Rozdział XLI. Sześć lat później. Edirne. Posiadłość sułtanki Hatidże. Wrzesień 1520
XLI
Sześć lat później
Edirne
Posiadłość sułtanki Hatidże
Wrzesień 1520
Jeszcze nie wzeszło słońce, kiedy jeździec wjechał na dziedziniec
posiadłości. Tętent kopyt przywołał służących. Iskry wydobywające się
spod końskich kopyt, uderzających o kamienie, w ciemnościach wyglądały
jak świetliki.
- Oszalałeś, człowieku? - wyszeptał podenerwowany służący, który
próbował uspokoić konia, ściągając go za wodze. - Myślisz, że można o tej porze zakłócać spokój sułtance?
- To pilne - wydyszał jeździec, zeskakując z konia. - Muszę się
natychmiast widzieć z sułtanką Hatidże.
- Pewnie - odezwał się drwiąco inny sługa. - A ja muszę się widzieć z czcigodnym padyszachem. I to zaraz! Jednak teraz pewnie śpi...
- Nie zatrzymujcie mnie, agowie - odparł konny, starając się wygładzić
swój strój. - Jak najszybciej muszę się widzieć z sułtanką Hatidże. Mam
dla niej wiadomość.
Kiedy mężczyzna już chciał ruszyć, kilku służących zastąpiło mu drogę.
- Hej! A dokąd to? Kim jesteś? Skąd przybywasz?
- Moje imię nic wam nie powie. Ale skoro musicie wiedzieć - powiem.
Nazywają mnie Urwęcinos... - Nagle wyciągnął rękę i chwycił za nos
służącego stojącego naprzeciwko niego. - Mówią, że kiedy go tak złapię,
to po to, żeby go urwać.
Służący, którego nos przybysz ściskał między palcami, wijąc się z bólu,
zaczął się wyrywać.
- Czy to nie ty zapytałeś, skąd przybywam? Przybywam z Çorlu1.
- Postradałeś rozum, człowieku? - syknął któryś, próbując pomóc
cierpiącemu słudze. - Zostaw go. Nie widzisz, że biedak nawet nie może
krzyknąć, żeby nie obudzić naszej sułtanki? Mamy przyprowadzić naszej
pani jeźdźca całego pokrytego pyłem? Idź do kuchni i napij się zupy, a później się umyj. Przekażemy wiadomość dwórkom sułtanki i wezwie cię w odpowiednim czasie. Oczywiście, jeśli zechce.
- Co z was za nierozumni ludzie?! Mam urwać jeszcze kilka nosów?
Przecież mówię wam, że to pilne. Nie mogę czekać, aż obudzą się damy
dworu. Natychmiast przekażcie wiadomość. W przeciwnym razie po nosach
wezmę się za dusze. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałem.
Jeździec puścił nos mężczyzny, którego twarz z bólu stała się cała
czerwona. Kiedy zrobił krok w stronę pozostałych, ze strachem się
cofnęli. Na nosie nieszczęsnego służącego pozostały dwa białe ślady po
palcach jeźdźca, które natychmiast podeszły krwią.
- Idźcie! - zawołał jeździec. - Obudźcie, kogo chcecie, tylko
natychmiast przekażcie sułtance Hatidże, że przybył posłaniec wielkiego
wezyra Piri Mehmeda Paszy.
Służący spojrzeli na siebie bez słowa. Mężczyzna był stanowczy. Już
wiedzieli, co ich spotka, jeśli mu się sprzeciwią. Nos ich towarzysza
spuchł, a sługa wciąż ronił łzy z bólu.
- Spróbuję - odezwał się jeden. - Jeśli wstanie, to dobrze. Jeśli nie,
poczekasz.
Podczas gdy służący wbiegł do środka, pozostali mężczyźni udali się na
przeciwny kraniec dziedzińca, w stronę kuchni. Było to jedyne oświetlone
miejsce. Wszędzie unosił się zapach gotowanej zupy. Ta woń sprawiła, że
jeździec poczuł głód. Nie zaszkodzi jedna miska zupy, zanim sułtanka go
do siebie wezwie.
Sułtanka Hatidże siedziała zaspana za parawanem.
- Skoro wywołaliście takie zamieszanie i podnieśliście nas o tej porze,
musicie mieć do przekazania ważną wiadomość, efendi.
Po drugiej stronie Urwęcinos pokłonił się głęboko.
- Sułtanko...
- Podobno powiedzieliście, że przysłał was wielki wezyr. O co chodzi?
Czy Piri Pasza nie oczekiwał naszego ojca w Çorlu? Ucieszyłyśmy się,
otrzymawszy wiadomość, że razem przybywają do Edirne. Ukończono
przygotowania. Niecierpliwie wyczekujemy naszego bohaterskiego ojca. -
Zza parawanu zauważyła wahanie na twarzy mężczyzny. - Mówże. Słucham.
- Ja... - zaczął cicho. - Nasz pan...
Nagle Hatidże drgnęła. Musiało stać się coś złego. Przerażenie, które
niczym żelazna pięść przez lata ściskało jej serce, a ostatnio jakby
zelżało, teraz powróciło z podwójną mocą.
- Dobry Boże - wydusiła z siebie. - Czy coś się stało naszemu
padyszachowi, efendi?
- Nie... - próbował załagodzić mężczyzna, wyczuwając niepokój po drugiej
stronie parawanu. - Nasz pan... opuścił stolicę i dotarł do Çorlu.
- Och! - Tym razem ściśnięte strachem serce Hatidże zatrzepotało z radości. - Słyszałaś, Nebile? Nasz ojciec sułtan dotarł już do Çorlu.
Jest blisko. Biegnij i zbudź wszystkie dziewczęta. Niech wszyscy wezmą
się do pracy. Niedługo przybędzie sułtan Selim Groźny. Niech nie
zastanie wszystkich śpiących.
Słysząc szczebiotanie sułtanki, dziewczyna od razu się zerwała. Przez
parawan posłaniec nie widział dokładnie jej twarzy, ale był pewien, że
jest piękna niczym nimfa. Mógł dostrzec jedynie czarne włosy sięgające
do bioder, które falowały z każdym jej krokiem.
- Nie ma powodu do pośpiechu, sułtanko... - odezwał się mężczyzna.
Nebile już miała wyjść, lecz przystanęła. Hatidże zawahała się. "Znów
ogarnia mnie ten przeklęty strach", przeszło jej przez myśl.
- Nie ma? Dlaczego? Çorlu jest przecież niedaleko, efendi. Kiedy nasz
pan dosiądzie konia, będzie tu przed popołudniową modlitwą. - Ponownie
zobaczyła niepewność na twarzy posłańca. Ogarnął ją gniew. - Mów, co
masz do powiedzenia! Dlaczego tak się ociągasz? Mów.
- Czcigodny sułtan... nie może przyjechać do Edirne, sułtanko...
- Ale dlaczego? Çorlu jest blisko, po sąsiedzku. Od tylu dni czekamy na
ten dzień. Nasz pan napisał nam, że porozmawiamy o ważnych sprawach.
Dlaczego nie przyjedzie?
Mężczyzna sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej małą sakiewkę i podał
paziowi, który w jednej chwili pojawił się przy nim.
- Wielki wezyr polecił, żebym wam to przekazał.
Hatidże natychmiast wstała. Przewróciła parawan, popychając go ze
złością. "O co w tym chodzi? - mruknęła w duchu. - Dzieje się coś złego,
a ja zamiast czym prędzej udać się do Çorlu, siedzę tu i czekam, aż ten
mężczyzna coś z siebie wydusi".
Wściekła otworzyła sakiewkę, którą podał służący. Ręce drżały jej tak
bardzo, że w żaden sposób nie mogła otworzyć listu, który z niej
wyciągnęła.
- Nebile - jęknęła. Kątem oka zauważyła dziewczynę, która odkąd
usłyszała słowa mężczyzny o tym, że nie ma pośpiechu, pozostała w komnacie, jakby coś przeczuwając. - Błagam cię, otwórz to.
Dziewczyna natychmiast wykonała jej polecenie. Była to niewielka kartka.
Podała ją sułtance. Hatidże odepchnęła ją.
- Nie mogę tego zrobić. Ty przeczytaj, dziecko.
Nebile spojrzała na papier. Kiedy przeczytała słowa skreślone ręką Piri
Paszy, zaparło jej dech w piersiach. "To... To... To nieszczęście...",
pomyślała.
- Nie żyje? - spytała drżącym głosem.
Nebile, widząc, w jakim stanie jest jej pani, natychmiast ujęła ją pod
ramię, żeby ją podtrzymać.
- Nieee... - odezwała się pospiesznie. - Cóż to za słowa? Boże uchowaj!
Usiądźcie. Przyniosę wam chłodnej wody.
- Nebile! Co z Piri Paszą? Co napisał?
Dziewczyna jednym tchem odczytała wiadomość:
Nasz sułtan zamierzał czym prędzej dotrzeć do Edirne i spotkać się z Wami, sułtanko. Jednak w Çorlu dostał gorączki. Na wszelki wypadek
przenieśliśmy się do obozu w okolicach wsi S?rt Köyü. Tutaj nasz pan
chce przez jakiś czas...
Hatidże nie wysłuchała do końca.
- Jedziemy do Çorlu. - Pobiegła w kierunku drzwi. - Powiadomcie Hydyra
Agę. Niech natychmiast poczyni przygotowania. Nie chcemy ruszać w drogę
konno. Ty też jedziesz z nami. Pokaż, gdzie jest S?rt Köyu. Pospiesz
się!
Hydyr Aga spiął konia, żeby ruszyć przodem i przekazać wiadomość o przybyciu sułtanki. Teraz kapitan z Didimoticho stał się oddanym sługą
Hatidże. Po krwawych wydarzeniach w drodze do stolicy, kiedy obawiał
się, że przypłaci to głową, sułtanka wzięła go pod swoje skrzydła, a nawet zabrała ze sobą do Edirne. Był odpowiedzialny za ochronę
niewielkiego pałacyku wzniesionego dla córki padyszacha nad brzegiem
rzeki. Wprawdzie nikt nie nazywał go kapitanem, ale jako najbardziej
zaufany człowiek sułtanki Hatidże, Hydyr Aga z Didimoticho cieszył się
poważaniem niczym pasza.
Historia jego konia, który wpadł do jeziora Sapanca i mimo opłakanego
stanu odnalazł swojego właściciela, stała się prawdziwą legendą wśród
mieszkańców Edirne. Niektórzy opowiadali o tym, jak kapitan Hydyr
uratował sułtańską córkę z kipiącej topieli, inni mówili o tym, że koń
kapitana sam rzucił się do jeziora i ścisnąwszy w zębach liny tratwy,
dowlókł ją do brzegu. Baśń i rzeczywistość mieszały się ze sobą, ale
nikomu to nie przeszkadzało. A ta historia była dalej opowiadana młodym
przez starych podczas gawęd nad brzegiem rzeki.
Kiedy ten bohaterski kapitan Hydyr na grzbiecie swojej legendarnej
Włóczni dotarł do obozu rozłożonego w okolicach Çorlu, było już dawno po
zmroku. Między namiotami paliły się ogniska. Nad paleniskami w samym
krańcu obozowiska wisiały czarne kotły, nad którymi unosiły się kłęby
dymu. Hydyr i jego koń w tej samej chwili zwietrzyli smakowite zapachy
gulaszu z cebulą i świeżego owsa.
Nagle janczarzy pełniący straż zastąpili im drogę.
Hydyr Aga natychmiast przekazał im wiadomość:
- Sułtanka Hatidże jest o dziesięć minut drogi stąd. Moja pani zaraz tu
będzie.
- Przejedź tu z tym zwierzęciem.
W innej sytuacji kapitan pewnie by się oburzył, ale tym razem przyjął to
spokojnie. To nie był czas na rozmowę. Żołnierze byli ponurzy i osowiali. Widać było, że są zbyt przygnębieni, żeby się przeciwstawić.
Kapitan zsiadł z konia.
- Nasz sułtan...
Jak miał to powiedzieć? Nie potrafił. Żołnierze odwrócili głowy i wlokąc
stopami po ziemi, wrócili na miejsce warty. Najwyraźniej nie mieli
odwagi nic powiedzieć.
Stojący na samym środku namiot padyszacha był oświetlony, a wejście do
niego uchylone. Wyszło z niego dwóch mężczyzn - jeden stary, drugi
młody. Hydyr Pasza natychmiast rozpoznał Piri Paszę.
- Paszo! - zawołał.
Takie zachowanie nie było właściwe, ale w tej chwili nikt nie zwracał na
to uwagi.
Starzec spojrzał w jego stronę. Hydyr podszedł do niego pospiesznie i pozdrowił.
- Wiemy, że wam uchybiliśmy, paszo. Przypiszcie to naszemu pośpiechowi.
Jedzie tu sułtanka Hatidże.
- Jedzie? Ale...
Wielki wezyr wymienił spojrzenia z towarzyszącym mu młodzieńcem.
- Napisaliśmy przecież czcigodnej sułtance...
Nie zdążył dokończyć zdania. Kiedy usłyszeli tętent zbliżających się
kopyt, pojął, że to zbędne.
- Już tu jest - powiedział.
Kapitan zauważył, że młodszy mężczyzna szepnął coś do ucha wielkiemu
wezyrowi. Mehmed Pasza skinął głową, przyznając mu rację. Później
zwrócił się do Hydyra:
- Synu, jak sądzę, służysz czcigodnej sułtance. Przekaż więc swojej
pani, że w tej chwili nasz sułtan odpoczywa. Nie niepokójmy go.
Oczekujemy jej w swoim namiocie.
Kiedy Hydyr pospieszył do głównej bramy obozu, wielki wezyr i nieodstępujący go młodzieniec zniknęli w namiocie znajdującym się tuż
obok namiotu padyszacha.
Gdy tylko Hatidże, w towarzystwie Nebile, weszła do namiotu, szybkim
krokiem ruszyła w stronę Mehmeda Paszy.
- Paszo, przyjechałam natychmiast, kiedy dostałam wasz list. Czy
czcigodny padyszach jest bardzo chory?
Wielki wezyr pominął milczeniem pytanie sułtańskiej córki.
- Jeśli pozwolicie, przedstawię wam nadwornego medyka Alego Czelebiego.
Hatidże, która zabroniła nawet wymawiać przy niej słowa "medyk", nie
zareagowała. Nic nie poczuła. Jej serce nie zabiło mocniej. Natychmiast
zwróciła się do medyka, który był przynajmniej o trzydzieści lat młodszy
od Piri Paszy.
- Jak się czuje nasz ojciec?
Pochwyciła ukradkową wymianę spojrzeń obu mężczyzn.
- Jego stan jest bardzo ciężki? Powiedzcie wreszcie. Co to za choroba?
Postawiono diagnozę?
- Sułtanko...
- Skoro ma tak wysoką gorączkę, że nie może podróżować dalej...
- Sułtanko...
Hatidże widziała, że medyk próbuje jej przerwać, jednak nie słyszała
jego głosu.
- Jakie podaliście lekarstwa?
- Sułtanko!
Tym razem zza zasłony medyk odezwał się głośniejszym tonem.
- Edirne jest stąd niedaleko. Powozem... W takim namiocie... Tam będzie
lepiej... Może jechać?
- Sułtanko Hatidże, dziecko.
W końcu wielki wezyr musiał ją uciszyć. Ujął ją za nadgarstek.
- To czas spokoju, dziecko. Spokoju i modlitwy za naszego czcigodnego
padyszacha i jego pomyślne rządy na tej ziemi...
- Mój Boże... Mój Boże...
Hatidże zasłoniła usta. W jej wnętrzu rozległ się rozpaczliwy krzyk:
"Czyżby jeden z dwóch mężczyzn w moim życiu mnie opuszczał? Ojciec mnie
zostawia?!".
- Ali Czelebi przekaże wam wiadomości o stanie naszego pana. Jednak
najpierw usiądźcie. Synu... - Natychmiast pojawił się służący czekający
przy wejściu do namiotu. - Przynieś wody czcigodnej sułtance.
Hatidże zajęła miejsce wskazane przez wielkiego wezyra. Nebile zaś
natychmiast przyklękła przy niej, ujmując jej ręce między swoje dłonie.
"Cevahir też tak robiła - w jednej chwili przeszło przez myśl Hatidże. -
W trudnych dla mnie chwilach brała mnie za ręce... Ach, Cevahir, droga
przyjaciółko. Widzisz? Cierpienie nie opuszcza twojej sułtanki".
Nadworny medyk odchrząknął.
- Powstanie Dżelali2 bardzo przygnębiło naszego pana - zaczął,
a w jego głosie słychać było udrękę.
Hatidże kiwnęła głową.
- Poczuł się lepiej, kiedy ten łgarz Bozoklu Dżelal, który ogłosił się
Panem Czasów i Mesjaszem Przeznaczenia, został pokonany na przedpolach
Ankary. Jednak wtedy na plecach naszego pana pojawił się ten uporczywy
wrzód. Nasz sułtan się tym nie przejął. Nie uznał też za stosowne, żeby
nas o tym powiadomić. Był przekonany, że to samo zniknie. Lecz kiedy
czyrak stał się bolesny, zwierzył się z tego swojemu pokojowcowi
Hasanowi Dżanowi. To on nam powiedział. Hasan Dżan, zbadawszy dłońmi
plecy naszego pana, zauważył na nich obrzmienie wielkości gołębiego
jaja. Kiedy odsłonił koszulę, zobaczył wrzód. Zgodnie z tym, co mówił,
miał duży czarny czubek niczym ptasie oko. Dookoła zobaczył
czerwonopurpurową opuchliznę. Nawet przy najdelikatniejszym dotyku nasz
pan podskakiwał z bólu. Hasan Dżan poradził, że będzie dobrze, jeśli
zobaczy to medyk, jednak padyszach, jak to powiedzieć, wiecie...
Mężczyzna nagle zamilkł, jakby ktoś mu kazał. Kiedy Hatidże uniosła
głowę, zauważyła, że Nebile też wpatruje się w Alego Czelebiego.
Dziewczyna siedząca u jej stóp słuchała mężczyzny z szeroko otwartymi
oczami. Medyk jakby dopiero teraz ją dostrzegł i odebrało mu mowę. Przez
chwilę Hatidże przenosiła spojrzenie między nimi.
Nebile była taka piękna. Miała świeże, zaróżowione policzki, orzechowe
oczy, kształtne brwi i długie rzęsy, a usta jak czereśnie. Dziewczyna,
bardziej niż słuchać mężczyzny, zdawała się pochłaniać wzrokiem twarz
medyka z okalającą ją czarną brodą i jego sylwetkę.
"Nie", jęknęła w duszy Hatidże. Wyrzuciła tę scenę z pamięci, a teraz
odżyła na nowo, tylko tym razem aktorzy byli inni. Przed laty to ona
była na miejscu Nebile, a rolę Alego Czelebiego grał jej słowik. "Boże -
modliła się. - Nie rób mi tego. Nie dopuść do tego, żeby to dziecko,
które tak kocham, podzieliło mój los".
- Tak - przerwała przedłużające się milczenie. - Słucham.
Twarz Alego Czelebiego pokryła się rumieńcem. "Zupełnie jak on -
pomyślała Hatidże. - Zupełnie jak on...". Nebile też zrozumiała ton głosu
swojej pani. Zawstydzona uciekła spojrzeniem od medyka i utkwiła wzrok w przestrzeni.
Medyk zaniósł się udawanym kaszlem, próbując znaleźć wymówkę dla tej
ciszy.
- Czcigodny padyszach nalegał, żeby wycisnąć wrzód. Hasan Dżan twierdzi,
że nie miał innego wyjścia. Zrobił to tydzień przed wyruszeniem do
Edirne. Nasz pan poczuł się lepiej. Bóle ustały. Powiedział nawet
pokojowcowi: "Masz uzdrawiające dłonie, Hasanie Dżanie. Jeśli chcesz,
mianuję cię swoim medykiem".
Hatidże zauważyła, że spojrzenie medyka znów wędruje ku Nebile.
Rozgniewała się. "Co to za zuchwalstwo - żachnęła się. - My martwimy się
o zdrowie naszego ojca, a Czelebi o swoje serce".
- Myślicie o czymś? - wyrzuciła z siebie bezwiednie. - Wydaje nam się,
że coś ukrywacie. Nie róbcie tego. Powiedzcie wszystko, jakkolwiek jest
to bolesne. Wiemy, jak radzić sobie z cierpieniem i przeciwnościami
losu.
- Nasz pan powiedział, że to stało się dwa dni przed wyruszeniem w drogę. Na wrzodzie znów pojawił się czubek i zaczęły się boleści. Tym
razem jeszcze silniejsze. Surowo przykazał Hasanowi Dżanowi, żeby nikomu
o tym nie wspominał. W tym stanie wyruszyli w drogę. Wczoraj zauważyłem,
że coś mu dolega. Jakby zachwiał się na grzbiecie Białego Dymu. Nikt nie
widział w takim stanie Selima Groźnego, który bez cienia zmęczenia
przekraczał pustynie, żeby dotrzeć do duchowego domu naszego
proroka3.
Wtedy wtrącił się Piri Mehmed Pasza.
- Kiedy nasz pan powiedział, że nie czuje się dobrze, zatrzymaliśmy się.
Miał trudności, nawet zsiadając z Białego Dymu. Nagle zauważyliśmy, że
padyszach jest cały rozpalony. Natychmiast wezwaliśmy medyków. Dopiero
wówczas wszyscy dowiedzieliśmy się o wrzodzie.
Hatidże znów przyłapała medyka na tym, że ukradkiem przygląda się
Nebile. Nie mogła już tego znieść.
- Czelebi! - Kiedy mężczyzna podskoczył, próbowała nadać swojemu głosowi
łagodniejszy ton. - Jaką postawiono diagnozę? Co to za wrzód?
Nawet Nebile zauważyła naganę w jej głosie. Biorąc ją częściowo na
siebie, powoli odwróciła się plecami do mężczyzny, żeby uwolnić się od
czarnych oczu Alego Czelebiego. Głowę zaś oparła na kolanach swojej
pani.
- Wąglik.
"Szpon lwa - jęknęła bezgłośnie Hatidże. Przypadłość Selima Groźnego
odpowiadała hartowi jego ducha. - Losie - lamentowała - znów się na mnie
uwziąłeś".
- Jest bardzo niebezpieczny - powiedział medyk nieco przemądrzale.
Na jego twarzy malowało się przygnębienie. Jednak Hatidże upatrywała jej
źródła raczej w tym, że Nebile odwróciła się do niego plecami, niż w chorobie padyszacha.
- Kiedy wyciśnięto wrzód, ten się uzłośliwił. Ropa przeniosła się w inne
miejsca na ciele naszego pana.
- Och... Inne miejsca? Gdzie?
Ali Czelebi zawahał się. Posłał wielkiemu wezyrowi ukradkowe spojrzenie.
Pierwszy wezyr wzruszył ramionami.
- Gdzie? - ponagliła go Hatidże.
- Wybaczcie - szepnął medyk. - Na przykład na lewą pachwinę naszego
pana. Jeszcze dwa pojawiły się na plecach.
- Co zrobiliście?
- Czcigodny padyszach zażywa opium, żeby uśmierzyć ból. Zabroniliśmy mu
tego. Opium rozjątrza wrzody. Oczyściliśmy ranę i przyłożyliśmy okład z dziegciem.
Kobietę ogarniała coraz większa złość.
- Czyli przykryliście ranę. Nieważne, co jest w środku, tak?
Pozostawiliście naszego ojca na pastwę losu? To chcecie nam powiedzieć,
Czelebi?
Zarówno Piri Pasza, jak i Ali Czelebi spojrzeli zdziwieni na Hatidże.
Nie zrobili niczego, żeby zasłużyć na taki gniew, lecz jedynie uczynili
to, co należało.
- Skoro zabroniliście mu też zażywać opium, oznacza to, że
pozostawiliście go w bólach i cierpieniu.
Czelebi próbował coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić z siebie słowa.
- Dziecko... - odezwał się szeptem wielki wezyr.
- Słucham, paszo?
- Medycy zastosowali wiele różnych eliksirów, żeby uśmierzyć ból
czcigodnego sułtana. Padyszach poczuł się dużo lepiej. Spokojnie po nich
zasnął.
- Chcemy go zobaczyć.
Hatidże szybko podniosła się z miejsca.
Nebile o mały włos się nie przewróciła. W ostatniej chwili złapała
równowagę. Ona także pospiesznie wstała.
- Nasz pan śpi, sułtanko. Dajmy mu odpocząć. Przez całą noc nie mógł
zasnąć. I przez cały dzień. Śpi dopiero od godziny. Nękały go silne
bóle. Pozwólmy mu jeszcze trochę odpocząć.
- Okład z głogu - odezwał się cicho Ali Czelebi, próbując się bronić -
przebije czubek wrzodu. Pozwoli, żeby wypłynęła ropa. Jeśli uda nam się
ją całkowicie usunąć...
- Chcemy zobaczyć naszego ojca, Czelebi.
Mężczyzna bezradnie spojrzał na Mehmeda Paszę.
- Chcemy zobaczyć naszego ojca, paszo. Jeśli spróbujecie nas
powstrzymać, sprawię, że tego pożałujecie.
Rozdział XLII
XLII
Wielki wezyr Piri Mehmed Pasza westchnął w duchu: "Ach, wielki Selimie,
popatrz na swoją córkę. Kiedy się rozgniewa, jest taka podobna do
ciebie. Czy ktoś znajdzie odwagę, żeby spojrzeć w te oczy?".
Pochylił głowę z pokorą.
- Ali Czelebi zabierze was do naszego pana.
Medyk ruszył przodem, a Hatidże i Nebile za nim. W pewnej chwili Hatidże
złapała dziewczynę za nadgarstek i spojrzała jej głęboko w oczy.
Nebile nie wiedziała, co zrobić. Zrozumiała jej spojrzenie. Nie
wiedziała natomiast, czy sułtance spodoba się to, co wyczyta w jej
oczach. Czy rozpozna, że zakochała się w Alim Czelebim od pierwszego
wejrzenia?
- Moja sułtanko.
Zawstydzona uciekła wzrokiem.
- Popatrz na mnie.
Spojrzała i wtedy zrozumiała. Zrobiła to, co nakazała jej pani. Przez
chwilę patrzyły na siebie. Dla Hatidże była to chwila, ale dla Nebile
wydawała się trwać tysiąc lat. "Boże Ojcze - jęknęła w duchu dziewczyna.
- Moja sułtanka zrozumiała. Wyczytała to w moich oczach. Wie, że się w nim zakochałam".
Hatidże domyśliła się wszystkiego. Czy można było oprzeć się strzale
przeznaczenia? Jej to się nie udało, a miałoby się udać pięknej i młodej
Nebile? Pomimo przerażenia i niepokoju rysy jej twarzy powoli zaczęły
łagodnieć. Pojawił się na niej uśmiech pełen miłości.
- Chodź ze mną - szepnęła. - Będziesz mi potrzebna, dziecko. Nie
zostawiaj mnie samej.
Pochmurna twarz Nebile od razu się rozjaśniła. "Nie rozgniewała się! -
wykrzyknęła w myślach. - Moja sułtanka nie rozgniewała się na moje
uczucia!".
Medyk uchylił połę wejścia do namiotu sułtana, do którego wstępu bronili
strażnicy stojący po obu stronach, i zrobił przejście dla Hatidże i Nebile. Kiedy Hatidże zerknęła ponad ramieniem, zauważyła, że Ali
Czelebi idzie zaraz za Nebile.
- Wy nie, Czelebi. - Jej głos był srogi i zdecydowany. Zerknęła na
dziewczynę, żeby sprawdzić, jakie wrażenie zrobiły na niej te słowa.
Wydawało się, że blask w oczach Nebile natychmiast zgasł. - Wy - podjęła
- zostańcie tu z moją Nebile. Chcemy przez chwilę być same z naszym
ojcem.
"Ale się ucieszyli", pomyślała Hatidże. Wiedziała, że nie powstrzyma
tego, co ma się stać. Nauczył ją tego los. Co ma być, to będzie. Ale tym
razem będzie inaczej. Teraz już wiedziała, jak stawiać czoła
przeznaczeniu. Może zbyt późno, ale nauczyła się tego. Nie wolno
poddawać się losowi. Postanowiła nie spuszczać oka z nadwornego medyka.
"Jeśli zobaczę coś, co mi się nie spodoba, nie chciałabym być w twojej
skórze, Czelebi - mruknęła. - Możesz być młody i przystojny, a miłość
mojej Nebile może opłynąć cię niczym woda, ale wiedz, że nie przymknę
oczu na jej krzywdę. Nie pozwolę, żeby Nebile spotkał ten sam los".
Jeśli będzie trzeba, odbierze życie, ale nie pozwoli, żeby Nebile
cierpiała tak jak ona i stoczyła się w ciemną pustkę, w którą sama
wpadła.
Kiedy Ali Czelebi zrozumiał, że zostanie sam na sam z dziewczyną,
podbiegł i uchylił zasłonę oddzielającą część, w której spał padyszach.
Hatidże zobaczyła, że ktoś siedzi przy ojcu i czyta Koran. Hasan Dżan
zaś klęczał i cicho płakał. Ali Czelebi dał im znak, żeby wyszli. Hodża
dokończył ostatnie wersy i obaj opuścili namiot.
Hatidże rozejrzała się po wnętrzu. Uderzył ją pewien zapach - ciężki i przytłumiający wonie unoszące się z aromatycznych kadzideł
roztaczających wokół cieniutką zasłonę dymu. To był odór ropy.
Podeszła i stanęła przy łożu ojca. Tęsknie na niego spojrzała. Miała
ochotę objąć go, zawołać: "To ja!", płakać, opierając głowę na jego
piersi, ale nic takiego nie zrobiła. Była w stanie tylko stać i patrzeć,
jakby była obca.
"Śpi", domyśliła się.
Nagle zdziwiła się.
Czy to był orzeł pól bitewnych Selim Chan, który siał postrach na dwóch
kontynentach, szedł jak burza przez egipskie pustynie, Mameluków i Safawidów? Czy ten blady, wychudzony mężczyzna był sułtanem Selimem
Groźnym, przed którym na równinie Çald?ran uciekł szach Ismail,
pozostawiając swój tron, który pokonał Al-Ashrafa al-Ghawriego pod Mardż
Dabik, Dżanberdiego Al-Ghazali pod Ar-Rajdanijją, Tumanbaja na pustyni w Gazie i który zasiadł na tronie w Kairze?4 Przez chwilę Hatidże
miała szaleńczą ochotę krzyknąć: "Wstań! Wstań, bohaterski sułtanie!
Wstań, ty, który chwyciłeś sztandar islamu i przyniosłeś go do serca
Imperium Osmańskiego! Wstań, największy z rodu Osmana, o najdzielniejszy! Wstań, niezrównany dowódco, który zdobyłeś to, co
święte! Wstań i przypasz szablę! Czy to właściwe tak leżeć, kiedy
państwo czeka na twoją służbę?".
Nie, to nie było właściwe. "Przeklęte zasady - żachnęła się w duchu
Hatidże. - Nie przystoi ci tak leżeć!".
Oczy orła, w które nikt nie miał odwagi spojrzeć, były zamknięte. Tak
bardzo się zestarzał, odkąd widziała go po raz ostatni. Tymczasem miał
dopiero pięćdziesiąt lat. Podczas swojego ośmioletniego panowania dotarł
tam, gdzie nie udało się dotrzeć wielu władcom, zatknął sztandar
Imperium Osmańskiego z trzema półksiężycami w miejscach, o których wielu
nawet się nie śniło.
Hatidże nie wytrzymała dłużej.
- Ojcze?
Była pewna, że wyszeptała to słowo, ale dla niej było jak krzyk.
Nie poruszył się.
- Ojcze, to ja.
Selim się nie poruszył.
- To ja, twoja córka, Hatidże. Twoja królowa Tomyris.
Nic się nie zmieniło. Sułtan Selim spał.
- Otwórz swoje orle oczy.
Coś stanęło jej w gardle. Zakryła usta, żeby stłumić szloch.
- Hatidże...
"Czy to naprawdę się stało?".
Szept! Dobry Boże! Jego powieki drgnęły. Głos był tak cichy, że nie była
pewna, czy rzeczywiście go słyszała.
- Ojcze?
- Jechaliśmy do ciebie, Hatidże.
Tym razem zyskała pewność. Słyszała go.
- Nie mogłyśmy się doczekać. Przyjechałyśmy do ciebie, ojcze. Chciałyśmy
przywitać naszego czcigodnego padyszacha.
- Co zrobić? Siły wystarczyło nam, żeby dotrzeć tylko tutaj. - Na chwilę
jego twarz ścisnął ból. - Jednak... wiedzieliśmy, że nasza córka pospieszy
do nas.
Z wielkim trudem wypowiadał każde słowo.
- Nie przemęczajcie się.
Nagle ojciec otworzył oczy. Miała wrażenie, że cierpienie na jego twarzy
na chwilę zniknęło.
- Hatidże?
- Słucham, panie.
- Ojcze... - Jego głos przeszedł w szept. - Nawet jeśli na to nie
zasłużyliśmy, chcemy, żebyś mówiła do nas "ojcze". Przynajmniej teraz.
Hatidże z miłością ujęła rękę padyszacha między swoje dłonie.
- Ojcze, jesteście moim ojcem dzielnym jak lew. Wczoraj, teraz i na
zawsze.
Nagle przygryzła wargi, zdając sobie sprawę, jak niewłaściwe jest
nazywanie lwem kogoś, kto nie jest w stanie nawet poruszyć głową.
- Jesteśmy sami?
Hatidże zdziwiła się.
- Słucham, tato sułtanie?
- Jesteśmy sami?
- Tak.
- Wiesz, gdzie jesteśmy?
- Niedaleko jest wioska.
Twarz Selima ściągnął ból. Powoli pokręcił głową.
- Tutaj... - westchnął. - Tutaj pokonaliśmy naszego ojca Bajazyda Chana i zrzuciliśmy go z tronu, Hatidże.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Czy los mógł być tak okrutny? "Czyżbyśmy
byli przeklęci?", przeszło jej przez myśl. Czy to przekleństwa jej
dziada, stryjów i kuzynów tak w nich uderzały?
- Co za sprawiedliwość losu, Hatidże. Widziałaś? Powalił nas na
równinie, gdzie pognębiliśmy naszego ojca.
Przez chwilę mruczał coś, czego Hatidże nie mogła zrozumieć. Wydawało
jej się, że mówi: "Oto, na co zasługuje ten, który odebrał życie
swojemu ojcu". Drgnęła przerażona, ale nie miała czasu, żeby o to
zapytać.
- Zbliż się i posłuchaj mnie uważnie. Nie sądzę, żebym był w stanie to
powtórzyć. Córko...
Hatidże nachyliła się nad ojcem.
- Poczyniliśmy pewne przygotowania - mówił z trudem sułtan Selim. - W tajemnicy. To dalece poufne. Nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Niektóre... Niektóre są tylko w naszej głowie. Rozumiesz? Hatidże... Tylko...
Jest to też po części powód naszego przybycia w te strony.
Nagle Hatidże drgnęła. Jak to? Ojciec nie przyjechał z tęsknoty za nią,
żeby się zobaczyć, ale żeby ukryć swoje sekretne plany?
Selim odczytał wyraz twarzy córki. Próbował się uśmiechnąć, a nawet
unieść rękę i pogłaskać ją po policzku, ale mu się nie udało. Jego twarz
ponownie ściągnął ból.
- Nie gniewaj się. - Spomiędzy jego warg wydobył się jękliwy szept. -
Tak należało zrobić, królowo Tomyris.
- Nie przemęczajcie się.
Ponownie nachyliła się nad ojcem. "Królowa Tomyris, tak?".
- Muszę to powiedzieć. Nie mamy zbyt wiele czasu. Jesteśmy u kresu
naszej drogi. To, czego nie doprowadziliśmy do końca, musi dokończyć
nasz syn.
- Ojcze! - Hatidże próbowała zasłonić ręką usta sułtana.
Selim ostatkiem sił oswobodził się spod jej dłoni.
- Każdy rodzi się i umiera. Królowa Tomyris dobrze o tym wie. To
państwo jest wieczne, ale nie jego sługa. Niech trzymają naszą śmierć w tajemnicy, dopóki czcigodny padyszach sułtan Sulejman chan nie przypasze
szabli i nie zasiądzie na tronie.
Zamilkł, żeby nabrać powietrza. Oddychał z coraz większą trudnością.
Jego pierś unosiła się i opadała jak miech kowalski.
- Wielki wezyr posłał do naszego syna pięciu konnych. Każdy z nich
pojedzie do Seruhanu inną drogą, żeby piąty dotarł na miejsce, jeśli
czterem pozostałym coś się stanie. Sulejman musi natychmiast udać się do
stolicy. Tron nawet przez jeden dzień nie może być pusty, Hatidże.
Rozumiesz to? Nie może.
- Ojcze, ale... - Nagle na twarz padyszacha spadła pojedyncza kropla.
Córka obmywała oblicze sułtana Selima swoimi łzami. - Tatusiu...
- Teraz, posłuchaj. Powiem ci najważniejszą rzecz. Nachyl się.
Hatidże zrobiła to, co polecił jej ojciec. Jej ucho niemal dotykało jego
warg. Kiedy padyszach szeptał, ona słuchała z uwagą i niedowierzaniem.
- Zrozumiałaś? - zapytał w końcu sułtan.
- Tak.
- Weź je. Zrozumiałaś, gdzie są, prawda? Weź je, przeczytaj i daj
Sulejmanowi. Niech pozna nasze słowa, zamierzenia i cele. Jeśli uzna to
za przysięgę daną ojcu, zrobi to, co należy. Jeśli zaś uzna, że podąży
własną drogą, takie będzie jego prawo jako sułtana. Niech będzie, jak
zdecyduje. Niech to zostanie pomiędzy synem Selima Chana, sułtanem
Sulejmanem, który wstąpi na tron, a jego siostrą sułtanką Hatidże.
Dobrze?
- Ojcze... - jęknęła Hatidże.
Mogła jedynie płakać. Los odbierał jednego z dwóch mężczyzn jej życia. Z każdą chwilą ojciec był coraz słabszy.
- Jeszcze jedno - powiedział Selim. - Za moim pasem jest niewielka
kartka. Weź ją.
Hatidże wyciągnęła zza ojcowskiego pasa skrawek papieru.
- Dobrze - mruknął Selim. - Daj ją mojej żonie, sułtance Hafsie, kiedy
razem z naszym synem przybędzie do stolicy. Niech w szczęściu i pomyślności odgrywa rolę sułtanki valide.
Przez chwilę chciała rozwinąć zwój i go przeczytać.
- Nie teraz - odezwał się jej ojciec. Pomimo całego cierpienia próbował
się wyprostować, żeby ją powstrzymać. Hatidże zamknęła list w dłoni.
Sułtan Selim z jękiem opadł na posłanie. - Później. Później, kiedy to
się skończy... - Spojrzał na nią gasnącymi oczami. - Zbliż dłoń do moich
ust, Hatidże.
Nagle poczuła na dłoni rozpalone gorączką wargi ojca. Wszystko w niej
zajęło się ogniem. "Nie!", wykrzyknęła w duchu.
Padyszach całował jej dłoń. Był to pożegnalny pocałunek, prośba o wybaczenie, a może pocałunek pojednania z córką.
- Dzięki Ci, Boże - jęknął. - Dałeś swojemu słudze tyle życia, żeby
doczekał wybaczenia naszej córki. W końcu pozwoliłeś nam być ojcem
naszej Hatidże. Nie ma już nic ważniejszego, nic wyższego dla Twojego
sługi Selima. Jestem gotów. Możesz teraz wziąć to, co mi powierzyłeś.
Utkwił oczy osnute cieniem śmierci w Hatidże. Dopiero teraz zrozumiał,
skąd ta wilgoć na jego twarzy. Jego córka płakała. Łzy płynęły jej z oczu jak deszcz. Koiły trawiącą go gorączkę. "Boski deszcz", przemknęło
mu przez myśl.
- Nie płacz - szepnął. - Królowa Tomyris nie płakała. Sułtanka
Hatidże też nie może płakać.
Jakby brakowało mu powietrza. Walczył o każdy oddech.
- Teraz idź. Daj Sulejmanowi Adze to, co ci powiedziałem. Idź. Nie chcę,
żebyś widziała, jak umieram. Zapamiętaj mnie na zawsze jako Selima
Groźnego, o czarnych brwiach, oczach sokoła, orlim spojrzeniu i podkręconym wąsie, którego gniew jest po tysiąckroć gorszy od bicza. Tak
będzie lepiej. Idź. Jedź prosto do stolicy.
Hatidże delikatnie uniosła rękę ojca, za którym tak tęskniła. Obsypała
jego dłoń pocałunkami. Wyprostowała się. Ucałowała jego policzki, które
obmyła swoimi łzami.
- Selimie Chanie - szepnęła - dopóki ta dusza będzie trwać w tym ciele,
Hatidże zawsze będzie pamiętała cię jako jedynego, ukochanego ojca.
W tej samej chwili zobaczyła łzy w jego oczach.
Sułtan Selim płakał.
- Idź.
Nagle ich dłonie się rozdzieliły. Hatidże po raz ostatni spojrzała na
ojca. Pragnęła ujrzeć na jego twarzy najmniejszy uśmiech. "Boże -
modliła się. - Proszę, w tej ostatniej chwili rozjaśnij jego twarz
uśmiechem. Takim go do siebie zabierz. Nie odmawiaj mojemu ojcu swojego
raju".
Rozległ się świst bicza i czterokonny powóz ruszył do stolicy, kołysząc
się na wszystkie strony.
Hatidże nawet nie zauważała wstrząsów, które miotały nią na boki, a w większości sprawiały, że prawie uderzała głową w sufit.
Nebile siedziała naprzeciwko niej. Z oczu dziewczyny wciąż płynęły łzy.
Kiedy Hatidże wyciągnęła rękę, żeby je otrzeć, poczuła ból prawej dłoni.
Od jej ściskania paznokcie wbiły się w skórę. Gdy otworzyła dłoń,
ujrzała niewielki skrawek papieru, który wyjęła zza pasa ojca.
Zapomniała o nim.
Próbowała się uśmiechnąć do Nebile patrzącej na nią przez rzęsy mokre od
łez.
- Nie płacz, dziecko.
- Ale... ale ty płaczesz, moja sułtanko.
Naprawdę płakała? Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Czuła tylko
ból.
- Posłuchaj, ja też już nie będę płakać. Widzisz? - Znów próbowała się
uśmiechnąć. - Dobrze? Już koniec. Mamy przed sobą długą drogę. Spróbuj
się chwilę przespać.
Nebile pokręciła głową.
- Nebile nie może spać, dopóki nie zaśnie moja sułtanka.
Hatidże nic nie odpowiedziała. Przymknęła oczy. Musiała jak najszybciej
dotrzeć do Nowego Pałacu. Musi wziąć list ojca, który ma przekazać
Sulejmanowi, zanim ktokolwiek go znajdzie.
Na chwilę przed jej oczami pojawili się Sulejman Aga i matka. Obraz
twarzy dwojga ukochanych ludzi zdawał się koić jej ból.
Powoli rozłożyła kartkę, którą miała w dłoni.
Najdroższa córko!
Kiedy wczoraj w nocy bóle nieco ustały, myślałem o swoim życiu. O tym,
co zrobiłem i czego nie zrobiłem, a może nie zdołałem zrobić...
Sulejmanowi, Tobie, mojej żonie, matce mojej córki sułtanki. "Ach, Hafso
- jęknąłem. - Ach, moja pełna poświęcenia, gazelooka Hafso". Z moich ust
wydobył się bejt:
Kiedy przed moją potęgą drżały nawet lwy,
Los sprawił, że stałem się niewolnikiem tych gazelich oczu.
Przekaż te słowa jako ostatnie pozdrowienie od Selima dla jego żony,
moja sułtanko Hatidże.
Nagle Hatidże przestała się powstrzymywać i wpadła w rozpacz.
Nebile zerwała się z miejsca i usiadła przy niej.
- Moja sułtanko. - Schowała głowę w zagłębieniu jej szyi. - Nie płacz,
moja najdroższa sułtanko. Nie płacz.
Rozdział XLIII. Pałac w Seruhanie. Wrzesień 1520
XLIII
Pałac w Seruhanie
Wrzesień 1520
Boże! Nie... Nie! Nie pokazuj mi jej! Ach! - Zerwał się z krzykiem pośród
ciemności.
Z trudem łapał powietrze. Przez chwilę przyciskał dłoń do piersi,
próbując uspokoić serce.
Zaklął w duchu. Znów ten sam sen! Ibrahim był zlany potem. Niemal co noc
budził się z krzykiem. We śnie słyszał głosy. Budził się, sądząc, że
pochodzą z zewnątrz, jednak pałac spowijała głęboka cisza. Co
dziwniejsze, te głosy mu się nie przyśniły. Te przerażające dźwięki
pochodziły z miejsca znajdującego się między jawą a snem. Jakby dżinny
czy duchy pukały do jego drzwi, buntowały się i podnosiły wielki raban.
Jednak kiedy otwierał oczy, wszystko spowijała cisza.
Były jeszcze te sny. Widział w nich tylko parę stóp, parę bosych stóp.
Wydawało mu się, że to jego stopy. A może kogoś innego. Nie był pewien.
Niczego innego nie dostrzegł. Nawet miejsca, gdzie znajdowały się te
stopy. Stopy szły, nieustannie szły. I był jeszcze ten głos.
- Czas ją zobaczyć - mówił głos, przyprawiając go o gęsią skórkę.
Nie wiedział i nie widział, kto to mówi.
Stopy przystawały, gdy tylko zabrzmiał głos.
- Chodź - mówił tym razem. - Nie zatrzymuj się. Musisz ją zobaczyć.
Chodź! Chodź!
- Nie, nie chcę jej widzieć! - sprzeciwiał się inny głos.
"To musi być głos tego, do którego należą stopy", myślał nawet we śnie.
- Musisz ją zobaczyć. Jak długo będziesz się ukrywał? Chodź. Spójrz
tutaj. Chodź.
Stopy tkwiły w miejscu. Później poruszały się, jakby przyciągała je
jakaś siła. Niechętnie, z oporem stawiały kroki. Nagle stopy, pozbawione
ciała, przewracały się. Zsuwały się w pustkę.
- Chodź - powtarzał przeklęty głos. - Już niedaleko. Zaraz ją zobaczysz.
To tuż za rogiem. Nie zamykaj oczu. Otwórz je. Patrz! Patrz! Patrz!
I dokładnie w tej chwili Ibrahim budził się z krzykiem.
Każdej nocy powtarzał się ten sam sen. Zaczynał się i kończył w tym
samym momencie. Za każdym razem słyszał ten przerażający głos i te same
słowa.
Pomyślał nawet, żeby zwierzyć się księciu i poradzić się medyka. Jednak
natychmiast się wycofywał. Gdyby tylko ktoś o tym usłyszał, uznałby go
za obłąkanego.
Wiedział, że to choroba. Choroba, która nękała go od tamtego dnia.
Przekleństwo, które nie opuszczało go, mimo że minęło już sześć długich
lat... od tej nieszczęsnej nocy, kiedy Czarna Morwa razem z dzieckiem w łonie pofrunęła do śmierci.
Już pierwszego dnia zauważono, że dziewczyna nagle zniknęła. Jednak nikt
się tym nie przejął. Nie było to nic niespotykanego. Czasem dziewczęta
zakochiwały się w kimś z zewnątrz, pakowały tobołek i uciekały z nim.
Były też takie, które łapano i sprowadzano z powrotem. Również takie,
które zostały porzucone i same wracały, po czym padały sułtance Hafsie
do stóp, błagając o przebaczenie. Natychmiast rozniosła się plotka o tym, że Münire też z kimś uciekła.
Ibrahim, zastanawiając się nad tą nocą, doszedł do wniosku, że nie jest
odpowiedzialny za tę tragedię. Jedynym jego przewinieniem było uwikłanie
się w ten związek tylko dla swojej przyjemności. Właściwie w tym też nie
było jego winy. Gdyby Ferahşad nie rozpaliła w nim ognia namiętności,
nawet nie pomyślałby o tym, żeby zabawiać się z Czarną Morwą. Czy w końcu Münire sama nie powinna pomyśleć, że to nie ma przyszłości?
Ibrahim nie dawał jej żadnych nadziei, niczego jej nie obiecywał.
Jedyne, co zrobił - tak bardzo tego żałował - to, że tamtej nocy
powiedział: "Chodź". Czy mógł przewidzieć, że sprawy zajdą tak daleko?
Nie urodziłaby tego dziecka. Wyrzucono by ją z pałacu, gdy tylko urósłby
jej brzuch. Co by zmieniło, gdyby go wydała? Wtedy oboje natychmiast
znaleźliby się na bruku. Ibrahim nie wyobrażał sobie z nią życia. Gdyby
to nigdy się nie wydarzyło. Ale stało się. Münire naprawdę go kochała.
Poświęciła się, żeby przed Ibrahimem nie zamknęły się wielkie drzwi,
które stały otworem. Dziecko w swoim łonie też.
Jego dusza stała się głucha na głos sumienia. Zamknął ten temat bez
poczucia winy.
Tak było aż do dnia, gdy Sulejman powiedział:
- Słyszałeś? Znaleźli ją.
- Słucham, książę?
- Tę twoją czarnoskórą dziewczynę. Tę, którą posądzili, że uciekła do
ukochanego. Znaleźli jej ciało pod Płaczącą Skałą.
Ciało... Ciało Czarnej Morwy!
Po raz pierwszy od czasu niewoli na pirackim okręcie strach z taką siłą
ścisnął gardło Ibrahima.
- Pewnie miała jakieś zmartwienie. Powiedzieli, że rzuciła się ze skały.
Co powiedzieć? Niech spoczywa w pokoju. Nie wiadomo, ile dni tam leżała.
Wilki i szakale rozszarpały biedaczkę. Nawet rozpruły jej brzuch.
Ibrahimowi zakręciło się w głowie. Gdyby się nie przytrzymał, być może
upadłby przed Sulejmanem.
- Co zrobić? Widocznie to było jej pisane. Biedaczka nie zwierzyła ci
się ze swojego kłopotu?
Ibrahim zdołał tylko pokręcić głową. Słowa Sulejmana odbijały się echem
w jego głowie. "Czarna Morwa. Śmierć. Wilki. Szakale. Rozpruły jej
brzuch", myślał rozpaczliwie.
- Chodź, wyjdziemy i przespacerujemy się trochę. Zaczerpniemy świeżego
powietrza. Przyślą ci inną służącą.
- Co z nią zrobili?
- Powiedzieli, że nie można jej było przenieść. Pochowali ją na miejscu.
Tego wieczoru rozpoczęła się choroba Ibrahima. Tamtej nocy po raz
pierwszy usłyszał te hałasy i ten głos. "Już niedaleko. Zaraz ją
zobaczysz. To tuż za rogiem. Nie zamykaj oczu. Otwórz je. Patrz! Patrz!
Patrz!". On zaś zacisnął mocno powieki i po raz pierwszy zerwał się z łóżka, krzycząc: "Boże! Nie... Nie! Nie pokazuj mi jej! Ach!".
Od sześciu lat śnił ten sam koszmar.
I teraz też te przerażające głosy zabrzmiały w jego głowie.
Jakby ktoś w coś stukał. Jakby krzyczały setki ludzi. Jakby płakały,
wrzeszczały, śmiały się. Jakaś kobieta krzyczała. Dziecko płakało.
Płakało nieustannie i niestrudzenie.
Ktoś cały czas stukał.
- Wstawaj! Wstawaj! Umarłeś czy co? Wstawaj!
Nagle Ibrahim zawahał się. To, co słyszał, różniło się od głosów, które
były w jego śnie. Nie dochodziły z jego głowy, ale jakby zza ściany, zza
drzwi.
- Ibraaamie!
Dobry Boże, co się dzieje?
Ibrahim zerwał się z miejsca.
- Wstawaj, mówię! Ibrahimie, wstawaj!
To był Sulejman.
Książę uderzał pięścią w drzwi jego pokoju. Tej nocy działo się to po
raz pierwszy od ośmiu lat.
- Panie.
Podbiegł do drzwi. Miał na sobie koszulę nocną. Zawrócił pospiesznie,
myśląc, że niewłaściwie będzie otwierać księciu w tym stroju. Jednak to
sprawi, że każe mu dłużej czekać. Z szarawarami w ręku ponownie
skierował się do drzwi.
- Już idę, książę!
Kiedy otworzył, pięść Sulejmana była podniesiona. O mały włos uderzyłby
go w głowę.
- Zapadłeś w śmiertelny sen? Prawie wyłamaliśmy drzwi.
Po raz pierwszy widział go tak podnieconego. Twarz miał całą czerwoną. W oczach igrały świetliki. To dobra czy zła wróżba? Nie potrafił tego
określić.
- Panie, ja...
- Daruj sobie tę jąkaninę. Wkładaj te spodnie i ruszaj za nami! -
krzyknął Sulejman, widząc szarawary w jego ręku.
- Panie - wydusił z siebie Ibrahim, jednocześnie starając się wciągnąć
szarawary. - Czy coś się stało?
Tym razem Sulejman odwrócił się i spojrzał na niego płonącym wzrokiem.
- Nadszedł czas, Ibrahimie! Nadszedł czas!
W pierwszej chwili Ibrahim nic z tego nie zrozumiał. "Nadszedł czas? -
pytał siebie. - Nadszedł czas?".
- Co?! - wykrzyknął bezwiednie. - Czyżby... Czyżby...
Nie miał odwagi zapytać: "Czyżbym stał teraz przed czcigodnym
padyszachem?".
Sulejman kiwnął głową.
- Dobry Boże!
Wyciągnął krucyfiks. Ibrahim nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, co
robi. Udało mu się wciągnąć dopiero jedną nogawkę. Drugą wciąż miał w ręku. Wyglądał śmiesznie, ale nie zważał na to. Padł przed Sulejmanem na
kolana.
- Panie, niech was Bóg błogosławi.
Sulejman był dumny, jednak było mu żal, że stracił ojca - pana świata.
- Wstań. - Wyciągnął rękę do Ibrahima. - Nie spiesz się. Wciąż jeszcze
nie przypasaliśmy szabli i nie zasiedliśmy na tronie. Poza tym nikt nie
powinien widzieć, że pierwszy przed nowym padyszachem klęka mężczyzna w koszuli.
W końcu Ibrahimowi udało się wciągnąć drugą nogawkę.
- Chodź - odezwał się książę. - Mamy dużo do zrobienia. Musimy
porozmawiać. Uporządkujmy wszystko, co należy zrobić.
Cisza panująca jak zawsze w korytarzu, tak odmienna od hałasów, które
słyszał, zdziwiła Ibrahima. Było już dawno po północy. Ale czy w taką
noc pałac w Seruhanie nie powinien zerwać się na nogi? Czuwający w zaułkach strażnicy także zdawali się spokojni. Kiedy Sulejman
przechodził przed nimi, pozdrawiali go jak zwykle. Tymczasem czy nie
powinni paść mu do stóp, skoro mijał ich padyszach, ktoś, kto właśnie
zasiadł na tronie?
"Ach, oczywiście - pomyślał. - Wstydzą się radować, że miejsce zmarłego
padyszacha zajął jego syn, dopóki nie przeżyją żałoby. Turcy!".
Sulejman, nie zatrzymując się, rzucił przez ramię spojrzenie Ibrahimowi,
który dosłownie biegł za nim. Natychmiast zrozumiał jego zaskoczenie.
- Jeszcze nikt nie wie. Tylko ja, moja matka i ty. Nawet nie
powiedziałem jeszcze Gülbahar. Matka ostrzegła mnie: "Nie mów swojej
żonie. Jest w połogu. Może stracić pokarm". Mustafie potrzebne jest
mleko matki, dopóki nie odda się go mamce.
Odkąd Mahidevran Gülbahar urodziła Mustafę, przez cały czas był na
rękach. Jakby świat się zatrzymał wraz z narodzinami tego pulchnego
chłopca o czarnych oczach i brwiach. Sulejman zniknął na całe dnie,
tygodnie i niemal cały czas spędzał z synem.
Nagle Ibrahimowi przyszło do głowy, że nie wyraził współczucia. Nie
wiedział, jak powinien się zachować w takiej sytuacji. Kiedy był w majątku, składano kondolencje, a nawet płakano razem z bliskim zmarłego.
Kobiety stawiały otoczenie na nogi swoim głośnym lamentowaniem. Ale co
robiono tutaj, w pałacu? Nikt go tego nie nauczył. On też nigdy o tym
nie pomyślał. Czy Sulejman nie niecierpliwił się, żeby zasiąść na
tronie? Czy nie szeptali o tym, co będzie, "kiedy nadejdzie czas"?
Właśnie nadszedł. Była to chwila, na którą Sulejman czekał od lat.
Wyglądał, jakby się smucił. Przecież to był jego ojciec, ale tylko
Ibrahim zdawał sobie sprawę, że od lat czekał na tę wiadomość. Podobnie
jak Ibrahim nie wiedział, jakich słów użyć, żeby wyrazić swoje
współczucie.
- Ja... - szepnął, doganiając księcia. - Kiedy się dowiedzieliście?
- Przed chwilą. Wielki wezyr przesłał wiadomość, że w Çorlu nasz ojciec
stanął przed obliczem Najwyższego. Piri Pasza napisał, że natychmiast
mamy się udać do stolicy. Dopóki nie dotrzemy do Stambułu, utrzyma w tajemnicy śmierć naszego ojca.
- Dlaczego?
- Nie wiadomo, co zrobią janczarzy, Ibrahimie5. Jedna
pogłoska, jeden podszept...
- Rozumiem, ale przecież nie ma innego spadkobiercy...
Sulejman zatrzymał się.
- Nie ma. Jednak zdrada nie śpi. Piri Pasza to doświadczony mężczyzna.
Skoro uważa to za właściwe, my również.
- W takim razie natychmiast wyruszajcie w drogę, panie.
- Lecz najpierw poczyńmy przygotowania. Kiedy dotrzemy do stolicy, nie
ośmieszajmy się przed paszami, wezyrami naszego ojca, zastanawiając się,
co robić. Pokażmy im, kim jest syn Selima Chana. Niech nie szepczą nam
za plecami: "To jeszcze młokos. Utrapienie spadło na głowę Imperium
Osmańskiego".
Weszli do komnat księcia przez ciężkie drzwi, przy których wartę pełniło
dwóch ogromnych gwardzistów. Szybkim krokiem przemierzyli trzy pokoje i dotarli do pomieszczenia położonego najdalej, pozbawionego okien.
Ibrahim nienawidził tego pokoju, ale Sulejman przeprowadzał w nim
rozmowy, których nikt inny miał nie słyszeć. Tutaj mury były grubsze.
Kamienne ściany pokryte były trzema warstwami drewna, a na wierzchu
ułożone były płytki ceramiczne.
- Sułtanka Hafsa jest załamana.
Sulejman, patrząc na Ibrahima, wyglądał na zamyślonego. Oczywiście nie
było możliwe, żeby powiedział, że jego matka nie smuci się po śmierci
męża, ale w jej oczach można było też wyczytać skrywaną radość. Nie
będzie już zasypiała ze strachem, że Sulejmana dosięgnie gniew ojca.
Hafsa nie będzie się już obawiała każdego cienia. Nie będzie badać
ludzi, sprawdzając, czy któryś z nich jest zdrajcą, który pomówiwszy jej
syna księcia, rozzłości Okrutnego6. Zawsze była dumna z tego,
że jest żoną najsroższego i najpotężniejszego mężczyzny na świecie.
Jednocześnie bała się Selima. Nawet kiedy mu się oddawała, zastanawiała
się, czy jej nie udusi. A teraz koszmar się skończył. Dopóki późnym
wieczorem jej syn nie zapukał do jej drzwi i nie przekazał jej
wiadomości, była żoną padyszacha i matką księcia. Teraz stała się matką
padyszacha, sułtanką valide.
- Zamknęła się w swojej komnacie. Modli się.
Sulejman usiadł, a Ibrahim wciąż stał.
- Dokładnie zapamiętaj, co ci powiem. Dobrze?
- Co rozkażesz, padyszachu.
- Ibrahimie!
Obydwaj uśmiechnęli się na karcący ton w głosie Sulejmana.
- Natychmiast rozpocznij przygotowania do drogi. Powiesz, że ojciec
wezwał nas do stolicy, żeby mianować nas swoim zastępcą, zanim uda się
na kolejną wyprawę wojenną. Każ szykować powozy do długiej podróży dla
naszej matki i Gülbahar. Potrzeba też powozów dla kuchni. Niech ich
będzie tyle, ile trzeba. Niech będą gotowi na ich przyjazd w Starym
Pałacu, żeby zapewnić im wygodę. Trzeba też uprzedzić medyków, że
przybywają książę i jego matka.
- Czym wy pojedziecie, panie? Czy dla was też kazać przygotować po...
- My dwaj pojedziemy konno.
- My dwaj?
- Obudź się wreszcie. - Sulejman podniósł głos.
- Panie...
- Poza tym - ciągnął Sulejman - kiedy dotrzemy do stolicy, w porcie
będzie czekał gotowy okręt. Niech zgodnie z tym zostaną podjęte
odpowiednie kroki.
Ibrahim skinął głową.
- Ceremonia pogrzebowa naszego ojca Selima Chana musi być godna jego
chwały. Niech nadworny architekt rozpocznie już budowę grobowca w najodpowiedniejszym miejscu w Stambule. Chcemy, żeby w tym samym miejscu
wzniesiono też meczet, Ibrahimie.
- Co rozkażecie.
- I jeszcze jedno - nasza siostra, sułtanka Hatidże, towarzyszyła
naszemu ojcu przed śmiercią. Piri Pasza napisał, że Hatidże wyruszyła w drogę prosto do stolicy. Niech zostanie zrobione wszystko, żeby zapewnić
jej wygodę. No i może najważniejsze... - Sulejman przyciszył głos. -
Trzeba doprowadzić do końca to, czego nie zdążył zrobić nasz ojciec.
"To, czego nie zdążył zrobić nasz ojciec?".
Dobry Boże. Sulejman już teraz planował wojnę. I to z najzacieklejszym
wrogiem!
Ibrahim miesiącami, latami strzępił sobie język, ale nie udało mu się go
odwieść od tego pomysłu. Sulejman nieustannie wspominał o zniszczeniu
państwa Safawidów i szacha Ismaila, który próbował zabić jego siostrę,
sułtankę Hatidże. "Zobaczysz - mówił za każdym razem, gdy się spotykali.
- Kiedy nadejdzie właściwy czas, zmieciemy tego gada z powierzchni
ziemi".
Wierzył, że jego ojciec popełnił błąd, prowadząc armię na Mameluków, nie
rozprawiwszy się z szachem Ismailem. Największy wróg Imperium
Osmańskiego znajdował się na wschodzie. Tyle razy szeptał o tym do ucha
Ibrahimowi. "Zgoda, został orędownikiem islamu, kalifem, ale wąż wciąż
syczy. I to ja zmiażdżę głowę tego węża. Będzie to mój pierwszy cel".
Zatem Tebriz. Sulejman sięgnie po Indie jak Aleksander Macedoński.
- Zobaczysz, Ibrahimie. Przejdę drogami, którymi kroczył zdobywca,
jakiego wziąłeś za wzór - mawiał, mrużąc oczy. Miał gotowy plan.
Opowiadał mu o nim bardzo często. - Spójrz, przejdziemy tędy. Tutaj
przekroczymy pustynie. Nasze siły stąd przeprowadzimy przez tę dolinę i zabezpieczymy tyły. Później zaciśniemy pętlę.
Obliczył nawet, ile będzie potrzebował dział, jeźdźców i piechoty.
Tymczasem Ibrahim uważał, że największe niebezpieczeństwo znajdowało się
na zachodzie. On wbił sobie do głowy, że stworzy z Imperium Osmańskiego
nowy Rzym, a z Sulejmana - nowego Cezara. Sułtan Selim, zmagając się z wrogami na Pustyni Arabskiej, nie zauważył niebezpieczeństwa rosnącego
na zachodzie. Korona Rzymu miała nowego pretendenta - cesarza Karola.
Przed tym człowiekiem królowie chylili głowy, a papież się go bał.
Nieustannie rósł w siłę. Szykował nową wyprawę krzyżową przeciwko
Imperium Osmańskiemu.
Ibrahim próbował się sprzeciwić, ale Sulejman natychmiast mu przerwał.
- Co mamy zrobić, Ibrahimie? Mamy czekać, aż ten gad zniszczy państwo
osmańskie, ukradnie jego serca i dusze, podburzy przeciwko sobie świat
islamu? Mamy puścić mu płazem cierpienia naszej siostry, sułtanki
Hatidże?
- Nie, ale...
- Jeszcze coś - odezwał się padyszach, dając mu znak ręką, że temat
skończony. - Mianujemy wezyrem naszego lalę Kasyma Agę. Niech
przygotują firman.
"Z tego jestem zadowolony", przyszło Ibrahimowi na myśl. Kasym Aga był
dobrym i mądrym człowiekiem niczym ocean wiedzy. Przez te osiem lat
wiele nauczył jego i Sulejmana. Być może dzięki niemu Ibrahim inaczej
patrzył na świat, inne kraje, równowagę i zamierzenia. Kilka razy
próbował go podpytać, co sądzi o dążeniach księcia związanych ze
wschodem. Kasym Aga również był temu przeciwny. Przynajmniej na razie.
"Nie należy dalej przeciwstawiać islamu islamowi", powiedział mu na ucho
mężczyzna.
- A teraz słuchaj uważnie - mówił dalej Sulejman władczym tonem. -
Jestem Sulejmanem, sułtanem Sulejmanem, synem świętej pamięci sułtana
Selima Chana. Oto mój firman. Oświadczam, iż daruję wolność mojemu
niewolnikowi Ibrahimowi z Pargi.
Ibrahim stracił oddech. Uniósł rękę do gardła. Przestraszył się. A zatem
dotąd sięgała jego lojalność. Wszystko się skończyło. Wyrzucił go w kilku słowach. "Daruję wolność mojemu niewolnikowi Ibrahimowi z Pargi".
To wszystko. Tymi kilkoma słowami nowy padyszach przekreślił wszystkie
jego marzenia i pozbawił go złudzeń.
"Na co się rozgniewał? - zastanawiał się Ibrahim. - Na to, że byłem
przeciwny jego wyprawie na wschód? Na pewno dlatego. Że też nie mogłem
trzymać tego przeklętego języka za zębami".
- Pargańczyk nie jest już niewolnikiem. Darowaliśmy mu wolność... Od tej
chwili Ibrahim Aga jest wolnym człowiekiem. Cieszy się najwyższymi
względami na naszych włościach i tak pozostanie.
"Co? Co? Co? Wielki Jezu! Najświętsza Panienko! Wszyscy święci! Nie mogę
w to uwierzyć!".
Padł Sulejmanowi do stóp. Znów odruchowo wyciągnął krzyż. Wyzwolił się z niewidzialnych łańcuchów, które wciąż miał jednak przed oczami i których
grzechot nieustannie słyszał.
To niesłychane. Nigdy nawet o tym nie marzył. Nie mógł uwierzyć. To było
jak cud.
- Panie. Padyszachu.
Sulejman wyrwał mu z rąk swoją szatę, którą Ibrahim zamierzał ucałować.
- To jeszcze nie koniec. Niech dopiszą jeszcze to. Oto mój firman.
Ibrahim Aga jest naszym sułtańskim pokojowcem. Nie mianowaliśmy go
wezyrem, ale w Nowym Pałacu i Enderunie należy go traktować na równi z godnością wezyra. Niech odpowiednio do tego dostanie pracę. Niech
otrzyma urząd, miesięczne wynagrodzenie i pieniądze na wydatki. Niech
zostaną mu przydzieleni służący, służące i paziowie znajdujący się pod
jego rozkazem. Niech odpowiednio do tego wyznaczone zostaną kuchenne
racje...
Reszty nie słyszał. Na ciżmy padyszacha popłynęła z jego oczu pojedyncza
łza.
W Imperium Osmańskim Justynian, ukochany syn Armanna, rybaka z Pargi, i pięknej Zeljeny... Dobry Boże... Czy powiedział: "Należy go traktować na
równi z godnością wezyra"? Pargańczyk Ibrahim Aga!
Sulejman wyprostował się. Ujął Ibrahima za ramiona i go podniósł.
- Przez osiem lat byłeś nam przyjacielem, Pargańczyku. Widzieliśmy twoje
zasługi, nie widzieliśmy uchybień. Daliśmy przyjaźń i przyjaźń
dostaliśmy. Nauczyliśmy cię tego, co sami wiedzieliśmy, nauczyliśmy się
od ciebie tego, czego nie wiedzieliśmy. Nie wywyższaliśmy się jako
książę i nie poniżaliśmy cię jako niewolnika. Nie uznaliśmy ciebie za
równych sobie, ale na równi z naszymi agami i panami, a z czasem nawet i ponad nimi. Otworzyliśmy przed tobą nasze myśli i czytaliśmy w twoich.
Nie mieliśmy przed tobą żadnych tajemnic. Wspólnie snuliśmy plany na
przyszłość, kiedy nadejdzie właściwy czas. Nie myśl, że zapomnieliśmy o pierwszej nocy na Płaczącej Skale. Teraz właśnie nadszedł ten czas.
Czas, żeby uczynić marzenia rzeczywistością. Liczę na ciebie. Oczekujemy
od ciebie dobrej służby.
Padyszach odwrócił się, nie chcąc dłużej patrzeć na to, jak Ibrahim dwoi
się i troi, żeby wyrazić swoją wdzięczność.
- Będziesz się zachowywał zgodnie z tym, co powiedzieliśmy ci osiem lat
temu. Kiedy zostaniemy sami, nie będziemy padyszachem i sługą, ale
przyjaciółmi. Ufamy, że nie będziesz szczędzić słów, jeśli zauważysz
nasz błąd. Jednak wiesz, że państwo nie uznaje przyjaźni. W obecności
naszych poddanych nie zapominaj, że jesteśmy padyszachem.
Ibrahim chłonął każde słowo sułtana, kiwając głową.
- Teraz idź, mój pokojowcu, Ibrahimie Ago. Masz dużo pracy. Niech to, co
powiedzieliśmy, zostanie natychmiast wykonane.
Ibrahim po raz pierwszy tyłem opuścił pomieszczenie, w którym się
znajdowali. Aż do dzisiaj ani książę nie oczekiwał czegoś takiego ani on
tego nie zrobił. Nikt mu tego nie powiedział, nikt go nie nauczył, ale
teraz czuł, że powinien się tak zachować.
- Pargańczyku!
Ibrahim uniósł głowę i spojrzał na padyszacha. Czyżby nagle urósł? Czy
ramiona Sulejmana były aż tak szerokie? Czy jego spojrzenie było tak
srogie, a postawa tak zdecydowana?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Çorlu - miasto tureckie w Tracji, w rejonie morza Marmara. W okolicach Çorlu miała miejsce pierwsza w historii Imperium Osmańskiego bitwa między ojcem a synem - sułtanem Bajazydem II a księciem Selimem, w której zwyciężył Selim (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Powstania Dżelali to określenie buntów ludowych i janczarów, które miały miejsce w XVI i XVII wieku, spowodowanych pogorszeniem się sytuacji społeczno-ekonomicznej na ziemiach Imperium Osmańskiego. Swoją nazwę wzięły od nazwiska przywódcy pierwszego takiego buntu w 1519 roku, którym był Bozoklu Şeyh Celâl. (Właśnie o tym wydarzeniu jest mowa w książce). [wróć]
3. Mowa tu o Jerozolimie. [wróć]
4. Wymienia się tu miejsca kolejnych bitew, gdzie odbyły się walki Turków (pod wodzą Selima I) z Mamelukami, zakończone zwycięstwem Selima i przyłączeniem Egiptu do Imperium Osmańskiego oraz uznaniem zwierzchnictwa tureckiego w Syrii. [wróć]
5. Chociaż janczarzy stanowili trzon wojsk pieszych i wojsk lokalnych w poszczególnych garnizonach Imperium Osmańskiego, to byli prawdziwym utrapieniem dla panującego. Byli formacją na tyle silną, że mogli obalić władzę sułtana. W rezultacie legalnym władcą pozostawał ten z pretendentów do tronu, któremu udało się opanować stolicę, skarbiec, archiwa i uzyskać poparcie janczarów. [wróć]
6. W Turcji Selim I znany jest pod przydomkiem Okrutny. [wróć]