Hatidże
***
Wokół szalała przeraźliwa burza. O tej porze słońce powinno kryć się za wzgórzami na przeciwległym brzegu, ale chmury dawno je pochłonęły. Rybacy byli przyzwyczajeni do tego, że morze tak nagle się wzburza. Pospiesznie zabrali się do zwijania sieci. Jego ojciec, przykładając dłoń do ust, krzyczał do znajdujących się na
sąsiedniej łodzi:
- Mario, pospiesz się! Adriano, zostaw kilka ryb!
W odpowiedzi wiatr przywiał do nich głos mężczyzny:
- Zajmij się sobą, Armanno. Mam teraz zostawić sieci i wrzucać ryby do
morza?
- Morze jest złe, a wścieknie się jeszcze bardziej.
- Niech się wścieka. Nie ruszę się stąd, dopóki nie wezmę swojej doli.
Tym razem ojciec zwrócił się do syna:
- Trzymaj się, Aleksandrze.
W rzeczywistości nie miał tak na imię. Był Aleksandrem, odkąd stary pop
opowiedział im historię Aleksandra Wielkiego. Kiedy ojciec nie zabierał
go na morze, chłopiec chwytał za drewniany miecz i dosiadał konia
zrobionego z kawałka starego wiosła. On też, tak jak Aleksander, nazywał
swojego rumaka Bucefał. Kiedy koń stawał dęba, krzyczał: "Szybko! Pędź,
Bucefale. Zabierz mnie na lądy, na których wschodzi słońce".
Jednak większość jego życia upływała na łodzi, a nie na grzbiecie
Bucefała.
Jeden z rybaków zaklął.
- Hej! - zagrzmiał Armanno. - Tu jest dziecko.
- I co z tego? - odpowiedział mężczyzna. - Niech nauczy się, jak
rozmawiają mężczyźni. Mój też jest tutaj.
Właściwie synowie wszystkich rybaków byli razem z nimi. Było to coś,
czego Aleksander nie rozumiał. Dlaczego ojcowie, wybierając się na
połów, zabierali ze sobą swoich synów? Dlaczego domy i łąki pełne
różnokolorowych dalii zostawały matkom i córkom? Tymczasem on chciał
dosiąść konia i pędzić na kolejne podboje.
Tak naprawdę lubił morze i wypływanie z ojcem łodzią, ale tak często
wyruszali na połowy, że miał już dość. Morze i fale były jego
przyjaciółmi. Nawet z nimi rozmawiał, ale w snach widział bezkresne
łąki, nieprzebyte góry i nieodkryte światy. "Zobaczysz - mówił do
spienionej, błękitnej wody uderzającej o burtę - pewnego dnia ja też
będę miał konia jak Aleksander Macedoński. Prawdziwego konia. Słońce
pozazdrości blasku mojemu mieczowi. On z Macedonii, a ja z Pargi2. Wszyscy będą opowiadać o zwycięstwach Aleksandra z Pargi
i jego rumaka".
Ojciec wiedział, co chodzi chłopcu po głowie. Ilekroć zauważał, że syn
jest taki zamyślony, mawiał, uśmiechając się:
- Hej! Zsiadaj z tego konia i mocno trzymaj się liny.
Aleksander miał jeszcze jednego przyjaciela oprócz morza i fal.
Towarzyszył mu strach.
Morze było nieprzewidywalne. W jednej chwili było gładkie jak obrus
rozłożony na stole, a w drugiej szalało jak opętane. Aleksander bał się
morza. Szczególnie wtedy, gdy zrywał się silny wiatr, a spokojne dotąd
fale zaczynały gniewnie uderzać w dziób łodzi.
I teraz właśnie tak było. Był przemoczony do suchej nitki od uderzeń
fal, które unosiły łódź do chmur, po czym nagle ściągały ją w dół.
Nie wiedział, czy ojciec poznawał to po tym, jak kurczowo trzyma się
relingu, czy słyszał, jak mocno wali mu serce, ale Armanno natychmiast
wyczuwał jego strach.
- Posłuchaj - powiedział pewnego dnia. - Spójrz mi w oczy, Aleksandrze.
Nie bój się. Ten świat nie jest dla tchórzy. Nawet jeśli się boisz, nie
okazuj tego. Wszyscy kiedyś umrą - i tchórze, i bohaterowie. Różni ich
tylko jedno: o tchórzach nikt nie pamięta, odchodzą w zapomnienie,
jednak gdy umierają bohaterowie, ich sława pozostaje żywa. Gdyby
Aleksander Wielki był tchórzem, słyszałbyś o nim? A o Hannibalu3?
Ach tak, oczywiście, był jeszcze Hannibal! Aleksander uwielbiał słuchać
opowieści o nim. Był bohaterskim, nieustraszonym i nieprzejednanym
wojownikiem. Tamtej nocy, gdy opowiadali, jak przekraczał zaśnieżoną
górską przełęcz, Aleksander nie zmrużył oka. Hannibal do świtu wydawał
rozkazy. "Ruszajcie! - krzyczał. - Rzym czeka, żeby paść przede mną na
kolana. Przepuśćcie kartagińskie słonie".
Długo nie mógł się zdecydować, którego z nich imię przybrać - Aleksandra
czy Hannibala. Opowieść o Cezarze też była piękna, ale z jakiegoś powodu
nie myślał, żeby nosić po nim imię. Może dlatego, że ten przywódca był
zbyt ślepy, żeby dostrzec zbliżającą się zdradę. Boże, jaką zasadzkę
zastawili na niego jego najbliżsi, szczególnie cios wymierzony sztyletem
Brutusa!
W końcu Aleksander podjął decyzję i jako pierwszemu obwieścił ją
młodszemu bratu:
- Od teraz będziesz nazywał mnie Aleksandrem.
Później oznajmił to matce.
- Justynianie - odezwała się kobieta urażonym tonem. Było jasne, że tego
nie pochwala. - Nie wystarcza ci imię, jakie dostałeś na chrzcie?
Nie wystarczało.
Wszyscy oprócz jego ojca śmiali się, kiedy mówił im, żeby od teraz
nazywali go Aleksandrem. Nawet pop Nikola. Tylko ojciec spojrzał mu
głęboko w oczy.
- Bądź waleczny, nieustraszony i śmiały jak Aleksander. Jednak nie stań
się jak on niewolnikiem chciwości. Musisz nie tylko wiedzieć, kiedy
biec, ale też kiedy się zatrzymać.
Ojciec powiedział wiele pięknych słów, których chłopiec nie zrozumiał.
Być może dlatego jego przyjaciele powtarzali: "Nie powinieneś być
rybakiem, tylko filozofem". Nawet Aleksander wyczuwał kryjącą się w ich
słowach drwinę. Widział, jak jeden z nich puszcza oko do pozostałych, a inny pyta:
- Armanno, skąd na litość boską bierzesz te słowa?
Aleksander miał ochotę rzucić się na mężczyznę, który kpił z jego ojca,
i pobić go swoimi małymi pięściami.
Tymczasem Armanno pomijał to uśmiechem.
- Ryby mi je podpowiadają.
Taki właśnie był jego ojciec. To od niego Aleksander nauczył się nie
bać, a raczej nie okazywać strachu. Aleksander Macedoński był bohaterem
jego marzeń, a ojciec - życia.
Dlatego zachowywał się tak, jakby się nie bał, podczas gdy burza coraz
bardziej przybierała na sile. Nie chciał złamać słowa danego ojcu.
Odmawiając w duchu wszystkie znane modlitwy, przyglądał się, jak ojciec
walczy z linami przy żaglach. Lina szarpana wiatrem fal wznosiła się w powietrze i niczym bicz smagała mokre ciało ojca. W końcu mężczyzna ją
okiełznał. Zawiązał ostatni węzeł przytwierdzający żagiel do masztu na
środku łodzi i zaklął soczyście. Miejsca, w które uderzyła lina,
krwawiły, tworząc czerwone plamy na jego koszuli. Kiedy słona woda
pryskała na świeże rany, twarz nieustraszonego marynarza wykrzywiała się
z bólu.
- Ja wracam.
Pozostali nie odezwali się.
Armanno skierował dziób łodzi w stronę brzegu. Aleksander zauważył, że
razem z nimi ten sam kurs obrały jeszcze dwie inne łajby. Rybacy, którzy
spóźnili się z wyciąganiem sieci, uwijali się na swoich pokładach wśród
wołań i okrzyków.
