Tajemnice dworu sułtana: Safiye. Księga IX - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I. Yenikap?. Pałac sułtanki matki. 6 grudnia 1583 roku

I Yenikap? Pałac suł­tanki matki 6 grud­nia 1583 roku

Kiedy weszła do kom­naty, prze­szedł ją dreszcz. Poczuła, jak po jej twa­rzy prze­śli­zgnął się zimny oddech. Ponie­waż raziło ją świa­tło, pomiesz­cze­nie, w któ­rym wszyst­kie kotary były szczel­nie zasło­nięte, roz­ja­śniał jedy­nie wątły, żółty pło­mień poje­dyn­czej lampy. Zatrzy­mała się na chwilę i spoj­rzała na bladą jak ściana twarz kobiety leżą­cej nie­ru­chomo w łóżku, która w ciem­no­ści wyda­wała się świe­cić. Zasłona śmierci zaczęła okry­wać obli­cze kobiety. "Dobrze się spi­sała - prze­szło jej przez myśl. - Nie minął nawet mie­siąc".

Zawa­hała się przez chwilę. Póź­niej zaś ruszyła w stronę łóżka pew­nym, a nawet wojow­ni­czym kro­kiem. "Odejdź­cie", dała znak głową. Grupa kobiet zebrana wokół łóżka wyco­fała się, kła­nia­jąc z sza­cun­kiem. Nawet nie zwró­ciła uwagi na cier­pie­nie malu­jące się na ich twa­rzach. I tak to wszystko było sztuczne. Przy­po­mniała sobie próby, jakie czy­niła przed lustrem, żeby przy­brać na twarz taki sam pełen bole­ści wyraz. Musiała wyćwi­czyć ból, bo go nie czuła. Nie dla­tego, że go nie znała - po pro­stu nie czuła.

Sie­dząca przy łożu star­sza kobieta co chwila przy­my­kała oczy. Być może dla­tego nie opu­ściła kom­naty mimo roz­kazu. Jej wargi stale się poru­szały. Szep­tała coś, dmu­cha­jąc w twarz kobiety prze­ży­wa­ją­cej swoje ostat­nie godziny.

- Wy także odejdź­cie, hodżo - pole­ciła.

Nie chciała, żeby kto­kol­wiek był przy niej.

Sta­ruszka, obra­ca­jąc głowę naj­pierw w jedną, a potem w drugą stronę, dmuch­nęła, żeby odpę­dzić złe duchy, a póź­niej ze zdu­mie­niem spoj­rzała na młodą kobietę. Przez chwilę wyda­wało jej się, że się prze­sły­szała. Kto odpra­wiałby od łóżka cho­rego modlącą się hodżę?

Kobieta pró­bo­wała się prze­su­nąć w inne miej­sce.

- Ale... - Nagle urwała. Musiała zoba­czyć iskry w oczach nowo przy­by­łej. Pod­nio­sła się ocię­żale i skie­ro­wała do drzwi. - Trzeba mieć nadzieję w Bogu.

Kiedy kobieta zde­cy­do­wa­nie mach­nęła ręką, hodża pochy­liła głowę i ode­szła w mil­cze­niu. Odwró­ciła się jesz­cze w progu i spoj­rzała na nią z resztką nadziei. "Naj­wy­raź­niej kie­ruje nią ból", pomy­ślała. Jak ina­czej mogłaby odpra­wić osobę, która modli się nad głową kogoś, kto jest bli­ski wyda­nia ostat­niego tchnie­nia. Cze­kała, aż kobieta poża­łuje tego, co zro­biła, i powie: "Chodź. Nie szczędź jej modli­twy".

Tym­cza­sem ta zupeł­nie się tym nie prze­jęła. Odwró­ciła się ple­cami do drzwi, dając jej do zro­zu­mie­nia, że nie przy­woła jej z powro­tem. Bez­radna sta­ruszka wyszła. Słu­żące cze­ka­jące na zewnątrz spoj­rzały na nią z wycze­ki­wa­niem, jakby pytały: "To koniec?". Kiedy z wyrazu twa­rzy kobiety pojęły, że tak jak one została wyrzu­cona, zanim chora prze­szła na stronę śmierci, w jed­nej chwili zaczęły szep­tać mię­dzy sobą:

- To koniec świata.

- Oczy­wi­ście, że koniec świata. Już czas, żeby po tylu grze­chach Bóg zesłał na nas ogień.

- Wypluj te słowa, dziew­czyno. Prze­cież to nie my popeł­ni­ły­śmy grzech. Dla­czego mamy cier­pieć za grze­chy innych? Niech w ogniach pie­kiel­nych spło­nie ten, kto grzech popeł­nił.

- Odmó­wiła jej nawet modli­twy.

- Takiej syno­wej nie życzy się nawet wro­gowi.

- Ciii... Osza­la­łaś? Cicho bądź!

Ich głosy odbi­jały się echem w jej gło­wie. Póź­niej się nimi zaj­mie. Jej twarz ścią­gnął dziwny wyraz. Jeśli zoba­czyłby ją ktoś, kto jej nie zna, mógłby nawet pomy­śleć, że się uśmie­cha. Tym­cza­sem działo się tak, kiedy tar­gana gnie­wem snuła plany. Gdy podej­mo­wała decy­zje doty­czące czy­jejś przy­szło­ści.

Hodża też pew­nie przy­sia­dła na kola­nach po dru­giej stro­nie drzwi i recy­to­wała swoje modli­twy. "I na co się to teraz zda?", prze­szło jej przez myśl. Kto to widział, żeby modli­twa była anti­do­tum? Kto to sły­szał, żeby ktoś ura­to­wał się lub został ura­to­wany dzięki modli­twie?

Przez chwilę stała przy łóżku, przy­glą­da­jąc się coraz bled­szej twa­rzy kobiety, któ­rej tylko głowa wysta­wała spod koł­dry. Oczy miała zamknięte. Cie­nie pod nimi i posi­niałe powieki spra­wiały, że na pierw­szy rzut oka przy­wo­dziły na myśl bez­denne dziury. Przy­pró­szone siwi­zną włosy roz­sy­pane były na poduszce. Krew już dawno odpły­nęła jej z twa­rzy. Piękne, jędrne, różowe policzki kobiety, które i na niej robiły zawsze ogromne wra­że­nie, teraz były jak głę­bo­kie doły. Zapad­nięte wargi przy­po­mi­nały dwie linie. Co jakiś czas widać było deli­katne drże­nie w kąciku ust. To coraz płyt­szy oddech wydo­by­wał się na zewnątrz, przy­pra­wia­jąc czło­wieka o drże­nie. Jej ręce, które poło­żono na koł­drę, leżały nie­ru­chomo jak dwie heba­nowe gałę­zie. Pięk­ność roz­świe­tla­jąca epokę zapa­dała się w ciem­ność.

Jej spoj­rze­nie na chwilę zatrzy­mało się na dło­niach cho­rej. Drgnęła z prze­ra­że­nia. Palce wyglą­dały jak kości powle­czone siną, pomarsz­czoną skórą.

Poczuła, że jest jej żal. Przez chwilę poża­ło­wała, że przy­szła. Ale nie miała innego wyj­ścia. Do końca musiała grać swoją rolę. Ona też pew­nie chcia­łaby, żeby tak było. Musiała sta­wić czoło śmierci, nie­za­leż­nie od tego, skąd i po kogo przy­cho­dziła. Jed­nak patrze­nie na nią w tym sta­nie spra­wiało jej ból. Był czas, że wie­rzyła, iż jest naj­pięk­niej­szą i naj­po­tęż­niej­szą kobietą na świe­cie.

Wahała się, czy usiąść na łóżku. Jak długo jesz­cze mogło to trwać? Ile czasu jej zostało?

Powie­dzieli: "Będzie bez­bo­le­śnie. Powoli, ale bez bólu". Naprawdę tak było? Od mie­siąca każ­dego dnia, w każ­dej godzi­nie top­niała na jej oczach. Czy cier­piała? Nawet jeśli tak było, nie dawała tego po sobie poznać.

"Dość już - powie­działa w duchu. - Niech będzie, co ma być. Niech to już się skoń­czy".

Czy powinna wziąć ją za rękę?

Już sama myśl, że mia­łaby dotknąć tych kości­stych pal­ców, przy­pra­wiła ją o dreszcz. "Nie, nie mogę tego zro­bić".

"Przy­naj­mniej się pomódl", ode­zwał się głos w jej wnę­trzu.

O tym nie pomy­ślała. Czy chora nie zasłu­gi­wała na modli­twę? Dobrze, ale którą? Jakiej modli­twy by chciała? Taką, którą sły­szała przy naro­dzi­nach, czy te, któ­rych pró­bo­wała się nauczyć póź­niej?

Nagle zauwa­żyła, że powie­trze nie wydo­bywa się już spo­mię­dzy jej warg.

Skoń­czyło się? Umarła?

Powoli zbli­żyła dłoń do ust i nosa kobiety, pró­bu­jąc wyczuć jej oddech.

Nic nie poczuła. A zatem wszystko się skoń­czyło. W ciszy. Tak po pro­stu. Jakby zasnęła. Śmierć przy­szła cicho i zabrała ją ze sobą.

Jesz­cze raz się pochy­liła, żeby mieć pew­ność. Znowu nic. Jesz­cze raz... I jesz­cze...

I nagle oczy zmar­łej się otwo­rzyły!

Odsko­czyła z prze­ra­że­niem.

Mar­twe oczy wpa­try­wały się w nią z głębi sinych studni. W prze­ci­wień­stwie do ciała pozba­wio­nego duszy jej oczy były żywe. Tylko ich błę­kit zmie­nił się w sza­rość.

- To ty?

Poczuła, jak chłód prze­nika ją do szpiku kości. Jej głos był nie do pozna­nia. Jakby docho­dził z tam­tej strony. To było coś mię­dzy rzę­że­niem, świ­stem, szep­tem a rykiem.

Mar­twe oczy poru­szyły się. Zro­zu­miała, że pró­buje ją zoba­czyć.

- To ty?

- Tak.

Ten głos przy­pra­wił ją o dreszcz.

- Świa­tła... Chcę świa­tła... Nie... widzę... cię. Jesteś jak cień.

"Tym wła­śnie byłam - prze­szło jej przez myśl. - Do dzi­siaj zawsze byłam cie­niem".

- Lampę...

- Powie­dzieli, że świa­tło razi cię w oczy - powie­działa, na chwilę wpa­da­jąc w panikę.

- Świa­tła... Świa­tła... Pro­szę, tro­chę świa­tła.

Pod­nio­sła się. Pode­szła do kon­soli i wzięła stam­tąd lampę. Gdy odwró­ciła ją w jej stronę, zauwa­żyła, że mar­twe oczy nawet nie drgnęły. Tylko głę­bo­kie bruzdy na jej twa­rzy napięły się z bólu.

- Nie do mnie - szep­nęła umie­ra­jąca kobieta. - W twoją stronę...

Nie dokoń­czyła. Było widać, że oddy­cha z coraz więk­szym tru­dem.

- Zapo­mnij o twa­rzy, którą przed chwilą zoba­czy­łaś - wyrzu­ciła z sie­bie umie­ra­jąca z ogrom­nym tru­dem. Jakby bała się, że nie zdąży powie­dzieć tego, co powinna. Reszt­kami sił wydu­siła: - Zapa­mię­taj mnie... taką... jaką zoba­czy­łaś mnie... pierw­szego dnia...

Głos sta­wał się coraz słab­szy.

- Ja też... Ja też cie­bie taką...

I tym razem nie mogła dokoń­czyć. To było zbyt wyczer­pu­jące.

Nieco bar­dziej przy­su­nęła lampę do sie­bie.

Spoj­rze­nie sza­rych oczu zmar­łej sku­piło się na jej twa­rzy. Usta poru­szyły się, żeby coś powie­dzieć.

- Jesteś bar­dzo piękna - oznaj­miła w końcu.

Uśmiech­nęła się mimo­wol­nie.

- Zaśpie­waj... - jęk­nęła umie­ra­jąca.

Co? Zaśpie­wać?

Mar­twe oczy odczy­tały jej zdu­mie­nie.

- Pro­szę, pro­szę... Zaśpie­waj nam pio­senkę stam­tąd... Pro...

Młoda kobieta zdała sobie sprawę, że to, co się dzieje, spra­wia jej coraz wię­cej bólu. Jakby gdzieś w niej pło­nął ogień. Jak nazy­wało się to uczu­cie? Litość? Żal?

- Pro­szę... Naszą pio­senkę... - Nagle umie­ra­ją­cej zabra­kło powie­trza.

Wtedy zro­biła coś, o czym myślała, że nie będzie mogła się na to zdo­być. Przy­sia­dła na brzegu łóżka. Śle­dziła oczy umie­ra­ją­cej. Zawa­hała się. Nie powinna tego robić, ale wie­działa, że nie uci­szy gło­sów w jej wnę­trzu. Ujęła w dło­nie kości­ste palce.

- Już jej nawet nie pamię­tam.

- Pro­szę! Pro...

- Ave Maria, gra­tia plena...1 - Bez­wied­nie zaczęła cicho odma­wiać Pozdro­wie­nie Aniel­skie.

Zadrżała. Ile lat minęło, odkąd mówiła ją po raz ostatni? Poczuła w środku jakieś cie­pło.

Umie­ra­jąca przy­mknęła oczy. Wie­działa, że słu­cha jej całą sobą.

- Ave Maria, gra­tia plena / Domi­nus tecum; / Bene­dicta tu in mulie­ri­bus, / et bene­dic­tus fruc­tus / Ven­tris tui, Jesus...

Pod koniec tej wno­szą­cej się i opa­da­ją­cej, bła­gal­nej i bun­tu­ją­cej się melo­dii umie­ra­jąca pró­bo­wała unieść głowę z poduszki, ale na próżno. Jej twarz ścią­gnął ból, a z ust wydo­był się krzyk.

- Ave Maria. - Jed­nak płuca odmó­wiły tego wysiłku. Jej cia­łem wstrzą­snął atak prze­raź­li­wego kaszlu. Mimo to umie­ra­ją­cej udało się wydo­być z sie­bie słowa: - Posłu­chaj... Już cza...

- Nie rozu­miemy, co mówi­cie.

- Już cza­aas.

- Czas?

Umie­ra­jąca przy­mknęła oczy.

- Czy jest noc?

