Rozdział I. Yenikap?. Pałac sułtanki matki. 6 grudnia 1583 roku
I
Yenikap?
Pałac sułtanki matki
6 grudnia 1583 roku
Kiedy weszła do komnaty, przeszedł ją dreszcz. Poczuła, jak po jej
twarzy prześlizgnął się zimny oddech. Ponieważ raziło ją światło,
pomieszczenie, w którym wszystkie kotary były szczelnie zasłonięte,
rozjaśniał jedynie wątły, żółty płomień pojedynczej lampy. Zatrzymała
się na chwilę i spojrzała na bladą jak ściana twarz kobiety leżącej
nieruchomo w łóżku, która w ciemności wydawała się świecić. Zasłona
śmierci zaczęła okrywać oblicze kobiety. "Dobrze się spisała - przeszło
jej przez myśl. - Nie minął nawet miesiąc".
Zawahała się przez chwilę. Później zaś ruszyła w stronę łóżka pewnym, a nawet wojowniczym krokiem. "Odejdźcie", dała znak głową. Grupa kobiet
zebrana wokół łóżka wycofała się, kłaniając z szacunkiem. Nawet nie
zwróciła uwagi na cierpienie malujące się na ich twarzach. I tak to
wszystko było sztuczne. Przypomniała sobie próby, jakie czyniła przed
lustrem, żeby przybrać na twarz taki sam pełen boleści wyraz. Musiała
wyćwiczyć ból, bo go nie czuła. Nie dlatego, że go nie znała - po prostu
nie czuła.
Siedząca przy łożu starsza kobieta co chwila przymykała oczy. Być może
dlatego nie opuściła komnaty mimo rozkazu. Jej wargi stale się
poruszały. Szeptała coś, dmuchając w twarz kobiety przeżywającej swoje
ostatnie godziny.
- Wy także odejdźcie, hodżo - poleciła.
Nie chciała, żeby ktokolwiek był przy niej.
Staruszka, obracając głowę najpierw w jedną, a potem w drugą stronę,
dmuchnęła, żeby odpędzić złe duchy, a później ze zdumieniem spojrzała na
młodą kobietę. Przez chwilę wydawało jej się, że się przesłyszała. Kto
odprawiałby od łóżka chorego modlącą się hodżę?
Kobieta próbowała się przesunąć w inne miejsce.
- Ale... - Nagle urwała. Musiała zobaczyć iskry w oczach nowo przybyłej.
Podniosła się ociężale i skierowała do drzwi. - Trzeba mieć nadzieję w Bogu.
Kiedy kobieta zdecydowanie machnęła ręką, hodża pochyliła głowę i odeszła w milczeniu. Odwróciła się jeszcze w progu i spojrzała na nią z resztką nadziei. "Najwyraźniej kieruje nią ból", pomyślała. Jak inaczej
mogłaby odprawić osobę, która modli się nad głową kogoś, kto jest bliski
wydania ostatniego tchnienia. Czekała, aż kobieta pożałuje tego, co
zrobiła, i powie: "Chodź. Nie szczędź jej modlitwy".
Tymczasem ta zupełnie się tym nie przejęła. Odwróciła się plecami do
drzwi, dając jej do zrozumienia, że nie przywoła jej z powrotem.
Bezradna staruszka wyszła. Służące czekające na zewnątrz spojrzały na
nią z wyczekiwaniem, jakby pytały: "To koniec?". Kiedy z wyrazu twarzy
kobiety pojęły, że tak jak one została wyrzucona, zanim chora przeszła
na stronę śmierci, w jednej chwili zaczęły szeptać między sobą:
- To koniec świata.
- Oczywiście, że koniec świata. Już czas, żeby po tylu grzechach Bóg
zesłał na nas ogień.
- Wypluj te słowa, dziewczyno. Przecież to nie my popełniłyśmy grzech.
Dlaczego mamy cierpieć za grzechy innych? Niech w ogniach piekielnych
spłonie ten, kto grzech popełnił.
- Odmówiła jej nawet modlitwy.
- Takiej synowej nie życzy się nawet wrogowi.
- Ciii... Oszalałaś? Cicho bądź!
Ich głosy odbijały się echem w jej głowie. Później się nimi zajmie. Jej
twarz ściągnął dziwny wyraz. Jeśli zobaczyłby ją ktoś, kto jej nie zna,
mógłby nawet pomyśleć, że się uśmiecha. Tymczasem działo się tak, kiedy
targana gniewem snuła plany. Gdy podejmowała decyzje dotyczące czyjejś
przyszłości.
Hodża też pewnie przysiadła na kolanach po drugiej stronie drzwi i recytowała swoje modlitwy. "I na co się to teraz zda?", przeszło jej
przez myśl. Kto to widział, żeby modlitwa była antidotum? Kto to
słyszał, żeby ktoś uratował się lub został uratowany dzięki modlitwie?
Przez chwilę stała przy łóżku, przyglądając się coraz bledszej twarzy
kobiety, której tylko głowa wystawała spod kołdry. Oczy miała zamknięte.
Cienie pod nimi i posiniałe powieki sprawiały, że na pierwszy rzut oka
przywodziły na myśl bezdenne dziury. Przyprószone siwizną włosy
rozsypane były na poduszce. Krew już dawno odpłynęła jej z twarzy.
Piękne, jędrne, różowe policzki kobiety, które i na niej robiły zawsze
ogromne wrażenie, teraz były jak głębokie doły. Zapadnięte wargi
przypominały dwie linie. Co jakiś czas widać było delikatne drżenie w kąciku ust. To coraz płytszy oddech wydobywał się na zewnątrz,
przyprawiając człowieka o drżenie. Jej ręce, które położono na kołdrę,
leżały nieruchomo jak dwie hebanowe gałęzie. Piękność rozświetlająca
epokę zapadała się w ciemność.
Jej spojrzenie na chwilę zatrzymało się na dłoniach chorej. Drgnęła z przerażenia. Palce wyglądały jak kości powleczone siną, pomarszczoną
skórą.
Poczuła, że jest jej żal. Przez chwilę pożałowała, że przyszła. Ale nie
miała innego wyjścia. Do końca musiała grać swoją rolę. Ona też pewnie
chciałaby, żeby tak było. Musiała stawić czoło śmierci, niezależnie od
tego, skąd i po kogo przychodziła. Jednak patrzenie na nią w tym stanie
sprawiało jej ból. Był czas, że wierzyła, iż jest najpiękniejszą i najpotężniejszą kobietą na świecie.
Wahała się, czy usiąść na łóżku. Jak długo jeszcze mogło to trwać? Ile
czasu jej zostało?
Powiedzieli: "Będzie bezboleśnie. Powoli, ale bez bólu". Naprawdę tak
było? Od miesiąca każdego dnia, w każdej godzinie topniała na jej
oczach. Czy cierpiała? Nawet jeśli tak było, nie dawała tego po sobie
poznać.
"Dość już - powiedziała w duchu. - Niech będzie, co ma być. Niech to już
się skończy".
Czy powinna wziąć ją za rękę?
Już sama myśl, że miałaby dotknąć tych kościstych palców, przyprawiła ją
o dreszcz. "Nie, nie mogę tego zrobić".
"Przynajmniej się pomódl", odezwał się głos w jej wnętrzu.
O tym nie pomyślała. Czy chora nie zasługiwała na modlitwę? Dobrze, ale
którą? Jakiej modlitwy by chciała? Taką, którą słyszała przy
narodzinach, czy te, których próbowała się nauczyć później?
Nagle zauważyła, że powietrze nie wydobywa się już spomiędzy jej warg.
Skończyło się? Umarła?
Powoli zbliżyła dłoń do ust i nosa kobiety, próbując wyczuć jej oddech.
Nic nie poczuła. A zatem wszystko się skończyło. W ciszy. Tak po prostu.
Jakby zasnęła. Śmierć przyszła cicho i zabrała ją ze sobą.
Jeszcze raz się pochyliła, żeby mieć pewność. Znowu nic. Jeszcze raz... I jeszcze...
I nagle oczy zmarłej się otworzyły!
Odskoczyła z przerażeniem.
Martwe oczy wpatrywały się w nią z głębi sinych studni. W przeciwieństwie do ciała pozbawionego duszy jej oczy były żywe. Tylko
ich błękit zmienił się w szarość.
- To ty?
Poczuła, jak chłód przenika ją do szpiku kości. Jej głos był nie do
poznania. Jakby dochodził z tamtej strony. To było coś między rzężeniem,
świstem, szeptem a rykiem.
Martwe oczy poruszyły się. Zrozumiała, że próbuje ją zobaczyć.
- To ty?
- Tak.
Ten głos przyprawił ją o dreszcz.
- Światła... Chcę światła... Nie... widzę... cię. Jesteś jak cień.
"Tym właśnie byłam - przeszło jej przez myśl. - Do dzisiaj zawsze
byłam cieniem".
- Lampę...
- Powiedzieli, że światło razi cię w oczy - powiedziała, na chwilę
wpadając w panikę.
- Światła... Światła... Proszę, trochę światła.
Podniosła się. Podeszła do konsoli i wzięła stamtąd lampę. Gdy odwróciła
ją w jej stronę, zauważyła, że martwe oczy nawet nie drgnęły. Tylko
głębokie bruzdy na jej twarzy napięły się z bólu.
- Nie do mnie - szepnęła umierająca kobieta. - W twoją stronę...
Nie dokończyła. Było widać, że oddycha z coraz większym trudem.
- Zapomnij o twarzy, którą przed chwilą zobaczyłaś - wyrzuciła z siebie
umierająca z ogromnym trudem. Jakby bała się, że nie zdąży powiedzieć
tego, co powinna. Resztkami sił wydusiła: - Zapamiętaj mnie... taką... jaką
zobaczyłaś mnie... pierwszego dnia...
Głos stawał się coraz słabszy.
- Ja też... Ja też ciebie taką...
I tym razem nie mogła dokończyć. To było zbyt wyczerpujące.
Nieco bardziej przysunęła lampę do siebie.
Spojrzenie szarych oczu zmarłej skupiło się na jej twarzy. Usta
poruszyły się, żeby coś powiedzieć.
- Jesteś bardzo piękna - oznajmiła w końcu.
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- Zaśpiewaj... - jęknęła umierająca.
Co? Zaśpiewać?
Martwe oczy odczytały jej zdumienie.
- Proszę, proszę... Zaśpiewaj nam piosenkę stamtąd... Pro...
Młoda kobieta zdała sobie sprawę, że to, co się dzieje, sprawia jej
coraz więcej bólu. Jakby gdzieś w niej płonął ogień. Jak nazywało się to
uczucie? Litość? Żal?
- Proszę... Naszą piosenkę... - Nagle umierającej zabrakło powietrza.
Wtedy zrobiła coś, o czym myślała, że nie będzie mogła się na to zdobyć.
Przysiadła na brzegu łóżka. Śledziła oczy umierającej. Zawahała się. Nie
powinna tego robić, ale wiedziała, że nie uciszy głosów w jej wnętrzu.
Ujęła w dłonie kościste palce.
- Już jej nawet nie pamiętam.
- Proszę! Pro...
- Ave Maria, gratia plena...1 - Bezwiednie zaczęła cicho odmawiać
Pozdrowienie Anielskie.
Zadrżała. Ile lat minęło, odkąd mówiła ją po raz ostatni? Poczuła w środku jakieś ciepło.
Umierająca przymknęła oczy. Wiedziała, że słucha jej całą sobą.
- Ave Maria, gratia plena / Dominus tecum; / Benedicta tu in mulieribus, /
et benedictus fructus / Ventris tui, Jesus...
Pod koniec tej wnoszącej się i opadającej, błagalnej i buntującej się
melodii umierająca próbowała unieść głowę z poduszki, ale na próżno. Jej
twarz ściągnął ból, a z ust wydobył się krzyk.
- Ave Maria. - Jednak płuca odmówiły tego wysiłku. Jej ciałem
wstrząsnął atak przeraźliwego kaszlu. Mimo to umierającej udało się
wydobyć z siebie słowa: - Posłuchaj... Już cza...
- Nie rozumiemy, co mówicie.
- Już czaaas.
- Czas?
Umierająca przymknęła oczy.