Morze było bardzo wzburzone. Wydawało mu się, że fale sięgają chmur. To
musiał być dzień ostateczny, o którym mówiła matka. Zastanawiał się, czy
zapytać o to ojca, ale nie było czasu.
- Nie odrywaj oczu od tamtej strony, Aleksandrze. Znajdź mi jakieś
światło. Jakieś światło, które pomoże utrzymać nam kurs.
Tak, teraz miał zadanie, które musiał dzielnie wykonać. Nie pamiętał
już, jak długo płynęli, to unosząc się pod niebo na grzbietach fal, to
opadając w bezdenną przepaść, ale trwało to bardzo długo. Był mokry,
przemarznięty, głodny i, niech to szlag, nawet jeśli tego nie okazywał,
potwornie się bał.
Wszędzie było ciemno i wszędzie była woda. Z czarnych chmur, które
zbierały się nad ich głowami, kiedy szykowali się do powrotu, tak padał
deszcz, że Aleksandrowi przez chwilę wydawało się, że morze wypiętrzyło
się pod niebo. Jak długo jeszcze to potrwa?
Nagle zatęsknił za domem. Dość dużą, pojedynczą izbą. Za matką. Siostrą
Sofią, która niedawno się urodziła. Za ciepłem ognia płonącego na
palenisku, trzaskaniem drew i spowijającym wszystko tym wspaniałym
zapachem gorącego chleba.
Aleksander był przyzwyczajony do tego uczucia. Zawsze, gdy wypływali na
połów, tęsknota ciągnęła go z powrotem. Kiedy w oddali ukazywał się
brzeg rozciągnięty ponad wodą jak czarne ramię, radośnie klaskał i nucił
piosenkę, której nauczyła go matka.
Wiem, że anioły czekają na mnie,
Modlę się każdej nocy przed spaniem.
We śnie Bóg uśmiecha się do mnie,
Mówię: "Weź mnie i do raju zabierz".
Słowa piosenki były piękne i tak wiele znaczyły, ale on ich nie
rozumiał. Pewnie były zbyt trudne dla dziewięcioletniego chłopca. On
bardziej niż wersy piosenki lubił refren: "Laj, laj, laj, lom". Kładł
wtedy ręce na biodrach i tańczył, a wówczas rodzice akompaniowali mu,
klaszcząc. Uśmiechy na ich twarzach ogrzewały jego serce.
Aleksandra ogarniał coraz większy strach. Płynęli już tak długo, a lądu
wciąż nie było widać. Nie widzieli nawet tego, co było dwa metry przed
nimi, więc jak mieli zobaczyć brzeg?
Spojrzał na ojca, starając się nie okazywać paniki. Trzymał mocno ster,
żeby nie zejść z obranego kursu.
Zastanawiał się, jak odnajdą drogę. Ponad ich głowami nie było gwiazd.
Nic nie było. Brnęli przez ciemną pustkę. Przypomniała mu się baśń,
którą opowiadał jeden z rybaków. Była to historia rybaka, który
rozgniewał boga morza, Posejdona. Młody i dzielny rybak porwał piękną
córkę Posejdona. Bóg kipiał z gniewu. Ruszył w pogoń za zakochanym
rybakiem. Zesłał na jego małą łódź fale wielkie jak góry i straszliwe
wiry. Rybak, zauważywszy, że siedzący na starym krześle Aleksander
słucha opowieści z oczami szeroko otwartymi ze strachu, wskazał na
niego.
- Bądź sobą, Aleksandrze. Nie waż się wyciągać ręki po córki Posejdona.
- Nie boję się go. Pokonam jego fale.
Wszyscy rybacy roześmiali się. Jego ojciec też.
- Nie bądź zbyt pewny siebie, synu Armanno - odezwał się mężczyzna
opowiadający historię. - Rozumiemy, że jesteś tak mężny jak ojciec, ale
bronią Posejdona są nie tylko fale.
- Ma włócznię?
- I to trójzębną. Wzywa nią gromy i pioruny, a jeśli to nie wystarczy,
otworzy usta i połknie cię razem z twoją łodzią.
"Czyżby jeden z rybaków porwał piękną córkę boga mórz?", przeszło mu
nagle przez myśl. Sądząc po przerażających błyskawicach przecinających
czarne niebo, wyciągnął też swój trójząb. Niebo grzmotami wykrzykiwało
swój gniew. Zadrżał ze strachu. Czy teraz przyszła kolej na to, że
wściekły bóg otworzy usta i ich połknie?
Aleksander pierwszy zobaczył światło.
- Ogień!
Podekscytowany próbował wstać.
W tej samej chwili fala uderzyła w prawą burtę łodzi i uniosła ją.
Chłopiec, turlając się po pokładzie, usłyszał krzyk ojca:
- Aleksandrze, na litość boską, trzymaj się!
"Co takiego zrobiłem, żeby rozgniewać Posejdona? - pomyślał wleczony
przez wodę. - Jestem jeszcze mały. Nie zakochałem się w córce boga!".
W ostatniej chwili wątłymi ramionami objął jedną z ław na pokładzie.
Uratował się przed wciągnięciem do morza.
- Ogień! - wrzasnął z miejsca, w którym leżał, gdy odpłynęły wody
kolejnej fali.
W wielkiej żelaznej klatce na skałach rozpalono olbrzymie ognisko dla
tych, którzy nocą znaleźli się na morzu. W przeciwnym razie ich łodzie
roztrzaskałyby się o ostre jak nóż spiczaste skały, nawet gdy morze było
spokojne. A teraz ten ogień był ich jedyną nadzieją. Burza miotała
płomieniem, który uciekał w ciemności na prawo i na lewo, jakby próbował
uciec z jej wściekłych objęć.
- Rozpalili ognisko!
- Nic ci nie jest?
Aleksander spojrzał w mokrą twarz ojca. W jego oczach wyczytał niepokój.
- Nic. Czy deszcz nie zgasi ognia?
Fale z szałem uderzały o pokład.
Twarz Armanno była napięta z wysiłku, żeby nie wypuścić steru z rąk.
- To walka ognia i wody - mruknął. - Nie wiadomo, kto wygra. Silny
zwycięży, a słaby poniesie klęskę. Zawsze tak jest.
"Tak jak Aleksander Macedoński - przyszło mu do głowy. - On był silny i zawsze zwyciężał. Dopóki pewnego dnia na jego drodze nie stanęły potwory
jeszcze silniejsze od niego".4 Mały Aleksander podjął decyzję.
Skoro zawsze zwyciężają silni, będzie jednym z nich.
Ojcu udało się zawrócić łódź w kierunku zatoki, zanim uderzyli o skały.
Tutaj też wiał szaleńczy wiatr, a morze pieniło się wściekle, ale
przynajmniej nie było tych śmiercionośnych wirów i porywających statek
fal jak pomiędzy szczytami.
- Nie wiem, czy znajdzie dno! - krzyknął Armanno, zamachując się i rzucając do wody kotwicę. - Ale módl się, żeby zahaczyła o skały.
Po czym sam wskoczył w toń.
Woda powinna sięgać mu do pasa, ale tak się nie stało. Głowa Armanno
zniknęła wśród fal.
- Tato!
Aleksander miotał się bezradnie, wypatrując w ciemnościach ojca.
- Tato! Tato, proszę!
Z wody wynurzyła się ręka i chwyciła za reling. Dostrzegł go.
- Tato!
- Nie bój się. - Armanno wyszczerzył zęby w uśmiechu, podciągając ciało
z wody, żeby mógł go zobaczyć.
Na nadbrzeżu uwijali się jacyś mężczyźni.
- Boran! - ryknął Armanno. - Zabierz Aleksandra! Na litość boską,
zabierz mojego syna! Kotwica zaczęła się przesuwać. Morze rzuci łódź na
skały i ją rozbije.
Boran był ogromnym rybakiem. Uniósł ramiona i próbował przedrzeć się
przez wodę. Fale uderzały o jego masywne ciało, starając się je
przewrócić.
- Idę! - krzyknął. - Trzymaj się, dzielny Aleksandrze! Nie bój się!
Z jednej strony Armanno, z drugiej Boran walczyli, żeby przytrzymać
łódź, ale ta z każdą chwilą bardziej zbliżała się do czarnych, ostrych
skał.
- Łódź zostaw mnie! - Aleksander usłyszał głos Borana. - Zabierz syna!
Nawet się nie zorientował, kiedy ojciec sięgnął po niego spośród
wściekłych fal, chwycił za poły jego przemoczonej kamizelki, przyciągnął
go do burty i wziął w ramiona. Wszystko stało się w jednej chwili. Teraz
nic już go nie obchodziło. Ojciec trzymał go w objęciach. Znalazł się w mokrych, ale bezpiecznych ramionach ojca. Obaj głęboko wciągnęli w płuca
swój zapach.
Na wpół idąc, na wpół płynąc, mężczyzna w końcu zdołał wciągnąć chłopca
na skały.
- Aleksandrze, biegnij prosto do świetlicy!
Nie mógł go tak zostawić i odejść. Aleksander Macedoński nie odszedł i nie pozostawił swoich towarzyszy. On też tego nie zrobi.
- Ty też, tato. Chodźmy razem.
- Nie! - krzyknął Armanno. - Muszę pomóc Boranowi. Zaraz przyjdziemy. Ty
ruszaj przodem. Sprawdź, czy napalili w piecu. Dalej, synu, biegnij!
Szybko!
Aleksander zrobił to, co polecił mu ojciec. Biegł bez opamiętania.
Przewrócił się na ostrych kamieniach, ale nawet nie poczuł bólu. Nie
zauważył też, że się potknął. Biegł i krzyczał:
- Tata! Tata! Pomóżcie mojemu tacie! Niech ktoś pomoże mojemu tacie! Na
litość boską, pomóżcie!
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że spływające po jego policzkach strugi
nie były tylko deszczem. Płakał.
Ktoś obok niego przebiegł, kierując się w stronę wody.
- Biegnijcie! Szybko!
Tym, co zobaczył, gdy odwrócił się przez ramię, był jego ojciec. Razem z Boranem próbowali przewlec łódź w bezpieczne miejsce.
Byli ocaleni.
Posejdon rozwarł swoją ciemną, wielką paszczę, ale ich nie połknął.
Aleksander otworzył drzwi do świetlicy i wszedł do środka. Przywitało go
ciepło rozchodzące się z paleniska. "Jesteś uratowany". W środku był
tylko jeden mężczyzna. Gdy chłopiec ruszył w stronę kominka, klepnął go
po karku.
- Nie martw się, twój ojciec i Boran wyszli na brzeg. Łódź też jest
bezpieczna. Za chwilę tu przyjdą. Idź i ogrzej się.
Aleksander nic nie odpowiedział. "Oby marynarz, który porwał córkę
Posejdona, nie pokazywał mi się na oczy", mruknął w duchu.
Pomimo radosnych śmiechów marynarzy wracających do świetlicy nie
wystawił głowy ze swojego kąta. Była to jego ulubiona chwila - rozmowy
mężczyzn zebranych przed paleniskiem. Aleksander bał się, że zamilkną,
jeśli go zauważą.
Najdonośniej brzmiał głos jego ojca próbującego osuszyć się nad
strzelającym ogniem po bezpiecznym zacumowaniu łodzi.
- Co zrobiłeś z rybami, Armanno? Udało ci się przynajmniej sprzedać
wszystkie? - zażartował jeden z mężczyzn.
- Z rybami? Jakimi rybami? - ryknął ojciec. - Myślisz, że po takiej
burzy zostały jakieś ryby? Fale już dawno wyrzuciły wszystkie do gwiazd.
- To dobrze - odezwał się inny. - Czego więcej trzeba? Kobiety podniosą
spódnice, żeby złapać spadające z nieba ryby. Będziemy mieli święto dla
oczu.
Świetlica wypełniła się kolejną falą śmiechu, zagłuszającą burzę
szalejącą na zewnątrz.
To najbardziej zdziwiło Aleksandra. Jak ci mężczyźni mogli być tak
radośni i beztroscy, kiedy przerażająca wichura chłostała wściekle
wszystko, co stanęło jej na drodze? Tymczasem odgłosy dochodzące z zewnątrz przyprawiały go o dreszcze.
Aleksander nie mógł się zdecydować, co było straszniejsze: wycie wiatru
czy huk uderzających o skały fal sięgających nieba spowitego nocnymi
ciemnościami.
Był jeszcze śmiech boga Swaroga!5 Zadowolony Swaróg tak huczał,
że aż drżały niebo i ziemia.
Nagle w oknie rybackiej świetlicy, oświetlonej przez mdły płomień dwóch
świec, pojawił się rozdzierający ciemność błysk, po czym zniknął na
horyzoncie. Następnie dało się słyszeć przeraźliwy grzmot.
Aleksander usłyszał o bogu Swarogu właśnie podczas takiej burzowej nocy.
Zabrzmiał wtedy ogłuszający łoskot. Chłopiec przytulił się do nóg matki,
która zdjęta strachem wyciągnęła krzyż: "Niech Bóg ma nas w swojej
opiece".
Ojciec wcale się nie przejmował, a nawet się śmiał.
- Nie bój się, Zeljeno. Bóg Swaróg jest w dobrym humorze. Posłuchaj, jak
się śmieje.
Jego pocieszenie na nic się jednak nie zdało. Wręcz przeciwnie - matkę
ogarnął jeszcze inny niezrozumiały lęk.
- Wielki Jezu - przeżegnała się zatrwożona. - Błagam cię, Armanno, nie
wspominaj przy dziecku tych pogańskich bredni. To grzech.
Później wzięła syna w ramiona i głaszcząc po włosach, powiedziała:
- Nie przejmuj się ojcem, Justynianie. Bóg jest tylko jeden i jest nim
nasz święty Ojciec. Nie ma żadnego boga Swaroga.
Tamtej nocy ze strachu nawet nie upomniał matki, żeby nazywała go
Aleksandrem.
Sądząc po ryku burzy, przytłumiającym wycie baśniowego potwora o płomiennym języku, tej nocy Swaróg był jeszcze bardziej zadowolony niż
zwykle.
Nagle rozległ się huk zagłuszający nawet śmiech Swaroga. Aleksander
poczuł, że ziemia zadrżała mu pod stopami.
W jednej chwili wszystkie śmiechy w świetlicy ucichły.
- To wystrzał! - krzyknął jeden.
Oczy wszystkich zwróciły się na niego.
- Wystrzał? - zadrwił inny. - Kto w taką pogodę, kiedy trzeba ratować
duszę, staje za działem?
- Korsarze.
Na dźwięk tego słowa rybacy po chwili zdziwienia zaczęli mówić jeden
przez drugiego.
- Korsarze?
- Jacy korsarze?
- W taką pogodę nawet sam szatan nie wystawi nosa za drzwi.
Jednak żaden z nich nie wyjrzał przez drewniane okiennice świetlicy.
Aleksandra to zdziwiło. "Dlaczego? - zastanawiał się. - Ze strachu czy
dlatego, że nie wierzyli, że piracki okręt zdołałby zakotwiczyć w zatoce, nie roztrzaskawszy się o skaliste wybrzeże Pargi?".
Rozległ się kolejny, równie głośny huk. Ziemia zadrżała. Zatrząsł się
stary budynek świetlicy. Przez chwilę sądzili, że podtrzymujące dach
belki runą, a strzechę nad ich głowami porwie wiatr.
- Wystrzał - szepnął jeden. - To naprawdę wystrzał.
Rybak znajdujący się najbliżej drzwi zerwał się z miejsca i je otworzył.
Do środka wdarł się wiatr, który przyniósł krzyk mężczyzny:
- Szybko! Chodźcie tutaj!
- Co jest? - zawołał Boran, zbliżając się do drzwi.
Ojciec zabrał Aleksandra sprzed paleniska.
- Biegnij - odezwał się, patrząc mu głęboko w oczy. - Prosto do domu.
Niech cię Bóg strzeże. Szybko!
Mężczyzna i chłopiec razem ruszyli do drzwi. Wszyscy rybacy ze świetlicy
wyszli na zewnątrz i stanęli w strugach deszczu.
- Co się dzieje? - zapytał, podchodząc do nich.
Nikt się nie odezwał. Aleksander ujrzał odpowiedź pomiędzy ich
ramionami. Na spiętrzonych wiatrem falach kołysał się kruczoczarny
okręt. Postrzępiona od wiatru bandera na czarnym maszcie nie pozwalała
odgadnąć, do kogo należy.
- Spójrzcie tam! - wrzasnął jeden z rybaków.
Z dwóch łodzi, którym udało się przedrzeć między skałami, wychodziło na
ląd dwóch mężczyzn uzbrojonych po zęby.
- Korsarze!
Ten krzyk odbijał się niczym echo.
- Idą... Korsarze...
- Korsarze, którzy porywają dzieci i sprzedają je Turkom.
- Uciekajmy!
Tym razem Aleksander nie zwlekał. Rzucił się w stronę wzgórz. Usłyszał,
jak ktoś woła za nim:
- Niech wszyscy biegną do swoich domów!
Tak właśnie zrobił.
Dogonił go ojciec, z trudem łapiąc powietrze.
- Nie! - krzyknął. - Nie idź do domu.
Aleksander wiedział, dlaczego ojciec nie chciał, żeby biegł do domu.
Porywacze najpierw zabraliby jego. Zabierali dzieci, głównie chłopców.
Wbiegli na bardziej strome zbocza. Musieli się schować, zanim wzejdzie
słońce.
- Na górę - wydyszał Armanno. - Aleksandrze, pamiętasz ten dół po
drzewie, które w zeszłym roku powalił piorun?
Kiwnął głową. Oczywiście, że pamiętał.
- Biegnij tam. Schowaj się. Nie bój się. Nie wychodź stamtąd, dopóki nie
przyjdę. Nie wychodź, dopóki nie usłyszysz mojego głosu. Dobrze?
- A ty?
- Pomyśl o Aleksandrze Macedońskim. Przyniosę ci twój miecz.
Chociaż ojciec starał się wyglądać radośnie, to chłopiec dostrzegał
niepokój w jego oczach.
Armanno zatrzymał się.
- Tutaj się rozdzielimy. Nie oglądaj się za siebie, tylko wspinaj się
dalej.
Aleksander pospiesznie objął ojca w pasie. Znany zapach ojca przytłumiła
woń wilgotnej szorstkiej tkaniny, która zaczęła wysychać od siedzenia
przy palenisku. Głęboko wciągnął powietrze. Poczuł, jak jego silne,
pokryte stwardniałą skórą palce przeczesują mu włosy.
- No już.
Armanno odsunął syna od siebie.
- Biegnij. Niech Bóg ma ciebie w opiece!
Ziemia i trawa nasiąkły deszczem. Stopy Aleksandra grzęzły w błocie.
Szedł z trudem. Pochylił głowę do przodu. Przypominał teraz
galiony6 na okrętach z ogromnymi żaglami, które płynęły przed
siebie, prując fale. On zaś posuwał się naprzód, przecinając wiatr.
Nagle zaalarmował go wewnętrzny głos: "Stój!". Zatrzymał się.
"Słuchaj!".
Nadstawił uszu, ale nic nie usłyszał. "Co się dzieje?".
Burza jakby nieco zelżała. Złowróżbne wycie wiatru przycichło. Jego
miejsce zajął odgłos kropli deszczu uderzających o ziemię.
Wciąż jednak dręczyło go dziwne przeczucie.
"Wydawało mi się, że coś się sturlało. Może to jeden z kamieni, który
obsunął mi się spod stóp. A może obsunął się spod stóp kogoś, kto szedł
za mną".
Czyżby ktoś go śledził? Aleksander wytężył wszystkie zmysły.
Odetchnął głęboko i ruszył dalej. Po pewnym czasie zmęczone wspinaczką
nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. Kiedy zobaczył ciemny dół
pozostały po drzewie, w które trafił piorun, przepoławiając je, z trudem
łapał powietrze. Teraz musiał zejść kawałek po zboczu. Nie sposób było
posuwać się w dół, stąpając po śliskiej od deszczu trawie. Po kilku
krokach mimowolnie zaczął biec. Coraz bardziej przyspieszał. W każdej
chwili mógł się przewrócić.
Nagle ogarnęła go panika. "Wrota piekieł!".
Mieszkańcy tak nazywali urwisko znajdujące się za wzgórzem. Dzieciom nie
wolno było się tam zbliżać. Wiedzieli, że tam jest, ale żadne z nich nie
miało odwagi, żeby pójść i sprawdzić, jak jest głębokie. Wśród dorosłych
też jeszcze nie znalazł się nikt, kto powiedziałby, że widział dno.
Pędził prosto w otchłań śmierci. Próbował się zatrzymać, ale na próżno.
Wrota do piekieł czekały na niego. Mógł zrobić tylko jedno. Aleksander
nie zastanawiał się ani chwili. Rzucił się na ziemię i zaczął turlać.
Starał się czegoś przytrzymać, ale nie był w stanie. Uderzył o jakiś
skalny występ. Odgłos deszczu zagłuszył okrzyk bólu. Łapał się krzaków i korzeni, ale poruszał się z takim rozpędem, że wszystko, czego się
chwycił, wyrywało się z ziemi i pozostawało mu w dłoni.
Podczas turlania jego ciało na chwilę przyjęło pozycję siedzącą. "Boże -
wrzasnął. - Wrota piekieł... Tam!".
Od śmierci dzieliło go dziesięć długości odpowiadających wzrostowi
dorosłego mężczyzny, a może i nie.
Obrócił się na bok. Nagle przyszła mu na myśl siostra. Ostatkiem sił, z całą mocą próbował wbić palce w mokrą ziemię. Korzenie, które wyrywał z błota, wysmykiwały mu się z rąk. Nie zważając na ból, wbił palce jeszcze
głębiej.
Boże! Boże... Zwalniał.
Wyrzucając z siebie okrzyki bólu, zwalniał... Zwalniał i... zatrzymał się.
Przez jakiś czas leżał tak twarzą do ziemi. "Jestem uratowany!",
wykrzyknął w duchu.
W ciągu jednej nocy dwa razy udało mu się wyrwać z otchłani śmierci.
Pozostały trzy kroki i śmierć by go pokonała. Bardzo powoli uniósł się
na kolana. Ostrożnie odsunął się od przepaści. Czołgał się, dopóki nie
poczuł się bezpiecznie. W końcu wstał i krzycząc jak szalony, zaczął
biec w stronę prowizorycznej zagrody, którą pasterze wybudowali na
wypadek, gdyby w górach złapała ich taka pogoda.
- Jestem ocalony! Uratowałem się! Pokonałem śmierć!
Tak jak przypuszczał, w zagrodzie panował mrok, ale Aleksandrowi to nie
przeszkadzało. Przynajmniej było cieplej niż na zewnątrz i sucho.
Przysiadł w rogu. Objął się i próbował rozgrzać. Dopiero wtedy zdał
sobie sprawę z tego, jak bardzo bolą go ręce. Oparł głowę o skałę. Ze
strachu i z wyczerpania zaczęły ciążyć mu powieki.
"Nie śpij! - przestrzegł się. - Nie waż się zasnąć!".
Chociaż jego zmysły jeszcze przez chwilę słuchały tego polecenia,
pragnienie snu było coraz silniejsze. Gdy oczy mu się zamykały,
Aleksander wciąż powtarzał sobie: "Nie śpij. Przynajmniej dopóki nie
wstanie świt. Zapomniałeś? Tata przyniesie ci twój miecz".
Najpierw poczuł uderzenie, które nadeszło z prawej strony, i towarzyszący mu ból. Później usłyszał ryknięcie w nieznanym mu języku.
Aleksander nie mógł zrozumieć, gdzie jest. Nagle rozległ się przeraźliwy
śmiech.
W panice otworzył oczy.
Wielki Jezu!
Przed nim poruszały się cienie piekielnych demonów.
Oczy monstrum znajdującego się najbliżej pałały ogniem. Przerażony
próbował się wycofać, jednocześnie pytając siebie: "Czyżbym był w piekle?". Może to, że się uratował, było tylko złudzeniem. W rzeczywistości musiał wpaść do wrót piekieł. Skąd w przeciwnym razie
wzięłyby się tutaj te potwory?
Stwór o płonącym spojrzeniu trącił go nogą.
- Che, che, che - wyszczerzył się.
Powiedział coś do stojących dalej, a oni pokiwali głowami.
Aleksander zadrżał, kiedy mężczyzna, który go kopnął, otworzył usta. Za
nimi ukazały się dwa przerażające zębiska. Dwa ostre i brudne zęby.
Wszystko inne kryły ciemności. Gęba mężczyzny o pałających oczach była
jak ciemna dziura. Całą jego twarz pokrywały długie, czarne włosy. Na
kosmyki pod brodą nawinięte były czerwone i niebieskie koraliki
przewiązane cienką, białą tasiemką. Nagle w otwartych od śmiechu ustach
pomiędzy dwoma zębami pojawiło się coś czerwonego. Język demona! Oblizał
się ze smakiem.
Cienie zbliżyły się, żeby go pochwycić.
"Nie poddawaj się! - krzyczał w duchu. - Czy Aleksander uległ wrogom? A ty jesteś Aleksander z Pargi. Nawet jeśli nie masz swojego drewnianego
miecza, masz jeszcze pięści, nogi i zęby!".
Opierał się z całych sił. Jednemu wymierzył kopniaka. Innemu z tych,
którzy próbowali go przytrzymać, wbił zęby w rękę. Jednak jego walka nie
trwała długo. Powalił go cios wymierzony w twarz. Później zaczęli go
kopać.
Zauważył, że olbrzym o pałających oczach do tej pory nie poruszył prawą
ręką. Rękaw jego koszuli wydawał się pusty. Wtedy zrozumiał. Mężczyzna
nie miał przedramienia.
Aleksander wyrwał się ostatkiem sił. Udało mu się wydostać ze szponów
dwóch mężczyzn. Rzucił się do wyjścia z zagrody, a jednoręki ruszył za
nim.
Usłyszał za sobą jego śmiech.
Nagle jego nogi oderwały się od ziemi. Płomiennooki demon podniósł go
jedną ręką. Pozostali dołączyli do niego. Jeden z nich uderzył go
pięścią w brzuch, drugi - w szczękę. Aleksander poczuł w ustach słonawe
ciepło. Zdał sobie sprawę, że mdleje. Tym, co zobaczył jako ostatnie,
były zarośnięta gęba demona o pałających oczach, koraliki na jego
brodzie i dwa odrażające zęby.
Później wszystko zniknęło.
Rozdział I. Pałac w Bursie. Czerwiec 1512
Rozdział I
Pałac w Bursie
Czerwiec 1512
Na zewnątrz ktoś uwijał się w pośpiechu. Najpierw Hatidże sądziła, że to
koszmar, który nawiedzał ją co noc od tego nieszczęsnego wieczoru. Za
chwilę drzwi się otworzą i jedna z dam dworu wyszepcze jej do ucha:
"Szybko. Wzywa was sułtanka matka. Musicie natychmiast iść".
Jednak tak się nie stało, ale zamieszanie i poszeptywania trwały nadal.
Wydawało jej się, że słyszy, jakby coś wleczono po ziemi. Hatidże nie
wiedziała, co się dzieje.
- Pst, powoli - wyszeptał ktoś. - Chcecie wszystkich pobudzić? Wszystko
ma się odbyć bezgłośnie.
Teraz Hatidże była pewna, że to nie był sen. Na zewnątrz naprawdę ktoś
był. Słyszała ukradkowe kroki. Zbliżał się ktoś wrogi, ktoś, kto
próbował potajemnie przedostać się do celu.
Już dawno nauczyła się, że takie poruszenie w pałacu było czymś
osobliwym. "Wsłuchuj się dobrze, Hatidże. Nadstawiaj uszu - powiedziała
przed laty jej matka. - Czy jesteś sułtanką, czy niewolnicą, dwie
rzeczy, które oznaczają niebezpieczeństwo, to rozmowy i bieganina. Ten,
który mówi, żyje krótko, ten, który słucha - długo. Biegnący zaś szybko
się męczy. Nigdy nie biegaj. Jeśli zobaczysz albo usłyszysz, że ktoś
biegnie, zachowaj ostrożność. Pamiętaj, że ten, kto biegnie pałacowym
korytarzem, przybywa odebrać tron albo życie".
- Gdybym wtedy wiedziała to co teraz, dodałabym jeszcze jedno - mruknęła
mimowolnie. - Ten, który biegnie pałacowym korytarzem, przybywa odebrać
tron, życie albo wychodzi za mąż.
Wiele lat temu ona też biegła. Została żoną odrażającego garbusa.
Uważnie przysłuchiwała się głosom. Wydawało się, że są coraz dalej.
"Ciekawe, co się stało - zastanawiała się. - Dokąd tak przemykali
chyłkiem?".
Myśl, która przyszła jej do głowy, sprawiła, że mimowolnie się
uśmiechnęła.
"Przed moim ojcem".
"Oczywiście - potwierdziła w duchu. - Boją się, żeby ojciec nie usłyszał
hałasów". Wielki sułtan Selim Chan przybył do Bursy niespełna dziesięć
dni po wstąpieniu na tron. Z pewnością służący byli przekonani, że skoro
zaszył się w swojej komnacie z widokiem na ośnieżony, pokryty lodem,
olbrzymi szczyt, to chce odpocząć.
"Odpocząć? - zapytała siebie. - Odpocząć? Ojciec i odpoczynek... Ha!". Te
dwa słowa nigdy nie szły ze sobą w parze.
Ponownie rozległy się jakieś hałasy. Kolejna grupa przemykała
korytarzem, w którym znajdowała się komnata Hatidże. Te same bojaźliwe,
ale pospieszne kroki. Po dochodzących odgłosach domyśliła się, że
mężczyźni są boso.
Dziwne. Dlaczego biegną bez butów? Żeby nie obudzić zmęczonego sułtana
stukaniem? Nie zrobiliby tego. Komnata padyszacha wychodziła na góry, a pokoje Hatidże na bezkresną równinę Yeşilova. Niezależnie od tego, jak
głośno stąpaliby po tej stronie, ojciec by ich nie usłyszał.
W takim razie chodziło im o to, żeby nikt ich nie usłyszał.
Odgłosy kroków rozbrzmiewały coraz bliżej i bliżej...
Hatidże słyszała oddechy mężczyzn, kiedy przechodzili pod drzwiami jej
komnaty. Przestraszona skuliła się w łożu. Nie zatrzymali się. Szepcząc
między sobą, dreptali dalej.
W jakim celu szli ci mężczyźni - odebrać tron czy życie? A może to młoda
dziewczyna, którą mieli wydać za jakiegoś garbusa, biegła ze służącymi,
nie wiedząc, co ją spotka?
Zupełnie jak tamtej nocy zwróciła wzrok na mur znajdujący się dokładnie
naprzeciwko okratowanego okna. Czekała, aż odgłosy ustaną. W świetle
księżyca krata rzucała cień na ścianę. Wyglądało to tak, jakby do
komnaty wpadły dziesiątki gwiazd. W silnym wietrze gałęzie drzew w ogrodzie pochylały się i unosiły. Pomiędzy gwiazdami na ścianie ich
cienie wyglądały jak ramiona olbrzymiego, tańczącego potwora.
Światło księżyca?
To pytanie wbiło się w jej umysł jak nóż. Tej nocy nie widać było
księżyca. Wiatru też. W takim razie skąd pochodziło to czerwone światło
padające na mur? Zadrżała ze strachu. Pożar! "Dobry Boże. - Wyprostowała
się. - Pali się? Czyżby ci krzątający się mężczyźni spieszyli do pożaru?
W takim razie dlaczego krzykiem nie zerwali wszystkich na nogi?".
Gdy jeden lęk mijał, pojawiał się następny. "A może... Może... - Hatidże
drżała. - Nie biegli, żeby ugasić ogień, ale żeby coś podpalić? I ten
blask padający z zewnątrz na ścianę...".
Podbiegła do okna, obawiając się, co może tam zobaczyć. Skupiła całą
uwagę na tym, żeby zrozumieć, skąd pochodzi ten czerwony blask falujący
na ścianie.
Było to drżące światło. Czerwonożółte jak ogień. Nagle zauważyła, że
odbicie na ścianie ześlizgnęło się. Później pojawiło się następne i też
zniknęło. Potem jeszcze jedno... Światło przemieszczało się. Jakby szło, a nawet biegło.
Pochodnie! To one rzucały na ścianę ten blask. Po tych w korytarzu teraz
biegł ktoś z pochodniami po ogrodzie.
Usłyszała tarcie stali o stal. Był to złowieszczy odgłos szabli szybko
wyciąganej z pochwy. Później jeszcze jeden.
Mężczyźni na zewnątrz mieli broń. Zmierzali do celu uzbrojeni.
- Dżevahir! - Tym razem Hatidże nie była w stanie powstrzymać krzyku. -
Co o tej porze uzbrojeni mężczyźni robili w ogrodzie padyszacha? -
Wstawaj! Wstawaj!
Służąca, śpiąca na materacu rozłożonym przed progiem jej sypialni, nie
usłyszała jej. A może nie krzyknęła? Czy ten krzyk zabrzmiał tylko w jej
głowie? W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że ogarnia ją zdziwienie.
- Jak można tak głęboko spać? - powiedziała do siebie. - Czy można spać
tak spokojnym, pozbawionym lęku snem?
Ona zawsze spała snem zająca. Tak nauczyła ją matka Hafsa.
"Zdrajcy nie śpią, moja sułtańska córko. Jeśli zamkniesz jedno oko,
niech drugie pozostanie otwarte. Gdy jedno ucho nie usłyszy, niech
usłyszy drugie. W pałacu nigdy nie wiadomo, kiedy i skąd nadejdzie
wróg".
Niedowierzanie, że jej dama dworu może spać tak spokojnie, zamieniło się
w gniew.
- Dżevahir, masz natychmiast wstać!
Dopiero gdy po raz trzeci powtórzyła imię dziewczyny, ta podskoczyła na
posłaniu.
- Sułtanko. Zas... Zdrzemnęłam się...
Podczas gdy służąca, pocierając oczy, próbowała unieść się na kolana,
Hatidże powiedziała:
- W ogrodzie są uzbrojeni mężczyźni. Przed chwilą jacyś inni biegli
korytarzem.
- Mężczyźni, sułtanko? Uzbrojeni?
Dżevahir w końcu udało się pokonać senne otępienie i zerwała się z miejsca. Przechylając się na szerokim parapecie, starała się wyjrzeć na
zewnątrz.
- Ach - westchnęła ze zdziwieniem. - Na dworze aż wrze, sułtanko.
- Wrze?
- Tylu janczarów, gwardzistów... Mój Boże, ilu oficerów...
- Co robią? Dokąd biegną z pochodniami? Mówże!
- Nie wiem. - Dżevahir wzruszyła ramionami. - Każdy biegnie w inną
stronę, sułtanko. - Później dziewczyna odwróciła się i w ciemnościach,
próbując stłumić strach, przycisnęła dłonie do piersi i spojrzała na
swoją panią. - Mówiłyście, pani, że ktoś biegł korytarzem?
Hatidże pokiwała głową.
- Przeszli pod naszymi drzwiami. Próbowali nie wydawać odgłosów, ale
słyszałam ich, Dżevahir. - Położyła dłonie na sercu. - Dzieje się coś
złego. Oby moi stryjowie nie najechali na Bursę, żeby naszego ojca oba...
Nie miała odwagi dokończyć. "Nie, nie, nie!", krzyknęła w duchu. Nie
minął nawet miesiąc, odkąd jej ojciec wstąpił na tron. Jednak nie było w Imperium Osmańskim nikogo, kto nie wiedziałby, że jego bracia, książęta
Ahmed i Korkut, nie zrezygnowali z prawa do tronu. Właśnie dlatego
padyszach nie zatrzymał się w stolicy. Przybył tutaj, żeby ruszyć na
swoich braci, którzy otwarcie występowali przeciwko jego sułtanatowi.
Bursa leżała bliżej Karamanu i Amasyi niż Stambuł.
"A może twój ojciec się spóźnił", syknął jakiś głos w jej głowie. Być
może, zanim zdążył skończyć sprawę ze swoimi braćmi, oni przybyli po
życie sułtana Selima.
Jej serce było pełne lęku, ale umysł w żaden sposób nie dopuszczał tej
możliwości. Zbeształa wewnętrzny głos: "Czy dwoje książąt zbuntowanych
przeciwko padyszachowi Imperium Osmańskiego ma wystarczająco dużo siły,
żeby moi stryjowie zaatakowali Bursę?".
Czy mogła się mylić? Być może książęta Ahmed i Korkut bali się wystąpić
przeciwko jej ojcu i nasłali na niego swoich szpiegów. To przecież
możliwe.
"Oczywiście, że tak", odezwał się znów głos w jej głowie. Może zdrajcy
wślizgnęli się do pałacu i szukali jej ojca. A ci, którzy przed chwilą
przekradali się pospiesznie pod jej drzwiami, szli zabić sułtana Selima.
"Nie!".
A może... Dobry Boże, a może uciekali, spełniwszy swoje krwawe zadanie.
Sułtan Selim, jej ojciec o wzroku miotającym błyskawice, groźnym obliczu
i głosie jak grom, leżał teraz w swojej komnacie, skąpany we krwi.
- Ojciec... Mojego ojca...
- Nie daj Boże! - przerwała jej Dżevahir. - Niech sułtanka nawet tak nie
myśli. Kto ważyłby się podnieść rękę na wielkiego sułtana Selima w jego
pałacu?
"To prawda - próbowała się uspokoić. - Kto mógłby go dosięgnąć pośród
setek strażników, którzy w każdej chwili gotowi byli oddać za niego
życie?".
Teraz miejsce bieganiny zajął gwar. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze
i zbliżały się do nich. Najpewniej już nikt nie obawiał się, że ktoś
usłyszy ich kroki i szczęk szabli. Strzała wystrzeliła z łuku.
Hatidże i Dżevahir wytężyły słuch, próbując zrozumieć, co się dzieje.
Działo się coś złego. Coś złego i krwawego.
Usłyszały dochodzący z daleka zgiełk.
Nagle sułtance Hatidże wydało się, że słyszy wybijający się ponad inne
hałasy krzyk. Krzyk próbujący zagłuszyć pomruki i przekleństwa.
- Zróbcie przejście, diabelskie pomioty! Sądziliście, że poddamy się bez
walki?
Później rozległo się wołanie rozdzierające serce.
- Już po mnie!
- Giń! Najpierw wy, później ja!
- Ach, ty psie!
- Trzymajcie! Zwiążcie go! Nie puszczajcie!
- Ucieka!
- Niech ktoś odbierze mu sztylet! Sztylet...
- O rety!
- Prosto do piekła. Dobrze!
Na zewnątrz trwała walka, a Hatidże była bliska utraty zmysłów.
- Biegnij! - rozkazała służącej. - Niczego się nie dowiemy, siedząc
tutaj. Szybko, rozpytaj, co się dzieje, i natychmiast wracaj.
Gdy tylko dziewczyna otworzyła drzwi do komnaty, do jej wnętrza wlały
się tumult i wrzawa.
Usłyszała, jak ktoś krzyczy:
- Panie, ucieka!
I zabrzmiał groźny głos jej ojca:
- Co tak stoicie? Biegnijcie!
Odgłosy kroków i ryk sułtana Selima zaczęły się oddalać.
- Wy bezwstydnicy! Boicie się jakiegoś gołowąsa? Skoro siedmiu mężczyzn
nie jest w stanie odebrać jednego życia, jaki to jest Porządek Świata?
Sami mamy zrobić to, co należy, podczas gdy nasi słudzy stoją
bezczynnie?
Zatem jej ojciec też biegł. Tylko dokąd?
Zamarła. Dobry Boże... Nieszczęście! Hatidże przesłoniła usta dłonią. Jak
to możliwe, że wcześniej o tym nie pomyślała? Przez umysł przeleciały
jej dwa słowa palące niczym ogień jestestwo, których nie można było
ogarnąć ani duszą, ani sumieniem, ani rozumem, a które były jej wpajane
od najmłodszych lat: "Porządek Świata!".
To była noc śmierci. Tej nocy ktoś umrze.
Hatidże stłumiła dłońmi okrzyk przerażenia. Nakryła głowę poduszką, żeby
nie słyszeć wrzasków.
Już nie chciała się dowiedzieć niczego od Dżevahir. Zrozumiała, co się
dzieje na zewnątrz.
Miała wrażenie, że słyszy głos swojej matki Hafsy: "Pamiętaj, córko:
ten, który biegnie pałacowym korytarzem, przybywa odebrać tron albo
życie".
Jej ojciec, nowy padyszach Imperium Osmańskiego, wnuk Mehmeda Zdobywcy,
syn Bajazyda, który nazywał go okrutnym fanatykiem - sułtan Selim.
Odebrał tron. Najwyraźniej przyszła pora, żeby odebrał życie.
Dobiegł ją kolejny krzyk:
- Nie zabijaj mnie, stryju!
Hatidże natychmiast rozpoznała ten głos. To był Emirhan, najmłodszy syn
jej stryja. Mały Emirhan, który w dniu, kiedy przyjechała do Bursy,
uplótł wianek ze stokrotek i sam włożył jej go na głowę.
Opętana gniewem pobiegła do drzwi. Nie wiedziała nawet, jak udało jej
się otworzyć ich ciężkie skrzydła. Teraz ona też biegła.
- Nie róbcie tego! Nie dotykajcie! Ojcze! To jeszcze dziecko. Dziecko...
Mały chłopiec!
Zobaczyła grupę kobiet zmierzającą w jej stronę.
- Nie róbcie tego, sułtanko.
- Do waszej komnaty. Szybko. Szybko! Nikt nie powinien was zobaczyć.
- Mój ojciec?! - wrzasnęła. - Mój ojciec nie powinien mnie zobaczyć?
Mnie też?
Kiedy Hatidże usłyszała wrzask Emirhana: "Stryju!", nie zdołała się już
opanować. Żeby wyrwać się z objęć kobiet i pobiec na pomoc swojemu
kuzynowi, próbowała podrapać ich twarze i powyrywać im włosy.
- Nie zabijaj mnie, stryju! Nie zabijaj Emirhana. Zrobię wszystko! Całe
swoje życie poświęcę, żeby ci służyć. Przysięgam...
Hatidże nie słyszała reszty. Padając na ziemię, zobaczyła Dżevahir.
Służąca płakała.
Rozdział II
Rozdział II
Głosy wokół niej były tylko pozbawioną znaczenia wrzawą. Nie widać było
światła. Sylwetki przepływały pośród otaczających ją chmur. Oddawali
pokłony. Ktoś uderzał się po kolanach. Ktoś inny wznosił ramiona ku
górze. Jakby się modlili.
"Czy ja umarłam?".
To był głos w jej myślach. Było oczywiste, że ten lament i modlitwy były
dla niej. "Wygląda na to, że umarłam", pomyślała tym razem.
"Głupia".
"A to dlaczego?", sprzeciwił się jej wewnętrzny głos.
"Dlaczego? Jeszcze pytasz dlaczego?! Ty już dawno umarłaś, Hatidże. Od
dawna jesteś martwa!".
- Kim jesteś?! - krzyknęła. - Jak śmiesz tak ze mną rozmawiać?!
Rozejrzała się dookoła. Nikogo nie było. Nawet jeśli ktoś był, to nikogo
nie dostrzegała. Ciemność wszystko pochłonęła, a ona staczała się w jej
czeluść. A może leciała? Nie wiedziała. Jej dusza musiała w mroku szukać
raju. Albo piekła. A sylwetki to pewnie damy dworu, które ją opłakują.
"A ona?".
"Ona? Ta, która leży na podłodze?".
Zdała sobie sprawę, że widzi ją pomimo ciemności. "To ja! Ta nieruchoma,
odziana w szarość kobieta, to ciało, które zostawiłam na świecie!".
W takim razie naprawdę umarła. Pozbawiony właściciela głos znów
zabrzmiał w jej głowie.
"Już dawno umarłaś, Hatidże. Od dawna jesteś martwa!".
"To prawda - przeszło jej przez myśl. - Już dawno umarłam. Umarłam
tamtej nocy, kiedy usłyszałam: "Wzywa was sułtanka matka. Musicie
natychmiast iść"".
Ile lat już minęło? Straciła rachubę. Trzy, pięć, a może dziesięć? A może minęło tysiąc lat, odkąd biegiem udała się do komnaty matki?
Echo jej drobnych kroków na dywanie rozłożonym wzdłuż korytarza na nowo
zabrzmiało jej w uszach.
- Sułtanko matko - odezwała się jedna z dam dworu, kiedy dotarła do
drzwi, z trudem łapiąc powietrze. - Sułtanka Hatidże.
- Niech wejdzie. Niech wejdzie.
Niczym burza wpadła do środka.
- Matko Hafso!
Dopadła do kolan matki siedzącej na sofie ze splecionymi nogami.
Natychmiast zauważyła, że kobieta jest bardzo blada.
- Podobno chcesz mi coś przekazać. Powiedzieli, że poleciłaś natychmiast
mnie wezwać. Przybiegłam niezwłocznie.
Dopiero wtedy dojrzała cierpienie na obliczu matki.
- Matko - odezwała się cicho pełnym niepokoju głosem, głaszcząc włosy
kobiety. - Czy stało się coś złego?
- Nie, moja piękna córko. Nie bój się. To nic złego. - Twarz kobiety
jakby nieco się rozjaśniła. - Co złego mogłoby się wydarzyć?
Mogło wydarzyć się tak wiele.
Na przykład jej matka zwiędła jak róża, kiedy do Trabzonu przybył
posłaniec ze Stambułu. "Wieści z pałacu nie mogą wróżyć nic dobrego",
wpoiła jej sułtanka Hafsa. Chociażby dlatego, że jej ojciec został
wezwany do stolicy.
Kiedy rozkaz sułtana dotarł do Trabzonu, pod sułtanką Hafsą nogi się
ugięły.
- Bardzo stęskniliśmy się za naszym synem księciem Selimem Chanem -
stwierdziła. - Niech przybędzie do nas czym prędzej. Poza tym musimy
omówić pewną kwestię, która wymaga rozstrzygnięcia.
Dobrze wiedziała, że "kwestie wymagające rozstrzygnięcia" rozwiązywano
tylko przez, nie daj Boże, pozbawienie kogoś życia.
A może jeden z ludzi padyszacha przebywających w stolicy przesłał mu
tajną wiadomość: "Sułtan, wezwał Ahmeda! Korkut przybył tu w tajemnicy!".
Hatidże wiedziała, że sułtanka Hafsa śmiertelnie bała się tych dwóch
możliwości. Książęta Ahmed i Korkut byli przyrodnimi braćmi sułtana
Selima. Pierwszy był synem Bülbül Hatun, a drugi - Nigar. I obaj rościli
sobie prawa do tronu. To właśnie wtedy Hatidże po raz pierwszy usłyszała
słowa "Porządek Świata", w dniu, w którym zapytała: "Co w tym złego, że
jeden z moich stryjów wstąpi na tron?". Miała wtedy pięć lat.
Nawet teraz, gdy nie mogła rozpoznać niczego oprócz zgiełku, odniosła
wrażenie, że słyszy ostry z powodu strachu szept sułtanki Hafsy.
Najwyraźniej głos matki tak głęboko wrył się w jej duszę, która w ciemnościach poszukiwała raju. Nawet po śmierci ją słyszała.
- To wszystko przez ten przeklęty Porządek Świata, Hatidże.
- Porządek... Co to znaczy?
- Śmierć.
Była bardzo zdziwiona, dowiedziawszy się, że wstąpienie na tron jednego
z jej stryjów oznaczało dla jej ojca śmierć.
- A jeśli to ojciec wstąpi na tron, matko?
Nagle przypomniał jej się wzrok sułtanki Hafsy.
- Wtedy - oczy matki jakby pojaśniały - wtedy Porządek Świata podziała
na niekorzyść Ahmeda i Korkuta.
- Czyli wtedy umrą moi stryjowie?
Odpowiedzią było jedynie spojrzenie, ale Hatidże zrozumiała.
- W takim razie niech dziadek nie osadza na tronie nikogo innego oprócz
mojego ojca.
Dawno dowiedziała się też, że Porządek Świata oznaczał śmierć nie tylko
dla jej ojca, ale dla wszystkich. Wszyscy byli w niebezpieczeństwie:
ojciec, matka, ona i jej starszy brat Sulejman. Jeśli jeden ze stryjów
wstąpi na tron, Porządek Świata mógł zapukać do drzwi każdego z nich. To
ten, który zostanie padyszachem, postanowi, kto ma umrzeć, a kto
przetrwać.
Stąd właśnie ten lęk przed każdym jeźdźcem, każdym gołębiem pocztowym
przybywającym do pałacu z Trabzonie. To było przyczyną paniki, która -
podobnie jak tamtej nocy - ogarniała wszystkich na wieść, że przyszła
wiadomość.
- Skoro tak - powiedziała wtedy, ujmując ręce matki. - Słuchamy dobrej
wiadomości, którą ma nam do przekazania nasza matka.
Dłonie sułtanki Hafsy drżały.
Hatidże poczuła, że walczy, aby uwolnić się od ciemności, w którą się
staczała. Zdziwiła się, kiedy jej się to nie udało. "Więc tak to jest,
kiedy się umiera - pomyślała. - Ponownie przeżywasz to, co należy do
przeszłości".
To było zarówno dobre, jak i złe. Dobre, jeśli miało się szczęśliwą
przeszłość. Z pewnością nawet po śmierci te same rzeczy sprawiały, że
dusza osiągała spokój. "A jeśli przeszłość była pełna trosk jak moja?
Czy nie było niesprawiedliwością przeżywanie tego samego cierpienia,
które zesłał los, nawet po śmierci?", buntowała się. Ale wiedziała, że
to na próżno. Hatidże przypominała sobie każdą chwilę, każde słowo.
- Chodź, dziecko. Usiądź przy nas.