Odsta­wiła lampę na miej­sce i pod­bie­gła do okna.

- Noc, ale zaraz zacznie świ­tać.

- Dobrze - powie­działa umie­ra­jąca mię­dzy rzę­że­niami. - Spójrz... Czy... widzisz... gwiazdę... Czy widzisz gwiazdę zaranną?

Wyj­rzała, ale jej nie było.

- Nie widzę. Niebo jest zachmu­rzone. Pew­nie zaraz zacznie padać.

Nie­ru­choma twarz kobiety w łożu napięła się w prze­ra­ża­ją­cym uśmie­chu.

- Dobrzeee.

Zdzi­wiła się. Dla­czego powie­działa, że to dobrze? Prze­cież kochała roz­gwież­dżone nocne niebo. Po raz ostatni spoj­rzała przez okno i wró­ciła do łóżka. Sta­nęła nad głową kobiety.

Jej pierś uno­siła się i opa­dała jak miech kowal­ski. Widząc, jak pozba­wione życia ciało sza­leń­czo wal­czy o każdy oddech, nie mogła powstrzy­mać łez.

Boże, jak zacie­kle wal­czy, żeby nie umie­rać! Prze­cież miało być łatwo. Miała nie czuć bólu.

- Zbliż... Zbliż się - ode­zwała się umie­ra­jąca, ubie­ga­jąc kolejny atak kaszlu.

Jej oczy otwo­rzyły się sze­roko z bólu i wysiłku.

Pochy­liła się nad nią.

- Zbliż się.

Pochy­liła się jesz­cze bar­dziej. Poje­dyn­cza łza spa­dła na poli­czek umie­ra­ją­cej. Zauwa­żyła uśmiech na twa­rzy kobiety. Prze­szedł ją dreszcz. "Czy ona się śmieje?", prze­szło jej przez myśl.

Kobieta pró­bo­wała coś powie­dzieć, ale ona nie usły­szała. Głos był niczym odda­la­jący się, nik­nący szept.

Nagle gorąco zapra­gnęła usły­szeć ostat­nie słowa umie­ra­ją­cej. Musi je usły­szeć. To może być bar­dzo ważne. To może być jakiś sekret.

- Boże, nie sły­szę cię.

- Zbliż się! - powie­działa umie­ra­jąca daw­nym roz­ka­zu­ją­cym tonem.

Teraz jej ucho znaj­do­wało się tuż przy ustach kobiety. Zdzi­wiła się, że nie ogar­nął jej wstręt, gdy poczuła napa­wa­jący prze­ra­że­niem zapach wydo­by­wa­jący się z jej ust.

- Słu­cham. Mów.

- Ja - jęk­nęła kobieta zachryp­nię­tym gło­sem. - Ja...

- Tak, tak. Ty?

- Ci...

- Tak. Mnie?

- Wyba­czy­łam. Wy... ba... czy­łam... ci...

Głos ucichł. Deli­katny podmuch ustał.

Unio­sła głowę i spoj­rzała na kobietę. Umie­ra­jąca wpa­try­wała się w nią sza­rymi oczami. Powoli i one się zamknęły. Pozwo­liła pły­nąć łzom, a one desz­czem spa­dły na pozba­wioną życia twarz, obmy­wa­jąc ją.

- Skoń­czyło się - powie­działa cicho. - Skoń­czyło się. Umarła.

Mogłaby przy­siąc, że gdy nadej­dzie wia­do­mość o jej śmierci, krzyk­nie: "Moja nie­wola się skoń­czyła, nie jestem już cie­niem!", ale nie była w sta­nie tego zro­bić.

Nie przy­pusz­czała, że tak się sta­nie. Ni­gdy by nie przy­pusz­czała. Nawet na chwilę nie przy­szło jej do głowy, że mogłaby pła­kać nad jej łożem. Ale pła­kała.

Jej serce zajęło się ogniem. Co ozna­czały te łzy? Bez­rad­ność wobec potęgi śmierci? Bycie świad­kiem śmierci kogoś, w czy­ich żyłach pły­nęła ta sama krew? Litość? A może żal?

- Pro­szę, Boże - modliła się - niech to nie będzie żal. Tego nie zniosę.

Przez chwilę przy­glą­dała się obli­czu zmar­łej, sto­jąc nie­ru­chomo. Postąpi tak, jak chciała. Na zawsze zapa­mięta jej twarz taką jak wtedy, gdy po raz pierw­szy ją ujrzała. Piękną, potężną, wspa­niałą.

Upły­nęło sporo czasu, zanim wstała. Miała wra­że­nie, że w kom­na­cie zro­biło się jesz­cze ciem­niej.

Ruszyła w stronę drzwi. Wypro­sto­wała ramiona. Unio­sła głowę. Wierz­chem dłoni otarła łzy. Otwo­rzyła drzwi.

- Skoń­czyło się - wyszep­tała do wycze­ku­ją­cych kobiet. - Powró­ciła do Boga.

Odda­liła się, nie zwa­ża­jąc na dobie­ga­jące zewsząd lamenty.

Wyszła do ogrodu róża­nego, mimo że był koniec grud­nia. Objęła się ramio­nami. Głę­boko wcią­gnęła lodo­wate powie­trze.

Spoj­rze­nie utkwiła w błę­kit­nych wodach, drżą­cych w poran­nym chło­dzie. Jed­nak ani nie widziała mew, despe­racko macha­ją­cych skrzy­dłami ponad falami i zanu­rza­ją­cych się w nie w nadziei na zdo­bycz, ani nie sły­szała ich krzy­ków wita­ją­cych wscho­dzący świt.

Przed jej oczami poja­wiały się wspól­nie prze­żyte chwile, pełne miło­ści słowa, roz­mowy wyzwa­la­jące powo­dzie uczuć i palące pierś tęsk­notą. Całe życie, które z nią dzie­liła.

Rozdział II. Stary Pałac. Harem. 1560

II Stary Pałac Harem 1560

Noc już dawno osnuła wszystko mro­kiem. Nagle uchy­liły się drzwi od dzie­dzińca oda­li­sek. Okryta cie­niem postać wsu­nęła głowę przez szparę i skon­tro­lo­wała westy­bul, do któ­rego przez poko­jowe okno prze­są­czały się smugi żół­tego świa­tła. Nikogo nie było widać. W jed­nym z pokoi na końcu kory­ta­rza pła­kało dziecko. Dało się sły­szeć mru­cze­nie kobiety pró­bu­ją­cej je uspo­koić, żeby nikt go nie usły­szał. Gdzieś roz­legł się fry­wolny, kobiecy śmiech.

- Ciii... - skar­cił ją ktoś. - Dość tego recho­ta­nia. Zaraz będzie ranek.

Ten ktoś bez­gło­śnie wśli­zgnął się do środka.

- Chodź - ode­zwała się, nieco sze­rzej otwie­ra­jąc drzwi. - Pośpiesz się.

Do wnę­trza prze­do­stała się druga, szczu­pła osoba.

- To tutaj - mruk­nęła pierw­sza, wska­zu­jąc miej­sce tuż za drzwiami. - Jako kry­jówkę kaza­łam przy­go­to­wać tę ażu­rową szafę. Nikt nas nie zoba­czy, ale my będziemy widziały wszystko.

Otwo­rzyła drzwiczki szafy.

- Chodź, chodź.

Kiedy wysu­nęła rękę, żeby przy­cią­gnąć drugą osobę, na chwilę uka­zało się kobiece ramię, deli­katne i białe jak kość sło­niowa, ukryte pod czarną pele­ryną.

- Wchodź. Nie zwle­kaj. Będziesz obser­wo­wać wszystko ze środka.

Weszły do szafy przy­po­mi­na­ją­cej ciemny otwór. Zamknęły nad sobą drzwi.

- Okrop­nie tu duszno, kuzynko. A do tego ciemno - skar­żyła się kobieta o cien­kim gło­sie.

- Nie ma innego wyj­ścia - fuk­nęła na nią druga. - To ty upar­łaś się, żeby to zoba­czyć. To jedyne miej­sce, skąd możesz popa­trzeć, sama pozo­sta­jąc nie­zau­wa­żona. Módl się, żeby­śmy nie przy­szły tu na próżno. - Nastała cisza. - Ale nie sądzę. To nie­moż­liwe, żeby grzmot w pie­kle pozo­stał bez echa. Nie patrz na to, co jest teraz. W każ­dej chwili może nastać sądny dzień.

Przez okra­to­wane drzwi szafy wysu­nęły się dwa szczu­płe palce.

- Zabierz tę rękę - zła­jała ją kobieta. - Ktoś może zoba­czyć. Patrz tylko i słu­chaj. Nawet nie oddy­chaj.

Nagle otwo­rzyły się jedne z wycho­dzą­cych na kory­tarz drzwi.

- Bie­gnij­cie, dziew­częta! - zadźwię­czał krzyk kobiety, która pośpiesz­nie wynu­rzyła się zza drzwi. - Sümbül umiera. Dziecko źle się uło­żyło. Życie dziecka naszego pana jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Dzie­dzi­niec oda­li­sek Sta­rego Pałacu w jed­nej chwili wypeł­nił się przej­mu­ją­cymi jękami mają­cej uro­dzić oda­li­ski oraz doda­ją­cymi otu­chy i kar­cą­cymi gło­sami aku­sze­rek.

Jedne z drzwi otwo­rzyły się na oścież. Poja­wiły się w nich zaspane, ale piękne kobiety. Pełne współ­czu­cia i zazdro­ści pyta­nia padały jedno po dru­gim:

- Co się stało? Która to znów rodzi w cier­pie­niach?

- Czyż­byś nie sły­szała? Sümbül...

- To ta Bośniaczka?

Odpo­wiedź przy­szła od dziew­czyny wyglą­da­ją­cej zza innych drzwi:

- Bih­ter to Bośniaczka. Sümbül jest Albanką.

- O rety! Naprawdę umiera?

- Było wia­domo, że nie prze­żyje. Widział ktoś taki brzuch wielki jak góra Kaf?

Roz­legł się odgłos bosych stóp, pośpiesz­nie zmie­rza­ją­cych do izby, w któ­rej Albanka wal­czyła ze śmier­cią, rodząc dziecko pady­sza­cha.

"Dziś ona, jutro ja", myślała każda z kobiet. Oda­li­ski, które cią­gle ze sobą rywa­li­zo­wały o to, która z nich trafi do łoża pady­sza­cha i czym prę­dzej uro­dzi mu księ­cia, zapo­mniały o wza­jem­nej wro­go­ści i zazdro­ści, jed­no­cząc się w tej bez­na­dziej­nej sytu­acji. Naj­waż­niej­szym obo­wiąz­kiem aku­sze­rek było dopil­no­wa­nie, żeby dziecko uro­dziło się żywe! Jeśli matka prze­żyje, to dobrze, jeśli nie - trudno. To Bóg daje i odbiera. Co można zro­bić?

Kiedy tak się działo, dziew­częta wra­cały do swo­ich pokoi z opusz­czo­nymi gło­wami, wzdy­cha­jąc i sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać rado­ści, że mają o jedną rywalkę mniej. Przez jakiś czas wspo­mi­nały zmarłą, a póź­niej dziew­czyna odcho­dziła w zapo­mnie­nie. Zupeł­nie jakby ni­gdy nie ist­niała, jakby ni­gdy nie prze­mie­rzała tych kory­ta­rzy, sku­pia­jąc na swoim pięk­nym ciele pełne zawi­ści i pożą­dli­wo­ści spoj­rze­nia, jakby jej śmiech ni­gdy nie odbi­jał się echem w murach haremu.

Te godziny wypeł­nione bólem i skur­czami poro­do­wymi oda­li­ski nazy­wały mię­dzy sobą wej­ściem na most As-Sirat2. Jeśli uro­dzi­łaś, ozna­cza to, że prze­by­łaś most, jeśli ci się nie udało...

Nikt nie myślał o losie dziecka dziew­czyny, która umarła przy poro­dzie, wyda­ją­cego z sie­bie roz­dzie­ra­jący krzyk - nie wia­domo, czy dla­tego, że wyczu­wało, jak okrut­nym miej­scem jest świat, na któ­rym się poja­wiło, czy dla­tego, że nie ma już przy nim jego matki. Jeśli sprzy­jało mu szczę­ście, prze­żyło, jeśli nie - nagle zni­kało.

To wła­śnie była jedna z tych nocy, kiedy każda z nich o tym myślała, ale żadna nie miała odwagi wypo­wie­dzieć gło­śno swo­ich lęków i uczuć. Pra­wie wszyst­kie drzwi były otwarte. Dzie­dzi­niec oda­li­sek wypeł­nił się świa­tłem. Przed poko­jem rodzą­cej oda­li­ski pełno było prze­pięk­nych dziew­cząt plot­ku­ją­cych mię­dzy sobą przy­ci­szo­nymi gło­sami. Mię­dzy nimi znaj­do­wały się takie, które też były brze­mienne. Po ich brzu­chach można było roz­po­znać, że nie­któ­rym jesz­cze daleko do roz­wią­za­nia, ale inne od porodu dzie­liło dosłow­nie kilka dni.

- Ach! - zawo­łała jedna z cię­żar­nych. - A niech cię szlag!

- Co się stało? Niech twoje prze­kleń­stwo do cie­bie wróci.

- Patrz przed sie­bie! Nie widzisz? Jestem w ciąży. Spe­cjal­nie szturch­nę­łaś mnie łok­ciem w brzuch. To moja wina, że nie potra­fisz wypeł­nić swo­jego łona?

- Wyrwę ci język, wiedźmo!

W takich chwi­lach pozo­stałe dziew­częta natych­miast się wtrą­cały i roz­dzie­lały kłó­cące się kobiety, cho­ciaż zda­rzało się, że z rado­ścią patrzyły na roz­gry­wa­jącą się scenę, ale teraz nie było na to czasu.

Pięk­ność, która stała się ofiarą ataku, osła­nia­jąc rękami raczej brzuch niż twarz, bun­to­wała się:

- Lada dzień uro­dzę naszemu panu pady­sza­chowi księ­cia. Widzia­ły­ście, jak mnie zaata­ko­wała?! Gdyby suł­tan o tym usły­szał, kazałby obe­drzeć ją ze skóry!

Zaraz wznio­sły się drwiące słowa sprze­ciwu.

- Cha, cha, cha! Księ­cia! A skąd to wia­domo? Czyżby dziecko napi­sało do cie­bie list: "Jestem chłop­cem, matko"?

