Tajemnice Little Balmoral - Sophie Jomain

Reflow text when sidebars are open.
3 października
ZOSTAWIŁAM ZA SOBĄ MIENIĄCE się odcieniami czerwieni płaszczyzny Quebecu i choć Creuse bardzo różni się od moich kanadyjskich stron, jesień jest tu równie urzekająca. Wszędzie złocą się i rudzieją liście, oferując moim zachwyconym oczom niezwykłą paletę barw. Lubię, gdy lato się kończy i ustępuje miejsca magii października - wszystko staje się wtedy bardziej romantyczne i nastrojowe. Wydaje mi się, że ze wszystkich pór roku jesień jest najbardziej kojąca. Zawsze wolałam ją od pozostałych.
Stopniowo zwalniam na widok znaku drogowego z charakterystyczną dla Francji czerwoną obwódką, oznaczającego wjazd na teren zabudowany. Dozwolona prędkość: pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Sto metrów dalej - już trzydzieści na godzinę. W pobliżu jest szkoła, tuż za mostem nad rzeką Creuse, wspartym na trzech arkadach. Latem liście nenufarów rozciągają się tu wzdłuż brzegów, a w powietrzu niesie się rechot żab. Jadąc dalej, dostrzegam też piekarnię, która jeszcze dziewięć lat temu wypiekała chleb w piecu opalanym drewnem.
Pamiętam, jakby to było wczoraj, domy z szarego kamienia, dawne fortyfikacje, ratusz z niewielkim placem, fontanną i zachęcającymi ławkami pod platanami. Ładnie tu.
Nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś wrócę do Cornehotte, kolebki rodziny mojej matki. Ostatni raz byłam tu w 2016 roku, 24 lipca - niebo tego dnia było nieskazitelnie błękitne, panował upał sprzyjający kąpielom w rzece, a resztki mojej rodziny rozpadły się na kawałki. Skończyłam właśnie szesnaście lat.
Atlantyku nie przemierza się tak, jak się przechodzi przez ulicę do piekarni. Już wcześniej rzadko tu z mamą przyjeżdżałyśmy, a po kłótni, która wybuchła między nią a moją ciotką, nie postawiłyśmy tu więcej nogi.
O co poszło? Historia niezbyt piękna, choć stara jak świat: Alzheimer, pogrzeb, spadek roztrwoniony przedwcześnie przez najstarszą córkę - i młodsza, rozwścieczona niesprawiedliwością, zostawiona z niczym, bez prawa głosu. "Nie wtrącaj się - powiedziała mi kiedyś koleżanka z klasy, gdy wróciłam do Quebecu - to tematy dorosłych, a dorośli często zachowują się potwornie głupio, gdy chodzi o pieniądze". Być może. Tak czy inaczej, wszystko to miało swoje konsekwencje - a ja od tamtej pory nigdy więcej nie odezwałam się do ciotki.
A dziś? Nie mam już rodziców, dziadków, wujków ani kuzynów, jestem jedyną przedstawicielką rodziny Demay i to ja dziedziczę cały majątek.
Co za ironia losu... Mama chyba przewraca się w grobie. Testament musiałby być jednak wyjątkowo korzystny, żebym zgodziła się tu wrócić. Bo choć Cornehotte jest tak urocze, jak sugeruje jego nazwa1, to właśnie stąd wyniosłam jedne z najgorszych wspomnień mojego okresu dorastania. Notariusz nie zdradził mi szczegółów, ale dobrze wiem, co odziedziczyłam, to oczywiste: dom ciotki, i to nie byle jaki dom. Chodzi o rezydencję z początku XIX wieku, jedną z tych niedostępnych posiadłości, które ogląda się tylko w filmach albo mija w drodze na wakacje, marząc, by w nich zamieszkać. Okazałe zamczysko, na które większości ludzi nigdy nie będzie stać. Moja ciotka była artystką i dobrze sobie radziła. Obrazy, plakaty, książki dla dzieci, a do tego pieniądze, które wyciągnęła od mojej babci - bez trudu urządziła sobie życie, w przeciwieństwie do mojej mamy.
Teraz to już nieważne. Dziedziczę, sprzedaję i wracam do siebie!
Tłumię w sobie rozgoryczenie i wjeżdżam do wioski, parkuję niedaleko ratusza - ładnego budynku z kamienia, otoczonego platanami, po których pną się rudziejące liście dzikiego wina.
Wysiadam z wynajętego samochodu, zarzucam torbę na ramię, teczkę z dokumentami biorę pod pachę i idę po bruku w stronę bordowych drzwi na rogu ulicy. Złota tabliczka informuje, że mieści się tu kancelaria notarialna, gdzie mam umówione spotkanie.
Otwarte, wystarczy pchnąć drzwi.
Jest siedemnasta. Aplikant najwyraźniej skończył już pracę, bo mecenas Trottoy jest sam, gdy wchodzę.
- Ph?dre Demay! Wreszcie mam przyjemność panią poznać - wita mnie serdecznie, wyciągając rękę. - Jest pani wierną kopią swojej ciotki! Czy ktoś już to pani mówił?
Kiedy byłam dzieckiem, słyszałam to bez przerwy - ku ogromnemu niezadowoleniu mojej matki. Czy mecenas Trottoy zdaje sobie sprawę, że to nie jest komplement? Wątpię. Jestem niemal pewna, że moja ciotka zgrywała ofiarę, a może nawet kłamała na nasz temat, opowiadając, że ja i moja mama jesteśmy zgorzkniałe i dzikie. Któż to może wiedzieć?
Kiwam głową i ściskam jego dłoń, nie odpowiadając na pytanie.
- Dzień dobry, panie mecenasie.
- To jednak kawał drogi, więc cieszę się, że udało się pani przyjechać. Proszę usiąść. Zatrzymała się pani w Cornehotte?
- Nie, w Guéret. Przynajmniej na tę noc.
- W takim razie postaram się nie przedłużać. Dni robią się coraz krótsze, nie chciałbym, żeby przeze mnie wracała pani po zmroku. Napije się pani czegoś? Herbaty? Kawy? Mam jedno i drugie.
Taka uprzejmość od razu sprawia, że mam ochotę zrzucić maskę zgorzknienia, z którą tu przyjechałam. Trochę się rozluźniam.
- Chętnie napiję się herbaty.
- Jeśli lubi pani przyprawy, mam doskonałą propozycję. Z ciasteczkami napój smakuje wyśmienicie.
Jak tu odmówić?
Podejrzewam, że niewiele spotkań w kancelariach notarialnych przebiega w ten sposób. Mecenas Trottoy wydaje się uosobieniem życzliwości.
- Zawsze korzystam z tego, co najlepsze w danej porze roku - mówi, wkładając do filiżanki saszetkę. - Jabłka, orzechy i cynamon... Jesień to prawdziwy klejnot!
Jak tu nie uśmiechnąć się szczerze?
- Zgadzam się, to moja ulubiona pora roku.
- W takim razie pokocha pani życie w Cornehotte! Jesień jest tu piękniejsza niż gdziekolwiek indziej.
Marszczę brwi - i to nie dlatego, że uważa, iż Kanada nie zajmuje pierwszego miejsca w rankingu krajobrazów.
- Życie tutaj?
- Racja, nie wyprzedzajmy faktów - mówi, nalewając herbaty i siadając za biurkiem. - Najpierw formalności, potem przyszłość.
Gdy otwiera teczkę, odchrząkuję lekko, nieco skrępowana.
- Mecenasie Trottoy... Ja nawet nie wiem, na co zmarła moja ciotka ani gdzie. Od kilku lat prawie nie utrzymywałyśmy kontaktu.
Podnosi wzrok i przez chwilę milczy. Zastanawiam się, o czym myśli. Może, że nie zasługuję na ten spadek...
- Zmarła w domu opieki, w którym przebywała od dwóch tygodni po zawale serca. Odeszła we śnie. Jej serce było bardzo słabe, wiedziała o tym od dawna, miała już wcześniej kilka poważnych sygnałów ostrzegawczych. Dlatego też złożyła odpowiednie dyspozycje. W tej kwestii wszystko jest doskonale uporządkowane - dodaje, stukając palcem w dokumenty.
- Rozumiem... Nie byłyśmy już zbyt blisko, więc dziwi mnie, że w ogóle coś mi zapisała.
- Życie bywa pełne niespodzianek, panno Demay. Trzeba być na wszystko otwartym.
Ponieważ tylko przytakuję i nic więcej nie mówię, zaczynamy spotkanie.
Najpierw mecenas sprawdza moje dane osobowe: "Ph?dre Demay, obywatelstwo francusko-kanadyjskie, urodzona w Montrealu, w Kanadzie, dnia..." i tak dalej, i tak dalej. Potem przechodzi do spraw spadkowych, używając żargonu, który kilka razy omal nie przyprawia mnie o ziewanie. Wylądowałam wczoraj na lotnisku Charles'a de Gaulle'a. Po zaledwie czterech godzinach snu, z potężnym jet lagiem, prowadziłam jeszcze sześć godzin auto, żeby tu dotrzeć. Jestem daleka - bardzo daleka - od tego, by czuć się przytomnie, ale w końcu przechodzimy do sedna.
- Pani ciotka nie miała dzieci, dlatego zapisała pani cały swój majątek: obrazy, w tym również te wystawiane w galeriach oraz ewentualne dochody z ich sprzedaży, nowy samochód terenowy, starą oślicę oddaną pod opiekę na Różaną Farmę, dwór w Cornehotte wyceniony na czterysta osiemdziesiąt tysięcy euro, a także...
Mimowolnie gwiżdżę z wrażenia.
- To niemała kwota...
- Istotnie - odpowiada i wraca do czytania. - A więc, jak mówiłem: dwór w Cornehotte, a także całość środków na rachunkach bankowych i lokatach w wysokości pięciuset dwunastu tysięcy trzystu pięćdziesięciu euro oraz kapitał z polisy na życie wynoszący pięćset pięćdziesiąt jeden tysięcy euro. Ta kwota będzie zwolniona z podatku, ponieważ pani ciotka zawarła umowę ubezpieczenia w okresie, gdy jej tymczasowa rezydencja podatkowa znajdowała się w Kanadzie.
Tym razem chyba naprawdę blednę. Jak to możliwe, że ciotka aż tak się wzbogaciła? Owszem, skorzystała na pieniądzach mojej babci, ale ta nie dysponowała aż takim majątkiem, a ja nie przypominam sobie, żeby ciotka żyła w takim dostatku.
- Nie wiedziałam, że była aż tak zamożna...
- Znaczne dochody przyniosła jej sprzedaż obrazów. Była artystką znaną na całym świecie, choć żyła bardzo skromnie.
Mogłam tylko skinąć głową. Mam wrażenie, że przegapiłam kilka rozdziałów z jej życia.
- Przedstawiłem pani skład spadku - ciągnie - jednakże pani ciotka zawarła w testamencie jeszcze kilka szczegółowych uwag.
- Słucham pana.
- Postanowiono, że środki z polisy na życie mają zostać przeznaczone na całkowity remont dworu, który pani dziedziczy.
Blednę jeszcze bardziej i zaczynam rozumieć, co miał na myśli, mówiąc: "spodoba się pani życie w Cornehotte" - i wcale mi się to nie podoba.
- Remont? To niemożliwe. To by oznaczało, że musiałabym zostać tutaj na kilka miesięcy, a może znacznie dłużej... Nie planowałam tego.
- Może pani oczywiście zatrudnić architekta i kierownika budowy, ale ich wynagrodzenie pochłonie zapewne około jednej czwartej całego budżetu.
Przyjmuję to do wiadomości.
- Ciotka naprawdę wyobrażała sobie, że rzucę wszystko i zostanę tutaj, żeby zajmować się jej domem? To jakiś żart.
Mecenas zaciska wargi i patrzy na mnie ze współczuciem, dając do zrozumienia, że nie ma tu pola na negocjacje.
Ja chyba śnię... Przez całe życie patrzyłam, jak moja matka zaharowuje się na śmierć, jak decyduje, która z nas dostanie większy kawałek mięsa, która potrzebuje nowych ubrań, a która może jeszcze poczekać - najczęściej ona, bo ja wciąż rosłam. W Kanadzie pracuję w księgarni, nie przelewa mi się i muszę sobie odmawiać wielu rzeczy, bo rak nie daje taryfy ulgowej. Moja mama nie była ubezpieczona, straciła posadę, więc musiałyśmy wziąć kredyt na życie, który spłacam co miesiąc od czterech lat. Mimo wszystko moje życie jest poukładane i nie zamierzam wywracać go do góry nogami, żeby remontować ruderę ciotki, której nigdy na mnie nie zależało. Przez dziewięć lat nie napisała do mnie ani razu. Nigdy.
Owszem, ja też nie - ale to ona była dorosła, nie ja.
- Proszę posłuchać... Przyjechałam tu z zamiarem jak najszybszego sprzedania dworu, bo domyślałam się, że o to chodzi, wzięłam wolne z pracy w Quebecu i podnajęłam mieszkanie. Zakładałam, że zajmie mi to najwyżej miesiąc, może dwa: tyle, ile potrzeba na formalności i przekazanie sprawy sprzedaży agencji nieruchomości. A pan mi teraz mówi, że to może potrwać ponad rok?
Notariusz spuszcza wzrok na dokumenty i uśmiecha się uspokajająco.
- Pani ciotka, pani Clavreuil, zleciła wcześniej wycenę prac. Kompleksowy remont może potrwać około dwudziestu czterech miesięcy. Albo trzydziestu sześciu, jeśli zdecyduje się pani zaadaptować poddasze.
- Dwa lata?! To absurd, mam przecież własne życie!
W praktyce nie jest ono może szczególnie ekscytujące i sprowadza się do błędnego koła "praca, dom, praca, dom". Mam prawie dwadzieścia pięć lat, żadnego poważnego związku na koncie, za mało pieniędzy na regularne wyjścia czy wakacje... Sam bilet lotniczy tutaj pochłonął sporą część moich oszczędności. Ale to moje życie i zależy mi na nim.
- Proszę pozwolić mi dokończyć - zwraca się do mnie spokojnie mecenas Trottoy. - Pani ciotka poczyniła za życia pewne ustalenia. Utrzymanie jej oślicy zostało opłacone aż do śmierci zwierzęcia, nie będzie więc musiała się pani nią zajmować. Podatek spadkowy oraz koszty notarialne zostaną pokryte z jej środków bankowych. Otworzono dla pani rachunek, z którego będzie można opłacać wydatki związane z remontem domu, a także zakup niezbędnych materiałów i drobnego wyposażenia. Oczywiście wszystko musi być udokumentowane - za każdym razem będzie mi pani przekazywać faktury.
- To niedorzeczne!
- Rozumiem, że to wszystko spada na panią dość raptownie - przyznaje - ale nie będzie pani ponosić kosztów czynszu ani mediów, ponieważ ogrzewanie, prąd i woda uznane są za niezbędne do prawidłowego przebiegu prac.
- A jeśli nie wydam wszystkiego na remont?
- Po wykonaniu niezbędnych prac pozostała kwota przypadnie pani. Będzie pani mogła swobodnie zdecydować, czy zostać, czy sprzedać nieruchomość i zatrzymać całość uzyskanej sumy. Proszę jednak pamiętać - pani ciotka zatwierdziła już część kosztorysów, nie będzie pani mogła zmienić wykonawców, chyba że z ich strony pojawią się przeszkody. Są to głównie przedsiębiorcy z Cornehotte, bardzo jej na tym zależało.
- Jasna sprawa, mogłabym przecież wpaść na pomysł, żeby zlecić wszystko słabo opłacanym fachowcom z Europy Wschodniej.
Mecenas nie reaguje na sarkazm.
- Załóżmy, że podejmę się tego szalonego zadania. Jak mam żyć, jeśli całe dnie będę pilnować remontu? Chyba nie samą miłością do tego miejsca?
- Pani ciotka przewidziała również dla pani miesięczne świadczenie w wysokości tysiąca pięciuset euro na czas trwania prac, maksymalnie przez trzy lata, czyli łącznie pięćdziesiąt cztery tysiące euro.
- Za żadne skarby nie zostanę tu na trzy lata...
- Pensja będzie pani wypłacana pod jednym szczególnym warunkiem.
- Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej...
Notariusz unosi brew z surową miną i ciągnie:
- Jeśli prace zakończą się wcześniej, wypłacana co miesiąc kwota będzie przekazywana bezpośrednio na rzecz organizacji pożytku publicznego.
Wszystko jest jasne i perfekcyjnie zaplanowane.
Ciotka przewidziała każdy szczegół - to do niej podobne. Lubiła organizować i mieć nad wszystkim kontrolę, tak jak latami mistrzowsko zarządzała pieniędzmi mojej babci. A jednak jej decyzje mnie niepokoją, zwłaszcza to, że wybrała właśnie mnie.
- Mecenasie Trottoy, proszę wybaczyć pytanie, na które być może nie ma pan odpowiedzi... Dlaczego uczyniła mnie swoją spadkobierczynią? Dlaczego nie przekazała wszystkiego bezpośrednio jednej z tych organizacji, o których pan wspomina?
Wzrok notariusza sprawia, że czuję się zakłopotana.
- To przecież oczywiste, panno Demay: rodzina znaczyła dla niej więcej, niż pani przypuszcza.
Chwilę później opuszczam kancelarię notarialną, podpisawszy stos dokumentów, nawet nie zastanawiając się, czy mogłabym odrzucić spadek. Wysłuchałam ostatnich wskazówek administracyjnych i finansowych, po czym odebrałam klucze do dworu ciotki.
Nogi wciąż jeszcze mi drżą, gdy wsiadam do samochodu. Ten trzeci października na długo pozostanie w mojej pamięci - niczego takiego się nie spodziewałam. Myśli kłębią się w mojej głowie: opuścić mieszkanie, opuścić kraj, by wrócić dopiero za dwa lata? A może zostawić wszystko komuś na przechowanie? Moja przyjaciółka, której podnajmuję pokój, na pewno nie miałaby nic przeciwko. Szuka miejsca dla siebie, a mój mały loft bardzo jej się podoba. A jednak czuję się kompletnie skołowana - sama już nie wiem, co jest dla mnie dobre. A gdybym wróciła do notariusza i powiedziała, że zmieniłam zdanie, że nie chcę tego spadku? Wszystko byłoby prostsze.
Wzdycham, bo w gruncie rzeczy to rozwiązanie jest niemal niemożliwe. Kiedy sprzedam ten dwór, będę mogła zamknąć pewien etap i zacząć życie inne niż dotychczasowe. Dwa lata remontu, żeby wycisnąć z tego jak najwięcej i wrócić do siebie - to powinno szybko minąć. Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i odpalam silnik.
Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi - za godzinę zapadnie zmrok. Nie mam już odwagi jechać teraz do dworku, ale chciałabym chociaż przejechać obok.
Po tylu latach wciąż dokładnie pamiętam tę drogę. Przemierzam uliczki Cornehotte, potem ruszam wąską wiejską drogą i w końcu go dostrzegam - na uboczu, na szczycie zalesionego wzniesienia, górującego nad okolicą niczym tajemnicza budowla, z której spośród rudych jesiennych liści wystają jedynie dachy. Dwór.
Zatrzymuję się przed bramą z kutego żelaza rozpiętą między dwoma masywnymi kamiennymi słupami i opuszczam szybę, by lepiej mu się przyjrzeć. Wciąż jest piękny - z falistym frontonem, łagodnymi krzywiznami wznoszącymi się ku smukłej iglicy zwieńczonej motywem słońca i z groźnie sterczącymi grotami wypełniającymi przestrzenie między prętami. Kiedyś słyszałam, że ogrodzenie jest oryginalne - przydałoby mu się tylko malowanie. Miedziana tabliczka, pokryta zielonkawą patyną i trzymająca się już tylko na dwóch maleńkich śrubkach, ukazuje niemal mityczną nazwę posiadłości: Little Balmoral. Obok stoi stara czarna skrzynka na listy z maleńkimi zdobionymi drzwiczkami i daszkiem przypominającym dachówki.
Na chwilę zamykam oczy - napływają wspomnienia. Mama woła, żebym nie biegła tak szybko, kiedy idę po pocztę. Ciotka wyrywa chwasty wzdłuż alei. Pięcioletnia ja, na starym rowerze, uczę się jeździć po kamienistej drodze. Letnie słońce, strumień za domem, ptaki wśród świerków... tak bardzo lubiłam tu przyjeżdżać.
Wzdycham, ogarnięta niespodziewaną nostalgią.
Francja to nie tylko same złe wspomnienia, ale dziś jest raczej odległym snem. Gdy miałam szesnaście lat i wszystko wydawało się możliwe, chciałam tu zamieszkać. Teraz jednak wiem, że najpewniej zakończę życie w Kanadzie. I choć w wieku niespełna dwudziestu pięciu lat może jeszcze za wcześnie na takie decyzje, jestem prawie pewna, że dom mojej ciotki nigdy nie będzie naprawdę mój.
Jeszcze raz spoglądam na tabliczkę, ledwo uświadamiając sobie, że całe moje życie właśnie wywróciło się do góry nogami. Ze ściśniętym gardłem ruszam w dalszą drogę.
Na dziś wystarczy.
Wrócę tu jutro.
LAFAYE, GIRONDIN ZOSTAWIŁ NAS na lodzie, przejmujesz jego sprawy!
Stos dokumentów, które szef rzuca mi na biurko, uderza o blat i strąca pusty kubek po kawie. Wytrzeszczam oczy.
- Co? Nie masz nikogo innego? Miałem mieć dziś wieczorem wolne, pamiętasz?
- Tak, ale nic z tego, naprawdę nie mam nikogo. Za pięć tygodni musimy zamknąć interaktywny projekt na listopad, ty masz cztery, żeby to skończyć, plus reszta roboty. Masz zapas.
- Zapas? To jakiś żart? Wiesz, nad iloma rzeczami teraz pracuję?
- Jak wszyscy, Lafaye, jak wszyscy. Dogadaj się z działem kadr i zmień daty, jeśli nie chcesz pracować w czasie urlopu.
- Mówisz poważnie? A jeśli mam zarezerwowany wyjazd?
- A masz?
Wzruszam ramionami. Oczywiście, że nie. Planowałem przez dwa tygodnie lenić się w domu moich starych w Lacanau. Szlag by to.
- Doskonale! - cieszy się szef, który zna mnie aż za dobrze. - To pendrive od Girondina z dokumentacją na temat kolei, materiały prasowe i jego notatki. Dał zgodę na pełne wykorzystanie. I dobrze, że dał... Żeby tak nas zostawić w ostatniej chwili, nie robi się tak. Zresztą z takim nazwiskiem na pewno kibicuje Bordeaux, i to wszystko wyjaśnia!
Klasyczne gadanie Paryżanina, cóż... Chciałbym dorzucić, że z freelancerami zawsze jest tak samo, ale w sumie nie. Nieważne, czy ktoś jest z Bordeaux, czy nie - gdyby szef lepiej płacił, nie doszłoby do tego. Naturalnie się poddaję.
- Dobra, ogarnę to, ale będziesz miał u mnie dług.
- Jasne, jasne - rzuca, odchodząc do swojego gabinetu, jedynego zamykanego pomieszczenia w naszym open space.
To dlatego pracuję z domu. Dziś rano też powinienem był tam zostać. Idiota ze mnie.
Julien Da Silva założył "La Passerelle" dwadzieścia lat temu. To nie redakcja, tylko grupa dziennikarzy - freelancerów i etatowych - którzy piszą teksty dla prasy. Jest nas dwunastu i pracujemy dla większości liczących się gazet i magazynów: "Le Figaro", "Le Monde", "L'Express", "Elle", "Le Point", "Marie Claire"... Jest intensywnie, bo freelancerzy potrafią nawalić, ale "La Passerelle" nie może zawieść swoich klientów - umowy z grupami medialnymi są tak wyśrubowane, że konsekwencje mogłyby być poważne. Spóźnisz się o jeden dzień i naliczają kary. Da Silva nie ma teraz czasu szukać nikogo innego, a sprawa spada na mnie dlatego, że początkowo to ja miałem się tym zająć.
Przekazałem temat nawiedzonych domów Girondinowi kiedy się pojawił, bo nie miałem ochoty się w to bawić, a on jarał się wizją jeżdżenia po różnych zakątkach Francji. Ja nie mam do tego głowy - niedobrze mi się robi od takich ezoterycznych klimatów.
Pracuję dla Da Silvy od pięciu lat - to moja pierwsza robota jako dziennikarz. Umiał zarządzać i rozkręcić biznes w świecie pełnym rekinów. Jest wymagający, ale nie jest złym szefem. Ceni sobie lojalność i rzetelność, ale jest też najbardziej zestresowanym i nadaktywnym człowiekiem, jakiego znam. Nigdy nie widziałem, żeby odpoczywał choćby przez minutę. Nawet lunch je z nosem w telefonie. Przerwa na kawę? Na telefonie. Toaleta? Na telefonie. Spotkanie? Odbiera dziesięć połączeń. To się już stało żartem - wszyscy mówią na niego "Call Center".
- Fontaine, za trzydzieści minut mam lunch! - krzyczy, wychodząc ze swojego szklanego akwarium. - Artykuł do "Sciences et Vie" ma leżeć na moim biurku, kiedy wrócę, jasne?
- Tak jest, szefie! - odpowiada jeden z kolegów, naśladując wojskową odezwę, co mnie bawi.
Da Silva chce, żeby mówić do niego per "szefie", a sam nigdy nie używa imion - taka zasada. Podobno ma mu to dodawać amerykańskiego stylu. Kiedy zdarzy się, że użyje czyjegoś imienia, to znak, że flirtuje przez telefon z kobietą albo że ma na linii klienta, którego chce sobie zjednać. To spryciarz - wszyscy o tym wiedzą - i ma gadane, dlatego firma tak dobrze się kręci. No i dzięki jego łagodnej tyranii. W wypadku Da Silvy oksymorony zawsze trafiają w punkt.
Spoglądam na pendrive'a i wtykam go do komputera. Jeśli kiedyś spotkam Girondina, to go chyba uduszę.
Przeglądam pliki i od razu widzę, że nie próżnował. Odwiedził już kilka domów, zrobił zdjęcia, notatki, ale ja aż zgrzytam zębami na myśl o tych wszystkich mistycznych bzdurach, które będę musiał przepisać.
Na liście zostały trzy posiadłości: jedna na słonych łąkach w Zatoce Somme, druga w Berry, pośrodku dzikiego terenu otoczonego lasem, i trzecia w wiosce w Creuse.
Zatrzymuję się przy tej ostatniej. Kompletnie o niej zapomniałem. Na początku lipca, kiedy przydzielono mi ten temat i oddałem go Girondinowi, rzeczniczka "La Passerelle" wystąpiła z apelem o świadectwa w lokalnej prasie kilku departamentów. Wśród odpowiedzi był list od Renaty Clavreuil, a ja natychmiast kazałem umówić spotkanie. Mogła przyjąć mnie dopiero po siedemnastym października. Wydało mi się to dziwne, ale zgodziłem się, bo znałem tę kobietę.
Zanim moi rodzice kupili willę w Lacanau, mieli dom w Creuse, w Cornehotte, małej wiosce pośrodku ukochanej przez malarzy doliny. Spędzaliśmy tam każde lato. Renata Clavreuil była artystką, mieszkała w starym dworku i właśnie wyremontowała jego parter. Kupiła go, żeby opiekować się chorą matką.
Uchodziła za lokalną osobowość, ale przede wszystkim była ciotką Ph?dre - mojej pierwszej wakacyjnej miłości. Pierwszej miłości w ogóle. Mojej pierwszej prawdziwej relacji. To był rok 2016, miałem lat siedemnaście, ona szesnaście.
Ph?dre spędziła w Cornehotte pięć tygodni - jej babcia umierała. W domu panowała ciężka atmosfera, ale ona chciała o tym zapomnieć, a ja byłem obok, zakochany i dostępny.
Wspominam tamto lato z nostalgią. Nie wiedzieliśmy o sobie prawie nic, a jednak byliśmy nierozłączni. Nieporadnie kochaliśmy się w sianie starego strychu i całowaliśmy się bez przerwy. Raz nawet uciekła z domu, żeby spotkać się ze mną nad rzeką Creuse. Chcieliśmy spać pod gołym niebem. Zmarzliśmy tak bardzo na wilgotnej trawie, że po dwóch godzinach zrezygnowaliśmy. Kiedy pomogłem jej wślizgnąć się z powrotem przez otwarte okno na parterze, jej matka już czekała na nią na łóżku. Nie za bardzo mnie lubiła, mam wrażenie, a po tym wydarzeniu chyba jeszcze mniej. Sama wychowywała córkę i prawie się nie uśmiechała. Jakby słońce dla niej nie istniało. Między nią a siostrą czuć było ogromne napięcie. Za każdym razem, gdy przychodziłem, wymieniały się złośliwościami albo niemal się do siebie nie odzywały. Panowała tam dziwna atmosfera.
A potem babcia Ph?dre zmarła i moja wakacyjna miłość wróciła do Kanady, gdzie mieszkała na stałe - nie pożegnawszy się. Bez "do widzenia", jakbym nigdy nie istniał. Wtedy dowiedziałem się, jak wygląda rzeczywistość i że nie warto zbyt szybko ufać.
Oczywiście nigdy już się do mnie nie odezwała, więc kiedy zobaczyłem nazwisko jej ciotki w materiałach prasowych, trudno mi było w to uwierzyć.
Zastanawiam się, co się stało z tą dziewczyną. Ile może mieć teraz lat? Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć? Nawet nie jestem pewien, czy kiedykolwiek znałem datę jej urodzin. Pewnie nadal mieszka w Kanadzie - może jest w związku, a może jest zatwardziałą singielką, tak jak ja. Przyznam, że kilka razy próbowałem znaleźć ją w mediach społecznościowych, ale bez skutku. Pamiętam, że nie przepadała za technologią, co było dość niezwykłe jak na dziewczynę w jej wieku, nie używała nawet telefonu komórkowego. Za to miała najpiękniejsze zielone oczy, jakie w życiu widziałem, długie, lekko falujące kasztanowe włosy, kilka piegów na nosie i policzkach oraz ładną, muśniętą słońcem cerę. Twierdziła, że jest za gruba, ale dla mnie była idealna.
- Nie zdążę z tym - mruczy Fontaine zza komputera. - Wkurza mnie tymi tematami na ostatnią chwilę.
Uśmiecham się. Kolejna ofiara Juliena Da Silvy.
- Taki fach, stary. Ile słów?
- Cztery tysiące. I zero motywacji.
- Chcesz przejąć ode mnie temat nawiedzonych domów?
Widzę, jak się krzywi.
- Ile słów?
- Dziesięć tysięcy. I kilka spotkań z właścicielami. No co, nie kusi cię mała wycieczka w stylu American Horror Story?
Wybucha śmiechem.
- Prędzej umrę! Wolę jednak naukę od paranormalnych bredni.
Fontaine jest u nas od roku, świeżo po studiach i dostaje wszystkie tematy związane z AI. Ostatnio napisał artykuł o sztucznej inteligencji zdolnej analizować łożysko na podstawie zdjęcia, żeby wykrywać możliwe anomalie u noworodków. Przez dwa dni narzekał, że bawiąc się w Boga, w końcu ściągniemy na siebie kłopoty.
Kulka z papieru przelatuje przez pokój i ląduje na jego biurku. Fontaine ją rozwija, krzywi się i odwraca w stronę kolegi, który śmieje się gdzieś w głębi pomieszczenia, po czym pokazuje mi wzór E = mc2 otoczony serduszkiem.
Uśmiecham się i wracam do swojego tematu.
Przeglądając pliki, widzę, że Girondin zdążył już umówić kilka spotkań z właścicielami domów. Pierwsze jutro, w Berry. Drugie w przyszłą środę, w Zatoce Sommy. Dokładnie w trakcie mojego urlopu. Mam ochotę go zwyzywać.
Czytam notatki rzeczniczki prasowej: dwór w Berry miałby być nawiedzony przez dawnego kucharza. Od pięćdziesięciu lat nikt tam nie mieszka, ale podobno za każdym razem, gdy ktoś wchodzi do środka, słychać dźwięk ostrza noża przesuwanego po osełce. Buuuu!
Ten w Zatoce Sommy z kolei nawiedza podobno duch, który dwa razy w roku zalewa pola i budynek. Parskam śmiechem, kiedy dociera do mnie, że dom stoi pośrodku słonych łąk, a rzeczony duch to... przypływ. Dom po prostu poddaje się odwiecznym cyklom morza.
Jeśli chodzi o dwór w Cornehotte, do którego mam się udać siedemnastego października, a w którym bywałem jako dzieciak, to podobno wyczuwana jest tam niezwykle silna obecność, szczególnie w noce pełni księżyca. No proszę... Mimo wszystko dziwi mnie, że pani Clavreuil skontaktowała się z "La Passerelle". Owszem, jej dom zawsze przypominał mi trochę podupadłą Disneyowską posiadłość, ale jej siostrzenica nigdy nie sugerowała, że jest nawiedzony albo że dzieją się tam jakieś dziwne rzeczy. Zresztą, gdzie by nas nie wzywano, czy w ogóle powinniśmy się dziwić? W większości przypadków ludzie dopowiadają sobie rzeczy, których nie ma. Piski myszy biorą za brzęk łańcuchów ducha. Ilu z nich wzywa egzorcystów, nie zdając sobie sprawy, że problemem jest po prostu gniazdo szybko rozmnażających się gryzoni?
Rozsiadam się w fotelu i przeciągam.
Cornehotte! Nie mogę uwierzyć, że moja noga znów tam postanie. Byłem tam tylko raz po historii z Ph?dre: w październiku 2018 roku, kiedy moi rodzice sprzedawali dom. Spędziliśmy całe jesienne wakacje na pakowaniu, a potem ostatecznie opuściłem tę miejscowość bez żalu, zostawiając za sobą jedynego prawdziwego ducha, który nawiedzał moje nastoletnie myśli: Ph?dre Demay.
Ona nigdy się nie dowie, ile razy oparłem się chęci pójścia do jej ciotki i błagania o adres. Byłem młody, ale miałem swoją dumę. Skoro ta dziewczyna nie uznała za stosowne uprzedzić mnie o swoim wyjeździe, to znaczy, że nie chciała mnie więcej widzieć.
Ale dość już tych wspomnień. Adam, chłopie, masz robotę do zrobienia i trzy wyjazdy do ogarnięcia.
Klamka zapadła - i niech to diabli. Girondin, naprawdę NIE DZIĘKUJĘ.