- Czy jest noc?
Odstawiła lampę na miejsce i podbiegła do okna.
- Noc, ale zaraz zacznie świtać.
- Dobrze - powiedziała umierająca między rzężeniami. - Spójrz... Czy...
widzisz... gwiazdę... Czy widzisz gwiazdę zaranną?
Wyjrzała, ale jej nie było.
- Nie widzę. Niebo jest zachmurzone. Pewnie zaraz zacznie padać.
Nieruchoma twarz kobiety w łożu napięła się w przerażającym uśmiechu.
- Dobrzeee.
Zdziwiła się. Dlaczego powiedziała, że to dobrze? Przecież kochała
rozgwieżdżone nocne niebo. Po raz ostatni spojrzała przez okno i wróciła
do łóżka. Stanęła nad głową kobiety.
Jej pierś unosiła się i opadała jak miech kowalski. Widząc, jak
pozbawione życia ciało szaleńczo walczy o każdy oddech, nie mogła
powstrzymać łez.
Boże, jak zaciekle walczy, żeby nie umierać! Przecież miało być łatwo.
Miała nie czuć bólu.
- Zbliż... Zbliż się - odezwała się umierająca, ubiegając kolejny atak
kaszlu.
Jej oczy otworzyły się szeroko z bólu i wysiłku.
Pochyliła się nad nią.
- Zbliż się.
Pochyliła się jeszcze bardziej. Pojedyncza łza spadła na policzek
umierającej. Zauważyła uśmiech na twarzy kobiety. Przeszedł ją dreszcz.
"Czy ona się śmieje?", przeszło jej przez myśl.
Kobieta próbowała coś powiedzieć, ale ona nie usłyszała. Głos był niczym
oddalający się, niknący szept.
Nagle gorąco zapragnęła usłyszeć ostatnie słowa umierającej. Musi je
usłyszeć. To może być bardzo ważne. To może być jakiś sekret.
- Boże, nie słyszę cię.
- Zbliż się! - powiedziała umierająca dawnym rozkazującym tonem.
Teraz jej ucho znajdowało się tuż przy ustach kobiety. Zdziwiła się, że
nie ogarnął jej wstręt, gdy poczuła napawający przerażeniem zapach
wydobywający się z jej ust.
- Słucham. Mów.
- Ja - jęknęła kobieta zachrypniętym głosem. - Ja...
- Tak, tak. Ty?
- Ci...
- Tak. Mnie?
- Wybaczyłam. Wy... ba... czyłam... ci...
Głos ucichł. Delikatny podmuch ustał.
Uniosła głowę i spojrzała na kobietę. Umierająca wpatrywała się w nią
szarymi oczami. Powoli i one się zamknęły. Pozwoliła płynąć łzom, a one
deszczem spadły na pozbawioną życia twarz, obmywając ją.
- Skończyło się - powiedziała cicho. - Skończyło się. Umarła.
Mogłaby przysiąc, że gdy nadejdzie wiadomość o jej śmierci, krzyknie:
"Moja niewola się skończyła, nie jestem już cieniem!", ale nie była w stanie tego zrobić.
Nie przypuszczała, że tak się stanie. Nigdy by nie przypuszczała. Nawet
na chwilę nie przyszło jej do głowy, że mogłaby płakać nad jej łożem.
Ale płakała.
Jej serce zajęło się ogniem. Co oznaczały te łzy? Bezradność wobec
potęgi śmierci? Bycie świadkiem śmierci kogoś, w czyich żyłach płynęła
ta sama krew? Litość? A może żal?
- Proszę, Boże - modliła się - niech to nie będzie żal. Tego nie zniosę.
Przez chwilę przyglądała się obliczu zmarłej, stojąc nieruchomo. Postąpi
tak, jak chciała. Na zawsze zapamięta jej twarz taką jak wtedy, gdy po
raz pierwszy ją ujrzała. Piękną, potężną, wspaniałą.
Upłynęło sporo czasu, zanim wstała. Miała wrażenie, że w komnacie
zrobiło się jeszcze ciemniej.
Ruszyła w stronę drzwi. Wyprostowała ramiona. Uniosła głowę. Wierzchem
dłoni otarła łzy. Otworzyła drzwi.
- Skończyło się - wyszeptała do wyczekujących kobiet. - Powróciła do
Boga.
Oddaliła się, nie zważając na dobiegające zewsząd lamenty.
Wyszła do ogrodu różanego, mimo że był koniec grudnia. Objęła się
ramionami. Głęboko wciągnęła lodowate powietrze.
Spojrzenie utkwiła w błękitnych wodach, drżących w porannym chłodzie.
Jednak ani nie widziała mew, desperacko machających skrzydłami ponad
falami i zanurzających się w nie w nadziei na zdobycz, ani nie słyszała
ich krzyków witających wschodzący świt.
Przed jej oczami pojawiały się wspólnie przeżyte chwile, pełne miłości
słowa, rozmowy wyzwalające powodzie uczuć i palące pierś tęsknotą. Całe
życie, które z nią dzieliła.
Rozdział II. Stary Pałac. Harem. 1560
II
Stary Pałac
Harem
1560
Noc już dawno osnuła wszystko mrokiem. Nagle uchyliły się drzwi od
dziedzińca odalisek. Okryta cieniem postać wsunęła głowę przez szparę i skontrolowała westybul, do którego przez pokojowe okno przesączały się
smugi żółtego światła. Nikogo nie było widać. W jednym z pokoi na końcu
korytarza płakało dziecko. Dało się słyszeć mruczenie kobiety próbującej
je uspokoić, żeby nikt go nie usłyszał. Gdzieś rozległ się frywolny,
kobiecy śmiech.
- Ciii... - skarcił ją ktoś. - Dość tego rechotania. Zaraz będzie ranek.
Ten ktoś bezgłośnie wślizgnął się do środka.
- Chodź - odezwała się, nieco szerzej otwierając drzwi. - Pośpiesz się.
Do wnętrza przedostała się druga, szczupła osoba.
- To tutaj - mruknęła pierwsza, wskazując miejsce tuż za drzwiami. -
Jako kryjówkę kazałam przygotować tę ażurową szafę. Nikt nas nie
zobaczy, ale my będziemy widziały wszystko.
Otworzyła drzwiczki szafy.
- Chodź, chodź.
Kiedy wysunęła rękę, żeby przyciągnąć drugą osobę, na chwilę ukazało się
kobiece ramię, delikatne i białe jak kość słoniowa, ukryte pod czarną
peleryną.
- Wchodź. Nie zwlekaj. Będziesz obserwować wszystko ze środka.
Weszły do szafy przypominającej ciemny otwór. Zamknęły nad sobą drzwi.
- Okropnie tu duszno, kuzynko. A do tego ciemno - skarżyła się kobieta o cienkim głosie.
- Nie ma innego wyjścia - fuknęła na nią druga. - To ty uparłaś się,
żeby to zobaczyć. To jedyne miejsce, skąd możesz popatrzeć, sama
pozostając niezauważona. Módl się, żebyśmy nie przyszły tu na próżno. -
Nastała cisza. - Ale nie sądzę. To niemożliwe, żeby grzmot w piekle
pozostał bez echa. Nie patrz na to, co jest teraz. W każdej chwili może
nastać sądny dzień.
Przez okratowane drzwi szafy wysunęły się dwa szczupłe palce.
- Zabierz tę rękę - złajała ją kobieta. - Ktoś może zobaczyć. Patrz
tylko i słuchaj. Nawet nie oddychaj.
Nagle otworzyły się jedne z wychodzących na korytarz drzwi.
- Biegnijcie, dziewczęta! - zadźwięczał krzyk kobiety, która pośpiesznie
wynurzyła się zza drzwi. - Sümbül umiera. Dziecko źle się ułożyło. Życie
dziecka naszego pana jest w niebezpieczeństwie.
Dziedziniec odalisek Starego Pałacu w jednej chwili wypełnił się
przejmującymi jękami mającej urodzić odaliski oraz dodającymi otuchy i karcącymi głosami akuszerek.
Jedne z drzwi otworzyły się na oścież. Pojawiły się w nich zaspane, ale
piękne kobiety. Pełne współczucia i zazdrości pytania padały jedno po
drugim:
- Co się stało? Która to znów rodzi w cierpieniach?
- Czyżbyś nie słyszała? Sümbül...
- To ta Bośniaczka?
Odpowiedź przyszła od dziewczyny wyglądającej zza innych drzwi:
- Bihter to Bośniaczka. Sümbül jest Albanką.
- O rety! Naprawdę umiera?
- Było wiadomo, że nie przeżyje. Widział ktoś taki brzuch wielki jak
góra Kaf?
Rozległ się odgłos bosych stóp, pośpiesznie zmierzających do izby, w której Albanka walczyła ze śmiercią, rodząc dziecko padyszacha.
"Dziś ona, jutro ja", myślała każda z kobiet. Odaliski, które ciągle
ze sobą rywalizowały o to, która z nich trafi do łoża padyszacha i czym
prędzej urodzi mu księcia, zapomniały o wzajemnej wrogości i zazdrości,
jednocząc się w tej beznadziejnej sytuacji. Najważniejszym obowiązkiem
akuszerek było dopilnowanie, żeby dziecko urodziło się żywe! Jeśli matka
przeżyje, to dobrze, jeśli nie - trudno. To Bóg daje i odbiera. Co można
zrobić?
Kiedy tak się działo, dziewczęta wracały do swoich pokoi z opuszczonymi
głowami, wzdychając i starając się nie okazywać radości, że mają o jedną
rywalkę mniej. Przez jakiś czas wspominały zmarłą, a później dziewczyna
odchodziła w zapomnienie. Zupełnie jakby nigdy nie istniała, jakby nigdy
nie przemierzała tych korytarzy, skupiając na swoim pięknym ciele pełne
zawiści i pożądliwości spojrzenia, jakby jej śmiech nigdy nie odbijał
się echem w murach haremu.
Te godziny wypełnione bólem i skurczami porodowymi odaliski nazywały
między sobą wejściem na most As-Sirat2. Jeśli urodziłaś,
oznacza to, że przebyłaś most, jeśli ci się nie udało...
Nikt nie myślał o losie dziecka dziewczyny, która umarła przy porodzie,
wydającego z siebie rozdzierający krzyk - nie wiadomo, czy dlatego, że
wyczuwało, jak okrutnym miejscem jest świat, na którym się pojawiło, czy
dlatego, że nie ma już przy nim jego matki. Jeśli sprzyjało mu
szczęście, przeżyło, jeśli nie - nagle znikało.
To właśnie była jedna z tych nocy, kiedy każda z nich o tym myślała, ale
żadna nie miała odwagi wypowiedzieć głośno swoich lęków i uczuć. Prawie
wszystkie drzwi były otwarte. Dziedziniec odalisek wypełnił się
światłem. Przed pokojem rodzącej odaliski pełno było przepięknych
dziewcząt plotkujących między sobą przyciszonymi głosami. Między nimi
znajdowały się takie, które też były brzemienne. Po ich brzuchach można
było rozpoznać, że niektórym jeszcze daleko do rozwiązania, ale inne od
porodu dzieliło dosłownie kilka dni.
- Ach! - zawołała jedna z ciężarnych. - A niech cię szlag!
- Co się stało? Niech twoje przekleństwo do ciebie wróci.
- Patrz przed siebie! Nie widzisz? Jestem w ciąży. Specjalnie
szturchnęłaś mnie łokciem w brzuch. To moja wina, że nie potrafisz
wypełnić swojego łona?
- Wyrwę ci język, wiedźmo!
W takich chwilach pozostałe dziewczęta natychmiast się wtrącały i rozdzielały kłócące się kobiety, chociaż zdarzało się, że z radością
patrzyły na rozgrywającą się scenę, ale teraz nie było na to czasu.
Piękność, która stała się ofiarą ataku, osłaniając rękami raczej brzuch
niż twarz, buntowała się:
- Lada dzień urodzę naszemu panu padyszachowi księcia. Widziałyście, jak
mnie zaatakowała?! Gdyby sułtan o tym usłyszał, kazałby obedrzeć ją ze
skóry!
Zaraz wzniosły się drwiące słowa sprzeciwu.
- Cha, cha, cha! Księcia! A skąd to wiadomo? Czyżby dziecko napisało do
ciebie list: "Jestem chłopcem, matko"?
- Wody! Gorącej wody!
Przeraźliwe wołanie akuszerki sprawiło, że spór między odaliskami
skończył się tak samo szybko, jak się zaczął.
- Wody! - zawtórowały dziewczęta.
Nie wiedziały, kto ma po nią pobiec. Z pewnością ktoś się znajdzie.
Chociaż lękały się krzyczeć razem z akuszerką, tłumiły w sobie to
uczucie wiedzione powinnością niesienia pomocy swojej towarzyszce losu,
która tam w środku kroczyła nad krawędzią śmierci.
- Gorącej wody! Szybko!
Nie minęło dużo czasu, gdy z drugiego końca korytarza rozległ się
przeszywający krzyk:
- Zróbcie przejście!
Czarnoskóra kobieta z wielkim dzbanem, z którego unosiły się wściekłe
kłęby pary, przedzierała się, potrącając kobiety.
- Szybko! Otwórzcie! - Pulchna służąca zbeształa stłoczone przed
drzwiami odaliski głosem urywanym z wysiłku. - Zróbcie przejście. Tej
nocy odejdzie albo Sümbül Haseki, albo ja. Żebyście później nie mówiły,
że gdyby Merdżan przybyła z wrzątkiem na czas, toby nie umarła.
Po tym, jak Merdżan weszła do środka, w drzwiach pojawiła się naczelna
akuszerka. Zmierzyła wzrokiem kłębowisko dziewcząt.
- Ty! - Wskazała wysoką gruzińską piękność. - I ty. Ty też. Ta z tyłu.
Nie rozglądaj się tak. Ty. Bihter czy jak ci tam było na imię. Chodźcie.
- Liczę na was - odezwała się do dziewcząt próbujących dostać się do
drzwi. - Musicie tak przytrzymać Sümbül, żeby nie poruszyła ani ręką,
ani nogą. Niech wasza siła na coś się przyda.
Naczelna akuszerka pośpiesznie wciągnęła do środka cztery odaliski.
- A wy módlcie się, żebyśmy uratowały dziecko - powiedziała do dziewcząt
na zewnątrz, zamykając im drzwi przed nosem.
Teraz nie mogły zrobić nic więcej, tylko czekać. Głosy zamilkły.
Wstrzymały oddech.
Kiedy z pokoju wyskoczyła Merdżan z pustym dzbanem, zaczęły się
przekrzykiwać, próbując uzyskać jakieś wieści, ale na próżno.
Czarnoskóra służąca oddaliła się biegiem, uderzając obcasami o dywan. Po
chwili znów przyniosła do środka gorącą wodę, wykrzykując:
- Rozejść się! Rozejść się!
Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy Merdżan ponownie wykonała tę samą
czynność, nie dając ciekawskim dziewczętom najmniejszej wskazówki, która
pomogłaby im zrozumieć, co się dzieje. Później głosy znów zamilkły. W uszach wszystkich zabrzmiał płacz noworodka witającego się ze światem.
Czas dłużył się okrutnie, a z każdą mijającą chwilą niepokój na twarzach
dziewcząt coraz bardziej przypominał rozpacz.
W końcu drzwi się otworzyły i wyszła z nich jedna z akuszerek,
wycierając ręce. Nic nie powiedziała. Zresztą nie było takiej potrzeby.
Wyraz jej twarzy wystarczył, żeby wszystko zrozumieć. Nie było już ani
Albanki Sümbül, ani dziecka, które sprowadziła na świat.
- Czy to był chłopiec? - dało się słyszeć wśród zgromadzonych.
Akuszerka, nie odwracając się, pokręciła głową.
- Ech - mruknęła jedna z odalisek do dziewczyny obok. - I co by było,
gdyby przeżyła?
- A nawet gdyby był chłopiec... - szepnęła inna. - Co by było, gdyby
założyli mu na głowę koronę księcia? Czekałby, aż jego brat, który
zostanie padyszachem, każe go udusić, wstąpiwszy na tron.
Dziewczęta, które pełne ekscytacji przybiegły boso pod pokój, gdzie
odbywał się poród, tym razem ciężkim krokiem rozeszły się do swoich izb.
Drzwi po kolei się zamknęły. Żółte smugi światła rozjaśniające
dziedziniec odalisek zgasły. Dziewczęta modliły się, niektóre
rozkładając dłonie, inne wyciągając krzyż: "Boże, nie pozwól, żebym
podzieliła los Sümbül".
Większość z nich śniła o tym, żeby urodzić sułtanowi Muradowi zdrowego
księcia. O tym, jak padyszach przychodzi i całuje je w czoło, jak
obsypuje je perłami i diamentami. W marzeniach każdej z nich ich syn
przypasał miecz i wstępował na tron. Dlaczego nie? Czy sułtanka matka
Nurbanu nie przeszła przez ten dziedziniec i nie została żoną, a później
matką padyszacha? Kobieta była podobna do swojej teściowej. W haremie
wciąż żywa była sława Hürrem. Być może im też pisany był los ruskiej
odaliski Hürrem i jej synowej Nurbanu. Kto to mógł wiedzieć? Ale
pierwszym zadaniem było urodzenie wyśnionego księcia i zostanie matką
syna sułtana Murada Chana.
- Dziewczętaaa! Dziewczęta! Obudźcie się! Radosne wieści!
Ich sny tym razem przerwał radosny krzyk. Piękne oczy otworzyły się
zaspane i pytające. Nie minęło dużo czasu, gdy drzwi się uchyliły. Na
dziedzińcu odalisek znów zapanowało ożywienie. Odaliski sułtana Murada,
jedna piękniejsza i bardziej czarująca od drugiej, wyjrzały na zewnątrz.
- Kto? Kto urodził?
- Tej nocy nie ma snu.
W progu jednej z izb ukazała się akuszerka i ogłosiła narodziny:
- Gülfidan została matką księcia!
Ze środka dochodziło zawodzenie chłopca.
- Niech któraś biegnie i przekaże naszemu panu dobrą wiadomość. Nasz
padyszach ma syna.
Gdyby nie strach, wszystkie wybuchłyby śmiechem. "Jaka to dobra
wiadomość", myślała większość z nich. Dziewczęta nieustannie rodziły.
Każde narodziny oznaczały umocnienie się pozycji rywalki, zajęcie
bardziej uprzywilejowanego miejsca przez odaliskę, która urodziła syna.
Każdy kolejny książę oznaczał dla Imperium Osmańskiego nowe zmartwienie.
Padyszach nie miał dość potomstwa. W historii haremu nigdy nie było tylu
narodzin. Liczba przybyłych na świat dzieci zaskoczyła nawet akuszerki.
"Maszallah, maszallah", powtarzały, przewracając oczami, ale wszyscy
wiedzieli, że ukradkiem, za drzwiami, wszyscy się z tego śmieją.
Ta sytuacja najbardziej zadziwiała leciwe służące, które już niejedno
widziały. "Bóg obdarzył naszego pana padyszacha lwią siłą", szeptały
między sobą.
Tej nocy akuszerki i mieszkanki haremu biegały od drzwi do drzwi.
Dziedziniec odalisek był gwarny jak za dnia.
Drzwiczki ażurowej szafy powoli się otworzyły. Najpierw wyszła z niej
jedna osoba, a później druga. Obie bezgłośnie otworzyły drzwi i zostawiły za sobą poruszenie panujące na dziedzińcu. Na zewnątrz
powitała je jeszcze jedna osoba.
- Powóz jest tam, gdzie powiedziałam, Meleknaz?
- Zaraz przy schodach.
Pośpiesznie zeszły po schodach. Nie odzywały się do siebie, dopóki nie
wsiadły do powozu. Kiedy zostawiły w tyle ogród Starego Pałacu, jedna z tych osób odsłoniła głowę. Wyłoniła się piękna, kobieca twarz. Kobieta
miała około czterdziestu lat, ale wciąż była wystarczająco urodziwa,
żeby zawrócić w głowie.
- Widziałaś wszystko, Safiye?
- Widziałam, kuzynko.
- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie mówiła do mnie "kuzynko"? Jestem
Nurbanu. Sułtanka matka Nurbanu. - Później zwróciła się do kobiety
siedzącej obok spowitej w czerń postaci, którą przed chwilą zganiła: -
Meleknaz, odsłoń jej głowę. Wyjechałyśmy z pałacu. Nie ma sensu się
ukrywać. Nawet jeśli nas zobaczą, to już nie ma znaczenia.
Nie dając sposobności kobiecie, ruchem głowy zrzuciła kaptur peleryny.
Na ramiona spłynął jej wodospad jasnych włosów. Uroda dziewczyny
rozświetliła wnętrze powozu niczym wschodzące słońce.
"Boże - westchnęła Nurbanu. - Jest taka piękna i świeża. Taka czysta".
- Wszystko słyszałaś?
- Tak.
Sułtanka valide Nurbanu nachyliła się do dziewczyny.
- A teraz nadstaw uszu i posłuchaj uważnie tego, co powiem. I dobrze to
zapamiętaj. Osmanie nazywają to miejsce dziedzińcem odalisek, ja nazywam
je piekłem odalisek. To piekło pięknych, ale głupich. Ty jesteś Baffo,
mała kuzynko. Baffo powinny ufać swojemu rozumowi, a nie urodzie. Ty też
bądź mądra. Jeśli mnie posłuchasz i zrobisz, co mówię, jeśli podążysz
moją drogą, dotrzesz do raju. Zostaniesz żoną mojego syna i sułtanką
Imperium Osmańskiego.
Zamilkła. Oparła łokcie na kolanach i przechyliła się do dziewczyny.
Utkwiła wzrok w jej oczach. Dziewczyna odwzajemniła jej spojrzenie.
- Jeśli zaś zaufasz nie mnie, ale swojej urodzie... - ciągnęła Nurbanu.
Jej głos tym razem bardziej przypominał syk. - Jeśli będziesz sądziła,
że potęga i władza pochodzą wyłącznie z łoża, jeśli spróbujesz we mnie
ugodzić i mnie wyprzedzić, tam właśnie skończysz. W piekle.
Dziewczyna patrzyła na nią hardym wzrokiem.
- Nie martw się, kuzynko - odezwała się gorliwym szeptem. Z jej oczu
tryskały iskry. - Moja droga nie prowadzi do piekła. Safiye prędzej
trafi do czarnej ziemi niż na dziedziniec odalisek.
Aga haremu Hüseyin z Jemenu przybył do padyszacha i ucałował jego szatę
dopiero po porannej modlitwie.
- Dobre wieści, mój chanie. Z bożej łaski w domu mojego czcigodnego
sułtana przybyło jeszcze siedmioro dzieci z rodu świętej pamięci sułtana
Osmana i Murada Chana.
Padyszach spojrzał na haremowego agę zaspanym wzrokiem.
- Ilu z tych siedmiorga to chłopcy?
- Urodziło się troje książąt, panie.
Aga haremu nie uważał za konieczne wspominanie, że Sümbül i jej córka
umarły podczas porodu. Zamiast tego pokłonił się nisko i go pozdrowił.
- Niech Bóg da naszemu panu i...
Padyszach, wiedząc, że Hüseyin zamierza wygłosić mowę i modlić się o jego zdrowie i pomyślność, odprawił mężczyznę ruchem dłoni. Próbował
nazwać uczucie, które go ogarnęło. To była duma? "Komu dane było zostać
ojcem siedmiokrotnie w ciągu jednej nocy?", zapytał siebie. Pewnie
nikomu. W takim razie powinien się cieszyć. Jednak dlaczego się nie
radował?
Nie pamiętał, kto urodził mu dzieci. Wzruszył ramionami. Prędzej czy
później i tak się dowie. Te, które urodziły chłopców, będą się nimi
chełpić, a te, które urodziły dziewczynki, padną mu do stóp, prosząc o wybaczenie.
Żeby rozproszyć ogarniające go przygnębienie, szybkim krokiem skierował
się do swojej komnaty. "Kiedy nasza matka się dowie, znów oszaleje z wściekłości", pomyślał. Zachichotał, wyobrażając sobie, jak twarz matki
czerwienieje i pojawia się na niej złość. Ale co mógł zrobić? To Bóg
obdarzył go namiętnością, apetytem i nieustającym źródłem życia.