- Wody! Gorą­cej wody!

Prze­raź­liwe woła­nie aku­szerki spra­wiło, że spór mię­dzy oda­li­skami skoń­czył się tak samo szybko, jak się zaczął.

- Wody! - zawtó­ro­wały dziew­częta.

Nie wie­działy, kto ma po nią pobiec. Z pew­no­ścią ktoś się znaj­dzie.

Cho­ciaż lękały się krzy­czeć razem z aku­szerką, tłu­miły w sobie to uczu­cie wie­dzione powin­no­ścią nie­sie­nia pomocy swo­jej towa­rzyszce losu, która tam w środku kro­czyła nad kra­wę­dzią śmierci.

- Gorą­cej wody! Szybko!

Nie minęło dużo czasu, gdy z dru­giego końca kory­ta­rza roz­legł się prze­szy­wa­jący krzyk:

- Zrób­cie przej­ście!

Czar­no­skóra kobieta z wiel­kim dzba­nem, z któ­rego uno­siły się wście­kłe kłęby pary, prze­dzie­rała się, potrą­ca­jąc kobiety.

- Szybko! Otwórz­cie! - Pulchna słu­żąca zbesz­tała stło­czone przed drzwiami oda­li­ski gło­sem ury­wa­nym z wysiłku. - Zrób­cie przej­ście. Tej nocy odej­dzie albo Sümbül Haseki, albo ja. Żeby­ście póź­niej nie mówiły, że gdyby Mer­dżan przy­była z wrząt­kiem na czas, toby nie umarła.

Po tym, jak Mer­dżan weszła do środka, w drzwiach poja­wiła się naczelna aku­szerka. Zmie­rzyła wzro­kiem kłę­bo­wi­sko dziew­cząt.

- Ty! - Wska­zała wysoką gru­ziń­ską pięk­ność. - I ty. Ty też. Ta z tyłu. Nie roz­glą­daj się tak. Ty. Bih­ter czy jak ci tam było na imię. Chodź­cie. - Liczę na was - ode­zwała się do dziew­cząt pró­bu­ją­cych dostać się do drzwi. - Musi­cie tak przy­trzy­mać Sümbül, żeby nie poru­szyła ani ręką, ani nogą. Niech wasza siła na coś się przyda.

Naczelna aku­szerka pośpiesz­nie wcią­gnęła do środka cztery oda­li­ski.

- A wy módl­cie się, żeby­śmy ura­to­wały dziecko - powie­działa do dziew­cząt na zewnątrz, zamy­ka­jąc im drzwi przed nosem.

Teraz nie mogły zro­bić nic wię­cej, tylko cze­kać. Głosy zamil­kły. Wstrzy­mały oddech.

Kiedy z pokoju wysko­czyła Mer­dżan z pustym dzba­nem, zaczęły się prze­krzy­ki­wać, pró­bu­jąc uzy­skać jakieś wie­ści, ale na próżno.

Czar­no­skóra słu­żąca odda­liła się bie­giem, ude­rza­jąc obca­sami o dywan. Po chwili znów przy­nio­sła do środka gorącą wodę, wykrzy­ku­jąc:

- Rozejść się! Rozejść się!

Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy Mer­dżan ponow­nie wyko­nała tę samą czyn­ność, nie dając cie­kaw­skim dziew­czę­tom naj­mniej­szej wska­zówki, która pomo­głaby im zro­zu­mieć, co się dzieje. Póź­niej głosy znów zamil­kły. W uszach wszyst­kich zabrzmiał płacz nowo­rodka wita­ją­cego się ze świa­tem. Czas dłu­żył się okrut­nie, a z każdą mija­jącą chwilą nie­po­kój na twa­rzach dziew­cząt coraz bar­dziej przy­po­mi­nał roz­pacz.

W końcu drzwi się otwo­rzyły i wyszła z nich jedna z aku­sze­rek, wycie­ra­jąc ręce. Nic nie powie­działa. Zresztą nie było takiej potrzeby. Wyraz jej twa­rzy wystar­czył, żeby wszystko zro­zu­mieć. Nie było już ani Albanki Sümbül, ani dziecka, które spro­wa­dziła na świat.

- Czy to był chło­piec? - dało się sły­szeć wśród zgro­ma­dzo­nych.

Aku­szerka, nie odwra­ca­jąc się, pokrę­ciła głową.

- Ech - mruk­nęła jedna z oda­li­sek do dziew­czyny obok. - I co by było, gdyby prze­żyła?

- A nawet gdyby był chło­piec... - szep­nęła inna. - Co by było, gdyby zało­żyli mu na głowę koronę księ­cia? Cze­kałby, aż jego brat, który zosta­nie pady­sza­chem, każe go udu­sić, wstą­piw­szy na tron.

Dziew­częta, które pełne eks­cy­ta­cji przy­bie­gły boso pod pokój, gdzie odby­wał się poród, tym razem cięż­kim kro­kiem roze­szły się do swo­ich izb. Drzwi po kolei się zamknęły. Żółte smugi świa­tła roz­ja­śnia­jące dzie­dzi­niec oda­li­sek zga­sły. Dziew­częta modliły się, nie­które roz­kła­da­jąc dło­nie, inne wycią­ga­jąc krzyż: "Boże, nie pozwól, żebym podzie­liła los Sümbül".

Więk­szość z nich śniła o tym, żeby uro­dzić suł­ta­nowi Mura­dowi zdro­wego księ­cia. O tym, jak pady­szach przy­cho­dzi i całuje je w czoło, jak obsy­puje je per­łami i dia­men­tami. W marze­niach każ­dej z nich ich syn przy­pa­sał miecz i wstę­po­wał na tron. Dla­czego nie? Czy suł­tanka matka Nur­banu nie prze­szła przez ten dzie­dzi­niec i nie została żoną, a póź­niej matką pady­szacha? Kobieta była podobna do swo­jej teścio­wej. W hare­mie wciąż żywa była sława Hürrem. Być może im też pisany był los ruskiej oda­li­ski Hürrem i jej syno­wej Nur­banu. Kto to mógł wie­dzieć? Ale pierw­szym zada­niem było uro­dze­nie wyśnio­nego księ­cia i zosta­nie matką syna suł­tana Murada Chana.

- Dziew­czę­taaa! Dziew­częta! Obudź­cie się! Rado­sne wie­ści!

Ich sny tym razem prze­rwał rado­sny krzyk. Piękne oczy otwo­rzyły się zaspane i pyta­jące. Nie minęło dużo czasu, gdy drzwi się uchy­liły. Na dzie­dzińcu oda­li­sek znów zapa­no­wało oży­wie­nie. Oda­li­ski suł­tana Murada, jedna pięk­niej­sza i bar­dziej cza­ru­jąca od dru­giej, wyj­rzały na zewnątrz.

- Kto? Kto uro­dził?

- Tej nocy nie ma snu.

W progu jed­nej z izb uka­zała się aku­szerka i ogło­siła naro­dziny:

- Gülfidan została matką księ­cia!

Ze środka docho­dziło zawo­dze­nie chłopca.

- Niech któ­raś bie­gnie i prze­każe naszemu panu dobrą wia­do­mość. Nasz pady­szach ma syna.

Gdyby nie strach, wszyst­kie wybu­chłyby śmie­chem. "Jaka to dobra wia­do­mość", myślała więk­szość z nich. Dziew­częta nie­ustan­nie rodziły. Każde naro­dziny ozna­czały umoc­nie­nie się pozy­cji rywalki, zaję­cie bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­nego miej­sca przez oda­li­skę, która uro­dziła syna. Każdy kolejny książę ozna­czał dla Impe­rium Osmań­skiego nowe zmar­twie­nie. Pady­szach nie miał dość potom­stwa. W histo­rii haremu ni­gdy nie było tylu naro­dzin. Liczba przy­by­łych na świat dzieci zasko­czyła nawet aku­szerki. "Maszal­lah, maszal­lah", powta­rzały, prze­wra­ca­jąc oczami, ale wszy­scy wie­dzieli, że ukrad­kiem, za drzwiami, wszy­scy się z tego śmieją.

Ta sytu­acja naj­bar­dziej zadzi­wiała leciwe słu­żące, które już nie­jedno widziały. "Bóg obda­rzył naszego pana pady­sza­cha lwią siłą", szep­tały mię­dzy sobą.

Tej nocy aku­szerki i miesz­kanki haremu bie­gały od drzwi do drzwi. Dzie­dzi­niec oda­li­sek był gwarny jak za dnia.

Drzwiczki ażu­ro­wej szafy powoli się otwo­rzyły. Naj­pierw wyszła z niej jedna osoba, a póź­niej druga. Obie bez­gło­śnie otwo­rzyły drzwi i zosta­wiły za sobą poru­sze­nie panu­jące na dzie­dzińcu. Na zewnątrz powi­tała je jesz­cze jedna osoba.

- Powóz jest tam, gdzie powie­dzia­łam, Melek­naz?

- Zaraz przy scho­dach.

Pośpiesz­nie zeszły po scho­dach. Nie odzy­wały się do sie­bie, dopóki nie wsia­dły do powozu. Kiedy zosta­wiły w tyle ogród Sta­rego Pałacu, jedna z tych osób odsło­niła głowę. Wyło­niła się piękna, kobieca twarz. Kobieta miała około czter­dzie­stu lat, ale wciąż była wystar­cza­jąco uro­dziwa, żeby zawró­cić w gło­wie.

- Widzia­łaś wszystko, Safiye?

- Widzia­łam, kuzynko.

- Ile razy mam ci powta­rzać, żebyś nie mówiła do mnie "kuzynko"? Jestem Nur­banu. Suł­tanka matka Nur­banu. - Póź­niej zwró­ciła się do kobiety sie­dzą­cej obok spo­wi­tej w czerń postaci, którą przed chwilą zga­niła: - Melek­naz, odsłoń jej głowę. Wyje­cha­ły­śmy z pałacu. Nie ma sensu się ukry­wać. Nawet jeśli nas zoba­czą, to już nie ma zna­cze­nia.

Nie dając spo­sob­no­ści kobie­cie, ruchem głowy zrzu­ciła kap­tur pele­ryny. Na ramiona spły­nął jej wodo­spad jasnych wło­sów. Uroda dziew­czyny roz­świe­tliła wnę­trze powozu niczym wscho­dzące słońce.

"Boże - wes­tchnęła Nur­banu. - Jest taka piękna i świeża. Taka czy­sta".

- Wszystko sły­sza­łaś?

- Tak.

Suł­tanka valide Nur­banu nachy­liła się do dziew­czyny.

- A teraz nad­staw uszu i posłu­chaj uważ­nie tego, co powiem. I dobrze to zapa­mię­taj. Osma­nie nazy­wają to miej­sce dzie­dziń­cem oda­li­sek, ja nazy­wam je pie­kłem oda­li­sek. To pie­kło pięk­nych, ale głu­pich. Ty jesteś Baffo, mała kuzynko. Baffo powinny ufać swo­jemu rozu­mowi, a nie uro­dzie. Ty też bądź mądra. Jeśli mnie posłu­chasz i zro­bisz, co mówię, jeśli podą­żysz moją drogą, dotrzesz do raju. Zosta­niesz żoną mojego syna i suł­tanką Impe­rium Osmań­skiego.

Zamil­kła. Oparła łok­cie na kola­nach i prze­chy­liła się do dziew­czyny. Utkwiła wzrok w jej oczach. Dziew­czyna odwza­jem­niła jej spoj­rze­nie.

- Jeśli zaś zaufasz nie mnie, ale swo­jej uro­dzie... - cią­gnęła Nur­banu. Jej głos tym razem bar­dziej przy­po­mi­nał syk. - Jeśli będziesz sądziła, że potęga i wła­dza pocho­dzą wyłącz­nie z łoża, jeśli spró­bu­jesz we mnie ugo­dzić i mnie wyprze­dzić, tam wła­śnie skoń­czysz. W pie­kle.

Dziew­czyna patrzyła na nią har­dym wzro­kiem.

- Nie martw się, kuzynko - ode­zwała się gor­li­wym szep­tem. Z jej oczu try­skały iskry. - Moja droga nie pro­wa­dzi do pie­kła. Safiye prę­dzej trafi do czar­nej ziemi niż na dzie­dzi­niec oda­li­sek.

Aga haremu Hüseyin z Jemenu przy­był do pady­sza­cha i uca­ło­wał jego szatę dopiero po poran­nej modli­twie.

- Dobre wie­ści, mój cha­nie. Z bożej łaski w domu mojego czci­god­nego suł­tana przy­było jesz­cze sied­mioro dzieci z rodu świę­tej pamięci suł­tana Osmana i Murada Chana.

Pady­szach spoj­rzał na hare­mo­wego agę zaspa­nym wzro­kiem.

- Ilu z tych sied­miorga to chłopcy?

- Uro­dziło się troje ksią­żąt, panie.

Aga haremu nie uwa­żał za konieczne wspo­mi­na­nie, że Sümbül i jej córka umarły pod­czas porodu. Zamiast tego pokło­nił się nisko i go pozdro­wił.

- Niech Bóg da naszemu panu i...

Pady­szach, wie­dząc, że Hüseyin zamie­rza wygło­sić mowę i modlić się o jego zdro­wie i pomyśl­ność, odpra­wił męż­czy­znę ruchem dłoni. Pró­bo­wał nazwać uczu­cie, które go ogar­nęło. To była duma? "Komu dane było zostać ojcem sied­mio­krot­nie w ciągu jed­nej nocy?", zapy­tał sie­bie. Pew­nie nikomu. W takim razie powi­nien się cie­szyć. Jed­nak dla­czego się nie rado­wał?

Nie pamię­tał, kto uro­dził mu dzieci. Wzru­szył ramio­nami. Prę­dzej czy póź­niej i tak się dowie. Te, które uro­dziły chłop­ców, będą się nimi cheł­pić, a te, które uro­dziły dziew­czynki, padną mu do stóp, pro­sząc o wyba­cze­nie.

Żeby roz­pro­szyć ogar­nia­jące go przy­gnę­bie­nie, szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał się do swo­jej kom­naty. "Kiedy nasza matka się dowie, znów osza­leje z wście­kło­ści", pomy­ślał. Zachi­cho­tał, wyobra­ża­jąc sobie, jak twarz matki czer­wie­nieje i poja­wia się na niej złość. Ale co mógł zro­bić? To Bóg obda­rzył go namięt­no­ścią, ape­ty­tem i nie­usta­ją­cym źró­dłem życia. Prze­cież sługa nie mógł się sprze­ci­wić boskiej woli. Poczuł, że w jego wnę­trzu znów coś się poru­szyło.

- Kalfo!

Cze­ka­jąca po dru­giej stro­nie tuż przy drzwiach Mestane Kalfa, gdy tylko usły­szała głos pady­sza­cha, weszła do środka w głę­bo­kim pokło­nie i padła przed nim.

- Jak miała na imię ta dziew­czyna z Abi­sy­nii, którą poka­za­łaś mi wczo­raj w ogro­dzie róża­nym?

- Ahter. - Głos kobiety był stłu­miony, ponie­waż odpo­wia­da­jąc, nie unio­sła głowy.

- Ahter? Dziwne imię. Co może ozna­czać? Pyta­łaś?

- Podobno ozna­cza gwiazdę, suł­ta­nie - wyszep­tała Mestane.

- Ahter... Gwiazda, ha! Pięk­nie... Bar­dzo odpo­wied­nie. Skórę ma czarną, jed­nak wydaje się, jakby w jej oczach błysz­czały miliony gwiazd. W takim razie niech ma na imię Y?ld?z3. Powiedz, niech przy­go­tują Y?ld?z. Prze­ko­najmy się, jak blask gwiazd roz­świe­tli naszą alkowę.

Rozdział III

III

Nie­na­wi­dzę! Nie­na­wi­dzę!

Safiye z gnie­wem pod­nio­sła się znad rahli4.

- Nie udaje mi się! Nie potra­fię!

Jej różowe policzki w jed­nej chwili zapło­nęły. Kiedy zoba­czyła, że kobieta sie­dząca na sze­ro­kiej oto­ma­nie przed wyso­kim oknem, nie zwa­ża­jąc na nią, oddaje się robótce, jej gniew przy­brał na sile. Rzu­ciła w kąt kogu­cie pióro i zama­szy­stym ruchem zrzu­ciła z pul­pitu wszystko, co się na nim znaj­do­wało.

- Kto wymy­ślił to cho­ler­stwo? Nie­na­wi­dzę tego! Nie­na­wi­dzę!

Nauczy­cielka kali­gra­fii zaczęła zbie­rać roz­sy­pane przy­bory do pisa­nia i per­ga­miny. Ponie­waż dziew­czyna mówiła w języku, któ­rego nie znała, nie zro­zu­miała jej, ale była pewna, że to nie było nic dobrego.

Sie­dząca na oto­ma­nie i haftu­jąca suł­tanka matka Nur­banu zer­k­nęła na dziew­czynę, jakby dopiero teraz usły­szała jej krzyki.

- Ha? Co mówi­łaś, Safiye? Nie usły­sza­łam.

To, że na jej wykrzy­czany po wło­sku bunt kobieta wolała odpo­wie­dzieć spo­koj­nym tonem po turecku, wystar­czyło, żeby roz­wście­czyć Safiye.

- Male­di­zione! Nie zro­zu­mia­łaś? Mówię w naszym ojczy­stym języku.

Suł­tanka matka unio­sła głowę znad robótki. Wbiła igłę w czer­wony jedwab roz­cią­gnięty na tam­burku i wyjęła ją z dru­giej strony. Póź­niej ode­rwała nić zębami.

- Prze­kleń­stwa nie pasują do tej ład­nej twa­rzyczki. - Pró­bo­wała zdmuch­nąć kawa­łek jedwab­nej nitki, który przy­kleił jej się do dol­nej wargi. - Powie­dzia­łam ci, że masz o nim zapo­mnieć, dopóki nie nauczysz się osmań­skiego. Zapo­mnia­łaś? Teraz to jest twój język - mówiła dalej. - Osmań­ski.

Czu­jąc, że nogi zaczy­nają jej drę­twieć od sie­dze­nia na kola­nach, dziew­czyna pod­nio­sła się, mru­cząc coś pod nosem z nie­za­do­wo­le­niem. Przy­sia­dła na brzegu oto­many, na któ­rej sie­działa kobieta.

- Do stu dia­błów! - burk­nęła znów w swoim języku. - Tego też nie potra­fię. Czuję się jak głu­pia mała dziew­czyna, która dopiero zaczyna uczyć się mówić. Nie­na­wi­dzę i pisma, i mowy Osma­nów... Wszyst­kiego...

Na twa­rzy suł­tanki Nur­banu poja­wił się ukrad­kowy uśmiech. Unio­sła głowę i spoj­rzała na Safiye.

- Był czas, gdy ja też tego nie­na­wi­dzi­łam. Ale spójrz, teraz...

- Adesso, adesso, adesso...

- Nie adesso, Safiye... Powiedz. Jak jest adesso po osmań­sku?

Z ust dziew­czyny wydo­był się gniewny, znu­dzony świst.

- Teraz.

- Widzisz? Zapa­mię­ta­łaś.

Kiwa­jąc gło­wami, damy dworu wyra­ziły uzna­nie dla suk­cesu Safiye. Zro­biły to bar­dziej po to, żeby przy­po­do­bać się matce pady­sza­cha, niż żeby dodać otu­chy dziew­czy­nie.

- Teraz - cią­gnęła Nur­banu - z łatwo­ścią mówię i piszę po osmań­sku. Zapew­niam cię. Mówię lepiej niż więk­szość agów, bejów, wezy­rów i paszów sta­ją­cych przed obli­czem pady­sza­cha.

Damy dworu, potwier­dza­jąc jej słowa, nie omiesz­kały uda­wać podziwu. Ostat­nie, czego chciały, to to, żeby dziew­czyna roz­gnie­wała suł­tankę, co zda­rzało się dość czę­sto i tylko Bóg raczy wie­dzieć, dla­czego matka pady­sza­cha wyła­do­wy­wała swój gniew na nich, a nie na Safiye, która cza­sem dopro­wa­dzała ją do obłędu.

Safiye poja­wiła się u boku suł­tanki matki z dnia na dzień i weszła do jej armii dam dworu. Dziew­czyna była nie­zwy­kle piękna. Nawet Bóg musiał być dumny ze swo­jego dzieła. Czło­wiek nie mógł się nasy­cić wido­kiem jej zło­tych wło­sów, kształt­nych brwi, mie­nią­cych się gra­na­tem oczu, małego, zadar­tego nosa, peł­nych warg, szyi, któ­rej mogły pozaz­dro­ścić jej łabę­dzie, oraz wspa­nia­łej syl­wetki. Kiedy tak szła, koły­sząc się deli­kat­nie, nawet kobiety nie mogły się powstrzy­mać, żeby nie wes­tchnąć z podziwu pomie­sza­nego z zazdro­ścią. One także były piękne, jed­nak musiały spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Safiye była inna. Miała nie­zwy­kłą aurę, swo­isty czar.

Od bli­sko dwóch lat towa­rzy­szyła matce pady­sza­cha. "Trudno nazy­wać to życiem", szep­tano mię­dzy sobą. Suł­tanka valide nawet raz nie pozwo­liła dziew­czy­nie prze­kro­czyć bram pałacu. Nie zezwa­lała jej też na swo­bodne poru­sza­nie się na oczach wszyst­kich.

Matka pady­sza­cha tak bar­dzo drżała o Safiye, a nawet ją ukry­wała, że po pew­nym cza­sie stało się to tema­tem plo­tek. "Czyżby była zazdro­sna o dziew­czynę?", szep­tały mię­dzy sobą ukrad­kiem słu­żące.

- Czy nasz pan nie sły­szał, że jego matka ukrywa hury­skę?

Kiedy padały te słowa, damy dworu zaczy­nały bez­gło­śnie chi­cho­tać.

- Jak mógł o tym nie sły­szeć, dziew­czyno? Mówią, że nawet gdyby jakaś pięk­ność ukryła się za górą Kaf, czci­godny suł­tan zwę­szyłby jej zapach. Bóg obda­rzył naszego pana tak wyczu­lo­nymi zmy­słami.

- Sły­szał, sły­szał - szep­nęła inna pośród śmie­chów. - A jak myśli­cie, dla­czego Pay­idar Kalfa co chwila przy­jeż­dża tu z Nowego Pałacu pod byle wymówką?

- I co z tego, że przy­jeż­dża, moja śliczna, jeśli suł­tanka natych­miast wysyła Safiye w naj­dal­sze czę­ści pałacu?

- A swoją pierw­szą damę dworu Melek­naz za nią oczy­wi­ście.

Nie­które śmiały się wymow­nie.

- Skąd taka tro­ska? Tylko kochanka można tak wię­zić.

- No wiesz co! Wstyd. I co jesz­cze?

Jakby nie dość było tego, że nie spusz­czała oka z Safiye, zatrud­niła dla niej rze­szę nauczy­cieli: nauczy­ciela ety­kiety, języka, kali­gra­fii, czy­ta­nia, muzyki, hafto­wa­nia, tańca, któ­rzy dbali o edu­ka­cję dziew­czyny. Po popo­łu­dnio­wej modli­twie przy­cho­dziła do niej oso­bliwa kobieta, Dżan­feda5. Nie wia­domo było, czy naprawdę tak się nazy­wała, czy też mówiła tak o sobie, żeby przy­po­do­bać się suł­tance. Cze­go­kol­wiek Dżan­feda uczyła dziew­czynę, zamy­kały się w kom­na­cie na dwie godziny.

Wie­lo­krot­nie słu­żące, wie­dzione cie­ka­wo­ścią, pró­bu­jąc zna­leźć jakiś spo­sób, żeby dostać się do środka, mówiły:

- Na pewno są spra­gnione. Zaniosę im cho­ciaż zim­nego sor­betu.

Ale dostępu bro­niła im Melek­naz.

- Mają lek­cję. Nie prze­szka­dzajmy. Jeśli będą cze­goś chciały, powie­dzą.

Żadna z nich nie miała odwagi zapy­tać, co to za lek­cja. Nie śmiały wypy­ty­wać pierw­szej damy dworu, którą suł­tanka matka nazy­wała swoją "towa­rzyszką nie­doli".

Jed­nak cie­ka­wość odbie­rała im zmy­sły.

Suł­tanka Nur­banu naj­więk­szą wagę przy­kła­dała do lek­cji języka osmań­skiego. Zaka­zała dziew­czy­nie odzy­wać się w jej języku ojczy­stym. Co wię­cej, naka­zała swoim słu­gom:

- Nie waż­cie się. Jeśli zwróci się do was po wło­sku, nawet jeśli ją zro­zu­mie­cie, nie odpo­wia­daj­cie. Pozo­sta­waj­cie głu­che na jej słowa, dopóki nie powie, czego chce po osmań­sku. W prze­ciw­nym razie będzie z wami źle.

Poza tym suł­tanka matka sama dawała jej lek­cje.

- Szklan-ka... Powiedz. Szklanka.

Safiye, śle­dząc ruch warg suł­tanki, powta­rzała z tru­dem:

- Szla­aan-kaaa.

Nawet jeśli dziew­czyna bun­to­wała się, suł­tanka nie wpa­dała w gniew, tylko wpa­try­wała się w jeden punkt nie­obec­nym wzro­kiem. Wszyst­kie damy dworu wie­działy, że w takich chwi­lach ich pani wypływa na morze swo­ich wspo­mnień, i nie odzy­wały się ani sło­wem. Po chwili Nur­banu zbie­rała się w sobie.

- Ach, jak ten czas leci. W pierw­szych mie­sią­cach mojego pobytu w hare­mie ja też się tak uczy­łam. Nie ocią­gaj się, wło­żysz suk­nię, jaką dla cie­bie uszy­łam. No dalej, mów... "Mój drogi suł­ta­nie, mój cha­nie nad cha­nami". Powtórz.

Safiye, bez­rad­nie mru­ga­jąc oczami, sta­rała się powtó­rzyć to zda­nie, które zda­wało się nie mieć końca:

- Móój dro­oogiii suuł­ta­aanieee... Móój che­eenieee... No, no! Nie potra­fię! Nie umiem tego powie­dzieć. Zapo­mi­nam.

Żadna z dziew­cząt nie wie­działa, dla­czego suł­tanka Nur­banu jest tak wyro­zu­miała dla dziew­czyny. Wszyst­kie zasta­na­wiały się też, co mogą zna­czyć słowa: "Wło­żysz kaftan, jaki dla cie­bie uszy­łam", które tak czę­sto sły­szały. Czyżby matka wiel­kiego pady­sza­cha Murada Chana uszyła kaftan dla damy dworu? Poza tym żadna z nich nie widziała tego kaftana.

Nie­wiele sły­szały o tajem­ni­czej dziew­czy­nie. Nie­które mówiły, że naprawdę ma na imię Ceci­lia, ale były też takie, które twier­dziły, że nazywa się Sophia. Krą­żyły też pogło­ski, że dziew­czyna jest krewną suł­tanki matki i tak jak Nur­banu pocho­dzi z rodu Baffo, ale uci­chły tak samo szybko, jak się zaczęły. Suł­tanka valide nazy­wała ją Safiye, ale kiedy któ­raś zawo­łała za nią "Ceci­lia" albo "Sophia", dziew­czyna wciąż się oglą­dała.

Nauczy­cielka kali­gra­fii ponow­nie uło­żyła na rahli poroz­rzu­cane per­ga­miny i kogu­cie pióro i usia­dła.

- Dalej, Safiye, nie każ nauczy­cielce cze­kać.

- Nie potra­fię tego napi­sać... Te pokraczne zawi­jasy i wywi­jasy.

Nur­banu odło­żyła robótkę na atła­sową poduszkę i pochy­liła się nad dziew­czyną. Ujęła ją pod brodę i spoj­rzała w oczy.

Nur­banu, widząc, że oczy dziew­czyny zaczy­nają wypeł­niać się łzami, kla­śnię­ciem odpra­wiła damy dworu. Została tylko Melek­naz. Teraz w pomiesz­cze­niu znaj­do­wały się trzy osoby mówiące tym samym języ­kiem i w któ­rych żyłach pły­nęła ta sama krew.

- Nie wytrzy­mam tego - mruk­nęła Safiye. - Nie wytrzy­mam... Tęsk­nię za matką... Za ojcem... Za Wene­cją... Za pio­sen­kami... Za wszyst­kim. Czuję, jak tęsk­nota pali mnie w sercu.

Safiye przy­ci­snęła ręce do piersi. Bła­gal­nym wzro­kiem spoj­rzała na Melek­naz. Lubiła ją. Kobieta też miała łzy w oczach.

Suł­tanka matka przy­gar­nęła piękną głowę dziew­czyny do swo­jej piersi. Safiye wcią­gnęła w płuca zapach uro­dzi­wej kobiety, nie­gdyś wyklę­tej przez całą rodzinę. Nur­banu zaś pogła­skała po wło­sach swoją małą kuzynkę.

- Wytrzy­masz - wyszep­tała jej do ucha. - Jesteś Baffo.

- Nie mam już siły, cio­ciu.

Nur­banu pozwa­lała jej nazy­wać sie­bie cio­cią tylko wtedy, gdy zosta­wały same.

- W chwi­lach, gdy będziesz myślała, że nie masz już sił, przy­po­mnij sobie moje słowa. Ja z pijusa uczy­ni­łam pady­sza­cha i uro­dzi­łam pady­sza­cha Impe­rium Osmań­skiemu. Teraz twoja kolej. Nałóż na głowę koronę. Niech jesz­cze jedna Wene­cjanka wyda na świat osmań­skich wład­ców.

- Ja nie jestem tak silna jak ty.

Nur­banu nachy­liła się i zaj­rzała w szkli­ste oczy dziew­czyny.

- Otrzyj łzy ze swo­ich pięk­nych oczu. Kró­lowe nie pła­czą.

- Nie jestem żadną kró­lową - pró­bo­wała opie­rać się Safiye.

- Będziesz nią. Ni­gdy nie waż się mówić, że pozwo­lisz, żeby któ­raś z dziew­cząt, od któ­rych roi się w hare­mie, zdo­była koronę, którą my poda­ły­śmy ci na zło­tej tacy, Ceci­lio Sophio Baffo. Czasu jest coraz mniej. Znamy swo­jego syna. W każ­dej chwili może się zadu­rzyć w jakiejś dziew­czy­nie i popeł­nić sza­leń­stwo, któ­rego nie uda mi się powstrzy­mać. Może ją poślu­bić. Nie wolno nam zbyt długo zwle­kać. Musisz ciężko pra­co­wać. Melek­naz, wezwij nauczy­cielkę, niech kon­ty­nu­uje lek­cję.

Kiedy kobieta na znak swo­jej pani skie­ro­wała się do drzwi, na zewnątrz roz­le­gły się zagnie­wane głosy.

- Stójże!

- Śpie­szy mi się - odpo­wie­działa.

- Nie wolno sta­wać przed suł­tanką matką bez pozwo­le­nia. Musisz cze­kać przy drzwiach.

- Przy­by­wam z Nowego Pałacu. Mam dla suł­tanki matki bar­dzo ważną i pilną wia­do­mość. Zapu­kam do drzwi, padnę jej do stóp, popro­szę o wyba­cze­nie i pozwo­le­nie, żeby z nią poroz­ma­wiać.

Pomruki nie­za­do­wo­le­nia dam dworu i słu­żą­cych sły­chać było aż w kom­na­cie.

Nur­banu z nie­po­ko­jem spoj­rzała na Melek­naz. Zauwa­żyła, że jej rów­nież udzie­liło się zde­ner­wo­wa­nie. Nie mogły pozbyć się stra­chu, że skoro w jed­nym zda­niu padły słowa: "Ważna i pilna wia­do­mość z Nowego Pałacu", musiało stać się coś złego. Tak było od lat. Jeśli jakaś wia­do­mość była jed­no­cze­śnie pilna i ważna, z pew­no­ścią kryła za sobą coś nie­po­myśl­nego.

"Czyżby coś się stało Mura­dowi?", prze­szło jej przez myśl.

Poczuła, że cała drży. Od pew­nego czasu czaił się w niej lęk, do któ­rego nie chciała się przy­znać nawet przed sobą... Tyle razy pró­bo­wała dowie­dzieć się cze­goś od wiel­kiego wezyra, ale na próżno. Jed­nak było jasne, że jej zięć także się czymś nie­po­koi. Znała Sokollu Meh­meda Paszę od lat. Ile­kroć spla­tał ręce za ple­cami i zaczy­nał krą­żyć po pomiesz­cze­niu ze wzro­kiem utkwio­nym w pod­łogę, nie wró­żyło to nic dobrego. Zale­d­wie wczo­raj suł­tanka Ismi­han powie­działa jej:

- Matko, wielki wezyr pasza cze­goś się oba­wia, ale nie wiem czego. Wiesz, że on nic nie powie, ale czuję to. Boję się. Znów całą noc krą­żył po pokoju.

"Zatem Sokollu Pasza też oba­wia się, że jan­cza­rzy się zbun­tują i zro­bią coś złego pady­sza­chowi", prze­szło Nur­banu przez myśl, kiedy usły­szała słowa córki.

Jej szpie­dzy przy­no­sili z koszar jedną wia­do­mość za drugą:

- Żoł­nie­rze naszego suł­tana są nie­spo­kojni, suł­tanko matko. Szep­czą mię­dzy sobą za drzwiami i pod­czas wart. Nikt nie wie, co się dzieje, ale morale jest coraz niż­sze.

Nie bez powodu sze­rzyło się zgor­sze­nie, skoro tyle mówiło się o tym, że pady­szach jest tak uza­leż­niony od kobiet, że zapo­mniał o wypra­wach wojen­nych i nie opusz­cza haremu.

Pró­bo­wała stłu­mić rosnące w niej domy­sły. Gdyby to była taka wia­do­mość, nie wypa­da­łoby, żeby przy­no­siła ją kobieta.

Ta myśl nie wystar­czyła, żeby uci­szyć budzą­cego się w niej potwora. "Dla­czego nie wypa­dało? Może mój Murad prze­słał wia­do­mość przez kobietę, żeby nie wzbu­dzać podej­rzeń?".

A może coś się stało jej zię­ciowi?

"To fakt - pomy­ślała suł­tanka valide. - Wielki wezyr Sokollu Meh­med Pasza miał wię­cej wro­gów niż przy­ja­ciół".

- Pod­czas gdy pady­szach wyle­guje się w łożach oda­li­sek, wiel­kiemu wezy­rowi przy­pa­dło wła­da­nie Impe­rium Osmań­skim - szep­tali zło­śli­wie.

- Co to ma zna­czyć? Sokollu widział już trzech pady­sza­chów, a wciąż pia­stuje urząd wiel­kiego wezyra. Czy w Wiel­kim Impe­rium Osmań­skim nie ma innego sługi, który mógłby słu­żyć naszemu panu? - powta­rzali wezy­ro­wie, paszo­wie i bejo­wie.

Hodża Saded­din i nie­jaki Üveys Pasza dole­wali oliwy do ognia. Dołą­czył też do nich aga haremu Gazan­fer.

Nur­banu wes­tchnęła. Sokollu dobrze rzą­dził pań­stwem, ale jak miała wyja­śnić to ludowi? Nikt nie mówił, że byłoby źle, gdyby nie Sokollu. Ale obwi­niano go za wszystko.

Nagle jakby usły­szała głos swo­jej teścio­wej: "Będziesz miesz­kała w pałacu, Nur­banu - wpo­iła jej przed laty Hürrem. - To, czego w pałacu jest naj­wię­cej, to zdrada, dziecko. Zdrada nie śpi".

Życie też ją tego nauczyło.

"Boże - jęk­nęła w duchu - czyżby, nie daj Boże, zdrada się­gnęła po jej zię­cia paszę?".

Nie była w sta­nie się zmu­sić, żeby pole­cić Melek­naz, aby otwo­rzyła drzwi.

Głosy na zewnątrz znów się wzmo­gły.

- Trwa lek­cja. Pod­czas lek­cji nie wolno wcho­dzić.

- Lek­cja ma zatrzy­mać pilną i ważną wia­do­mość? Mówię wam, że mam wie­ści, które muszę natych­miast prze­ka­zać. Jeśli suł­tanka valide dowie się, że mnie zatrzy­ma­ły­ście, każe obe­drzeć was ze skóry.

Teraz damy dworu i słu­żące rów­nież sprze­ci­wiały się gło­śniej­szym tonem:

- Suł­tanka matka ode­słała nas wszyst­kie.

- Spójrz, wypro­siła nawet wielką hodżę.

- Roz­ma­wia sam na sam z Safiye.

- Może to coś pouf­nego. Pod żad­nym pozo­rem nie powin­ny­śmy im prze­szka­dzać.

- Pocze­kaj. Za jakiś czas zapu­kamy do drzwi i zapy­tamy o jej pozwo­le­nie.

Melek­naz spoj­rzała na Nur­banu pyta­ją­cym wzro­kiem. Safiye rozu­miała tylko połowę z tego, co mówiono, ale było oczy­wi­ste, że cho­dzi o coś waż­nego.

Jeśli się stało, to się stało. Gdyby siła jej stra­chu wystar­czyła, żeby to zmie­nić, nikomu nic by się nie przy­da­rzyło. Jeśli zaś się przy­da­rzyło, nie miała innego wyj­ścia, tylko sta­wić temu czoła.

- Otwórz - ode­zwała się Nur­banu. - Dowiedzmy się, co się dzieje. Co to za wia­do­mość, że jeśli usły­szymy ją zbyt późno, każemy obe­drzeć ze skóry nasze dziew­częta?

Melek­naz też pra­gnęła się dowie­dzieć, co to takiego, jed­no­cze­śnie podzie­la­jąc obawy swo­jej pani. Od dnia, kiedy los przy­wiódł ją do haremu, nie widziała, żeby lud był tak bar­dzo zanie­po­ko­jony. Na tar­gach, uli­cach, wszę­dzie ludzie kry­ty­ko­wali to, co działo się w pałacu.

Pośpiesz­nym kro­kiem skie­ro­wała się do drzwi.

Tuż za drzwiami roz­legł się krzyk kobiety:

- Tylko nie mów­cie, że nie ostrze­ga­łam! Jeśli zatrzy­ma­cie mnie choćby jesz­cze na chwilę...

Drzwi otwo­rzyły się, zanim kobieta zdą­żyła dokoń­czyć. Kiedy Melek­naz usu­nęła się na bok, Nur­banu ujrzała w progu panią Düriye sza­mo­czącą się z damami dworu.

Düriye nie prze­ga­piła tej oka­zji. W jed­nej chwili rzu­ciła się do środka i padła na kolana.

- Dusza Düriye należy do mojej suł­tanki. Jeśli wam uchy­bi­łam, odbierz­cie mi życie, pani. Jed­nak pomy­śla­łam, że będzie­cie chciały czym prę­dzej usły­szeć wie­ści, które wam przy­no­szę.

Nur­banu i Melek­naz ponow­nie wymie­niły zacie­ka­wione spoj­rze­nia.

- W takim razie mów, Düriye. Prze­ko­najmy się, czy ta wia­do­mość jest wystar­cza­jąco ważna, żeby wyba­czyć wam wasze prze­wi­nie­nie.

Safiye zda­wała sobie sprawę z napię­cia, które wisiało w powie­trzu. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo Nur­banu i Melek­naz sta­rały się to ukryć, zdra­dzał je wyraz ich twa­rzy. Sku­piła całą uwagę, żeby zro­zu­mieć, o czym roz­ma­wiają. "Uwa­żaj - ode­zwał się głos w jej wnę­trzu. - To, co zaraz usły­szysz, może zmie­nić twoje życie".

Kiedy Düriye prze­ka­zała tę "pilną i ważną wia­do­mość", Safiye poczuła, że przez chwilę w kom­na­cie suł­tanki matki zapa­no­wał nie­zno­śny chłód. Nagle ogar­nęły ją wąt­pli­wo­ści. "Do dia­bła, czyż­bym źle zro­zu­miała?".

To moż­liwe, ale Safiye odczy­tała z wyrazu twa­rzy kobiety radość z prze­ka­za­nia tej pomyśl­nej wie­ści. Jed­nak te, które ją dostały, nie wyglą­dały na szczę­śliwe. Na twa­rzach suł­tanki Nur­banu i Melek­naz malo­wały się zasko­cze­nie, wstyd, a nawet gniew.

"Pew­nie źle zro­zu­mia­łam", pomy­ślała jesz­cze raz Safiye. Ale była pewna, że kobieta powie­działa: "Przy­no­szę dobre wie­ści". Kilka razy też wymie­niła imię pady­sza­cha.

- Murad Chan - powie­działa Düriye i padła na zie­mię, ponie­waż wspo­mi­nała imię władcy.

Nie­wąt­pli­wie też sły­szała, jak wzy­wała Boga, uno­sząc dło­nie ku niebu. Jed­nak póź­niej się pogu­biła. Było tam zbyt dużo dłu­gich, nie­zro­zu­mia­łych słów.

"Niech to szlag - zaklęła w duchu Safiye. - Jak mam się nauczyć tego języka?".

Jej star­sza kuzynka pró­bo­wała ukryć to, że nie jest zado­wo­lona z tego, co usły­szała. Safiye, cho­ciaż była młoda, jak każda Wene­cjanka dobrze znała się na maskach. Zupeł­nie jakby kuzynka Ceci­lia - żad­nym spo­so­bem nie mogła się przy­zwy­czaić, żeby nazy­wać ją Nur­banu - w jed­nej chwili nało­żyła na twarz wenecką maskę. Zimną, pozba­wioną wyrazu, ukry­wa­jącą uczu­cia.

Upły­nęło dużo czasu, zanim wydęła usta i ode­tchnęła głę­boko.

- Tak? - ode­zwała się tylko. - Naprawdę tak się stało?

Pierw­sza dama dworu wes­tchnęła ukrad­kiem.

Suł­tanka matka powie­działa jesz­cze dwa zda­nia, obo­jęt­nie i bez prze­ko­na­nia:

- Co mogę rzec? Niech im Bóg bło­go­sławi.

Po czym gestem dłoni natych­miast odpra­wiła kobietę.

Düriye, spo­dzie­wa­jąca się wyna­gro­dze­nia za przy­nie­sie­nie pomyśl­nej wia­do­mo­ści, opusz­cza­jąc kom­natę, sta­rała się ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Safiye nie miała odwagi prze­rwać ciszy, która zapa­no­wała po jej wyj­ściu. W rze­czy­wi­sto­ści paliła się do tego, żeby zapy­tać, co się stało. Jed­nak widząc przy­gnę­bie­nie, jakie je ogar­nęło, nie mogła się na to zdo­być. Nur­banu skrzy­żo­wała nogi na oto­ma­nie i tak już została. Na chwilę odwró­ciła się i spoj­rzała na Melek­naz. Kobieta spra­wiała wra­że­nie, jakby miała coś powie­dzieć. Jed­nak ona też mil­czała. Cisza była nie do wytrzy­ma­nia.

Słońce powoli zaczęło opusz­czać okno kom­naty suł­tanki matki. Safiye poru­szyła się nie­spo­koj­nie na mate­racu, ale to nie wystar­czyło, żeby przy­po­mnieć kobie­tom o jej ist­nie­niu. "Co im się stało?", zasta­na­wiała się. Jak pomyślna wia­do­mość przy­nie­siona z pałacu mogła wywo­łać takie przy­gnę­bie­nie? Co takiego powie­działa ta pulchna kobieta?

Nie miała innego wyj­ścia, jak tylko cze­kać, żeby dowie­dzieć się, czy dobrze zro­zu­miała. Pochy­liła głowę i posta­no­wiła poli­czyć kwiaty i ptaki na jedwab­nym dywa­nie.

Nagle Nur­banu mruk­nęła, tak samo jak wtedy, gdy usły­szała wieść, którą przy­nio­sła Düriye:

- Tak? Naprawdę tak się stało?

Safiye natych­miast unio­sła głowę. Już miała zapy­tać, co się stało, ale się roz­my­śliła. Nur­banu wciąż sie­działa nie­ru­chomo na oto­ma­nie.

Po chwili ogar­nęło ją dziwne uczu­cie. Powoli obró­ciła głowę. Star­sza kuzynka utkwiła w niej swój wzrok. Oczy Nur­banu żarzyły się jak dwa węgle w kom­na­cie spo­wi­tej wie­czor­nym mro­kiem. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały.

- Teraz już rozu­miesz, dla­czego nie mamy czasu?

Safiye jesz­cze ni­gdy nie sły­szała, żeby jej głos był tak zre­zy­gno­wany. Poza tym w tonie Nur­banu pobrzmie­wał lęk.

- Co się stało? - W końcu zadała pyta­nie, które drę­czyło ją od wielu godzin.

- Co się stało? - Melek­naz powtó­rzyła jej pyta­nie. - A co się nie stało...?

Ponow­nie odwró­ciła głowę w stronę oto­many, na któ­rej sie­działa Nur­banu.

- Nie wiem, czy dobrze zro­zu­mia­łam...

Rozdział IV

IV

Safiye nie musiała długo cze­kać, żeby dowie­dzieć się, czy wła­ści­wie zro­zu­miała wia­do­mość Düriye.

Nur­banu, nie odry­wa­jąc od niej wzroku, cedziła słowa:

- Nasz syn pady­szach spra­wił, że pod­czas jed­nej nocy sie­dem razy zosta­ły­śmy bab­cią.

Gdy tylko skoń­czyła mówić, jej twarz spo­chmur­niała.

Po dru­giej stro­nie drzwi roz­le­gły się rado­sne głosy. Naj­wy­raź­niej Düriye Kalfa prze­ka­zała też wia­do­mość zacie­ka­wio­nym damom dworu.

Nagle Safiye zawa­hała się. Co zna­czyło, że w ciągu jed­nej nocy sie­dem razy została... I w tej chwili dotarło do niej, co usły­szała. Düriye wła­śnie to powie­działa: "Mam dobre wie­ści, suł­tanko matko. Wasz syn, władca trzech kon­ty­nen­tów i sied­miu kli­ma­tów, suł­tan Murad Chan, z Bożej łaski, uczy­nił swoją matkę babką sie­dem razy w ciągu jed­nej nocy... Niech jego szczę­ście i chwała będą wieczne, a życie dłu­gie. Niech Bóg nie szczę­dzi mu swo­jej hoj­no­ści... Niech obda­rzy naszego pady­sza­cha zdro­wiem i pomyśl­no­ścią...".

Dobry Boże!

- Sie­dem razy w ciągu jed­nej nocy!

Z iloma kobie­tami sypiał pady­szach?

"Nie - powie­działa do sie­bie. - To nie może być prawda. Musia­łam coś źle zro­zu­mieć".

- Sie­dem razy w ciągu jed­nej nocy!

- Do dia­bła, Safiye! Prze­stań to powta­rzać!

Naj­wy­raź­niej bez­wied­nie wypo­wie­działa na głos słowa, które odbi­jały się echem w jej gło­wie.

- Czy to ozna­cza, że pady­szach sie­dem razy w ciągu jed­nej nocy został ojcem?

Cho­ciaż Nur­banu zaka­zała mówić dziew­czy­nie po wło­sku, wypro­sto­wała się bun­tow­ni­czo:

- Si, si! Tak, to wła­śnie to ozna­cza. Musimy natych­miast zająć się kwe­stią two­jego języka. Melek­naz, ty jej opo­wiedz. Krew ude­rzyła mi do głowy.

Jed­no­cze­śnie zaś Nur­banu zasta­na­wiała się: "Cie­kawe, co będzie, kiedy żoł­nie­rze usły­szą o tym skan­dalu".

Melek­naz roz­pa­liła jedną z dużych lamp sto­ją­cych na kon­soli. W jed­nej chwili pomiesz­cze­nie wypeł­niło się żół­tym, drżą­cym świa­tłem.

- Wczo­raj­szej nocy uro­dziło się sied­mioro dzieci naszego suł­tana.

Safiye prze­sło­niła ręką usta, żeby stłu­mić kolejny okrzyk nie­do­wie­rza­nia.

- Do rana aku­szerki bie­gały od jed­nej oda­li­ski do dru­giej. Sie­dem z nich uro­dziło, jedna po dru­giej.

Nur­banu pod­nio­sła się, mru­cząc z nie­za­do­wo­le­niem.

- Które to, Melek­naz? Wiesz? Ja już stra­ci­łam rachubę.

Kobieta deli­kat­nie wzru­szyła ramio­nami.

- Macie rację. Już nikt nie wie, ile ich jest.

Suł­tanka matka stra­piona krą­żyła po kom­na­cie.

- My też nie wiemy, ile mamy wnu­cząt. Jedyne, co wiemy, to to, że w ciągu jed­nej nocy nasz syn został ojcem kolej­nych sied­miorga dzieci, a my ich babką. Co za rado­sna wia­do­mość, prawda?

Safiye w końcu odjęła rękę od ust.

- Ile z nich to dziew­czynki? - zapy­tała bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia.

Kobiety popa­trzyły po sobie. One tego nie wie­działy. Düriye nie miała czasu, żeby to prze­ka­zać.

- Nie wiem - odparła Nur­banu z uda­waną rado­ścią. - Poza tym, co to za róż­nica? Sto­lica kipi od moich wnu­cząt. Może pew­nego dnia zbie­rzemy je wszyst­kie na wiel­kim dzie­dzińcu. Tylko czy się zmiesz­czą? Powie­dzia­ła­bym, że je poli­czymy, ale zanim skoń­czymy, uro­dzą się nowe. - Roze­śmiała się z gory­czą. - Pew­nie przez dzie­dzi­niec oda­li­sek w Sta­rym Pałacu nie można przejść, nie otarł­szy się o brzu­chy, które wypeł­nił nasz syn.

Żadna z nich nie miała ochoty roze­śmiać się na te wypo­wie­dziane z drwiną słowa.

Suł­tanka matka, zauwa­żyw­szy, że Melek­naz krąży po wiel­kiej kom­na­cie, zapa­la­jąc po kolei wszyst­kie lampy, krzyk­nęła:

- Prze­stań wresz­cie, na miłość boską! To jakieś święto, że wszystko ma być ską­pane w świe­tle? Los Impe­rium Osmań­skiego ogar­nia mrok, a my kro­czymy w bla­sku!

Kobieta mruk­nęła coś pod nosem, po czym zajęła miej­sce na mate­racu. Sta­rała się tego nie oka­zy­wać, ale było oczy­wi­ste, że czuje się ura­żona.

- Moja towa­rzyszko nie­woli z pirac­kiej koi. - Nur­banu spoj­rzała kobie­cie w oczy. - Nie miej nam za złe, Gabriello - wyszep­tała.

Nur­banu od lat zwra­cała się do Melek­naz jej praw­dzi­wym imie­niem tylko wtedy, gdy chciała zyskać jej przy­chyl­ność.

- Jeste­śmy matką syna, któ­remu w ciągu jed­nej nocy uro­dziło się sied­mioro dzieci. Nie wiemy, co mówimy ani robimy. - Zło­śli­wość w jej gło­sie była ostra jak nóż: - Idź i uczyń to, czego wyma­gają tra­dy­cja i oby­czaj. Otwórz­cie te drzwi, żeby nasza służba zoba­czyła, jak bar­dzo suł­tanka matka cie­szy się z łaski, jaką Bóg obda­rzył naszego syna. Niech nasz pałac roz­pro­mieni się bla­skiem. Niech roz­da­dzą lokmę i chałwę. Niech Impe­rium Osmań­skie świę­tuje, że suł­tan Murad, syn Selima Chana, został ojcem kolejne sie­dem razy. Niech wystrzelą z dział, niech zagra jan­czar­ska orkie­stra.

Melek­naz, któ­rej nadą­sana twarz w jed­nej chwili się roz­po­go­dziła, otwo­rzyła dwu­skrzy­dłowe drzwi.

Na zewnątrz roz­le­gły się rado­sne okrzyki:

- Niech będzie bło­go­sła­wiony!

Safiye patrzyła, jak damy dworu i służba padli na zie­mię i modlili się o dłu­gie życie pady­sza­cha i jego dzieci. Kiedy się odwró­ciła, na twa­rzy Nur­banu ujrzała maskę szczę­ścia. Zrzu­ciła już maski smutku, wstydu i gniewu. Pod­czas gdy na zewnątrz wzno­siły się modli­twy o zdro­wie, dłu­gie życie i bło­go­sła­wień­stwo dla suł­tana i jego dzieci, ona unio­sła dło­nie i odpo­wia­dała:

- Amen. Amen. Niech będzie, jak mówi­cie.

Safiye zdała sobie sprawę, że nikt nie wspo­mniał o mat­kach, które uro­dziły pady­sza­chowi dzieci. "Co to za świat? Co to za porzą­dek?", prze­szło jej przez myśl.

Kiedy Melek­naz wyszła, zamy­ka­jąc za sobą drzwi, żeby poczy­nić odpo­wied­nie dzia­ła­nia i wypeł­nić roz­kazy swo­jej pani, Nur­banu chwy­ciła Safiye za nad­gar­stek i przy­cią­gnęła do sie­bie. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jej oczy pło­nęły.

- Teraz już rozu­miesz, dla­czego nie mamy czasu?

Zamu­ro­wało ją.

- Śpiesz się, córo Baffo. Pochwyć swój los. W prze­ciw­nym razie spło­nie Impe­rium Osmań­skie, spło­niesz ty i spłonę ja. Nie zosta­nie ani ogień, ani piec. Nie będzie tronu, na który można wstą­pić, ani korony, żeby wło­żyć ją na głowę.

Rozdział V

V

Safiye spoj­rzała na gwiazdy. Pośród czar­nej nocy wyglą­dały jak dro­binki sre­bra zawie­szone nad jej głową. Zima była za pasem. Drzewa już dawno pogu­biły liście. Tylko sosny pozo­stały zie­lone. Jed­nak one w ciem­no­ściach przy­po­mi­nały cie­nie prze­ra­ża­ją­cych olbrzy­mów zadzie­ra­ją­cych głowy ku niebu. Ode­tchnęła głę­boko, a jej płuca wypeł­niło chłodne powie­trze. Ści­snęła na sobie grubą, weł­nianą kami­zelkę i się objęła. W jej uszach wciąż odbi­jały się jak echo słowa star­szej kuzynki: "Śpiesz się, córo Baffo".

- Śpiesz się, śpiesz się - burk­nęła. - Dobrze, ale jak? Co jesz­cze mogę zro­bić? Wciąż nie rozu­miem więk­szo­ści tego, co do mnie mówią. Naj­święt­sza Panienko, pomóż swo­jej córce Safiye.

Zadrżała, gdy zdała sobie sprawę, co powie­działa.

- Do dia­bła! - mruk­nęła. - Na pewno popeł­ni­łam grzech. Safiye? Safiye?

Jak to się stało? Jak to moż­liwe, że tak szybko wyzbyła się sie­bie? Nie minęły nawet dwa lata, a pogrze­bała gdzieś Ceci­lię - zgoda, nie lubiła tego imie­nia - Sophię i stała się Safiye.

"Jak szybko przy­zwy­cza­iłaś się do bycia Safiye, dziecko", zabrzmiał głos w jej wnę­trzu.

Serce jej zapło­nęło.

Niczym się od niej nie róż­niła. Niczym nie róż­niła się od swo­jej star­szej kuzynki prze­klę­tej przez Wene­cję, któ­rej imie­nia sama nie­na­wi­dziła nosić.

"Naj­wy­raź­niej takie już są córy Baffo", pró­bo­wała się pocie­szyć. Czy rów­nie szybko nie przy­zwy­cza­iła się do obcych domów, do któ­rych cho­dziła na wiel­kie bale? "Szybko dosto­so­wu­jemy się do nowego oto­cze­nia".

Głos w jej wnę­trzu wybuch­nął śmie­chem. "Dosto­so­wu­je­cie się? - zapy­tał bun­tow­ni­czo. - Od kiedy sprze­nie­wie­rze­nie się naj­waż­niej­szym praw­dom nazywa się dosto­so­wa­niem? Jesteś zdraj­czy­nią, Sophio Baffo! Jesteś zdraj­czy­nią jak ona".

Safiye ponow­nie unio­sła głowę do gwiazd, które wyglą­dały tak, jakby były wil­gotne. Ale zaraz zdała sobie sprawę, że to nie one są wil­gotne, tylko jej oczy.

"Wcale nie - sprze­ci­wiła się gło­sowi. - Myli­łam się co do niej. Wszy­scy się myli­li­śmy. Ona nie jest zdraj­czy­nią. To dla Wene­cji stała się Nur­banu. Wene­cjanka współ­rzą­dziła Impe­rium Osmań­skim. Czy to źle? Teraz kolej na mnie. Impe­rium Osmań­skim będzie rzą­dził wenecki ród. Dziś na tro­nie zasiada syn Nur­banu, jutro tron Impe­rium Osmań­skiego przej­mie książę Safiye. W żyłach naj­więk­szego wroga Wene­cji będzie pły­nęła krew Baffo. Jeśli stanę się Safiye, zro­bię to dla Wene­cji".

Prze­szła kilka kro­ków, szu­ra­jąc nogami po ścieżce wyło­żo­nej kamie­niami, mokrymi od pada­ją­cego cały dzień desz­czu. Wsłu­chi­wała się w odgłos swo­ich kro­ków. W oddali, po dru­giej stro­nie drzew, w miej­scu, gdzie powinno znaj­do­wać się morze, pośród gałęzi zaczęło prze­su­wać się czer­wone świa­tło. To musiała być łódź rybacka pró­bu­jąca wydo­stać się ze Zło­tego Rogu. Odbi­cie latarni padało na wodę. Świa­tło drżało od wia­tru i ude­rzeń fal. Obser­wo­wała je, dopóki nie znik­nęło jej z oczu.

Prze­peł­nia­jąca ją nie­usta­jąca tęsk­nota nagle się wzmo­gła. Poczuła, jakby coś utkwiło jej w gar­dle.

- Ach! - Z jej ust wydo­był się dźwięk po czę­ści przy­po­mi­na­jący jęk, a po czę­ści wes­tchnie­nie. - Ach, piękna Wene­cjo...

Tam też nocami czer­wone świa­tła latarni na gon­do­lach roz­świe­tlały każdy kanał, przy­po­mi­na­jąc świe­tliki. Przez roz­cią­gnięty nad Wiel­kim Kana­łem most Rialto, w świe­tle latarni nie­sio­nych przez słu­żą­cych, prze­cho­dziły szla­chet­nie uro­dzone, piękne panie, uno­sząc kra­wę­dzie sukien. Wenec­kie noce tonęły w bla­sku. I tylko jeden most, znany z nazwy jako Most Wes­tchnień, stro­nił od świa­tła. Na mroczne wody padało przy­pra­wia­jące o drże­nie odbi­cie ścian wyko­na­nych w bia­łym wapie­niu. Jego ciemne, prze­sło­nięte kamienną kratą okna przy­po­mi­nały mar­twe oczy. Nikt nie chciał się odwró­cić, żeby na nie spoj­rzeć. Tym mostem prze­cha­dzały się lęk, prze­ra­że­nie i śmierć. Na widok wątłego świa­tła mie­nią­cego się w okra­to­wa­nych oknach ludzie wycią­gali krzyże. Wszy­scy wie­dzieli, że to jakiś ska­za­niec prze­cho­dzi z celi tor­tur na śmierć. Nie­szczę­śnicy prze­cho­dzili przez most, żeby ostatni raz spoj­rzeć na Wene­cję.6 To musiała być naj­cięż­sza tor­tura - zostać na zawsze roz­dzie­lo­nym z Wene­cją... Pośród krysz­ta­ło­wych, przy­po­mi­na­ją­cych sza­fir ciem­no­ści wenec­kich nocy wes­tchnie­nia niczym drże­nia pozo­sta­wały zawie­szone na zim­nych, pokry­tych mchem kamien­nych murach pała­ców po obu stro­nach kanału. Tak też stało się z wes­tchnie­niem Safiye. Na chwilę zawi­sło w powie­trzu.

"Nie - powie­działa do sie­bie. - To nasza tor­tura jest naj­cięż­sza. Żyć z dala od Wene­cji. I to na zawsze. Dopiero śmierć mogła ją zakoń­czyć. Jed­nak życie w tęsk­no­cie, wspo­mi­na­nie jej ziem i wód, każ­dego dnia, w każ­dym dźwięku, w każ­dej bar­wie, w każ­dym zapa­chu ozna­czało śmierć po tysiąc­kroć".

Poczuła, że ogień w jej sercu jesz­cze moc­niej zapło­nął. Czuła ból, jakby krwa­wiła. Wierz­chem dłoni otarła łzę spły­wa­jącą po policzku.

"To dla niej - ode­zwała się do głosu w jej wnę­trzu. - Nie waż się myśleć, że zdra­dzi­ły­śmy Wene­cję. Ani ja, ani kuzynka Ceci­lia... Ona nie miała wyj­ścia. Musiała zostać Nur­banu. Ja też nie mia­łam wyj­ścia i dla­tego zosta­łam Safiye".

"Możesz dalej się oszu­ki­wać - odparł wewnętrzny głos. - Zgod­nie z tym, co ci opo­wia­dano, kobieta przy­naj­mniej długo się opie­rała. Krzy­czała, bun­to­wała się. Przez wiele dni nie jadła i nie piła. A co ty zro­bi­łaś?".

Safiye nie potra­fiła zna­leźć odpo­wie­dzi.

"Mil­czysz, prawda? - ode­zwał się ponow­nie głos. - Oczy­wi­ście, że mil­czysz. Ja ci odpo­wiem. Nic. Nie zro­bi­łaś nic. Natych­miast się pod­da­łaś. Po pro­stu sta­łaś się Safiye. Spójrz na sie­bie. Bądź prze­klęta. Kto uwie­rzy, że jesteś Wene­cjanką?!".

"I co? - mruk­nęła gniew­nie Safiye. - Ja też nie mogę uwie­rzyć. Nie mogę uwie­rzyć w nic, co wyda­rzyło się do tej pory".

Nie mogła nawet pojąć, że została porwana. W tym prze­raź­li­wym desz­czu wszystko wyglą­dało jak kosz­mar. Świa­tło i barwa znik­nęły. Zarówno morze, jak i niebo stały się kru­czo­czarne. Dosłow­nie jakby to morze runęło im na głowy. Deszcz był tak gęsty, że nie widzieli nawet masz­tów okrętu. I wła­śnie w tej chwili poja­wili się kor­sa­rze.

Nie mogła uwie­rzyć, widząc okropne gęby, pło­nące oczy, iskry try­ska­jące z ude­rza­ją­cych o sie­bie sza­bli. To był kosz­mar. Kiedy otwo­rzy oczy, znaj­dzie się na statku deli­kat­nie suną­cym w bla­sku słońca na błę­kit­nym nie­bie. Kor­sarz, który bro­cząc krwią, zwi­ja­jąc się z bólu i wyrzu­ca­jąc z sie­bie prze­ra­ża­jące okrzyki, wyła­mał drzwi jej kajuty, rów­nież musiał być czę­ścią tego kosz­maru. To, że okrutny potwór, ucie­ki­nier z pie­kła, wlókł ją za sobą po pod­ło­dze, nie mogło prze­cież być prawdą. Tak, nie­wąt­pli­wie był to kosz­mar. Kiedy się obu­dzi, potwór zmieni się w przy­stoj­nego Anto­nia.

Nawet gdy wrzu­cono ją do cuch­ną­cej ładowni razem z innymi ludźmi, któ­rych przy­kuli do sie­bie łań­cu­chami, przy­wią­za­nymi wokół kostek, była pewna, że w końcu się obu­dzi. Tym­cza­sem nie śniła kosz­maru, tylko go prze­ży­wała.

Nie uwie­rzyła też, kiedy wyszli na ląd po trwa­ją­cej wiele mie­sięcy podróży w ciem­nej, wil­got­nej ładowni, wśród burz i głodu. Co to za miej­sce? Oto­czyło ich wielu męż­czyzn o brzyd­kich, czar­nych gębach. Krzy­czeli coś w nie­zro­zu­mia­łym dla niej języku. Popy­cha­jąc ich, roz­dzie­lili kobiety i męż­czyzn i znów zakuli ich w łań­cu­chy. Kobiety pła­kały. Prośby i bła­ga­nia mie­szały się z brzę­kiem łań­cu­chów pozo­sta­wia­ją­cych na ich nogach głę­bo­kie rany.

"Han­dla­rze nie­wol­ni­ków!".

Safiye miała wra­że­nie, że sły­szy woła­nie sta­rej kobiety w obszar­pa­nym stroju. Pamię­tała ją z okrętu. Była żoną zna­nego kupca. Podob­nie jak ona wra­cała z Korfu do Wene­cji. Wie­czo­rami, kiedy słońce zanu­rzało się w morzu, a chmury przy­wdzie­wały szkar­łaty i czer­wie­nie, wycho­dziła na pokład i śpie­wała rzewną pieśń, a wiatr szar­pał jej włosy. Miała na sobie piękną spód­nicę z zie­lo­nej tafty i żółty gor­set. Ramiona okry­wała sza­lem rów­nie czar­nym co jej włosy. Tym­cza­sem teraz bie­daczka wyglą­dała, jakby miała na sobie łach­many. Jej jedwa­bi­ste włosy z brudu teraz przy­po­mi­nały siano. Twarz miała bladą z głodu, zmę­cze­nia i cier­pie­nia, a pod oczami fio­le­towe cie­nie.

- Naj­święt­sza Panienko, to han­dla­rze nie­wol­ni­ków. Kor­sa­rze sprze­dają nas han­dla­rzom nie­wol­ni­ków!

Dobry Boże! Wszyst­kich ogar­nął strach. Wszy­scy byli prze­ra­żeni. Ona też wołała i krzy­czała. Stara kobieta rzu­cała się na zie­mię, pła­kała, bła­gała, wal­czyła, żeby się uwol­nić, rwała włosy z głowy.

Nagle sta­nął przed nimi męż­czy­zna wielki niczym olbrzym. Zaczął kopać mio­ta­jącą się na ziemi kobietę. Stare, wyczer­pane, pozba­wione sił, wychu­dzone ciało zwi­nęło się z bólu. Ale męż­czy­zna kopał dalej. Olbrzym, bry­zga­jący pianą z ust, żad­nym spo­so­bem nie mógł wyła­do­wać zło­ści. Gniew­nym ruchem chwy­cił kobietę za włosy i poło­żył jej głowę na swoim kola­nie.

"Donna Gina...".

Safiye nagle przy­po­mniała sobie też imię kobiety. Tak, miała na imię Gina. Krzy­czała, wyma­chi­wała ramio­nami, jakby chciała roz­szar­pać męż­czy­znę.

Kiedy wycią­gnął nóż? Pamię­tała tylko, że gdy bły­snęła zimna stal, z ust wszyst­kich wydo­był się okrzyk. Niczym grom z jasnego nieba olbrzym ryk­nął, a stal prze­śli­zgnęła się po deli­kat­nej szyi donny Giny. Bie­daczka nie zdą­żyła zdać sobie sprawy z tego, co się stało. Nie widziała ani noża, który pode­rżnął jej gar­dło, ani stru­mieni try­ska­ją­cej krwi.

Pozo­stali znie­ru­cho­mieli. Sły­szeli jedy­nie char­cze­nie. Póź­niej zaś z oczami, sze­roko otwar­tymi z prze­ra­że­nia, patrzyli, jak kobieta, strą­cona przez olbrzyma na zie­mię, wije się w swo­jej krwi, jak unosi ręce do szyi, jakby chciała zatrzy­mać krwa­wie­nie, jak pró­buje się pod­nieść, a po każ­dym ruchu znów się prze­wraca, jak jej ruchy stają się coraz cięż­sze i jak w końcu pada nie­ru­choma na zie­mię. Ale krew nie prze­stała pły­nąć. Czer­wone jezioro pod pozba­wio­nym życia cia­łem dalej się powięk­szało.

Olbrzym krzyk­nął coś do nich, wyma­chu­jąc nożem, z któ­rego wciąż ście­kała krew donny Giny. Safiye jego głos koja­rzył się raczej ze zwie­rzę­cym rykiem. To nie mógł być głos czło­wieka.

Nie znali języka, ale wszy­scy dokład­nie zro­zu­mieli, co powie­dział męż­czy­zna: "Jeśli nie chce­cie tak skoń­czyć, macie stać spo­koj­nie!".

Naj­pierw zabrali męż­czyzn, ładu­jąc ich na wozy cią­gnięte przez woły. Mężo­wie nie mogli po raz ostatni wziąć w ramiona swo­ich żon i dzieci, które pozo­sta­wiali. Nie mogli nasy­cić się swoim zapa­chem. Męż­czyźni spo­glą­dali za sie­bie pustym wzro­kiem, kobiety bez­gło­śnie wyle­wały łzy - to wszystko. Mieli się już wię­cej nie zoba­czyć, nawet nie wie­dząc, czy żyją.

W końcu zabrano męż­czyzn. Kobiet było jede­na­ście. War­cząc i pokrzy­ku­jąc, posa­dzili je na ziemi. Safiye była jedną z naj­młod­szych. Przez wiele godzin sie­działy przed mar­twym cia­łem donny Giny. W końcu zabrano zwłoki bie­daczki, cią­gnąc je po ziemi. Pozo­stał tylko cią­gnący się, coraz bled­szy czer­wony ślad.

Do olbrzyma, który zabił kobietę, dołą­czyło jesz­cze czte­rech. Tam­tego dnia Safiye w żaden spo­sób nie mogła roz­strzy­gnąć, co w tych męż­czy­znach było naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące: ich wiel­kie ciel­ska, prze­krwione oczy, odra­ża­jące żółte zęby, które uka­zy­wali, kiedy się śmiali, zaro­śnięte torsy wysta­jące spod roz­pię­tych, prze­dziw­nych koszul, a może wiel­kie łap­ska poru­sza­jące się nie­ustan­nie niczym pająki. Prze­cha­dzali się wokół, cza­sem trą­cali nogami ich ręce i nogi, a widząc ich strach, wybu­chali śmie­chem przy­po­mi­na­ją­cym burzowe grzmoty.

Safiye ani razu nie unio­sła głowy. Jed­nak nie trwało długo, żeby zwró­cili na nią uwagę. Jeden z nich utkwił w niej swoje spoj­rze­nie. Ni­gdy nie widziała węża, ale pomy­ślała, że tak wła­śnie muszą wyglą­dać jego oczy.

Kiedy męż­czy­zna pochy­lił się i zbli­żył do niej, odór wydo­by­wa­jący się z jego ust przy­pra­wił ją o mdło­ści. Wycią­gnął wielką rękę i chwy­cił ją za pod­bró­dek pal­cami o paznok­ciach tak dłu­gich jak u samego dia­bła, a potem zmu­sił, żeby obró­ciła głowę w jego stronę. Safiye przy­po­mi­nała sobie, jak cof­nęła się z uczu­ciem odrazy i strą­ciła łap­sko sma­ga­jące jej poli­czek.

- Nie doty­kaj mnie!

- Hej!

Na dźwięk gniew­nego ryku męż­czy­zny odwró­cili się wszy­scy olbrzymi. Wszyst­kich pię­ciu sta­nęło nad nią. Wpa­try­wało się w nią pięć par brzyd­kich oczu. Roz­bie­rali ją wzro­kiem.

Gdy tylko męż­czy­zna się wypro­sto­wał, jego ręka powę­dro­wała za pas i wycią­gnął nóż, który był podobny do tego, któ­rym nie­dawno pode­rżnięto gar­dło don­nie Ginie.

- Wielki Jezu, Boże Ojcze, Naj­święt­sza Panienko, miej­cie mnie w swo­jej opiece!

Jed­nak wcale nie była pewna, czy ją ocalą. Ramię olbrzyma unie­sie się w powie­trze, po czym runie niczym bły­ska­wica, a póź­niej... ona też... Dobry Boże!

Safiye prze­szedł dreszcz na wspo­mnie­nie tej chwili. Była na kra­wę­dzi śmierci. Mogła tylko zaci­snąć powieki, żeby jej nie widzieć. Posta­no­wiła, że nie otwo­rzy oczu, nawet jeśli będzie mio­tać się w swo­jej krwi. Nie pozwoli, żeby taki obraz zapi­sał się w jej pamięci. Jej dusza powinna opu­ścić ciało, wspo­mi­na­jąc piękno Wene­cji.

Nagle roz­legł się kolejny ryk. Jed­nak ten był inny.

Pełna lęku otwo­rzyła oczy. Ręka olbrzyma wciąż była unie­siona.

Ponow­nie dało się sły­szeć ten sam grom.

Ręka trzy­ma­jąca nóż powoli się opu­ściła.

Safiye zza zasłony rzęs widziała, jak zimna stal znika za pasem męż­czy­zny.

Póź­niej zoba­czyła kolej­nego olbrzyma, jed­nak róż­nią­cego się od pozo­sta­łych.

"Mój wybawca", prze­szło jej przez myśl.

W porów­na­niu z innymi był niski. Miał wielki brzuch i głowę, na któ­rej nie było nawet gar­ści wło­sów, błysz­czącą w palą­cym słońcu. Oczy też miał inne. Nie patrzyły tak wrogo jak oczy innych, jed­nak wyczy­tała w nich chy­try wyraz. Było jasne, że to nie­go­dzi­wiec. Poża­ło­wała, że pomy­ślała o nim jako o swoim wybawcy. On musiał być tak samo nie­bez­pieczny jak pozo­stali.

Na nagie, opa­słe ciało męż­czy­zna nacią­gnął jedy­nie kami­zelkę. Na jego tor­sie nie widziała nawet jed­nego włosa. Wysta­jące spod mary­narki obwi­słe, pomarsz­czone piersi wyglą­dały odra­ża­jąco. "Jego ramię jest pew­nie grub­sze niż moja talia", pomy­ślała, uśmie­cha­jąc się w duchu. Nawet teraz nie mogła uwie­rzyć, że w takiej chwili była w sta­nie żar­to­wać.

Miał luźne spodnie się­ga­jące kolan. Mógłby się w nich zmie­ścić drugi taki męż­czy­zna jak on. Talię ści­skał mu pas z wielką sprzączką, zza któ­rego zwi­sał bicz z pię­cioma skó­rza­nymi paskami zakoń­czo­nymi oło­wiem. Nie trwało długo, zanim Safiye dowie­działa się, do czego służy. Łydki męż­czy­zny były gołe. W prze­ci­wień­stwie do tego torsu były owło­sione. Nie­pro­por­cjo­nal­nie krzywe, chude nogi zakoń­czone były ciż­mami o zadar­tych noskach.

Męż­czy­zna coś burk­nął, a olbrzym, który jesz­cze przed chwilą zamie­rzał pode­rżnąć jej gar­dło, odpo­wie­dział mu z sza­cun­kiem. Pew­nie był ich dowódcą.

Safiye ruszyła w stronę altany, do któ­rej czę­sto zabie­rała ją suł­tanka matka Nur­banu. Usa­do­wiła się na brzegu jed­nej z sof. Pogła­skała jedwabny dywan. W ciągu dnia roz­ta­czał się stąd wspa­niały widok na Złoty Róg. Teraz wszystko spo­wi­jała ciem­ność. Na prze­ciw­nym brzegu mru­gało poje­dyn­cze świa­tło.

To, co wyda­rzyło się póź­niej, było dla Safiye kolej­nym kosz­ma­rem. Tym razem sta­nął nad nią jej "wybawca". Pocią­gnął ją i posta­wił na nogi, tłu­stym łap­skiem zła­pał za pod­bró­dek i obró­cił jej głowę w jedną, a potem w drugą stronę, siłą otwo­rzył usta i spraw­dził zęby. Póź­niej obszedł ją i pożą­dli­wie spoj­rzał na jej nogi widoczne pod podartą spód­nicą.

- Bene, bene. Pro­szę, pro­szę. Cóż to za piękna dziew­czyna!

Przy­po­mniała sobie, jak bar­dzo się ucie­szyła, kiedy pojęła, że męż­czy­zna zna jej język.

- Bła­gam, zostaw­cie mnie. Mój ojciec was wyna­gro­dzi.

Sły­sząc te słowa, męż­czy­zna wybuch­nął grom­kim śmie­chem. Odwró­cił się i mruk­nął coś do pozo­sta­łych. Zro­zu­miała, że prze­tłu­ma­czył im, co powie­działa. Oni także zaśmiali się odra­ża­jąco.

- Wyna­gro­dzi, tak?

- Z pew­no­ścią. Jeśli spra­wi­cie, że wrócę do domu, powiem mu, żeby was wyna­gro­dził.

- Chcesz, żeby mnie wyna­gro­dził?

Safiye poki­wała głową, a żeby dać mu pew­ność, pró­bo­wała przy­brać na twarz słodki uśmiech.

- Nie trzeba mi nagród.

Na chwilę ogar­nęło ją szczę­ście. Czyżby męż­czyź­nie zro­biło się jej żal i posta­no­wił ją uwol­nić, nie ocze­ku­jąc niczego w zamian?

- To ty jesteś moją nagrodą.

- Nie rozu­miem.

W oczach męż­czy­zny znów poja­wił się prze­bie­gły błysk.

- Z takim cia­łem i taką urodą przy­nie­siesz mi tyle pie­nię­dzy, ile ważysz. Bejo­wie będą się bić o to, żeby cię kupić.

Uczy­nił tak, jak powie­dział. Zażą­dał za nią tyle pie­nię­dzy, ile waży. Na pierw­szym targu nie­wol­ni­ków, na który ją zabrał, narzu­cił na nią jakieś cie­niut­kie odzie­nie i wypchnął na śro­dek.

- No dalej, ślicz­notko. Nie każ moż­nym panom cze­kać. Zachwyć ich tak, żeby rozum im ode­brało. I skończ już te dąsy. - Zamilkł na chwilę i poło­żył rękę na biczu zwi­sa­ją­cym za pasem. - Albo poża­łu­jesz. Zro­zu­mia­łaś?

Męż­czyźni, któ­rych han­dlarz nie­wol­ni­ków nazy­wał "moż­nymi panami", byli zbio­ro­wi­skiem nie­chluj­nych, brzyd­kich, wszel­kiej maści typów spod ciem­nej gwiazdy. Kiedy roz­su­nęła brudne szmaty roz­cią­gnięte przed pod­wyż­sze­niem, po któ­rym miała się prze­cha­dzać, i sta­nęła twa­rzą w twarz z "moż­nymi panami", pró­bo­wała uciec, ale han­dlarz nie­wol­ni­ków wypchnął ją z powro­tem. Wysta­wiona na głodne spoj­rze­nia dzie­sią­tek męż­czyzn, Safiye czuła się cał­kiem naga.

- Szla­chetni pano­wie - zwró­cił się do męż­czyzn han­dlarz nie­wol­ni­ków. - A oto sma­ko­wity owoc, w sam raz dla was. Czeka, aż go obie­rze­cie i zje­cie.

Oczy szla­chet­nych panów pożą­dli­wie śli­zgały się po jej ciele. Do ust napły­wała im ślina. Nawet na chwilę nie odry­wa­jąc od niej wzroku, śmiali się, prze­py­cha­jąc się wza­jem­nie, i wycią­gali ręce, pró­bu­jąc jej dotknąć.

- Chodź, maleńka.

- Nie bój się, gołą­beczko.

- Poznaj się z moim. Zoba­czymy, czy będziesz chciała się z nim roz­stać.

- Co mia­łaby z nim zro­bić? Już dawno zamie­nił się w pie­truszkę.

Nagle roz­legł się głos, który zagłu­szył cały zgiełk.

- Ile za ten przej­rzały owoc?!

Pyta­nie zadał gar­baty męż­czy­zna, który wyszedł do przodu. Na nosie miał fio­le­tową bro­dawkę, a po pra­wej stro­nie twa­rzy głę­boką bli­znę zaczy­na­jącą się na czole, dzie­lącą brew na dwoje i scho­dzącą aż do policzka. To musiał być cud, że nóż nie pozba­wił go oka.

- Przej­rzały owoc? - Han­dlarz nie­wol­ni­ków spra­wiał wra­że­nie, jakby ktoś ugo­dził go strzałą. - Powie­dzia­łeś "przej­rzały"? Naj­wy­raź­niej szty­let, który poorał ci twarz, cię ośle­pił. W prze­ciw­nym razie nie mógł­byś powie­dzieć cze­goś takiego.

- Co się wście­kasz? Jest już zwięd­nięta. Nie umie nawet tań­czyć. Jest przej­rzała. Sami na nią popa­trz­cie.

Han­dlarz nie­wol­ni­ków zerwał się jak wystrze­lony z działa i zwró­cił się do męż­czy­zny:

- Przej­rzały owoc, tak?! Wynoś się stąd, ślepy wiel­błąd­niku.

Odwró­cił twarz Safiye w stronę tłumu i mimo że pró­bo­wała się opie­rać, roze­rwał jej spód­nicę jesz­cze bar­dziej, cał­kiem odsła­nia­jąc jej nogi. Safiye wciąż pamię­tała dźwięk przy­po­mi­na­jący jęk, który wydo­był się z ust męż­czyzn kłę­bią­cych się na dole.

- Patrz­cie na tę pięk­ność. Widzia­łeś kie­dyś taką świe­żość, oście? Popatrz na te usta, tę szyję, te piersi. A jest jesz­cze coś, czego nie widzia­łeś...

- To pokaż! - krzyk­nął gar­bus. - Pokaż, co jesz­cze tam ma.

- A idźże stąd. To nie­tknięta dzie­wica. A ty sypiaj ze swo­imi wiel­błą­dami.

Tłum wybuchł rado­snym śmie­chem.

- Skąd wia­domo, że to dzie­wica? - krzyk­nął ktoś z tyłu.

- Wąt­pisz, mój dży­gi­cie?

- Pew­nie. A jeśli pró­bu­jesz sprze­dać uży­wany towar? Może sam nad­gry­złeś ten owoc. Skąd mam wie­dzieć?

- Nad­gryzł? - W kotłu­ją­cym się tłu­mie roz­legł się głos sprze­ciwu. - Nie widzisz, że han­dlarz nie­wol­ni­ków nie ma już zębów? Pta­szek też pochy­lił głowę i usiadł na gałęzi. Wię­cej już nie poleci.

Po tłu­mie prze­szła jesz­cze więk­sza fala śmie­chu.

- Może­cie tak myśleć. Jestem mistrzem w swoim fachu, przy­ja­cielu. Nie się­gam po towar, który przy­no­szę na targ.

Tym razem jego gniew nie był uda­wany.

- Wchodź do namiotu! - wrza­snął do Safiye. - Koniec! Nie sprze­dam dziew­czyny tym, któ­rzy nie znają war­to­ści nie­tknię­tej dzie­wicy. Chcę za nią jej wagę w zło­cie!

I tak się stało. W każ­dym miej­scu, w któ­rym się zja­wili, krzy­czał do tłumu, który na widok Safiye na targu nie­wol­ni­ków przy­bie­gał, tocząc z ust ślinę:

- Nie ma kupca? Śmiało, szla­chetni pano­wie. Pokaż­cie sakiewki. Ten, który nie ma w sakwie jej wagi w zło­cie, niech nie zwleka, tylko od razu idzie stąd i nie robi nie­po­trzeb­nego tłumu.

Wędro­wali od mia­sta do mia­sta, od kra­iny do kra­iny, ale nie zna­lazł się nikt, kto chciałby zapła­cić tyle, ile żądał han­dlarz nie­wol­ni­ków. Safiye wcale nie narze­kała z tego powodu. Zgoda, była nie­wol­nicą, na nogach wciąż miała łań­cu­chy. Nie­ustan­nie wypy­chano ją przed zbio­ro­wi­sko opę­ta­nych żądzą męż­czyzn, ale nie została sprze­dana. Nikt nie miał odwagi jej tknąć. Szcze­gól­nie po tym, jak han­dlarz nie­wol­ni­ków poło­żył tru­pem jed­nego z męż­czyzn, który ośmie­lił się do niej zbli­żyć. Han­dlarz nie­wol­ni­ków był dla niej dobry, nie krzy­czał na nią ani jej nie bił. "Che, che, che - szcze­rzył zęby. - Nie zbruka jej nawet kurz, a co dopiero ołów bicza", mawiał. Nie pozwa­lał też, żeby była głodna. "Jesteś moim skar­bem", śmiał się par­szy­wie. To wszystko. Jakby mię­dzy nimi ist­niało jakieś sekretne poro­zu­mie­nie. Męż­czy­zna żądał za nią ceny, któ­rej nikt nie był w sta­nie zapła­cić, a ona prze­cha­dzała się po ram­pie wśród głod­nych spoj­rzeń tłumu klien­tów zebra­nych przed sto­iskiem. Wśród męż­czyzn, któ­rzy zro­zu­mieli, że nie uda im się kupić nie­ska­la­nej dzie­wicy, znaj­do­wało się kilku, któ­rzy kupo­wali inne dziew­częta sprze­da­wane przez han­dlarza nie­wol­ni­ków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki