za gardło i strącił go w otwartą piwnicę, i to z taką szybkością, że Rudolf nie miał czasu się bronić.

Bakałarz ostrożnie zszedł do piwnicy. Dało się słyszeć skrzypienie zardzewiałych zawiasów i znowu wszystko ucichło. Puchaczka dobyła zapałkę i zapaliła cienki stoczek. Ohydna twarzą Bakałarza wyjrzała z otworu piwnicy.

Puchaczka mimo woli krzyknęła na widok tej twarzy, bladej, zeszpeconej, ze świecącymi oczami.

- Musisz być straszliwie brzydki, kiedym ja się ciebie zlękła.

- Ruszajmy - zawołał bandyta zasuwając drzwi piwnicy żelaznym drągiem. - Za godzinę będzie za późno!

XVIII Piwnica

Rudolf ogłuszony upadkiem zemdlał. Bakałarz przeniósł zemdlonego do drugiej głębszej piwnicy i zamknął za nim grube, okute żelazem drzwi; potem wyszedł wraz z Puchaczką.

Po godzinie Rudolf odzyskał przytomność. Leżał na ziemi w ciemnym lochu; wyciągnął ręce i namacał kamienne schodki, a równocześnie poczuł pod stopami chłód wody. Z najwyższym wysiłkiem zdołał usiąść na ostatnim schodku. Nasłuchiwał, lecz nic nie słyszał, nic, tylko jakieś głuche, słabe, ale ciągłe pluskanie. Teraz domyślił się przyczyny: woda zalewała jego więzienie. Sekwana bardzo przybrała, a piwnica leżała niżej od rzeki. Niebezpieczeństwo wróciło mu przytomność umysłu, wbiegł szybko na schody. Na górze natrafił na drzwi, wstrząsnął nimi, lecz daremnie - ani się ruszyły.

"Jeżeli Murf nie zachowa ostrożności, zamordują go... a ja będę przyczyną jego śmierci..." Ta okrutna myśl podwoiła siły Rudolfa; chciał wyważyć drzwi, lecz na próżno... Zszedł do piwnicy, myśląc, że znajdzie tam jakiś drąg; nic nie znalazł. W niemej rozpaczy policzył schody; trzynaście, a trzy już załata woda! Trzynaście! Fatalna liczba... Najsilniejsze umysły nie mogą się czasem oprzeć przesądom. Zaczął krzyczeć w nadziei, że go ktoś usłyszy; potem nadstawiał ucha... Lecz nic, tylko głuche, słabe i ciągłe pluskanie. Usiadł i płakał nad losem przyjaciela, który teraz może padał pod morderczym nożem. Woda przybierała, zostało już tylko pięć schodków. Rudolf stanął przy drzwiach, głową dotykał sklepienia: mógł obliczyć, jak długo będzie trwało to powolne konanie, nieme i okropne. Przypomniał sobie, że ma pistolet, i chciał wystrzałem wysadzić zamek, lecz nie znalazł broni. Pistolet musiał wypaść mu z kieszeni albo Bakałarz go zabrał. Nowa męka! Szczury, wyparte z nory, wchodziły coraz wyżej po schodach, szukały wyjścia, a nie mogąc się piąć po drzwiach i prostopadłym murze, czepiały się ubrania Rudolfa. Z niewypowiedzianym obrzydzeniem chciał je spędzić, pokaleczyły mu ręce; w czasie upadku podarła się na nim bluza i kamizelka, czuł na nagich piersiach zimne szczurze łapy. Zrywał je i rzucał od siebie, lecz wracały znowu. Znów krzyczał; nikt nie odpowiadał... Wkrótce nie będzie już mógł krzyczeć, woda sięga mu do szyi, niezadługo dojdzie do ust. Pokazały się pierwsze symptomy uduszenia, krew uderzyła do skroni, żyły nabrzmiały, dostał zawrotu głowy... śmierć niedaleka. Wspomniał jeszcze Murfa; westchnął gorąco do Boga, błagając nie o życie. lecz o skrócenie cierpień. Woda już prawie lała mu się do uszu; tracił przytomność; gasł ostatni promyk nadziei, gdy wtem u drzwi piwnicy dały się słyszeć szybkie stąpania i zmieszane głosy. Nadzieja dodała mu siły; słuchając z największą uwagą, pochwycił i zrozumiał słowa:

- Widzisz przecież, że tu nikogo nie ma.

- O Boże, prawda... nie ma nikogo - odpowiedział smutny głos Szurynera. I kroki oddaliły się.

Rudolf stracił przytomność.

Nagle otworzono gwałtownie drzwi piwnicy; woda buchnęła z lochu. Szuryner schwycił za ręce tonącego Rudolfa, który konwulsyjnie jeszcze trzymał się progu.

XIX Nowy sługa

Wyrwany niechybnej śmierci i przyniesiony do opisanego przez Puchaczkę domu przy Wdowiej Alei, Rudolf śpi w pięknie umeblowanym pokoju; ogień pali się na kominku; lampa jasno oświeca pokój, tylko łóżko Rudolfa, zasłonięte adamaszkowymi firankami, pozostaje w ciemności. Murzyn o siwych włosach i brwiach, starannie ubrany, z wstążeczką od orderów w butonierce, ze złotym zegarkiem w ręku, trzyma dłoń Rudolfa i liczy uderzenia pulsu. Patrzy na uśpionego z wyrazem najczulszej troskliwości. Szuryner, z mokrymi włosami, w łachmanach, zabłocony, stoi w nogach łóżka z założonymi na piersi rękoma. Patrzy na Rudolfa i zapuszcza się w filozoficzne dumania.

- Widząc go tak słabym, kto by powiedział, że mnie tak mistrzowsko pobił!... Wkrótce wróci do sił... nieprawdaż, panie doktorze?...

Murzyn tylko kiwnął głową. Szuryner umilkł.

- Podaj lekarstwo - rzekł Murzyn po chwili.

Szuryner boso - zdjął obuwie, aby nie robić hałasu - podszedł na palcach do komody. Usiłując stąpać jak najlżej, krzywił się i przeginał. Na nieszczęście, bojąc się upuścić flaszeczkę, tak mocno ściskał szyjkę w ogromnej dłoni, że ją zgniótł; flaszeczka upadła.

- A to gbur niezgrabny! - rzekł doktor niecierpliwie. - Na szczęście omyliłeś się, chciałem tę drugą flaszeczkę.

- Tę różową? - zapytał po cichu Szuryner.

- Tak, przecież tam nie ma innej.

Szuryner po wojskowemu wykręcił się na pięcie i zgniótł resztki buteleczki.

- Co robisz? Skaleczysz się - szepnął doktor.

Szuryner, zajęty jedynie nowym poleceniem, tak delikatnie i lekko ujął cienki flakonik, że doktor drżał, żeby go nie stłukł przez nadmiar ostrożności. Zbliżając się do łóżka, znowu nastąpił na rozbitą flaszkę.

- Koniecznie chcesz się skaleczyć? Już drugi raz stanąłeś na szkle.

- To nic, ja mam podeszwy z drzewa.

Po kilku łyżeczkach lekarstwa Rudolf poruszył się.

- Wraca do przytomności - rzekł doktor. - Puszczenie krwi ulżyło mu.

- Zdrów! Brawo! - zawołał Szuryner z radością.

- Cicho bądź - rzekł doktor surowo - i siadaj...

- Panie doktorze, jestem cały zabłocony jak kloc tylko co wyciągnięty z wody; zawalam krzesło.

Wtem Rudolf przebudził się, usiadł, spojrzał wokoło, zebrał myśli i zawołał:

- Murf! Gdzie Murf?

- Uspokój się. Mości Książę - rzekł doktor z uszanowaniem - mam nadzieje, że niebezpieczeństwo minie!

- Więc raniony?

- Tak, niestety!

- Zwodzisz mnie; on umarł, zamordowany!... I to z mojej winy! - zawołał Rudolf, wznosząc ręce do nieba.

- Wiadomo Księciu, że nie umiem kłamać... Honorem ręczę, że Murf żyje... niebezpieczeństwa nie ma. Chciałem wezwać jeszcze kilku lekarzy, ale pomny na wczorajsze rozkazy Księcia, wolałem nie wprowadzać obcych do domu.

- Jak się to wszystko stało? - zapytał Rudolf. - Kto mnie wyratował? Wydawało mi się, że słyszałem głos Szurynera... Gdzie on?

Doktor szukał oczami Szurynera, ukrytego za firanką.

- Jest tu - odpowiedział - tylko wstydzi się podejść.

XX Opowiadanie Szurynera

Szuryner zmieszał się do reszty.

- Zbliżże się... daj mi rękę - rzekł Rudolf.

- Wybacz, panie... chciałem powiedzieć. Mości Książę...

- Nazywaj mnie zawsze Rudolfem... jak dawniej.

- Daruj, Książę, ale nie śmiem... - i bojaźliwie wyciągnął czarną rękę. Rudolf serdecznie ją uściskał.

- Siadaj i opowiedz mi wszystko. Gdzie Bakałarz?

- Jest tu, związany! - rzekł doktor.

- Puchaczka także - dodał Szuryner.

- A mój biedny Murf... gdzie raniony?

- W prawy bok; szczęście, że pod ostatnim żebrem.

- Muszę się zemścić! Liczę na ciebie, Dawidzie!

- Wasza Książęca Mość wie, że jestem mu oddany duszą i ciałem - odpowiedział chłodno doktor.

- Jak to się stało, że przybyłeś na czas? - spytał Rudolf Szurynera.

- Zacznę od początku.

- Słucham tedy.

- Wczoraj po powrocie ze wsi powiedział mi pan: "Postaraj się zobaczyć z Bakałarzem; powiedz mu, że jest dobry interes do zrobienia". Zaraz więc pobiegłem do Cite. Szukam Bakałarza. Nareszcie złapałem jego i Puchaczkę na placu koło kościoła Panny Marii; kupowali u tandeciarza kradzione rzeczy za pieniądze tego wysokiego jegomościa w żałobie. Ta stara wiedźma Puchaczka wybierała sobie czerwony szal... Powiedziałem Bakałarzowi, o co idzie; zgodził się natychmiast. Przychodzę więc dziś rano zawiadomić pana o tym, a pan mi znowu powiada: "Przyjdź tu jutro z samego rana, zostaniesz u mnie przez cały dzień i noc i zobaczysz coś ciekawego". Powiedziałem sobie: to pewnie jaki przysmak dla Bakałarza. Odgadłem, że mu pan chce sztukę wypłatać i zwabić na tę kradzież... Jednakże powiedziałem sobie: rzecz ułożona na jutro; lecz że mi pan Rudolf zapłacił za cztery dni, zatem i dzisiejszy do niego należy... Bakałarz niegłupi... będzie się bał podstępu... nie ufa Rudolfowi, więc może się umówić na jutro, a tymczasem dziś włamie się tu sam lub z kim innym.

- Zgadłeś... właśnie tak było...

- Postanowiwszy, umyśliłem gdzieś wleźć, skąd widać mur i drzwi ogrodu; idę więc... znajduję szynk stąd o dziesięć kroków. Wchodzę, siadam przy oknie... Deszcz padał... noc już nadchodziła. Aż tu patrzę, idzie Puchaczka z Kulasem Czerwonego Janka...

- Więc to Czerwony Janek trzyma ten podziemny szynk na Polach Elizejskich? - zapytał Rudolf. - Myślałem, że mieszka w Cite.

- On mieszka wszędzie! Drugiego takiego filuta trudno znaleźć na świecie. No, kiedym tylko zobaczył Puchaczkę razem z Kulasem, domyśliłem się, że robota wnet się zacznie. I rzeczywiście: Kulas chowa się naprzeciw pańskich drzwi i staje na czatach, a Puchaczka dzwoni. Biedny pan Murf otwiera, a ona plecie mu różne duby i uwija się po ogrodzie. On został, a ona poszła. Tu zacząłem kalkulować: Kulas przyszedł z Puchaczką więc Bakałarz z panem Rudolfem czekają u Czerwonego Janka.

- Znakomicie! Cóż dalej?

- Poszedłbym do Czerwonego Janka i wszystkiego się dowiedział, ale tymczasem Bakałarz może przyjść i rzecz skończyć. Wypadałoby uprzedzić pana Murfa, ale Kulas mnie zobaczy i powie Puchaczce... Do licha, co tu robić? Nic nie mogę wymyślić. Na koniec wpadam na koncept. Zdejmuję bluzę i chwytam Kulasa za kark, kładę do bluzy jak do worka; z jednego końca zawiązuję rękawami bluzy, z drugiego chustką; całe zawiniątko wrzucam przez mur do ogrodu. Kulas spadł jak prosię. Wracam, włażę na drzewo naprzeciw pańskich drzwi. Za jakie dziesięć minut ktoś idzie, ale ciemno, nic nie widać, słyszę tylko, jak Puchaczka woła po cichu: "Kulas! Kulas!" "Deszcz pada, pewnie mu się sprzykrzyło czekać", mówi Bakałarz.,,Niech no go złapię, dostanie za swoje! Dawaj dłuto i wytrych". W moment drzwi były otwarte. Puchaczka została na straży, a Bakałarz wszedł, powiesiwszy sztylet na guziku od surduta. Pomyślałem sobie: źle, ten drań może zamordować pana Murfa, zeskakuję więc z drzewa i pięścią w łeb Puchaczkę... upadła bez zmysłów... wbiegam do ogrodu... Za późno.

- Biedny mój Murf!

- Zastałem go szamocącego się na schodach z Bakałarzem... był już ranny... ale nie krzyczał... nie wołał pomocy. Rzucam się na Bakałarza... chwytam go za łeb... "A tyś tu się skąd wziął, zbóju!", woła. "Później się dowiesz", odpowiedziałem i złapałem go za rękę, w której trzymał sztylet. Chciał mnie przebić sztyletem, ale tak mu rękę przycisnąłem, że nie mógł nią ruszyć. Zwaliłem się na niego całym ciałem... Nic nie mówił, tylko dyszał jak wół. Ale do pioruna, co za siła... Prosiłem pana Murfa, żeby poszedł po ludzi. Zostałem sam na sam z Bakałarzem... Leżeliśmy pół na ziemi, pół na ostatnim schodku. Rękami ścisnąłem mu szyję, mając twarz na jego twarzy... słyszałem, jak zgrzytał zębami... Chciał mnie ugryźć, ale nie mógł. Nigdy nie czułem w sobie tyle siły... Zdawało mi się, że trzymam wściekłego psa. "Puść mnie, a nic ci nie zrobię", rzekł do mnie. "Nie puszczę", odpowiedziałem. Nogi miał wolne, to mu pomagało, już mnie prawie przewrócił. Żebym nie przyciskał ręki ze sztyletem, byłoby po mnie... Wtem patrzę... tu Puchaczka stoi na schodach, z jednym okiem, w czerwonym szalu... Do pioruna! Myślałem, że to mara. "Finetto", woła Bakałarz, "upuściłem nóż... podnieś i uderz go dobrze..." Wiedźma uwijała się koło nas, na koniec zobaczyła sztylet... chce go podnieść... Lecz tak ją pchnąłem nogą w piersi, że upadła daleko od nas. Już mi sił zaczynało braknąć... traciłem przytomność... Wtem nadeszli uzbrojeni ludzie... a za nimi pan Murf, blady, podtrzymywany przez doktora!... Chwytają i wiążą Bakałarza i Puchaczkę... Ale to nie dość... trzeba mi pana Rudolfa... Dalej ja do Puchaczki... Przypomniałem sobie ząb Gualezy... no to za rękę starą i zaczynam ją wykręcać. "Gdzie pan Rudolf?!" Ona nic... Ja drugi raz, aż ona woła: "U Czerwonego Janka, w piwnicy "Pod Krwawym Sercem"". Biegnę tam; chciałem wziąć Kulasa po drodze, ale już go nie było, przegryzł bluzę i uciekł. Wpadam "Pod Krwawe Serce", chwytam Czerwonego Janka za gardło... "Gdzie młodzieniec, co tu był z Bakałarzem?" "Nie duś mnie, zaraz ci powiem. Przez figiel zamknęli go w piwnicy, zaraz otworzymy". Wchodzimy do piwnicy, nie ma nikogo. Już chciałem odejść, kiedym zobaczył drugie drzwi. Otworzyłem... woda plusnęła na mnie... spostrzegłem pańskie ręce...

- Winieniem ci życie... bądź pewny, że ci się odwdzięczę... Dawidzie, dowiedz się o zdrowie Murfa i wracaj zaraz.

Murzyn wyszedł.

- Gdzie jest Bakałarz? - spytał Rudolf Szurynera.

- W sali, razem z Puchaczką. Czy mam posłać po wartę?

- Nie trzeba.

- Pan go chce wypuścić?... Ach! Książę, nie bądź tak wspaniałomyślny... Ja zawsze powiadam, to wściekły pies...

- Nie bój się... Już nikogo nie ukąsi!

- Więc każe go pan zamknąć?

- Nie... za pół godziny stąd wyjdzie...

- Bez żandarmów?

- Tak.

- I sam?

- Tak, sam.. i będzie mógł iść, gdzie mu się podoba - odpowiedział Rudolf ze złowrogim uśmiechem.

Doktor wrócił.

- I cóż, Dawidzie... Jakże Murf?

- Śpi teraz, Mości Książę... ale niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.

- O! Murf!... Zemsty!... Zemsty!... - zawołał Rudolf z zimnym i nieubłaganym gniewem. Potem dodał:

- Dawidzie... mam ci coś powiedzieć. - I szepnął mu kilka słów na ucho. Murzyn zadrżał. - Wahasz się? - spytał Rudolf.

- Nie waham się. Książę... ten pomysł to początek reformy prawa karnego, godny uwagi prawników... kara twoja jest zarazem... straszna... i przykładna... W naszym wypadku można ją wymierzyć...

- A będzie miał przed sobą nieograniczone pole skruchy i żalu - dodał Rudolf.

- Wyjdź do drugiego pokoju - rzekł Rudolf do osłupiałego Szurynera - w biurku leży czerwony pugilares, przynieś mi pięć biletów tysiącfrankowych...

- Dla kogóż to?

- Dla Bakałarza... i każ go przyprowadzić.

XXI Kara

W sali, wybitej czerwonym jedwabiem, rzęsiście oświetlonej, Rudolf w czerwonym, aksamitnym szlafroku, który podnosił jeszcze bladość jego twarzy, siedzi przy dużym, suknem pokrytym stole. Z jednej strony stołu doktor, z drugiej Szuryner. Na środku sali, w wielkim fotelu na kółkach, siedzi Bakałarz, związany tak mocno, że nie może się ruszyć. Ludzie, którzy go przynieśli, natychmiast wyszli. Rudolf, doktor, Szuryner i morderca zostali sami. Gniew Rudolfa już minął; siedzi zimny, smutny i poważny. Doktor jest zamyślony, Szuryner z niepojętą bojaźnią patrzy w oczy Rudolfa, Bakałarz zsiniał ze strachu.

- Skazany dożywotnio na galery za zbrodnie, fałszerstwa, kradzieże i zabójstwa... zbiegłeś z więzienia w Rochefort... jesteś Anzelmem Duresnel... - rzekł Rudolf do Bakałarza.

- Nieprawda! Niech mi dowiodą!

- Jak to! - zawołał Szuryner - albo żeśmy nie siedzieli razem w Rochefort?

Rudolf mówił dalej:

- Jesteś Anzelm Duresnel; później sam się przyznasz... Na drodze do Poissy zamordowałeś i obrabowałeś wolarza...

- Kłamstwo!

- Później się przyznasz... Dzisiejszej nocy włamałeś się do tego domu i sztyletem uderzyłeś gospodarza...

- Pan sam namówiłeś mnie do tej kradzieży; napadnięto mnie... a ja się tylko broniłem.

- Człowiek, którego uderzyłeś sztyletem, nie miał broni. Namówiłem cię do tej kradzieży...prawda... i nawet powiem, jaki cel w tym miałem. Wczoraj obdarłeś w Cite mężczyznę i kobietę, a zabrawszy im ten oto pugilares, obiecywałeś zabić mnie za tysiąc franków!...

- Sam to słyszałem - zawołał Szuryner.

Bakałarz spojrzał na niego z dziką nienawiścią.

- Teraz powiem ci, dlaczegom cię namawiał do kradzieży - mówił dalej Rudolf. - Wiedziałem, żeś zbiegł z więzienia, że wiesz, kim są rodzice biednej dziewczyny, której wszystkich nieszczęść przyczyną jest twoja wspólniczka Puchaczka... Chciałem cię tu zwabić na tę kradzież... nie ma lepszej przynęty dla ciebie...dostawszy cię, dałbym ci do wyboru: albo cię oddam w ręce sprawiedliwości i położysz głowę za zabójstwo wolarza... albo opuścisz na zawsze Francję i będziesz żyć na wygnaniu, pod warunkiem, że mi dasz żądane wyjaśnienia. Taki miałem zamiar... może niezupełnie zgodny z prawem, ale ty za ucieczkę z więzienia i nowe zbrodnie jesteś wyjęty spod prawa. Wczoraj przypadkiem dowiedziałem się twego prawdziwego nazwiska.

- Nieprawda, nie nazywam się Duresnel!

Rudolf wziął ze stołu łańcuszek Puchaczki:

- Świętokradztwo! Zhańbiłeś ten skarb, oddając go nikczemnej kobiecie; syn twój otrzymał ten dar po matce i babce! Przed piętnastu laty odebrałeś żonie syna i sam tylko wiesz, gdzie się teraz znajduje... To także był jeden z powodów, dla których chciałem cię ująć. Nie mszczę się za siebie... lecz tej nocy znowu przelałeś krew niewinnego. Twoje zbrodnie wymagają kary. Z bronią w ręku wdarłeś się do tego ogrodu z zamiarem rabunku, uderzyłeś człowieka żelazem. Popełniłeś jeszcze jedno morderstwo... Umrzesz... przez wzgląd na żonę i syna ocalę cię od szafotu. Rozgłosimy, że zostałeś zabity w obronie własnego życia... Przygotuj się... broń nabita.

Bakałarz w mniemaniu, że godzina ostatnia wybiła, drżał konwulsyjnie, usta mu zbielały; ledwie zdołał wyjąkać:

- Łaski!

- Dla ciebie nie ma łaski. Jeżeli nie umrzesz tutaj, czeka cię szafot.

- Wolę zginąć na rusztowaniu... przynajmniej jeszcze ze dwa miesiące pożyję... Cóż to panu szkodzi, skoro mnie kara nie minie?!

- Ale twoja żona i syn noszą twoje nazwisko.

- Moje nazwisko już jest i tak zhańbione... A prawo nie dozwala nikomu być sędzią we własnej sprawie.

- Prawo!... Śmiesz odwoływać się do prawa, ty! Ty, co od dwudziestu lat prowadzisz otwartą wojnę ze społeczeństwem?

- Przynajmniej daruj mi życie! Przez litość!

- A powiesz, gdzie jest twój syn?

- Powiem... powiem wszystko, co wiem.

- Wyjawisz rodziców biednej dziewczyny?

- Papiery w moim pugilaresie wskażą, gdzie można ich odnaleźć. Zdaje się, że matka jej jest wielką damą...

- Gdzie jest twój syn?

- Oddałem go jednemu z moich towarzyszy, który zdołał uciec, kiedy mnie przytrzymano... Ten wychował go, kazał nauczyć buchalterii i umieścił przy bankierze. Miał pozostawać w porozumieniu z nami... i zyskawszy zaufanie bankiera... podpisywać papiery za niego.

- Mój Boże! Tak poprowadziłeś syna... syna! Ten człowiek mnie przeraża! - wykrzyknął Rudolf ze zgrozą.

- Ależ tu szło tylko o fałszerstwo! - mówił dalej bandyta. - Zresztą kiedy powiedziałem memu synowi, czego od niego żądamy, oburzył się i zniknął... od osiemnastu miesięcy nic o nim nie wiem. Ostatnio mieszkał przy ulicy Temple pod przybranym nazwiskiem Franciszka Germain. Powiedziałem wszystko... Dotrzymaj teraz obietnicy i oddaj mnie w ręce sprawiedliwości.

- Ja cię osądzę i ukarzę - rzekł Rudolf grzmiącym głosem. - Nie wydam cię w ręce sprawiedliwości, bo poszedłbyś do więzienia lub na szafot, a tego nie chcę... Do więzienia? nie, nie; można rozbić kajdany, wyłamać mury. Uciekłbyś znowu i rzucił się na społeczeństwo jak wściekłe zwierzę... Oddać cię na szafot?... Umarłbyś nie żałując za zbrodnie... Tego nie chcę... Bez skruchy nie ma dla ciebie nadziei.

- Co ja zrobiłem temu człowiekowi? - krzyknął Bakałarz, odchodząc od zmysłów. - Kto to jest? Czego chce ode mnie?

Rudolf mówił dalej głosem donośnym i nieubłaganym jak miecz katowski:

- Anzelmie Duresnel, nie pójdziesz do więzienia... nie umrzesz.

- Więc czego chcesz? Piekło chyba cię zesłało!

- Słuchaj, zbrodniarzu! - rzekł Rudolf uroczyście i groźnie. - Nadużywałeś swej siły, ja ją zniszczę. Najsilniejsi drżeli przed tobą - teraz ty będziesz drżał przed najsłabszymi. Morderco, niejedno stworzenie boskie pogrążyłeś w wiecznej nocy. Ciemność więc nocna zacznie się i dla ciebie w tym życiu... dziś... zaraz... Kara dorówna ogromowi zbrodni. Lecz - dodał Rudolf z litością - straszna ta kara zostawi ci pole do żalu bez granic; nie zgubi cię na wieki, lecz może cię wybawić. Zostaniesz sam na sam ze wspomnieniem twych zbrodni, żebyś ciągle rozpamiętywał ich ogrom. Będziesz musiał patrzeć w siebie... Dotąd każde twoje słowo było przekleństwem, od dziś będzie modlitwą... Jesteś śmiały i okrutny, bo jesteś silny... Od dziś będziesz łagodny i pokorny, bo będziesz słaby... Dziś serce masz zamknięte dla skruchy; kiedyś będziesz płakał nad twoimi ofiarami. Z człowieka zrobiłeś się dzikim zwierzem; kiedyś ostatnia twoja prośba do Boga będzie o to, abyś umarł przy żonie i synu.

Rudolf mówił te stówa smutnym głosem. Bakałarz nabrał znowu odwagi, sądząc, że Rudolf chce go tylko nastraszyć. Ośmielony, rzekł doń z bezczelnym śmiechem:

- A, rozumiem, prawimy kazania i gramy w szarady?

Rudolf tylko smutnie potrząsnął głową i rzekł:

- Dawidzie, weź się do dzieła! Mnie jednego niech Bóg ukarze, jeżeli się mylę. Doktor zadzwonił; weszli dwaj słudzy. Murzyn pokazał im drzwi bocznego gabinetu. Słudzy wtoczyli tam fotel z Bakałarzem i na rozkaz doktora przywiązali głowę zbrodniarza do poręczy.

- Chcecie mnie udusić! - wołał Bakałarz.

Słudzy na znak doktora zatkali mu usta chustką.

- Panie Rudolfie, strach mnie bierze - rzekł Szuryner - powiedz choć słowo... Co tam robią Bakałarzowi? Nic nie słychać...

Dawid wrócił do sali, usta mu zbielały. Zadzwonił. Słudzy weszli, niosąc krzesło, na którym siedział Bakałarz.

- Odwiążcie go, niech wstanie - rzekł Rudolf.

Przez chwilę panowała straszne milczenie.

Słudzy zdjęli więzy. Bakałarz podniósł się gwałtownie, z twarzą wykrzywioną wściekłością i strachem. Zrobił jeden krok i upadł z powrotem na fotel. Potem, wznosząc ręce, krzyknął:

- Oślepłem!

- Dawidzie, daj mu ten pugilares - rozkazał Rudolf. Murzyn włożył pugilares w drżące ręce Bakałarza.

- Masz tu dosyć pieniędzy - mówił dalej Rudolf - dosyć na całe życie... możesz sobie nimi zapewnić schronienie i chleb do końca twoich dni... Teraz jesteś wolny, idź i żałuj...

- Ślepy!... Ślepy!... Ślepy...- powtarzał bandyta.

- Jesteś wolny, masz pieniądze. Idź...

- Nie mogę odejść! Gdzie pójdę... nic nie widzę...O! Śmierci! Wolałbym śmierć - krzyknął w rozpaczy Bakałarz. - Być na łasce wszystkich! Bać się wszystkiego... Teraz lada dziecko mnie pokona! Okradną mnie!

- Okradną! Jak się boisz kradzieży, ty, coś sam kradł! Idź!

- Na miłość Boga! - błagał Bakałarz. - Niech mnie kto odprowadzi!... Cóż pocznę na ulicy? O! Przez litość, zabijcie mnie!

- Nie... jeszcze pożałujesz za zbrodnie...

- Nigdy! Nigdy! - wykrzyknął Bakałarz z wściekłością. - O! Zemszczę się... zemszczę się jeszcze! I rzucił się naprzód, grożąc pięściami. Lecz zaledwie zrobił jeden krok, potknął się i zadrżał.

Szuryner zbliżył się do Rudolfa i rzekł po cichu:

- Panie Rudolfie... Pewnie, że zasłużył na to ten rozbójnik!... I mnie także chciał zabić. Ale teraz jest ślepy, nie wie, gdzie iść... Przejadą go na ulicy... Pozwól, zaprowadzę go w jakie miejsce, gdzie znajdzie spokojny kąt.

- Dobrze - odparł Rudolf wzruszony. - Idź.

Szuryner zbliżył się do Bakałarza. Bandyta zadrżał.

- Kto mnie dotyka? - spytał głucho.

- To ja, Szuryner.

- I ty chcesz się zemścić, prawda?

- Nie, chcę cię wyprowadzić. Chodź.

- To pułapka!

- Bądź spokojny. Dalej, chodźmy. Już dzień.

- Dzień! Ach, ja już nigdy nie zobaczę dnia!...

Rudolf nie mógł dłużej znieść tego widoku...wyszedł szybko z Dawidem. Szuryner został sam z Bakałarzem.

- Czy to prawda, że w tym pugilaresie są pieniądze? - zapytał Bakałarz.

- Tak, sam włożyłem pięć tysięcy franków... Za to możesz znaleźć mieszkanie gdzieś na wsi... albo może wolisz, żebym cię zaprowadził "Pod Białego Królika"?

- Nie chcę, gospodyni by mnie okradła.

- Może do Czerwonego Janka?

- Otrułby mnie i zabrał pieniądze.

- No to gdzie chcesz iść?

- Sam nie wiem... Ty nie kradniesz, Szurynerze... Schowaj mi pugilares do kieszeni kamizelki, żeby Puchaczka nie zobaczyła, bo go zabierze. Lecz cóż ja pocznę? Mój Boże! Zawsze ta czarna zasłona przed oczami... a jeżeli na niej pokażą się blade postacie tych, którzy... Czy umarł ten człowiek, com go ranił dzisiejszej nocy?

- Nie.

- Tym lepiej!... Ale gdzie pójdziemy?... Boję się wracać do siebie...

- Słuchaj, niedaleko mieszka mój znajomy, ma matkę, godną kobietę, ale nieszczęśliwą... Może zechciałaby wziąć cię do siebie.

- Tobie można zaufać, Szurynerze... Tyś nigdy nie kradł. Jesteś lepszy ode mnie.

- A pewnie, do pioruna! Pan Rudolf też mi powiedział, że mam serce. Bakałarz, wsparty na Szurynerze, wyszedł na ulicę.

XXII Rzeźnik Francoeur

Upłynął miesiąc. Przeniesiemy się teraz do małego miasteczka I'Islo-Adam, położonego uroczo nad rzeką Oazą, u stóp lasu.

Wszyscy w miasteczku suszyli sobie głowy, komu też wdowa Dumont sprzedała najpiękniejsze jatki rzeźnicze. Nabywca musiał być bogaty, bo kazał sklep świeżo odmalować i ozdobić. Brązowa, wyzłacana krata otaczała cały front sklepu; na jatce zawieszono szyld, gdzie wypisane było złotymi literami: Francoeur, rzeźnik. Ale to jeszcze nie zaspokoiło ciekawości próżniaków; radzi byli wiedzieć, kto to taki ten Francoeur? Lecz nikt nie mógł dać wyjaśnień. Wreszcie przez tylną bramę domu wjechała bryczka. Wysiedli z niej i weszli do sklepu: Murf, już wyleczony, i Szuryner. Szuryner był nie do poznania w swoim nowym, porządnym ubraniu.

- Taki jestem uradowany, radość mnie rozgrzewa... - odezwał się Szuryner. - Wszelako mówię, żem rad, a jednak...

- Co "jednak"?

- Wczoraj przyszedł pan do mnie; powiedział pan, że pan Rudolf wyjechał gdzieś daleko i o mnie zapomniał... Zmartwiłem się.

- Chciałem tylko powiedzieć, że zapomniał cię nagrodzić.

- A, to co innego. Ucieszyłeś mnie, panie Murfie. Ja go nigdy nie zapomnę. Powiedział mi, że mam serce i honor.

- Na nieszczęście Książę wyjechał i nie dał mi żadnych poleceń co do ciebie. Ja sam nic nie mam, nie jestem w stanie odwdzięczyć się, jak bym chciał, za to, coś dla mnie uczynił.

- Eh! Żartuje pan chyba!

- I dlaczego po tej okropnej nocy nie zjawiłeś się u nas? Książę nie wyjechałby, nie pomyślawszy o tobie.

- Hm!... Myślałem sobie: kiedy mnie pan Rudolf nie woła, to widać mnie nie potrzebuje.

- Powinieneś był domyślić się, że pragnie ci okazać swoją wdzięczność...

- Powiedział mi pan wczoraj, panie Murfie, że pan znajdziesz służbę, gdzie zarobię cztery franki dziennie. Cztery franki to pieniądz! Cóż to? Tu mieszka rzeźnik? - zapytał nagle, widząc przez firanki rozłożone ćwierci wołowiny.

- Tak, mój kochany... rzeźnik, mój przyjaciel... Możemy obejrzeć cały dom.

- Chętnie to mi przypomni młode lata; z tą różnicą, że wtedy biłem tylko stare konie. Dziwna rzecz, gdybym mógł, chciałbym być rzeźnikiem. Jak bym ja pracował! Tak bym się zawziął w pracy jak Gualeza, kiedy zjadała cukier starej! Ale że jej teraz nie widuję! Pewnie ją pan Rudolf wywiózł gdzieś z szynku. Biedna dziewczyna! Takie to młode, samo nie wiedziało, co robi.

- I ja tak myślę; ale chodźmy obejrzeć sklep.

Poszli do sklepu, potem do obory, gdzie stały trzy tłuste woły i ze dwadzieścia baranów; obejrzeli stajnię, szlachtuz i inne budynki, starannie i czysto utrzymane.

- Przyznaj - rzekł Murf - że mój przyjaciel jest szczęśliwym człowiekiem. Ten dom i sklep należą do niego; ma jeszcze kilka tysięcy franków w zapasie; mocny jak wół, zdrowie ma żelazne, lubi swoje rzemiosło. Czeladnik, któregoś tam widział, zastępuje go, kiedy jedzie za kupnem bydła. A co, czy nie jest szczęśliwy? Ale chodźmy na górę, zobaczymy, jak tam wygląda; zapoznam cię z majstrem.

- Zaraz - rzekł Szuryner, smutny i nieco zmieszany, zatrzymując Murfa za rękę - mam panu coś powiedzieć... Może pan Rudolf panu nie powiedział, ale ja muszę uprzedzić o tym mojego majstra. Lepiej, że zaraz się dowie niż później.

- Czego ma się dowiedzieć?

- Że byłem skazany... na galery... - mówił Szuryner cichym, ledwie dosłyszalnym głosem. - Ale nie za kradzież! Nigdy nie kradłem, wolałbym umrzeć z głodu... O! Gorzej zrobiłem - dodał spuszczając głowę - zabiłem człowieka... w gniewie. I temu majstrowi także wszystko powiem. Pan go zna, niech mi pan powie, jeżeli ma odmówić, to lepiej zaraz wrócę.

- Chodź! - odparł Murf.

Weszli na górę; drzwi się otworzyły i powitał ich... Rudolf.

- Mój kochany Murfie - rzekł - zostaw nas samych.

XXIII Nagroda

- Do pioruna! Co za szczęście, że zastaję tu Waszą Książęcą Mość... - zawołał Szuryner. - Figlarz Murf powiedział, że pan wyjechał, Mości Książę...

- Nazywam się zawsze Rudolfem.

- Więc dobrze, panie Rudolfie, przepraszam, żem nie przyszedł więcej po owej nocy z Bakałarzem.

- Przebaczam ci - rzekł ze śmiechem Rudolf, a potem zapytał: - Murf pokazał ci cały dom?

- Pokazał; śliczny dom, piękny sklep, a takie tu wszystko dostatnie, bogate. Ale i ja teraz się wzbogacę; pan Murf daje mi miejsce, gdzie będę brał cztery franki na dzień... cztery franki!

- A ja ci zaproponuję coś lepszego; otóż ten dom, wszystko, co w nim jest, ten sklep i trzy tysiące franków w tym pugilaresie - wszystko to twoje.

Szuryner roześmiał się głupkowato, konwulsyjnie ściskając kapelusz między kolanami; nie rozumiał słów Rudolfa. Przepaść dzieliła nędzę i poniżenie, w których żył dotąd, od bytu, jaki mu zapewniał Rudolf.

- Mości Książę - rzekł chłopak, wstając nagle - dajesz mi ten dom i dużo pieniędzy, żeby mnie skusić; ale nie mogę... może chcesz, żebym kogoś zabił...

- O! Nieszczęśliwi - zawołał Rudolf z goryczą - czyliż tak rzadko podają wam pomocną rękę, że szczerego daru nie umiecie sobie inaczej wytłumaczyć tylko jako zapłatą za zbrodnię?! Nie znasz mnie... Niczego od ciebie nie żądam, tylko żebyś byt zawsze uczciwy! A daję ci to wszystko, boś na to zasłużył.

- Ja? - zawołał Szuryner odurzony. - Zasłużyłem?

- Nie wiedziałeś, co złe a co dobre, zostawiony zwierzęcym popędom; przez piętnaście lat obcowałeś na galerach z zatwardziałymi zbrodniarzami, uciśniony nędzą, głodem, wzgardą, a mimo to nie kradłeś i pokutą zgładziłeś swój występek.

Te proste i szlachetne słowa jeszcze bardziej zdziwiły Szurynera. Patrzył na Rudolfa z lękliwym uszanowaniem i wdzięcznością.

- Jak to? Dlatego żeś mnie pan wybił... żem potem pana wyratował... za to mam teraz dostać dom, kupę pieniędzy? Nie, to być nie może... jest tylu ludzi, co całe życie uczciwie pracują, a jednak...

- Wiem, lecz człowiek, co jak ty pozostał uczciwy wśród najostatniejszych zbrodniarzy, zasługuje na pomoc. Nie dość tego, ocaliłeś życie memu najlepszemu przyjacielowi Murfowi... - Tu Rudolf uścisnął rękę Szurynera i dodał: - Okazałeś się miłosierny dla człowieka, który cię chciał zabić, dałeś mu schronienie we własnym mieszkaniu przy ulicy Notre-Dame pod numerem 9.

- To pan wie, gdzie ja mieszkam?

- Ty zapominasz o usługach, któreś wyświadczył, lecz ja o nich nie zapominam. Dowiedziałem się, żeś zaprowadził Bakałarza do twego mieszkania. Chciałem cię jeszcze doświadczyć, chciałem wiedzieć, czy jesteś bezinteresowny... wróciłeś do uciążliwej pracy, nic nie żądałeś, niczego nie oczekiwałeś, nawet słowa nie powiedziałeś na mą pozorną niewdzięczność.

- Tak, tak, panie Rudolfie - dodał Szuryner smutnie. - Bo od czasu, jak pana znam i jak mi pan powiedział: "Ty masz serce i honor..." Trudno uwierzyć, że dwa słowa mogą sprawić taki skutek. Ale posiej dwa drobne ziarnka zboża, a wyrosną z nich wielkie kłosy.

To porównanie, proste a pełne poezji, uderzyło Rudolfa.

- To ty umieściłeś Bakałarza w Saint-Mande? - podjął po chwili.

- Tak... kazał mi zmienić papiery na złoto i zaszyć sobie w pas. Jest teraz u poczciwych ludzi, płaci im trzydzieści sous na dzień, więc i dla nich jest to niejaka pomoc.

- Dobrze, mój chłopcze, a teraz rozejrzyj się po swoim domu.

- Mości Książę - rzekł Szuryner, dobierając z trudnością słów. - Nie umiem się pięknie wysławiać... Ale jeszcze raz bardzo panu dziękuję. Powiem tylko, że nigdy nie odmówię pomocy nieszczęśliwemu.

- Nie mogłeś mi lepiej podziękować... Znajdziesz w biurku dowody własności na imię pana Francoeur. Nie masz nazwiska... dałem ci nowe... Jestem pewny, że go nie splamisz... Chodźmy.

Gdy wyszli na podwórze, czeladnik rzekł do Szurynera:

- Skoro pan tu jest, majstrze, muszę panu powiedzieć, że zabrakło mięsa na pieczeń, trzeba by zaraz zabić z parę baranów.

- Dobrze. Przynieś nóż, tylko ostry i mocny. Do pioruna! Panie Rudolfie - zawołał Szuryner, zdejmując spiesznie surdut i zawijając rękawy od koszuli - to mi przypomina młode lata. Zobaczy pan, jak umiem pracować... Chciałbym już być przy robocie... Z takim nożem nie zląkłbym się najdzikszego wołu! - Szuryner w zapale wywijał nożem w powietrzu. Oczy mu krwią nabiegły, zwierzęce popędy odezwały się w nim z całą mocą.

Szlachtuz byt w kącie podwórza; ciemny, sklepiony, z kamienną posadzką. Czeladnik przyprowadził barana.

- Majster każe go przywiązać? - zapytał.

- A to na co? Od czego mam kolana! Ścisnę go... Daj no mi go; a sam idź do sklepu.

Czeladnik oddalił się. Rudolf został sam z Szurynerem; patrzył na niego uważnie, prawie z trwogą.

- O! To niedługo będzie, do pioruna! Chodź tu, kochanku, od razu cię zabiję. - Zapomniał zupełnie o Rudolfie, z dziką radością wniósł barana do szlachtuza - jak wilk zdobycz do jamy.

W szlachtuzie było ciemno, tylko z okna padało światło na grube rysy, jasne włosy i rude faworyty Szurynera. Czując nóż na gardle, zwierzę jęknęło żałośnie, podniosło gasnący wzrok na Szurynera i dwie strugi krwi prysnęły na twarz rzeźnika. Ten jęk, to spojrzenie, ta krew, do której miał odrazę, okropnie podziałały na Szurynera: nóż mu wypadł z rąk; zsiniał, obryzgana krwią twarz wykrzywiła się, oczy stanęły kołem, włosy podniosły się na głowie; nagle zawołał stłumionym głosem:

- Sierżant, sierżant!

Rudolf podbiegł ku niemu.

- O! Tam... tam... sierżant!... - powtarzał Szuryner, ciągle się cofając i z dzikim, osłupiałym wzrokiem pokazywał palcem niewidzialną marę. Rzucił się w głąb szlachtuza w najciemniejsze miejsce, jakby chciał uciec przed strasznym widziadłem...

XXIV Wyjazd

Murf i Rudolf z trudem uspokoili Szurynera. Skoro przyszedł do siebie, udał się z Rudolfem do pokoju na pierwszym piętrze.

- Mości Książę - rzekł wtedy - okazałeś mi wiele łaski, ale wolałbym żyć w nędzy tysiąc razy gorszej niż dotąd niż być rzeźnikiem.

- Namyśl się j ednak.

- Ach, nie, panie. Kiedym usłyszał jęk bezbronnego zwierzęcia...kiedy jego krew obryzgała mi twarz... krew ciepła... jakby jeszcze żywa... o! Co się wtedy ze mną działo! Przebacz mi, Mości Książę, ale widzę teraz, że nie mogę znieść widoku krwi, noża... Mieć zawsze ręce i nogi zbryzgane krwią, zarzynać biedne, bezbronne zwierzęta... nie, nie mogę! Wolałbym być ślepy jak Bakałarz niż zostać rzeźnikiem. Przebacz mi, Mości Książę, źle się odwdzięczam za wyświadczoną łaskę, ale...

- Wcale nie, przewyższasz moje oczekiwania. Wyznaję jednak, żem nie był pewny, czy znajdę w tobie tak mocne wyrzuty sumienia.

- Jak to, Mości Książę?

- Posłuchaj, jaki miałem zamiar. Wybrałem ci rzemiosło rzeźnika, boś miał do tego ochotę, bo zgadzało się z twoim charakterem.

- Niestety, to prawda, że ten zawód zgadzał się z moim charakterem!

- Tak, skoro jednak widzę, że to nie dla ciebie zajęcie, dam ci co innego. Pewien właściciel obszernych dóbr w Algierze może mi dla ciebie odstąpić grunty bardzo dogodne dla hodowli bydła. Ziemia jest żyzna i już uprawna. Muszę cię jednak uprzedzić, że grunty te leżą na granicy Atlasu, a tym samym wystawione są na częste napaści Arabów. Trzeba tam być nie tylko rolnikiem, ale i żołnierzem; jest to zarazem folwark i forteca. Rządca zawiadujący nim obezna cię ze wszystkim; jest uczciwy i wierny, możesz go trzymać, póki zechcesz. Powtarzam ci, mój chłopcze, że wybrałem to dla ciebie, bo chciałem, żeby wrodzona ci waleczność nie została bezowocna; twoja pokuta byłaby zatem pełniejsza, szlachetniejsza wśród niebezpieczeństw dzikiego kraju. Ale zastanów się. Jeżeli ci się to nie podoba, powiedz mi szczerze, pomyślimy o czym innym, jeżeli zaś przystajesz, jutro podpiszemy kontrakt; oddam ci tytuł własności i pojedziesz do Algieru. Choć rozdzieli nas morze, nie stracę cię z oczu. Nigdy nie zapomnę, żeś ocalił życie mnie i memu przyjacielowi. A w dowód wdzięczności i przywiązania wymagam od ciebie, żebyś się prędko nauczył czytać i pisać i co tydzień donosił mi o sobie, a w razie gdybyś potrzebował rady lub wsparcia, zawsze zwracaj się do mnie.

Radość Szurynera nie miała granic. Następnego dnia wyjechał do Algieru.

XXV Poszukiwania

Rudolf nie mieszkał na co dzień w domu przy Wdowiej Alei. Miał wielki pałac na przedmieściu Saint-Germain. Dla uniknięcia ceremoniału Rudolf od przyjazdu do Paryża zachowywał zupełne incognito. Jego pełnomocnik przy dworze francuskim oznajmił, że Książę odda konieczne urzędowe wizyty pod nazwiskiem hrabiego Duren. Mimo swego incognito Rudolf prowadził dom na wielką skalę.

Wybiła godzina dziesiąta rano. Na dole, w dużym pokoju, siedzi przy biurku Murf i pieczętuje depesze. Sługa w srebrnym łańcuchu na szył oznajmił: - Jaśnie Wielmożny Baron Graun.

Murf, nie odrywając się od pracy, pozdrowił przybyłego serdecznym i poufałym gestem i rzekł:

- W tej chwili ci służę.

- Sir Walterze Murf, tajny sekretarzu Jego Książęcej Mości, oczekuję na pańskie rozkazy - odparł żartobliwie gość.

Baron, mężczyzna lat pięćdziesięciu, miał włosy siwe i lekko upudrowane. Twarz miał pełną przebiegłości, a spojrzenie bystre i przenikliwe. Ubrany był we frak z różnokolorową wstążeczką w butonierce.

- Książę musiał późno w noc pracować, kochany Murfie, rozsyłasz tyle depesz!

- Położył się dopiero o szóstej z rana.

- Czy mam czekać na audiencję?

- Nie trzeba, kochany baronie, możesz mi wszystko powiedzieć, a ja później powtórzę Księciu. Cóż tam więc nowego, baronie? Czy nikt nie wie o naszych potajemnych wycieczkach?

- Nikt. Wszyscy myślą, że Książę szuka samotności i jedynie zwiedza okolice Paryża. Prócz hrabiny Sary Mac-Gregor, brata jej Toma i ich przeklętego sługi Karola nikt nie wie, że Książę tak często się przebiera, a oni go nie zdradzą: to nie leży w ich interesie.

- Ach, baronie, co za nieszczęście, że ta nieznośna hrabina owdowiała!

- Wszak wyszła za mąż w 1827 czy 1828 roku?

- W 1827, wkrótce po śmierci biednej córeczki, która by teraz miała szesnaście czy siedemnaście lat, a którą Książę ciągle jeszcze opłakuje, choć nigdy o niej nie wspomina.

- Nic dziwnego. Książę nie miał dzieci z małżeństwa.

- Toteż tak żywo opiekuje się tą biedną Gualezą: opłakiwana córka byłaby dziś w jej wieku.

- To prawdziwe nieszczęście, że hrabina owdowiała właśnie w półtora roku po tak wczesnej śmierci czcigodnej małżonki Księcia. Błogosławi los za to wdowieństwo.

- Jej nierozsądne nadzieje rosną coraz bardziej, chociaż wie dobrze, że Książę jej nienawidzi i że ma po temu powody. Ach, okropna kobieta!

- Byłaby szalona, gdyby się jeszcze czegoś spodziewała. Z chwilą śmierci córeczki został zerwany ostatni węzeł, jaki ich łączył. A wszystkiemu winien ten niegodziwiec Polidori.

- Wiesz, baronie, że on podobno jest w Paryżu?

- Oby się tylko nie spotkał z hrabiną!

- Dajmy im spokój. Czy dowiedział się pan czegoś z papierów Bakałarza i zeznań Puchaczki, wyleczonej w szpitalu?

- Dowiedziałem się wiele - odpowiedział Graun, wyjmując zwój papierów z kieszeni - o urodzeniu Gualezy i o miejscu zamieszkania Franciszka Germain, syna Bakałarza.

- Radź pan łaskaw przeczytać mi... Ale, ale, czy jesteś zadowolony ze swego agenta?

- O, bardzo... Jest zręczny i umie trzymać język za zębami. Ma jawne albo tajemne związki ze wszystkimi klasami społeczeństwa; duszą oddany temu, kto go płaci. Nic ma powodów nas zdradzać, zresztą każę go potajemnie śledzić.

- Na co? Dotąd jego doniesienia były dokładne.

- To nic nie znaczy; pan Badinot jest uczciwy po swojemu.

- Może trzeba mu powiększyć pensję?

- I tak bierze pięćset franków na miesiąc, a prawie drugie tyle na koszta; zdaje się, że ma dosyć: zresztą zobaczymy.

- I nie wstydzi się tego zajęcia?

- Bynajmniej, nawet się nim szczyci; składając mi raporty, udaje, że jest przekonany, iż idzie o interesy stanu. Nieraz powiada mi bezczelnie: "Ileż to trzeba wiadomości niepojętych dla prostaka, aby kierować wielkimi sprawami! Kto by na przykład powiedział, że moje raporty wywierają może wpływ na losy Europy!"

- Zadziwiające! Nikczemni radzi oszukują samych siebie. Ale czytajmy.

Graun zaczął czytać:

Wiadomość o Gualezie.

Na początku 1827 r. Piotr Tournemine, obecnie osadzony za fałszerstwo na galerach w Rochefort, dowiadywał się u niejakiej Gervais, przezywanej Puchaczką, czy nie wzięłaby do siebie sześcioletniej dziewczynki za jednorazowym wynagrodzeniem tysiąca franków. Puchaczka zgodziła się na podane warunki. Dziewczynka była u niej dwa lata, a potem, ponieważ źle się z nią obchodziła, uciekła. Od tego czasu Puchaczka nic o niej nie wiedziała i dopiero przed sześcioma tygodniami spotkała ją w szynku w Cite. Dziewczynę nazywają Gualeza. Na kilka dni przedtem Tournemine przesłał Czerwonemu Jankowi (który zwykle ułatwia stosunki między galernikami) list ze szczegółami o dziewczynce, którą niegdyś wzięła Puchaczka. Z tego listu i zeznań Puchaczki wynika, że w roku 1827 pani Seraphin, gospodyni notariusza Jakuba Ferrand, poleciła Tournemine'owi wyszukać jaką kobietę, która by za tysiąc franków wzięła do siebie sześcioletnią dziewczynkę. Puchaczka podjęła się tego. Tournemine udzielił tych wiadomości Czerwonemu Jankowi, chciał bowiem wyłudzić od pani Seraphin znaczną sumę i szantażował ją, że wyda jej tajemnicę. Tournemine zapewnia, że pani Seraphin działała z upoważnienia obcych, nie znanych jej osób. Czerwony Janek wręczył list Tournemine'a Puchaczce, wspólniczce wszystkich zbrodni Bakałarza; dlatego list ten był przy Bakałarzu i dlatego Puchaczka wgarkuchni,,Pod Białym Królikiem" powiedziała, chcąc dokuczyć Gualezie: "Wiem, kim są twoi rodzice, ale ty ich nie poznasz". Poszukiwania udowodniły, że pani Seraphin i notariusz mieszkają przy ulicy Sentier pod nr 41. Notariusz uchodzi za człowieka pobożnego, uczęszcza do kościołów, w interesach jest uczciwy aż do grubiaństwa, a oszczędny jest aż do sknerstwa. Gospodynią u niego jest jeszcze dotąd pani Seraphin. Jakub Ferrand, będąc jeszcze ubogim, kupił miejsce notariusza za 350 000 franków, które pożyczył mu Karol Robert, oficer sztabu Paryskiej Gwardii Narodowej; ma on udział w zyskach notarialnych wynoszących, jak powiadają, pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie. Nie ma wątpliwości, że pani Seraphin będzie mogła udzielić dokładnych wiadomości o rodzicach Gualezy.

-  Znakomicie, kochany baronie! A jakie masz wiadomości o synu Bakałarza?

Baron czytał dalej:

Przed osiemnastu miesiącami młody człowiek nazwiskiem Germain przybył do Paryża z Nantes, gdzie był buchalterem u bankiera Noel. Z wyznań Bakałarza z listów, które przy nim znaleziono, wynika, że galernik, któremu powierzył swego syna, żeby go przygotować do zbrodni, odkrył młodzieńcowi swój plan i żądał jego pomocy do popełnienia kradzieży u bankiera. Młodzieniec z oburzeniem odrzucił to żądanie i potajemnie wyjechał z Nantes, anonimowym listem uprzedziwszy bankiera, że grozi mu włamanie. Niegodziwy opiekun przybył do Paryża, porozumiał się z Czerwonym Jankiem i zaczął szukać syna Bakałarza, z pewnością nie w najlepszych zamiarach. Po długich poszukiwaniach odkrył jego adres, lecz za późno, bo Germain, spotkawszy go i domyślając się, dlaczego przyjechał do Paryża, zmienił nagle mieszkanie. Ten jednak po sześciu tygodniach dowiedział się, że Franciszek Germain mieszka przy ulicy Temple pod numerem 17. Germain, wracając wieczorem do domu, o mało nie padł ofiarą niewiadomego dotąd zabójcy. Młodzieniec domyślił się, czyja ręka go ściga, i wyprowadził się z ulicy Temple; nim zdołano go znaleźć. Bakałarz poniósł karę za swoje zbrodnie. Dalsze poszukiwania wykryły, co następuje: Franciszek Germain mieszkał około trzech miesięcy przy ulicy Temple pod numerem 17, w domu nadzwyczaj ciekawym z powodu obyczajów i dziwnych zawodów mieszkańców. Lubiano tam Germaina, bo był wesoły, usłużny i otwarty. Chociaż miał szczupłe dochody, wspomagał biedną rodzinę, mieszkającą na poddaszu. Nie można się było dowiedzieć na ulicy Temple ani gdzie teraz mieszka, ani czym się trudni; zwykle wychodził rano, a wracał koło dziesiątej wieczorem. Jedna tylko osoba zna zapewne obecny adres Germaina; jest to ładna gryzetka, imieniem Rigoletta; zajmuje pokoik obok dawnego mieszkania Franciszka Germain przy ulicy Temple. Pokój po Germainie jest dotąd do wynajęcia.

-  Rigoletta? - zawołał nagle Murf. - Rigoletta? Znam to imię!

- Jak to - spytał baron ze śmiechem. - Sir Walter Murf, czcigodny ojciec rodziny, spotyka się z gryzetkami?

- Ach, baronie, z łaski Księcia porobiłem tak dziwaczne znajomości. Ale zaczekaj... aha!... Już wiem... Książę, opowiadając historię Gualezy, nie mógł się wstrzymać od śmiechu na to dziwaczne imię Rigoletty; tak się nazywała przyjaciółka Gualezy, towarzyszka jej w więzieniu.

- A, wobec tego Rigoletta może nam oddać duże usługi - rzekł baron. - Ale skończmy raport.

Warto by może wynająć mieszkanie po Germainie na ulicy Temple. Poza tym Jego Książęca Mość będzie tam miał okazję poznać zwyczaje, a nade wszystko nędzę, o jakich nigdy nie miał wyobrażenia.

XXVI Markiz d'Harville

- Widzisz wiec, kochany panie, że osiągnęliśmy już wiele, skoro wiemy, gdzie szukać.

- I ja tak myślę. Powiedzże mi teraz, baronie, czy dowiedziałeś się, jak się ma rzecz z markizem d'Harville?

- Książę niepotrzebnie się obawiał, że markiz jest w trudnym położeniu. Badinot zapewnia, że jego majątek jest w dobrym stanie.

- Nie mogąc się domyślić powodu zgryzoty markiza. Książę mniemał, że pochodzi ona z braku pieniędzy i z właściwą sobie delikatnością chciał mu w sekrecie przyjść z pomocą... bardzo kocha pana d'Harville.

- Nic dziwnego, Książę nie zapomina, co jego ojciec winien był ojcu markiza. Czy wiesz, kochany Murfie, że w roku 1815 Książę straciłby wszystko, gdyby nieboszczyk d'Harville nie pomógł mu przez swoje znajomości i wpływy?

- Wszakże w roku 1815 zawiązała się przyjaźń między naszym Księciem a młodym markizem? Książę tak bardzo kocha wszystkich d'Harville'ów. I pani George nie tylko swym cnotom i nieszczęściom, ale więcej może jeszcze związkowi z rodziną d'Harville zawdzięcza dobrodziejstwa, jakich doznaje od Księcia.

- Pani George! Żona Duresnela? Zbrodniarza... galernika... tego Bakałarza! - zawołał baron.

- Tak... matka Franciszka Germain, którego szukamy...

- To krewna markiza?

- Była krewną i przyjaciółką jego matki. Starego markiza łączyła wielka przyjaźń z panią George.

- Ale jakże rodzina d'Harville'ów mogła zezwolić na jej małżeństwo z tym nędznikiem Duresnelem?

- Jej ojciec, pan de Lagny, przed rewolucją posiadał ogromne dobra; zachował je, a gdy nastały spokojniejsze czasy, umyślił wydać za mąż córkę. Wtedy poznał Duresnela; ten potrafił ukryć złe skłonności pod płaszczykiem hipokryzji i uzyskał rękę panny de Lagny. Rozrzutnik, szuler, pijak, unieszczęśliwił żonę; ona kryła swoje zmartwienia, a po śmierci ojca osiadła w jego dobrach. Wkrótce mąż jej roztrwonił cały majątek; dobra zabrano za długi. Duresnel, straciwszy majątek żony i własny, szukał ratunku w zbrodni; za fałszerstwo, kradzież i morderstwo skazany został na dożywotnie galery, wydarł matce syna i oddał go w ręce podobnego sobie niegodziwca... Gdy Duresnela skazano na galery; żona jego, doprowadzona do ostatniej nędzy przybrała nazwisko George...

- Czemuż wtedy nie udała się do swej przyjaciółki?

- Markiza d'Harville już nie żyła, pani George ze wstydu nie śmiała prosić o pomoc innych krewnych; raz tylko odważyła się iść do markiza d'Harville... I wtedy spotkał ją Książę. Szedł właśnie do markiza; spostrzegł jakaś kobietę, nędznie ubraną, prawie omdlałą, która, stanąwszy u bramy pałacu, długo wahała się i w końcu cofnęła. Wyraz cierpienia, wyryty na jej twarzy, obudził ciekawość Księcia. Poszedł za nią i widział, jak weszła do nędznego domu; tam wywiedział się, że dotąd utrzymywała się z pracy rąk, ale teraz nie może pracować i żyje w najokropniejszej nędz. Nazajutrz Książę odwiedził ją ze mną... w sam czas, bo inaczej umarłaby z głodu. Staraniem Księcia wyleczona z ciężkiej choroby, przez wdzięczność opowiedziała mu całe swoje życie; Książę dowiedział się, że jest krewną d'Harville'ów. Poznawszy jej szlachetny charakter, osadził ją w Bouqueval, gdzie teraz mieszka z Gualezą. Znalazła w tym schronieniu przynajmniej spokój i zajęta gospodarstwem, nie myśli tak często o swoich zgryzotach... Książę, nie chcąc urazić uczuć pani George, nie wspomniał wcale markizowi o tym zdarzeniu. Widzisz więc, kochany baronie, jak dalece Książe jest przywiązany do całej rodziny i jak cierpi, widząc, że młody markiz jest zawsze smutny.

- A powinien by być szczęśliwy, bo czegóż mu brakuje? Ma wszystko: urodzenie. majątek, rozum, młodość... piękną, rozsądną żonę...

- Prawda. Może to jaki dramat miłosny...

- Mówią jednak, że namiętnie kocha żonę i że ona mu nie daje powodów do zazdrości.

- Tak, było jedynie między nimi jakieś małe nieporozumienie z powodu hrabiny Sary.

- To markiza zna hrabinę?

- Na nieszczęście stary markiz poznał Sarę i Toma, kiedy przed siedemnastu czy osiemnastu laty znajdowali się w Paryżu, i dał im list polecający do ojca naszego Księcia. Iluż to nieszczęść ten jeden list był powodem. Gdyby nie to pismo. Książe nigdy nie poznałby Sary... Po powrocie do Paryża hrabina, dowiedziawszy się o zażyłej przyjaźni Księcia z d'Harville'em, zawarła znajomość z markizą, w nadziei, że w domu jej będzie widywać Księcia; ściga go z taką wytrwałością, z jaką on jej unika. Markiz powiadomiony przez Księcia o postępowaniu Sary, radził żonie, żeby nie widywała się z tą kobietą; ale pani d'Harville, uwiedziona pozorami cnoty, jakie przybiera hrabina nie usłuchała go, stąd nieporozumienia.

- O! Kobiety!... Przyjaźnić się z takim szatanem!...

- Wspomniałeś, baronie, o szatanie. To mi przypomina tę oto depeszę, dotyczącą niegodnej małżonki czcigodnego Dawida, Kreolki Cecylii.

- Ach, to diablica, tak pod względem wdzięków, jak i niegodziwości. Spodziewam się, że Książę cofnął swoje ostatnie rozkazy względem niej?

- Przeciwnie...

- Nic nie rozumiem... Książę dawniej nie mógł znieść jej widoku...

- Tak jest, baronie, a teraz kazał jej przybyć. A gdybyś widział, co się działo z Dawidem, w chwili gdy usłyszał, że Cecylia ma tu przyjechać!... Nie uspokoił się, póki Książę nie przyrzekł mu, że nigdy nie będzie jej widzieć.

- Biedny Murzyn!... Jeszcze ją kocha. Podobno ciągle jeszcze jest piękna... Jak to się stało, że Dawid ją poślubił?

- Byłem przy Księciu w Ameryce, kiedy zajął się Dawidem i Cecylią - opowiadał Murf. - Pan Willis, bogaty osadnik na Florydzie, miał w liczbie swoich niewolników Murzynów jednego, Dawida. Młody ten chłopiec ze szczególną troskliwością pielęgnował chorych; okazywał upodobanie do nauk, zwłaszcza do botaniki; bez żadnego przewodnika ułożył zielnik z roślin, jakie mógł zebrać w posiadłości swego pana. Willis mieszkał nad morzem, o dwadzieścia mil od najbliższego miasta; lekarze, z powodu znacznej odległości i złych dróg, niechętnie odwiedzali jego chorych. A że często panowały u niego epidemie, postanowił mieć u siebie stałego doktora i w tym celu wysłał Dawida na swój koszt do Paryża na naukę medycyny. Młody Murzyn, po ośmiu latach usilnej pracy zostawszy doktorem medycyny, wrócił do swego pana.

- Czemuż nie pozostał we Francji?

- Jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości: obiecał wrócić do Ameryki i wrócił. Nabytą naukę poczytywał nie za swoją własność, ale za własność pana, bo jego kosztem ją posiadł. Prócz tego spodziewał się, że zdoła polepszyć i moralny, i fizyczny stan Murzynów... Chciał być nie tylko ich lekarzem, ale opiekunem, obrońcą.

- Każdy inny na jego miejscu zostałby w Paryżu!

- Osądź teraz sam, baronie, jaki to człowiek. Po powrocie na Florydę Willis przyjął go bardzo dobrze, sadzał przy swoim stole i wyznaczył mu sześćset franków rocznej pensji. Murzyni słuchali go, a życie ich stało się znacznie lżejsze dzięki opiece doktora. Tak przeszedł rok. Między ładnymi niewolnicami Willisa słynęła z wdzięków Cecylia, piętnastoletnia Kreolka. Willis miał na nią chętkę, ale pierwszy raz w życiu znalazł niewolnicę, która oparła się stanowczo jego woli. Cecylia kochała... kochała Dawida, który ją leczył z największym poświęceniem w czasie zarazy; winna mu była życie. Dawid nie rozgłaszał swego szczęścia, czekał, aż Cecylia ukończy szesnaście lat i będzie mogła wyjść za mąż. Lecz kiedy mu z płaczem wyznała żądania pana Willisa, Dawid udał się do niego, prosząc o pozwolenie zaślubienia Cecylii.

- Zgaduję: Willis odmówił.

- Tak jest: oświadczył, że odmawia, bo nie może ścierpieć oporu ze strony niewolnicy. Dawid mówił o wzajemnej miłości. Właściciel plantacji odpowiedział mu, że dałby zły przykład, gdyby ustępował niewolnicy dla kaprysu Dawida. Dawid błagał, nie szczędził gorzkich, gwałtownych wyrzutów. W dwie godziny później, uwiązany do słupa, odbierał chłostę, a Cecylię w jego oczach zawleczono do mieszkania osadnika.

- Okrucieństwo i głupota zarazem!

- Istotnie! Tegoż dnia zachorował ciężko skutkiem gniewu i pijaństwa. Posłano po doktora, do miasta lecz ten obiecał przybyć nie wcześniej niż za parę dni. Przeznaczenie samo wymierzyło karę Willisowi. Coraz silniejsze cierpienie przemogło wahania; postanowił szukać ratunku we wspaniałomyślności Murzyna.

- I Dawid ocalił mu życie?

- Przez pięć dni i pięć nocy czuwał przy łóżku chorego, pielęgnując go jak własnego ojca. Willis wyzdrowiał!

- I jak nagrodził swego zbawcę?

- Nie chcąc codziennie rumienić się przed szlachetnym Murzynem, osadził Dawida w więzieniu.

- Okropne!

- Wkrótce po tych wypadkach przybyliśmy do Ameryki; na Wyspie św. Tomasza Książę najął dla siebie bryg pod duńską banderą i incognito zwiedzał nadbrzeżne osady. Willis przyjął nas wspaniale. Nazajutrz, na pół pijany, z cynicznymi przechwałkami opowiedział nam historię Dawida i Cecylii, którą też wtrącono do więzienia. Książę powątpiewał o prawdzie słów Willisa. Pijany osadnik, chcąc pokazać, że mówi prawdę, wziął latarnię i zaprowadził nas do więzienia. Okropny to był widok! Dawid i Cecylia, wyschli, wynędzniali, na pół nadzy, okryci ranami, przykuci do ścian, wyglądali jak trupy... Gdy weszliśmy, Dawid utopił w nas straszne, osłupiałe spojrzenie. Osadnik spytał go z okrutną ironią:,,A co, doktorze, jakże się masz!" Murzyn z wolna wzniósł rękę ku niebu i wymówił uroczystym głosem: "Bóg!" "Bóg?", zawołał osadnik z gniewnym śmiechem, "nikt nie wydobędzie cię z. moich rąk, póki nie umrzesz". Oburzenie nasze nie miało granic. Zaraz wróciliśmy na okręt. W nocy Książę z ośmiu dobrze uzbrojonymi majtkami wysiadł na ląd i udał się prosto do więzienia; wyłamał drzwi i tajemnie uprowadził Dawida z Cecylią. Kiedy już byli na okręcie, Książę poszedł ze mną do pokojów osadnika. Weszliśmy do sypialni Willisa. Obudzony, podniósł ociężałą od pijaństwa głowę. "Powiedziałeś, że nikt nie zdoła ci żywcem wydrzeć twoich ofiar. Już są uratowane. Zostawiam ci tu dwadzieścia pięć tysięcy franków w złocie... za tę cenę kupuję od ciebie dwoje Murzynów".

- Zbyt szczodrze Książę nagrodził nędznika!

- Liczyliśmy koszta studiów Dawida we Francji i dodaliśmy do tego podwójną cenę, jaką zwykle płacą za parę Murzynów. Książę postąpił samowolnie, lecz gdybyś widział okropny stan tych nieszczęśliwych...

- Więc Dawid ożenił się z Cecylią dopiero w Europie?

- Ślub odbył się u nas, w kaplicy zamkowej. Zdawało się, że małżeństwo będzie szczęśliwe; tymczasem Cecylia, zapomniawszy, co oboje wycierpieli i co winna mężowi, wstydziła się Dawida i dała się uwieść zepsutemu człowiekowi. Zaślepiony miłością Dawid dopiero po dwóch latach małżeństwa poznał całą jej wartość. Odkrycie to zabiło na zawsze jego spokój.

- Mówiono mi, że chciał ją zabić?

- Tak jest, i tylko na prośbę Księcia zezwolił na zamknięcie jej na całe życie w fortecy. A teraz, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Książę uwalnia ją z więzienia. Ale już późno, a Książę życzy sobie, żeby jak najprędzej wyprawić kuriera.

- Za dwie godziny będzie w drodze. A więc do widzenia, spotkamy się dziś wieczór na balu...

- Tak, ale przyjedziemy dość późno, kochany baronie, bo jestem pewien, że Książę dziś jeszcze zechce obejrzeć ów tajemniczy dom przy ulicy Temple.

XXVII Dom przy ulicy Temple

Wynajmując izdebkę po Franciszku Germain, Rudolf mógł ułatwić sobie poszukiwania i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy od mieszkańców owego domu. Tegoż samego dnia o trzeciej po południu poszedł na ulicę Temple.

Dom, o którym mowa, niczym się nie wyróżniał. Był wysoki, czteropiętrowy. Ciemna i wąska sień prowadziła na podwóreczko, zupełnie pozbawione powietrza i światła, dokąd ze wszystkich pięter spływały nieczystości. Przy mrocznych i wilgotnych schodach czerwone światło latarni wskazywało mieszkanie odźwiernego. Tam wszedł Rudolf, chcąc dowiedzieć się o mieszkanie do wynajęcia. Pokój odźwiernego oświetlała lampa paląca się za szklaną bańką z wodą; w głębi łóżko, zasłonięte kolorową firanką; para malutkich węgierskich butów z czerwonego safianu, jakby dla lalki, wyszytych prawdziwie po mistrzowsku, i nieznośny zapach skóry dowodziły, że odźwierny, pan Pipelet, trudni się szewstwem. W tej chwili nie było go w domu, a zastępowała go żona, siedząca przy żelaznym piecyku. Pani Pipelet, brzydka, w brudnych łachmanach, z twarzą pomarszczoną i pełną pryszczy, na widok Rudolfa zawołała ochryple:

- Gdzie pan idziesz?...

- Łaskawa pani, podobno w tym domu jest pokój do wynajęcia?

- Tak, jest, na czwartym piętrze... ale teraz nie można go obejrzeć. Alfred wyszedł.

- Pani syn zapewne?

- Nie, panie, to nie mój syn, to mąż! To już Pipelet nie może mieć na imię Alfred?!

- Jeśli pani pozwoli, zaczekam na niego, bo rad bym wynająć ten pokój; miło by mi było mieszkać w domu tak porządnie utrzymanym. Czyby pani nie chciała zająć się sprzątaniem mego mieszkania?

Tak grzecznie wyrażone żądanie spotkało się z aprobatą pani Pipelet.

- Z największą chęcią. Za sześć franków na miesiąc będziesz pan obsłużony jak jaki książę - rzekła.

- Zgoda na sześć franków, pani...?

- Pomona Fortuna Anastazja Pipelet.

- A jaka jest cena pokoju, pani Pipelet?

- Sto pięćdziesiąt franków, ani grosza mniej... bo dzierżawca domu istny pies, nikomu nie ustąpi.

- Jak się nazywa?

- Czerwony Janek.

- A gdzie mieszka?

- Ulica Grochowa, numer 13.

- A kto jest właścicielem domu?

- Pan Bourdon, ale tu rządzi wyłącznie Czerwony Janek.

- Kochana pani Pipelet - rzekł Rudolf - zziębłem; bądź pani tak dobra i przynieś butelkę ratafii i dwa kieliszki, albo lepiej trzy, bo mąż zapewne niedługo wróci. - I dał jej pięć franków.

- Ach, panie, pan się każesz uwielbiać! - zawołała uradowana. - Ale przyniosę tylko dwa kieliszki; my z Alfredem zawsze pijemy z jednego.

Stara wyszła, po chwili zaś rozległo się pukanie listonosza, który oddał dwa listy i zawołał:

- Trzy sous za jeden list, drugi opłacony.

Rudolf, zapłaciwszy, wziął listy i obejrzał ciekawie. Jeden, adresowany do pani Pipelet, był mocno uperfumowany; na pieczątce pod herbem świeciły litery C. R., a pod nimi krzyż Legii Honorowej. Męskie pismo na kopercie dowodziło, że list nie pochodził od kobiety. Druga koperta ze zwykłego szarego papieru, zapieczętowana nakłutym opłatkiem, nosiła adres: Dla pana Cezara Bradamanti, dentysty i operatora. Litery wyglądały na umyślnie zmienione i powykrzywiane. Ten drugi list robił smutne wrażenie. Papier był zgnieciony, a kilka liter zamazanych. Musiała tam upaść łza. W tej chwili weszła pani Pipelet z flaszką i kieliszkami.

- Długo marudziłam, co? Ale ze starym Józefem nie można sobie dać rady. Wystaw pan sobie, w takim wieku cholewki jeszcze do mnie smali. Alfred jest zazdrosny jak Beduin... a przecież Józef tylko żartuje.

- Przyniesiono dwa listy. Zapłaciłem.

- Ślicznie dziękuję, odtrącę to z reszty, którą mam panu oddać. Wiele pan zapłaciłeś?

- Trzy sous - odpowiedział Rudolf, śmiejąc się z tak dziwnego sposobu zwracania długów.

- Jak to trzy? Sześć sous! Przecież są dwa listy.

- Jeden był opłacony. Nie chcę być niedyskretny, ale pozwól sobie pani powiedzieć, że otrzymujesz listy dziwnie wyperfumowane.

- A, prawda - odpowiedziała odźwierna, biorąc list - to mi wygląda na bilecik miłosny... A, już wiem, to od majora, co ja się namartwiłam! Bo Alfred jest zazdrosny jak Beduin! Ale porachujmy się. Trzy sous za list, a piętnaście za ratafię, to osiemnaście; należy się panu reszty cztery franki i dwa sous. Trzymaj pan. Przyjaźń przyjaźnią, a interes interesem.

- Weź sobie pani jeszcze jednego franka za to, że tak składnie rachujesz. To pójdzie na zadatek, jeżeli wynajmę pokój. Ale jest tu drugi list: do Cezara Bradamanti.

- Aha! Do dentysty z trzeciego piętra, trzeba go włożyć do buta... tam nie zginie. My tak zawsze robimy, a gdy lokatorzy wracają do domu, Alfred tylko butem trzaśnie i każdy zabiera, co do niego należy.

- Istotnie, zadziwiający porządek w tym domu; podoba mi.się ten wynalazek z listami.

- Nic prostszego - odpowiedziała skromnie pani Pipelet. - Alfred miał jeden stary but bez pary, co z nim zrobić? Użył go dla wygody lokatorów. - To mówiąc, odpieczętowała list i obracała go na wszystkie strony; po chwili wahania rzekła:

- Alfred mi zawsze czyta, bo ja nie umiem. Nie zechciałby mi pan przeczytać?...

- Przeczytać list? Z przyjemnością! - odparł Rudolf. Rozpieczętował wonny bilecik i przeczytał:

Jutro, w piątek, o jedenastej zapalić dobrze na kominkach w obu pokojach, wytrzeć zwierciadła, zdjąć z mebli pokrowce, okurzyć je ostrożnie, żeby nie skaleczyć złocenia. Na wypadek, gdyby mnie nie było, a około pierwszej fiakrem przyjechała dama i pytała się o pana Karola, zaprowadzić ją na górę, zamknąć, a klucz oddać mnie, jak przyjdę.

Mimo tej mało wytwornej formy Rudolf zrozumiał znaczenie listu i zapytał:

- Któż to mieszka na pierwszym piętrze?

Stara położyła pożółkły palec na zmarszczonych ustach:

- Ciszej... to intryga miłosna. Zresztą mogę panu powiedzieć to, co wiem. Przed sześcioma tygodniami przyszedł tu tapicer, obejrzał pierwsze piętro, zapytał o cenę, a nazajutrz wrócił z pięknym blondynem z małymi wąsikami i krzyżem Legii Honorowej... nazywał go majorem.

- Więc to wojskowy?

- Wojskowy! - odpowiedziała pani Pipelet ze wzgardą. - Gdzież znowu, jest oficerem Gwardii Narodowej, nic więcej, a tapicer tylko przez pochlebstwo nazywał go majorem.

Owóż major wszystko obejrzał i powiedział tapicerowi: "Podoba mi się mieszkanie, ułóż się z właścicielem o cenę". Nazajutrz tapicer zawarł kontrakt na własne imię i zapłacił za sześć miesięcy z góry; blondyn widać nie chce, żeby znano jego nazwisko. Potem wszystko przewrócił do góry nogami, poprzynosili sofy, lustra w złoconych ramach, pyszne meble. A co za kobierce, miękkie jak puch! Gdy już wszystko urządzono, major zapytał Alfreda: "Czy podejmujesz się utrzymywać to mieszkanie w porządku?" "Dobrze, panie majorze", odpowiedział mu Alfred. "A wiele będziesz chciał za to?" "Dwadzieścia franków na miesiąc". "Dwadzieścia franków! Żartujesz?" I nuże targować się jak jaki sknera o kilka nędznych franków, które ma dać biednemu człowiekowi, podczas gdy sam wyrzuca pieniądze na mieszkanie, gdzie prawie nigdy nie siedzi. Po długich targach dał nam dwanaście franków. Co mi za major!

- I przyszedł tu potem?

- To najśmieszniejsze! Zdaje się, że ktoś go za nos wodzi. Już trzy razy pisał do nas tak jak dzisiaj, żeby zapalić na kominkach, że ma przyjechać jakaś dama. Ale nikt nie zajrzał.

- Co pani mówi?

- Słuchaj pan, pierwszy raz major przychodzi wyelegantowany, z gęstą miną; czekał dwie godziny, nikogo nie widać; gdy wychodził, powiedziałam mu, żeby go podrażnić; " Panie majorze, żadna dama o pana się nie pytała". "Dobrze!", zawołał rozgniewany i uciekł, gryząc wargi ze złości. Drugi raz, nim jeszcze przyszedł, przyniesiono bilecik; zaraz zgadłam, że znowu nic nie będzie z wizyty; wchodzi mój blondyn. "Panie majorze", rzekłam, "jest tu bilecik do pana". Spojrzał na mnie z góry, przeczytał list, zaczerwienił się jak rak, a potem niby to spokojnie mówi do nas: "Wiedziałem, że dziś nikt nie przyjdzie; przyszedłem tylko powiedzieć, żebyście dobrze pilnowali mieszkania"

- A za trzecim razem?

- Za trzecim razem myślałam, że już coś będzie. Major przyjechał uradowany, jak by go kto na sto koni wsadził. Bierze klucz i mówi dumnie: "Powiedzcie damie, co przyjdzie, że drzwi do mnie prosto ze schodów." Tacyśmy byli ciekawi tej damy, że wyszliśmy z Alfredem na próg. Niebieski fiakr z zapuszczonymi firankami zatrzymał się przed domem. W powozie widać było jakąś damę, w kapeluszu, zakrytą czarnym welonem; nie mogłam dojrzeć twarzy, ale zdaje się, że płakała, bo miała chustkę przy twarzy. Woźnica spuścił stopień; powiedziała mu kilka słów i, zdziwiony, znowu zamknął drzwiczki.

- Wcale nie wysiadła?

- Nie, rzuciła się w głąb powozu, zakrywszy rękoma oczy. Pobiegłam do woźnicy i spytałam, nim wsiadł na kozioł: "A co, mój kochany, zawracasz?" "Tak". "A dokąd?" "Tam, skądem przyjechał". "A skąd żeś przyjechał?" "Z rogu ulicy Świętego Dominika i Belle-Chasse".

Na te słowa Rudolf zadrżał. Jego przyjaciel markiz d'Harville, pogrążony od niejakiego czasu w tajemnym smutku, mieszkał właśnie na rogu ulicy Świętego Dominika i Belle-Chasse. Czy to jego żona tak przyjeżdżała na swoją zgubę? Może mąż miał ją w podejrzeniu? Może to właśnie było źródłem jego zgryzot? Znał jednak wszystkich bywających u markizy, a nie przypominał sobie nikogo podobnego do majora. Zaduma Rudolfa nie uszła uwagi odźwiernej.

- O czym pan myślisz? - zapytała.

- Zastanawiam się, dlaczego ta dama podjechała aż do samego domu... a potem nagle kazała wrócić.

- Co pan chcesz? Rozmyśliła się może, bała się, sumienie... My, biedne kobiety, jesteśmy tak bojaźliwe! - dodała obrzydliwa baba, przybierając skromną minkę.

- Tak, tak... więc ta młoda dama?...

- Nie wiem, czy młoda, bom jej nie widziała, odjechała sobie szczęśliwie i cichutko... Wyobrażaliśmy sobie, jaką minę zrobi major... przynajmniej z godzinę jeszcze czekał. Potem dopiero idę na górę; otwieram, drzwi skrzypnęły... na schodach i w przedpokoju ciemno jak w piwnicy... Wchodzę, a tu major bierze mnie w swoje objęcia i mówi słodko: "Jak późno przychodzisz, mój aniele!..."

Mimo smutnych myśli, które go zaprzątały, Rudolf nie mógł powstrzymać uśmiechu, spojrzawszy na rudę perukę baby i wyobrażając ją sobie w objęciach majora. Pani Pipelet z żałosnym grymasem mówiła dalej:

- To jeszcze nic!... Grubianin odskoczył jak oparzony i zawołał:

"Kto to jest, u licha?"

"To ja, panie majorze, pani Pipelet, odźwierna; dlatego proszę, niech pan trzyma ręce przy sobie..." Bo gdyby to Alfred widział!

"Czego chcesz?, zawołał z gniewem. "Czy nie powiedziałem, żebyście jej wskazali moje drzwi?"

Powiadam: "Prawda, majorze!"

"A więc?"

"Ta pani... odjechała".

"Powóz nie może być daleko!", krzyknął major, rzucając się do drzwi.

"Gdzie tam!", mówię do niego, "już godzina, jak odjechała".

"Godzina!... Godzina!... Dlaczegoście mi wprzód nie powiedzieli?", zawołał w największym gniewie, rozwiązując paradny szlafrok, i rzucił na ziemię złotem haftowaną, aksamitną czapeczkę... A szlafrok błyszczał, aż oczy bolały... Major wyglądał w nim jak robaczek świętojański.

- Major mógłby za to wziąć kogo innego do dozoru swego mieszkania i stracilibyście swoje dwanaście franków.

- Oho! Niech spróbuje... mamy go w ręku... wiemy, gdzie mieszka jego damulka, i gdyby nam co mówił, zagrozilibyśmy, że wydamy jego sekret... Zresztą kto podejmie się usługiwać za dwanaście franków? O, to sknera! Taki skąpy, że liczy polana drzewa... To musi być jakiś wzbogacony hołysz... Nie życzę mu źle, ale mnie to bawi, że kochanka tak pięknie go zwodzi... Założyłabym się, że i jutro tak samo będzie. Powiem przekupce z przeciwka, żeby przyszła, to się ubawimy. Jutro zobaczę tę damę; chociaż za woalem, muszę się jej dobrze przypatrzyć... A to mi skromnisia; naznacza schadzki, a potem udaje, że się wstydzi... Ale niech pan daruje... muszę odstawić garnek od ognia, bo już się flaki ugotowały... Jakżeż się Alfred ucieszy: sam powiada, że za flaki sprzedałby swoją piękną Francję!

Rudolf pogrążył się w smutnym zamyśleniu.

Pomyślawszy, że to markiza d'Harville może być bohaterką opowieści pani Pipelet, pytał sam siebie, jakie szaleństwo doprowadziło ją do tego, by poświęcać młodego, wykształconego, szlachetnego, a nade wszystko zakochanego męża dla ograniczonego skąpca i śmiesznego samoluba. Czyżby się miała zakochać w jego ładnej twarzy? Rudolf często bywał u niej, a nigdy nie spotkał nikogo podobnego do majora. Po dłuższym namyśle utwierdził się prawie w przekonaniu, że to nie ona.

Pani Pipelet uwinęła się koło kuchni; Rudolf spytał:

- Kto mieszka na drugim piętrze?

- Stara Burette, znakomita kabalarka. Czyta ci z ręki jak z książki. Najporządniejsze osoby przychodzą do niej... a co pieniędzy zarabia! Prócz tego ma inne dochody... pożycza na zastaw.

- Śliczne zajęcie.

- Lepiej u niej pożyczać niż w lombardzie. Nie trzeba ani żadnych papierów, ani rachunków. No, na przykład ktoś przynosi koszulę wartą trzy franki...ona daje dziesięć sous z warunkiem, że jeżeli za tydzień właściciel koszuli nie zapłaci dwudziestu sous, koszula należy do niej... Jakie to proste... zawsze okrągłe rachunki... to i dziecko zrozumie.

- Bardzo jasne... ale podobno nie wolno pożyczać na zastaw?

- Cha! Cha! Cha! - zawołała pani Pipelet, śmiejąc się głośno. - Skądże pan przychodzisz?... Nie wolno pożyczać na zastaw... ale gdyby robić tylko to, co wolno, trzeba by często stać z założonymi rękoma. Pani Burette nic nie pisze, nie daje żadnych kartek... nie ma przeciw niej żadnych dowodów... i śmieje się z policji. Nie wiem wszakże, co ona tam robi w małym pokoiku, gdzie nikogo nie wpuszcza, tylko Czerwonego Janka i jednooką starą Puchaczkę.

Rudolf spojrzał zdziwiony na odźwierną.

- Czy ta kobieta często tu przychodzi?

- Od sześciu tygodni nie była; widziałam ją dopiero wczoraj... kulała trochę...

A co ona robi u kabalarki?

- A bo ja wiem? To tylko pewne, że kiedy się zamykają w małym pokoiku z kabalarką i Czerwonym Jankiem, wtedy i Puchaczka, i on przynoszą jakieś paczki, a nie wynoszą.

- Cóż mają w tych paczkach?

- I tego także nie wiem; ale hałasują niemiłosiernie; na schodach cuchnie siarka, węgiel i stopiona cyna, a oni tam ciągle dmą jak kowale. Zapewne to jakieś sztuki... tak mi przynajmniej powiadał pan Bradamanti, co mieszka na trzecim piętrze. To dopiero uczony! Chociaż Włoch, doskonale mówi po francusku, jak ja albo pan, tylko że ma cudzoziemski akcent; ale to wszystko jedno, bo to człowiek prawdziwie uczony i ma na wszystko lekarstwo!... A jak zęby wyrywa... nie dla pieniędzy, tylko dla honoru. Tak, panie... tylko dla honoru; on sam powiada, że jeżeli pan masz sześć zepsutych zębów... pięć pierwszych darmo wyrwie, a tylko za szósty każe zapłacić. Zresztą nie jego wina, jeżeli pana tylko jeden ząb boli. Prócz tego sprzedaje cudowną wodę na choroby piersiowe, katary. Sam robi te leki, a teraz wziął sobie jeszcze do pomocy Kulasa, syna Czerwonego Janka. Kulas mówi, że jego pan da mu ubiór trubadura: czarny beret, kryzę i suknię brzoskwiniowego koloru; tak wystrojony, będzie bić w bęben, żeby ściągnąć pacjentów.

- Dosyć skromne rzemiosło dla syna dzierżawcy domu.

- Ojciec powiada o nim, że trzeba, żeby użył biedy na świecie, bo inaczej z czasem pójdzie na szafot... A to i prawda, bo chłopiec przebiegły, a złośliwy jak małpa. Już niejednego figla wypłatał panu Cezarowi, choć to najuczciwszy i dobry z kościami człowiek, którego z całej duszy kocham, bo mi wyleczył Alfreda z reumatyzmu. A jednak są niegodziwi ludzie, którzy mu zarzucają... ale nie... włosy by panu na głowie powstały!...

- Cóż takiego mówią?

- Nie śmiem powiedzieć... nigdy się nie odważę... Powiadają o nim, że... - I stara szepnęła cicho kilka stów Rudolfowi, który zbladł.

- Ależ to by było okropne!...

- Prawda, że okropne, gdyby to była prawda? - odezwała się odźwierna. - Ale to są wymysły złych języków. Jak to, człowiek, co wyleczył Alfreda z reumatyzmu, co na sześć zębów pięć wyrywa darmo i komorne opłaca regularnie co kwartał z góry... nie może być!... Choćbym umierać miała, nie uwierzę...

Kiedy pani Pipelet oburzała się na oszczerców Bradamantiego, Rudolf przypomniał sobie list, co przyszedł do szarlatana... list, na który padła łza, zalewając litery umyślnie zmienione... Przeczucie szeptało mu, że wszystko, co mówią o szarlatanie, jest prawdą.

- Ach! Otóż i Alfred!... - zawołała odźwierna.

XXVIII Pan Pipelet

Pan Pipelet wszedł do izby z miną poważną, uroczystą; miał koło sześćdziesięciu lat, ogromny nos, pokaźną tuszę, czerwoną, dużą twarz, a na głowie kapelusz z szerokim rondem, wyszarzały i zrudziały. Alfred nigdy nie zdejmował tego kapelusza, podobnie jak jego połowica nigdy nie zdejmowała z głowy fantastycznej peruki. Przy tym zawsze nosił skórzany fartuch - skromne godło swojego rzemiosła. Skłonił się uprzejmie Rudolfowi, ale gorzki, melancholijny uśmiech nie schodził mu z twarzy.

- Alfredzie, ten pan chciałby wynająć mieszkanie na czwartym piętrze... i właśnie czekamy na ciebie z ratafią.

Tak ujmująca grzeczność zjednała natychmiast serce pana Pipelet.

- Postaram się zadowolić pana. Czy tylko nie jesteś pan malarzem?

- Nie, jestem kupcem.

- Świetnie! Służę więc panu. Bogu dzięki, żeś się pan nie urodził takim artystą! To potwory!

- Artyści potworami? - spytał Rudolf.

Pipelet zamiast odpowiedzi jęknął głucho.

- Malarze zatruli życie Alfredowi; to przez nich popadł w melancholię - szepnęła pani Pipelet Rudolfowi, potem zaś dodała głośno: - Co tam, Alfredzie, nie myśl o tym młokosie...

- Tuk, zdobędę się na męstwo i rozsądek - odpowiedział Alfred. - Długo był moim prześladowcą... ale teraz gardzę nim... Malarze to zaraza w domu... to zepsucie!

- Mieszkał tu jakiś malarz?

- Niestety! - odpowiedział Pipelet. - Malarz Cabrion!

- To on najmował pokój, który teraz jest do najęcia?

- Nie, nie, ostatnio zajmował go godny chłopak, pan Germain; ale przed nim mieszkał tam Cabrion. Od czasu, jak Cabrion się wyprowadził, o małom nie oszalał.

- Tak za nim tęskniłeś?

- Czy tęskniłem po Cabrionie? Wyobraź pan sobie, że dzierżawca domu, Czerwony Janek, zapłacił mu dwumiesięczne komorne, żeby tylko się go pozbyć. Co za niecnota! Przeklęty człowiek! Nie masz pan wyobrażenia, jak nadokuczał nam i lokatorom! Wyprowadził się przecie. I myśli pan, że na tym koniec? Zaraz zobaczysz! Nazajutrz o jedenastej w nocy, kiedy spałem w najlepsze, ktoś dzwoni. Din! Din! Din! Otworzyłem; wchodzi jakiś młokos i mówi: "Dobry wieczór panu! Bądź łaskaw, daj mi swoich włosów pukiel dla Cabriona; to jego jedyna myśl, tego tylko pragnie". Pojmujesz pan? Ode mnie, śmiertelnego swojego nieprzyjaciela, którego ten zbrodniarz nieraz znieważył, bezczelnie żądał pukla włosów, żądał daru, który nie zawsze można uzyskać od kochanki!

- To jeszcze nic - dodała stróżka - ale od tego czasu, rano, wieczór, w nocy, ów niegodziwiec nasyłał tu chmarę łotrów z prośbą o pukiel włosów Alfreda!...

- I pan myślisz, żem ustąpił? - rzekł Pipelet. - Nie, wprzód dałbym się zaprowadzić na szafot. Po czterech miesiącach uporu z ich strony a oporu z mojej energia moja zwyciężyła zawziętość nędzników! Na koniec żyję zamknięty sam w sobie i tak mi upływa życic. Czy nie mam powodu mówić, że ten szatan Cabrion zatruł mi życie?

- Pojmuję teraz, dlaczego pan nie lubisz malarzy - rzekł Rudolf - ale przynajmniej pan Germain wynagrodził was za psoty Cabriona?

- O! To mi godny młodzieniec; szczery, usłużny, skromny i wesoły; nie taki zuchwały szyderca jak przeklęty Cabrion.

- Któryż to gospodarz domu ma teraz szczęście gościć pana Germaina, tę perłę lokatorów?

- Nie wiem i nikt prócz panny Rigoletty nie wie, gdzie teraz mieszka pan Germain.

- Kim jest panna Rigoletta?

- Szwaczka. I ona też mieszka na czwartym piętrze - odpowiedziała pani Pipelet. - O, to też perła!... Płaci komorne za każdy kwartał, a jak czysto w jej pokoju! Grzeczna dla wszystkich, wesoła, ładna, a przy tym pracowita jak mrówka; czasem do dwóch franków na dzień zarabia.

- A skąd Rigoletta może wiedzieć, gdzie mieszka Germain?

- Kiedy się wyprowadzał od nas - objaśniła pani Pipelet - powiedział nam: "Nie spodziewam się listów... gdyby jednak przypadkiem nadeszły jakie, oddajcie je pannie Rigoletcie".

- Przyznaję, że nic a nic nie można by jej zarzucić - rzekł odźwierny surowo - gdyby nie była przyjmowała zalecanek i umizgów niegodziwca Cabriona.

- Przecież wiesz, Alfredzie, że to nie jej wina.

- To każdy lokator tego pokoju zaleca się do panny Rigoletty?

- A jakże, panie, to bardzo proste. W tak bliskim sąsiedztwie, bo stancje z sobą się stykają, między młodymi... to świecę trzeba zapalić... to kawałek drzewa pożyczyć, to wody. O, wody to nigdy u panny Rigoletty nie zabraknie; ona się kocha w wodzie, zupełnie jak kaczka.

- A zatem Germain z powodu bliskiego sąsiedztwa pozostawał, jak mówicie, w dobrych stosunkach z panną Rigolettą.

- Nie inaczej; zdawało się, że są stworzeni jedno dla drugiego. Tacy oboje ładni, młodzi: rozkosz była patrzeć, kiedy wychodzili razem w niedzielę, bo biedne dzieci tylko ten dzień miały wolny.

- l odkąd się wyprowadził, nie odwiedził panny Rigoletty?

- Nie, chyba że ją widuje kiedy w niedzielę, bo w inne dni panna Rigoletta nie ma czasu myśleć o kochanku. Wstaje rano o piątej, a pracuje czasem do jedenastej wieczorem; mimo to znajduje jeszcze czas, by pomagać biednym ludziom; na przykład tym nieszczęśliwym Morelom, których dzierżawca ma wyrzucić z poddasza na bruk... panna Rigoletta z Germaninem niejedną u nich noc spędzili, pilnując ich chorych dzieci.

- Więc tu mieszkają i tacy nieszczęśliwcy?

- Nieszczęśliwi? I jak jeszcze! Pięcioro drobnych dzieci, matka na śmiertelnym łożu, babka wariatka... I to wszystko musi żywić jeden człowiek, który nigdy do syta się nie naje, choć pracuje jak wół, a rzemieślnik doskonały. Tu dzieci się budzą, wołając: "chleba!", tu na słomie jęczy chora, tam znowu stara wariatka wyje z głodu jak wilk.

- Ach, okropne! - zawołał Rudolf. - I nikt im nie pomoże?

- Odkąd major płaci mi dwanaście franków miesięcznie, gotuję raz na tydzień rosół dla tych biedaków; panna Rigoletta ujmuje sobie dla nich snu i choć ją światło kosztuje, obszywa dzieci.

- A szanowny dentysta operator nic dla nich nie zrobił?

- Bradamanti! - przerwał Pipelet, - Wspomniałem mu nieraz, że biedny Morel skarży się przede mną, bo mu stara wariatka całą noc wyła z głodu i spać nie dała, a on mi na to: "Skoro Morelowie są tak biedni, mogę im powyrywać zęby, nawet nie każę sobie za to płacić".

- A kabalarka była litościwsza?

- Ona? Gdzież znowu! Tak samo skąpa jak jej ukochany. Czerwony Janek. Bo wie pan, ona i Czerwony Janek... - rzekła stróżka, znacząco mrużąc oko.

- Doprawdy? - spytał Rudolf.

- I jak jeszcze... kochają się na zabój! Przecież i w jesieni może być tak gorąco jak w lecie; nieprawda, kochanie?

Pipelet zamiast odpowiedzi melancholijnie kiwnął spiczastym kapeluszem. Rudolfowi pani Pipelet wydała się mniej odrażająca, kiedy zobaczył, że lituje się nad biednymi.

- Czym się trudni Morel? - zapytał.

- Szlifuje fałszywe kamienie, a pracuje tak ciężko, że go już całego wykrzywiło; człowiek jest zawsze człowiekiem, nie może robić nad siły, a jeśli kto ma siedmioro do wyżywienia nie licząc siebie... Starsza córka pomaga mu trochę, ma osiemnaście lat, a śliczniutka! Jak... jak słonko! Służy u starego kutwy, notariusza Jakuba Ferrand.

- Jakub Ferrand? - zawołał Rudolf zdziwiony. - Ten, co mieszka przy ulicy Sentier?

- Ten sam. Znany sknera, choć uczciwy i pobożny... co dzień bywa w kościele. Ludwika, córka Morela, już półtora roku służy u niego. Dobre to jak baranek, a pracowite jak wół, bierze tylko osiemnaście franków na miesiąc, sześć zostawia sobie na życie, a resztę oddaje rodzinie...

- No, przecież i ojciec coś zarabia.

- Ten człowiek przez całe życie ani razu się nie upił; przez trzy miesiące chorował obłożnie, to go zniszczyło; żona, doglądając go w chorobie, sama zachorowała i teraz leży umierająca... Przez te trzy miesiące trzeba było żyć z dwunastu franków od Ludwiki i z tego, co pożyczyli od starej Burette. A jak pomyślę o ich poddaszu, to mi się jeść odechciewa. Szczęściem dzierżawca domu ma się ich pozbyć.

- A gdzie pójdą, jak ich stąd wypędzą?

- Dalibóg, nie wiem. Ale! A ratafia? Nawet nie zajrzeliśmy do niej.

- Wyznam, że to, coś mi pani powiedziała, tak mi serce ścisnęło, że nie mogę pić; pijcie za moje zdrowie. Obejrzę mieszkanie; jak mi się spodoba, to zaraz zostawię zadatek.

Odźwierny wyszedł ze swojej nory; Rudolf udał się za nim.

Ciemne, ponure i wilgotne schody wydawały się jeszcze ciemniejsze w ten pochmurny dzień zimowy. Drzwi mieszkań ukazywały, jeśli tak można powiedzieć, swoje twarze: każde inną. Tak więc drzwi majora błyszczały świeżym lakierem o kolorze naśladującym drzewo palisandrowe, a przy dzwonku wisiał piękny, jedwabny sznurek.

Drzwi starej kabalarki na drugim piętrze wyglądały zupełnie inaczej; wisiała nad nimi wypchana sowa, przybita za nogi i skrzydła. Dziwaczne także było wejście do szarlatana Włocha, wokół którego snuto tak straszne podejrzenia. Przy sznurku od dzwonka wisiała łapka małpy, zasuszona, zupełnie podobna do rączki dziecka. Gdy Rudolf przechodził koło tych drzwi, rozległ się bolesny krzyk. Rudolf zadrżał, rzucił się do drzwi i zadzwonił.

- Co panu? - spytał Pipelet zdziwiony. - Pewnie Bradamanti wyrwał komuś ząb. To wytłumaczenie, choć prawdopodobne, nie uspokoiło Rudolfa. Choć zadzwonił gwałtownie, nie zaraz mu otworzono. We drzwiach, za szybą judasza, pokazała się twarz wychudła, trupioblada, ocieniona rudą czupryną. Zjawa ta znikła w mgnieniu oka. Rudolf stanął jak skamieniały; zdawało mu się, że zna tę twarz. Te oczy, błyszczące, zielone, nos, wykrzywiony jak orli dziób, przypominały mu owego Włocha imieniem Polidori, którego od siedmiu lat nie widział, jednak dobrze pamiętał. Nasuwała się jedna tylko wątpliwość: Bradamanti miał włosy rude, a Polidori byt ciemnym brunetem. Mimo to Rudolf zapytał Pipeleta:

- Dawno tu mieszka Bradamanti?

- Około roku; to dobry lokator, płaci regularnie, wyleczył mnie z reumatyzmu.

Rudolf, postanowiwszy w duchu wyjaśnić, kim jest ów człowiek, poszedł za odźwiernym na czwarte piętro. Łatwo było poznać mieszkanie Rigoletty. Z pół tuzina amorków, zręcznie i lekko namalowanych, otaczało wizytówkę na drzwiach; ten trzymał naparstek, ów nożyczki, a na niebieskim tle był napis: Rigoletta szwaczka. Ten uroczy rysunek wydawał się jeszcze ładniejszy w zestawieniu z brudnymi schodami. Rudolf zapytał, wskazując na drzwi Rigoletty:

- To pewno robota Cabriona?

- Tak, panie. Gdyby nie prośby Rigoletty, od dawna zdrapałbym to wszystko, podobnie jak ów rysunek, którym zabrudził pańskie drzwi.

Mieszkanie składało się z gabinetu i dość obszernego pokoju o dwóch oknach, wychodzących na ulicę Temple; fantastyczne szkice Cabriona na drugich drzwiach zostały starannie zachowane przez Franciszka Germain, ostatniego lokatora.

Rudolf dał odźwiernemu czterdzieści sous.

- Mieszkanie bardzo mi się podoba; oto zadatek, jutro przyślę rzeczy. Nie potrzebuję chyba widzieć się z samym dzierżawcą domu?

- Nie. Za pozwoleniem; pan się nazywa?

- Rudolf... Powiedz mi, panie Pipelet, czy nie wypadałoby, żebym jutro, jako sąsiad, poszedł do Morelów i zapytał, czy nie mogę im w czymś pomóc?

- Zapewne! Aha! Rozumiem, rozumiem; zaczniesz pan od sąsiada, żeby się zaprzyjaźnić z ładną sąsiadką. Nic w tym złego, taki tu zwyczaj. Jestem przekonany, że panna Rigoletta słyszała, że ktoś ogląda pokój, i czatuje na nas, jak będziemy schodzić.

Istotnie, Rudolf przez drzwi nieco uchylone, ozdobione amorkami, dostrzegł zgrabny, zadarty nosek i czarne, ciekawe oko.

- Mówiłem panu, że na nas czeka.

- A to co takiego?

- Po tej drabinie można wejść do sieni, na którą wychodzą drzwi Morelów, a przy ich ścianie jest ciemna komórka, gdzie mam schowanko. Ściana dziurawa i stamtąd widzę i słyszę wszystko, co się u nich dzieje. Lecz broń mnie Boże, żebym ich szpiegował... Chodzę tam tak sobie, tylko popatrzeć. Jak tylko pan zechce, może pan ich zobaczyć. Ale przepraszam, muszę jeszcze iść do schowka, bo potrzebuję kawałka skóry. Pan tymczasem zejdź, ja zaraz pana dogonię. - I Pipelet zaczął się wdrapywać na stromą drabinę.

Rudolf rzucił jeszcze okiem na drzwi Rigoletty, gdy wtem usłyszał, że ktoś wychodzi od szarlatana; po szeleście jedwabnej sukni poznał, że to kobieta; kiedy kroki ucichły, zszedł. Na ostatnim schodku znalazł chustkę do nosa, którą zgubiła zapewne osoba wychodząca od szarlatana. Zbliżył się do wąskiego okna i przyjrzał się chustce; była obszyta bogatą koronką, w jednym rogu miała wyhaftowane litery L.N. i koronę książęcą. Cała chustka była mokra od łez. Zrazu Rudolf chciał pobiec i oddać ją właścicielce, ale pomyślawszy, że ten krok mógłby się wydać niewczesną ciekawością, schował ją. Wszedłszy do izby pani Pipelet, zapytał:

- Czy nie schodziła tu kobieta?

- Nie kobieta, ale wielka dama, wysoka, szczupła, osłonięta czarnym welonem! Wyszła od pana Bradamanti; Kulas sprowadził jej fiakra, a gdy wsiadła, wskoczył z tyłu, zapewne, żeby się dowiedzieć, gdzie mieszka. O! Bo ten łobuz jest ciekawy jak sroka.

"Tak więc", pomyślał Rudolf, "szarlatan pozna nazwisko i adres tej damy".

- Spodobało się panu mieszkanie? - zapytała odźwierna.

- Bardzo; jutro się sprowadzam.

- Niech Bogu będą dzięki, że przywiódł pana przed nasze drzwi; dostaniemy znowu zacnego lokatora. A jeżeli pan będziesz dobry dla Alfreda, potrafię się za to odwdzięczyć.

Rudolf, pożegnawszy ją, wyszedł. Rad był z osiągniętych wiadomości. Wrócił do siebie, odłożywszy wizytę u notariusza na dzień następny. Jak wiemy, tego wieczoru miał być na wielkim balu w ambasadzie.

XXIX Tom i Sara

Sara Seyton, trzydziestosiedmioletnia wdowa po hrabim Mac-Gregor, pochodziła ze znakomitej szkockiej rodziny. Po śmierci ojca jako śliczna, siedemnastoletnia dziewczyna wyjechała ze Szkocji wraz ze swym bratem Tomem. Nierozsądne przepowiednie starej góralki, mamki Sary, rozwinęły niemal do szaleństwa dwie główne jej wady: dumę i ambicję. Mamka przepowiedziała jej, że będzie małżonką udzielnego księcia, a Sara uwierzyła w nieomylność tej przepowiedni. Co dziwniejsza, Tom Seyton nie tylko nie ganił szalonych nadziei siostry, ale postanowił poświęcić życie dla ich realizacji. Podług Gotajskiego Kalendarza na rok 1819 Tom ułożył spis wszystkich książąt udzielnych będących jeszcze w takim wieku, że się mogli żenić. Nierozsądna ambicja brata i siostry nie skłoniła ich jednak do użycia środków nagannych. Tom postanowił pomagać siostrze w podstępach, w intrygach, ale zabiłby ją, gdyby się przekonał, że szuka ona czego innego jak prawego związku. Spis bezżennych książąt był dość długi; obfitują w nich Niemcy. Dlatego Sara postanowiła rozpocząć swoją wyprawę od Niemiec. Mogła mieć nadzieję, że dopnie celu, bo obok rzadkiej urody posiadała liczne i najrozmaitsze talenty. Zdawała się mieć duszę szlachetną, ognistą, namiętną, a w gruncie rzeczy była oschła i nieczuła, przewrotna, mistrzyni w udawaniu, uparta i skryta. Nigdy serce ani uczucie nie zdołały zniweczyć zimnej rachuby, ułożonej przez tę chytrą, samolubną i dumną kobietę. Po przybyciu na kontynent Sara za radą brata najprzód osiadła w Paryżu, aby dopełnić edukacji i nabrać ogłady w eleganckim i wykwintnym towarzystwie. Po sześciu miesiącach pobytu w Paryżu mogła z każdą paryżanką iść w zawody o dowcip, wdzięk, naiwną kokieterię, niewinne i wyzywające spojrzenie, zarazem dziewicze i namiętne. W spisie, ułożonym przez Toma, pierwsze miejsce zajmował ród książąt Gerolstein. Nadto brata i siostrę szczególnie polecił księciu Gerolstein stary markiz d'Harville, zachwycony pięknością, wdziękami i naiwnością Sary.

Syn księcia, Gustaw Rudolf, miał zaledwie osiemnaście lat, kiedy Tom i Sara zjawili się na dworze jego ojca. Stary książę za wyświadczone dawniej przysługi darzył markiza d'Harville wielką przyjaźnią; dlatego też jego list polecający zjednał Tomowi i Sarze Seyton jak najlepsze przyjęcie. Po dwóch tygodniach pobytu Sara poznała stanowczy i prawy charakter starego księcia; postanowiła najpierw opanować ojca, żeby potem uwikłać syna. Chociaż książę bardzo kochał Rudolfa, Sara wkrótce przekonała się, że ów tkliwy rodzic bardzo surowo pojmuje obowiązki księcia i nigdy nie zgodzi się na to, co uważałby za mezalians. Sara umiała sobie zjednać miłość wszystkich, nawet tych, co by mieli powody jej źle życzyć. Wkrótce też stała się ulubienicą nie tylko księcia, ale i jego żony, a także matki, starej księżnej Judyty. Choć Tom i Sara często wspominali o wyjeździe, książę nie chciał się na to zgodzić i żeby zatrzymać przy sobie Toma Seyton, mianował go pierwszym koniuszym, Sarę zaś nakłaniał, żeby została przy księżnej Judycie, która się bez niej nie mogła obejść. Po długim wahaniu Tom i Sara przyjęli gościnę i zamieszkali na stałe przy Gerolsteinowskim dworze, na którym bawili już od przeszło dwóch miesięcy. Sara, dowiedziawszy się o zamiłowaniu starej księżnej do dawnej muzyki, a zwłaszcza do dzieł Glucka, sprowadziła je i zachwycała księżnę doskonałym wykonaniem tych prostych i wyrazistych pieśni.

Kiedy się to działo, Rudolfa nie było na dworze ojcowskim; wyjechał z jednym adiutantem na przegląd wojska.

Murf i Polidori

Rudolf był dzieckiem słabym i wątłym. Ojciec, widząc, jak wychowanie fizyczne dzieci drobnej szlachty angielskiej rozwija siły, wpadł na pomysł, aby znaleźć jakiegoś dzielnego i rozumnego Anglika i powierzyć mu wychowanie syna. Wybór padł szczęśliwie; sir Walter Murf zupełnie odpowiadał wymaganiom księcia. Murf ze swoim wychowańcem mieszkał kilka lat na wsi, wśród pól i lasów, o parę mil od zamku Gerolstein, w malowniczej i zdrowej okolicy; Rudolf zajmował się tam rolnictwem, prowadził życie skromne, regularne; całą jego zabawą były ćwiczenia fizyczne, zapasy, konna jazda i polowanie. Przy takim trybie życia młody książę, będąc ciągle na powietrzu, odmienił się zupełnie, rósł szybko, a chorobliwą bladość twarzy zastąpiły żywe rumieńce. Jego wykształcenie pozostawiało wiele do życzenia, bo Murf, nie będąc człowiekiem uczonym, udzielał Rudolfowi tylko wstępnych wiadomości; lecz za to złożył w sercu młodzieńca obfite nasiona tego co dobre, słuszne i szlachetne. Jednym słowem, dał mu zdrowe ciało i zdrową duszę. Gdy tak Murf chlubnie dopełnił włożonego nań obowiązku, wezwany w pilnych sprawach do Anglii, musiał na pewien czas opuścić swego ucznia.

Stary książę, spokojny już o zdrowie syna, pomyślał teraz o jego wykształceniu. Poruczył je niejakiemu Cezarowi Polidori, Włochowi; był to znakomity filolog, uczony historyk, erudyta, biegły w naukach ścisłych i przyrodniczych. On to miał uprawiać żyzną niwę tak doskonale przygotowaną przez Murfa. Tym razem jednak książę omylił się w wyborze. Polidori - oszust, bezbożnik, hipokryta umiał pod maską surowej cnoty ukrywać oburzający sceptycyzm i brak wszelkich zasad moralnych. Rudolf, niechętnie rozstawszy się z czynnym życiem na wsi, już od początku nie lubił nauczyciela; oświadczył mu wręcz, że woli dobrego konia i strzelbę nad najpiękniejsze książki. Polidori nie był zaskoczony tą antypatią ucznia. Miał jednak pewne plany: choć na podrzędnym stanowisku, zamierzał być kiedyś w małym księstwie Gerolstein tym, czym niegdyś we Francji był Richelieu. Toteż chcąc sobie za wszelką cenę zjednać młodzieńca, pobłażał mu we wszystkim, a wobec starego księcia wychwalał jego szybkie postępy w nauce.