Przecież sługa nie mógł się sprzeciwić boskiej woli. Poczuł, że w jego
wnętrzu znów coś się poruszyło.
- Kalfo!
Czekająca po drugiej stronie tuż przy drzwiach Mestane Kalfa, gdy tylko
usłyszała głos padyszacha, weszła do środka w głębokim pokłonie i padła
przed nim.
- Jak miała na imię ta dziewczyna z Abisynii, którą pokazałaś mi wczoraj
w ogrodzie różanym?
- Ahter. - Głos kobiety był stłumiony, ponieważ odpowiadając, nie
uniosła głowy.
- Ahter? Dziwne imię. Co może oznaczać? Pytałaś?
- Podobno oznacza gwiazdę, sułtanie - wyszeptała Mestane.
- Ahter... Gwiazda, ha! Pięknie... Bardzo odpowiednie. Skórę ma czarną,
jednak wydaje się, jakby w jej oczach błyszczały miliony gwiazd. W takim
razie niech ma na imię Y?ld?z3. Powiedz, niech przygotują
Y?ld?z. Przekonajmy się, jak blask gwiazd rozświetli naszą alkowę.
Rozdział III
III
Nienawidzę! Nienawidzę!
Safiye z gniewem podniosła się znad rahli4.
- Nie udaje mi się! Nie potrafię!
Jej różowe policzki w jednej chwili zapłonęły. Kiedy zobaczyła, że
kobieta siedząca na szerokiej otomanie przed wysokim oknem, nie zważając
na nią, oddaje się robótce, jej gniew przybrał na sile. Rzuciła w kąt
kogucie pióro i zamaszystym ruchem zrzuciła z pulpitu wszystko, co się
na nim znajdowało.
- Kto wymyślił to cholerstwo? Nienawidzę tego! Nienawidzę!
Nauczycielka kaligrafii zaczęła zbierać rozsypane przybory do pisania i pergaminy. Ponieważ dziewczyna mówiła w języku, którego nie znała, nie
zrozumiała jej, ale była pewna, że to nie było nic dobrego.
Siedząca na otomanie i haftująca sułtanka matka Nurbanu zerknęła na
dziewczynę, jakby dopiero teraz usłyszała jej krzyki.
- Ha? Co mówiłaś, Safiye? Nie usłyszałam.
To, że na jej wykrzyczany po włosku bunt kobieta wolała odpowiedzieć
spokojnym tonem po turecku, wystarczyło, żeby rozwścieczyć Safiye.
- Maledizione! Nie zrozumiałaś? Mówię w naszym ojczystym języku.
Sułtanka matka uniosła głowę znad robótki. Wbiła igłę w czerwony jedwab
rozciągnięty na tamburku i wyjęła ją z drugiej strony. Później oderwała
nić zębami.
- Przekleństwa nie pasują do tej ładnej twarzyczki. - Próbowała
zdmuchnąć kawałek jedwabnej nitki, który przykleił jej się do dolnej
wargi. - Powiedziałam ci, że masz o nim zapomnieć, dopóki nie nauczysz
się osmańskiego. Zapomniałaś? Teraz to jest twój język - mówiła dalej. -
Osmański.
Czując, że nogi zaczynają jej drętwieć od siedzenia na kolanach,
dziewczyna podniosła się, mrucząc coś pod nosem z niezadowoleniem.
Przysiadła na brzegu otomany, na której siedziała kobieta.
- Do stu diabłów! - burknęła znów w swoim języku. - Tego też nie
potrafię. Czuję się jak głupia mała dziewczyna, która dopiero zaczyna
uczyć się mówić. Nienawidzę i pisma, i mowy Osmanów... Wszystkiego...
Na twarzy sułtanki Nurbanu pojawił się ukradkowy uśmiech. Uniosła głowę
i spojrzała na Safiye.
- Był czas, gdy ja też tego nienawidziłam. Ale spójrz, teraz...
- Adesso, adesso, adesso...
- Nie adesso, Safiye... Powiedz. Jak jest adesso po osmańsku?
Z ust dziewczyny wydobył się gniewny, znudzony świst.
- Teraz.
- Widzisz? Zapamiętałaś.
Kiwając głowami, damy dworu wyraziły uznanie dla sukcesu Safiye. Zrobiły
to bardziej po to, żeby przypodobać się matce padyszacha, niż żeby dodać
otuchy dziewczynie.
- Teraz - ciągnęła Nurbanu - z łatwością mówię i piszę po osmańsku.
Zapewniam cię. Mówię lepiej niż większość agów, bejów, wezyrów i paszów
stających przed obliczem padyszacha.
Damy dworu, potwierdzając jej słowa, nie omieszkały udawać podziwu.
Ostatnie, czego chciały, to to, żeby dziewczyna rozgniewała sułtankę, co
zdarzało się dość często i tylko Bóg raczy wiedzieć, dlaczego matka
padyszacha wyładowywała swój gniew na nich, a nie na Safiye, która
czasem doprowadzała ją do obłędu.
Safiye pojawiła się u boku sułtanki matki z dnia na dzień i weszła do
jej armii dam dworu. Dziewczyna była niezwykle piękna. Nawet Bóg musiał
być dumny ze swojego dzieła. Człowiek nie mógł się nasycić widokiem jej
złotych włosów, kształtnych brwi, mieniących się granatem oczu, małego,
zadartego nosa, pełnych warg, szyi, której mogły pozazdrościć jej
łabędzie, oraz wspaniałej sylwetki. Kiedy tak szła, kołysząc się
delikatnie, nawet kobiety nie mogły się powstrzymać, żeby nie westchnąć
z podziwu pomieszanego z zazdrością. One także były piękne, jednak
musiały spojrzeć prawdzie w oczy. Safiye była inna. Miała niezwykłą
aurę, swoisty czar.
Od blisko dwóch lat towarzyszyła matce padyszacha. "Trudno nazywać to
życiem", szeptano między sobą. Sułtanka valide nawet raz nie pozwoliła
dziewczynie przekroczyć bram pałacu. Nie zezwalała jej też na swobodne
poruszanie się na oczach wszystkich.
Matka padyszacha tak bardzo drżała o Safiye, a nawet ją ukrywała, że po
pewnym czasie stało się to tematem plotek. "Czyżby była zazdrosna o dziewczynę?", szeptały między sobą ukradkiem służące.
- Czy nasz pan nie słyszał, że jego matka ukrywa huryskę?
Kiedy padały te słowa, damy dworu zaczynały bezgłośnie chichotać.
- Jak mógł o tym nie słyszeć, dziewczyno? Mówią, że nawet gdyby jakaś
piękność ukryła się za górą Kaf, czcigodny sułtan zwęszyłby jej zapach.
Bóg obdarzył naszego pana tak wyczulonymi zmysłami.
- Słyszał, słyszał - szepnęła inna pośród śmiechów. - A jak myślicie,
dlaczego Payidar Kalfa co chwila przyjeżdża tu z Nowego Pałacu pod byle
wymówką?
- I co z tego, że przyjeżdża, moja śliczna, jeśli sułtanka natychmiast
wysyła Safiye w najdalsze części pałacu?
- A swoją pierwszą damę dworu Meleknaz za nią oczywiście.
Niektóre śmiały się wymownie.
- Skąd taka troska? Tylko kochanka można tak więzić.
- No wiesz co! Wstyd. I co jeszcze?
Jakby nie dość było tego, że nie spuszczała oka z Safiye, zatrudniła dla
niej rzeszę nauczycieli: nauczyciela etykiety, języka, kaligrafii,
czytania, muzyki, haftowania, tańca, którzy dbali o edukację dziewczyny.
Po popołudniowej modlitwie przychodziła do niej osobliwa kobieta,
Dżanfeda5. Nie wiadomo było, czy naprawdę tak się nazywała,
czy też mówiła tak o sobie, żeby przypodobać się sułtance. Czegokolwiek
Dżanfeda uczyła dziewczynę, zamykały się w komnacie na dwie godziny.
Wielokrotnie służące, wiedzione ciekawością, próbując znaleźć jakiś
sposób, żeby dostać się do środka, mówiły:
- Na pewno są spragnione. Zaniosę im chociaż zimnego sorbetu.
Ale dostępu broniła im Meleknaz.
- Mają lekcję. Nie przeszkadzajmy. Jeśli będą czegoś chciały, powiedzą.
Żadna z nich nie miała odwagi zapytać, co to za lekcja. Nie śmiały
wypytywać pierwszej damy dworu, którą sułtanka matka nazywała swoją
"towarzyszką niedoli".
Jednak ciekawość odbierała im zmysły.
Sułtanka Nurbanu największą wagę przykładała do lekcji języka
osmańskiego. Zakazała dziewczynie odzywać się w jej języku ojczystym. Co
więcej, nakazała swoim sługom:
- Nie ważcie się. Jeśli zwróci się do was po włosku, nawet jeśli ją
zrozumiecie, nie odpowiadajcie. Pozostawajcie głuche na jej słowa,
dopóki nie powie, czego chce po osmańsku. W przeciwnym razie będzie z wami źle.
Poza tym sułtanka matka sama dawała jej lekcje.
- Szklan-ka... Powiedz. Szklanka.
Safiye, śledząc ruch warg sułtanki, powtarzała z trudem:
- Szlaaan-kaaa.
Nawet jeśli dziewczyna buntowała się, sułtanka nie wpadała w gniew,
tylko wpatrywała się w jeden punkt nieobecnym wzrokiem. Wszystkie damy
dworu wiedziały, że w takich chwilach ich pani wypływa na morze swoich
wspomnień, i nie odzywały się ani słowem. Po chwili Nurbanu zbierała się
w sobie.
- Ach, jak ten czas leci. W pierwszych miesiącach mojego pobytu w haremie ja też się tak uczyłam. Nie ociągaj się, włożysz suknię, jaką
dla ciebie uszyłam. No dalej, mów... "Mój drogi sułtanie, mój chanie nad
chanami". Powtórz.
Safiye, bezradnie mrugając oczami, starała się powtórzyć to zdanie,
które zdawało się nie mieć końca:
- Móój drooogiii suułtaaanieee... Móój cheeenieee... No, no! Nie
potrafię! Nie umiem tego powiedzieć. Zapominam.
Żadna z dziewcząt nie wiedziała, dlaczego sułtanka Nurbanu jest tak
wyrozumiała dla dziewczyny. Wszystkie zastanawiały się też, co mogą
znaczyć słowa: "Włożysz kaftan, jaki dla ciebie uszyłam", które tak
często słyszały. Czyżby matka wielkiego padyszacha Murada Chana uszyła
kaftan dla damy dworu? Poza tym żadna z nich nie widziała tego kaftana.
Niewiele słyszały o tajemniczej dziewczynie. Niektóre mówiły, że
naprawdę ma na imię Cecilia, ale były też takie, które twierdziły, że
nazywa się Sophia. Krążyły też pogłoski, że dziewczyna jest krewną
sułtanki matki i tak jak Nurbanu pochodzi z rodu Baffo, ale ucichły tak
samo szybko, jak się zaczęły. Sułtanka valide nazywała ją Safiye, ale
kiedy któraś zawołała za nią "Cecilia" albo "Sophia", dziewczyna wciąż
się oglądała.
Nauczycielka kaligrafii ponownie ułożyła na rahli porozrzucane pergaminy
i kogucie pióro i usiadła.
- Dalej, Safiye, nie każ nauczycielce czekać.
- Nie potrafię tego napisać... Te pokraczne zawijasy i wywijasy.
Nurbanu odłożyła robótkę na atłasową poduszkę i pochyliła się nad
dziewczyną. Ujęła ją pod brodę i spojrzała w oczy.
Nurbanu, widząc, że oczy dziewczyny zaczynają wypełniać się łzami,
klaśnięciem odprawiła damy dworu. Została tylko Meleknaz. Teraz w pomieszczeniu znajdowały się trzy osoby mówiące tym samym językiem i w których żyłach płynęła ta sama krew.
- Nie wytrzymam tego - mruknęła Safiye. - Nie wytrzymam... Tęsknię za
matką... Za ojcem... Za Wenecją... Za piosenkami... Za wszystkim. Czuję, jak
tęsknota pali mnie w sercu.
Safiye przycisnęła ręce do piersi. Błagalnym wzrokiem spojrzała na
Meleknaz. Lubiła ją. Kobieta też miała łzy w oczach.
Sułtanka matka przygarnęła piękną głowę dziewczyny do swojej piersi.
Safiye wciągnęła w płuca zapach urodziwej kobiety, niegdyś wyklętej
przez całą rodzinę. Nurbanu zaś pogłaskała po włosach swoją małą
kuzynkę.
- Wytrzymasz - wyszeptała jej do ucha. - Jesteś Baffo.
- Nie mam już siły, ciociu.
Nurbanu pozwalała jej nazywać siebie ciocią tylko wtedy, gdy zostawały
same.
- W chwilach, gdy będziesz myślała, że nie masz już sił, przypomnij
sobie moje słowa. Ja z pijusa uczyniłam padyszacha i urodziłam
padyszacha Imperium Osmańskiemu. Teraz twoja kolej. Nałóż na głowę
koronę. Niech jeszcze jedna Wenecjanka wyda na świat osmańskich władców.
- Ja nie jestem tak silna jak ty.
Nurbanu nachyliła się i zajrzała w szkliste oczy dziewczyny.
- Otrzyj łzy ze swoich pięknych oczu. Królowe nie płaczą.
- Nie jestem żadną królową - próbowała opierać się Safiye.
- Będziesz nią. Nigdy nie waż się mówić, że pozwolisz, żeby któraś z dziewcząt, od których roi się w haremie, zdobyła koronę, którą my
podałyśmy ci na złotej tacy, Cecilio Sophio Baffo. Czasu jest coraz
mniej. Znamy swojego syna. W każdej chwili może się zadurzyć w jakiejś
dziewczynie i popełnić szaleństwo, którego nie uda mi się powstrzymać.
Może ją poślubić. Nie wolno nam zbyt długo zwlekać. Musisz ciężko
pracować. Meleknaz, wezwij nauczycielkę, niech kontynuuje lekcję.
Kiedy kobieta na znak swojej pani skierowała się do drzwi, na zewnątrz
rozległy się zagniewane głosy.
- Stójże!
- Śpieszy mi się - odpowiedziała.
- Nie wolno stawać przed sułtanką matką bez pozwolenia. Musisz czekać
przy drzwiach.
- Przybywam z Nowego Pałacu. Mam dla sułtanki matki bardzo ważną i pilną
wiadomość. Zapukam do drzwi, padnę jej do stóp, poproszę o wybaczenie i pozwolenie, żeby z nią porozmawiać.
Pomruki niezadowolenia dam dworu i służących słychać było aż w komnacie.
Nurbanu z niepokojem spojrzała na Meleknaz. Zauważyła, że jej również
udzieliło się zdenerwowanie. Nie mogły pozbyć się strachu, że skoro w jednym zdaniu padły słowa: "Ważna i pilna wiadomość z Nowego Pałacu",
musiało stać się coś złego. Tak było od lat. Jeśli jakaś wiadomość była
jednocześnie pilna i ważna, z pewnością kryła za sobą coś niepomyślnego.
"Czyżby coś się stało Muradowi?", przeszło jej przez myśl.
Poczuła, że cała drży. Od pewnego czasu czaił się w niej lęk, do którego
nie chciała się przyznać nawet przed sobą... Tyle razy próbowała
dowiedzieć się czegoś od wielkiego wezyra, ale na próżno. Jednak było
jasne, że jej zięć także się czymś niepokoi. Znała Sokollu Mehmeda Paszę
od lat. Ilekroć splatał ręce za plecami i zaczynał krążyć po
pomieszczeniu ze wzrokiem utkwionym w podłogę, nie wróżyło to nic
dobrego. Zaledwie wczoraj sułtanka Ismihan powiedziała jej:
- Matko, wielki wezyr pasza czegoś się obawia, ale nie wiem czego.
Wiesz, że on nic nie powie, ale czuję to. Boję się. Znów całą noc krążył
po pokoju.
"Zatem Sokollu Pasza też obawia się, że janczarzy się zbuntują i zrobią
coś złego padyszachowi", przeszło Nurbanu przez myśl, kiedy usłyszała
słowa córki.
Jej szpiedzy przynosili z koszar jedną wiadomość za drugą:
- Żołnierze naszego sułtana są niespokojni, sułtanko matko. Szepczą
między sobą za drzwiami i podczas wart. Nikt nie wie, co się dzieje, ale
morale jest coraz niższe.
Nie bez powodu szerzyło się zgorszenie, skoro tyle mówiło się o tym, że
padyszach jest tak uzależniony od kobiet, że zapomniał o wyprawach
wojennych i nie opuszcza haremu.
Próbowała stłumić rosnące w niej domysły. Gdyby to była taka wiadomość,
nie wypadałoby, żeby przynosiła ją kobieta.
Ta myśl nie wystarczyła, żeby uciszyć budzącego się w niej potwora.
"Dlaczego nie wypadało? Może mój Murad przesłał wiadomość przez kobietę,
żeby nie wzbudzać podejrzeń?".
A może coś się stało jej zięciowi?
"To fakt - pomyślała sułtanka valide. - Wielki wezyr Sokollu Mehmed
Pasza miał więcej wrogów niż przyjaciół".
- Podczas gdy padyszach wyleguje się w łożach odalisek, wielkiemu
wezyrowi przypadło władanie Imperium Osmańskim - szeptali złośliwie.
- Co to ma znaczyć? Sokollu widział już trzech padyszachów, a wciąż
piastuje urząd wielkiego wezyra. Czy w Wielkim Imperium Osmańskim nie ma
innego sługi, który mógłby służyć naszemu panu? - powtarzali wezyrowie,
paszowie i bejowie.
Hodża Sadeddin i niejaki Üveys Pasza dolewali oliwy do ognia. Dołączył
też do nich aga haremu Gazanfer.
Nurbanu westchnęła. Sokollu dobrze rządził państwem, ale jak miała
wyjaśnić to ludowi? Nikt nie mówił, że byłoby źle, gdyby nie Sokollu.
Ale obwiniano go za wszystko.
Nagle jakby usłyszała głos swojej teściowej: "Będziesz mieszkała w pałacu, Nurbanu - wpoiła jej przed laty Hürrem. - To, czego w pałacu
jest najwięcej, to zdrada, dziecko. Zdrada nie śpi".
Życie też ją tego nauczyło.
"Boże - jęknęła w duchu - czyżby, nie daj Boże, zdrada sięgnęła po jej
zięcia paszę?".
Nie była w stanie się zmusić, żeby polecić Meleknaz, aby otworzyła
drzwi.
Głosy na zewnątrz znów się wzmogły.
- Trwa lekcja. Podczas lekcji nie wolno wchodzić.
- Lekcja ma zatrzymać pilną i ważną wiadomość? Mówię wam, że mam wieści,
które muszę natychmiast przekazać. Jeśli sułtanka valide dowie się, że
mnie zatrzymałyście, każe obedrzeć was ze skóry.
Teraz damy dworu i służące również sprzeciwiały się głośniejszym tonem:
- Sułtanka matka odesłała nas wszystkie.
- Spójrz, wyprosiła nawet wielką hodżę.
- Rozmawia sam na sam z Safiye.
- Może to coś poufnego. Pod żadnym pozorem nie powinnyśmy im
przeszkadzać.
- Poczekaj. Za jakiś czas zapukamy do drzwi i zapytamy o jej pozwolenie.
Meleknaz spojrzała na Nurbanu pytającym wzrokiem. Safiye rozumiała tylko
połowę z tego, co mówiono, ale było oczywiste, że chodzi o coś ważnego.
Jeśli się stało, to się stało. Gdyby siła jej strachu wystarczyła, żeby
to zmienić, nikomu nic by się nie przydarzyło. Jeśli zaś się
przydarzyło, nie miała innego wyjścia, tylko stawić temu czoła.
- Otwórz - odezwała się Nurbanu. - Dowiedzmy się, co się dzieje. Co to
za wiadomość, że jeśli usłyszymy ją zbyt późno, każemy obedrzeć ze skóry
nasze dziewczęta?
Meleknaz też pragnęła się dowiedzieć, co to takiego, jednocześnie
podzielając obawy swojej pani. Od dnia, kiedy los przywiódł ją do
haremu, nie widziała, żeby lud był tak bardzo zaniepokojony. Na targach,
ulicach, wszędzie ludzie krytykowali to, co działo się w pałacu.
Pośpiesznym krokiem skierowała się do drzwi.
Tuż za drzwiami rozległ się krzyk kobiety:
- Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam! Jeśli zatrzymacie mnie choćby
jeszcze na chwilę...
Drzwi otworzyły się, zanim kobieta zdążyła dokończyć. Kiedy Meleknaz
usunęła się na bok, Nurbanu ujrzała w progu panią Düriye szamoczącą się
z damami dworu.
Düriye nie przegapiła tej okazji. W jednej chwili rzuciła się do środka
i padła na kolana.
- Dusza Düriye należy do mojej sułtanki. Jeśli wam uchybiłam, odbierzcie
mi życie, pani. Jednak pomyślałam, że będziecie chciały czym prędzej
usłyszeć wieści, które wam przynoszę.
Nurbanu i Meleknaz ponownie wymieniły zaciekawione spojrzenia.
- W takim razie mów, Düriye. Przekonajmy się, czy ta wiadomość jest
wystarczająco ważna, żeby wybaczyć wam wasze przewinienie.
Safiye zdawała sobie sprawę z napięcia, które wisiało w powietrzu.
Niezależnie od tego, jak bardzo Nurbanu i Meleknaz starały się to ukryć,
zdradzał je wyraz ich twarzy. Skupiła całą uwagę, żeby zrozumieć, o czym
rozmawiają. "Uważaj - odezwał się głos w jej wnętrzu. - To, co zaraz
usłyszysz, może zmienić twoje życie".
Kiedy Düriye przekazała tę "pilną i ważną wiadomość", Safiye poczuła, że
przez chwilę w komnacie sułtanki matki zapanował nieznośny chłód. Nagle
ogarnęły ją wątpliwości. "Do diabła, czyżbym źle zrozumiała?".
To możliwe, ale Safiye odczytała z wyrazu twarzy kobiety radość z przekazania tej pomyślnej wieści. Jednak te, które ją dostały, nie
wyglądały na szczęśliwe. Na twarzach sułtanki Nurbanu i Meleknaz
malowały się zaskoczenie, wstyd, a nawet gniew.
"Pewnie źle zrozumiałam", pomyślała jeszcze raz Safiye. Ale była pewna,
że kobieta powiedziała: "Przynoszę dobre wieści". Kilka razy też
wymieniła imię padyszacha.
- Murad Chan - powiedziała Düriye i padła na ziemię, ponieważ wspominała
imię władcy.
Niewątpliwie też słyszała, jak wzywała Boga, unosząc dłonie ku niebu.
Jednak później się pogubiła. Było tam zbyt dużo długich, niezrozumiałych
słów.
"Niech to szlag - zaklęła w duchu Safiye. - Jak mam się nauczyć tego
języka?".
Jej starsza kuzynka próbowała ukryć to, że nie jest zadowolona z tego,
co usłyszała. Safiye, chociaż była młoda, jak każda Wenecjanka dobrze
znała się na maskach. Zupełnie jakby kuzynka Cecilia - żadnym sposobem
nie mogła się przyzwyczaić, żeby nazywać ją Nurbanu - w jednej chwili
nałożyła na twarz wenecką maskę. Zimną, pozbawioną wyrazu, ukrywającą
uczucia.
Upłynęło dużo czasu, zanim wydęła usta i odetchnęła głęboko.
- Tak? - odezwała się tylko. - Naprawdę tak się stało?
Pierwsza dama dworu westchnęła ukradkiem.
Sułtanka matka powiedziała jeszcze dwa zdania, obojętnie i bez
przekonania:
- Co mogę rzec? Niech im Bóg błogosławi.
Po czym gestem dłoni natychmiast odprawiła kobietę.
Düriye, spodziewająca się wynagrodzenia za przyniesienie pomyślnej
wiadomości, opuszczając komnatę, starała się ukryć rozczarowanie. Safiye
nie miała odwagi przerwać ciszy, która zapanowała po jej wyjściu. W rzeczywistości paliła się do tego, żeby zapytać, co się stało. Jednak
widząc przygnębienie, jakie je ogarnęło, nie mogła się na to zdobyć.
Nurbanu skrzyżowała nogi na otomanie i tak już została. Na chwilę
odwróciła się i spojrzała na Meleknaz. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby
miała coś powiedzieć. Jednak ona też milczała. Cisza była nie do
wytrzymania.
Słońce powoli zaczęło opuszczać okno komnaty sułtanki matki. Safiye
poruszyła się niespokojnie na materacu, ale to nie wystarczyło, żeby
przypomnieć kobietom o jej istnieniu. "Co im się stało?", zastanawiała
się. Jak pomyślna wiadomość przyniesiona z pałacu mogła wywołać takie
przygnębienie? Co takiego powiedziała ta pulchna kobieta?
Nie miała innego wyjścia, jak tylko czekać, żeby dowiedzieć się, czy
dobrze zrozumiała. Pochyliła głowę i postanowiła policzyć kwiaty i ptaki
na jedwabnym dywanie.
Nagle Nurbanu mruknęła, tak samo jak wtedy, gdy usłyszała wieść, którą
przyniosła Düriye:
- Tak? Naprawdę tak się stało?
Safiye natychmiast uniosła głowę. Już miała zapytać, co się stało, ale
się rozmyśliła. Nurbanu wciąż siedziała nieruchomo na otomanie.
Po chwili ogarnęło ją dziwne uczucie. Powoli obróciła głowę. Starsza
kuzynka utkwiła w niej swój wzrok. Oczy Nurbanu żarzyły się jak dwa
węgle w komnacie spowitej wieczornym mrokiem. Ich spojrzenia się
spotkały.
- Teraz już rozumiesz, dlaczego nie mamy czasu?
Safiye jeszcze nigdy nie słyszała, żeby jej głos był tak zrezygnowany.
Poza tym w tonie Nurbanu pobrzmiewał lęk.
- Co się stało? - W końcu zadała pytanie, które dręczyło ją od wielu
godzin.
- Co się stało? - Meleknaz powtórzyła jej pytanie. - A co się nie
stało...?
Ponownie odwróciła głowę w stronę otomany, na której siedziała Nurbanu.
- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam...
Rozdział IV
IV
Safiye nie musiała długo czekać, żeby dowiedzieć się, czy właściwie
zrozumiała wiadomość Düriye.
Nurbanu, nie odrywając od niej wzroku, cedziła słowa:
- Nasz syn padyszach sprawił, że podczas jednej nocy siedem razy
zostałyśmy babcią.
Gdy tylko skończyła mówić, jej twarz spochmurniała.
Po drugiej stronie drzwi rozległy się radosne głosy. Najwyraźniej Düriye
Kalfa przekazała też wiadomość zaciekawionym damom dworu.
Nagle Safiye zawahała się. Co znaczyło, że w ciągu jednej nocy siedem
razy została... I w tej chwili dotarło do niej, co usłyszała. Düriye
właśnie to powiedziała: "Mam dobre wieści, sułtanko matko. Wasz syn,
władca trzech kontynentów i siedmiu klimatów, sułtan Murad Chan, z Bożej
łaski, uczynił swoją matkę babką siedem razy w ciągu jednej nocy... Niech
jego szczęście i chwała będą wieczne, a życie długie. Niech Bóg nie
szczędzi mu swojej hojności... Niech obdarzy naszego padyszacha zdrowiem i pomyślnością...".
Dobry Boże!
- Siedem razy w ciągu jednej nocy!
Z iloma kobietami sypiał padyszach?
"Nie - powiedziała do siebie. - To nie może być prawda. Musiałam coś źle
zrozumieć".
- Siedem razy w ciągu jednej nocy!
- Do diabła, Safiye! Przestań to powtarzać!
Najwyraźniej bezwiednie wypowiedziała na głos słowa, które odbijały się
echem w jej głowie.
- Czy to oznacza, że padyszach siedem razy w ciągu jednej nocy został
ojcem?
Chociaż Nurbanu zakazała mówić dziewczynie po włosku, wyprostowała się
buntowniczo:
- Si, si! Tak, to właśnie to oznacza. Musimy natychmiast zająć się
kwestią twojego języka. Meleknaz, ty jej opowiedz. Krew uderzyła mi do
głowy.
Jednocześnie zaś Nurbanu zastanawiała się: "Ciekawe, co będzie, kiedy
żołnierze usłyszą o tym skandalu".
Meleknaz rozpaliła jedną z dużych lamp stojących na konsoli. W jednej
chwili pomieszczenie wypełniło się żółtym, drżącym światłem.
- Wczorajszej nocy urodziło się siedmioro dzieci naszego sułtana.
Safiye przesłoniła ręką usta, żeby stłumić kolejny okrzyk
niedowierzania.
- Do rana akuszerki biegały od jednej odaliski do drugiej. Siedem z nich
urodziło, jedna po drugiej.
Nurbanu podniosła się, mrucząc z niezadowoleniem.
- Które to, Meleknaz? Wiesz? Ja już straciłam rachubę.
Kobieta delikatnie wzruszyła ramionami.
- Macie rację. Już nikt nie wie, ile ich jest.
Sułtanka matka strapiona krążyła po komnacie.
- My też nie wiemy, ile mamy wnucząt. Jedyne, co wiemy, to to, że w ciągu jednej nocy nasz syn został ojcem kolejnych siedmiorga dzieci, a my ich babką. Co za radosna wiadomość, prawda?
Safiye w końcu odjęła rękę od ust.
- Ile z nich to dziewczynki? - zapytała bez większego zainteresowania.
Kobiety popatrzyły po sobie. One tego nie wiedziały. Düriye nie miała
czasu, żeby to przekazać.
- Nie wiem - odparła Nurbanu z udawaną radością. - Poza tym, co to za
różnica? Stolica kipi od moich wnucząt. Może pewnego dnia zbierzemy je
wszystkie na wielkim dziedzińcu. Tylko czy się zmieszczą?
Powiedziałabym, że je policzymy, ale zanim skończymy, urodzą się nowe. -
Roześmiała się z goryczą. - Pewnie przez dziedziniec odalisek w Starym
Pałacu nie można przejść, nie otarłszy się o brzuchy, które wypełnił
nasz syn.
Żadna z nich nie miała ochoty roześmiać się na te wypowiedziane z drwiną
słowa.
Sułtanka matka, zauważywszy, że Meleknaz krąży po wielkiej komnacie,
zapalając po kolei wszystkie lampy, krzyknęła:
- Przestań wreszcie, na miłość boską! To jakieś święto, że wszystko ma
być skąpane w świetle? Los Imperium Osmańskiego ogarnia mrok, a my
kroczymy w blasku!
Kobieta mruknęła coś pod nosem, po czym zajęła miejsce na materacu.
Starała się tego nie okazywać, ale było oczywiste, że czuje się urażona.
- Moja towarzyszko niewoli z pirackiej koi. - Nurbanu spojrzała kobiecie
w oczy. - Nie miej nam za złe, Gabriello - wyszeptała.
Nurbanu od lat zwracała się do Meleknaz jej prawdziwym imieniem tylko
wtedy, gdy chciała zyskać jej przychylność.
- Jesteśmy matką syna, któremu w ciągu jednej nocy urodziło się
siedmioro dzieci. Nie wiemy, co mówimy ani robimy. - Złośliwość w jej
głosie była ostra jak nóż: - Idź i uczyń to, czego wymagają tradycja i obyczaj. Otwórzcie te drzwi, żeby nasza służba zobaczyła, jak bardzo
sułtanka matka cieszy się z łaski, jaką Bóg obdarzył naszego syna. Niech
nasz pałac rozpromieni się blaskiem. Niech rozdadzą lokmę i chałwę.
Niech Imperium Osmańskie świętuje, że sułtan Murad, syn Selima Chana,
został ojcem kolejne siedem razy. Niech wystrzelą z dział, niech zagra
janczarska orkiestra.
Meleknaz, której nadąsana twarz w jednej chwili się rozpogodziła,
otworzyła dwuskrzydłowe drzwi.
Na zewnątrz rozległy się radosne okrzyki:
- Niech będzie błogosławiony!
Safiye patrzyła, jak damy dworu i służba padli na ziemię i modlili się o długie życie padyszacha i jego dzieci. Kiedy się odwróciła, na twarzy
Nurbanu ujrzała maskę szczęścia. Zrzuciła już maski smutku, wstydu i gniewu. Podczas gdy na zewnątrz wznosiły się modlitwy o zdrowie, długie
życie i błogosławieństwo dla sułtana i jego dzieci, ona uniosła dłonie i odpowiadała:
- Amen. Amen. Niech będzie, jak mówicie.
Safiye zdała sobie sprawę, że nikt nie wspomniał o matkach, które
urodziły padyszachowi dzieci. "Co to za świat? Co to za porządek?",
przeszło jej przez myśl.
Kiedy Meleknaz wyszła, zamykając za sobą drzwi, żeby poczynić
odpowiednie działania i wypełnić rozkazy swojej pani, Nurbanu chwyciła
Safiye za nadgarstek i przyciągnęła do siebie. Ich spojrzenia się
spotkały. Jej oczy płonęły.
- Teraz już rozumiesz, dlaczego nie mamy czasu?
Zamurowało ją.
- Śpiesz się, córo Baffo. Pochwyć swój los. W przeciwnym razie spłonie
Imperium Osmańskie, spłoniesz ty i spłonę ja. Nie zostanie ani ogień,
ani piec. Nie będzie tronu, na który można wstąpić, ani korony, żeby
włożyć ją na głowę.
Rozdział V
V
Safiye spojrzała na gwiazdy. Pośród czarnej nocy wyglądały jak drobinki
srebra zawieszone nad jej głową. Zima była za pasem. Drzewa już dawno
pogubiły liście. Tylko sosny pozostały zielone. Jednak one w ciemnościach przypominały cienie przerażających olbrzymów zadzierających
głowy ku niebu. Odetchnęła głęboko, a jej płuca wypełniło chłodne
powietrze. Ścisnęła na sobie grubą, wełnianą kamizelkę i się objęła. W jej uszach wciąż odbijały się jak echo słowa starszej kuzynki: "Śpiesz
się, córo Baffo".
- Śpiesz się, śpiesz się - burknęła. - Dobrze, ale jak? Co jeszcze mogę
zrobić? Wciąż nie rozumiem większości tego, co do mnie mówią.
Najświętsza Panienko, pomóż swojej córce Safiye.
Zadrżała, gdy zdała sobie sprawę, co powiedziała.
- Do diabła! - mruknęła. - Na pewno popełniłam grzech. Safiye? Safiye?
Jak to się stało? Jak to możliwe, że tak szybko wyzbyła się siebie? Nie
minęły nawet dwa lata, a pogrzebała gdzieś Cecilię - zgoda, nie lubiła
tego imienia - Sophię i stała się Safiye.
"Jak szybko przyzwyczaiłaś się do bycia Safiye, dziecko", zabrzmiał
głos w jej wnętrzu.
Serce jej zapłonęło.
Niczym się od niej nie różniła. Niczym nie różniła się od swojej
starszej kuzynki przeklętej przez Wenecję, której imienia sama
nienawidziła nosić.
"Najwyraźniej takie już są córy Baffo", próbowała się pocieszyć. Czy
równie szybko nie przyzwyczaiła się do obcych domów, do których chodziła
na wielkie bale? "Szybko dostosowujemy się do nowego otoczenia".
Głos w jej wnętrzu wybuchnął śmiechem. "Dostosowujecie się? - zapytał
buntowniczo. - Od kiedy sprzeniewierzenie się najważniejszym prawdom
nazywa się dostosowaniem? Jesteś zdrajczynią, Sophio Baffo! Jesteś
zdrajczynią jak ona".
Safiye ponownie uniosła głowę do gwiazd, które wyglądały tak, jakby były
wilgotne. Ale zaraz zdała sobie sprawę, że to nie one są wilgotne, tylko
jej oczy.
"Wcale nie - sprzeciwiła się głosowi. - Myliłam się co do niej. Wszyscy
się myliliśmy. Ona nie jest zdrajczynią. To dla Wenecji stała się
Nurbanu. Wenecjanka współrządziła Imperium Osmańskim. Czy to źle? Teraz
kolej na mnie. Imperium Osmańskim będzie rządził wenecki ród. Dziś na
tronie zasiada syn Nurbanu, jutro tron Imperium Osmańskiego przejmie
książę Safiye. W żyłach największego wroga Wenecji będzie płynęła krew
Baffo. Jeśli stanę się Safiye, zrobię to dla Wenecji".
Przeszła kilka kroków, szurając nogami po ścieżce wyłożonej kamieniami,
mokrymi od padającego cały dzień deszczu. Wsłuchiwała się w odgłos
swoich kroków. W oddali, po drugiej stronie drzew, w miejscu, gdzie
powinno znajdować się morze, pośród gałęzi zaczęło przesuwać się
czerwone światło. To musiała być łódź rybacka próbująca wydostać się ze
Złotego Rogu. Odbicie latarni padało na wodę. Światło drżało od wiatru i uderzeń fal. Obserwowała je, dopóki nie zniknęło jej z oczu.
Przepełniająca ją nieustająca tęsknota nagle się wzmogła. Poczuła, jakby
coś utkwiło jej w gardle.
- Ach! - Z jej ust wydobył się dźwięk po części przypominający jęk, a po
części westchnienie. - Ach, piękna Wenecjo...
Tam też nocami czerwone światła latarni na gondolach rozświetlały każdy
kanał, przypominając świetliki. Przez rozciągnięty nad Wielkim Kanałem
most Rialto, w świetle latarni niesionych przez służących, przechodziły
szlachetnie urodzone, piękne panie, unosząc krawędzie sukien. Weneckie
noce tonęły w blasku. I tylko jeden most, znany z nazwy jako Most
Westchnień, stronił od światła. Na mroczne wody padało przyprawiające o drżenie odbicie ścian wykonanych w białym wapieniu. Jego ciemne,
przesłonięte kamienną kratą okna przypominały martwe oczy. Nikt nie
chciał się odwrócić, żeby na nie spojrzeć. Tym mostem przechadzały się
lęk, przerażenie i śmierć. Na widok wątłego światła mieniącego się w okratowanych oknach ludzie wyciągali krzyże. Wszyscy wiedzieli, że to
jakiś skazaniec przechodzi z celi tortur na śmierć. Nieszczęśnicy
przechodzili przez most, żeby ostatni raz spojrzeć na Wenecję.6
To musiała być najcięższa tortura - zostać na zawsze rozdzielonym z Wenecją... Pośród kryształowych, przypominających szafir ciemności
weneckich nocy westchnienia niczym drżenia pozostawały zawieszone na
zimnych, pokrytych mchem kamiennych murach pałaców po obu stronach
kanału. Tak też stało się z westchnieniem Safiye. Na chwilę zawisło w powietrzu.
"Nie - powiedziała do siebie. - To nasza tortura jest najcięższa. Żyć z dala od Wenecji. I to na zawsze. Dopiero śmierć mogła ją zakończyć.
Jednak życie w tęsknocie, wspominanie jej ziem i wód, każdego dnia, w każdym dźwięku, w każdej barwie, w każdym zapachu oznaczało śmierć po
tysiąckroć".
Poczuła, że ogień w jej sercu jeszcze mocniej zapłonął. Czuła ból, jakby
krwawiła. Wierzchem dłoni otarła łzę spływającą po policzku.
"To dla niej - odezwała się do głosu w jej wnętrzu. - Nie waż się
myśleć, że zdradziłyśmy Wenecję. Ani ja, ani kuzynka Cecilia... Ona nie
miała wyjścia. Musiała zostać Nurbanu. Ja też nie miałam wyjścia i dlatego zostałam Safiye".
"Możesz dalej się oszukiwać - odparł wewnętrzny głos. - Zgodnie z tym,
co ci opowiadano, kobieta przynajmniej długo się opierała. Krzyczała,
buntowała się. Przez wiele dni nie jadła i nie piła. A co ty zrobiłaś?".
Safiye nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.
"Milczysz, prawda? - odezwał się ponownie głos. - Oczywiście, że
milczysz. Ja ci odpowiem. Nic. Nie zrobiłaś nic. Natychmiast się
poddałaś. Po prostu stałaś się Safiye. Spójrz na siebie. Bądź przeklęta.
Kto uwierzy, że jesteś Wenecjanką?!".
"I co? - mruknęła gniewnie Safiye. - Ja też nie mogę uwierzyć. Nie mogę
uwierzyć w nic, co wydarzyło się do tej pory".
Nie mogła nawet pojąć, że została porwana. W tym przeraźliwym deszczu
wszystko wyglądało jak koszmar. Światło i barwa zniknęły. Zarówno morze,
jak i niebo stały się kruczoczarne. Dosłownie jakby to morze runęło im
na głowy. Deszcz był tak gęsty, że nie widzieli nawet masztów okrętu. I właśnie w tej chwili pojawili się korsarze.
Nie mogła uwierzyć, widząc okropne gęby, płonące oczy, iskry tryskające
z uderzających o siebie szabli. To był koszmar. Kiedy otworzy oczy,
znajdzie się na statku delikatnie sunącym w blasku słońca na błękitnym
niebie. Korsarz, który brocząc krwią, zwijając się z bólu i wyrzucając z siebie przerażające okrzyki, wyłamał drzwi jej kajuty, również musiał
być częścią tego koszmaru. To, że okrutny potwór, uciekinier z piekła,
wlókł ją za sobą po podłodze, nie mogło przecież być prawdą. Tak,
niewątpliwie był to koszmar. Kiedy się obudzi, potwór zmieni się w przystojnego Antonia.
Nawet gdy wrzucono ją do cuchnącej ładowni razem z innymi ludźmi,
których przykuli do siebie łańcuchami, przywiązanymi wokół kostek, była
pewna, że w końcu się obudzi. Tymczasem nie śniła koszmaru, tylko go
przeżywała.
Nie uwierzyła też, kiedy wyszli na ląd po trwającej wiele miesięcy
podróży w ciemnej, wilgotnej ładowni, wśród burz i głodu. Co to za
miejsce? Otoczyło ich wielu mężczyzn o brzydkich, czarnych gębach.
Krzyczeli coś w niezrozumiałym dla niej języku. Popychając ich,
rozdzielili kobiety i mężczyzn i znów zakuli ich w łańcuchy. Kobiety
płakały. Prośby i błagania mieszały się z brzękiem łańcuchów
pozostawiających na ich nogach głębokie rany.
"Handlarze niewolników!".
Safiye miała wrażenie, że słyszy wołanie starej kobiety w obszarpanym
stroju. Pamiętała ją z okrętu. Była żoną znanego kupca. Podobnie jak ona
wracała z Korfu do Wenecji. Wieczorami, kiedy słońce zanurzało się w morzu, a chmury przywdziewały szkarłaty i czerwienie, wychodziła na
pokład i śpiewała rzewną pieśń, a wiatr szarpał jej włosy. Miała na
sobie piękną spódnicę z zielonej tafty i żółty gorset. Ramiona okrywała
szalem równie czarnym co jej włosy. Tymczasem teraz biedaczka wyglądała,
jakby miała na sobie łachmany. Jej jedwabiste włosy z brudu teraz
przypominały siano. Twarz miała bladą z głodu, zmęczenia i cierpienia, a pod oczami fioletowe cienie.
- Najświętsza Panienko, to handlarze niewolników. Korsarze sprzedają nas
handlarzom niewolników!
Dobry Boże! Wszystkich ogarnął strach. Wszyscy byli przerażeni. Ona też
wołała i krzyczała. Stara kobieta rzucała się na ziemię, płakała,
błagała, walczyła, żeby się uwolnić, rwała włosy z głowy.
Nagle stanął przed nimi mężczyzna wielki niczym olbrzym. Zaczął kopać
miotającą się na ziemi kobietę. Stare, wyczerpane, pozbawione sił,
wychudzone ciało zwinęło się z bólu. Ale mężczyzna kopał dalej. Olbrzym,
bryzgający pianą z ust, żadnym sposobem nie mógł wyładować złości.
Gniewnym ruchem chwycił kobietę za włosy i położył jej głowę na swoim
kolanie.
"Donna Gina...".
Safiye nagle przypomniała sobie też imię kobiety. Tak, miała na imię
Gina. Krzyczała, wymachiwała ramionami, jakby chciała rozszarpać
mężczyznę.
Kiedy wyciągnął nóż? Pamiętała tylko, że gdy błysnęła zimna stal, z ust
wszystkich wydobył się okrzyk. Niczym grom z jasnego nieba olbrzym
ryknął, a stal prześlizgnęła się po delikatnej szyi donny Giny.
Biedaczka nie zdążyła zdać sobie sprawy z tego, co się stało. Nie
widziała ani noża, który poderżnął jej gardło, ani strumieni tryskającej
krwi.
Pozostali znieruchomieli. Słyszeli jedynie charczenie. Później zaś z oczami, szeroko otwartymi z przerażenia, patrzyli, jak kobieta, strącona
przez olbrzyma na ziemię, wije się w swojej krwi, jak unosi ręce do
szyi, jakby chciała zatrzymać krwawienie, jak próbuje się podnieść, a po
każdym ruchu znów się przewraca, jak jej ruchy stają się coraz cięższe i jak w końcu pada nieruchoma na ziemię. Ale krew nie przestała płynąć.
Czerwone jezioro pod pozbawionym życia ciałem dalej się powiększało.
Olbrzym krzyknął coś do nich, wymachując nożem, z którego wciąż ściekała
krew donny Giny. Safiye jego głos kojarzył się raczej ze zwierzęcym
rykiem. To nie mógł być głos człowieka.
Nie znali języka, ale wszyscy dokładnie zrozumieli, co powiedział
mężczyzna: "Jeśli nie chcecie tak skończyć, macie stać spokojnie!".
Najpierw zabrali mężczyzn, ładując ich na wozy ciągnięte przez woły.
Mężowie nie mogli po raz ostatni wziąć w ramiona swoich żon i dzieci,
które pozostawiali. Nie mogli nasycić się swoim zapachem. Mężczyźni
spoglądali za siebie pustym wzrokiem, kobiety bezgłośnie wylewały łzy -
to wszystko. Mieli się już więcej nie zobaczyć, nawet nie wiedząc, czy
żyją.
W końcu zabrano mężczyzn. Kobiet było jedenaście. Warcząc i pokrzykując,
posadzili je na ziemi. Safiye była jedną z najmłodszych. Przez wiele
godzin siedziały przed martwym ciałem donny Giny. W końcu zabrano zwłoki
biedaczki, ciągnąc je po ziemi. Pozostał tylko ciągnący się, coraz
bledszy czerwony ślad.
Do olbrzyma, który zabił kobietę, dołączyło jeszcze czterech. Tamtego
dnia Safiye w żaden sposób nie mogła rozstrzygnąć, co w tych mężczyznach
było najbardziej przerażające: ich wielkie cielska, przekrwione oczy,
odrażające żółte zęby, które ukazywali, kiedy się śmiali, zarośnięte
torsy wystające spod rozpiętych, przedziwnych koszul, a może wielkie
łapska poruszające się nieustannie niczym pająki. Przechadzali się
wokół, czasem trącali nogami ich ręce i nogi, a widząc ich strach,
wybuchali śmiechem przypominającym burzowe grzmoty.
Safiye ani razu nie uniosła głowy. Jednak nie trwało długo, żeby
zwrócili na nią uwagę. Jeden z nich utkwił w niej swoje spojrzenie.
Nigdy nie widziała węża, ale pomyślała, że tak właśnie muszą wyglądać
jego oczy.
Kiedy mężczyzna pochylił się i zbliżył do niej, odór wydobywający się z jego ust przyprawił ją o mdłości. Wyciągnął wielką rękę i chwycił ją za
podbródek palcami o paznokciach tak długich jak u samego diabła, a potem
zmusił, żeby obróciła głowę w jego stronę. Safiye przypominała sobie,
jak cofnęła się z uczuciem odrazy i strąciła łapsko smagające jej
policzek.
- Nie dotykaj mnie!
- Hej!
Na dźwięk gniewnego ryku mężczyzny odwrócili się wszyscy olbrzymi.
Wszystkich pięciu stanęło nad nią. Wpatrywało się w nią pięć par
brzydkich oczu. Rozbierali ją wzrokiem.
Gdy tylko mężczyzna się wyprostował, jego ręka powędrowała za pas i wyciągnął nóż, który był podobny do tego, którym niedawno poderżnięto
gardło donnie Ginie.
- Wielki Jezu, Boże Ojcze, Najświętsza Panienko, miejcie mnie w swojej
opiece!
Jednak wcale nie była pewna, czy ją ocalą. Ramię olbrzyma uniesie się w powietrze, po czym runie niczym błyskawica, a później... ona też... Dobry
Boże!
Safiye przeszedł dreszcz na wspomnienie tej chwili. Była na krawędzi
śmierci. Mogła tylko zacisnąć powieki, żeby jej nie widzieć.
Postanowiła, że nie otworzy oczu, nawet jeśli będzie miotać się w swojej
krwi. Nie pozwoli, żeby taki obraz zapisał się w jej pamięci. Jej dusza
powinna opuścić ciało, wspominając piękno Wenecji.
Nagle rozległ się kolejny ryk. Jednak ten był inny.
Pełna lęku otworzyła oczy. Ręka olbrzyma wciąż była uniesiona.
Ponownie dało się słyszeć ten sam grom.
Ręka trzymająca nóż powoli się opuściła.
Safiye zza zasłony rzęs widziała, jak zimna stal znika za pasem
mężczyzny.
Później zobaczyła kolejnego olbrzyma, jednak różniącego się od
pozostałych.
"Mój wybawca", przeszło jej przez myśl.
W porównaniu z innymi był niski. Miał wielki brzuch i głowę, na której
nie było nawet garści włosów, błyszczącą w palącym słońcu. Oczy też miał
inne. Nie patrzyły tak wrogo jak oczy innych, jednak wyczytała w nich
chytry wyraz. Było jasne, że to niegodziwiec. Pożałowała, że pomyślała o nim jako o swoim wybawcy. On musiał być tak samo niebezpieczny jak
pozostali.
Na nagie, opasłe ciało mężczyzna naciągnął jedynie kamizelkę. Na jego
torsie nie widziała nawet jednego włosa. Wystające spod marynarki
obwisłe, pomarszczone piersi wyglądały odrażająco. "Jego ramię jest
pewnie grubsze niż moja talia", pomyślała, uśmiechając się w duchu.
Nawet teraz nie mogła uwierzyć, że w takiej chwili była w stanie
żartować.
Miał luźne spodnie sięgające kolan. Mógłby się w nich zmieścić drugi
taki mężczyzna jak on. Talię ściskał mu pas z wielką sprzączką, zza
którego zwisał bicz z pięcioma skórzanymi paskami zakończonymi ołowiem.
Nie trwało długo, zanim Safiye dowiedziała się, do czego służy. Łydki
mężczyzny były gołe. W przeciwieństwie do tego torsu były owłosione.
Nieproporcjonalnie krzywe, chude nogi zakończone były ciżmami o zadartych noskach.
Mężczyzna coś burknął, a olbrzym, który jeszcze przed chwilą zamierzał
poderżnąć jej gardło, odpowiedział mu z szacunkiem. Pewnie był ich
dowódcą.
Safiye ruszyła w stronę altany, do której często zabierała ją sułtanka
matka Nurbanu. Usadowiła się na brzegu jednej z sof. Pogłaskała jedwabny
dywan. W ciągu dnia roztaczał się stąd wspaniały widok na Złoty Róg.
Teraz wszystko spowijała ciemność. Na przeciwnym brzegu mrugało
pojedyncze światło.
To, co wydarzyło się później, było dla Safiye kolejnym koszmarem. Tym
razem stanął nad nią jej "wybawca". Pociągnął ją i postawił na nogi,
tłustym łapskiem złapał za podbródek i obrócił jej głowę w jedną, a potem w drugą stronę, siłą otworzył usta i sprawdził zęby. Później
obszedł ją i pożądliwie spojrzał na jej nogi widoczne pod podartą
spódnicą.
- Bene, bene. Proszę, proszę. Cóż to za piękna dziewczyna!
Przypomniała sobie, jak bardzo się ucieszyła, kiedy pojęła, że mężczyzna
zna jej język.
- Błagam, zostawcie mnie. Mój ojciec was wynagrodzi.
Słysząc te słowa, mężczyzna wybuchnął gromkim śmiechem. Odwrócił się i mruknął coś do pozostałych. Zrozumiała, że przetłumaczył im, co
powiedziała. Oni także zaśmiali się odrażająco.
- Wynagrodzi, tak?
- Z pewnością. Jeśli sprawicie, że wrócę do domu, powiem mu, żeby was
wynagrodził.
- Chcesz, żeby mnie wynagrodził?
Safiye pokiwała głową, a żeby dać mu pewność, próbowała przybrać na
twarz słodki uśmiech.
- Nie trzeba mi nagród.
Na chwilę ogarnęło ją szczęście. Czyżby mężczyźnie zrobiło się jej żal i postanowił ją uwolnić, nie oczekując niczego w zamian?
- To ty jesteś moją nagrodą.
- Nie rozumiem.
W oczach mężczyzny znów pojawił się przebiegły błysk.
- Z takim ciałem i taką urodą przyniesiesz mi tyle pieniędzy, ile
ważysz. Bejowie będą się bić o to, żeby cię kupić.
Uczynił tak, jak powiedział. Zażądał za nią tyle pieniędzy, ile waży. Na
pierwszym targu niewolników, na który ją zabrał, narzucił na nią jakieś
cieniutkie odzienie i wypchnął na środek.
- No dalej, ślicznotko. Nie każ możnym panom czekać. Zachwyć ich tak,
żeby rozum im odebrało. I skończ już te dąsy. - Zamilkł na chwilę i położył rękę na biczu zwisającym za pasem. - Albo pożałujesz.
Zrozumiałaś?
Mężczyźni, których handlarz niewolników nazywał "możnymi panami", byli
zbiorowiskiem niechlujnych, brzydkich, wszelkiej maści typów spod
ciemnej gwiazdy. Kiedy rozsunęła brudne szmaty rozciągnięte przed
podwyższeniem, po którym miała się przechadzać, i stanęła twarzą w twarz
z "możnymi panami", próbowała uciec, ale handlarz niewolników wypchnął
ją z powrotem. Wystawiona na głodne spojrzenia dziesiątek mężczyzn,
Safiye czuła się całkiem naga.
- Szlachetni panowie - zwrócił się do mężczyzn handlarz niewolników. - A oto smakowity owoc, w sam raz dla was. Czeka, aż go obierzecie i zjecie.
Oczy szlachetnych panów pożądliwie ślizgały się po jej ciele. Do ust
napływała im ślina. Nawet na chwilę nie odrywając od niej wzroku, śmiali
się, przepychając się wzajemnie, i wyciągali ręce, próbując jej dotknąć.
- Chodź, maleńka.
- Nie bój się, gołąbeczko.
- Poznaj się z moim. Zobaczymy, czy będziesz chciała się z nim rozstać.
- Co miałaby z nim zrobić? Już dawno zamienił się w pietruszkę.
Nagle rozległ się głos, który zagłuszył cały zgiełk.
- Ile za ten przejrzały owoc?!
Pytanie zadał garbaty mężczyzna, który wyszedł do przodu. Na nosie miał
fioletową brodawkę, a po prawej stronie twarzy głęboką bliznę
zaczynającą się na czole, dzielącą brew na dwoje i schodzącą aż do
policzka. To musiał być cud, że nóż nie pozbawił go oka.
- Przejrzały owoc? - Handlarz niewolników sprawiał wrażenie, jakby ktoś
ugodził go strzałą. - Powiedziałeś "przejrzały"? Najwyraźniej sztylet,
który poorał ci twarz, cię oślepił. W przeciwnym razie nie mógłbyś
powiedzieć czegoś takiego.
- Co się wściekasz? Jest już zwiędnięta. Nie umie nawet tańczyć. Jest
przejrzała. Sami na nią popatrzcie.
Handlarz niewolników zerwał się jak wystrzelony z działa i zwrócił się
do mężczyzny:
- Przejrzały owoc, tak?! Wynoś się stąd, ślepy wielbłądniku.
Odwrócił twarz Safiye w stronę tłumu i mimo że próbowała się opierać,
rozerwał jej spódnicę jeszcze bardziej, całkiem odsłaniając jej nogi.
Safiye wciąż pamiętała dźwięk przypominający jęk, który wydobył się z ust mężczyzn kłębiących się na dole.
- Patrzcie na tę piękność. Widziałeś kiedyś taką świeżość, oście?
Popatrz na te usta, tę szyję, te piersi. A jest jeszcze coś, czego nie
widziałeś...
- To pokaż! - krzyknął garbus. - Pokaż, co jeszcze tam ma.
- A idźże stąd. To nietknięta dziewica. A ty sypiaj ze swoimi
wielbłądami.
Tłum wybuchł radosnym śmiechem.
- Skąd wiadomo, że to dziewica? - krzyknął ktoś z tyłu.
- Wątpisz, mój dżygicie?
- Pewnie. A jeśli próbujesz sprzedać używany towar? Może sam nadgryzłeś
ten owoc. Skąd mam wiedzieć?
- Nadgryzł? - W kotłującym się tłumie rozległ się głos sprzeciwu. - Nie
widzisz, że handlarz niewolników nie ma już zębów? Ptaszek też pochylił
głowę i usiadł na gałęzi. Więcej już nie poleci.
Po tłumie przeszła jeszcze większa fala śmiechu.
- Możecie tak myśleć. Jestem mistrzem w swoim fachu, przyjacielu. Nie
sięgam po towar, który przynoszę na targ.
Tym razem jego gniew nie był udawany.
- Wchodź do namiotu! - wrzasnął do Safiye. - Koniec! Nie sprzedam
dziewczyny tym, którzy nie znają wartości nietkniętej dziewicy. Chcę za
nią jej wagę w złocie!
I tak się stało. W każdym miejscu, w którym się zjawili, krzyczał do
tłumu, który na widok Safiye na targu niewolników przybiegał, tocząc z ust ślinę:
- Nie ma kupca? Śmiało, szlachetni panowie. Pokażcie sakiewki. Ten,
który nie ma w sakwie jej wagi w złocie, niech nie zwleka, tylko od razu
idzie stąd i nie robi niepotrzebnego tłumu.
Wędrowali od miasta do miasta, od krainy do krainy, ale nie znalazł się
nikt, kto chciałby zapłacić tyle, ile żądał handlarz niewolników. Safiye
wcale nie narzekała z tego powodu. Zgoda, była niewolnicą, na nogach
wciąż miała łańcuchy. Nieustannie wypychano ją przed zbiorowisko
opętanych żądzą mężczyzn, ale nie została sprzedana. Nikt nie miał
odwagi jej tknąć. Szczególnie po tym, jak handlarz niewolników położył
trupem jednego z mężczyzn, który ośmielił się do niej zbliżyć. Handlarz
niewolników był dla niej dobry, nie krzyczał na nią ani jej nie bił.
"Che, che, che - szczerzył zęby. - Nie zbruka jej nawet kurz, a co
dopiero ołów bicza", mawiał. Nie pozwalał też, żeby była głodna. "Jesteś
moim skarbem", śmiał się parszywie. To wszystko. Jakby między nimi
istniało jakieś sekretne porozumienie. Mężczyzna żądał za nią ceny,
której nikt nie był w stanie zapłacić, a ona przechadzała się po rampie
wśród głodnych spojrzeń tłumu klientów zebranych przed stoiskiem. Wśród
mężczyzn, którzy zrozumieli, że nie uda im się kupić nieskalanej
dziewicy, znajdowało się kilku, którzy kupowali inne dziewczęta
sprzedawane przez handlarza niewolników.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki