1.
JAK DYZIO POJAWIŁ SIĘ NA ŚWIECIE, KTÓRY NAWIEDZAJĄ ANIOŁY
Narodziny Dyzia okrywa tajemnica. Niemowlę wpłynęło na karty tej
powieści rzeką, której brzegiem przechadzał się przeor Anzelm. Kwilenie
wyrwało go z filozoficznej zadumy. Leniwy wczesnoletni prąd niósł łódkę
w stronę mostu. Ojciec Anzelm wbiegł do wody po pas, zanim przypomniał
sobie, że nie umie pływać. Nie wychodząc z rzeki, zadzwonił po
ogrodnika. Ten zasadził się na łódkę z długim drągiem zakończonym
metalowym hakiem. Zaczepił go o dziób łodzi i ściągnął ją do brzegu, na
którym stał ociekający wodą przeor. Zapakowany w pampersy mały pasażer
piszczał wniebogłosy. Jego nos nie zwiastował jeszcze rzymskiego
profilu, ale nad lewym obojczykiem było już znamię w kształcie sowy z przetrąconym skrzydłem. W pieluchach tkwił strzęp kartki, na którym ktoś
nerwowo skreślił słowo:
Dizzy***
Chłopczyk miał szczęście: żona ogrodnika zatrudnionego przy klasztorze w Zimnych Wodach była akurat matką karmiącą. Niemowlak, wetknąwszy kciuk w usta, zasnął słodko po pierwszym w życiu obiedzie. Ojciec Anzelm
zamierzał niezwłocznie oddać go do domu dziecka, ale widok śpiącego
maleństwa obudził w jego siwej duszy jakiś pradawny ojcowski instynkt.
Poczekam jeden dzień, powiedział do siebie. Może matkę ruszy sumienie i przyjdzie po niego.
Nazajutrz pomyślał, że może trzeba dać matczynemu sumieniu trochę więcej
czasu.
Następnego dnia pomyślał to samo.
Mijały lata. Niemowlę wyrosło na pięknego, rosłego młodzieńca o haczykowatym nosie i łagodnych błękitnych oczach, które spoglądały na
świat z rodzajem wiecznego zdumienia. Na chrzcie przeor Anzelm dał mu
imię Dionizos, ponieważ bracia zakonni, odkąd się między nimi zjawił,
wołali na niego Dyzio.
Ojciec Anzelm zadbał o to, aby jego podopieczny otrzymał jak najlepsze
wykształcenie. Nauczycielem i spowiednikiem Dyzia został słynny w całej
Sarmacji dominikanin, doktor Głośpan. Wyuczył on pilnie młodzieńca
homiletyki, mariologii, trynitologii, pneumatologii2 oraz
wielu innych niezbędnych w codziennym życiu przedmiotów.
- Zło nie istnieje - mówił swemu uczniowi, wzniósłszy palec w górę - bo
wszystko jest tworem Boga, a Bóg jest dobry. Dowodem jego dobroci jest
to, że dał nam wolną wolę. Czyniąc z niej dobry użytek, powiększamy
dobro, a czyniąc zły, zło.
Dyzio wierzył mistrzowi niezachwianie. Jego żywot był jak polna ścieżka,
na której końcu majaczyła poświata świętości. Rano modlił się i uczestniczył we mszy świętej, w południe pobierał nauki u mistrza, a wieczorem modlił się, uczestniczył we mszy świętej i pracował w ogrodzie. W nocy spał snem czystym i niewinnym.
Mając osiemnaście lat, dowiedział się, że poleci do Rzymu na studia
teologiczne. W przeddzień złożenia ślubów czystości i posłuszeństwa
wybrał się nad tę samą rzekę, którą bezwiednie wpłynął kiedyś na karty
niniejszej powieści. Spacerując z otwartą Biblią, rozważał w myśli
tajemnicę Niepokalanego Poczęcia - gdy raptem ujrzał kąpiącego się
anioła. Istota miała sięgające talii złote włosy, szczupłe ramiona i nogi, postać symetryczną i miłą dla oka. Na jego widok krzyknęła i zanurkowała. Dyzio, pewien, że anioł się topi, zrzuca z siebie habit i skacze na ratunek. Przerażona jego szarżą istota zanurza się jeszcze
głębiej, aż w końcu wyciąga nieprzytomnego młodzieńca za włosy, by na
brzegu przywrócić mu oddech metodą usta-usta.
Kiedy Dyzio odzyskał przytomność, wydawało mu się, że jest w niebie.
Istota okryła się skromnie ręcznikiem i spuściła wzrok. Miała na imię
Kasia. Była siostrzenicą żony ogrodnika, któremu Dyzio pomagał latem
kosić trawę, wyrywać chwasty i zbierać jabłka. Zaproponowała, że nauczy
go pływać. Wdzięczny za uratowanie życia nie śmiał odmówić. Wyznaczyli
sobie ponowne spotkanie nad rzeką - nazajutrz po ślubach czystości i posłuszeństwa. Zanim się rozstali, Kasia cmoknęła go w policzek.
Tej nocy z Dyziem działo się coś dziwnego. Odbijał się od ścian swojej
celi, strącał żywoty świętych z regału i potykał się o klęcznik. Ledwie
zamykał oczy, objawiał mu się złotowłosy anioł. Ilekroć brał do ręki
święte Pismo, kartki same otwierały się na wersetach Pieśni nad
pieśniami: "Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie
skazy"3.
Poranna msza święta odbyła się przy biciu w dzwony, ponieważ przeor
Anzelm zmarł nocą na atak serca. Zakonnicy zebrali się na modłach. Dyzio
próbował się przyłączyć, ale słowa modlitwy więzły mu w gardle. W końcu
ktoś ulitował się nad nim i zaprowadził go do subprzeora.
Zastępca przeora Anzelma, suchy siwy starzec, przyjął go z brewiarzem w dłoni i krucyfiksem na piersi. Dyzio padł przed nim na kolana i błagał,
by na czas żałoby odroczono mu śluby. Subprzeor przypomniał o zbliżających się studiach. Dyzio poprosił o dzień do namysłu. Subprzeor
odmówił. Młodzieniec rzucił się do jego stóp, płacząc i błagając o dzień
zwłoki, ale starzec pozostał nieugięty. Dyzio zerwał się z kolan i wybiegł z celi. Popędził nad rzekę, potem do kaplicy i ogrodu. Każdego,
kogo napotkał po drodze, pytał o Kasię.
Bracia zakonni nie przypominali jej sobie. Ogrodnik i jego żona jakby
się pod ziemię zapadli. Mieszkańcy Zimnych Wód kręcili przecząco
głowami.
Późnym wieczorem, po powrocie do klasztoru, Dyzio dowiedział się, że nie
jest już zakonnikiem. Na szczęście był nim wciąż doktor Głośpan. Mistrz
udał się do subprzeora z butelką wiśniowej nalewki, którą otrzymał dawno
temu od ogrodnika. Nocne braci rozmowy doprowadziły do rozpoznania
zamysłu bożego, który laicy określiliby mianem kompromisu. Dyzio miał
polecieć do Rzymu w charakterze zwykłego postulanta4.
Ustalono także, iż w podróży do Włoch będzie mu towarzyszył doktor
Głośpan.
Tym sposobem wypełniła się ostatnia wola świętej pamięci przeora
Anzelma.
2.
JAK DYZIO POSMAKOWAŁ GRZECHU I WYLĄDOWAŁ NIE TAM, GDZIE TRZEBA
Przed wylotem do Rzymu na studia teologiczne Dyzio i jego mistrz
zatrzymali się w stolicy Sarmacji. Dormitorium archidiecezji
karaukaskiej leżało na obrzeżach miasta. Krzepki kleryk, który przez
godzinę leżał obok Dyzia krzyżem, zaprosił go po wieczornych modłach do
swego pokoju, żeby mu pokazać barwne litografie. Dyzio zgodził się,
mniemając, że chodzi o wspólne przeżywanie pasji. Już-już miał pukać do
drzwi celi kleryka, gdy ktoś złapał go za rękę. Mistrz Głośpan powiódł
go bez słowa do swej kwatery, wręczył mu Biblię i zamknął na cztery
spusty.
- Przebierz się - rzekł do niego następnego ranka. - Po mszy oprowadzę
cię po Karaukasie.
Była to pierwsza wyprawa Dyzia poza Zimne Wody. Snuł się za mistrzem
półprzytomny, jakby nie całkiem obecny. Zdawało mu się, że na każdym
rogu widzi pannę Kasię. Witryna sklepu szkliła się jej oczami. Światła
uliczne czerwieniały jej ustami. Obłoki ciągnęły za sobą po niebie złote
włosy.
Wstąpili do kina, musieli jednak wyjść w połowie filmu, bo Dyzio
rozpłakał się, kiedy filmowego bohatera - bogu ducha winnego urzędnika -
żona zdradziła z jego przełożonym. W pubie wypili po kuflu zimnego piwa,
które bardzo mu smakowało. Dyzio kreślił palcem w pianie imię ukochanej,
ale nie udało mu się napisać nic ponad "Kas". Spacerowali po stołecznych
ogrodach, które, owszem, podobały mu się, ale nie tak bardzo jak ogród w Zimnych Wodach. Zmierzchało już, gdy mistrz Głośpan zadzwonił po
taksówkę.
- Ostatni punkt programu polega na nawracaniu grzesznic - oznajmił. - Do
tej pory kładłem ci do głowy teorię. Czas na zajęcia praktyczne, drogi
Dyziu. Jedziemy do Salonu Madame Tussaud.
Zatrzymali się przed kolorową dwupiętrową willą na przedmieściach
Karaukasu. Kratka w drzwiach odsunęła się na moment. Wpuszczono ich do
wypełnionego papierosowym dymem i muzyką salonu, w którym tuliło się do
siebie kilka par płci obojga. Mgła skupiła się w jednym miejscu na tyle,
by zmaterializować się w upudrowaną pięćdziesięciolatkę w czerwonej
kiecce.
- Docteur Soixanteneuf! - zawołała radośnie. - Bienvenue, cher
p?re!5 Dawno ojciec nie gościł w naszych skromnych progach.
Przywitała się czule z mistrzem Głośpanem, całując go dwa razy w lewy i raz w prawy policzek. Dominikanin wziął ją na stronę i przez chwilę
szeptał jej coś konspiracyjnie do ucha. Maska z pudru uformowała się w uśmiech, dłonie zetknęły się w oklasku.
- Co to? - spytała Dyzia pulchna, krótko ostrzyżona szatynka, gdy chwilę
później znaleźli się w osobnym pokoju.
- Proszę?
- O, tutaj. - Ukłuła go fioletowym paznokciem w obojczyk.
- To moje znamię. Ma kształt sowy z przetrąconym skrzydłem - odparł
nieśmiało.
- Ja mam tatuaż w kształcie piejącego koguta. Podoba ci się?
Piejący kogut znajdował się w miejscu, którego Dyzio dotychczas nie
oglądał. Na jego widok najpierw się zarumienił, a potem zbladł jak
chusta. Być może rumieniłby się tak i bladł aż do północy, gdyby
szatynka nie wzięła sprawy w swoje pulchne ręce. Jako osoba o bogatym
doświadczeniu zawodowym, zorientowała się natychmiast, że młodzieniec
nie ma pojęcia jak, co, gdzie ani dlaczego.
Tej nocy Dyzio odebrał cenne lekcje etykiety, socjologii i anatomii
porównawczej, których świętej pamięci przeor Anzelm nie mógł mu
udzielić.
Błąkał się później po willi, wołając drogiego nauczyciela, dopóki Madame
Tussaud nie uświadomiła go, że mistrz ewangelizuje w innym lokalu.
Widząc jego zmartwioną minę, dodała na pocieszenie, że drogi p?re
wraca zwykle przed świtem. Wysoka blondynka skąpana w różowym świetle
żarówki zaproponowała mu kieliszek szampana. Przyjął go, nie śmiejąc
odmówić.
Dyzio odzyskał przytomność na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad
ziemią. Obok niego siedział ze skupioną twarzą mistrz Głośpan i studiował akt prawa kanonicznego. Dyzio drgnął i skrzywił się z bólu:
miał wrażenie, jakby ktoś gmerał mu w mózgu sekatorem, którym ogrodnik z Zimnych Wód obcinał na wiosnę suche i chore badyle.
Gdy pokonali jedną szesnastą drogi między Karaukasem a Rzymem, dwaj
niepozorni śniadzi mężczyźni z czarnymi bródkami, zajmujący fotele przed
Dyziem i Głośpanem, zdjęli buty i zabrali się do odkręcania obcasów. Ze
stelażu podręcznego plecaka wysunęli dwie rurki i zręcznie wkręcili je
do kolb. Jeden z nich pomaszerował na bosaka do kabiny pilotów, a drugi
podniósł pistolet i poinformował pasażerów łamaną angielszczyzną, że
lecą do Syrii. W samolocie podniosła się wrzawa: ludzie wołali jeden
przez drugiego, wstawali z miejsc, telefonowali do rodzin, rozglądali
się zdezorientowani. Aby zaprowadzić porządek, brodacz strzelił z kolby
w głowę stewardesy. Pasażerowie się uspokoili. Zapadła cisza.
Raptem Boeing przechyla się na lewe skrzydło i zaczyna gwałtownie
wytracać wysokość. Maski tlenowe wypadają z sufitu. Słychać przerażone
wrzaski. Rodzice tulą dzieci, a dzieci tulą zabawki. Mistrz Głośpan
zamienia kodeks na modlitewnik i wznosi oczy w tę stronę, gdzie - jak
przypuszcza - znajduje się niebo. Dyzio zamyka oczy i widzi anioła
stojącego na brzegu rzeki. Żegnaj, Kasiu! - szepcze do siebie w duchu.
Samolot przyziemia z impetem. Kadłub łamie się na pół, ale maszyna w końcu nieruchomieje. Mężczyźni w czarnych kominiarkach, przekrzykując
się nawzajem, wywlekają Dyzia, Głośpana i obu zamachowców z płonącego
wraku i ciskają ich jak worki ziemniaków na platformę białego pick-upa.
W tym samym momencie wybuchają zbiorniki z paliwem: cudem ocalali
pasażerowie giną w płomieniach. Biały pick-up odjeżdża.
3.
JAK DYZIO OMAL NIE STRACIŁ GŁOWY
Mało jest na tym świecie rzeczy równie szlachetnych i krzepiących ducha
jak grupa młodych mężczyzn zjednoczonych w walce przeciwko wspólnemu
wrogowi. Wrogiem tym bywa każdy, kto przypadkiem wyznaje inną religię,
jest innej narodowości albo kibicuje niewłaściwej drużynie piłki nożnej.
Nie ma takich przeszkód, których nie pokona młody mężczyzna dla swego
plemienia - zwłaszcza gdy z tamtej strony wabi go syreni śpiew
siedemdziesięciu dwóch dziewic. Gotowość do poniesienia męczeńskiej
śmierci występuje u niego tak samo naturalnie jak nadciśnienie czy
zwyrodnienie stawów w wieku starczym.
Obóz żołnierzy Allaha składał się z kilkunastu niskich podmurowanych
budynków położonych z dala od ludzkich siedzib. Dowódca nazywał się Abu
Obida. Przywitał terrorystów z honorami należnymi bohaterom. Dyzia i mistrza Głośpana kazał umieścić w celi razem z krzesłem i dwoma brudnymi
materacami. Nie licząc szoku i kilku sińców, cała czwórka wyszła z katastrofy bez szwanku.
Okazało się, że wśród dżihadystów jest młody Sarmata, który przechrzcił
się z Olka na Omara6 i z narażeniem życia przedostał do Syrii,
ażeby zabijać niewiernych. Bardzo się ucieszył z wizyty Dyzia i Głośpana. Zapałał szczerą chęcią nawrócenia ich na religię pokoju, zanim
jego brodaci towarzysze obetną im głowę przed okiem kamery. Zachodził
codziennie do celi i prawił o rychłym końcu świata, o wyższości szariatu
nad prawem stanowionym i o tym, dlaczego innowiercy są gorszym gatunkiem
ludzi. Mistrz Głośpan i Dyzio milczeli, leżąc skuci w kajdany na
materacach.
- Myślałem, że wszyscy ludzie są sobie równi - nie wytrzymał któregoś
dnia Dyzio.
- Nie w oczach Allaha - zaoponował Omar. - Skoro ja, muzułmanin, mam
prawo ożenić się z chrześcijanką, a ty, chrześcijanin, nie masz prawa
ożenić się z muzułmanką, to znaczy, że równość nie istnieje. Jeśli nie
chcesz przyjąć zwierzchnictwa Allaha, sam pozbawiasz się należnych ci
praw i szacunku.
Dyzio zapytał Omara, co myśli o Sarmatach. Tamten wzruszył ramionami i potrząsnął wzgardliwie brodą.
- Sarmaci są tak samo bezbożni i zepsuci jak inni niewierni, tyle że
przykrywają grzechy płaszczem obłudy, który kler co niedziela kroi im z ambony. Ich życie kręci się wokół mamony, żarcia i kopulacji. Szczera
wiara, przyjacielu, nie uznaje półśrodków. Dlatego walczę i będę
walczył, dopóki świat nie uzna, że nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet
jest jego prorokiem!
Następnego ranka dwóch czarno ubranych strażników zdjęło z nóg doktora
Głośpana kajdany i wyprowadziło go na zewnątrz, ignorując jego krzyki i wierzgania. Do celi już nie wrócił. W trakcie popołudniowej pogadanki
Omar zapewnił Dyzia, że Głośpan miał lekką śmierć, i zaproponował mu,
aby przyjął islam, póki jest jeszcze na to czas.
- Czy uratuje mnie to od utraty głowy? - Dyzio poczuł nadzieję
wzbierającą w ściśniętym bólem sercu.
- Nie - odrzekł brodaty rodak. - Ale uczyni z ciebie pełnowartościowego
człowieka.
Dyzio powiedział, że się zastanowi. W dowód dobrej woli Omar zdjął mu na
noc z rąk i nóg ciężkie żelazne kajdany.
Atak lotniczy na obóz Abu Obidy zaczął się punktualnie o północy
miejscowego czasu. Odłamek bomby wyrwał w ścianie celi poszarpaną
dziurę. Dyzio bez namysłu wyskakuje na zewnątrz; wokół świszczą kule,
rzężą ranni, płoną zabudowania. Sarmacki muzułmanin leży na wznak na
ziemi, z brodą podziurawioną jak rzeszoto. Dyzio przesadza go jednym
susem i rzuca się do ucieczki - byle dalej od tego piekła! Pędzi, pędzi
przed siebie, póki starczy mu tchu w piersi.
Rozciągniętą na pustynnym pagórku sylwetkę zauważył pastuch prowadzący
bydło do wodopoju. Przywiózł nieprzytomnego młodzieńca do glinianej
chaty, a gdy ten odzyskał przytomność, napoił go i nakarmił jak Allah
przykazał. Przez całą noc pastuch i jego żona naradzali się, co z nim
zrobić.
Bladym świtem ubrali Dyzia w twarzową czarną burkę i wsadzili go na
wielbłąda. Pastuch ruszył przez pustynię, trzymając wodze. Dyzio dygotał
na dromaderze. Para narzeczonych minęła punkt kontrolny dżihadystów i dotarła na przedmieścia Aleppo. Nikomu nie spadł włos z głowy. Piękne
błękitne oczy panny młodej łamały opór islamistów.
Zięć pastucha przekazał Dyzia syryjskiemu opozycjoniście, który oddał go
tureckiemu sierżantowi, który przerzucił go do brytyjskiego porucznika,
który zaprowadził go do amerykańskiego generała. Ten kazał ewakuować
Dyzia do najbliższej sojuszniczej bazy.
Trwał akurat przerzut rannych do Ameryki. Dyzio, zdeburkowany i zdezynfekowany, znalazł się na noszach niesionych do wojskowego
transportowca. Tak długo zapierał się rękami i nogami, drąc się po
sarmacku, że za żadne skarby świata nie wejdzie do samolotu, aż wreszcie
sympatyczny pułkownik (który przedstawił się później jako Smith) zrobił
mu zastrzyk nasenny w tyłek, uśmierzając jego paniczny lęk przed
lataniem.
4.
JAK DYZIO POGRĄŻYŁ SIĘ W AMERYKAŃSKIM ŚNIE
Dyzio obudził się w światowym supermocarstwie, które w oczach większości
Sarmatek i Sarmatów mieściło się w bliskim sąsiedztwie Edenu jako
ucieleśnienie dóbr i cnót wszelkich. Wielokrotnie słyszał opowieści o rodakach znajdujących w Ameryce pieniądze, sławę i szacunek, których
skąpiono im w ojczyźnie. Legendy te milczały jednak o losie większości
emigrantów, którzy przepadali jak kamień w wodę, nie dorobiwszy się
niczego.
Tuż po wylądowaniu pułkownik Smith zaprosił go do gigantycznego gmachu w kształcie pięciokąta foremnego, gdzie Dyzio opowiedział o swoich
przeżyciach w Syrii. Chudy, blady Sarmata przetłumaczył jego relację
szpakowatemu generałowi i dwóm kongresmenom. Ci wysłuchali go z uwagą.
Zapytali Dyzia o uzbrojenie dżihadystów i morale panujące w ich
szeregach. Na końcu generał pogratulował mu zimnej krwi, a kongresmeni
długo i wylewnie dziękowali za walkę o wolność, demokrację i amerykański
styl życia.
Wolność, demokracja i amerykański styl życia dopadły Dyzia hordą
reporterów i dziennikarzy czających się za murami Departamentu Obrony.
Jako podwójnie ocalały - z katastrofy lotniczej oraz islamskiej
egzekucji - zdobył raptem wielki i niechciany rozgłos. Reporterzy
zasypywali go pytaniami, dziennikarki proponowały wywiady, fotografowie
strzelali zza węgła. W sukurs przyszedł mu znów pułkownik Smith, który
ulokował go w swoim domu i wystarał się o tymczasową wizę.
Dyzio nie zamierzał nadużywać gościnności wojskowego i jego żony. Gdyby
to od niego zależało, natychmiast wróciłby do Sarmacji. Co prawda
sekretarz nowego przeora w Zimnych Wodach, do którego zadzwonił,
przysięgał, że nie ma tam żadnej Kasi, Dyzio jednak wiedział swoje.
Szkopuł w tym, że nie miał za co wrócić do ojczyzny. A nawet gdyby miał
- nie wsiadłby do samolotu. Był uziemiony i bez środków do życia.
Wtedy żona pułkownika, Mary Anne, wpadła na pomysł, aby zorganizować mu
ekskluzywny wywiad dla tabloidu, który co tydzień poszerzał horyzonty
myślowe trzem milionom Amerykanów. Dyzio zacisnął zęby i odpowiedział na
kilka pytań. Czek opiewał na kwotę, która zapewniała roczny pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu.
Zamieszkał w suterenie domu państwa Smith. Senna cisza waszyngtońskich
przedmieść ukoiła jego skołatane nerwy. Dni nabrały regularności i przewidywalności. O czwartej nad ranem pułkownik Smith wyprowadzał na
spacer białego pudla, a potem siadał w półlotosie na tyłach domu, żeby
medytować. Dyzio dołączał do niego przy śniadaniu. Pewnego razu zapytał
go o cel tych porannych praktyk.
- Medytuję, żeby roztopić się w Pustce - rzekł Smith.
Wyjaśnienie to zdziwiło Dyzia. Nie mógł zrozumieć, dlaczego pułkownik,
żyjący pełnią życia, chce się roztopić w Pustce pozbawionej zarówno
życia, jak i pełni.
Tymczasem uczył się nowych rzeczy. Do kolekcji znanych sobie języków -
łaciny, greki, włoskiego i sarmackiego - dodał język amerykański, który
opanował całkiem biegle, oglądając seriale o policjantach, prawnikach i lekarzach. Występujący w nich bohaterowie byli albo bezwzględni, albo
szurnięci, lecz wysławiali się jędrnie, dosadnie i soczyście. (Filmy nie
wywoływały już u niego tak silnych wzruszeń jak to, któremu uległ swego
czasu w kinie). Mary Anne posiadała bogaty księgozbiór złożony z bestsellerów, przez który Dyzio przedzierał się ze słownikiem w ręku,
czując na przemian rozkosz i zgrozę. Nauczył się robić zakupy w sieci,
obsługiwać telefon komórkowy i używać karty kredytowej. Od czasu do
czasu pułkownik Smith wyjeżdżał na misje, o które nie należało go pytać.
Dyzio dotrzymywał wówczas towarzystwa Mary Anne na imprezach
charytatywnych, które jej przyjaciele chirurdzy organizowali co miesiąc.
Ku jego zdumieniu okazali się ludźmi całkiem zdrowymi psychicznie.
Stany Zjednoczone miały wszystko, czego dusza zapragnie, lecz nie było w nich Kasi. Dyzio codziennie przeglądał z drżącym sercem sarmackie media
i serwisy prasowe, mając nadzieję odnaleźć choćby najkrótszą wzmiankę o ukochanej. Na próżno. Przepastna sieć nie chciała mu wyjawić miejsca jej
pobytu, numeru telefonu ani nazwy konta.
Mijały miesiące. Któregoś dnia spuszczony ze smyczy pudel pognał w głąb
parku. Wołania na nic się nie zdały. Dyzio, chcąc nie chcąc, pobiegł za
psem między drzewa.
5.
CZEGO DYZIO NAUCZYŁ SIĘ OD MARTINA
Na ocienionej polanie stał niski, krępy mężczyzna, z kępami siwych
włosów nad uszami; i zgięty wpół przemawiał pudlowi do rozumu. Czarna
laseczka o mosiężnej rączce podrygiwała w rytm jego słów. Dyzio
podziękował mu za obywatelskie zatrzymanie psa. Wymienili kilka
grzecznościowych uwag. Nazajutrz Dyzio przyszedł na polanę, trzymając
pudla na smyczy. Mężczyzna siedział na pniu ściętego drzewa, jakby się
go spodziewał. Ponownie miał na sobie obcisły czarny surdut i szary
krawat z włóczki. Laseczka spoczywała w poprzek jego kolan.
Przedstawili się sobie. Miał na imię Martin i był emerytowanym
dramaturgiem. Dyzio, usiadłszy na trawie, zapytał, gdzie można obejrzeć
jego sztuki.
- Od lat nie gra się w Stanach moich sztuk - odparł Martin. - Amerykanie
uważają je za zbyt ponure. Czasem ktoś wystawi moją jednoaktówkę w Sarmacji albo Rosji. Krytycy przyszyli mi łatę zgryźliwego czarnowidza.
Całkiem słusznie zresztą. Jestem ostatnim żyjącym
schopenhauerystą7.
- Mój świętej pamięci mistrz mówił, że pesymizm jest nieuzasadniony -
powiedział Dyzio. - Świat został stworzony przez Boga, dowodził, więc
nie może być zły.
- Wolne żarty, przyjacielu! - Martin potrząsnął laseczką. - Świat to
więzienie. Czy dobrze jest się urodzić w więzieniu, w którym człowiek
odsiaduje dożywotni wyrok, mając świadomość, że któregoś dnia o świcie
kat zapuka do jego celi?
Dyzio się zamyślił.
- Są różne zakłady karne - zauważył. - W jednych ścina się za drobne
wykroczenia, a w innych więźniowie mają szeroki margines swobody. To od
nas zależy, jak urządzimy ten świat.
- Ale finał jest zawsze taki sam. Każdy z nas, na swój sposób, ponosi
karę za to, że żyje.
- Nie zaprzeczysz chyba jednak, Martinie, że mamy wolną wolę -
skontrował Dyzio.
- Tak zwana wolna wola to ślepa siła, która przymusza nas do traktowania
własnych zachcianek jako czegoś specjalnego. Dziękuję za taką wolność.
- A rozum? Powstrzymuje nas przecież przed robieniem głupstw.
- Rozum powstał z łaski żądzy i służy jej na każde skinienie. Pomaga
żądzy przedłużyć samą siebie, choć wmawia sobie, że jest na odwrót.
Zresztą większość ludzi doskonale obywa się bez rozumu.
Umilkli. Martin zasłuchał się w śpiew ptaków.
- Zapewne jako dramaturg wysoko cenisz sztukę - rzekł po chwili Dyzio.
- Owszem. Muzyka, literatura, malarstwo pozwalają nam oderwać się na
moment od naszego nienasyconego ego. Przyznaję: życie bez sztuki byłoby
koszmarem nie do zniesienia.
- Czym według ciebie jest opatrzność?
- Opatrzność? - prychnął dramaturg. - To kapryśny więzienny nadzorca,
który dzisiaj wypuszcza nas na słoneczny spacerniak, a jutro zamyka w czarnym karcerze. Cokolwiek by zrobił, znajdą się tacy, którzy uznają to
za słuszne i sprawiedliwe i będą mu składać hołdy.
- Zapewne wyżej niż teologię cenisz filozofię?
- Obie są siebie warte. Teologia to opowieść o stwórcy, o którym mamy
wierzyć na słowo, iż wszystko reguluje, tyle że nie raczył dać nam
porządnych przyczyn swojego istnienia. Filozofia to muzeum obrazków z natury, malowanych przez różnej maści ślepców; czasem, przez przypadek,
któremuś udaje się uchwycić rąbek rzeczywistości. Filozofowie są na ogół
uczciwsi od teologów. Przyciśnij teologa do muru argumentami, a niechybnie wyciągnie z rękawa dżokera o nazwie "tajemnica"...
Dyzio słuchał wywodów Martina z życzliwym zainteresowaniem, ale w głębi
ducha skłaniał się ku naukom doktora Głośpana. Świat nie mógł być taki
zły, skoro istniała na nim Kasia. Martin, jakby czytając w jego myślach,
uśmiechał się tylko.
Któregoś dnia dramaturg, dowiedziawszy się, że Dyzio nie wyściubił
dotychczas nosa poza Waszyngton, zaproponował, że zabierze go z sobą do
Los Angeles. Jego młodszy brat żenił się tam z aktorką, której wróżono
wielką karierę w Hollywood. Dyzio chętnie przystał na tę propozycję.
Wyruszyli wczesnym rankiem. Dyzio siedział z nosem przylepionym do szyby
gigantycznego Cadillaca. Wjechali na pustą autostradę. Horyzont zdawał
się ciągle umykać, zarazem obiecując odpowiedzi i odsuwając je w nieskończoność. Martin zabawiał Dyzia anegdotami o znajomych
nieszczęśnikach, którzy wpadli w sidła miłości. Byli wśród nich mędrzec,
który zgłupiał, i starzec, który zdziecinniał; kobieta łagodnego serca,
która zaplanowała i popełniła przemyślną zbrodnię; mąż stanu, który
zdradził umiłowaną ojczyznę; matka, która porzuciła szóstkę ukochanych
dzieci, aby się związać z łachudrą; najlepsi przyjaciele, którzy z miłości obrócili się w zapiekłych wrogów. W końcu Dyzio, przytłoczony
ogromem ludzkiego nieszczęścia, zapadł w ciężką drzemkę.
Zbudził się przekonany, że jedzie przez miedzę między polami w Zimnych
Wodach. Otworzył oczy: byli już w Kentucky.
- Tak, tak, przyjacielu - ciągnął Martin. - Żadna ludzka dobroć,
uczciwość ani inteligencja nie chroni przed tym szczególnym opętaniem,
którego jedynym celem jest przedłużenie gatunku.
Dyzio ziewnął i przetarł oczy.
Los Angeles było rozległe i pstrokate. Kiedy wjechali na Sunset
Boulevard8, zobaczyli kilkusetmetrową kolejkę ludzi ciągnącą
się przed barem McDonald's.
- Czy ci wszyscy ludzie stoją po darmową żywność? - zapytał Dyzio.
- Czekają, żeby kupić hamburgera, którego jeszcze nie jedli.
- Musi być bardzo smaczny, skoro są gotowi stać przez kilka godzin.
- Jest ohydny. Stoją po niego, dlatego że smakuje tak samo jak inne
hamburgery.
Nieco dalej natknęli się na tłum ludzi zgromadzony przed kinem, w którym
wyświetlano film opowiadający o przygodach kilku śmiałków obdarzonych
nadprzyrodzonymi mocami.
- Czy ci ludzie też chcą zobaczyć to, co już widzieli? - spytał Dyzio.
- Tak, ale podobnie jak hamburger, film musi być tak upichcony, żeby im
się wydawało, że to zupełna nowość. Tylko wtedy przeżyją duchowe
katharsis za cenę biletu.
Dyzio poskrobał się po czole.
- Myślałem, że Amerykanie to indywidualiści.
- A jakże, przyjacielu. Ten tłum składa się z samych indywidualistów,
którzy aby się wyróżnić, podejmują suwerenną decyzję, by robić to samo
co inni indywidualiści.
Wesele aktorki i brata Martina odbywało się na parterze sali balowej
wielkości stadionu lekkoatletycznego. Mocno wstawieni goście siedzieli w rozchełstanych koszulach i wymiętych marynarkach przy stole, który
uginał się od jadła i napojów. Na bocznej estradzie trzydziestoosobowa
orkiestra rzępoliła marsza pogrzebowego. Martin usiłował się dowiedzieć,
gdzie jest jego brat, lecz indagowani wzruszali ramionami albo kręcili
głowami. Wreszcie udało mu się go namierzyć: spał pijany pod stołem.
Jedyny na sali abstynent objaśnił im, co się stało. Tuż przed ślubem
okazało się, że panna młoda uciekła do Europy z młodszym od niej, ale
już wielce obiecującym reżyserem. Mimo to niedoszły mąż zdecydował się
wyprawić wesele, nakazując orkiestrze, by grała wyłącznie utwory w tonacji molowej. Martin był dumny z brata.
- Zdrowie kawalerów! - wzniósł szklaneczkę whisky.
Dyzio spełnił toast.
- Zdrowie panien! - zawołał natychmiast Martin.
Uczcili pozostałe osoby stanu wolnego - rozwodników, rozwódki, wdowców i wdowy - po czym powędrowali w stronę śródmieścia.
Przystanęli na szczycie wzgórza, z którego roztaczał się widok na cały
bulwar, i patrzyli na buzującą w dole ludzką kipiel. Potoki przechodniów
bezustannie zlewały się i rozdzielały. To się wzmacniały, to znowu
słabły, by wyschnąć zupełnie, ale po chwili wzbierały znowu. Martin
zagarnął bulwar zamaszystym ruchem swojej czarnej laseczki.
- Spójrz na to widowisko życia, przyjacielu. Biorą w nim udział
sprzedawcy, turyści, grajkowie, policjanci, biznesmeni, duchowni, ćpuny,
menele, aktorzy, psychopaci i inni. Ich życie jest jednakowo marne:
oddają się bezmyślnym rozrywkom, aby zapomnieć o przygniatającym
ciężarze bytu. Prawie każdemu się wydaje, że ma do odegrania jakąś
istotną rolę w spektaklu świata, który po prawdzie ma go gdzieś. Ale to
dobrze. Inaczej wszyscy dawno by się już pozabijali.
Zeszli ze wzgórza. Na rogu ulicy natknęli się wyelegantowanego
Afroamerykanina ze złotym roleksem na ręku, który rozdawał przechodniom
kolorowe broszury.
- Ocalcie wasze dusze! - wołał egzaltowanym głosem. - Oto spełnia się
biblijne proroctwo. Nadchodzi dzień Sądu Bożego. Chrystus zstąpi na
ziemię, aby zabrać swoich wyznawców do nieba. Ocalcie wasze dusze!
Ratujcie się!
Martin zapytał proroka, o której nastąpi koniec świata. Kiedy usłyszał,
że za godzinę, uprzejmie poprosił go o zegarek, wskazując na całkowitą
nieprzydatność w niebie przyrządu służącego do pomiaru czasu. Tamten
popatrzył na niego jak na wariata.
Ruszyli dalej. Martin kręcił laseczką, a Dyzio kręcił głową.
- Naprawdę myślałeś, Martinie, że odda ci roleksa?
- Założę się, że zegarek nie jest wart więcej jak pięć dolarów. Jesteśmy
w krainie tandety, przyjacielu. Na każdego autentycznego roleksa
przypada dwanaście podróbek, na każdy naturalny biust przypada pięć
silikonowych, a na każdy rzetelny dyplom wyższej uczelni dwie fałszywki
poświadczające gruntowną znajomość medycyny, prawa albo marketingu.
Pośrodku chodnika stary żebrak fałszował na flecie rzewną melodię.
Martin wrzucił pięciocentówkę do zdefasonowanej bejsbolówki. Ładna
brunetka wręczyła Dyziowi ulotkę reklamującą usługi krioniczne. Napis na
pierwszej stronie wołał wielkimi literami: ŻYCIE LUDZKIE JEST BEZCENNE!
Cena była podana pod spodem i składała się z sześciu cyfr. Dyzio zapytał
Martina, czy jest wielu chętnych do zamrożenia.
- Coraz więcej. Śmierć w Ameryce to jeszcze jeden biznes. Dopóki nie
można było się od śmierci wykupić, próbowano ją obłaskawić. Szydzono z niej, poniżano ją albo wywyższano, ale najczęściej pomijano milczeniem.
Postęp techniczny, oprócz leków na AIDS i alzheimera, przyniósł także
obietnicę nieśmiertelności. Odmrozimy cię do życia wiecznego. Ha! W tym
kraju można pleść rozmaite androny, mając pewność, że znajdą swoich
nabywców.
- Czy to prawda, że wiele hollywoodzkich gwiazd wyznaje religię zwaną
scjentologią?
- Celebrytom i bogaczom, którzy we własnym mniemaniu wyrastają ponad
przeciętność ogółu, nie wystarczą zwykłe androny. Aby utwierdzić się w swojej boskości, muszą uwierzyć w wierutne bzdury.
Weszli na parking, na którym stał ich Cadillac.
- Mimo wszystko - odezwał się po chwili Dyzio - lepiej chyba żyć w kraju, w którym człowiek ma prawo głosić androny, które nikogo nie
krzywdzą, niż w takim, gdzie wsadza się za kratki za krytykę realnych
krzywd.
Martin zrobił kwaśną minę, ale zgodził się z tą opinią.
Wsiedli do auta i potoczyli się na wschód. Martin wdał się w kolejny
monolog o bezwyjściowości ludzkiej egzystencji. Dyzio słuchał z życzliwym zainteresowaniem. Był wdzięczny dramaturgowi, że zabrał go do
Kalifornii. Podróż ta nauczyła go więcej o Ameryce niż wszystkie
książki, które przeczytał, i filmy, które obejrzał, razem wzięte.
Amerykanie tak mocno wierzyli w spełnianie się marzeń, że ich kraj
nieustannie się odradzał. Byli gotowi bić się do upadłego o swoje
ideały, pozostając na co dzień trzeźwymi pragmatykami. Jedni pożądali
sławy, władzy i bogactwa. Inni marzyli jedynie o tym, aby im dano święty
spokój. Między tymi biegunami żyła większość, która chciała tego samego
co inne narody, tylko nie potrafiła się do tego przyznać.
Kiedy wjeżdżali do Waszyngtonu, z radia popłynęła wiadomość, że na Haiti
zatrzęsła się ziemia, grzebiąc według wstępnych szacunków około stu
tysięcy ludzi.
Dyzio zadzwonił do Mary Anne. Kończyła się pakować. Wylatywała na wyspę
z grupą lekarzy wolontariuszy. Dyzio pośpieszył na statek, by dołączyć
do nich w charakterze pomocnika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Baltazar Blekotek - sarmacki polihistor i filozof. Pierwszy i jedyny jak dotąd człowiek, który opanował za życia wszystkie języki świata. Zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach podczas wieczornego spaceru po stolicy Sarmacji. Na szczęście nie zaginął bez śladu - zostały po nim buty z wkładkami i manuskrypt Dyzia. [wróć]
Kolejno: nauka o głoszeniu kazań; o Maryi, matce Jezusa; o Trójcy Świętej; o Duchu Świętym. [wróć]
Pieśń nad pieśniami 4,7, Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. II, Pallottinum, Poznań 1971. [wróć]
Postulant - kandydat do zakonu w okresie poprzedzającym nowicjat; może go w każdej chwili opuścić bez żadnych konsekwencji. [wróć]
Docteur Soixanteneuf. Bienvenue cher p?re! (franc.) - "Doktor Sześćdziesiąt Dziewięć. Witamy drogiego ojca". [wróć]
Omar - imię męskie arabskiego pochodzenia, które oznacza "długowieczny, kwitnący". [wróć]
Schopenhauerysta - zwolennik pesymistycznej filozofii Artura Schopenhauera (1788-1860), głoszącej, że życie ludzkie jest bezcelowe, zdeterminowane przez ślepe popędy i strach przed śmiercią, a jego istotą jest bezmiar cierpienia. [wróć]
Sunset Boulevard - Bulwar Zachodzącego Słońca, trzydziestopięciokilometrowa ulica łącząca śródmieście Los Angeles z wybrzeżem Oceanu Spokojnego. [wróć]