Kilka miesięcy wcześniej
Rozdział pierwszy, w którym Małgorzata usiłuje w końcu odpocząć, ale nie ma czasu, bo na jaw wychodzi to, co babcia Eleonora chciała ukryć przed wzrokiem niepowołanych.
Puszczona z kranu pełnym strumieniem woda szumiała jednostajnie, wypełniając wannę wonną pianą, a ja w końcu zamierzałam zrealizować plany na wieczór. Co prawda w skromnym zakresie, jak to ja, bo zamiast wyjechać do pobliskiego SPA i spędzać upojne chwile w jacuzzi albo odprężać się oblana od stóp do głów czekoladową mazią, postanowiłam po prostu wziąć kąpiel relaksacyjną. Do wanny hojną ręką wlałam pół butelki wegańskiego płynu do kąpieli o łagodzącym napięcia i stresy zapachu bergamotki. To, że akurat był to płyn przeznaczony dla wegan, dowiedziałam się, czytając informacje zamieszczone na opakowaniu. Przez minutę czułam wyrzuty sumienia, że zdarza mi się zjeść plasterek szynki, o jajkach na twardo nie wspominając. Powinnam bardziej zwracać uwagę na to, co jem, i po prostu zmienić przyzwyczajenia. Nie wiem, czy to do końca prawda, ale niedawno przeczytałam, że zmiana przyzwyczajeń trwa średnio sześćdziesiąt sześć dni, i ponoć człowiek jest w stanie przystosować się do wszystkiego!
Oczywiście, o wiele łatwiej przyzwyczaić się do mieszkania w domu z basenem niż z wygódką w podwórku, ale średnia to średnia. Żeby podkręcić nastrój, we wnęce nad wanną ustawiłam dwie płonące równym ogniem świece, a dla rozluźnienia spiętego stresem ciała, wyjęłam z lodówki butelkę białego wina, półwytrawnego. Jeszcze tylko kieliszek, bo nie chciałam pić prosto z butelki, i już mogłam przystąpić do uskuteczniania relaksu. W łazience aż kręciło w nosie od natężenia zapachów, ale nie zamierzałam się poddawać. Zostawiłam uchylone do przedpokoju drzwi i szybko zrzuciłam z siebie ciuchy, na twarz nałożyłam maseczkę, zapewniającą natychmiastowe odmłodzenie o minimum dziesięć lat i prawie zrelaksowana zanurzyłam się w orzeźwiającej pianie.
W przypływie dobrego humoru pacnęłam dłonią w chmurkę piany i dmuchnęłam w nią. Przypomniałam sobie czasy dzieciństwa, gdy razem z tatą specjalizowaliśmy się w wytwarzaniu tęczowych baniek z mydlin... Zero trosk, maksimum zabawy. Ostatnia kąpiel w pianie, z Matim... Zaraz potem...
Przygryzłam wargi, nie zamierzałam wracać do tego, co było. Chciałam odpocząć i dobrze się bawić. W końcu! Coś mi się od życia należało!
Marcelina ostatnio non stop opowiadała o bergamotce dobrej na wszystko i teraz, na własnej skórze czułam, że przyjaciółka miała rację. Odgoniłam przykre myśli i przymknęłam oczy, rozkoszując się ciszą. Sąsiad spod szóstki dzisiaj nie wiercił, a emerytka z mieszkania nade mną nie ćwiczyła latynoskich rytmów w szpilkach. Jamnik od Eryckich też jakimś cudem zamilkł, może wyprowadził ich na spacer.
Czułam się bosko!
Nie otwierając oczu, sięgnęłam ręką w kierunku kieliszka z winem, namacałam i chwyciłam za nóżkę.
Upiłam łyk, rozkoszując się smakiem, ale nie było mi dane długie delektowanie się napojem bogów, gdyż niebiańską ciszę przerwał skoczny rytm oberka.
Po charakterystycznym dźwięku domyśliłam się, że to ojciec się do mnie dobija.
Zamarłam z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Telefon wył narastająco, piana otaczała mnie chłodem, wino stawało się coraz cieplejsze.
Nie wytrzymałam, bo chyba nikt by nie wytrzymał.
Dla kurażu pociągnęłam drugi łyk ulubionego napoju, a potem odstawiłam bezpiecznie kieliszek na parapet wnęki nad wanną. Jeszcze tego brakowało, żebym potem musiała wybierać odłamki szkła z wonnej piany. Wstałam. Tęczowe bańki delikatnie pękały, spływając po mojej rozgrzanej skórze. Za chwilę miało się to zmienić, czułam, jak owiewa mnie chłodne powietrze. Sięgnęłam po ręcznik kąpielowy i otuliłam się nim. Boso, zostawiając za sobą mokre ślady stóp, pobiegłam do pokoju, poszukać telefonu.
Leżał porzucony obok filiżanki dawno wystygłej kawy.
Zdyszana, jak po przebiegnięciu maratonu, odebrałam połączenie, podziwiając w duchu cierpliwość tatusia. Ja na jego miejscu już bym się z dziesięć razy rozłączyła.
Łapiąc oddech, wydyszałam w słuchawkę nieśmiertelne:
- Co się stało?!
Spodziewałam się, że ojciec nonszalanckim tonem, tradycyjnie odpowie: "A co się miało stać? Dzwonię i tyle", ale nie tym razem.
To był telefon alarmowy.
Zamiast wylegiwać się w wannie, popijając przepyszny muskat z Frontignan, musiałam do sucha wytrzeć zziębnięte ciało, zmyć maseczkę, spuścić wodę z wanny, żegnając się z upojnie pachnącą bergamotką, narzucić na siebie cokolwiek i wziąć udział w specjalnym zebraniu rodzinnym. W duchu pogratulowałam ojcu wyczucia czasu. Jeszcze dziesięć minut, a musiałabym wzywać taksówkę. Wyczyściłam porządnie zęby, wysuszyłam, byle jak, bez kręcenia, lepiące się do skroni włosy i gnana ciekawością, bo rodzic nie chciał zdradzić, jaką konkretnie awarię rodzinną ma na myśli, wsiadłam w samochód. Starając się przestrzegać przepisów prawa o ruchu drogowym, skierowałam się w stronę mieszkania rodziców.
*
- Po raz któryś z kolei pytam, czy możesz łaskawie nam wytłumaczyć zaistniałą sytuację? Tak w całości, a nie tylko ogólnikami? Nie po to Staś ściągnął Małgosię, żebyś nadal udawała, że ta sprawa cię nie obchodzi.
Babcia Eleonora westchnęła ostentacyjnie i sięgnęła po chusteczkę higieniczną do ustawionego na stole pudełka. Zauważyłam też sporo białych kulek pomiętych, a nawet porwanych na strzępy. To było niepokojące.
W głosie mojej rodzonej matki słychać było zdenerwowanie podszyte znużeniem. Ale skoro to samo pytanie zadawała kolejny raz, to nie powinnam się dziwić. Jak na razie nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale dla byle drobiazgu tata nie podnosiłby alarmu. Mama ostentacyjnie wachlowała się kawałkiem papieru, który z daleka przypominał kopertę, w jakiej przesyłaliśmy kiedyś kartki, a nawet listy.
Kto teraz listy pisze? Chyba tylko starsze osoby, bo młodzi w dobie przekazu cyfrowego, korzystania z komunikatorów, mediów społecznościowych i już nieco trącących myszką maili raczej nie. Oczywiście, ja potrafiłam napisać normalny list, nawet odręcznie, gdyby zaszła potrzeba, ale od lat takowa nie zaistniała.
Babcia Eleonora z wystudiowaną obojętnością śledziła lot koperty pokonującej trasę od ręki synowej na brzeg stołu.
Mogłam tylko przypuszczać, co babcia czuje, na zewnątrz, jak zawsze, udawała, że nic jej nie rusza. Miała w tym wieloletnią wprawę. I ona, i moja matka tolerowały się i unikały bezpośrednich spięć, by nie burzyć wypracowanego spokoju Stasia, który nadal był ukochanym synem babci Eleonory, ukochanym mężem Alicji oraz bardzo kochanym moim tatkiem jedynym.
Dopiero co zdążyłam wejść w progi rodzinnego domu i teraz z uwagą śledziłam rozgrywkę pomiędzy babcią a mamą. Ojciec stał przy barku i po kolei wyjmował z niego butelki, zastanawiając się, którą przeznaczyć do rodzinnej konsumpcji. Mamrotał przy tym pod nosem o życiu w kłamstwie i totalnej nieodpowiedzialności. Było to dość niewyraźne mamrotanie, ale w głosie zazwyczaj spokojnego taty można było usłyszeć rozgoryczenie.
W końcu tatko zdecydował się na bezpretensjonalny gin z tonikiem. Przeniósł butelkę na komodę, nie pytając zgromadzonych w pokoju domowników o alkoholowe zachcianki, nalał, a potem, nadal zachowując milczenie, podał pękate szklanki mamie i babci. Nie czekając na propozycję, oderwałam plecy od framugi drzwi i szybko podeszłam do komody. Zdecydowanym ruchem sięgnęłam po butelkę i chlupnęłam z rozmachem alkoholowym dobrem, dolewając dla oka kapkę toniku.
Nieszczęście wisiało w powietrzu.
- Nie pij, jesteś samochodem - upomniał mnie markotnie tata i sam wypił.
- Nie jestem samochodem, tylko człowiekiem - zażartowałam smętnie i nalałam sobie kolejną porcję. Tata podstawił swoją szklaneczkę, zatem chlupnęłam mu zdrowo. - Poza tym, wprawdzie nie mam pojęcia, co jest grane, ale czuję, że bez większej porcji alkoholu się nie obędzie. Wrócę do mieszkania taksówką, a po samochód przyjadę jutro - uspokoiłam go.
Po chwili namysłu oderwałam lewe biodro od komody, której kant wpijał mi się boleśnie w ciało, i ruszyłam w kierunku kuchni. Tego się nie spodziewałam! Odkąd pamiętam, zawsze panował tam wręcz przesadny porządek. Zaraz po zjedzeniu czegokolwiek naczynia wędrowały do zmywarki, a wieczorem babcia Eleonora, mieszkająca z rodzicami, hurtowo je prała. Blaty i stół zawsze lśniły czystością, bez jednego okruszka, a każda kropla wody była od razu wycierana.
Nie dzisiaj.
Dzisiaj kuchnia wyglądała jak po przejściu huraganu - w zlewie piętrzyły się naczynia, a stół zastawiony był licznymi kubkami zawierającymi resztki kawy i herbaty. Wywnioskowałam, że przez dom musiało przejść coś na kształt tsunami i trochę trwało, zanim szanowna rodzina zdecydowała się mnie zawiadomić o zaistniałych problemach.
Jakich?
Nie miałam pojęcia, ale przypuszczałam, że za chwilę wszystko się wyjaśni.
Z dolnej szafki wyjęłam kubek ze stali nierdzewnej i zapełniłam go kostkami lodu wyjętymi z zamrażarki. Ciepły alkohol jest niezdrowy i niesmaczny. Kubek okręciłam ręcznikiem kuchennym i przygotowana do dłuższej debaty wróciłam do pokoju. Gdy byłam w kuchni, dobiegały do mnie wzajemne powarkiwania, ale gdy pojawiłam się w drzwiach, rodzina zgodnie ucichła, wykrzywiając twarze w sztucznym jak miód z marketu uśmiechu.
Też się uśmiechnęłam, a co mi szkodzi!
Podeszłam do komody, zlokalizowałam wzrokiem szklankę z ginem. Dolałam toniku, a z kubełka dołożyłam lodu.
Ciszę przerwała mamusia:
- Ja też chcę, po ciepłym mi niedobrze - zamarudziła.
- Właśnie, właśnie, jakoś tak piję i mi nie smakuje - stwierdziła babcia, patrząc oskarżycielsko na ojca. - Mogłeś sam pomyśleć!
Do taty na szczęście nie dotarło.
Siedział w swoim ulubionym fotelu telewizyjnym, blady, ze spojrzeniem wbitym w przestrzeń, która kończyła się na pomalowanej na żółto ścianie. Farba, pierwotnie wściekle żółta, na szczęście z biegiem lat wyblakła, a ściany prosiły się o nowy kolor. Nigdy więcej żółtego. Następnym razem pomalujemy na biało, albo położymy tapetę w jakiś miły dla oka wzór - postanowiłam, wbijając wzrok w ojca. Zaniepokoiłam się. Wyglądał, jakby się zapadł w sobie. Takie zachowanie było niepodobne do mojego zazwyczaj pogodnego taty. Nie zastanawiając się dłużej, podeszłam do niego i wrzuciłam mu do szklanki trzy kostki lodu. Dobrze, że przy okazji wyboru odpowiedniego alkoholu wyjął z barku także szczypce do lodu i nie musiałam ich szukać.
- A ja?
- I ja?
- Chwila, mogłyście same sobie nałożyć! - zwróciłam im uwagę, ale żeby nie przedłużać stanu napięcia, obdzieliłam towarzystwo kostkami lodu i usiadłam przy stole naprzeciw babci i mamy. Tatę miałam obok siebie. Trójramienna lampa rzucała ciepłe światło na biały obrus, a ja widziałam zmieszanie na czerstwym obliczu mojej nieprzewidywalnej babci.
Mama nadal była wściekła.
- Może mnie ktoś łaskawie wprowadzi w sprawę? - zaproponowałam, cedząc słowa. - Tata napomknął tylko, że jest sytuacja awaryjna, ale jak widzę, wszyscy jesteście w miarę zdrowi i w formie. A skoro tak, to napiję się i spadam!
Usypiającą ciszę zburzyło przeciągłe westchnienie babci Eleonory, która poprawiła się na krześle i w geście zakłopotania potarła sobie czubek nosa. Wywnioskowałam z tego, że nie jest dobrze.
Mama kilkoma łykami osuszyła szklankę i postawiła ją z hukiem na stole.
Tata wzdrygnął się jak wyrwany ze snu i mało przytomnie zamrugał powiekami. Pociągnął nosem, jakby chciał zahamować katar, i też wlał w siebie resztę alkoholu.
Zanim usłyszę wyjaśnienie tego całego zamieszania, zostaniemy nałogowymi alkoholikami i sąsiadki będą mówiły: "Pani, ale to kiedyś porządna rodzina była!".
Napełniłam szklanki ponownie i rozdałam.
- Jestem wam winna wyjaśnienie - wychrypiała babcia, sygnalizując, że dalsze picie jest dla niej niewskazane.
- I to jak cholera!
- Nie przeklinaj, twoi rodzice się w grobie przewracają!
- Niech mama mnie tatusiem i mamusią nie straszy! - Zjeżyła się moja mama i usadowiła przodem do teściowej. Wiedziałam, że długo nie wytrzyma, bo zaraz zacznie ją boleć kręgosłup.
- Bardzo was proszę, moje drogie...
Ojciec jęknął z uczuciem, skupiając na sobie rozdrażnione spojrzenia swoich mniej lub bardziej kochanych kobiet.
- A ty się nie wtrącaj!
- Właśnie!
- Babciu, a ten list to w jakiej sprawie? Ma związek z naszym zebraniem czy znalazł się tutaj przypadkiem? - wtrąciłam delikatnie. Już widziałam, że mama otwiera usta, ale w miarę szybko się zreflektowała i je zamknęła, zaciskając w kreseczkę.
Auć! Cisza trwała.
- Okej, w takim razie po kolei. Co się stało? Ktoś umarł? - zadałam pytanie na chybił trafił.
- Żebyś wiedziała, że umarł! Wiem, wiem, powinnam wam powiedzieć lata temu, ale nie było okazji. Poza tym nie spodziewałam się, że ten łapserdak wywinie taki numer!
- Kto babciu!?
- Mój brat, Ferdynand! - wyszeptała skrzekliwie babcia, krzywiąc się z niesmakiem.
- Ależ on nie żyje!
- Dopiero teraz, przedtem był jak najbardziej żywy! Zabrałaś mi dzieciństwo, mogłem mieć wujka, prawdziwego, a nie same ciotki! Zero wzorców, cud, że udało mi się wyjść na ludzi! - Tata dał upust goryczy zawodu.
- Nie przesadzaj, miałeś dobre wzorce, nie to co ja, rodzice całymi dniami w pracy, a ja z kluczem do mieszkania na szyi, lekcje odrabiane w świetlicy... - pocieszyła go mama.
- A skąd masz pewność, że Ferdynand stanowiłby odpowiedni wzorzec mężczyzny dla małego chłopca? Przynajmniej miałam pewność, że nie będzie cię ciągał do jaskini rozpusty i sprowadzał na manowce. Wcale nie żałuję, że tak wyszło i gdyby nie ona - tu babcia Eleonora rzuciła mordercze spojrzenie w kierunku synowej - o niczym byście się nie dowiedzieli. A tak pokwitowała, otworzyła i przeczytała! Cudzej korespondencji się nie czyta!
- Jakiej cudzej? Jak byk było napisane, adresat: "Państwo Milewscy, Eleonora, Alicja i Stanisław", adres się zgadzał... - Mamusia zachłysnęła się z oburzenia. Nikt nie lubi być posądzonym o nadmierną ciekawość.
- Jakiej jaskini rozpusty!? Zawsze mówiłaś, że był naukowcem - zdziwił się tata.
- A skąd mam wiedzieć, czy się przypadkiem nie stoczył?! Mnie się nie spowiadał! - wybrnęła z refleksem babcia.
Przypomniałam sobie wszystko, co wiedziałam o bracie babci Eleonory, Ferdynandzie Omelnickim, czyli, jak kiedyś uzgodniliśmy, moim dziadku wujecznym, zwanym w skrócie wujkiem. Nie było tego wiele. Wprawdzie pozostały po nim zdjęcia z dzieciństwa, na których prezentował się niczym pucułowaty barokowy aniołek, z loczkiem opadającym filuternie na czoło, oraz jedna fotografia z czasów studenckich, która pokazywała wysokiego, szczupłego młodzieńca o nawiedzonym spojrzeniu i bujnej blond czuprynie, ale tak naprawdę, prawie nikt wuja nie pamiętał. Nikt, oprócz babci Eleonory, która, powołując się na wspomnienia matki, a mojej prababci Judyty Omelnickiej, wykorzystywała sytuację i przy okazji rodzinnych spędów przywoływała anegdoty z życia swego dużo starszego brata, kreując go na wyjątkowego dziwaka. Wyjątkowego nawet jak na naszą rodzinę. Z opowieści babci Eleonory wynikało, że owe dziwactwa doprowadziły wuja Ferdynanda do zupełnego szaleństwa, a w konsekwencji do śmierci! Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że wuj, z zawodu i ponoć powołania chemik, eksperymentował z truciznami, specjalizując się w wysoce toksycznych alkaloidach, to naprawdę miał szczęście, że dożył trzydziestki. Tak twierdziła babcia...
Pochyliłam się nad stołem i nie czekając na reakcję bliskich, przysunęłam kopertę do siebie.
Była ładna, wykonana z lekko kremowego papieru z bladozielonym obramowaniem. Po lewej stronie od góry wydrukowano dane nadawcy: Kancelaria Prawna dr Konstanty Skalski.
Koperta została rozcięta tępym nożem, jej brzegi strzępiły się mało estetycznie, widać było, że przy otwieraniu przeważyła niecierpliwość mamusi. Sięgnęłam do środka i wyjęłam z niej arkusik eleganckiego firmowego papieru listowego i wizytówkę.
Szanowni Państwo,
uprzejmie informuję o śmierci Państwa krewnego Ferdynanda Omelnickiego, który pół roku temu zmarł w Peru. Ponieważ procedura sprowadzenia prochów dopiero się zakończyła, informuję, że ostatnie pożegnanie świętej pamięci Ferdynanda Omelnickiego odbędzie się w dniu... o godzinie 14:00 na cmentarzu parafialnym w Miasteczku. Po ceremonii pogrzebowej zapraszam Państwa do Kancelarii w celu odczytania ostatniej woli Ferdynanda Omelnickiego. Brak Państwa obecności na ceremonii pożegnania, zgodnie ze wskazaniami testatora, będzie świadczył o braku zainteresowania spadkiem, a co za tym idzie, innych warunkach jego rozporządzenia. Jednakże testator, co pragnę zaznaczyć, miał nadzieję na rodzinne pożegnanie. Zaznaczam, że aby zostały spełnione warunki testatora, obowiązkowe jest stawiennictwo wszystkich osób ujętych w testamencie. Pozwolę je sobie wymienić: Szanowna Pani Eleonora Magdalena Milewska, Szanowna Pani Alicja Dorota Milewska, Szanowny Pan Stanisław Milewski i córka Alicji i Stanisława Małgorzata z Milewskich Brzozowska oraz jej mąż Mateusz Brzozowski. Jest to warunek bezwzględny do odczytania ostatniej woli testatora.
Łączę wyrazy uszanowania
dr nauk prawnych Konstanty Skalski
Ledwo doczytałam do końca, bo głos mi zadrżał. Już wiedziałam, skąd te wszystkie ceregiele!
- Po moim trupie! Nigdy w życiu, nie chcę go na oczy widzieć! - wykrzyknęłam chrapliwie, hamując napływające do oczu łzy. Myślałam, że się uduszę. Przez chwilę łapałam powietrze, zanim byłam w stanie cokolwiek powiedzieć. Zabić to mało! Wujeczny dziadek Ferdynand już nie żył i, jak przypuszczałam, miał gdzieś moje wkurzenie na jego idiotyczne rozporządzenia.
- Nie ma takiej opcji żebym do niego zadzwoniła, prosiła o cokolwiek. Nigdy! Przenigdy! - wysyczałam ostatkiem tchu.
Mama spojrzała na mnie zatroskana i westchnęła z uczuciem.
- Ja wiem, że on cię skrzywdził, ale pomyśl, może ten spadek jest wart tego, żebyś się przełamała. Przecież nie wzięliście rozwodu, nie macie nawet formalnej separacji.
- To żaden argument, sprzedałabyś mnie za miskę gruszek! - warknęłam wściekła, czując, że wracają mi siły.
- Nie za miskę, tylko za czapkę! - wyrwała się babcia.
- Nie przesadzaj, dziecko, mama nigdy nie była interesowna, bo gdyby była, to by za gołodupca nie wyszła, a u nas w domu wprawdzie biedy nie było, ale nigdy się nie przelewało... więc rozumiesz... - wyszemrał ze swojego fotela tata.
- Mnie bardziej zastanawia, dlaczego dopiero teraz dowiadujemy się, że twój brat żył przez te wszystkie lata i to do tego w jakimś Peru. Mamo, możesz to jakoś wyjaśnić?!
- Mamo, mamo! Tak wyszło po prostu. Czepiasz się szczegółów!
Babcia Eleonora Magdalena - swoją drogą, dopiero teraz dowiedziałam się o istnieniu drugiego imienia tak babci, jak i mamy - wierciła się na do tej pory wygodnym krześle, jakby swędziała ją tylna część ciała.
- To były takie czasy, Ferdynand wyjechał z Polski na rok przed wojną, nie jestem pewna, ale około czerwca, lipca trzydziestego ósmego. Tak przynajmniej mówiła mamusia. Miał dziewiętnaście lat i chciał się uczyć we Francji, marzyła mu się Sorbona. I tutaj powiedziałam wam prawdę, mój brat był bardzo zdolnym chemikiem, z zacięciem naukowym. Podobno już w dzieciństwie przeprowadzał eksperymenty. Miał przed sobą wielką karierę. Ale wybuchła wojna, a Ferdynand nigdy nie należał do tych, którzy czekają z założonymi rękami, dlatego zaciągnął się do wojska. Ponoć walczył w Normandii, docierały do nas informacje, że żyje, a potem nastała długa, długa cisza. - Babcia Eleonora westchnęła i otarła czającą się w kąciku oka łzę. - Jak wiecie z historii, w kraju, po wojnie, zaczęła się nagonka na tych, co walczyli nie po tej stronie co trzeba. Baliśmy się, że jeżeli wróci, to trafi do więzienia albo przed pluton egzekucyjny. Moja mama, nie wiedząc, co naprawdę dzieje się z jej synem, zaczęła rozpowiadać, że Ferdynand nie żyje. Tak na wszelki wypadek, zwłaszcza że odwiedzali ją przedstawiciele pewnych służb i była przekonana, że w ten sposób ratuje życie syna. O ile żyje. Próbowała nawiązać z nim kontakt, ale prywatnymi kanałami, a o takie było trudno. Nie można było ufać obcym ludziom. Niektórzy próbowali przez Czerwony Krzyż, ale ja nic o takich staraniach nie wiem. A ja, cóż... byłam ostatnim dzieckiem, późnym, nigdy nie poznałam Ferdynanda, urodziłam się w roku jego wyjazdu, jak mam nadzieję pamiętacie, i tyle wiedziałam, co mama mi opowiedziała. Nie miałam pojęcia, że żyje, a mama wpoiła mi przekonanie, że dla niego i dla nas będzie bezpieczniej, jeżeli nie będziemy go szukać. I tak wyszło. On też nie szukał z nami kontaktu przez te wszystkie lata. Dlaczego do nas nie wrócił, gdy było już spokojnie i mógłby się ujawnić, nie mam pojęcia. Naprawdę nie wiem, co o tej sprawie sądzić. Mogłam wam więcej powiedzieć, ale co by to dało?
- Więc snułaś te wyssane z palca opowieści o utalentowanym wujku, który nagle odszedł z tego świata? - upewnił się tata.
Babcia Eleonora skinęła głową. Przygarbione ramiona i smutno skrzywione usta świadczyły, że żałuje, iż tak potoczyło się ich życie.
- To się w głowie nie mieści, żeby obcy człowiek wywierał na mnie presję. Fakt, powinnam złożyć papiery rozwodowe, zaraz gdy Mateusz wyskoczył z tymi wątpliwościami i się wyprowadził, ale sama nie wiem, dlaczego do tego nie doszło - skonstatowałam zdziwiona.
Ochłonęłam już nieco i postanowiłam powściągnąć emocje. Do tej pory nie zdążyłam podzielić się z rodziną informacją, że sama wystawiłam walizki Mateusza za próg mieszkania. Gdyby nie to, nie wiem, jak by się to wszystko potoczyło, ale życie i praca nauczyły mnie podejmowania szybkich decyzji. Mógł się nie zgodzić.
- A po co miałaś się spieszyć? Ludzie różne rzeczy robią, to, że się wyprowadził, to nie ostateczność. Twój dziadek nie takie numery mi wykręcał!
- Nie zamierzam się z nim kontaktować, to jest poza dyskusją! - oznajmiłam stanowczo, na wszelki wypadek, gdyby rodzina nalegała. Bo że będzie nalegała, tego byłam pewna. A ja zdążyłam wykasować numer telefonu Mateusza, na początku, żeby mnie nie kusiło zadzwonić. Wymieniłam zamki w drzwiach i mogłam udawać, że nie ma mnie w mieszkaniu, gdy przychodził i grzecznie dzwonił domofonem. Do czasu, oczywiście! A ja nie zamierzałam słuchać jego kłamstw, a w najlepszym razie mętnych wyjaśnień!
- Ale, ale... - Odwróciłam się w stronę babci i wycelowałam w jej kierunku palec wskazujący.
- Ciekawe skąd, nie wiem, dziadek, wujek, może pozostanę jednak przy wujku, wiedział, że wyszłam za mąż? Skąd wiedział, że masz, babciu, syna, a ten syn ma żonę? Podobno nie utrzymywaliście kontaktów, a ty nie wiedziałaś, że żyje. Chyba że my o czymś nie wiemy? Tak jak o dziadku mało co wiemy! - Spojrzałam na babcię podejrzliwie.
- Nie konfabuluj, dziecko. O dziadku nie ma co mówić. Był i się zmył. A co do Ferdynanda, skoro mówię, że się z nim nigdy nie widziałam i nie kontaktowałam, to możesz mi wierzyć. Dla mnie od lat był martwy. Z tego, co zawsze powtarzała moja mamusia, świeć panie nad jej duszą, to Ferdynand był dziwakiem, miał temperament naukowca.
- Ale na wojnę poszedł - przypomniała mama, nieco zaróżowiona z emocji i od alkoholu.
- Oczywiście, że poszedł. To był jego patriotyczny obowiązek. Teraz patriotyzm sprowadza się do wkładania koszulek z symbolem Polski Walczącej, albo, co żenujące, gatek czy skarpetek! Ale to nie o taki patriotyzm chodzi. Oni wtedy ryzykowali własnym życiem! I jeżeli mu się udało i przetrwał, to miał po prostu piekielne szczęście! I mimo wszystko, bardzo cieszę się, że udało mu się przeżyć! - zaperzyła się babcia.
Zobaczyłam, że sięga do kieszeni blezera, którym się otuliła, i wyjmuje z niej nieco zmiętą chusteczkę higieniczną, żeby otrzeć łzy. Sama też się wzruszyłam, nie wspominając, że jest mi bliskie spojrzenie babci na współczesną wersję patriotyzmu.
- Babciu, to się wujkowi chwali, ale dlaczego mam robić coś, na co nie mam najmniejszej ochoty? Nie widziałam tego zdrajcy od pół roku i niech tak zostanie! - oświadczyłam, starając się, żeby mój głos brzmiał stanowczo.
- A ja nie rozumiem, do czego będzie potrzebny twój prawie były mąż. Przecież my żyjemy, a tak po prawdzie to dziedziczy babcia, bo jest najbliższą krewną, i gdyby nawet, to oddamy sprawę do sądu i wygramy! Chociaż w sumie... Mateusz był bardzo miły. Szkoda, że się rozstaliście.
Mama machinalnie sięgnęła po drinka i skrzywiła się z rozczarowaniem na widok pustej szklanki.
- Dolej mi, dziecko - poprosiła.
- Jak już ustalimy, że nie obchodzi nas żaden spadek, będziesz mogła pić do woli. - Miałam ochotę wyjść na zewnątrz z kieliszkiem w ręku i powoli popijając gorzkawy alkohol, spoglądać w niebo i szukać gwiazd. Kiedyś tak robiłam, przytulona do boku Mateusza. Jak on mi mógł to zrobić, do cholery! - W ostatnim momencie powstrzymałam napływające do oczu łzy.
- A mnie obchodzi - odezwał się drżącym głosem do tej pory milczący tata. Chyba poczuł się już nieco lepiej. Przygładził włosy, wstał z fotela i podszedł do stołu. Postawił szklankę i powolnym ruchem odsunął ciężkie krzesło. Widziałam, że każdy ruch stanowi dla niego wysiłek, i zrobiło mi się głupio. Zanim zdążyłam się odezwać, tata uśmiechnął się blado i wyznał:
- Wstyd się przyznać, ale ja jestem bardzo ciekawy, jaki to spadek. Tyle się nasłuchałem o wuju wynalazcy, człowieku nietuzinkowym, że chciałbym sprawdzić, czy chociaż jedno słowo o nim było prawdą. Bo może wszystko od początku do końca było fałszem? Może nigdy nie był cudownym dzieckiem chemii, nie studiował na Sorbonie, nie zaciągnął się do wojska? Może jego testament cokolwiek wyjaśni? A ty - tata zwrócił się do mnie - dostajesz szansę, żeby sprawdzić, co słychać u Mateusza i zdecydować, co dalej. Zasłonisz się ostatnią wolą wuja z Peru, pobudzisz ciekawość, a potem spokojnie wystąpisz o rozwód.
Tata był kochany, ale też okropnie naiwny.
- A jeżeli Mateusz przyjedzie razem z tym, tym... - zająknęłam się. Poczułam, że czerwienię się jak burak.
- Że przyjedzie z tym swoim przyjacielem? Postaw sprawę jasno, zaproszenie dotyczy tylko jego.
- Łatwo ci mówić!
- Przecież to nie koniec świata, trudno, chłopak się pomylił z orientacją, może myślał, że mu przejdzie.
Moja mama zawsze lubiła swojego zięcia. I z wzajemnością.
- Co mu przejdzie? Orientacja seksualna?! Weź przestań! - parsknęłam rozzłoszczona. Zrobiło mi się sucho w gardle i najchętniej napiłabym się herbaty, ale jeśli teraz czegoś nie postanowimy, to już nigdy.
- Jak ty się odzywasz do matki? - zwróciła mi uwagę babcia Eleonora. W sumie słusznie, to nie wina mojej mamy, że Mateusz rok po ślubie stwierdził, że musi sobie wszystko przemyśleć, ponieważ czuje, że nasze małżeństwo jest pomyłką. Nie tak to sobie wyobrażał. I tak z dnia na dzień, wyprowadził się do niejakiego Zemły, o którym wiedziałam tylko tyle, że jest właścicielem pracowni architektonicznej i dobrym znajomym Matiego. Pod względem zawodowym dobrali się z Mateuszem idealnie, mój prawie były mąż ukończył politechnikę, z pasji i zamiłowania projektował wnętrza, a w wolnych chwilach aspirował do roli pisarza, zamykając się na długie godziny w swoim pokoju. Nie wiem, czy był to pretekst, czy wzywała go wena. Z tego, co się orientowałam, Mateusz na razie nie wydał swojej pierwszej bestsellerowej powieści. Chyba że użył pseudonimu.
Co ja mam zrobić?
Znałam moją rodzinę i wiedziałam, nie ustąpią i nie ma to nic wspólnego z pazernością. Wszystko to wina rozbudzonej ciekawości. Może to nie będzie takie straszne, jeden telefon, sucho i beznamiętnie. Wujek sobie zażyczył i trudno.
Czułam, że mięknę.
Wyprostowałam zgarbione plecy i wciągnęłam powietrze do nosa. Wdech, wydech, zachowaj spokój. Przyjedzie, wyjedzie, a potem zobaczymy się w sądzie. Przecież nie mam do niego numeru telefonu...
- Nie mam do niego numeru telefonu. Wykasowałam - powiedziałam sucho do wpatrzonej we mnie reszty rodziny.
Tata przeczesał resztki włosów, a babcia podrapała się po nosie.
- Dobrze, wasze na wierzchu, rozumiem, że wy nadal macie namiary na Matiego. Zamiast solidarnie zerwać kontakty... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Które ma ten numer?
Nie musiałam powtarzać, ojciec usłużnie wysupłał swój telefon z kieszeni swetra i mi podał. Aparat był nagrzany i pachniał wodą kolońską taty. Spojrzałam na wyświetlacz. Dochodziła dwudziesta pierwsza, to jeszcze młoda godzina. Wstałam od stołu i odprowadzana ich współczującymi spojrzeniami udałam się do kuchni jak cielę na rzeź, żeby wykonać misję.
*
Szum spuszczanej w łazience wody zagłuszył ostatnie słowa Mateusza, ale i tak nasza krótka rozmowa dobiegła końca. Byłam zdziwiona ciepłem jego głosu i życzliwością.
Żaden problem, przyjadę, przeliteruj adres, poprosił. Zapisał datę. Jeżeli nie stanie się nic nieprzewidzianego, mogłam być pewna, że dotrzyma słowa. Przez chwilę stałam w kuchni, przyciskając rozgrzany telefon do piersi. Jeszcze czułam, jak tłucze mi serce, jak chce wylecieć prawie w kosmos. Nie było już powrotu do tego, co nas łączyło, ale nie przypuszczałam, że aż tak mi go brakowało. Małgorzato, jeżeli się pomyliłaś, to popełniłaś horrendalny błąd - powiedziałam do siebie w duchu.
- I jak tam, dogadaliście się?
Tata wyszedł z łazienki, wycierając jeszcze mokre dłonie w puchaty ręcznik. Wyglądał dużo lepiej niż jeszcze godzinę temu, blade policzki nabrały rumieńców, a zmarszczki na czole wydawały się mniej głębokie. Oddałam mu telefon i odpowiedziałam powściągliwie:
- Owszem, zadeklarował, że na pewno przyjedzie.
- Pamiętaj, córeczko, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - pocieszył mnie tata. Jak zawsze wierzył, że wszystko, co się dzieje, jest po coś. Tylko nie zawsze wiadomo po co. Skinęłam głową twierdząco i wróciłam do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę. Potwornie chciało mi się pić, a i jakieś kanapki by się przydały.