Tajemnice dworu sułtana: Mihrimah. Córka odaliski. Księga IV - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pałac ambasadora Wenecji Girittiego. Stambuł

Pałac amba­sa­dora Wene­cji Girit­tiego Stam­buł

Na pierw­szy rzut oka wycho­dząca na morze rezy­den­cja amba­sa­dora Wene­cji mogła wyglą­dać na opusz­czoną. Wysoki budy­nek z posza­rza­łych kamieni spo­wi­jała ciem­ność. Pada­jący na ulicę cień domu, nocą jesz­cze mrocz­niej­szy, mógł przy­pra­wić o drże­nie tych, któ­rzy prze­cho­dzili przed nim, trzy­ma­jąc w dło­niach latar­nie lub pochod­nie oświe­tla­jące go drżą­cym świa­tłem. Tym­cza­sem uni­ka­towe żyran­dole wyko­nane ze szkła wenec­kiego i złote kan­de­la­bry spra­wiały, że we wspa­nia­łym salo­nie, znaj­du­ją­cym się na trze­cim pię­trze pałacu, było jasno jak za dnia.

W wiel­kiej sali, któ­rej ściany pokryte były czer­wo­nym jedwa­biem i nie­zrów­na­nymi gobe­li­nami, sły­chać było jedy­nie odgłosy sztuć­ców. Wnę­trze ską­pane było w zło­cie i szkar­ła­cie. Grube czarne kotary, szczel­nie zasła­nia­jące okna, ozdo­bione były się­ga­ją­cymi od sufitu do pod­łogi zasło­nami z chiń­skiego jedwa­biu, które w poło­wie dłu­go­ści prze­wią­zano zło­tymi wstę­gami.

Na środku salonu znaj­do­wał się długi stół z drewna orze­cho­wego. Do wyko­na­nia obić dwu­na­stu krze­seł o wyso­kich opar­ciach, usta­wio­nych po obu jego stro­nach, wyko­rzy­stano flo­renc­kie arrasy w tych samych bar­wach, które zdo­mi­no­wały oto­cze­nie. Nato­miast ściana znaj­du­jąca się za ple­cami amba­sa­dora Girit­tiego, prze­ci­na­jąca salę w poprzek, w cało­ści pokryta była nie­zrów­na­nym gobe­li­nem. Wyko­nany na tka­ni­nie obraz przed­sta­wiał Jezusa i dwu­na­stu apo­sto­łów pod­czas ostat­niej wie­cze­rzy. Wszystko było tak pełne życia, że wyda­wało się, iż posta­cie za chwilę wstaną i usiądą z nimi do stołu. Giritti miał za złe sie­dzą­cemu dokład­nie naprze­ciwko obrazu męż­czyź­nie, że nawet raz nie pod­niósł głowy, żeby na niego spoj­rzeć. Jeden z uczniów samego mistrza Leonarda wyko­nał dokładną kopię ory­gi­nal­nego dzieła, a póź­niej obraz został prze­nie­siony na tka­ninę.

"Gbu­ro­waty Flo­rent­czyk - mruk­nął w duchu, sta­ra­jąc się zacho­wać uśmiech. - Co za zadu­fa­nie w sobie. Za kogo ty się uwa­żasz? Czy powo­dem tej pychy jest fakt, że na papieża wybrano członka rodu de Medici? On umarł i odszedł w nie­pa­mięć. Teraz na tro­nie Kle­mensa zasiada Far­nese. Ales­san­dro z Canilo1. Skąd ta duma?".

Spra­gniony gość wycią­gnął rękę po kie­lich z winem. Gdy pod­no­sił go do ust, świa­tło pada­jące z żyran­dola zatań­czyło w pucha­rze i przez chwilę zatrzy­mało się na jego oczach.

Giritti poru­szył się na swoim miej­scu znie­cier­pli­wiony. Zro­zu­miaw­szy, że męż­czy­zna nie zare­aguje, powtó­rzył ten ruch w spo­sób bar­dziej zwra­ca­jący uwagę. Na próżno. Męż­czy­zna nie­prze­rwa­nie jadł.

Giritti zaczy­nał się bun­to­wać. "Czy Jego Świą­to­bli­wość nie mógł zna­leźć nikogo innego, kto pomógłby mu dopro­wa­dzić do zwy­cię­stwa Świę­tego Krzyża? Jeśli ten męż­czy­zna zosta­nie tu jesz­cze dwa tygo­dnie, opróżni wszyst­kie beczki z winem".

Na myśl o winie Giritti przy­po­mniał sobie o Ibra­hi­mie Paszy. Wina, któ­rymi czę­sto­wał go wielki wezyr, ile­kroć uda­wał się do niego z wizytą, pozo­sta­wiały daleko w tyle trunki takie jak te. Gdy w tajem­nicy wysłał do pałacu skrzy­nię pełną wina cervaro, pasza, ulu­bie­niec suł­tana Sulej­mana, nie posia­dał się z rado­ści. Ibra­him odwdzię­czył mu się za to trzema per­skimi kobier­cami.

- Prze­sła­łeś mi skarb, Giritti - powie­dział wielki wezyr, dzwo­niąc w kie­lich, gdy sie­dzieli razem w domu amba­sa­dora. - Każda jego kro­pla jest niczym rubin.

- Na zdro­wie mojemu paszy.

- My, któ­rzy jeste­śmy wiel­kim wezy­rem Wiel­kiego Impe­rium Osmań­skiego, nie możemy pozo­stać w tyle za wenec­kim kup­cem. Powiedz, czego sobie życzysz?

"Życia Sulej­mana", pomy­ślał Giritti, z tru­dem powstrzy­mu­jąc się od powie­dze­nia tego na głos.

- Ależ, panie - ode­zwał się, odchrzą­ku­jąc. - Nie ma na świe­cie wspa­nial­szych kobier­ców niż te, które dosta­łem od czci­god­nego paszy. Cóż może być cen­niej­szego?

Męż­czy­zna na dru­gim krańcu stołu, opróż­niw­szy swój kie­lich, spoj­rzał znie­cier­pli­wio­nym wzro­kiem na sługę sto­ją­cego przy zasło­nię­tym oknie. Ten zerwał się z miej­sca. Giritti zer­k­nął na pozła­cany kie­lich. "Udław się", pomy­ślał, wier­cąc się na krze­śle.

- Zdaje się, że nad­szedł czas.

- Nie spie­szy mi się - odparł męż­czy­zna, nie prze­sta­jąc jeść.

"Ale mnie tak - prze­mknęło przez głowę Girit­tiemu. - Chcę jak naj­szyb­ciej się od cie­bie uwol­nić".

Gość utkwił w nim spoj­rze­nie. Przez chwilę, prze­żu­wa­jąc kęs potrawy, przy­glą­dał się oty­łej twa­rzy amba­sa­dora. "Tłu­sty wenecki bękart. Nie­na­wi­dzisz mnie. Myślisz, że ja za tobą prze­pa­dam? Za pie­nią­dze sprze­dał­byś wła­sną matkę. Bóg jeden wie, co sprze­da­łeś suł­ta­nowi Sulej­ma­nowi, żebyś mógł spo­koj­nie sie­dzieć na tym bogac­twie".

Giritti pocze­kał, aż męż­czy­zna skoń­czy.

- Skoro Jego Świą­to­bli­wość przy­słał do Kon­stan­ty­no­pola praw­dzi­wego ryce­rza, wasza sprawa tutaj musi być wiel­kiej wagi.

Męż­czy­zna w końcu prze­łknął. Wziął jesz­cze jeden łyk wina i zupeł­nie jakby nie usły­szał słów Girit­tiego, prze­mó­wił syczą­cym gło­sem:

- Opo­wia­daj, jakie masz wie­ści z pałacu. Co w ostat­nim cza­sie zaprząta Sulej­mana?

- Przy­go­to­wuje nową wyprawę wojenną.

- Co powie­dzia­łeś?

Giritti patrzył, szcze­rząc zęby w uśmie­chu, jak gość, nie spo­dzie­wa­jąc się tak bez­po­śred­niej odpo­wie­dzi, z nie­do­wie­rza­nia i nie­po­koju wylał na sie­bie zawar­tość kie­li­cha. Widząc, że męż­czy­zna pró­buje zetrzeć ręką czer­wone wino, które wylało się na cenne koronki na jego piersi, ode­zwał się z uda­wa­nym zmar­twie­niem:

- O rety! Będzie plama.

- Mniej­sza o plamę! - wark­nął męż­czy­zna gru­biań­sko. - Jakiej wojny? Prze­ciwko komu?

- Nie wiem. - Giritti wzru­szył ramio­nami. - Wie­dzą to tylko dwie osoby.

- Kto taki?

Amba­sa­dor Wene­cji zdał sobie sprawę, że nie­po­kój męż­czy­zny spra­wia mu olbrzy­mią radość. Deli­kat­nie uniósł swój pusty kie­lich.

Tym razem słu­żący pospie­szył do niego i napeł­nił puchar winem, a Giritti oglą­dał ten ruch z nie­wy­obra­żalną wręcz przy­jem­no­ścią. Następ­nie upił łyk. Cierpki smak wypeł­nił mu usta. Prze­łknął ciężko, jakby przy­szło mu to z tru­dem. Na jego twa­rzy poja­wił się wyraz podziwu dla wspa­nia­ło­ści trunku. Ponow­nie zanu­rzył w nim usta. Posta­wił kie­lich na stole i spoj­rzał na bli­skiego wybu­chu męż­czy­znę.

- Oczy­wi­ście suł­tan Sulej­man i jego wielki wezyr.

- Podobno jesteś w dobrych sto­sun­kach z wezy­rem. Nie możesz niczego się od niego dowie­dzieć?

- Weź­cie pod uwagę, że to bar­dzo trudne i nie­bez­pieczne zada­nie.

- Sły­sza­łem, że ten czło­wiek uwiel­bia pie­nią­dze - mruk­nął gość. - Może otwo­rzy­li­by­ście mu usta sakiewką?

- Usta wiel­kiego wezyra są tak mocno zaci­śnięte, że nie otwo­rzy ich nawet kilka sakie­wek. Poza tym jest tak bogaty, że nie sku­szą go byle sakiewki.

- Nie ma czło­wieka, któ­remu nie można otwo­rzyć ust, se?or Giritti. Wystar­czy wie­dzieć, jak to zro­bić. Kobiety i wino to jedne z mistrzow­skich spo­so­bów pozy­ski­wa­nia infor­ma­cji. Zapewne o tym wie­cie. Nie zapy­ta­li­ście nawet, co w ostat­nim cza­sie zaprząta głowę pady­sza­cha.

- Miłość. Suł­tan jest zajęty miło­ścią.

"Nawet wino, które wypi­łem, stra­ciło smak", mruk­nął pod nosem gość.

- Przed chwilą mówi­łeś, że przy­go­to­wuje się do wojny.

- Oni tacy wła­śnie są. - Giritti wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. - Przy­naj­mniej taki jest Sulej­man. Jed­no­cze­śnie kocha i wal­czy.

- Co to za miłość? Czyżby pady­szach miał nową fawo­rytę? Donie­siono nam, że oże­nił się z Rusinką. Podobno kobieta nie­ustan­nie rodzi mu potom­stwo.

"Głu­piec", żach­nął się w duchu Giritti.

- Hürrem jest w tej chwili naj­po­tęż­niej­szą kobietą na świe­cie. Okrę­ciła sobie pady­sza­cha wokół palca. Nie sądzę, aby na tym poprze­stała.

- Prze­cież została żoną Sulej­mana. Czego jesz­cze chce?

Giritti uśmiech­nął się.

- To oczy­wi­ste. Tronu Sulej­mana.

- U nich kobiety mogą zostać wład­czy­niami?

- Nie chce go dla sie­bie, ale dla swo­jego syna. Wie­cie, że obec­nie następcą tronu jest jego naj­star­szy syn, któ­rego matką jest pierw­sza fawo­ryta pady­sza­cha. Hürrem z pew­no­ścią będzie wal­czyć o to, żeby osa­dzić na tro­nie wła­snego syna. Aby tego doko­nać, naj­pierw musi pozbyć się mojego dro­giego przy­ja­ciela Ibra­hima Paszy.

Flo­rent­czyk zamy­ślił się, wpa­tru­jąc się w kie­lich.

- A teraz kobieta ma wielce potęż­nego sprzy­mie­rzeńca.

- Kto to taki?

- Jest rów­nie piękna jak ona i rów­nie, a może nawet bar­dziej, inte­li­gentna. Ma na imię Mih­ri­mah.

- Wiem o niej. To jej córka. Już tak wyro­sła?

Giritti poki­wał głową.

- Nie widzia­łem jej, ale zgod­nie z tym, co mówi Ibra­him Pasza, Mih­ri­mah jest pięk­niej­sza niż matka. A ojciec uwiel­bia ją do sza­leń­stwa. Ibra­him powie­dział, że suł­tan myśli wręcz o tym, żeby wpro­wa­dzić ją w sprawy pań­stwa. Ostat­nio wysłał ją nawet na prze­gląd floty.

- Floty?

- Sądzę, że sły­sze­li­ście o tym, iż pady­szach zapro­sił do Stam­bułu Bar­ba­rossę, który uciekł przed naszym admi­ra­łem Andreą Dorią. Mih­ri­mah weszła na pokład okrętu fla­go­wego Bar­ba­rossy. To nie­spo­ty­kane, żeby córka pady­szacha wcho­dziła pomię­dzy setki mary­na­rzy. Trudno w to uwie­rzyć. W impe­rium Sulej­mana dzieją się dziwne rze­czy. Pań­stwo osmań­skie się zmie­nia.

- Ile lat ma ta dziew­czyna, se?or Giritti?

- Zdaje się, że pięt­na­ście. Zgod­nie ze sło­wami Ibra­hima Hürrem już teraz kie­ruje suł­ta­nem za pośred­nic­twem córki.

Gość nagle wstał, czego Giritti zupeł­nie się nie spo­dzie­wał.

"Głupi Wene­cja­nin - prze­szło mu przez głowę. - Oka­za­łeś się bar­dzo pomocny. Teraz Kobra ma cel".

- Ufam, że posta­ra­li­ście się o to, o co pro­si­łem - ode­zwał się, zmie­rza­jąc w stronę drzwi.

Amba­sa­dor Wene­cji z tru­dem pod­niósł swoje tęgie ciało.

- Para czar­nych koni, czarny powóz i niemy woź­nica. Tak, stoją przy tyl­nym wyj­ściu. Jed­nak nie powin­ni­ście kazać mu zapa­lać latarni, bo to może zwró­cić uwagę straż­ni­ków.

- Wów­czas będzie to ich ostat­nia służba, se?or Giritti.

Gość wybuchł prze­raź­li­wym śmie­chem i skie­ro­wał się do drzwi.

Nowy Pałac, harem. Ten sam wieczór

Nowy Pałac, harem Ten sam wie­czór

Gdy Mih­ri­mah usły­szała krzyk, jej umysł mio­tał się mię­dzy jed­nym a dru­gim kosz­ma­rem.

- Szybko! - Roz­brzmie­wał kobiecy głos.

Przez chwilę myślała, że to sen. Jed­nak część umy­słu, która pozo­sta­wała trzeźwa, w żaden spo­sób nie mogła sko­ja­rzyć tego wrza­sku z kosz­ma­rem, jaki widziała. W tym śnie nie było dla niego miej­sca.

- Szybko! Bie­gnij­cie!

Po chwili gło­sów zaczęło przy­by­wać.

Ponow­nie przy­mknęła oczy, pró­bu­jąc dojść do sie­bie.

Tym razem do dźwię­ków pospiesz­nych kro­ków, nio­są­cych się aż do jej kom­naty, dołą­czyły okrzyki słu­żą­cych.

- Bie­gnij­cie! Bie­gnij­cie!

Jakaś kobieta nie­ustan­nie wołała:

- Mój Boże! Mój Boże!

Mih­ri­mah znów otwo­rzyła oczy i rozej­rzała się. Esmy nie było. Nawo­ły­wa­nia i odgłosy szyb­kich kro­ków prze­nio­sły się teraz na zewnętrzny dzie­dzi­niec.

- Powia­dom­cie gwar­dzi­stów! - usły­szała.

- Mój Boże! Zabili go?

"Co?!". Mih­ri­mah w jed­nej chwili zesztyw­niała. "Zabili go? Co to ma zna­czyć? Kogo zabili?". Przy­szły jej do głowy słowa matki: "Zdrada stoi u naszych drzwi. Albo my prze­ży­jemy, albo oni". Ogar­nęło ją prze­ra­że­nie.

- Suł­tanko, suł­tanko! - ode­zwał się z nie­po­ko­jem ktoś po dru­giej stro­nie drzwi.

To była Esma.

Mih­ri­mah pospiesz­nie otwo­rzyła drzwi i opie­kunka, z tru­dem łapiąc oddech, wpa­dła do środka.

- Szybko, pani!

Oczy dziew­czyny poru­szały się nie­spo­koj­nie. Gdy bie­gła, zsu­nęła jej się chu­sta, a potar­gane włosy opa­dły na ramiona. Na widok słu­żą­cej, pró­bu­ją­cej zaczerp­nąć powie­trza, Mih­ri­mah wpa­dła w panikę.

- Co się dzieje, Esmo? Co to za poru­sze­nie?

- Meh­med... - wydu­siła z sie­bie słu­żąca i przy­ci­snęła ręce do serca.

- Meh­med...?

Ze stra­chu nie była w sta­nie dokoń­czyć. "Boże, nie pozwól, żeby stało się to, o czym myślę", modliła się. Chwy­ciła Esmę za ramiona i potrzą­snęła nią.

- Co Meh­med? Który Meh­med? Powiedzże.

- Meh... Meh-med... Chan - wyją­kała Esma.

- Mój Boże... Mój brat?

Pia­stunka poki­wała głową, ciężko dysząc.

- To nie­moż­liwe! - wrza­snęła.

Mih­ri­mah nie myślała nawet o tym, że ma na sobie tylko cie­niutką nocną koszulę. Rzu­ciła się do drzwi. Jedna z dam dworu zerwała się za nią i pró­bo­wała okryć jej czymś ramiona.

- Co się stało Meh­me­dowi Cha­nowi?! - krzy­czała, pędem prze­mie­rza­jąc kory­tarz. - Niech ktoś mi odpo­wie! Powiedz­cie mi, że nic się nie stało księ­ciu Meh­me­dowi Cha­nowi!

Z każ­dej strony dobie­gały prze­peł­nione paniką okrzyki. Dołą­czył do nich szczęk sza­bli, co ozna­czało, że do haremu weszli gwar­dzi­ści.

- Zejdź­cie z drogi, przy­błędy!

Dowódca gwar­dzi­stów prze­mknął obok niej jak burza. Za nim spiesz­nym kro­kiem podą­żali jego żoł­nie­rze uzbro­jeni we włócz­nie.

- Co się stało? - zapy­tała Esmę, nie zwal­nia­jąc kroku. - Ktoś zro­bił coś złego mojemu bratu?

- Nie wiem dokład­nie - odpo­wie­działa dziew­czyna mię­dzy jed­nym a dru­gim odde­chem. - Obu­dził mnie czyjś krzyk. Ktoś na kory­ta­rzu krzy­czał: "Szybko!". Zerwa­łam się z miej­sca, a póź­niej usły­sza­łam: "Zamach na księ­cia Meh­meda!".

"Nie! Nie! Nie!". Mih­ri­mah nie wie­działa, ile razy ten okrzyk roz­legł się w jej gło­wie. "A cie­bie pochła­niają prze­peł­nione miło­ścią i pożą­da­niem sny o leven­cie z tor­sem spa­lo­nym słoń­cem, suł­tanko Mih­ri­mah! - zbesz­tała się w myślach. - Widzisz, co się stało? Twoja matka miała rację. Zdrada naj­pierw dosię­gła two­jego brata. Na kogo teraz przyj­dzie kolej? Na cie­bie? Twoją matkę? Pozo­sta­łych braci? A może na two­jego ojca?".

Wie­działa, że nie wolno jej pła­kać, ale to było sil­niej­sze od niej. Sta­nęła za rogiem i mocno przy­warła ple­cami do ściany. Czuła, że jej dusza pło­nie. "Doprawdy, matko - załkała w duchu - czy ty zawsze musisz mieć rację?!".

*

W kom­na­tach księ­cia Meh­meda pano­wało ogromne poru­sze­nie. Każdy coś mówił. Na widok uko­cha­nej córki pady­sza­cha, która w nie­ła­dzie, w samej koszuli wpa­dła do środka, zgro­ma­dzeni zaczęli się wza­jem­nie prze­py­chać, toru­jąc jej drogę.

Mih­ri­mah nie pamię­tała, jak prze­szła przez przed­sio­nek i dwie izby zaj­mo­wane przez słu­żą­cych jej star­szego brata. Drzwi do sypialni księ­cia Meh­meda były otwarte na oścież. Zauwa­żyła, że ze stra­chu zwol­niła. Naj­pierw dostrze­gła matkę. Twarz Hürrem była kre­do­wo­biała. Chu­sta zsu­nęła się z jej głowy, a włosy pło­mie­niami opa­dały na ramiona. "To nie­moż­liwe! - jęk­nęła bez­wied­nie. - To nie­moż­liwe!". Ni­gdy wcze­śniej jej takiej nie widziała. Hürrem była niczym szty­let wycią­gnięty z pochwy. Gdyby w tej chwili sta­nął przed nią wróg, prze­szy­łaby go spoj­rze­niem. Na jej twa­rzy, bar­dziej niż prze­ra­że­nie i ból, malo­wały się bez­rad­ność i deter­mi­na­cja.

Gdy Mih­ri­mah pró­bo­wała prze­drzeć się przez tłum znaj­du­jący się przed drzwiami, Hürrem odwró­ciła głowę. W tym momen­cie ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Objęły się wzro­kiem. Hürrem w jed­nej chwili odczy­tała myśli córki. "Teraz jeste­śmy razem - prze­szło jej przez głowę. - Córka Alek­san­dry Ana­sta­zji Lisow­skiej, suł­tanka Mih­ri­mah, chwy­ciła za sza­blę i sta­nęła u boku matki".

- Matko...

Mih­ri­mah weszła do środka. Nie wie­działa, co zro­bić, gdy zoba­czyła swo­jego brata księ­cia Meh­meda, sto­ją­cego przed wiel­kim oknem po pra­wej stro­nie. W pierw­szej chwili nie mogła w to uwie­rzyć. Sądziła, że on nie żyje. Tym­cza­sem jej brat, nawet jeśli jego twarz była blada jak ściana, stał przed nią cały i zdrowy. Wokół niego zebrali się nadworny medyk i jego pomoc­nicy. Mih­ri­mah jed­no­cze­śnie czuła prze­ra­że­nie, gniew, strach, żądzę zemsty, ulgę i radość.

Pod­bie­gła do Hürrem. Matka objęła córkę za szyję.

Hürrem nic nie powie­działa. Powoli odsu­nęła się od córki, ale nie zabrała rąk. Obró­ciła ją w stronę bez­ład­nego łoża jej star­szego brata.

- Spójrz.

Skie­ro­wała wzrok na atła­sową koł­drę i jedwabne prze­ście­ra­dła. Nic nie zauwa­żyła. Kątem oka dostrze­gła, że matka wbiła swoje pło­mienne spoj­rze­nie w pod­łogę. Pochy­liła głowę i zoba­czyła.

Skor­pion! Wielki jak dłoń, kru­czo­czarny skor­pion!

Mih­ri­mah trzę­sła się ze stra­chu i z obrzy­dze­nia.

- Meh­med obu­dził się, bo poczuł jakiś ruch na swo­jej poduszce - wyszep­tała Hürrem do córki.

- Mój Boże... - Mih­ri­mah ode­tchnęła.

- Kiedy ujrzał zbli­ża­ją­cego się do niego skor­piona, zesko­czył z łóżka na drugą stronę. Gdyby się spóź­nił...

- Bóg się nad nami zli­to­wał. - Dziew­czyna ponow­nie przy­tu­liła matkę.

- Powiedz, córko, kto pod­ło­żył śmierć do łoża mojego księ­cia? Mih­ri­mah odsu­nęła głowę od szyi Hürrem.

- Ten, któ­rego ramiona tylko przez jakiś czas będą nosiły głowę, matko - odpo­wie­działa powoli. - Z pew­no­ścią któ­regoś dnia ta głowa spad­nie. Przy­się­gam ci, że spad­nie, matko!

*

Gniew suł­tana Sulej­mana nie miał gra­nic. Chyba wszy­scy w pałacu sły­szeli, jak pady­szach krzy­czy na wiel­kiego wezyra Ibra­hima:

- Czyż nie mówi­li­śmy ci, ago: "Sulej­man, syn Selima Chana, nie boi się śmierci! To Bogu jeste­śmy winni życie i to On je nam odbie­rze! Jeste­śmy Mu wdzięczni za los, który nam prze­zna­czył. Jeśli jed­nak coś się sta­nie naszym dzie­ciom lub żonie, oddamy życie... Ale wiedz, że odbie­rzemy tysiąc żyć..."?!

Pobla­dły Ibra­him Pasza pochy­lił głowę. Stał przed pady­sza­chem, jakby cze­kał na wyrok śmierci.

- Nie mówi­li­śmy tak, ago?!

- Mówi­li­ście, panie... - Z ust Wybrańca Ibra­hima wydo­był się led­wie sły­szalny szept.

- Więc jak mogło do tego dojść? Czy ktoś sta­wia swoje słowo ponad naszym? Czy jego szyja wciąż ma nosić jego głowę?

Nawet Mih­ri­mah widziała, jak twarz jej wuja naj­pierw zro­biła się pur­pu­rowa, póź­niej żół­to­zie­lona jak liść, żeby w końcu stać się kre­do­wo­biała.

- Nasza szyja jest cienka niczym włos, suł­ta­nie.

- Ibra­hi­mie! - ryk­nął Sulej­man.

"Czy jest tu choć jedna osoba, pod którą nie ugięły się kolana pod wpły­wem tego krzyku?", zasta­na­wiała się Mih­ri­mah. Ukrad­kiem rozej­rzała się wokoło. Był ktoś taki. Jej matka. Hürrem stała bez ruchu, ale Mih­ri­mah odczy­tała w jej spoj­rze­niu, o czym myśli. Matka nie posia­dała się ze szczę­ścia. W jej gło­wie poja­wiły się zapewne słowa: "Dużo stra­ci­łeś. Już nie­wiele zostało, chor­wacka świ­nio. Spa­dłeś z pie­de­stału, a wkrótce spad­nie też twoja głowa".

- Nie potrze­bu­jemy two­jej szyi, ago, ale tego nik­czem­nika, który się tego dopu­ścił. Kto zasta­wił tę pułapkę? Jaki łotr śmiał wycią­gnąć rękę po życie naszego księ­cia? Kto kryje się za jego ple­cami? Tego nam trzeba. Masz poszu­kać odpo­wie­dzi i uka­rać win­nych albo wyrzu­cić zdraj­ców z naszego haremu.

Nie odna­le­ziono tego, kto pod­ło­żył skor­piona do sypialni księ­cia Meh­meda. A nawet gdyby tak się stało, nikt nie doszedłby do tego, kto wydał mu roz­kaz. Jed­nak Mih­ri­mah nie wahała się powta­rzać na każ­dym kroku: "Mor­dercę nasłał ten, kto mógł sko­rzy­stać na śmierci mojego brata księ­cia". Było oczy­wi­ste, kogo ma na myśli. Matkę księ­cia suk­ce­sora. I Wybrańca Ibra­hima.

Nato­miast mini­ster skarbu Isken­der Cze­lebi, który nie prze­pa­dał za Ibra­hi­mem Paszą, a ich wza­jemna nie­chęć do sie­bie uro­sła do takich roz­mia­rów, że nie dało się tego dłu­żej ukry­wać, powie­dział pew­nego dnia na spo­tka­niu Dywanu, wie­dząc o tym, że suł­tan Sulej­man przy­słu­chuje się ich obra­dom:

- Mię­dzy nami jest zdrajca. - Nie zwa­ża­jąc na pomruki pozo­sta­łych wezy­rów, wykrzyk­nął: - Co tak patrzy­cie?! Jak ina­czej zdrajca dostałby się do kom­naty księ­cia?!

- Cze­lebi... - Jeden z wezy­rów, który był w wieku Ibra­hima Paszy, pró­bo­wał się sprze­ci­wić. - Cóż to za słowa? Podej­rze­wasz nas wszyst­kich?

- Tak - odburk­nął Isken­der. - Oczy­wi­ście, że tak. - I groź­nie wska­zał pal­cem na wezy­rów. - Piętno tej zdrady jest na nas wszyst­kich. Co będzie, jeśli nie znaj­dziemy zdrajcy?

Nie zna­le­ziono zama­chowca ani zdrajcy, który go nasłał. Karę poniósł dowódca gwar­dzi­stów i straż­nicy, któ­rzy tam­tej nocy peł­nili wartę w hare­mie. Nikt nawet nie liczył, ile spa­dło głów. Każ­dego ranka poza mury pałacu wyrzu­cano nowe. Prze­słu­cha­nia trwały, a miesz­kańcy pałacu modlili się o oca­le­nie.

Atak przy­niósł też pewne korzy­ści. Poważ­nie ucier­piały na tym dobra sława Ibra­hima Paszy i jego wpływ na pady­sza­cha. Wzro­sła nato­miast pozy­cja Isken­dera Paszy. Nikt nie miał odwagi powie­dzieć tego gło­śno, ale wszy­scy zasta­na­wiali się: "Czyżby za tą pułapką naprawdę stali książę suk­ce­sor Mustafa oraz jego matka Gülbahar?".

"Zimny oddech śmierci na ple­cach przy­wró­cił mi rozum", stwier­dziła Mih­ri­mah.

- Nic już nie mów - powie­działa tam­tego wie­czoru, gdy matka zbie­rała się do wyj­ścia, żeby udać się do swo­jej kom­naty. - Teraz będzie prze­ma­wiać twoja córka.

Tak też zro­biła.

- Albo my prze­ży­jemy, albo oni! Nie ma na tym świe­cie miej­sca dla nas wszyst­kich! - wykrzy­czała wśród zgro­ma­dzo­nych.

Mih­ri­mah pod­jęła decy­zję. "Dla nich śmierć! Dla nas życie!".

Tatarka, wierna towa­rzyszka matki, szy­ko­wała się, żeby podą­żyć za swoją panią.

- Cio­ciu Merzuko - ode­zwała się cicho Mih­ri­mah - prze­każ­cie te słowa naszej matce: "Bądź spo­kojna. Twoja córka nie próż­nuje. Natych­miast przed­łoży naszemu władcy kwe­stię, o któ­rej wspo­mnia­łaś".

*

Co prawda prośba o spo­tka­nie wyszła od jego córki, ale suł­tan Sulej­man także pra­gnął jej odwie­dzin. Chciał z nią poroz­ma­wiać, gdy tylko doj­dzie do sie­bie po wstrzą­sie, jaki wywo­łał w jego duszy zamach, któ­rego celem był książę Meh­med. Bar­dzo tego potrze­bo­wał. Gdy główny słu­żący poin­for­mo­wał go, że Mih­ri­mah prosi o pozwo­le­nie, żeby uca­ło­wać jego dłoń, Sulej­man odparł:

- Nasze serce rów­nież tego pra­gnie. Mamy dla niej dobrą wia­do­mość. Przyj­dziemy, żeby­śmy mogli ją prze­ka­zać, pomo­dlić się za jej zdro­wie i szczę­ście, ukoić duszę wido­kiem jej pięk­nej twa­rzy i roz­pro­szyć jej świa­tłem ciem­no­ści, w które sto­czy­li­śmy się tego wie­czoru.

Mih­ri­mah, cie­sząc się w duchu, że ojciec natych­miast do niej przyj­dzie, jed­no­cze­śnie pró­bo­wała odczy­tać zaszy­fro­waną wia­do­mość. Jaką to dobrą wia­do­mość miał dla niej pady­szach? Czy przy­by­wał do niej, żeby powie­dzieć: "Córko, odda­jemy cię Kulaw­cowi Rüstemowi"? Mih­ri­mah nie wie­działa, jak zare­aguje, jeśli usły­szy coś takiego. Czy zgod­nie z tra­dy­cją pochyli głowę, mówiąc: "Jeśli taka jest wasza wola", czy zbun­tuje się, jak to zro­biła wobec matki?

Jesz­cze raz prze­my­ślała swoją decy­zję. Była pewna, że za ata­kiem skor­piona stoją książę Mustafa i jego matka. Kto inny mógł pod­ło­żyć do łóżka jej brata Meh­meda skor­piona tak jado­wi­tego, że zabi­jał jed­nym uką­sze­niem? To musiał być ktoś mający wpływy w pałacu!

Wyglą­dało na to, że Mustafa przy­stą­pił do dzia­ła­nia, żeby usu­nąć swo­ich rywali. Pierw­szym celem był Meh­med. Następni w kolejce byli zapewne Selim i Baja­zyd. Póź­niej Dżi­han­gir. "Biedny Dżi­han­gir", pomy­ślała Mih­ri­mah. Przed jej oczami poja­wiła się blada twa­rzyczka młod­szego brata. Dżi­han­gir był cho­ro­wity, słaby i lekko gar­baty, lecz twarz miał tak piękną i nie­winną, a oczy pełne życia... Jak ktoś mógłby poświę­cić Dżi­han­gira?

Nie była w sta­nie powstrzy­mać rosną­cego w niej gniewu. "Życzę ci śmierci, Gülbahar. I niech złożą przy tobie two­jego syna Mustafę".

Obwi­niała też sie­bie. Nie wie­rzyła matce. Pod­czas gdy ją zaprzą­tały myśli o miło­ści i pożą­da­niu, zdrada obu­dziła się ze śmier­tel­nego snu i się­gnęła swoją krwawą ręką do łoża Meh­meda.

Mih­ri­mah zasta­na­wiała się rów­nież nad tym, jak jej bratu udało się wymknąć z objęć śmierci. Być może dobre duchy wyszep­tały mu do ucha: "Wstań, Meh­me­dzie. Śmierć na cie­bie czyha. Zbudź się". "Tak wła­śnie musiało być - utwier­dziła się. - W prze­ciw­nym razie, jaki dźwięk musiałby wydać skor­pion, żeby obu­dzić kogoś z głę­bo­kiego snu?".

Nagle ogar­nęła ją prze­ra­ża­jąca wąt­pli­wość. Zadrżała. Czy to mógł być guber­na­tor pro­win­cji Diy­ar­be­kir2, Rüstem? Sły­szała, że są tam olbrzy­mie skor­piony.

Być może to prawda. Jeśli tak, to prawda była straszna.

"Nie - natych­miast zaprze­czyła. - To nie­moż­liwe". Wyrzu­ciła ten pomysł z głowy. Było jej wstyd, że przez chwilę pomy­ślała, iż matka mogłaby zain­sce­ni­zo­wać zamach, żeby wzbu­dzić gniew pady­sza­cha prze­ciwko trójcy Gülbahar - Mustafa - Ibra­him Pasza, spra­wić, żeby ona sama uwie­rzyła, że śmierć rze­czy­wi­ście prze­cha­dza się pod ich drzwiami, i prze­ko­nać ją do mał­żeń­stwa z Rüstemem.

"Wstydź się, Mih­ri­mah - zbesz­tała się. - Twoja matka wal­czy o wasze życie, a ty...".

- Matka ma rację. Przy­znaj to wresz­cie - mruk­nęła do sie­bie. - Oni są wro­gami two­jego rodu. Zdrajcy zaczęli dzia­łać. W takim razie trzeba ich wyprze­dzić i zdu­sić zdradę w zarodku.

Przy­po­mniała sobie, co powie­działa swo­jej opie­kunce Esmie, gdy nad ranem wra­cały do jej kom­naty po tym, jak w noc dzie­wią­tych uro­dzin Mih­ri­mah matka opowie­działa jej o swoim życiu, o tym, co ją spo­tkało, o prze­ży­tych cier­pie­niach, nie­bez­pie­czeń­stwach, razach, które spa­dły na nią na dzie­dzińcu dla oda­li­sek, i żmii pod­rzu­co­nej do łaźni: "Będę uwiel­biać ojca i kochać matkę. Nie pozo­sta­wię matki samej aż do śmierci".

- W takim razie, pani Mih­ri­mah - powie­działa do sie­bie - obmyśl dobry plan. Zasta­nów się, co powiesz ojcu. Obróć w popiół gniazdo zdrady. A przy tym uchroń się przed tym utra­pie­niem - Rüstemem.

Zatrzy­mała się na chwilę. "Po pierw­sze, książę Meh­med Chan do Seru­hanu, a Mustafa na dno pie­kieł... Po dru­gie, sześć­dzie­siąt cięż­kich galer dla kapi­tana Hyzyra. Niech wia­try oce­anu wypeł­nią żagle naszych okrę­tów, które wyru­szą do Nowego Świata przy­szłej pro­win­cji Wiel­kiego Impe­rium Osmań­skiego. A po trze­cie...".

Nie dokoń­czyła myśli. Nie chciała od ojca niczego dla sie­bie. "Jestem mądrą córką. Ojciec musi zre­zy­gno­wać z odda­nia mnie Rüstemowi". A może także matka, po prze­rwa­niu kręgu zdrady i prze­zwy­cię­że­niu stra­chu przed śmier­cią, wycofa się z pomy­słu jej mał­żeń­stwa z Rüstemem.

Odgłosy krzą­ta­niny wyrwały ją z zamy­śle­nia.

- Idzie nasz pan! Idzie nasz pan! - roz­le­gły się okrzyki.

Mih­ri­mah wstała. Poku­siła się o naj­bar­dziej olśnie­wa­jący uśmiech i prze­chy­liła głowę na bok. Po kilku spoj­rze­niach w lustro uznała, że ta poza naj­bar­dziej do niej pasuje. Sta­nęła naprze­ciwko drzwi, splo­tła ręce przed sobą w ocze­ki­wa­niu na ojca.

Droga z Balat do Fener. Złoty Róg. Tej samej nocy

Droga z Balat do Fener Złoty Róg Tej samej nocy

Ale­jan­dro wciąż drżał. Ataki poja­wiały się teraz rza­dziej, ale ich następ­stwa trwały długo. Po pierw­szym szoku i bole­snych skur­czach jego ciało drżało nie­mal cały dzień. Wciąż cier­piał po noc­nym napa­dzie.

Szedł sku­lony po murze ota­cza­ją­cym kwa­tery leven­tów. Jego celem była wzno­sząca się przed nim morwa. Jeśli uda mu się tam dotrzeć przez nikogo nie­zau­wa­żo­nym, z łatwo­ścią będzie mógł obser­wo­wać oto­cze­nie zza zasłony z gałęzi i liści.

Poru­szał się bez­sze­lest­nie jak kot. Musiał uwa­żać, żeby nie wejść w świa­tło pochodni pło­ną­cych po dwóch stro­nach drzwi do głów­nego budynku znaj­du­ją­cego się w roz­le­głym ogro­dzie. Wpraw­dzie ich blask nie się­gał murów, ale mimo to uważny stróż mógłby go dostrzec.

Zbli­ża­jąc się do kolumny świa­tła, moc­niej przy­warł do muru. Modlił się, żeby nie strą­cić kawał­ków kamieni i ziemi. Pełzł niczym jasz­czurka. Gdy ponow­nie spo­wił go cień, przy­sta­nął. Poło­żył się na chwilę, przy­kła­da­jąc twarz do muru, żeby odpo­cząć. Przez jakiś czas wsłu­chi­wał się jedy­nie w bicie swo­jego serca. Póź­niej powoli się wypro­sto­wał i znów ruszył kocimi kro­kami w stronę morwy.

Chwy­cił jedną z gałęzi się­ga­jącą muru. Spraw­dził, czy go unie­sie. Wła­ści­wie nie miał wyboru. Objął ją mocno i opu­ścił się w pustkę. Konar się nie zła­mał. Koły­sał się na nim przez chwilę. Póź­niej spró­bo­wał dotrzeć po gałęzi do pnia. Musiał to zro­bić bły­ska­wicz­nie. Czuł, że traci siły. "Boże - modlił się w duchu - tej nocy ześlij mi elik­sir".

Sunął do przodu, nie zwa­ża­jąc na sąsied­nie gałę­zie dra­piące go po twa­rzy, oczach i ciele. W końcu dowlekł się do pnia pokry­tego grubą korą. Odszu­kał sto­pami masyw­niej­szą gałąź. Opu­ścił ręce i objął morwę. Po chwili Ale­jan­dro był na dole. Nie zwle­ka­jąc, prze­szedł na drugą stronę drogi. Musiał ukry­wać się w cie­niu murów, żeby nie prze­cho­dzić przed bramą koszar, gdzie roiło się od straż­ni­ków. Gdy ponow­nie ruszył w drogę, wynu­rzył się z cie­nia pokry­tych pożół­kłym wap­nem koszar i podą­żył szyb­kim kro­kiem przed sie­bie.

Nie­da­leko dostrzegł dwie obskurne winiar­nie, z któ­rych docho­dziły dźwięki jakiejś pio­senki. Sły­szał głosy męż­czyzn sie­dzą­cych przy znisz­czo­nych sto­łach. Nie zbli­ża­jąc się do nich zbyt­nio, pospiesz­nie prze­szedł przed winiar­niami.

"Od teraz nie ma już posto­jów - naka­zał sobie. - Ruszaj w drogę i skończ to. Jeśli będzie trzeba, bie­gnij. Potrze­bu­jesz elik­siru. I to natych­miast. Módl się, żeby męż­czy­zna, z któ­rym masz się spo­tkać, go przy­niósł". Pra­gnęła go każda komórka jego ciała. Jak naj­szyb­ciej musi dostać w swoje ręce magiczny elik­sir księ­dza. Tylko tak mógł ukoić ból i nęka­jące go kosz­mary.

- Z Balat do Fener - powie­dział męż­czy­zna, z któ­rym spo­tkał się w Twier­dzy Genu­eń­skiej.

- Kiedy?

- Po noc­nej modli­twie.

Jesz­cze nie wzy­wano na nocną modli­twę.

Ale­jan­dro przy­sta­nął i zamy­ślił się. "Cie­kawe, co robi córka pady­sza­cha". Po chwili upo­mniał się: "Ruszaj!". Zro­bił to, ale głowę wciąż zaprzą­tały mu myśli o Mih­ri­mah. Od tam­tego dnia nie­ustan­nie powta­rzał jej imię. Przy­po­mi­nał der­wi­sza3, który modli się, prze­rzu­ca­jąc kora­liki tas­bihu. Mih­ri­mah wszę­dzie mu towa­rzy­szyła.

Głos w jego gło­wie wybuchł grom­kim śmie­chem: "Mih­ri­mah, tak?! Co powiesz, gdy zapyta, jak masz na imię? Ismail z Ala­iye? Ale­jan­dro z Sewilli? Jak?". Ale­jan­dro poczuł ucisk w piersi. "Wszystko, co mam, jest zmy­ślone. Moje życie, matka, ojciec, imię. To prawda. Co jej powiem, kiedy zapyta, jak mam na imię? Gdy będzie chciała wie­dzieć, kim jestem?".

Pró­bo­wał porzu­cić te roz­my­śla­nia, ale na próżno. "Głu­piec! - zga­nił się w nadziei, że pomoże mu to wziąć się w garść. - To córka two­jego wroga. Córka wroga two­jego rodu i two­jej reli­gii. Wła­śnie jej posta­no­wi­łeś oddać serce?".

"A jeśli tak, to co?" - dodał po chwili. Miał gotową odpo­wiedź: "To córka suł­tana. A ty kim jesteś? Nie­praw­dzi­wym mary­na­rzem. Szpie­giem. Zama­chow­cem. Szty­le­tem, który wycią­gnął Jego Świą­to­bli­wość. Poza tym wię­cej jej nie zoba­czysz. Wyrzuć z głowy ten obraz pięk­nych oczu. Zapo­mnij o nie­wia­ry­god­nym uśmie­chu. Zetrzyj ze skóry cie­pło jej maleń­kiej dłoni!".

Jego krok stał się bar­dziej sta­now­czy, zde­cy­do­wany i szybki. Dzięki temu czuł, że łatwiej będzie wyko­nać mu roz­kaz, który sam sobie wydał. "Ale... ona jest taka piękna... - usły­szał jęk gdzieś w zaka­mar­kach umy­słu, ale zigno­ro­wał go. - Daj temu spo­kój. Cóż z tego, że jest piękna? Nie zako­cha się w takim pół­na­gim żegla­rzu, nawet jeśli raz na cie­bie spoj­rzała. Zostaw to. Potrze­bu­jesz elik­siru! Elik­siru! Spiesz się, żeby dostać elik­sir".

Nagle Ale­jan­dro zdał sobie sprawę, że naprawdę bie­gnie. Zauwa­żył też, że dyszy. "Bie­gnę. Tak bar­dzo go potrze­buję, że bie­gnę, żeby jak naj­szyb­ciej się z nim połą­czyć".

Zadrżał, gdy odwró­cił głowę. W ciem­no­ściach wzno­siły się mury pałacu suł­tana Sulej­mana. A za murami, pomię­dzy drze­wami, widać było roz­świe­tlone budynki.

"Mih­ri­mah - jęk­nął w duchu. - Mih­ri­mah tam jest. Za tymi murami".

Ale­jan­dro biegł dalej. Jesz­cze szyb­ciej. Biegł, dopóki star­czyło mu tchu. Padł na zie­mię, gdy pośród nocy roz­brzmiała melo­dia noc­nego ezanu, przy­pra­wia­jąca serce o drże­nie.

"Nad­szedł czas", powie­dział, ode­tchnąw­szy kilka razy. Pod­niósł się z pia­sku i ponow­nie ruszył w drogę. Zdzi­wił się, gdy zauwa­żył, że nie sły­chać jego kro­ków na kamien­nej dro­dze. Nie dostrzegł też swo­jego cie­nia. Gdyby nie mdłe świa­tła kilku budyn­ków znaj­du­ją­cych się po dru­giej stro­nie drogi, czułby się cał­ko­wi­cie zagu­biony w ciem­no­ściach. "Wszę­dzie jest tak ciemno jak w moim wnę­trzu", pomy­ślał.

Zatrzy­mał się, usły­szaw­szy jakiś dźwięk. Gdy znów zaczął iść, odwró­cił się przez ramię.

Ciemna pustka.

Jed­nak wciąż sły­szał ten dźwięk. Tym razem był gło­śniej­szy. Roz­po­zna­wał go. Były to odgłosy pod­ków i brzę­cze­nie cze­goś tur­la­ją­cego się. Zbli­żały się.

- To elik­sir - ode­zwał się cicho Ale­jan­dro. - Boże, to mój elik­sir. Ukoi mój ból.

Szedł dalej, co chwila oglą­da­jąc się za sie­bie. Nagle pośród ciem­no­ści poja­wił się powóz zaprzę­gnięty w dwa rumaki. Zoba­czył, że sie­dzący na prze­dzie woź­nica uniósł rękę. Póź­niej poczuł, jak coś ze świ­stem prze­cina powie­trze. "Bat", pomy­ślał.

Dwa konie poru­szały się cięż­kim kro­kiem, cią­gnąc za sobą powóz czarny jak noc. Teraz Ale­jan­dro mógł usły­szeć nawet odde­chy zwie­rząt.

- Przy­był - szep­nął, lecz jego głos zabrzmiał mu w uszach jak krzyk.

Powoli usu­nął się na bok.

Odgłosy kopyt były coraz bli­żej. Gdy obró­cił głowę w lewo, ujrzał tuż obok błysz­czącą, czarną bryłę pojazdu.

- Wska­kuj! - ode­zwał się ktoś.

Ale­jan­dro zna­lazł się w środku.

Powóz, nie zwal­nia­jąc tempa, jechał dalej.

*

Pomimo nie­prze­by­tych ciem­no­ści Ale­jan­dro roz­po­znał męż­czy­znę kry­ją­cego swoją twarz w pele­ry­nie.

- Ty.

Czło­wiek poru­szył się deli­kat­nie.

Ale­jan­dro czuł jego oddech.

- To ty. Poznaję cię.

- Czyż­byś nie cie­szył się, że mnie widzisz, Kobro?

Chciał powie­dzieć: "Dla­czego tak długo cze­ka­łeś? Jestem tu od mie­sięcy", ale natych­miast zre­zy­gno­wał. Tylko jedno słowo odbi­jało się echem w jego umy­śle, sercu i całym ciele. Gdy wresz­cie się z nim spo­tkał, głód, który odczu­wał, stał się nie do wytrzy­ma­nia.

- Przy­wio­złeś go?

- Co?

- Elik­sir!

- Ciii! - ode­zwał się surowo męż­czy­zna. - Nie krzycz.

- Daj mi elik­sir. Dłu­żej nie wytrzy­mam.

- Naj­pierw praca - odparł z pogardą. - Opo­wiedz mi, Kobro, co tutaj robisz.

- Daj mi elik­sir. Drę­czą mnie bóle. Nie mogę uwol­nić się od kosz­ma­rów. Potrze­buję go. Pro­szę. Pro­szę, daj mi go. Przy­wio­złeś go, czyż nie? Ksiądz ci go dał, prawda? Obie­cał mi.

Męż­czy­zna ode­pchnął Ale­jan­dra, który ucze­pił się jego pele­ryny.

- Naj­pierw poroz­ma­wiamy. Powiedz mi to, co chcę wie­dzieć. - Pochy­lił się w stronę Ale­jan­dra. Pod wpły­wem tego ruchu kap­tur zsu­nął się z jego głowy i poja­wiła się twarz Giu­liana Otta­viana de Medi­ciego. - Naj­pierw daj mi to, czego chcę. Jeśli mi się spodoba, dosta­niesz to, czego pra­gniesz. - Głos męż­czy­zny był ostry jak nóż. - I nie waż się wię­cej pod­no­sić głosu. Opo­wia­daj.

Ale­jan­dro, mimo rosną­cego w nim gniewu, opo­wie­dział mu wszystko, poczy­na­jąc od dnia, kiedy jako galer­nika wsa­dzono go na sta­tek han­dlowy. Mówił o tym, jak okręt zaata­ko­wali kor­sa­rze, jak został oca­lony i spro­wa­dzony do Stam­bułu, o tym, co działo się w kosza­rach leven­tów, o ata­kach, o wszyst­kim. Oprócz jed­nego. Ani sło­wem nie wspo­mniał o Mih­ri­mah. Ostat­nie słowa w panice wyle­wały się z jego ust.

- Nie wytrzy­mam dłu­żej - jęk­nął. - Nie wytrzy­mam.

- Widzieli cię pod­czas ataku?

- Nie byłem w sta­nie tego ukryć. Nie wia­domo, kiedy nadej­dzie. Nie mogę odejść i się scho­wać.

- Jak zare­ago­wali?

- Powie­dzia­łem im, że to następ­stwo tor­tur, jakich dozna­łem w hisz­pań­skiej nie­woli.

- Brawo!

- Sądzą, że to epi­lep­sja. Męż­czy­zna nie ode­zwał się.

- Jed­nak zdaje się, że zre­zy­gno­wali z przy­dzie­le­nia mnie na sta­tek - mówił dalej Ale­jan­dro. - Nie powie­dzieli mi tego w twarz, ale pew­nie tak posta­no­wili. W prze­ciw­nym razie nie trzy­ma­liby mnie w stoczni tak długo. Dalej, daj mi wresz­cie ten prze­klęty elik­sir. Zaraz osza­leję...

- Przy­mknij się - zbesz­tał go de Medici. - To wszystko? Przez tyle mie­sięcy tylko leża­łeś tu, jadłeś i piłeś? Co zro­bi­łeś, żeby wyko­nać swoje zada­nie?

Przez chwilę Ale­jan­dro myślał o tym, żeby zła­pać męż­czy­znę za szyję, zabić go, zabrać elik­sir i uciec.

- Jakie było twoje pierw­sze zada­nie, Kobro? Czyż­byś zapo­mniał?

- Dostać się pomię­dzy tych, któ­rzy prze­kra­czają mury pałacu? Daj mi mój elik­sir.

- Powiedz, w jakim celu.

- Żeby znisz­czyć wyzna­czony cel. Elik­sir...

- I co? Udało ci się do kogoś zbli­żyć? Mów.

"Nie mam innego wyj­ścia - pomy­ślał. - Ten męż­czy­zna z kozią bródką igra ze śmier­cią. Nie mogę zro­bić nic innego, jak zabić go i zabrać elik­sir". Zaczął pla­no­wać, jak zamor­do­wać de Medi­ciego tak, żeby woź­nica niczego nie zauwa­żył.

- Nie musia­łeś się nawet wysi­lać. Córka wroga sama do cie­bie przy­szła.

Ale­jan­dro poczuł, że całe jego ciało prze­szył lodo­waty dreszcz. "Skąd o tym wie­dział? Czyż­bym coś o tym wspo­mniał?", zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Widzia­łeś ją, Ale­jan­dro? Widzia­łeś suł­tankę Mih­ri­mah?

Pomimo ciem­no­ści nie spo­sób było nie zauwa­żyć bły­sku w oczach męż­czy­zny.

- Dziew­czyna weszła na pokład statku Bar­ba­rossy. Wie­dzia­łeś o tym?

Ale­jan­dro poki­wał głową.

- Skąd o tym wiesz?

- Wiem. Byłem tam.

Na twa­rzy de Medi­ciego odma­lo­wało się zado­wo­le­nie.

- Co ty powiesz? Brawo, Kobro. Córka wroga też cię widziała?

Ale­jan­dro ponow­nie ski­nął głową.

- Mówią, że jest ładna, prawda? Naprawdę jest taka piękna?

- Tak - wyszep­tał. Przy­po­mniał sobie jej włosy, uśmiech i oczy, któ­rych dziew­czy­nie zazdro­ściło morze. - Bar­dzo piękna.

De Medici wytę­żył uwagę, żeby nadać zna­cze­nie nucie roz­ma­rze­nia w gło­sie roz­mówcy. Przez chwilę mil­czał, wsłu­chu­jąc się w odgłos koń­skich kopyt i stu­kotu kół. Ciszę prze­rwał Ale­jan­dro, nachy­la­jąc się w stronę de Medi­ciego.

- Opo­wie­dzia­łem ci o wszyst­kim. Powiedz, kto jest celem. Czy­jej śmierci pra­gnie Jego Świą­to­bli­wość? I daj mi wresz­cie ten prze­klęty elik­sir.

De Medici wycią­gnął rękę, uda­jąc, że trzyma coś w dłoni. Gdy Ale­jan­dro poru­szył się, żeby zła­pać rękę męż­czy­zny, ten szybko ją cof­nął.

- Naj­pierw cel, póź­niej elik­sir, Kobro. Naj­pierw cel, póź­niej elik­sir.

- Mówże. Powiedz, a pójdę i odbiorę mu życie. Kogo chcesz, żebym zabił?

- Mih­ri­mah.

Ale­jan­dro odsko­czył z prze­ra­że­niem.

Spoj­rzał w roz­iskrzone oczy Giu­liana Otta­viana de Medi­ciego. Miał wra­że­nie, że w jego gło­wie wybuchł pożar. Poczuł w sercu ból, jakby setki, tysiące ostrzy prze­szyło jego pierś na wylot.

- Jesteś głup­cem, Kobro. Sta­nęło przed tobą dwoje two­ich wro­gów, a ty tylko patrzy­łeś.

- Ale roz­kaz... - wyją­kał Ale­jan­dro. - Powie­dzia­łeś: "Nie podej­muj żad­nych decy­zji. Cze­kaj na roz­kaz". Ina­czej oboje bym...

"Co ja mówię?".

- Dobrze - syk­nął de Medici. - Tego wła­śnie chcę. Chcę, żebyś zabił Mih­ri­mah. Nazy­wają ją "słoń­cem Sulej­mana". Spraw, żeby to słońce zaszło. Skoro dziew­czyna prze­cha­dza się po stoczni pośród mary­na­rzy, nie sądzę, żeby było to trudne...

- Chyba osza­la­łeś.

- Mih­ri­mah - wysy­czał ponow­nie de Medici. - Zabij ją. Wyrwij serce Sulej­mana.

Nagle jego cier­pli­wość się skoń­czyła.

- Daj mi ten elik­sir! - zażą­dał Ale­jan­dro, a jego ręka z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy się­gnęła gar­dła de Medi­ciego.

Jed­nak w tej samej chwili poczuł na piersi dotyk zim­nej stali.

De Medici wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu, tro­chę moc­niej przy­ci­ska­jąc szty­let. Domy­ślił się, że na piersi Ale­jan­dra poja­wiła się mała, czer­wona plama, która stop­niowo się powięk­szała.

- Naj­pierw Mih­ri­mah - powie­dział tuż przy jego twa­rzy. Ale­jan­dra ude­rzył odór z ust de Medi­ciego. - Naj­pierw Mih­ri­mah. Zabij ją, a ja dam ci tyle elik­siru, że będziesz się mógł w nim wyką­pać.

Jesz­cze moc­niej przy­ci­snął szty­let do piersi Ale­jan­dra i cof­nął go. Drugą ręką ude­rzył w sufit powozu.

- To koniec drogi - ode­zwał się de Medici, gdy konie zwol­niły. - Tutaj wysia­dasz.

Nowy Pałac, harem. Tej samej nocy

Nowy Pałac, harem Tej samej nocy

Gdy tylko ujrzała ojca w progu, pospie­szyła do niego. Mih­ri­mah uca­ło­wała jego dłoń i przy­ło­żyła ją do czoła.

Gdy suł­tan Sulej­man pod­szedł do córki, z jego oczu znik­nął nie­od­łączny wyraz dumy i wynio­sło­ści. Teraz biła z nich tylko miłość. Nie wło­żył tur­banu. Ucie­szyło ją to. Nie­na­wi­dziła ich. Nie­ważne, na czy­jej gło­wie się znaj­do­wały. Ojciec miał na sobie gładki, gra­na­towy kaftan, któ­rego kra­wę­dzie obszyte były wąską taśmą wyko­naną z jele­niej skóry. Pod spód wło­żył spro­wa­dzoną z Damaszku koszulę bez koł­nie­rzyka, na całej dłu­go­ści zapi­naną na guziki. Miał też się­ga­jące do kostek sza­ra­wary o dwa tony jaśniej­sze niż kaftan, a na sto­pach pro­ste meszty w tym samym kolo­rze. Każdy, kto zoba­czyłby go w tym stroju, zapewne uznałby, że to nie naj­po­tęż­niej­szy władca świata, lecz skromny ojciec uda­jący się na roz­mowę z córką. Mih­ri­mah rów­nież chciała, żeby tak było. Przy­naj­mniej tej nocy.

Gdy Mih­ri­mah uca­ło­wała jego dłoń, Sulej­man pochy­lił się i zło­żył poca­łu­nek na jej czole, wdy­cha­jąc jej zapach.

- Nasza dusza poja­śniała - wes­tchnął.

Dziew­czyna odpo­wie­działa uśmie­chem na ten zawo­alo­wany kom­ple­ment i usu­nęła się na bok, żeby zro­bić ojcu przej­ście. Pady­szach zajął miej­sce na sofie sto­ją­cej na wprost okna. Naj­pierw skrzy­żo­wał nogi, a gdy usa­do­wił się wygod­nie, pod­cią­gnął kolano pod brodę. "Tak - pomy­ślała natych­miast Mih­ri­mah. - Tak siada suł­tan Sulej­man". Pod­bie­gła i uło­żyła mu za ple­cami poduszki.

- Witaj, moja piękna córko - ode­zwał się Sulej­man gło­sem prze­peł­nio­nym miło­ścią i szczę­ściem. - Czas, abyś wyja­wiła nam ten sekret.

- Jaki sekret, panie? - zdzi­wiła się Mih­ri­mah.

- Jak to moż­liwe, że ile­kroć widzimy naszą córkę, roz­pra­szają się czarne chmury na nie­bie? W oknie naszego serca wscho­dzi słońce i roz­świe­tla naszą duszę. Jak to się dzieje?

Mih­ri­mah z zawsty­dze­niem pochy­liła głowę.

- Zdaje się, że nasz Zako­chany4 pra­cuje nad nowym wier­szem - powie­działa cicho. Wie­działa, że gdy była mowa o poezji, ojciec lubił, gdy uży­wano jego pseu­do­nimu Zako­chany. - W prze­ciw­nym razie dla­czego obsy­py­wałby swoją sługę tyloma pięk­nymi sło­wami?

Sulej­man po raz kolejny poczuł dumę z nie­by­wa­łego inte­lektu swo­jej córki. Zamiast prze­kor­nym spoj­rze­niem i kil­koma sztucz­nymi sło­wami odpo­wia­dała pochleb­stwem.

- Tej nocy zawrzemy umowę - powie­dział nagle.

Serce Mih­ri­mah pod­sko­czyło. Poczuła, że krew zaczyna szyb­ciej krą­żyć w jej żyłach.

- Któż sły­szał, żeby pod­dana pady­sza­cha zawie­rała z nim umowę? Czyż możemy ważyć się na taką zuchwa­łość?

"Skąd tak mała dziew­czynka bie­rze tak wiel­kie słowa? Czy ktoś je jej pod­po­wiada?", zasta­na­wiał się Sulej­man.

- Oto nasza umowa - mówił dalej z uśmie­chem. - Tej nocy nie jestem pady­sza­chem. Jestem po pro­stu twoim ojcem. Dla­tego nie chcę sły­szeć żad­nego "mój panie", "suł­ta­nie" i tak dalej. Zostawmy te pała­cowe maniery. Poroz­ma­wiajmy jak ojciec z córką. Rozu­miemy się?

Mih­ri­mah nie wie­działa, co powie­dzieć. Jed­nak czuła, że jej serce bije coraz szyb­ciej. Pady­szach z pew­no­ścią, zanim oznajmi jej coś waż­nego, chciał roz­luź­nić atmos­ferę, zdo­być ją pochleb­stwami. "Jeśli mamy poru­szyć temat tego prze­klę­tego mał­żeń­stwa, lepiej będzie, jeśli poroz­ma­wiamy jak ojciec z córką", prze­szło jej przez myśl.

Ski­nęła głową w odpo­wie­dzi.

- Świet­nie.

Nastała cisza. Mih­ri­mah pró­bo­wała spoj­rzeć na ojca, nie pod­no­sząc głowy. Suł­tan Sulej­man się­gnął za pas i wycią­gnął bursz­ty­nowy tas­bih inkru­sto­wany macicą per­łową.

- Mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość, Mih­ri­mah - zaczął Sulej­man, cedząc słowa.

"O nie", zadrżała dziew­czyna pomimo rado­ści, którą sły­szała w gło­sie ojca. Cze­kała, aż powie: "Posta­no­wi­łem wydać cię za mąż za Kulawca Rüstema". Ojciec utkwił spoj­rze­nie w jej oczach i ją obser­wo­wał. W ciszy, która zapa­no­wała w kom­na­cie, pady­szach bał się usły­szeć bicie serca swo­jej córki i odczy­tać jej myśli. Jed­nak w tam­tej chwili Mih­ri­mah nie była w sta­nie zapa­no­wać ani nad jed­nym, ani nad dru­gim.

- Dziś wiele godzin przed incy­den­tem z tym prze­klę­tym skor­pio­nem wezwa­łem do sie­bie wiel­kiego wezyra.

Co to miało być? Jaki zwią­zek z jej mał­żeń­stwem miał wuj? "Ach, tak - wzdry­gnęła się Mih­ri­mah. - Wydał mu pole­ce­nie, żeby roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do ślubu".

- Chcia­łem, żeby Ibra­him natych­miast przy­go­to­wał fir­man.

"No i pro­szę", powie­działa w duchu.

- Nie jesteś cie­kawa, co się stało?

"Nie, nie jestem! - miała ochotę krzyk­nąć. - Nawet nie chcę tego sły­szeć!". Jed­nak zre­zy­gno­wała. Powinna zawo­łać: "I to jak! Umie­ram z cie­ka­wo­ści!". Zamiast tego ścią­gnęła tylko usta.

- Sądzę, że bar­dzo się ucie­szysz, gdy o tym usły­szysz.

Ojciec znów zamilkł. Wpa­try­wał się w nią. Dla­czego to robił? Dla­czego powoli ją zabi­jał? Dla­czego od razu nie prze­szył jej szty­le­tem?

Pady­szach zdzi­wił się, że twarz córki nawet nie drgnęła. Do tego w jej oczach, pró­bu­ją­cych uciec przed jego wzro­kiem, dostrzegł smu­tek. Nie­wy­obra­żalny ból i wielki smu­tek. "Co się dzieje z tą dziew­czyną?", zanie­po­koił się, lecz mimo to oświad­czył:

- Skoro nie pytasz, to sam ci o tym powiem.

Na te słowa Mih­ri­mah unio­sła głowę i spoj­rzała na ojca. Sulej­man stra­pił się, widząc w oczach córki pogo­dze­nie się z losem. Dziew­czyna wyglą­dała tak, jakby była gotowa wysłu­chać wyroku śmierci.

- Oto mój fir­man - zaczął nie­pew­nie. - Czci­god­nego kapi­tana Hyzyra...

Co?!

Nagle cała krew ude­rzyła jej do głowy. "Co powie­dział?! - krzyk­nęła w duchu. - Co powie­dział, ojciec? Kogo?".

Pady­szach zauwa­żył, że twarz Mih­ri­mah w jed­nej chwili stała się pur­pu­rowa. Mówił wolno, tak jakby odczy­ty­wał swój roz­kaz:

- Czci­god­nego kapi­tana Hyzyra, za jego wie­lo­let­nie zasługi wobec Wiel­kiego Impe­rium Osmań­skiego...

Mih­ri­mah sły­szała resztę, ale słowa do niej nie docie­rały. "Mój Boże", powta­rzała nie­ustan­nie. Głos ojca odbi­jał się echem w jej gło­wie: "Czci­god­nemu kapi­ta­nowi Hyzy­rowi...". "Dzięki Ci, Boże - pomy­ślała w końcu. - Dobra wia­do­mość nie ma związku z Rüstemem".

- ...mia­nuję kapu­da­nem paszą5. Oto mój fir­man - dokoń­czył suł­tan Sulej­man, nie odry­wa­jąc wzroku od córki, w któ­rej oczach naj­pierw malo­wał się strach, póź­niej zdzi­wie­nie, a na końcu szczę­ście.

"Hurra! - wykrzyk­nęła w duchu, podob­nie jak to robiła matka, gdy bar­dzo się cie­szyła. - Kapu­dan pasza! Kapi­tan Hyzyr został kapu­da­nem paszą. Kapu­danem paszą!".

- Od tej chwili - mówił dalej ojciec - kapi­tan Hyzyr będzie znany na zie­miach jako Haj­rad­din6. Oto mój fir­man.

"Trzy­maj­cie mnie!", roz­legł się w niej kolejny okrzyk. Mih­ri­mah nie mogła już dłu­żej ustać przed pady­sza­chem.

- Ojcze! - zawo­łała.

Uści­snęła go i zasy­pała poca­łun­kami.

Suł­tan Sulej­man uda­wał, że pró­buje obro­nić się przed miło­snym ata­kiem córki.

- Ojcze! Ojcze! - powta­rzała z sza­leń­czą rado­ścią. - Tatu­siu! Wybacz­cie, mój panie. Tatu­siu, bar­dzo dzię­kuję! Dzię­kuję!

Gdy skoń­czyła już cało­wać policzki, brodę, brwi, oczy i czoło ojca, objęła jego dłoń, trzy­krot­nie ją uca­ło­wała i przy­ło­żyła do czoła.

Pady­szach wska­zał córce miej­sce obok sie­bie.

- Mih­ri­mah - szep­nął, jakby nie chciał, żeby kto­kol­wiek inny go usły­szał. - Wiemy o tym tylko ja, Ibra­him, a teraz rów­nież ty. Ta wia­do­mość wciąż pozo­staje tajem­nicą. Nie wie o tym nawet Haj­rad­din Pasza. Zapro­si­łem go do pałacu. Przy­bę­dzie jutro w połu­dnie. To z moich ust dowie się, że mia­no­wa­li­śmy go kapu­da­nem paszą. - Zamilkł i spoj­rzał na Mih­ri­mah. - Jesteś zado­wo­lona?

"Ach, wielki Sulej­ma­nie - zru­gał się natych­miast. - Cóż to za głu­pie pyta­nie. Nie widzisz, jak na twa­rzy two­jej córki, którą jesz­cze przed chwilą spo­wi­jały burzowe chmury, wze­szło słońce?".

- Zado­wo­lona? - wyją­kała Mih­ri­mah. - Mogła­bym fru­wać ze szczę­ścia.

- Teraz spra­wi­łaś, że w mojej duszy na nowo wze­szło słońce. Życzę ci, żebyś zawsze była taka szczę­śliwa. Niech będzie w tobie świa­tło. Niech twoja piękna twarz ni­gdy nie zbled­nie, suł­tanko Mih­ri­mah. Niech twój głos ni­gdy nie zadrży. Niech twoja szyja ni­gdy się nie ugnie.

- Niech Bóg obda­rzy naszego władcę tym samym. - Gdy zoba­czyła, że twarz ojca przy­brała obra­żony wyraz, dodała: - Co mam zro­bić? Przy­zwy­cza­iłam się. Niech Bóg nie zabiera nam ojca. Niech trwa z pań­stwem i naro­dem.

Kipiąca rado­ścią Mih­ri­mah zauwa­żyła, że nie może sobie zna­leźć miej­sca. Póź­niej z dzie­cięcą rado­ścią kla­snęła w dło­nie.

- Kapi­tan Hyzyr, to zna­czy Haj­rad­din Pasza, bar­dzo się ucie­szy.

- Pocze­kaj - ode­zwał się pady­szach. - To nie wszystko. Jesz­cze nie koniec dobrych wia­do­mo­ści.

Nagle Mih­ri­mah zasty­gła. Nie potra­fiła ukryć, jak radość w jej oczach gaśnie. "Boże, pro­szę - bła­gała w duchu - nie pozwól, żebym po tej cudow­nej chwili musiała usły­szeć wyrok śmierci".

Na szczę­ście, ina­czej niż to było w przy­padku pierw­szej wia­do­mo­ści, suł­tan Sulej­man nie zwle­kał z obwiesz­cze­niem jej wie­ści.

- Jutro wydam Haj­rad­di­nowi Paszy pierw­szy roz­kaz.

Dzięki Bogu druga wia­do­mość także nie była zwią­zana z Rüstemem.

- Czy mogę zapy­tać, jaki to będzie roz­kaz?

- Oczy­wi­ście. Polecę czci­god­nemu admi­ra­łowi Bar­ba­ros­sie Paszy, żeby w wybra­nej przez sie­bie stoczni Impe­rium Osmań­skiego natych­miast naka­zał roz­po­cząć budowę sześć­dzie­się­ciu cięż­kich galer.

Mih­ri­mah otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia.

- Roz­każę, żeby defter­dar Isken­der Cze­lebi prze­zna­czył na ten cel tyle pie­nię­dzy, ile będzie trzeba.

"Hurra! Hurra! Niech żyje!".

Mih­ri­mah ponow­nie zaczęła obca­ło­wy­wać dło­nie ojca.

- Zgod­nie z moim roz­ka­zem naj­da­lej za dwa lata statki wraz z całym ekwi­pun­kiem mają być gotowe do wypły­nię­cia na dale­kie morza - dokoń­czył suł­tan Sulej­man, gdy tylko opa­no­wał śmiech.

- Ojcze - ode­zwała się potul­nie Mih­ri­mah. - Skąd wie­dzia­łeś?

- Co takiego?

- O tym, że dziś w nocy chcia­łam cię pro­sić o sześć­dzie­siąt okrę­tów dla Hyzyra... Haj­rad­dina Paszy.

Sulej­man zachi­cho­tał.

- Zda­rza się, że matki szep­czą ojcom do ucha, co kryje się w gło­wach ich córek.

"Matka dotrzy­mała słowa - przy­znała w duchu. - Ja też go dotrzy­mam. Przy­się­gam, że go dotrzy­mam".

- Podobno opo­wie­dzia­łaś Hürrem o swo­ich prze­ży­ciach na okrę­cie Haj­rad­dina Paszy - mówił dalej pady­szach. - Mówi­łaś, że już czas, żeby prze­nieść się z Morza Bia­łego7 na oce­any. Ja też tak uwa­żam. Prze­ka­za­łaś to wszystko z tak wielką wiarą i prze­ko­na­niem, że twoja matka powie­działa: "Wyda­wało mi się, że stoi przede mną nie moja córka, ale doświad­czony wezyr. Aż zadrża­łam". Gdy usły­sza­łem, że twoje hory­zonty są szer­sze niż samego wiel­kiego wezyra, także zadrża­łem. Od dawna myśla­łem o tym, żeby zakoń­czyć pod­boje na Morzu Bia­łym i cięż­szymi okrę­tami wyru­szyć na ocean.

Pady­szach ujął dłoń córki.

- Jed­nak nie pozwolę się ogra­bić. Nie dam sześć­dzie­się­ciu galer, nie dosta­jąc nic w zamian.

- Oddam ci moje życie - odparła Mih­ri­mah. - Cóż poza duszą i poca­łun­kiem mogła­bym dać mojemu ojcu?

- Chcę usły­szeć o tych nowych świa­tach z two­ich ust, Mih­ri­mah.

- Ale tego wszyst­kiego dowie­dzia­łam się od kapi­tana.

- Nie szko­dzi. Opo­wiesz mi o nich, ozda­bia­jąc te histo­rie swo­imi marze­niami i nadzie­jami.

Mih­ri­mah zaczęła mówić o morzach, któ­rych nie widziała, falach, górach, rze­kach o sre­brzy­stych wodach, bez­kre­snych lasach, ciem­no­skó­rych ludziach śpie­wa­ją­cych pie­śni, któ­rych ni­gdy nie sły­szeli, w języ­kach, jakich nie znali, zło­cie kry­ją­cym się pod zie­mią i bogac­twach nad nią. O wszyst­kim.

Suł­tan Sulej­man potrze­bo­wał czasu, żeby powró­cić ze świa­tów, które odma­lo­wała przed nim jego córka. Mih­ri­mah cze­kała w mil­cze­niu, aż ojciec nasyci się wido­kiem rysu­ją­cego się na hory­zon­cie Nowego Świata.

- Moja Mih­ri­mah - wes­tchnął - gdyby porzą­dek świata na to pozwo­lił, gdyby było takie prawo, żebyś mogła usiąść przy naszym boku na tro­nie.

Dziew­czyna wstała. Poczę­sto­wała ojca sor­be­tem, owo­cami i sło­dy­czami. Noc ustę­po­wała już miej­sca dniowi.

- Ja już powie­dzia­łem to, co zamie­rza­łem, a ty mnie wysłu­cha­łaś. A co ty chcia­łaś mi rzec? Mów. Teraz ja cię wysłu­cham.

Mih­ri­mah po raz pierw­szy w życiu czuła, że są sobie z ojcem tak bli­scy. "Teraz albo ni­gdy - prze­szło jej przez myśl. - Bła­gaj go, żeby nie odda­wał cię temu męż­czyź­nie".

Nie mogła. Obie­cała sobie, że nie poprosi o nic dla sie­bie, i pozo­stała wierna swoim posta­no­wie­niom.

- Ta sprawa ze skor­pio­nem... - zaczęła. - Zapewne uwa­ża­cie, panie, że książę Meh­med powi­nien opu­ścić Stam­buł.

Suł­tan Sulej­man spoj­rzał na córkę z nie­do­wie­rza­niem.

- Skąd o tym wiesz?

- Ja też tak sądzę. Mój brat Meh­med powi­nien wyje­chać ze Stam­bułu.

Pady­szach ski­nął głową.

- Ale dokąd?

Jeśli powie, że do Manisy, wszystko zepsuje. "Mądre dziew­częta tak nie postę­pują", pomy­ślała.

- Nie wiem, ale z pew­no­ścią wie to ojciec mojego brata.

Wła­ści­wie Sulej­man już o tym myślał, ale nie pod­jął jesz­cze żad­nej decy­zji.

- A jakie miej­sce ty uzna­ła­byś za wła­ściwe, gdyby to zale­żało od cie­bie?

- Mogę tylko przy­pusz­czać, o jakim miej­scu myśli­cie.

- Czyżby? Zatem o czym myślimy?

"Nade­szła ta chwila", powie­działa do sie­bie Mih­ri­mah.

- Seru­han.

- Prze­cież tam jest Mustafa. To san­dżak następcy tronu - odparł pady­szach, sta­ra­jąc się ukryć zdzi­wie­nie.

Mih­ri­mah długo patrzyła ojcu w oczy. Sulej­man zauwa­żył ciemny cień cza­jący się w spoj­rze­niu córki.

Młoda suł­tanka zawa­hała się.

- Czy nasza umowa wciąż obo­wią­zuje? - zapy­tała słod­kim gło­sem.

Pady­szach, zamiast odpo­wie­dzieć, wciąż się w nią wpa­try­wał.

"Teraz nie mogę się już wyco­fać", pomy­ślała Mih­ri­mah. Dal­sze prze­cią­ga­nie sprawy mogłoby tylko wzbu­dzić więk­szą nie­uf­ność.

- Z kim roz­ma­wiam? - zapy­tała. - Z pady­sza­chem czy z ojcem?

- Z ojcem.

- W takim razie powiem tak. Wydaje mi się, że ojciec zdaje sobie sprawę z tego, że książę suk­ce­sor nie jest już dziec­kiem. Twój następca to już męż­czy­zna. Fakt, że prze­bywa on tak bli­sko Stam­bułu, może budzić pewne nie­po­koje i zachę­cać zdraj­ców do dzia­ła­nia.

Sulej­mana zdzi­wiły te słowa. "Czy ta dziew­czyna jest cza­row­nicą albo wróż­bitką? - zapy­tał sie­bie w duchu. - Skąd wie o wąt­pli­wo­ściach, do któ­rych waham się przy­znać nawet sam przed sobą? Skąd wie o lękach, które czają się w mojej gło­wie? Nie powi­nie­nem wię­cej patrzeć w jej oczy".

- Skoro tak jest - cią­gnęła Mih­ri­mah - lep­sze dla wszyst­kich wyda­wa­łoby się prze­nie­sie­nie go, prawda? Sądzę, że mój ojciec tak wła­śnie myśli.

- Tak - rzu­cił Sulej­man. - Ty tak nie uwa­żasz?

- Nie śmiem powie­dzieć słowa ponad słowo mojego ojca. Jed­nak wydaje się to naj­wła­ściw­szym roz­wią­za­niem. Poza tym, gdzie­kol­wiek prze­nie­sie się spad­ko­bierca tronu, jego tytuł pozo­sta­nie przy nim. Miej­sce, do któ­rego się uda, sta­nie się pro­win­cją księ­cia suk­ce­sora. Mylę się?

- Dobrze, lecz dokąd miał­bym go prze­nieść?

- Ani bli­sko, ani daleko od Stam­bułu, albo raczej wystar­cza­jąco daleko i wystar­cza­jąco bli­sko. Domy­ślam się, że nasz ojciec roz­wa­żał Trab­zon, pro­win­cję swoją i naszego dziada. Jed­nak Trab­zon jest tro­chę za daleko. Myślę, że uwa­ża­cie, iż Ama­sya byłaby odpo­wied­niej­sza. Czyż nie mówi się, że Ama­sya to region ksią­żąt?

Pady­szach pod­niósł się nie­spo­dzie­wa­nie. Bez słowa uca­ło­wał córkę. W głę­bo­kim zamy­śle­niu skie­ro­wał się w stronę drzwi. Chciał jesz­cze raz się odwró­cić i spoj­rzeć na córkę, lecz zre­zy­gno­wał. "Oczy tej dziew­czyny są nie­zwy­kłe. Czyta w moich myślach".

Tym­cza­sem suł­tan Sulej­man nie chciał, żeby kto­kol­wiek poznał plany, które zaczy­nały się ukła­dać w jego gło­wie.

*

Mih­ri­mah nie wie­działa, czy nagłe wyj­ście ojca to dobry, czy nie­po­myślny znak. Cze­kała ją kolejna bez­senna noc. Wezwała do sie­bie Esmę.

- Idź i znajdź Merzukę - pole­ciła jej. - Niech powie mojej matce, że jej córka dotrzy­mała słowa. Będzie wie­działa, o co cho­dzi.

Esma pró­bo­wała roz­szy­fro­wać zna­cze­nie wia­do­mo­ści, którą miała dostar­czyć. Natych­miast pospie­szyła do drzwi. Gdyby się odwró­ciła i dostrze­gła tajem­ni­czy wyraz twa­rzy Mih­ri­mah, z pew­no­ścią mia­łaby w gło­wie jesz­cze więk­szy mętlik.

- Idź, moja sio­stro od łez - powie­działa, gdy dziew­czyna opusz­czała kom­natę. - Leć, mój pocz­towy gołę­biu. Jesz­cze wiele wie­ści prze­ka­żesz.

Nowy Pałac. Pawilon pod Kopułą

Nowy Pałac Pawi­lon pod Kopułą

Uro­czy­stość wypa­dła wspa­niale. Mih­ri­mah za pozwo­le­niem ojca zza zasłony w niszy, z któ­rej pady­szach przy­słu­chi­wał się spo­tka­niom Dywanu, oglą­dała cere­mo­nię mia­no­wa­nia kapi­tana Hyzyra admi­ra­łem oraz nada­nia mu imie­nia Haj­rad­din. Zor­ga­ni­zo­wano ją w Pawi­lo­nie pod Kopułą.

Gdy odchy­liw­szy zasłonę, zoba­czyła suł­tana Sulej­mana wcho­dzą­cego do sali i księ­cia Meh­meda kro­czą­cego z pra­wej strony, pra­wie krzyk­nęła. W ostat­niej chwili zakryła usta dłońmi. "Czy matka o tym wie? - pomy­ślała. - Gdyby wie­działa, zapewne i ona mia­łaby ochotę krzyk­nąć". Przed oczami sta­nął jej obraz Hürrem, która zamknąw­szy się w swo­jej kom­na­cie, pła­kała ze szczę­ścia i jak to robiła zawsze, gdy coś jej się uda­wało, mówiła: "Brawo dla mojej córki". Meh­med pięk­nie wyglą­dał u boku ojca. Tur­ban, który nosił od dzie­ciń­stwa, teraz już nie spa­dał mu z głowy. Na środku bia­łego zwoju znaj­do­wał się wspa­niały pió­ro­pusz z pawich piór, spra­wia­jący wra­że­nie wytry­sku­ją­cego z ogrom­nego rubinu. W prze­ci­wień­stwie do kar­ma­zy­no­wego kaftana ojca Meh­med ubrany był w śnież­no­biały, gładki strój. Pod spodem miał trzy­rzę­dowy naszyj­nik zało­żony na koszulę bez koł­nie­rzyka.

Twarz brata wyda­wała się Mih­ri­mah nieco blada. Nie wie­działa, czy powo­dem bla­do­ści było to, że nie otrzą­snął się jesz­cze z prze­ży­tego szoku, czy to, że po raz pierw­szy uczest­ni­czył w uro­czy­sto­ściach pań­stwo­wych u boku ojca. Być może wyglą­dał tak w świe­tle sączą­cym się przez okna ozdo­bione kolo­ro­wymi szyb­kami albo dla­tego, że cały odziany był w biel.

Wielki wezyr Ibra­him Pasza oraz pozo­stali wezy­ro­wie z opusz­czo­nymi gło­wami, lekko prze­krzy­wio­nymi na bok, cze­kali, aż suł­tan Sulej­man i książę Meh­med przejdą przed nimi. Mih­ri­mah zasta­na­wiała się, jak to się dzieje, że wyso­kie nakry­cia głów męż­czyzn nie spa­dają.

Ojciec zasiadł na tro­nie, a Meh­med sta­nął przy nim, jedno kolano opie­ra­jąc na pod­wyż­sze­niu, na któ­rym usta­wiony był tron. Gdy Sulej­man zajął dogodną pozy­cję, rozej­rzał się po sali. Następ­nie zwró­cił spoj­rze­nie na syna.

- Meh­med Chan - ode­zwał się.

Meh­med wypro­sto­wał się na dźwięk swo­jego imie­nia. Ruszył w kie­runku miej­sca wska­za­nego przez ojca i usiadł z tyłu po pra­wej stro­nie. Podob­nie jak wielki wezyr i pozo­stali wezy­ro­wie on rów­nież splótł ręce z przodu i cze­kał, deli­kat­nie prze­chy­liw­szy głowę na bok.

- Ach - wes­tchnęła zza zasłony Mih­ri­mah. - Matka powinna to zoba­czyć.

Posta­no­wiła, że gdy tylko skoń­czy się cere­mo­nia, pobie­gnie do Hürrem i opo­wie jej o wszyst­kim, co widziała i sły­szała. Nawet jeśli matka nie mogła uczest­ni­czyć w cere­mo­nii, powinna to prze­żyć.

Jed­nak dumę, jaką odczu­wała, w jed­nej chwili zasnuł cień. "Czyż­bym przed­wcze­śnie się cie­szyła? - prze­szło jej przez myśl. - Jaki sens mogło mieć przy­by­cie ojca na uro­czy­stość w towa­rzy­stwie Meh­meda? Czy ozna­czało to, że postą­pił tak, jak powie­dzia­łam, i usu­nąw­szy Mustafę z Manisy, na jego miej­sce zamie­rzał wysłać mojego brata? A co, jeśli wyśle Mustafę nie do Ama­syi, ale do Edirne poło­żo­nego pod samym Stam­bu­łem? A może to wszystko było na pokaz, żeby ojciec mógł zastra­szyć tych, któ­rzy pró­bo­wali pozba­wić życia Meh­meda? Czy Meh­med pozo­sta­nie w Stam­bule, a Mustafa, zamiast iść do dia­bła, pozo­sta­nie w Seru­ha­nie? Nie bądź głu­pia! - skar­ciła się. - Ojciec wie, że masz rację. Wziął sobie do serca to, co powie­dzia­łaś. Sta­łaś się gło­sem jego lęków. Zrobi to, co mu pora­dzi­łaś".

Posta­no­wiła zawie­rzyć temu gło­sowi. Przy­naj­mniej na razie. Dziwne uczu­cie przy­pra­wiło ją o dreszcz. Było jak zawrót głowy, uno­sze­nie się ponad chmu­rami. Nie była do tego przy­zwy­cza­jona. Mih­ri­mah sta­rała się odna­leźć powód, dla któ­rego tak się poczuła. Bar­dzo cie­szyła się, że dotrzy­mała słowa danego kapi­ta­nowi. Może dla­tego drżała. A może to ze szczę­ścia, które poczuła w duszy na wieść o tym, że ojciec powie­rzył kapi­ta­nowi Hyzy­rowi tak wielką wła­dzę, o któ­rej nawet nie śniła. Albo była pod wra­że­niem wspa­nia­ło­ści cere­mo­nii.

Nagle pojęła, że nic z tego nie jest praw­dziwą przy­czyną tego uczu­cia. Być może miało to pewien wpływ, ale głów­nym powo­dem było co innego. Zro­zu­miała, że ma w sobie taką moc, że może zdo­być to, czego chce. To wła­śnie musiała być ta potęga wła­dzy, o któ­rej mówiła matka, że gdy raz się jej posma­ko­wało, trudno było z niej zre­zy­gno­wać.

- Paszo!

Głos pady­sza­cha wyrwał ją z zamy­śle­nia i Mih­ri­mah sku­piła całą swoją uwagę na tym, co działo się na dole.

Ibra­him Pasza wyszedł do przodu, nie uno­sząc głowy.

- Niech zosta­nie wyko­nany nasz roz­kaz!

Nie minęła chwila, gdy otwo­rzyły się cięż­kie skrzy­dła drzwi wycho­dzą­cych na dzie­dzi­niec Pawi­lonu pod Kopułą. Roz­legł się dźwięk przy­po­mi­na­jący grzmot.

- Kapi­tan nad kapi­ta­nami! Kapi­tan Hyzyr!

Kapi­tan Hyzyr poja­wił się w progu i ukło­nił się pokor­nie.

Wła­śnie wtedy stało się coś, czego nikt się nie spo­dzie­wał. Pady­szach wstał. Powi­tał boha­ter­skiego kapi­tana z sze­ro­kim uśmie­chem. Była to rzecz nie­by­wała, żeby pady­szach przyj­mo­wał na sto­jąco swo­jego sługę. To pierw­szy taki przy­pa­dek w histo­rii. Salę wypeł­niły pełne nie­do­wie­rza­nia szepty, które dotarły aż do uszu Mih­ri­mah.

Kapi­tan Hyzyr także nie przy­pusz­czał, że suł­tan Sulej­man zrobi coś takiego. Zatrzy­mał się i odpo­wie­dział na to pozdro­wie­nie, ponow­nie głę­boko się kła­nia­jąc. Przez uchy­loną zasłonę Mih­ri­mah zoba­czyła, że oczy kapi­tana wypeł­niły się łzami. Natych­miast spoj­rzała w stronę, gdzie stał jej wuj. Twarz wiel­kiego wezyra pozo­stała bez wyrazu. Dziew­czyna na próżno sta­rała się dostrzec oczy męż­czy­zny. Mogła jedy­nie zauwa­żyć wypieki, które poja­wiły się na jego policz­kach, gdy pady­szach powstał, żeby przy­wi­tać kapi­tana Hyzyra.

Kapi­tan Hyzyr splótł ręce na piersi i powoli ruszył. Za nim w dwóch rzę­dach podą­żało szes­na­stu kapi­ta­nów. Sie­dem­na­stu mor­skich boha­te­rów pozdro­wiło jej ojca. Mih­ri­mah miała ochotę kla­skać. Zaci­snęła dło­nie, żeby stłu­mić to pra­gnie­nie.

Kapi­ta­no­wie usta­wili się przed pady­sza­chem i ponow­nie się ukło­nili.

- Witaj­cie! - ode­zwał się Sulej­man.

Sie­dem­na­stu męż­czyzn oddało mu honory.

- Niech Bóg pro­wa­dzi was do zwy­cię­stwa!

- Dzię­ku­jemy! - odpo­wie­dzieli jed­nym gło­sem.

- To ja wam dzię­kuję. Przy­pie­czę­to­wa­li­ście pano­wa­nie islamu na morzach potęgą Impe­rium Osmań­skiego. Zasia­li­ście strach w ser­cach giau­rów. Zasługi was wszyst­kich są tak wiel­kie, że nie spo­sób ich wyna­gro­dzić. Jed­nak...

Suł­tan Sulej­man zamilkł. Przez chwilę zro­biło się tak cicho, że można było usły­szeć upa­da­jące na zie­mię zia­renko pia­sku. Wła­śnie w tym momen­cie ktoś zaka­słał. "Co to za zuchwa­lec?", zasta­na­wiała się Mih­ri­mah. Nie zdą­żyła się upew­nić, któ­remu z wezy­rów nie udało się powstrzy­mać tego odru­chu. Na głos ojca ponow­nie odwró­ciła się w jego stronę.

- Gdzie jest mój fir­man, wielki wezy­rze?

Ibra­him Pasza wypro­sto­wał się.

- Mam go przy sobie, panie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki