Tajemnice dworu sułtana. Hatidże. Księga VIII - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział XLI. Sześć lat później. Edirne. Posiadłość sułtanki Hatidże. Wrzesień 1520

XLI Sześć lat póź­niej Edirne Posia­dłość suł­tanki Hati­dże Wrze­sień 1520

Jesz­cze nie wze­szło słońce, kiedy jeź­dziec wje­chał na dzie­dzi­niec posia­dło­ści. Tętent kopyt przy­wo­łał słu­żą­cych. Iskry wydo­by­wa­jące się spod koń­skich kopyt, ude­rza­ją­cych o kamie­nie, w ciem­no­ściach wyglą­dały jak świe­tliki.

- Osza­la­łeś, czło­wieku? - wyszep­tał pode­ner­wo­wany słu­żący, który pró­bo­wał uspo­koić konia, ścią­ga­jąc go za wodze. - Myślisz, że można o tej porze zakłó­cać spo­kój suł­tance?

- To pilne - wydy­szał jeź­dziec, zeska­ku­jąc z konia. - Muszę się natych­miast widzieć z suł­tanką Hati­dże.

- Pew­nie - ode­zwał się drwiąco inny sługa. - A ja muszę się widzieć z czci­god­nym pady­sza­chem. I to zaraz! Jed­nak teraz pew­nie śpi...

- Nie zatrzy­muj­cie mnie, ago­wie - odparł konny, sta­ra­jąc się wygła­dzić swój strój. - Jak naj­szyb­ciej muszę się widzieć z suł­tanką Hati­dże. Mam dla niej wia­do­mość.

Kiedy męż­czy­zna już chciał ruszyć, kilku słu­żą­cych zastą­piło mu drogę.

- Hej! A dokąd to? Kim jesteś? Skąd przy­by­wasz?

- Moje imię nic wam nie powie. Ale skoro musi­cie wie­dzieć - powiem. Nazy­wają mnie Urwę­ci­nos... - Nagle wycią­gnął rękę i chwy­cił za nos słu­żą­cego sto­ją­cego naprze­ciwko niego. - Mówią, że kiedy go tak zła­pię, to po to, żeby go urwać.

Słu­żący, któ­rego nos przy­bysz ści­skał mię­dzy pal­cami, wijąc się z bólu, zaczął się wyry­wać.

- Czy to nie ty zapy­ta­łeś, skąd przy­by­wam? Przy­by­wam z Çorlu1.

- Postra­da­łeś rozum, czło­wieku? - syk­nął któ­ryś, pró­bu­jąc pomóc cier­pią­cemu słu­dze. - Zostaw go. Nie widzisz, że bie­dak nawet nie może krzyk­nąć, żeby nie obu­dzić naszej suł­tanki? Mamy przy­pro­wa­dzić naszej pani jeźdźca całego pokry­tego pyłem? Idź do kuchni i napij się zupy, a póź­niej się umyj. Prze­ka­żemy wia­do­mość dwór­kom suł­tanki i wezwie cię w odpo­wied­nim cza­sie. Oczy­wi­ście, jeśli zechce.

- Co z was za nie­ro­zumni ludzie?! Mam urwać jesz­cze kilka nosów? Prze­cież mówię wam, że to pilne. Nie mogę cze­kać, aż obu­dzą się damy dworu. Natych­miast prze­każ­cie wia­do­mość. W prze­ciw­nym razie po nosach wezmę się za dusze. Tylko nie mów­cie, że nie ostrze­ga­łem.

Jeź­dziec puścił nos męż­czy­zny, któ­rego twarz z bólu stała się cała czer­wona. Kiedy zro­bił krok w stronę pozo­sta­łych, ze stra­chem się cof­nęli. Na nosie nie­szczę­snego słu­żą­cego pozo­stały dwa białe ślady po pal­cach jeźdźca, które natych­miast pode­szły krwią.

- Idź­cie! - zawo­łał jeź­dziec. - Obudź­cie, kogo chce­cie, tylko natych­miast prze­każ­cie suł­tance Hati­dże, że przy­był posła­niec wiel­kiego wezyra Piri Meh­meda Paszy.

Słu­żący spoj­rzeli na sie­bie bez słowa. Męż­czy­zna był sta­now­czy. Już wie­dzieli, co ich spo­tka, jeśli mu się sprze­ci­wią. Nos ich towa­rzy­sza spuchł, a sługa wciąż ronił łzy z bólu.

- Spró­buję - ode­zwał się jeden. - Jeśli wsta­nie, to dobrze. Jeśli nie, pocze­kasz.

Pod­czas gdy słu­żący wbiegł do środka, pozo­stali męż­czyźni udali się na prze­ciwny kra­niec dzie­dzińca, w stronę kuchni. Było to jedyne oświe­tlone miej­sce. Wszę­dzie uno­sił się zapach goto­wa­nej zupy. Ta woń spra­wiła, że jeź­dziec poczuł głód. Nie zaszko­dzi jedna miska zupy, zanim suł­tanka go do sie­bie wezwie.

Suł­tanka Hati­dże sie­działa zaspana za para­wa­nem.

- Skoro wywo­ła­li­ście takie zamie­sza­nie i pod­nie­śli­ście nas o tej porze, musi­cie mieć do prze­ka­za­nia ważną wia­do­mość, efendi.

Po dru­giej stro­nie Urwę­ci­nos pokło­nił się głę­boko.

- Suł­tanko...

- Podobno powie­dzie­li­ście, że przy­słał was wielki wezyr. O co cho­dzi? Czy Piri Pasza nie ocze­ki­wał naszego ojca w Çorlu? Ucie­szy­ły­śmy się, otrzy­maw­szy wia­do­mość, że razem przy­by­wają do Edirne. Ukoń­czono przy­go­to­wa­nia. Nie­cier­pli­wie wycze­ku­jemy naszego boha­ter­skiego ojca. - Zza para­wanu zauwa­żyła waha­nie na twa­rzy męż­czy­zny. - Mówże. Słu­cham.

- Ja... - zaczął cicho. - Nasz pan...

Nagle Hati­dże drgnęła. Musiało stać się coś złego. Prze­ra­że­nie, które niczym żela­zna pięść przez lata ści­skało jej serce, a ostat­nio jakby zelżało, teraz powró­ciło z podwójną mocą.

- Dobry Boże - wydu­siła z sie­bie. - Czy coś się stało naszemu pady­sza­chowi, efendi?

- Nie... - pró­bo­wał zała­go­dzić męż­czy­zna, wyczu­wa­jąc nie­po­kój po dru­giej stro­nie para­wanu. - Nasz pan... opu­ścił sto­licę i dotarł do Çorlu.

- Och! - Tym razem ści­śnięte stra­chem serce Hati­dże zatrze­po­tało z rado­ści. - Sły­sza­łaś, Nebile? Nasz ojciec suł­tan dotarł już do Çorlu. Jest bli­sko. Bie­gnij i zbudź wszyst­kie dziew­częta. Niech wszy­scy wezmą się do pracy. Nie­długo przy­bę­dzie suł­tan Selim Groźny. Niech nie zasta­nie wszyst­kich śpią­cych.

Sły­sząc szcze­bio­ta­nie suł­tanki, dziew­czyna od razu się zerwała. Przez para­wan posła­niec nie widział dokład­nie jej twa­rzy, ale był pewien, że jest piękna niczym nimfa. Mógł dostrzec jedy­nie czarne włosy się­ga­jące do bio­der, które falo­wały z każ­dym jej kro­kiem.

- Nie ma powodu do pośpie­chu, suł­tanko... - ode­zwał się męż­czy­zna.

Nebile już miała wyjść, lecz przy­sta­nęła. Hati­dże zawa­hała się. "Znów ogar­nia mnie ten prze­klęty strach", prze­szło jej przez myśl.

- Nie ma? Dla­czego? Çorlu jest prze­cież nie­da­leko, efendi. Kiedy nasz pan dosią­dzie konia, będzie tu przed popo­łu­dniową modli­twą. - Ponow­nie zoba­czyła nie­pew­ność na twa­rzy posłańca. Ogar­nął ją gniew. - Mów, co masz do powie­dze­nia! Dla­czego tak się ocią­gasz? Mów.

- Czci­godny suł­tan... nie może przy­je­chać do Edirne, suł­tanko...

- Ale dla­czego? Çorlu jest bli­sko, po sąsiedzku. Od tylu dni cze­kamy na ten dzień. Nasz pan napi­sał nam, że poroz­ma­wiamy o waż­nych spra­wach. Dla­czego nie przy­je­dzie?

Męż­czy­zna się­gnął do kie­szeni. Wycią­gnął z niej małą sakiewkę i podał paziowi, który w jed­nej chwili poja­wił się przy nim.

- Wielki wezyr pole­cił, żebym wam to prze­ka­zał.

Hati­dże natych­miast wstała. Prze­wró­ciła para­wan, popy­cha­jąc go ze zło­ścią. "O co w tym cho­dzi? - mruk­nęła w duchu. - Dzieje się coś złego, a ja zamiast czym prę­dzej udać się do Çorlu, sie­dzę tu i cze­kam, aż ten męż­czy­zna coś z sie­bie wydusi".

Wście­kła otwo­rzyła sakiewkę, którą podał słu­żący. Ręce drżały jej tak bar­dzo, że w żaden spo­sób nie mogła otwo­rzyć listu, który z niej wycią­gnęła.

- Nebile - jęk­nęła. Kątem oka zauwa­żyła dziew­czynę, która odkąd usły­szała słowa męż­czy­zny o tym, że nie ma pośpie­chu, pozo­stała w kom­na­cie, jakby coś prze­czu­wa­jąc. - Bła­gam cię, otwórz to.

Dziew­czyna natych­miast wyko­nała jej pole­ce­nie. Była to nie­wielka kartka. Podała ją suł­tance. Hati­dże ode­pchnęła ją.

- Nie mogę tego zro­bić. Ty prze­czy­taj, dziecko.

Nebile spoj­rzała na papier. Kiedy prze­czy­tała słowa skre­ślone ręką Piri Paszy, zaparło jej dech w pier­siach. "To... To... To nie­szczę­ście...", pomy­ślała.

- Nie żyje? - spy­tała drżą­cym gło­sem.

Nebile, widząc, w jakim sta­nie jest jej pani, natych­miast ujęła ją pod ramię, żeby ją pod­trzy­mać.

- Nieee... - ode­zwała się pospiesz­nie. - Cóż to za słowa? Boże ucho­waj! Usiądź­cie. Przy­niosę wam chłod­nej wody.

- Nebile! Co z Piri Paszą? Co napi­sał?

Dziew­czyna jed­nym tchem odczy­tała wia­do­mość:

Nasz suł­tan zamie­rzał czym prę­dzej dotrzeć do Edirne i spo­tkać się z Wami, suł­tanko. Jed­nak w Çorlu dostał gorączki. Na wszelki wypa­dek prze­nie­śli­śmy się do obozu w oko­li­cach wsi S?rt Köyü. Tutaj nasz pan chce przez jakiś czas...

Hati­dże nie wysłu­chała do końca.

- Jedziemy do Çorlu. - Pobie­gła w kie­runku drzwi. - Powia­dom­cie Hydyra Agę. Niech natych­miast poczyni przy­go­to­wa­nia. Nie chcemy ruszać w drogę konno. Ty też jedziesz z nami. Pokaż, gdzie jest S?rt Köyu. Pospiesz się!

Hydyr Aga spiął konia, żeby ruszyć przo­dem i prze­ka­zać wia­do­mość o przy­by­ciu suł­tanki. Teraz kapi­tan z Didi­mo­ti­cho stał się odda­nym sługą Hati­dże. Po krwa­wych wyda­rze­niach w dro­dze do sto­licy, kiedy oba­wiał się, że przy­płaci to głową, suł­tanka wzięła go pod swoje skrzy­dła, a nawet zabrała ze sobą do Edirne. Był odpo­wie­dzialny za ochronę nie­wiel­kiego pała­cyku wznie­sio­nego dla córki pady­sza­cha nad brze­giem rzeki. Wpraw­dzie nikt nie nazy­wał go kapi­tanem, ale jako naj­bar­dziej zaufany czło­wiek suł­tanki Hati­dże, Hydyr Aga z Didi­mo­ti­cho cie­szył się powa­ża­niem niczym pasza.

Histo­ria jego konia, który wpadł do jeziora Sapanca i mimo opła­ka­nego stanu odna­lazł swo­jego wła­ści­ciela, stała się praw­dziwą legendą wśród miesz­kań­ców Edirne. Nie­któ­rzy opo­wia­dali o tym, jak kapi­tan Hydyr ura­to­wał suł­tań­ską córkę z kipią­cej topieli, inni mówili o tym, że koń kapi­tana sam rzu­cił się do jeziora i ści­snąw­szy w zębach liny tra­twy, dowlókł ją do brzegu. Baśń i rze­czy­wi­stość mie­szały się ze sobą, ale nikomu to nie prze­szka­dzało. A ta histo­ria była dalej opo­wia­dana mło­dym przez sta­rych pod­czas gawęd nad brze­giem rzeki.

Kiedy ten boha­ter­ski kapi­tan Hydyr na grzbie­cie swo­jej legen­dar­nej Włóczni dotarł do obozu roz­ło­żo­nego w oko­li­cach Çorlu, było już dawno po zmroku. Mię­dzy namio­tami paliły się ogni­ska. Nad pale­ni­skami w samym krańcu obo­zo­wi­ska wisiały czarne kotły, nad któ­rymi uno­siły się kłęby dymu. Hydyr i jego koń w tej samej chwili zwie­trzyli sma­ko­wite zapa­chy gula­szu z cebulą i świe­żego owsa.

Nagle jan­cza­rzy peł­niący straż zastą­pili im drogę.

Hydyr Aga natych­miast prze­ka­zał im wia­do­mość:

- Suł­tanka Hati­dże jest o dzie­sięć minut drogi stąd. Moja pani zaraz tu będzie.

- Prze­jedź tu z tym zwie­rzę­ciem.

W innej sytu­acji kapi­tan pew­nie by się obu­rzył, ale tym razem przy­jął to spo­koj­nie. To nie był czas na roz­mowę. Żoł­nie­rze byli ponu­rzy i oso­wiali. Widać było, że są zbyt przy­gnę­bieni, żeby się prze­ciw­sta­wić. Kapi­tan zsiadł z konia.

- Nasz suł­tan...

Jak miał to powie­dzieć? Nie potra­fił. Żoł­nie­rze odwró­cili głowy i wlo­kąc sto­pami po ziemi, wró­cili na miej­sce warty. Naj­wy­raź­niej nie mieli odwagi nic powie­dzieć.

Sto­jący na samym środku namiot pady­sza­cha był oświe­tlony, a wej­ście do niego uchy­lone. Wyszło z niego dwóch męż­czyzn - jeden stary, drugi młody. Hydyr Pasza natych­miast roz­po­znał Piri Paszę.

- Paszo! - zawo­łał.

Takie zacho­wa­nie nie było wła­ściwe, ale w tej chwili nikt nie zwra­cał na to uwagi.

Sta­rzec spoj­rzał w jego stronę. Hydyr pod­szedł do niego pospiesz­nie i pozdro­wił.

- Wiemy, że wam uchy­bi­li­śmy, paszo. Przy­pisz­cie to naszemu pośpie­chowi. Jedzie tu suł­tanka Hati­dże.

- Jedzie? Ale...

Wielki wezyr wymie­nił spoj­rze­nia z towa­rzy­szą­cym mu mło­dzień­cem.

- Napi­sa­li­śmy prze­cież czci­god­nej suł­tance...

Nie zdą­żył dokoń­czyć zda­nia. Kiedy usły­szeli tętent zbli­ża­ją­cych się kopyt, pojął, że to zbędne.

- Już tu jest - powie­dział.

Kapi­tan zauwa­żył, że młod­szy męż­czy­zna szep­nął coś do ucha wiel­kiemu wezy­rowi. Meh­med Pasza ski­nął głową, przy­zna­jąc mu rację. Póź­niej zwró­cił się do Hydyra:

- Synu, jak sądzę, słu­żysz czci­god­nej suł­tance. Prze­każ więc swo­jej pani, że w tej chwili nasz suł­tan odpo­czywa. Nie nie­po­kójmy go. Ocze­ku­jemy jej w swoim namio­cie.

Kiedy Hydyr pospie­szył do głów­nej bramy obozu, wielki wezyr i nie­od­stę­pu­jący go mło­dzie­niec znik­nęli w namio­cie znaj­du­ją­cym się tuż obok namiotu pady­sza­cha.

Gdy tylko Hati­dże, w towa­rzy­stwie Nebile, weszła do namiotu, szyb­kim kro­kiem ruszyła w stronę Meh­meda Paszy.

- Paszo, przy­je­cha­łam natych­miast, kiedy dosta­łam wasz list. Czy czci­godny pady­szach jest bar­dzo chory?

Wielki wezyr pomi­nął mil­cze­niem pyta­nie suł­tań­skiej córki.

- Jeśli pozwo­li­cie, przed­sta­wię wam nadwor­nego medyka Alego Cze­le­biego.

Hati­dże, która zabro­niła nawet wyma­wiać przy niej słowa "medyk", nie zare­ago­wała. Nic nie poczuła. Jej serce nie zabiło moc­niej. Natych­miast zwró­ciła się do medyka, który był przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści lat młod­szy od Piri Paszy.

- Jak się czuje nasz ojciec?

Pochwy­ciła ukrad­kową wymianę spoj­rzeń obu męż­czyzn.

- Jego stan jest bar­dzo ciężki? Powiedz­cie wresz­cie. Co to za cho­roba? Posta­wiono dia­gnozę?

- Suł­tanko...

- Skoro ma tak wysoką gorączkę, że nie może podró­żo­wać dalej...

- Suł­tanko...

Hati­dże widziała, że medyk pró­buje jej prze­rwać, jed­nak nie sły­szała jego głosu.

- Jakie poda­li­ście lekar­stwa?

- Suł­tanko!

Tym razem zza zasłony medyk ode­zwał się gło­śniej­szym tonem.

- Edirne jest stąd nie­da­leko. Powo­zem... W takim namio­cie... Tam będzie lepiej... Może jechać?

- Suł­tanko Hati­dże, dziecko.

W końcu wielki wezyr musiał ją uci­szyć. Ujął ją za nad­gar­stek.

- To czas spo­koju, dziecko. Spo­koju i modli­twy za naszego czci­god­nego pady­sza­cha i jego pomyślne rządy na tej ziemi...

- Mój Boże... Mój Boże...

Hati­dże zasło­niła usta. W jej wnę­trzu roz­legł się roz­pacz­liwy krzyk: "Czyżby jeden z dwóch męż­czyzn w moim życiu mnie opusz­czał? Ojciec mnie zosta­wia?!".

- Ali Cze­lebi prze­każe wam wia­do­mo­ści o sta­nie naszego pana. Jed­nak naj­pierw usiądź­cie. Synu... - Natych­miast poja­wił się słu­żący cze­ka­jący przy wej­ściu do namiotu. - Przy­nieś wody czci­god­nej suł­tance.

Hati­dże zajęła miej­sce wska­zane przez wiel­kiego wezyra. Nebile zaś natych­miast przy­klę­kła przy niej, ujmu­jąc jej ręce mię­dzy swoje dło­nie. "Ceva­hir też tak robiła - w jed­nej chwili prze­szło przez myśl Hati­dże. - W trud­nych dla mnie chwi­lach brała mnie za ręce... Ach, Ceva­hir, droga przy­ja­ciółko. Widzisz? Cier­pie­nie nie opusz­cza two­jej suł­tanki".

Nadworny medyk odchrząk­nął.

- Powsta­nie Dże­lali2 bar­dzo przy­gnę­biło naszego pana - zaczął, a w jego gło­sie sły­chać było udrękę.

Hati­dże kiw­nęła głową.

- Poczuł się lepiej, kiedy ten łgarz Bozo­klu Dże­lal, który ogło­sił się Panem Cza­sów i Mesja­szem Prze­zna­cze­nia, został poko­nany na przed­po­lach Ankary. Jed­nak wtedy na ple­cach naszego pana poja­wił się ten upo­rczywy wrzód. Nasz suł­tan się tym nie prze­jął. Nie uznał też za sto­sowne, żeby nas o tym powia­do­mić. Był prze­ko­nany, że to samo znik­nie. Lecz kiedy czy­rak stał się bole­sny, zwie­rzył się z tego swo­jemu poko­jow­cowi Hasa­nowi Dża­nowi. To on nam powie­dział. Hasan Dżan, zba­daw­szy dłońmi plecy naszego pana, zauwa­żył na nich obrzmie­nie wiel­ko­ści gołę­biego jaja. Kiedy odsło­nił koszulę, zoba­czył wrzód. Zgod­nie z tym, co mówił, miał duży czarny czu­bek niczym pta­sie oko. Dookoła zoba­czył czer­wo­no­pur­pu­rową opu­chli­znę. Nawet przy naj­de­li­kat­niej­szym dotyku nasz pan pod­ska­ki­wał z bólu. Hasan Dżan pora­dził, że będzie dobrze, jeśli zoba­czy to medyk, jed­nak pady­szach, jak to powie­dzieć, wie­cie...

Męż­czy­zna nagle zamilkł, jakby ktoś mu kazał. Kiedy Hati­dże unio­sła głowę, zauwa­żyła, że Nebile też wpa­truje się w Alego Cze­le­biego.

Dziew­czyna sie­dząca u jej stóp słu­chała męż­czy­zny z sze­roko otwar­tymi oczami. Medyk jakby dopiero teraz ją dostrzegł i ode­brało mu mowę. Przez chwilę Hati­dże prze­no­siła spoj­rze­nie mię­dzy nimi.

Nebile była taka piękna. Miała świeże, zaró­żo­wione policzki, orze­chowe oczy, kształtne brwi i dłu­gie rzęsy, a usta jak cze­re­śnie. Dziew­czyna, bar­dziej niż słu­chać męż­czy­zny, zda­wała się pochła­niać wzro­kiem twarz medyka z oka­la­jącą ją czarną brodą i jego syl­wetkę.

"Nie", jęk­nęła w duszy Hati­dże. Wyrzu­ciła tę scenę z pamięci, a teraz odżyła na nowo, tylko tym razem akto­rzy byli inni. Przed laty to ona była na miej­scu Nebile, a rolę Alego Cze­le­biego grał jej sło­wik. "Boże - modliła się. - Nie rób mi tego. Nie dopuść do tego, żeby to dziecko, które tak kocham, podzie­liło mój los".

- Tak - prze­rwała prze­dłu­ża­jące się mil­cze­nie. - Słu­cham.

Twarz Alego Cze­le­biego pokryła się rumień­cem. "Zupeł­nie jak on - pomy­ślała Hati­dże. - Zupeł­nie jak on...". Nebile też zro­zu­miała ton głosu swo­jej pani. Zawsty­dzona ucie­kła spoj­rze­niem od medyka i utkwiła wzrok w prze­strzeni.

Medyk zaniósł się uda­wa­nym kasz­lem, pró­bu­jąc zna­leźć wymówkę dla tej ciszy.

- Czci­godny pady­szach nale­gał, żeby wyci­snąć wrzód. Hasan Dżan twier­dzi, że nie miał innego wyj­ścia. Zro­bił to tydzień przed wyru­sze­niem do Edirne. Nasz pan poczuł się lepiej. Bóle ustały. Powie­dział nawet poko­jow­cowi: "Masz uzdra­wia­jące dło­nie, Hasa­nie Dża­nie. Jeśli chcesz, mia­nuję cię swoim medy­kiem".

Hati­dże zauwa­żyła, że spoj­rze­nie medyka znów wędruje ku Nebile. Roz­gnie­wała się. "Co to za zuchwal­stwo - żach­nęła się. - My mar­twimy się o zdro­wie naszego ojca, a Cze­lebi o swoje serce".

- Myśli­cie o czymś? - wyrzu­ciła z sie­bie bez­wied­nie. - Wydaje nam się, że coś ukry­wa­cie. Nie rób­cie tego. Powiedz­cie wszystko, jak­kol­wiek jest to bole­sne. Wiemy, jak radzić sobie z cier­pie­niem i prze­ciw­no­ściami losu.

- Nasz pan powie­dział, że to stało się dwa dni przed wyru­sze­niem w drogę. Na wrzo­dzie znów poja­wił się czu­bek i zaczęły się bole­ści. Tym razem jesz­cze sil­niej­sze. Surowo przy­ka­zał Hasa­nowi Dża­nowi, żeby nikomu o tym nie wspo­mi­nał. W tym sta­nie wyru­szyli w drogę. Wczo­raj zauwa­ży­łem, że coś mu dolega. Jakby zachwiał się na grzbie­cie Bia­łego Dymu. Nikt nie widział w takim sta­nie Selima Groź­nego, który bez cie­nia zmę­cze­nia prze­kra­czał pusty­nie, żeby dotrzeć do ducho­wego domu naszego pro­roka3.

Wtedy wtrą­cił się Piri Meh­med Pasza.

- Kiedy nasz pan powie­dział, że nie czuje się dobrze, zatrzy­ma­li­śmy się. Miał trud­no­ści, nawet zsia­da­jąc z Bia­łego Dymu. Nagle zauwa­ży­li­śmy, że pady­szach jest cały roz­pa­lony. Natych­miast wezwa­li­śmy medy­ków. Dopiero wów­czas wszy­scy dowie­dzie­li­śmy się o wrzo­dzie.

Hati­dże znów przy­ła­pała medyka na tym, że ukrad­kiem przy­gląda się Nebile. Nie mogła już tego znieść.

- Cze­lebi! - Kiedy męż­czy­zna pod­sko­czył, pró­bo­wała nadać swo­jemu gło­sowi łagod­niej­szy ton. - Jaką posta­wiono dia­gnozę? Co to za wrzód?

Nawet Nebile zauwa­żyła naganę w jej gło­sie. Bio­rąc ją czę­ściowo na sie­bie, powoli odwró­ciła się ple­cami do męż­czy­zny, żeby uwol­nić się od czar­nych oczu Alego Cze­le­biego. Głowę zaś oparła na kola­nach swo­jej pani.

- Wąglik.

"Szpon lwa - jęk­nęła bez­gło­śnie Hati­dże. Przy­pa­dłość Selima Groź­nego odpo­wia­dała har­towi jego ducha. - Losie - lamen­to­wała - znów się na mnie uwzią­łeś".

- Jest bar­dzo nie­bez­pieczny - powie­dział medyk nieco prze­mą­drzale.

Na jego twa­rzy malo­wało się przy­gnę­bie­nie. Jed­nak Hati­dże upa­try­wała jej źró­dła raczej w tym, że Nebile odwró­ciła się do niego ple­cami, niż w cho­ro­bie pady­sza­cha.

- Kiedy wyci­śnięto wrzód, ten się uzło­śli­wił. Ropa prze­nio­sła się w inne miej­sca na ciele naszego pana.

- Och... Inne miej­sca? Gdzie?

Ali Cze­lebi zawa­hał się. Posłał wiel­kiemu wezy­rowi ukrad­kowe spoj­rze­nie. Pierw­szy wezyr wzru­szył ramio­nami.

- Gdzie? - pona­gliła go Hati­dże.

- Wybacz­cie - szep­nął medyk. - Na przy­kład na lewą pachwinę naszego pana. Jesz­cze dwa poja­wiły się na ple­cach.

- Co zro­bi­li­ście?

- Czci­godny pady­szach zażywa opium, żeby uśmie­rzyć ból. Zabro­ni­li­śmy mu tego. Opium roz­ją­trza wrzody. Oczy­ści­li­śmy ranę i przy­ło­ży­li­śmy okład z dzieg­ciem.

Kobietę ogar­niała coraz więk­sza złość.

- Czyli przy­kry­li­ście ranę. Nie­ważne, co jest w środku, tak? Pozo­sta­wi­li­ście naszego ojca na pastwę losu? To chce­cie nam powie­dzieć, Cze­lebi?

Zarówno Piri Pasza, jak i Ali Cze­lebi spoj­rzeli zdzi­wieni na Hati­dże. Nie zro­bili niczego, żeby zasłu­żyć na taki gniew, lecz jedy­nie uczy­nili to, co nale­żało.

- Skoro zabro­ni­li­ście mu też zaży­wać opium, ozna­cza to, że pozo­sta­wi­li­ście go w bólach i cier­pie­niu.

Cze­lebi pró­bo­wał coś powie­dzieć, ale nie mógł wydu­sić z sie­bie słowa.

- Dziecko... - ode­zwał się szep­tem wielki wezyr.

- Słu­cham, paszo?

- Medycy zasto­so­wali wiele róż­nych elik­si­rów, żeby uśmie­rzyć ból czci­god­nego suł­tana. Pady­szach poczuł się dużo lepiej. Spo­koj­nie po nich zasnął.

- Chcemy go zoba­czyć.

Hati­dże szybko pod­nio­sła się z miej­sca.

Nebile o mały włos się nie prze­wró­ciła. W ostat­niej chwili zła­pała rów­no­wagę. Ona także pospiesz­nie wstała.

- Nasz pan śpi, suł­tanko. Dajmy mu odpo­cząć. Przez całą noc nie mógł zasnąć. I przez cały dzień. Śpi dopiero od godziny. Nękały go silne bóle. Pozwólmy mu jesz­cze tro­chę odpo­cząć.

- Okład z głogu - ode­zwał się cicho Ali Cze­lebi, pró­bu­jąc się bro­nić - prze­bije czu­bek wrzodu. Pozwoli, żeby wypły­nęła ropa. Jeśli uda nam się ją cał­ko­wi­cie usu­nąć...

- Chcemy zoba­czyć naszego ojca, Cze­lebi.

Męż­czy­zna bez­rad­nie spoj­rzał na Meh­meda Paszę.

- Chcemy zoba­czyć naszego ojca, paszo. Jeśli spró­bu­je­cie nas powstrzy­mać, spra­wię, że tego poża­łu­je­cie.

Rozdział XLII

XLII

Wielki wezyr Piri Meh­med Pasza wes­tchnął w duchu: "Ach, wielki Seli­mie, popatrz na swoją córkę. Kiedy się roz­gniewa, jest taka podobna do cie­bie. Czy ktoś znaj­dzie odwagę, żeby spoj­rzeć w te oczy?".

Pochy­lił głowę z pokorą.

- Ali Cze­lebi zabie­rze was do naszego pana.

Medyk ruszył przo­dem, a Hati­dże i Nebile za nim. W pew­nej chwili Hati­dże zła­pała dziew­czynę za nad­gar­stek i spoj­rzała jej głę­boko w oczy.

Nebile nie wie­działa, co zro­bić. Zro­zu­miała jej spoj­rze­nie. Nie wie­działa nato­miast, czy suł­tance spodoba się to, co wyczyta w jej oczach. Czy roz­po­zna, że zako­chała się w Alim Cze­le­bim od pierw­szego wej­rze­nia?

- Moja suł­tanko.

Zawsty­dzona ucie­kła wzro­kiem.

- Popatrz na mnie.

Spoj­rzała i wtedy zro­zu­miała. Zro­biła to, co naka­zała jej pani. Przez chwilę patrzyły na sie­bie. Dla Hati­dże była to chwila, ale dla Nebile wyda­wała się trwać tysiąc lat. "Boże Ojcze - jęk­nęła w duchu dziew­czyna. - Moja suł­tanka zro­zu­miała. Wyczy­tała to w moich oczach. Wie, że się w nim zako­cha­łam".

Hati­dże domy­śliła się wszyst­kiego. Czy można było oprzeć się strzale prze­zna­cze­nia? Jej to się nie udało, a mia­łoby się udać pięk­nej i mło­dej Nebile? Pomimo prze­ra­że­nia i nie­po­koju rysy jej twa­rzy powoli zaczęły łagod­nieć. Poja­wił się na niej uśmiech pełen miło­ści.

- Chodź ze mną - szep­nęła. - Będziesz mi potrzebna, dziecko. Nie zosta­wiaj mnie samej.

Pochmurna twarz Nebile od razu się roz­ja­śniła. "Nie roz­gnie­wała się! - wykrzyk­nęła w myślach. - Moja suł­tanka nie roz­gnie­wała się na moje uczu­cia!".

Medyk uchy­lił połę wej­ścia do namiotu suł­tana, do któ­rego wstępu bro­nili straż­nicy sto­jący po obu stro­nach, i zro­bił przej­ście dla Hati­dże i Nebile. Kiedy Hati­dże zer­k­nęła ponad ramie­niem, zauwa­żyła, że Ali Cze­lebi idzie zaraz za Nebile.

- Wy nie, Cze­lebi. - Jej głos był srogi i zde­cy­do­wany. Zer­k­nęła na dziew­czynę, żeby spraw­dzić, jakie wra­że­nie zro­biły na niej te słowa. Wyda­wało się, że blask w oczach Nebile natych­miast zgasł. - Wy - pod­jęła - zostań­cie tu z moją Nebile. Chcemy przez chwilę być same z naszym ojcem.

"Ale się ucie­szyli", pomy­ślała Hati­dże. Wie­działa, że nie powstrzyma tego, co ma się stać. Nauczył ją tego los. Co ma być, to będzie. Ale tym razem będzie ina­czej. Teraz już wie­działa, jak sta­wiać czoła prze­zna­cze­niu. Może zbyt późno, ale nauczyła się tego. Nie wolno pod­da­wać się losowi. Posta­no­wiła nie spusz­czać oka z nadwor­nego medyka. "Jeśli zoba­czę coś, co mi się nie spodoba, nie chcia­ła­bym być w two­jej skó­rze, Cze­lebi - mruk­nęła. - Możesz być młody i przy­stojny, a miłość mojej Nebile może opły­nąć cię niczym woda, ale wiedz, że nie przy­mknę oczu na jej krzywdę. Nie pozwolę, żeby Nebile spo­tkał ten sam los".

Jeśli będzie trzeba, odbie­rze życie, ale nie pozwoli, żeby Nebile cier­piała tak jak ona i sto­czyła się w ciemną pustkę, w którą sama wpa­dła.

Kiedy Ali Cze­lebi zro­zu­miał, że zosta­nie sam na sam z dziew­czyną, pod­biegł i uchy­lił zasłonę oddzie­la­jącą część, w któ­rej spał pady­szach. Hati­dże zoba­czyła, że ktoś sie­dzi przy ojcu i czyta Koran. Hasan Dżan zaś klę­czał i cicho pła­kał. Ali Cze­lebi dał im znak, żeby wyszli. Hodża dokoń­czył ostat­nie wersy i obaj opu­ścili namiot.

Hati­dże rozej­rzała się po wnę­trzu. Ude­rzył ją pewien zapach - ciężki i przy­tłu­mia­jący wonie uno­szące się z aro­ma­tycz­nych kadzi­deł roz­ta­cza­ją­cych wokół cie­niutką zasłonę dymu. To był odór ropy.

Pode­szła i sta­nęła przy łożu ojca. Tęsk­nie na niego spoj­rzała. Miała ochotę objąć go, zawo­łać: "To ja!", pła­kać, opie­ra­jąc głowę na jego piersi, ale nic takiego nie zro­biła. Była w sta­nie tylko stać i patrzeć, jakby była obca.

"Śpi", domy­śliła się.

Nagle zdzi­wiła się.

Czy to był orzeł pól bitew­nych Selim Chan, który siał postrach na dwóch kon­ty­nen­tach, szedł jak burza przez egip­skie pusty­nie, Mame­lu­ków i Safa­wi­dów? Czy ten blady, wychu­dzony męż­czy­zna był suł­ta­nem Seli­mem Groź­nym, przed któ­rym na rów­ni­nie Çald?ran uciekł szach Ismail, pozo­sta­wia­jąc swój tron, który poko­nał Al-Ash­rafa al-Ghaw­riego pod Mardż Dabik, Dżan­ber­diego Al-Gha­zali pod Ar-Raj­da­nijją, Tuman­baja na pustyni w Gazie i który zasiadł na tro­nie w Kairze?4 Przez chwilę Hati­dże miała sza­leń­czą ochotę krzyk­nąć: "Wstań! Wstań, boha­ter­ski suł­ta­nie! Wstań, ty, który chwy­ci­łeś sztan­dar islamu i przy­nio­słeś go do serca Impe­rium Osmań­skiego! Wstań, naj­więk­szy z rodu Osmana, o naj­dziel­niej­szy! Wstań, nie­zrów­nany dowódco, który zdo­by­łeś to, co święte! Wstań i przy­pasz sza­blę! Czy to wła­ściwe tak leżeć, kiedy pań­stwo czeka na twoją służbę?".

Nie, to nie było wła­ściwe. "Prze­klęte zasady - żach­nęła się w duchu Hati­dże. - Nie przy­stoi ci tak leżeć!".

Oczy orła, w które nikt nie miał odwagi spoj­rzeć, były zamknięte. Tak bar­dzo się zesta­rzał, odkąd widziała go po raz ostatni. Tym­cza­sem miał dopiero pięć­dzie­siąt lat. Pod­czas swo­jego ośmio­let­niego pano­wa­nia dotarł tam, gdzie nie udało się dotrzeć wielu wład­com, zatknął sztan­dar Impe­rium Osmań­skiego z trzema pół­księ­ży­cami w miej­scach, o któ­rych wielu nawet się nie śniło.

Hati­dże nie wytrzy­mała dłu­żej.

- Ojcze?

Była pewna, że wyszep­tała to słowo, ale dla niej było jak krzyk.

Nie poru­szył się.

- Ojcze, to ja.

Selim się nie poru­szył.

- To ja, twoja córka, Hati­dże. Twoja kró­lowa Tomy­ris.

Nic się nie zmie­niło. Suł­tan Selim spał.

- Otwórz swoje orle oczy.

Coś sta­nęło jej w gar­dle. Zakryła usta, żeby stłu­mić szloch.

- Hati­dże...

"Czy to naprawdę się stało?".

Szept! Dobry Boże! Jego powieki drgnęły. Głos był tak cichy, że nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście go sły­szała.

- Ojcze?

- Jecha­li­śmy do cie­bie, Hati­dże.

Tym razem zyskała pew­ność. Sły­szała go.

- Nie mogły­śmy się docze­kać. Przy­je­cha­ły­śmy do cie­bie, ojcze. Chcia­ły­śmy przy­wi­tać naszego czci­god­nego pady­sza­cha.

- Co zro­bić? Siły wystar­czyło nam, żeby dotrzeć tylko tutaj. - Na chwilę jego twarz ści­snął ból. - Jed­nak... wie­dzie­li­śmy, że nasza córka pospie­szy do nas.

Z wiel­kim tru­dem wypo­wia­dał każde słowo.

- Nie prze­mę­czaj­cie się.

Nagle ojciec otwo­rzył oczy. Miała wra­że­nie, że cier­pie­nie na jego twa­rzy na chwilę znik­nęło.

- Hati­dże?

- Słu­cham, panie.

- Ojcze... - Jego głos prze­szedł w szept. - Nawet jeśli na to nie zasłu­ży­li­śmy, chcemy, żebyś mówiła do nas "ojcze". Przy­naj­mniej teraz.

Hati­dże z miło­ścią ujęła rękę pady­sza­cha mię­dzy swoje dło­nie.

- Ojcze, jeste­ście moim ojcem dziel­nym jak lew. Wczo­raj, teraz i na zawsze.

Nagle przy­gry­zła wargi, zda­jąc sobie sprawę, jak nie­wła­ściwe jest nazy­wa­nie lwem kogoś, kto nie jest w sta­nie nawet poru­szyć głową.

- Jeste­śmy sami?

Hati­dże zdzi­wiła się.

- Słu­cham, tato suł­ta­nie?

- Jeste­śmy sami?

- Tak.

- Wiesz, gdzie jeste­śmy?

- Nie­da­leko jest wio­ska.

Twarz Selima ścią­gnął ból. Powoli pokrę­cił głową.

- Tutaj... - wes­tchnął. - Tutaj poko­na­li­śmy naszego ojca Baja­zyda Chana i zrzu­ci­li­śmy go z tronu, Hati­dże.

Nie wie­działa, co powie­dzieć. Czy los mógł być tak okrutny? "Czyż­by­śmy byli prze­klęci?", prze­szło jej przez myśl. Czy to prze­kleń­stwa jej dziada, stry­jów i kuzy­nów tak w nich ude­rzały?

- Co za spra­wie­dli­wość losu, Hati­dże. Widzia­łaś? Powa­lił nas na rów­ni­nie, gdzie pognę­bi­li­śmy naszego ojca.

Przez chwilę mru­czał coś, czego Hati­dże nie mogła zro­zu­mieć. Wyda­wało jej się, że mówi: "Oto, na co zasłu­guje ten, który ode­brał życie swo­jemu ojcu". Drgnęła prze­ra­żona, ale nie miała czasu, żeby o to zapy­tać.

- Zbliż się i posłu­chaj mnie uważ­nie. Nie sądzę, żebym był w sta­nie to powtó­rzyć. Córko...

Hati­dże nachy­liła się nad ojcem.

- Poczy­ni­li­śmy pewne przy­go­to­wa­nia - mówił z tru­dem suł­tan Selim. - W tajem­nicy. To dalece poufne. Nikt nie może się o tym dowie­dzieć. Nie­które... Nie­które są tylko w naszej gło­wie. Rozu­miesz? Hati­dże... Tylko... Jest to też po czę­ści powód naszego przy­by­cia w te strony.

Nagle Hati­dże drgnęła. Jak to? Ojciec nie przy­je­chał z tęsk­noty za nią, żeby się zoba­czyć, ale żeby ukryć swoje sekretne plany?

Selim odczy­tał wyraz twa­rzy córki. Pró­bo­wał się uśmiech­nąć, a nawet unieść rękę i pogła­skać ją po policzku, ale mu się nie udało. Jego twarz ponow­nie ścią­gnął ból.

- Nie gnie­waj się. - Spo­mię­dzy jego warg wydo­był się jękliwy szept. - Tak nale­żało zro­bić, kró­lowo Tomy­ris.

- Nie prze­mę­czaj­cie się.

Ponow­nie nachy­liła się nad ojcem. "Kró­lowa Tomy­ris, tak?".

- Muszę to powie­dzieć. Nie mamy zbyt wiele czasu. Jeste­śmy u kresu naszej drogi. To, czego nie dopro­wa­dzi­li­śmy do końca, musi dokoń­czyć nasz syn.

- Ojcze! - Hati­dże pró­bo­wała zasło­nić ręką usta suł­tana.

Selim ostat­kiem sił oswo­bo­dził się spod jej dłoni.

- Każdy rodzi się i umiera. Kró­lowa Tomy­ris dobrze o tym wie. To pań­stwo jest wieczne, ale nie jego sługa. Niech trzy­mają naszą śmierć w tajem­nicy, dopóki czci­godny pady­szach suł­tan Sulej­man chan nie przy­pa­sze sza­bli i nie zasią­dzie na tro­nie.

Zamilkł, żeby nabrać powie­trza. Oddy­chał z coraz więk­szą trud­no­ścią. Jego pierś uno­siła się i opa­dała jak miech kowal­ski.

- Wielki wezyr posłał do naszego syna pię­ciu kon­nych. Każdy z nich poje­dzie do Seru­hanu inną drogą, żeby piąty dotarł na miej­sce, jeśli czte­rem pozo­sta­łym coś się sta­nie. Sulej­man musi natych­miast udać się do sto­licy. Tron nawet przez jeden dzień nie może być pusty, Hati­dże. Rozu­miesz to? Nie może.

- Ojcze, ale... - Nagle na twarz pady­sza­cha spa­dła poje­dyn­cza kro­pla. Córka obmy­wała obli­cze suł­tana Selima swo­imi łzami. - Tatu­siu...

- Teraz, posłu­chaj. Powiem ci naj­waż­niej­szą rzecz. Nachyl się.

Hati­dże zro­biła to, co pole­cił jej ojciec. Jej ucho nie­mal doty­kało jego warg. Kiedy pady­szach szep­tał, ona słu­chała z uwagą i nie­do­wie­rza­niem.

- Zro­zu­mia­łaś? - zapy­tał w końcu suł­tan.

- Tak.

- Weź je. Zro­zu­mia­łaś, gdzie są, prawda? Weź je, prze­czy­taj i daj Sulej­ma­nowi. Niech pozna nasze słowa, zamie­rze­nia i cele. Jeśli uzna to za przy­sięgę daną ojcu, zrobi to, co należy. Jeśli zaś uzna, że podąży wła­sną drogą, takie będzie jego prawo jako suł­tana. Niech będzie, jak zde­cy­duje. Niech to zosta­nie pomię­dzy synem Selima Chana, suł­ta­nem Sulej­ma­nem, który wstąpi na tron, a jego sio­strą suł­tanką Hati­dże. Dobrze?

- Ojcze... - jęk­nęła Hati­dże.

Mogła jedy­nie pła­kać. Los odbie­rał jed­nego z dwóch męż­czyzn jej życia. Z każdą chwilą ojciec był coraz słab­szy.

- Jesz­cze jedno - powie­dział Selim. - Za moim pasem jest nie­wielka kartka. Weź ją.

Hati­dże wycią­gnęła zza ojcow­skiego pasa skra­wek papieru.

- Dobrze - mruk­nął Selim. - Daj ją mojej żonie, suł­tance Hafsie, kiedy razem z naszym synem przy­bę­dzie do sto­licy. Niech w szczę­ściu i pomyśl­no­ści odgrywa rolę suł­tanki valide.

Przez chwilę chciała roz­wi­nąć zwój i go prze­czy­tać.

- Nie teraz - ode­zwał się jej ojciec. Pomimo całego cier­pie­nia pró­bo­wał się wypro­sto­wać, żeby ją powstrzy­mać. Hati­dże zamknęła list w dłoni. Suł­tan Selim z jękiem opadł na posła­nie. - Póź­niej. Póź­niej, kiedy to się skoń­czy... - Spoj­rzał na nią gasną­cymi oczami. - Zbliż dłoń do moich ust, Hati­dże.

Nagle poczuła na dłoni roz­pa­lone gorączką wargi ojca. Wszystko w niej zajęło się ogniem. "Nie!", wykrzyk­nęła w duchu.

Pady­szach cało­wał jej dłoń. Był to poże­gnalny poca­łu­nek, prośba o wyba­cze­nie, a może poca­łu­nek pojed­na­nia z córką.

- Dzięki Ci, Boże - jęk­nął. - Dałeś swo­jemu słu­dze tyle życia, żeby docze­kał wyba­cze­nia naszej córki. W końcu pozwo­li­łeś nam być ojcem naszej Hati­dże. Nie ma już nic waż­niej­szego, nic wyż­szego dla Two­jego sługi Selima. Jestem gotów. Możesz teraz wziąć to, co mi powie­rzy­łeś.

Utkwił oczy osnute cie­niem śmierci w Hati­dże. Dopiero teraz zro­zu­miał, skąd ta wil­goć na jego twa­rzy. Jego córka pła­kała. Łzy pły­nęły jej z oczu jak deszcz. Koiły tra­wiącą go gorączkę. "Boski deszcz", prze­mknęło mu przez myśl.

- Nie płacz - szep­nął. - Kró­lowa Tomy­ris nie pła­kała. Suł­tanka Hati­dże też nie może pła­kać.

Jakby bra­ko­wało mu powie­trza. Wal­czył o każdy oddech.

- Teraz idź. Daj Sulej­ma­nowi Adze to, co ci powie­dzia­łem. Idź. Nie chcę, żebyś widziała, jak umie­ram. Zapa­mię­taj mnie na zawsze jako Selima Groź­nego, o czar­nych brwiach, oczach sokoła, orlim spoj­rze­niu i pod­krę­co­nym wąsie, któ­rego gniew jest po tysiąc­kroć gor­szy od bicza. Tak będzie lepiej. Idź. Jedź pro­sto do sto­licy.

Hati­dże deli­kat­nie unio­sła rękę ojca, za któ­rym tak tęsk­niła. Obsy­pała jego dłoń poca­łun­kami. Wypro­sto­wała się. Uca­ło­wała jego policzki, które obmyła swo­imi łzami.

- Seli­mie Cha­nie - szep­nęła - dopóki ta dusza będzie trwać w tym ciele, Hati­dże zawsze będzie pamię­tała cię jako jedy­nego, uko­cha­nego ojca.

W tej samej chwili zoba­czyła łzy w jego oczach.

Suł­tan Selim pła­kał.

- Idź.

Nagle ich dło­nie się roz­dzie­liły. Hati­dże po raz ostatni spoj­rzała na ojca. Pra­gnęła ujrzeć na jego twa­rzy naj­mniej­szy uśmiech. "Boże - modliła się. - Pro­szę, w tej ostat­niej chwili roz­ja­śnij jego twarz uśmie­chem. Takim go do sie­bie zabierz. Nie odma­wiaj mojemu ojcu swo­jego raju".

Roz­legł się świst bicza i czte­ro­konny powóz ruszył do sto­licy, koły­sząc się na wszyst­kie strony.

Hati­dże nawet nie zauwa­żała wstrzą­sów, które mio­tały nią na boki, a w więk­szo­ści spra­wiały, że pra­wie ude­rzała głową w sufit.

Nebile sie­działa naprze­ciwko niej. Z oczu dziew­czyny wciąż pły­nęły łzy. Kiedy Hati­dże wycią­gnęła rękę, żeby je otrzeć, poczuła ból pra­wej dłoni. Od jej ści­ska­nia paznok­cie wbiły się w skórę. Gdy otwo­rzyła dłoń, ujrzała nie­wielki skra­wek papieru, który wyjęła zza pasa ojca. Zapo­mniała o nim.

Pró­bo­wała się uśmiech­nąć do Nebile patrzą­cej na nią przez rzęsy mokre od łez.

- Nie płacz, dziecko.

- Ale... ale ty pła­czesz, moja suł­tanko.

Naprawdę pła­kała? Nawet nie zda­wała sobie z tego sprawy. Czuła tylko ból.

- Posłu­chaj, ja też już nie będę pła­kać. Widzisz? - Znów pró­bo­wała się uśmiech­nąć. - Dobrze? Już koniec. Mamy przed sobą długą drogę. Spró­buj się chwilę prze­spać.

Nebile pokrę­ciła głową.

- Nebile nie może spać, dopóki nie zaśnie moja suł­tanka.

Hati­dże nic nie odpo­wie­działa. Przy­mknęła oczy. Musiała jak naj­szyb­ciej dotrzeć do Nowego Pałacu. Musi wziąć list ojca, który ma prze­ka­zać Sulej­ma­nowi, zanim kto­kol­wiek go znaj­dzie.

Na chwilę przed jej oczami poja­wili się Sulej­man Aga i matka. Obraz twa­rzy dwojga uko­cha­nych ludzi zda­wał się koić jej ból.

Powoli roz­ło­żyła kartkę, którą miała w dłoni.

Naj­droż­sza córko!

Kiedy wczo­raj w nocy bóle nieco ustały, myśla­łem o swoim życiu. O tym, co zro­bi­łem i czego nie zro­bi­łem, a może nie zdo­ła­łem zro­bić... Sulej­ma­nowi, Tobie, mojej żonie, matce mojej córki suł­tanki. "Ach, Hafso - jęk­ną­łem. - Ach, moja pełna poświę­ce­nia, gaze­lo­oka Hafso". Z moich ust wydo­był się bejt:

Kiedy przed moją potęgą drżały nawet lwy,

Los spra­wił, że sta­łem się nie­wol­ni­kiem tych gaze­lich oczu.

Prze­każ te słowa jako ostat­nie pozdro­wie­nie od Selima dla jego żony, moja suł­tanko Hati­dże.

Nagle Hati­dże prze­stała się powstrzy­my­wać i wpa­dła w roz­pacz.

Nebile zerwała się z miej­sca i usia­dła przy niej.

- Moja suł­tanko. - Scho­wała głowę w zagłę­bie­niu jej szyi. - Nie płacz, moja naj­droż­sza suł­tanko. Nie płacz.

Rozdział XLIII. Pałac w Seruhanie. Wrzesień 1520

XLIII Pałac w Seru­ha­nie Wrze­sień 1520

Boże! Nie... Nie! Nie poka­zuj mi jej! Ach! - Zerwał się z krzy­kiem pośród ciem­no­ści.

Z tru­dem łapał powie­trze. Przez chwilę przy­ci­skał dłoń do piersi, pró­bu­jąc uspo­koić serce.

Zaklął w duchu. Znów ten sam sen! Ibra­him był zlany potem. Nie­mal co noc budził się z krzy­kiem. We śnie sły­szał głosy. Budził się, sądząc, że pocho­dzą z zewnątrz, jed­nak pałac spo­wi­jała głę­boka cisza. Co dziw­niej­sze, te głosy mu się nie przy­śniły. Te prze­ra­ża­jące dźwięki pocho­dziły z miej­sca znaj­du­ją­cego się mię­dzy jawą a snem. Jakby dżinny czy duchy pukały do jego drzwi, bun­to­wały się i pod­no­siły wielki raban. Jed­nak kiedy otwie­rał oczy, wszystko spo­wi­jała cisza.

Były jesz­cze te sny. Widział w nich tylko parę stóp, parę bosych stóp. Wyda­wało mu się, że to jego stopy. A może kogoś innego. Nie był pewien. Niczego innego nie dostrzegł. Nawet miej­sca, gdzie znaj­do­wały się te stopy. Stopy szły, nie­ustan­nie szły. I był jesz­cze ten głos.

- Czas ją zoba­czyć - mówił głos, przy­pra­wia­jąc go o gęsią skórkę.

Nie wie­dział i nie widział, kto to mówi.

Stopy przy­sta­wały, gdy tylko zabrzmiał głos.

- Chodź - mówił tym razem. - Nie zatrzy­muj się. Musisz ją zoba­czyć. Chodź! Chodź!

- Nie, nie chcę jej widzieć! - sprze­ci­wiał się inny głos.

"To musi być głos tego, do któ­rego należą stopy", myślał nawet we śnie.

- Musisz ją zoba­czyć. Jak długo będziesz się ukry­wał? Chodź. Spójrz tutaj. Chodź.

Stopy tkwiły w miej­scu. Póź­niej poru­szały się, jakby przy­cią­gała je jakaś siła. Nie­chęt­nie, z opo­rem sta­wiały kroki. Nagle stopy, pozba­wione ciała, prze­wra­cały się. Zsu­wały się w pustkę.

- Chodź - powta­rzał prze­klęty głos. - Już nie­da­leko. Zaraz ją zoba­czysz. To tuż za rogiem. Nie zamy­kaj oczu. Otwórz je. Patrz! Patrz! Patrz!

I dokład­nie w tej chwili Ibra­him budził się z krzy­kiem.

Każ­dej nocy powta­rzał się ten sam sen. Zaczy­nał się i koń­czył w tym samym momen­cie. Za każ­dym razem sły­szał ten prze­ra­ża­jący głos i te same słowa.

Pomy­ślał nawet, żeby zwie­rzyć się księ­ciu i pora­dzić się medyka. Jed­nak natych­miast się wyco­fy­wał. Gdyby tylko ktoś o tym usły­szał, uznałby go za obłą­ka­nego.

Wie­dział, że to cho­roba. Cho­roba, która nękała go od tam­tego dnia. Prze­kleń­stwo, które nie opusz­czało go, mimo że minęło już sześć dłu­gich lat... od tej nie­szczę­snej nocy, kiedy Czarna Morwa razem z dziec­kiem w łonie pofru­nęła do śmierci.

Już pierw­szego dnia zauwa­żono, że dziew­czyna nagle znik­nęła. Jed­nak nikt się tym nie prze­jął. Nie było to nic nie­spo­ty­ka­nego. Cza­sem dziew­częta zako­chi­wały się w kimś z zewnątrz, pako­wały tobo­łek i ucie­kały z nim. Były też takie, które łapano i spro­wa­dzano z powro­tem. Rów­nież takie, które zostały porzu­cone i same wra­cały, po czym padały suł­tance Hafsie do stóp, bła­ga­jąc o prze­ba­cze­nie. Natych­miast roz­nio­sła się plotka o tym, że Münire też z kimś ucie­kła.

Ibra­him, zasta­na­wia­jąc się nad tą nocą, doszedł do wnio­sku, że nie jest odpo­wie­dzialny za tę tra­ge­dię. Jedy­nym jego prze­wi­nie­niem było uwi­kła­nie się w ten zwią­zek tylko dla swo­jej przy­jem­no­ści. Wła­ści­wie w tym też nie było jego winy. Gdyby Ferahşad nie roz­pa­liła w nim ognia namięt­no­ści, nawet nie pomy­ślałby o tym, żeby zaba­wiać się z Czarną Morwą. Czy w końcu Münire sama nie powinna pomy­śleć, że to nie ma przy­szło­ści? Ibra­him nie dawał jej żad­nych nadziei, niczego jej nie obie­cy­wał. Jedyne, co zro­bił - tak bar­dzo tego żało­wał - to, że tam­tej nocy powie­dział: "Chodź". Czy mógł prze­wi­dzieć, że sprawy zajdą tak daleko? Nie uro­dzi­łaby tego dziecka. Wyrzu­cono by ją z pałacu, gdy tylko urósłby jej brzuch. Co by zmie­niło, gdyby go wydała? Wtedy oboje natych­miast zna­leź­liby się na bruku. Ibra­him nie wyobra­żał sobie z nią życia. Gdyby to ni­gdy się nie wyda­rzyło. Ale stało się. Münire naprawdę go kochała. Poświę­ciła się, żeby przed Ibra­himem nie zamknęły się wiel­kie drzwi, które stały otwo­rem. Dziecko w swoim łonie też.

Jego dusza stała się głu­cha na głos sumie­nia. Zamknął ten temat bez poczu­cia winy.

Tak było aż do dnia, gdy Sulej­man powie­dział:

- Sły­sza­łeś? Zna­leźli ją.

- Słu­cham, książę?

- Tę twoją czar­no­skórą dziew­czynę. Tę, którą posą­dzili, że ucie­kła do uko­cha­nego. Zna­leźli jej ciało pod Pła­czącą Skałą.

Ciało... Ciało Czar­nej Morwy!

Po raz pierw­szy od czasu nie­woli na pirac­kim okrę­cie strach z taką siłą ści­snął gar­dło Ibra­hima.

- Pew­nie miała jakieś zmar­twie­nie. Powie­dzieli, że rzu­ciła się ze skały. Co powie­dzieć? Niech spo­czywa w pokoju. Nie wia­domo, ile dni tam leżała. Wilki i sza­kale roz­szar­pały bie­daczkę. Nawet roz­pruły jej brzuch.

Ibra­hi­mowi zakrę­ciło się w gło­wie. Gdyby się nie przy­trzy­mał, być może upadłby przed Sulej­ma­nem.

- Co zro­bić? Widocz­nie to było jej pisane. Bie­daczka nie zwie­rzyła ci się ze swo­jego kło­potu?

Ibra­him zdo­łał tylko pokrę­cić głową. Słowa Sulej­mana odbi­jały się echem w jego gło­wie. "Czarna Morwa. Śmierć. Wilki. Sza­kale. Roz­pruły jej brzuch", myślał roz­pacz­li­wie.

- Chodź, wyj­dziemy i prze­spa­ce­ru­jemy się tro­chę. Zaczerp­niemy świe­żego powie­trza. Przy­ślą ci inną słu­żącą.

- Co z nią zro­bili?

- Powie­dzieli, że nie można jej było prze­nieść. Pocho­wali ją na miej­scu.

Tego wie­czoru roz­po­częła się cho­roba Ibra­hima. Tam­tej nocy po raz pierw­szy usły­szał te hałasy i ten głos. "Już nie­da­leko. Zaraz ją zoba­czysz. To tuż za rogiem. Nie zamy­kaj oczu. Otwórz je. Patrz! Patrz! Patrz!". On zaś zaci­snął mocno powieki i po raz pierw­szy zerwał się z łóżka, krzy­cząc: "Boże! Nie... Nie! Nie poka­zuj mi jej! Ach!".

Od sze­ściu lat śnił ten sam kosz­mar.

I teraz też te prze­ra­ża­jące głosy zabrzmiały w jego gło­wie.

Jakby ktoś w coś stu­kał. Jakby krzy­czały setki ludzi. Jakby pła­kały, wrzesz­czały, śmiały się. Jakaś kobieta krzy­czała. Dziecko pła­kało. Pła­kało nie­ustan­nie i nie­stru­dze­nie.

Ktoś cały czas stu­kał.

- Wsta­waj! Wsta­waj! Umar­łeś czy co? Wsta­waj!

Nagle Ibra­him zawa­hał się. To, co sły­szał, róż­niło się od gło­sów, które były w jego śnie. Nie docho­dziły z jego głowy, ale jakby zza ściany, zza drzwi.

- Ibra­aamie!

Dobry Boże, co się dzieje?

Ibra­him zerwał się z miej­sca.

- Wsta­waj, mówię! Ibra­hi­mie, wsta­waj!

To był Sulej­man.

Książę ude­rzał pię­ścią w drzwi jego pokoju. Tej nocy działo się to po raz pierw­szy od ośmiu lat.

- Panie.

Pod­biegł do drzwi. Miał na sobie koszulę nocną. Zawró­cił pospiesz­nie, myśląc, że nie­wła­ści­wie będzie otwie­rać księ­ciu w tym stroju. Jed­nak to sprawi, że każe mu dłu­żej cze­kać. Z sza­ra­wa­rami w ręku ponow­nie skie­ro­wał się do drzwi.

- Już idę, książę!

Kiedy otwo­rzył, pięść Sulej­mana była pod­nie­siona. O mały włos ude­rzyłby go w głowę.

- Zapa­dłeś w śmier­telny sen? Pra­wie wyła­ma­li­śmy drzwi.

Po raz pierw­szy widział go tak pod­nie­co­nego. Twarz miał całą czer­woną. W oczach igrały świe­tliki. To dobra czy zła wróżba? Nie potra­fił tego okre­ślić.

- Panie, ja...

- Daruj sobie tę jąka­ninę. Wkła­daj te spodnie i ruszaj za nami! - krzyk­nął Sulej­man, widząc sza­ra­wary w jego ręku.

- Panie - wydu­sił z sie­bie Ibra­him, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się wcią­gnąć sza­ra­wary. - Czy coś się stało?

Tym razem Sulej­man odwró­cił się i spoj­rzał na niego pło­ną­cym wzro­kiem.

- Nad­szedł czas, Ibra­hi­mie! Nad­szedł czas!

W pierw­szej chwili Ibra­him nic z tego nie zro­zu­miał. "Nad­szedł czas? - pytał sie­bie. - Nad­szedł czas?".

- Co?! - wykrzyk­nął bez­wied­nie. - Czyżby... Czyżby...

Nie miał odwagi zapy­tać: "Czyż­bym stał teraz przed czci­god­nym pady­sza­chem?".

Sulej­man kiw­nął głową.

- Dobry Boże!

Wycią­gnął kru­cy­fiks. Ibra­him nie zda­wał sobie nawet sprawy z tego, co robi. Udało mu się wcią­gnąć dopiero jedną nogawkę. Drugą wciąż miał w ręku. Wyglą­dał śmiesz­nie, ale nie zwa­żał na to. Padł przed Sulej­ma­nem na kolana.

- Panie, niech was Bóg bło­go­sławi.

Sulej­man był dumny, jed­nak było mu żal, że stra­cił ojca - pana świata.

- Wstań. - Wycią­gnął rękę do Ibra­hima. - Nie spiesz się. Wciąż jesz­cze nie przy­pa­sa­li­śmy sza­bli i nie zasie­dli­śmy na tro­nie. Poza tym nikt nie powi­nien widzieć, że pierw­szy przed nowym pady­sza­chem klęka męż­czy­zna w koszuli.

W końcu Ibra­hi­mowi udało się wcią­gnąć drugą nogawkę.

- Chodź - ode­zwał się książę. - Mamy dużo do zro­bie­nia. Musimy poroz­ma­wiać. Upo­rząd­kujmy wszystko, co należy zro­bić.

Cisza panu­jąca jak zawsze w kory­ta­rzu, tak odmienna od hała­sów, które sły­szał, zdzi­wiła Ibra­hima. Było już dawno po pół­nocy. Ale czy w taką noc pałac w Seru­ha­nie nie powi­nien zerwać się na nogi? Czu­wa­jący w zauł­kach straż­nicy także zda­wali się spo­kojni. Kiedy Sulej­man prze­cho­dził przed nimi, pozdra­wiali go jak zwy­kle. Tym­cza­sem czy nie powinni paść mu do stóp, skoro mijał ich pady­szach, ktoś, kto wła­śnie zasiadł na tro­nie?

"Ach, oczy­wi­ście - pomy­ślał. - Wsty­dzą się rado­wać, że miej­sce zmar­łego pady­sza­cha zajął jego syn, dopóki nie prze­żyją żałoby. Turcy!".

Sulej­man, nie zatrzy­mu­jąc się, rzu­cił przez ramię spoj­rze­nie Ibra­hi­mowi, który dosłow­nie biegł za nim. Natych­miast zro­zu­miał jego zasko­cze­nie.

- Jesz­cze nikt nie wie. Tylko ja, moja matka i ty. Nawet nie powie­dzia­łem jesz­cze Gülbahar. Matka ostrze­gła mnie: "Nie mów swo­jej żonie. Jest w połogu. Może stra­cić pokarm". Musta­fie potrzebne jest mleko matki, dopóki nie odda się go mamce.

Odkąd Mahi­de­vran Gülbahar uro­dziła Mustafę, przez cały czas był na rękach. Jakby świat się zatrzy­mał wraz z naro­dzi­nami tego pulch­nego chłopca o czar­nych oczach i brwiach. Sulej­man znik­nął na całe dnie, tygo­dnie i nie­mal cały czas spę­dzał z synem.

Nagle Ibra­hi­mowi przy­szło do głowy, że nie wyra­ził współ­czu­cia. Nie wie­dział, jak powi­nien się zacho­wać w takiej sytu­acji. Kiedy był w majątku, skła­dano kon­do­len­cje, a nawet pła­kano razem z bli­skim zmar­łego. Kobiety sta­wiały oto­cze­nie na nogi swoim gło­śnym lamen­to­wa­niem. Ale co robiono tutaj, w pałacu? Nikt go tego nie nauczył. On też ni­gdy o tym nie pomy­ślał. Czy Sulej­man nie nie­cier­pli­wił się, żeby zasiąść na tro­nie? Czy nie szep­tali o tym, co będzie, "kiedy nadej­dzie czas"? Wła­śnie nad­szedł. Była to chwila, na którą Sulej­man cze­kał od lat. Wyglą­dał, jakby się smu­cił. Prze­cież to był jego ojciec, ale tylko Ibra­him zda­wał sobie sprawę, że od lat cze­kał na tę wia­do­mość. Podob­nie jak Ibra­him nie wie­dział, jakich słów użyć, żeby wyra­zić swoje współ­czu­cie.

- Ja... - szep­nął, doga­nia­jąc księ­cia. - Kiedy się dowie­dzie­li­ście?

- Przed chwilą. Wielki wezyr prze­słał wia­do­mość, że w Çorlu nasz ojciec sta­nął przed obli­czem Naj­wyż­szego. Piri Pasza napi­sał, że natych­miast mamy się udać do sto­licy. Dopóki nie dotrzemy do Stam­bułu, utrzyma w tajem­nicy śmierć naszego ojca.

- Dla­czego?

- Nie wia­domo, co zro­bią jan­cza­rzy, Ibra­hi­mie5. Jedna pogło­ska, jeden pod­szept...

- Rozu­miem, ale prze­cież nie ma innego spad­ko­biercy...

Sulej­man zatrzy­mał się.

- Nie ma. Jed­nak zdrada nie śpi. Piri Pasza to doświad­czony męż­czy­zna. Skoro uważa to za wła­ściwe, my rów­nież.

- W takim razie natych­miast wyru­szaj­cie w drogę, panie.

- Lecz naj­pierw poczyńmy przy­go­to­wa­nia. Kiedy dotrzemy do sto­licy, nie ośmie­szajmy się przed paszami, wezy­rami naszego ojca, zasta­na­wia­jąc się, co robić. Pokażmy im, kim jest syn Selima Chana. Niech nie szep­czą nam za ple­cami: "To jesz­cze mło­kos. Utra­pie­nie spa­dło na głowę Impe­rium Osmań­skiego".

Weszli do kom­nat księ­cia przez cięż­kie drzwi, przy któ­rych wartę peł­niło dwóch ogrom­nych gwar­dzi­stów. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzyli trzy pokoje i dotarli do pomiesz­cze­nia poło­żo­nego naj­da­lej, pozba­wio­nego okien. Ibra­him nie­na­wi­dził tego pokoju, ale Sulej­man prze­pro­wa­dzał w nim roz­mowy, któ­rych nikt inny miał nie sły­szeć. Tutaj mury były grub­sze. Kamienne ściany pokryte były trzema war­stwami drewna, a na wierz­chu uło­żone były płytki cera­miczne.

- Suł­tanka Hafsa jest zała­mana.

Sulej­man, patrząc na Ibra­hima, wyglą­dał na zamy­ślo­nego. Oczy­wi­ście nie było moż­liwe, żeby powie­dział, że jego matka nie smuci się po śmierci męża, ale w jej oczach można było też wyczy­tać skry­waną radość. Nie będzie już zasy­piała ze stra­chem, że Sulej­mana dosię­gnie gniew ojca. Hafsa nie będzie się już oba­wiała każ­dego cie­nia. Nie będzie badać ludzi, spraw­dza­jąc, czy któ­ryś z nich jest zdrajcą, który pomó­wiw­szy jej syna księ­cia, roz­zło­ści Okrut­nego6. Zawsze była dumna z tego, że jest żoną naj­sroż­szego i naj­po­tęż­niej­szego męż­czy­zny na świe­cie. Jed­no­cze­śnie bała się Selima. Nawet kiedy mu się odda­wała, zasta­na­wiała się, czy jej nie udusi. A teraz kosz­mar się skoń­czył. Dopóki póź­nym wie­czo­rem jej syn nie zapu­kał do jej drzwi i nie prze­ka­zał jej wia­do­mo­ści, była żoną pady­sza­cha i matką księ­cia. Teraz stała się matką pady­sza­cha, suł­tanką valide.

- Zamknęła się w swo­jej kom­na­cie. Modli się.

Sulej­man usiadł, a Ibra­him wciąż stał.

- Dokład­nie zapa­mię­taj, co ci powiem. Dobrze?

- Co roz­ka­żesz, pady­sza­chu.

- Ibra­hi­mie!

Oby­dwaj uśmiech­nęli się na kar­cący ton w gło­sie Sulej­mana.

- Natych­miast roz­pocz­nij przy­go­to­wa­nia do drogi. Powiesz, że ojciec wezwał nas do sto­licy, żeby mia­no­wać nas swoim zastępcą, zanim uda się na kolejną wyprawę wojenną. Każ szy­ko­wać powozy do dłu­giej podróży dla naszej matki i Gülbahar. Potrzeba też powo­zów dla kuchni. Niech ich będzie tyle, ile trzeba. Niech będą gotowi na ich przy­jazd w Sta­rym Pałacu, żeby zapew­nić im wygodę. Trzeba też uprze­dzić medy­ków, że przy­by­wają książę i jego matka.

- Czym wy poje­dzie­cie, panie? Czy dla was też kazać przy­go­to­wać po...

- My dwaj poje­dziemy konno.

- My dwaj?

- Obudź się wresz­cie. - Sulej­man pod­niósł głos.

- Panie...

- Poza tym - cią­gnął Sulej­man - kiedy dotrzemy do sto­licy, w por­cie będzie cze­kał gotowy okręt. Niech zgod­nie z tym zostaną pod­jęte odpo­wied­nie kroki.

Ibra­him ski­nął głową.

- Cere­mo­nia pogrze­bowa naszego ojca Selima Chana musi być godna jego chwały. Niech nadworny archi­tekt roz­pocz­nie już budowę gro­bowca w naj­od­po­wied­niej­szym miej­scu w Stam­bule. Chcemy, żeby w tym samym miej­scu wznie­siono też meczet, Ibra­hi­mie.

- Co roz­ka­że­cie.

- I jesz­cze jedno - nasza sio­stra, suł­tanka Hati­dże, towa­rzy­szyła naszemu ojcu przed śmier­cią. Piri Pasza napi­sał, że Hati­dże wyru­szyła w drogę pro­sto do sto­licy. Niech zosta­nie zro­bione wszystko, żeby zapew­nić jej wygodę. No i może naj­waż­niej­sze... - Sulej­man przy­ci­szył głos. - Trzeba dopro­wa­dzić do końca to, czego nie zdą­żył zro­bić nasz ojciec.

"To, czego nie zdą­żył zro­bić nasz ojciec?".

Dobry Boże. Sulej­man już teraz pla­no­wał wojnę. I to z naj­za­cie­klej­szym wro­giem!

Ibra­him mie­sią­cami, latami strzę­pił sobie język, ale nie udało mu się go odwieść od tego pomy­słu. Sulej­man nie­ustan­nie wspo­mi­nał o znisz­cze­niu pań­stwa Safa­wi­dów i sza­cha Isma­ila, który pró­bo­wał zabić jego sio­strę, suł­tankę Hati­dże. "Zoba­czysz - mówił za każ­dym razem, gdy się spo­ty­kali. - Kiedy nadej­dzie wła­ściwy czas, zmie­ciemy tego gada z powierzchni ziemi".

Wie­rzył, że jego ojciec popeł­nił błąd, pro­wa­dząc armię na Mame­lu­ków, nie roz­pra­wiw­szy się z sza­chem Isma­ilem. Naj­więk­szy wróg Impe­rium Osmań­skiego znaj­do­wał się na wscho­dzie. Tyle razy szep­tał o tym do ucha Ibra­hi­mowi. "Zgoda, został orę­dow­ni­kiem islamu, kali­fem, ale wąż wciąż syczy. I to ja zmiaż­dżę głowę tego węża. Będzie to mój pierw­szy cel".

Zatem Tebriz. Sulej­man się­gnie po Indie jak Alek­san­der Mace­doń­ski.

- Zoba­czysz, Ibra­hi­mie. Przejdę dro­gami, któ­rymi kro­czył zdo­bywca, jakiego wzią­łeś za wzór - mawiał, mru­żąc oczy. Miał gotowy plan. Opo­wia­dał mu o nim bar­dzo czę­sto. - Spójrz, przej­dziemy tędy. Tutaj prze­kro­czymy pusty­nie. Nasze siły stąd prze­pro­wa­dzimy przez tę dolinę i zabez­pie­czymy tyły. Póź­niej zaci­śniemy pętlę.

Obli­czył nawet, ile będzie potrze­bo­wał dział, jeźdź­ców i pie­choty.

Tym­cza­sem Ibra­him uwa­żał, że naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo znaj­do­wało się na zacho­dzie. On wbił sobie do głowy, że stwo­rzy z Impe­rium Osmań­skiego nowy Rzym, a z Sulej­mana - nowego Cezara. Suł­tan Selim, zma­ga­jąc się z wro­gami na Pustyni Arab­skiej, nie zauwa­żył nie­bez­pie­czeń­stwa rosną­cego na zacho­dzie. Korona Rzymu miała nowego pre­ten­denta - cesa­rza Karola. Przed tym czło­wie­kiem kró­lo­wie chy­lili głowy, a papież się go bał. Nie­ustan­nie rósł w siłę. Szy­ko­wał nową wyprawę krzy­żową prze­ciwko Impe­rium Osmań­skiemu.

Ibra­him pró­bo­wał się sprze­ci­wić, ale Sulej­man natych­miast mu prze­rwał.

- Co mamy zro­bić, Ibra­hi­mie? Mamy cze­kać, aż ten gad znisz­czy pań­stwo osmań­skie, ukrad­nie jego serca i dusze, pod­bu­rzy prze­ciwko sobie świat islamu? Mamy puścić mu pła­zem cier­pie­nia naszej sio­stry, suł­tanki Hati­dże?

- Nie, ale...

- Jesz­cze coś - ode­zwał się pady­szach, dając mu znak ręką, że temat skoń­czony. - Mia­nu­jemy wezy­rem naszego lalę Kasyma Agę. Niech przy­go­tują fir­man.

"Z tego jestem zado­wo­lony", przy­szło Ibra­hi­mowi na myśl. Kasym Aga był dobrym i mądrym czło­wie­kiem niczym ocean wie­dzy. Przez te osiem lat wiele nauczył jego i Sulej­mana. Być może dzięki niemu Ibra­him ina­czej patrzył na świat, inne kraje, rów­no­wagę i zamie­rze­nia. Kilka razy pró­bo­wał go pod­py­tać, co sądzi o dąże­niach księ­cia zwią­za­nych ze wscho­dem. Kasym Aga rów­nież był temu prze­ciwny. Przy­naj­mniej na razie. "Nie należy dalej prze­ciw­sta­wiać islamu isla­mowi", powie­dział mu na ucho męż­czy­zna.

- A teraz słu­chaj uważ­nie - mówił dalej Sulej­man wład­czym tonem. - Jestem Sulej­manem, suł­ta­nem Sulej­manem, synem świę­tej pamięci suł­tana Selima Chana. Oto mój fir­man. Oświad­czam, iż daruję wol­ność mojemu nie­wol­ni­kowi Ibra­hi­mowi z Pargi.

Ibra­him stra­cił oddech. Uniósł rękę do gar­dła. Prze­stra­szył się. A zatem dotąd się­gała jego lojal­ność. Wszystko się skoń­czyło. Wyrzu­cił go w kilku sło­wach. "Daruję wol­ność mojemu nie­wol­ni­kowi Ibra­himowi z Pargi". To wszystko. Tymi kil­koma sło­wami nowy pady­szach prze­kre­ślił wszyst­kie jego marze­nia i pozba­wił go złu­dzeń.

"Na co się roz­gnie­wał? - zasta­na­wiał się Ibra­him. - Na to, że byłem prze­ciwny jego wypra­wie na wschód? Na pewno dla­tego. Że też nie mogłem trzy­mać tego prze­klę­tego języka za zębami".

- Par­gań­czyk nie jest już nie­wol­ni­kiem. Daro­wa­li­śmy mu wol­ność... Od tej chwili Ibra­him Aga jest wol­nym czło­wie­kiem. Cie­szy się naj­wyż­szymi wzglę­dami na naszych wło­ściach i tak pozo­sta­nie.

"Co? Co? Co? Wielki Jezu! Naj­święt­sza Panienko! Wszy­scy święci! Nie mogę w to uwie­rzyć!".

Padł Sulej­ma­nowi do stóp. Znów odru­chowo wycią­gnął krzyż. Wyzwo­lił się z nie­wi­dzial­nych łań­cu­chów, które wciąż miał jed­nak przed oczami i któ­rych grze­chot nie­ustan­nie sły­szał.

To nie­sły­chane. Ni­gdy nawet o tym nie marzył. Nie mógł uwie­rzyć. To było jak cud.

- Panie. Pady­sza­chu.

Sulej­man wyrwał mu z rąk swoją szatę, którą Ibra­him zamie­rzał uca­ło­wać.

- To jesz­cze nie koniec. Niech dopi­szą jesz­cze to. Oto mój fir­man. Ibra­him Aga jest naszym suł­tań­skim poko­jow­cem. Nie mia­no­wa­li­śmy go wezy­rem, ale w Nowym Pałacu i Ende­ru­nie należy go trak­to­wać na równi z god­no­ścią wezyra. Niech odpo­wied­nio do tego dosta­nie pracę. Niech otrzyma urząd, mie­sięczne wyna­gro­dze­nie i pie­nią­dze na wydatki. Niech zostaną mu przy­dzie­leni słu­żący, słu­żące i pazio­wie znaj­du­jący się pod jego roz­ka­zem. Niech odpo­wied­nio do tego wyzna­czone zostaną kuchenne racje...

Reszty nie sły­szał. Na ciżmy pady­sza­cha popły­nęła z jego oczu poje­dyn­cza łza.

W Impe­rium Osmań­skim Justy­nian, uko­chany syn Armanna, rybaka z Pargi, i pięk­nej Zeljeny... Dobry Boże... Czy powie­dział: "Należy go trak­to­wać na równi z god­no­ścią wezyra"? Par­gań­czyk Ibra­him Aga!

Sulej­man wypro­sto­wał się. Ujął Ibra­hima za ramiona i go pod­niósł.

- Przez osiem lat byłeś nam przy­ja­cie­lem, Par­gań­czyku. Widzie­li­śmy twoje zasługi, nie widzie­li­śmy uchy­bień. Dali­śmy przy­jaźń i przy­jaźń dosta­li­śmy. Nauczy­li­śmy cię tego, co sami wie­dzie­li­śmy, nauczy­li­śmy się od cie­bie tego, czego nie wie­dzie­li­śmy. Nie wywyż­sza­li­śmy się jako książę i nie poni­ża­li­śmy cię jako nie­wol­nika. Nie uzna­li­śmy cie­bie za rów­nych sobie, ale na równi z naszymi agami i panami, a z cza­sem nawet i ponad nimi. Otwo­rzy­li­śmy przed tobą nasze myśli i czy­ta­li­śmy w two­ich. Nie mie­li­śmy przed tobą żad­nych tajem­nic. Wspól­nie snu­li­śmy plany na przy­szłość, kiedy nadej­dzie wła­ściwy czas. Nie myśl, że zapo­mnie­li­śmy o pierw­szej nocy na Pła­czą­cej Skale. Teraz wła­śnie nad­szedł ten czas. Czas, żeby uczy­nić marze­nia rze­czy­wi­sto­ścią. Liczę na cie­bie. Ocze­ku­jemy od cie­bie dobrej służby.

Pady­szach odwró­cił się, nie chcąc dłu­żej patrzeć na to, jak Ibra­him dwoi się i troi, żeby wyra­zić swoją wdzięcz­ność.

- Będziesz się zacho­wy­wał zgod­nie z tym, co powie­dzie­li­śmy ci osiem lat temu. Kiedy zosta­niemy sami, nie będziemy pady­sza­chem i sługą, ale przy­ja­ciółmi. Ufamy, że nie będziesz szczę­dzić słów, jeśli zauwa­żysz nasz błąd. Jed­nak wiesz, że pań­stwo nie uznaje przy­jaźni. W obec­no­ści naszych pod­da­nych nie zapo­mi­naj, że jeste­śmy pady­sza­chem.

Ibra­him chło­nął każde słowo suł­tana, kiwa­jąc głową.

- Teraz idź, mój poko­jowcu, Ibra­hi­mie Ago. Masz dużo pracy. Niech to, co powie­dzie­li­śmy, zosta­nie natych­miast wyko­nane.

Ibra­him po raz pierw­szy tyłem opu­ścił pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wali. Aż do dzi­siaj ani książę nie ocze­ki­wał cze­goś takiego ani on tego nie zro­bił. Nikt mu tego nie powie­dział, nikt go nie nauczył, ale teraz czuł, że powi­nien się tak zacho­wać.

- Par­gań­czyku!

Ibra­him uniósł głowę i spoj­rzał na pady­sza­cha. Czyżby nagle urósł? Czy ramiona Sulej­mana były aż tak sze­ro­kie? Czy jego spoj­rze­nie było tak sro­gie, a postawa tak zde­cy­do­wana?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Çorlu - mia­sto turec­kie w Tra­cji, w rejo­nie morza Mar­mara. W oko­li­cach Çorlu miała miej­sce pierw­sza w histo­rii Impe­rium Osmań­skiego bitwa mię­dzy ojcem a synem - suł­ta­nem Baja­zy­dem II a księ­ciem Seli­mem, w któ­rej zwy­cię­żył Selim (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Powsta­nia Dże­lali to okre­śle­nie bun­tów ludo­wych i jan­cza­rów, które miały miej­sce w XVI i XVII wieku, spo­wo­do­wa­nych pogor­sze­niem się sytu­acji spo­łeczno-eko­no­micz­nej na zie­miach Impe­rium Osmań­skiego. Swoją nazwę wzięły od nazwi­ska przy­wódcy pierw­szego takiego buntu w 1519 roku, któ­rym był Bozo­klu Şeyh Celâl. (Wła­śnie o tym wyda­rze­niu jest mowa w książce). [wróć]

3. Mowa tu o Jero­zo­li­mie. [wróć]

4. Wymie­nia się tu miej­sca kolej­nych bitew, gdzie odbyły się walki Tur­ków (pod wodzą Selima I) z Mame­lu­kami, zakoń­czone zwy­cię­stwem Selima i przy­łą­cze­niem Egiptu do Impe­rium Osmań­skiego oraz uzna­niem zwierzch­nic­twa turec­kiego w Syrii. [wróć]

5. Cho­ciaż jan­cza­rzy sta­no­wili trzon wojsk pie­szych i wojsk lokal­nych w poszcze­gól­nych gar­ni­zo­nach Impe­rium Osmań­skiego, to byli praw­dzi­wym utra­pie­niem dla panu­ją­cego. Byli for­ma­cją na tyle silną, że mogli oba­lić wła­dzę suł­tana. W rezul­ta­cie legal­nym władcą pozo­sta­wał ten z pre­ten­den­tów do tronu, któ­remu udało się opa­no­wać sto­licę, skar­biec, archiwa i uzy­skać popar­cie jan­cza­rów. [wróć]

6. W Tur­cji Selim I znany jest pod przy­dom­kiem Okrutny. [wróć]