Tajemnice East Emerson - Rex Ogle

Reflow text when sidebars are open.
do człowieczego dziecka, kTóre trzymA w ręku niniejszą książkę:
błagam, nie czytaj jej.
no, już. odłóż ją na bok. nie poczuję się tym faktem urażony. moje życie było pełne potworności i okropności, więc z pewnością nie chciałbyś czytać czegoś, nad czym tak ciężko pracowałem. HistorIa ta z wSzelkim prawdopodobieńsTwem będzie bardziej makabryczna i pOtwoRna nIż moje groteskowe oblicze - które jest znAcznie ohydniejsZe, niż możesz sobie wyobrAzić.
nie Wierzysz mI? w takim raziE posłuchaj uważnie: gdy pRzyszedłem nA świaT, pielęgniArka zaczęła krzyczeć wniebogłosy, a doktor zemdlał. moJa matka spojrzała na mniE, skrzywiła się, jakby skosztowała właśnie wyjątkowo kwaśnej cytryny, i zapłakała: "och, nie! wygląda na to, że wydałaM Na świat straszliwe paskudztwo!". niEdługo później mój ojciec porzucił mnie na sKraju ciemnegO lasu...
ale to nieistotne. jesteśmy tu, by omówić zupełnie inną historię, tę, którą trzymasz właśnie w Dłoniach, tę samą, której lekturę zdecydowanie odradzam.
pozbądź się tej książki. wYrzuć ją do śmieci. albo jeSZcze lepiej - zniszcz ją. przejedź po niej rowerem, spłucz ją w toalecie, zrzuć z wYsokiego szczytu lub wrzuć do najbliższego ogniska. to ostatnie oczywiście pod okiem dorosłego.
no już. Fru! nie kRępuj się. poczekam
...
dlaczego wciąż tu jesteś? natYchmIast przestań czytać te słowa!
(proszę?)
ciągle to robisz, prawda? na miłość bosKą! jest z ciebie twaRdY orzech do zgryzienia. no cóż. skoro nie jestem w stanie Przemówić do TwOjego serca, być może uda mi się przemówić do twojeGo Rozumu. oto trzy powody, dlA których należy jak najszybciej zapoMnieć o niniejszej książce:
#1. ponieważ jestem potworem. a wszyscY wiedZą, że potwory Nie są dobrymi pisArzami.
#2. ponieważ opisana tu historia Jest prawdziwa. a prawDziwe historie są nudne. znacznie lepszym pomysłem jest czytanie fikcji - czyli nieprawdziwych historii.
#3. ponieważ poniższe rozdziały pełne są: przeraŹliwych potworów, mitów, magii oraz szalonych eksperymentów naukowych; zawieraJą równiEż zagadkę związaną z taJemną historią piErwszej zaginionej kolonii w historii ameryki - a to oznacza, że nawet jeŚli nie poczujesz się znudzony, opanuje cię uczucie niepokoju, Lęk, strach I Przerażenie.
niefajnie, cO?
fajnie?! cóż za nieznośny, uparTy... a zResztą, twój wybór. i w pełni go popieram - nawet jeśli kAżdy atom w moim ciele się z nim nie zgadza.
wygląda na to, że nie ma sensu cię już przekonywać. zamiast tego zacznę po prostu błagać! proszę, proszę, proszę, nie czytaj tej opowieści. zanudzi cię, rozśmieszy, a może nawet wystraszy... na śmierć.
widzę, że wciąż czytasz. jesteś Fatalnym przypadkIem.
no cóż. zrobiłem, co mogłem. nie mów potem, że cię nie oStrZegałem.
twój mroczny przyjaciel,
- adam monster
ps: przyda ci się ta informacja:
W 1587 roku 115 mężczyzn, kobiet i dzieci opuściło angielski statek i zeszło na brzeg wyspy Roanoke znajdującej się na terenie Nowego Świata.
Wysłani tam przez królową Elżbietę I oraz podróżnika sir Waltera Raleigha koloniści mieli za zadanie wznieść w tym miejscu pierwszą brytyjską osadę. Jednak gdy tylko dotarli do celu, napotkali nieoczekiwane trudności. Gubernator John White postanowił więc wrócić do ojczyzny i donieść o tragicznej sytuacji osadników. Na miejscu pozostało 115 osób, w tym nowo narodzona wnuczka White'a, Virginia Dare - pierwsze angielskie dziecko urodzone na terenie Ameryki.
Nadzieje White'a, że powróci na wyspę z dodatkowym zaopatrzeniem, szybko rozwiała wojna z Hiszpanią. Każdy angielski statek miał dołączyć do walk na morzu, co pozbawiło gubernatora możliwości dotarcia do Roanoke i swojej rodziny. Po trzech długich latach White'owi udało się w końcu pożeglować przez Atlantyk. Postawił stopę na znajomej plaży dokładnie 18 sierpnia 1590 roku, w dniu trzecich urodzin swojej wnuczki. Okazało się jednak, że wszystkich 115 osadników zniknęło bez śladu, pozostawiając po sobie tylko opustoszałe zabudowania.
Jedyny trop, na jaki wpadł White, to tajemnicze słowo wyryte w korze drzewa:
CROATOAN
Po prawie 450 latach zagadka "Zaginionej Kolonii" pozostaje nierozwiązana. Aż do teraz...
pps: to też ci się przyda:
nie ma za co.
- adam monster
Życie Willa dobiegło końca.
Nie, nie był martwy - jeszcze nie - ale miał wrażenie, że wszystko, co znał, właśnie się kończyło. I to uczucie go dobijało.
Dokładnie drugiego tygodnia października Will Hunter był zmuszony spakować całe swoje życie do kartonowych pudeł. Gry wideo, komiksy, piłka do gry w nogę, zdjęcia przyjaciół, z którymi być może już nigdy się nie spotka - wszystko to wylądowało w pudłach. Za każdym razem, kiedy zaklejał jedno z nich taśmą, wzdrygał się, jakby ktoś wbijał kolejny gwóźdź do jego trumny.
Obudziwszy się w tamten pamiętny piątek, Will zdał sobie sprawę, że jego mama zdążyła już zapakować wszystkie rzeczy do samochodu i stojącej za nim przyczepy.
- No, pora się zbierać - obwieściła.
- Nie chcę nigdzie jechać - zajęczał.
- Przykro mi, Will. Ale wiesz, że nie mamy wyjścia.
Drogi Czytelniku, jak się zapewne domyślasz, Will był niepocieszony.
Jego mama prowadziła, a on wpatrywał się piekącymi oczami w migające za oknem krajobrazy. Siedział tak ze skrzyżowanymi rękami od momentu, kiedy opuścili stan Nowy Jork. Nie chciał się wyprowadzać ze swojego domu. Nie chciał przenosić się do nowego miasta. A już z pewnością nie chciał zaczynać żadnego "nowego rozdziału", jak to określała jego matka.
Samochód gnał na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża. Wykorzystując przerwę pomiędzy piosenkami w radiu, mama spytała:
- Już nigdy więcej się do mnie nie odezwiesz?
- Taki mam plan - odparł krótko.
Autostrada przecinała niewielkie miejscowości i duże miasta. Kiedy tak mijali kolejne stacje benzynowe, parkingi i niezliczone drzewa, w głowie Willa kołatała się tylko jedna myśl: "Co za kicha". Ale tak naprawdę miał na myśli: "Już nigdy nie będę miał nowych kumpli i nie będę się świetnie bawił. Zwłaszcza w tak nudnym mieście jak to, do którego jedziemy. Gdziekolwiek to jest...".
Drogi Czytelniku, Will nie miał pojęcia - w przeciwieństwie do mnie, Twojego uniżonego autora - jak bardzo się mylił. Miasto, do którego zmierzał, można było określić wieloma mianami, lecz "nudne" z pewnością nie było jednym z nich.
WITAMY W EAST EMERSON
Will dostrzegł ten napis na drewnianej tablicy niedługo po tym, jak wjechali na małą wyspę w hrabstwie Dare. Obok znaku stało ogromne, martwe drzewo z wyrytym w korze słowem "CROATOAN".
- Croatoan? - przeczytał na głos. - Co to znaczy?
Mama wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Może: "To idealne miejsce, żeby zacząć nowy rozdział!".
- Raczej wręcz odwrotnie - wymamrotał pod nosem.
Kiedy skręcili na Main Street, mama Willa uśmiechnęła się i wskazała palcem:
- Zobacz, to starówka. Mają tu bibliotekę, pocztę, kawiarnię, sklep z antykami, a nawet małe kino. Fajnie, co?
- No i? W Nowym Jorku jest pewnie z milion kin - odparował.
To stare miasto pełne było wypłowiałych tabliczek i wiekowych witryn sklepowych. Nic tu nie błyszczało nowością. I nic nie wydawało się znajome.
Jak dla Willa East Emerson równie dobrze mogło się znajdować na innej planecie.
- Spójrz tylko na ten sklepik z używanymi rzeczami - kontynuowała jakby nigdy nic. - Patrz, jakie można tam kupić śmieszne maski.
Maski widniejące w witrynie tego dziwacznego sklepu wcale nie były śmieszne, tylko przerażające. Will wypatrzył przyprawiające o gęsią skórkę głowy zwierząt, upiorne ludzkie twarze i diabelskie facjaty. Kiedy samochód przejeżdżał obok, ślepia rodem z koszmarów śledziły Willa, sprawiając, że włosy na karku stanęły mu dęba.
- Przepiękna okolica - stwierdziła jego mama. - Tyle przestrzeni. Czujesz to świeże powietrze?
- Jak dla mnie to tu śmierdzi - odburknął.
- Will, wiem, że to dla ciebie trudne... - zaczęła, ale przerwał jej w połowie zdania.
- Trudne? Trudne?! Sprawdziany z matmy są trudne. Przeprowadzanie się na drugi koniec kraju to coś znacznie gorszego... To... to... najbardziej lipna rzecz w historii lipnych rzeczy!
Fitz, pies Willa, zaszczekał z tylnego siedzenia i ponownie wystawił ogromny łeb przez okno.
- Widzisz?! Nawet Fitz się ze mną zgadza - fuknął, sięgając do tyłu, żeby pogłaskać swojego pupila. - Nie mogliśmy chociaż poczekać do Halloween?...
- Przecież wiesz, że nie... - stwierdziła cicho mama.
- Taaaa, jasne - rzucił, dodając pod nosem: - Tak się składa, że Marcellus, mój najlepszy kumpel, z którym znamy się raptem od pierwszej klasy podstawówki, organizuje w tym roku najbardziej odlotową imprezę halloweenową, na której mieliśmy wystąpić w najbardziej odjechanych kostiumach... A teraz pewnie spędzę ten dzień sam w domu, rozdając cukierki obcym dzieciakom.
W rzeczywistości Will bał się, że Marcellus znajdzie sobie nowego najlepszego przyjaciela. Myśl, że mógłby zapomnieć o Willu i wszystkim, co razem przeżyli, doprowadzała go do furii. Wszystkie te nagłe zmiany sprawiały, że miał ochotę krzyczeć. Zanim jednak zdołał to zrobić, jego uwagę przykuł stojący na ulicy dziwny człowiek w prochowcu. Całe jego ciało i twarz pokrywały bandaże.
- Mamo, spójrz na tego biednego faceta. Myślisz, że jest chory? A co, jeśli wszyscy mieszkańcy już się tym zarazili?
- Głupoty gadasz - odparła.
- Jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne. Najlepiej będzie, jak zawrócimy i pojedziemy do domu. I to natychmiast.
- Will, nie dałeś nawet szansy temu miastu!
- A ty nie dałaś szansy tacie! - odpyskował.
Pani Hunter zmarszczyła brwi. Wzięła głęboki oddech i otarła samotną łzę, która zalśniła na jej policzku. Kiedy Will zorientował się, że jego mama płacze, poczuł nagły ucisk w żołądku.
- Williamie Benjaminie Hunter, to jest nasz nowy dom, nasz nowy rozdział. Musimy maksymalnie wykorzystać tę okazję, a nie uda nam się tego zrobić bez pozytywnego nastawienia i wzajemnej wyrozumiałości. Czy wyraziłam się jasno? - spytała cichym, choć stanowczym głosem.
- Tak - odparł, choć wcale nie był pewny swojej odpowiedzi.
Drogi Czytelniku, wykaż się, proszę, odrobiną cierpliwości. Nasz młodzieniec, William Hunter, jeszcze przez jakiś czas będzie marudził, narzekał i denerwował się na swoją matkę. Osobiście uważam, że zachowuje się jak małe dziecko. Jako ktoś, kogo rodzice porzucili na skraju ciemnego lasu, uważam, że mama Willa zachowała się bardzo przyzwoicie, zabierając go ze sobą, a nie pozbywając się jak niepotrzebnego śmiecia... Lecz to tylko moja opinia, do której nie należy przywiązywać wielkiej wagi. Jestem tu po to, aby opowiedzieć historię Willa.
Przy następnym zakręcie Will zobaczył idącego ulicą robota. Metalowe dziwo zatrzymało się, żeby porozmawiać z kobietą, która wyglądała na martwą - a raczej w tym wypadku nieumarłą. Miała na sobie sukienkę i kwiecisty kapelusz, jedno i drugie ubłocone, jakby dopiero co wygrzebała się z własnego grobu. Kiedy próbowała pomachać do sąsiada, odpadła jej ręka na wysokości łokcia.
Will przetarł oczy i wrócił wzrokiem w tamto miejsce, ale było już za późno. Samochód skręcił w następną uliczkę i dziwaczni nieznajomi zniknęli z pola widzenia.
Nic straconego, bowiem przy tej przecznicy Will ujrzał starą posiadłość z duchami krążącymi wokół strychu. Weranda była pełna goblinów dźgających dynie nożami. Z kolei w domu obok wynędzniały staruch z piłą łańcuchową w ręku ciągnął związanego jednorożca do swojego garażu. Po chwili powietrze przeciął mrożący krew w żyłach pisk. Will wychylił głowę przez okno i spojrzał na niebo. Przeleciały nad nimi właśnie dwa pterodaktyle.
Chłopak nie mógł uwierzyć w to, co widział.
- Co jest?...
A potem przypomniał sobie, że przecież był październik, i z miejsca uznał, że to wszystko tłumaczy.
- Wygląda na to, że mieszkańcy East Emerson traktują Halloween wyjątkowo poważnie - wyraził swoje przypuszczenia na głos. - Już teraz chodzą w przebraniach i dekorują swoje domy. Muszą wydawać naprawdę sporo kasy na realistycznie wyglądające rekwizyty, ogromne latawce i takie tam.
- Serio? Nie zauważyłam - odparła mama. Sprawdziła raz jeszcze numery ulic, po czym zaparkowała na podjeździe osobliwego piętrowego domu. - No i dojechaliśmy. Oto nasze nowe gniazdko! - Pani Hunter wysiadła z samochodu, okrążyła go i otworzyła drzwi po stronie pasażera. - Wychodzisz?
Will pokręcił głową.
- Mogę tu tak stać przez całą noc, jeśli tego właśnie chcesz.
- Ja po prostu chcę wrócić do domu - wymruczał pod nosem.
- To jest teraz nasz dom. Will, błagam. - Mama próbowała z nim negocjować.
- Uch. Niech ci będzie! - wyjęczał. Wysiadł z samochodu i zagwizdał. - Chodź, Fitz.
Pies Willa - i obecnie jego jedyny przyjaciel w całym stanie - ochoczo wyskoczył z auta. Owczarek anatolijski przeciągnął się, a potem porządnie się otrzepał. Jego uwagę przykuła wiewiórka, ale zamiast rzucić się w zwyczajową pogoń, Fitz schował się za swoim panem i zaczął cicho skamleć.
Will rozejrzał się dookoła. To, co zobaczył, sprawiło, że żołądek podszedł mu do gardła. Podwórko było pełne dziur i błotnistych kałuży. Obok podjazdu stała przekrzywiona skrzynka na listy, przypominająca umierającego ptaka na żerdzi. A sam dom? Komin zdawał się zrobiony z ludzkich czaszek, a nie kamieni, a tynk odłaził niczym spalona słońcem skóra. Warto wspomnieć, że z zewnątrz ściany przywodziły na myśl kolor rozgotowanego groszku. Will nie znosił groszku.
- Czy nie jest cudowny? - spytała pani Hunter. - Wystarczy tylko odmalować i będzie jak nowy.
Will naprawdę próbował powiedzieć miłe słowo, ale wyszło coś w tym stylu:
- No, zgodzę się, że nie jest to kompletny syf.
- Zobacz, ile tu miejsca! - stwierdziła, otwierając drzwi frontowe. - Będziemy tu żyli jak królowie. Ten dom jest prawie trzy razy większy od naszego mieszkania na Brooklynie.