Hatidże uwielbiała sofę, na której siedziała matka. Stała przed oknem
wychodzącym na las i morze, była wysoka i miękka. Wprawdzie w pałacu w Trabzonie z każdego okna można było dostrzec morze, ale zdała sobie
sprawę, że oglądanie białej piany piętrzącej się na błękitnych falach,
spieszącej ku brzegowi, przy jednoczesnym wdychaniu zapachu matki,
dawało jej poczucie bezpieczeństwa.
- Stałaś się dużą dziewczynką, moja piękna sułtanko.
Sułtanka Hafsa, urodziwa żona surowego i zaciekłego sandżakbeja, nie
skierowała tych słów do nikogo konkretnego, ale jej damy dworu
potwierdziły je, kiwając głowami, jakby mówiła do nich.
- Powiedziałyście "dużą dziewczynką", matko?
- Tak.
Matka pogłaskała ją po włosach. To była doniosła chwila. Kobiety -
szczególnie te mieszkające w pałacu - nie okazywały takiej czułości
swoim dzieciom. Dotyk dłoni matki był dla niej tak niezwykły, że Hatidże
chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie. Gdyby wiedziała, że matka nie
powie jej: "Nie róbcie tak, córko. To niewłaściwe", przytrzymałaby jej
rękę i dalej kazałaby się głaskać.
To była jedna z zasad pałacowego życia. Kochaj, ale tego nie okazuj!
Przeżywaj miłość, ale w swoim wnętrzu. Było też coś, czego jej nie
uczono, ale co sama odkryła. Życie ustalało to, co jest właściwe. Robi
się to, co właściwe, a o tym, co niewłaściwe, nie powinno się nawet
myśleć.
"Wcale nie", mruknęła do siebie, jednocześnie modląc się, żeby matka
dalej ją głaskała.
- Nie mam nawet dziewięciu lat. Jestem małą sułtanką.
Wcale nie chciała być duża. Nigdy tego nie pragnęła. Miała swoje zabawki
i gry.
Duże dziewczęta nie mogły wychodzić do ogrodu, kiedy tego chciały. Nie
mogły przebywać tam, gdzie byli mężczyźni. Dotychczas życie Hatidże we
właściwej mierze upływało w ogrodzie i na dziedzińcu. Jej najbliższym
przyjacielem był Ali. Ali był stajennym Karbeyaza7. To on
nauczył ją jeździć konno. Kiedy sułtańska córka po raz pierwszy
przejeżdżała konno przed swoim ojcem, to właśnie stajenny Ali trzymał
wodze.
Nie była pewna, czy ojciec ją widział. Miał tak bujne i ściągnięte brwi,
że nie sposób było dostrzec, w którą stronę patrzy. Mimo to dumnie
trzymała się na końskim grzbiecie, tak jak powinna siedzieć córka
księcia Selima Chana.
- Dobrze... - Uśmiechnęła się matka. "Boże, co to był za wyjątkowy dzień".
Piękna i miękka dłoń matki wciąż błądziła po jej włosach. - Wiesz, co
robią duże dziewczynki?
Oczywiście, że wiedziała.
- Haftują.
- Co jeszcze?
- Zaczynają robić na drutach.
- I co jeszcze?
Było coś jeszcze?
- Później... myją się w łaźni...
Zarówno sułtanka, jak i jej damy dworu zachichotały.
Hatidże, pomimo ciemności, w którą się staczała, czuła tę chwilę
szczęścia całą sobą. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak blisko siebie są
szczęście i cierpienie, życie i śmierć.
- Duże dziewczęta...
Jej matka po raz pierwszy się zawahała. Spojrzała na damy dworu, jakby
dopiero teraz je zauważyła.
- Możecie wyjść.
"Mój Boże, jej ręka wciąż jest na moich włosach". Hatidże przysunęła się
do matki. Wciągnęła w płuca jej zapach. Podjęła decyzję. Gdy tylko wyjdą
służące, zarzuci matce ręce na szyję.
W końcu wszyscy wyszli. Matka i córka zostały same. Hatidże zawahała się
przez chwilę, ale zrobiła to, co postanowiła.
- Matko?
- Tak, Hatidże?
Jakże smukła, jak piękna była jej matka. Jej głos był tak głęboki i pełen uczucia.
- Moja kochana.
Zauważyła, że głos matki drży. Czyżby płakała? Z niepokojem uniosła
głowę i spojrzała jej w oczy. Nie, nie płakała. Przez chwilę patrzyły na
siebie. Ujrzała smutek w oczach kobiety. Na więcej sułtanka Hafsa sobie
nie pozwoliła. Odwróciła wzrok. Później uwolniła się z objęć córki i wstała.
- Duże dziewczęta - zaczęła cicho - robią coś jeszcze.
- O niczym więcej nie wiem. Co to takiego?
Spodziewała się, że radość w jej głosie rozproszy cierpienie na twarzy
kobiety, ale tak się nie stało. Sułtanka Hafsa odwróciła się do niej
plecami i postąpiła dwa kroki.
- Wychodzą za mąż.
"Za mąż?", zdziwiła się. Czy matka rozmawia w ten sposób z córką? To
było wbrew wszystkiemu, czego ją uczono. Jednak była szczęśliwa. Zatem
była wystarczająco duża, żeby rozmawiać o tych sprawach. Ojciec chciał,
żeby galopowała konno, a matka mówiła o wydawaniu dziewcząt za mąż.
- Yhy. - Zachichotała. - Wiem.
Na chwilę zapanowała cisza. Było tak cicho, że Hatidże sądziła, że matka
może usłyszeć jej myśli.
Sułtanka Hafsa nagle się odwróciła. Na jej twarzy córka dostrzegła
oficjalny wyraz.
- Wasz ojciec, Selim Chan - powiedziała powoli - podjął decyzję.
Hatidże z nieznanych przyczyn ogarnął strach. Nie miała siły zapytać, co
postanowił ojciec.
Sułtanka Hafsa odetchnęła głęboko.
- Selim Chan chce wydać cię za mąż, Hatidże.
Najpierw sądziła, że się przesłyszała.
- Co?!
Tak samo krzyknęła Hafsa, kiedy mąż obwieścił jej swoje postanowienie.
- Hafso, wydaję Hatidże za mąż.
- Jak to?! Przecież to jeszcze dziecko!
- Wydać za mąż? - W głosie Hatidże pobrzmiewało niedowierzanie, jednak
twarz sułtanki Hafsy była niewzruszona, a jej wzrok mroczny jak morze,
które widziała za oknem.
Wtedy zrozumiała. Dobrze usłyszała.
- Ale ja jestem jeszcze dzieckiem, matko.
"Wydać za mąż? Za kogo?".
Hatidże wiedziała, że tak jak inne dziewczęta pewnego dnia wyjdzie za
mąż. Co więcej, już teraz wiedziała za kogo. Za stajennego Alego!
Tylko on mógł być mężczyzną, który pojmie ją za żonę. Nie było drugiego,
który uśmiechał się jak Ali. Jego spojrzenie, głos, wszystko różniły się
od innych. "Były pełne miłości", myślała, ale obawiała się, że to
nieprawda. Nie wiedziała, czym jest miłość. Jeszcze jej nie poznała.
Jednak Ali miał w sobie coś dziwnego, co ją pociągało. Przede wszystkim
rozmawiał z nią i nie krzyczał. Kiedy zrobiła coś złego, nie wypowiadał
jej imienia, zaciskając zęby i przedłużając jego ostatnią literę. Gdy
się uśmiechał, twarz mu promieniała. Ile razy wieczorami pytała siebie
zawstydzona: "Czyżbym zakochała się w Alim?". Wydawało jej się, że tym
właśnie jest miłość z baśni, które opowiadały jej piastunki.
"A może... Może - zdziwienie nagle zamieniło się w ekscytację - ojciec,
który wszystko wiedział, widział, słyszał i rozumiał, zauważył, że
Hatidże jest zakochana w Alim? Czy powiedział jej matce: "Skoro moja
córka go kocha, oddam ją Alemu"?".
Sułtanka Hafsa, delikatnie ją odsuwając, wróciła na sofę.
Hatidże podbiegła i stanęła przed nią.
- Za kogo, matko?
Tym razem kobieta nie próbowała uwolnić się z objęć córki. Z wahaniem
podniosła rękę.
Hatidże poczuła, że położyła jej dłoń na głowie.
- Komu ojciec mnie oddaje?
- Nie wiem.
- Matko...
Ojciec mówi, że chce ją wydać za mąż, jednak matka nie wiedziała za
kogo?
- Przysięgam, Hatidże. Nie wiem.
Zauważyła, że matce coś stanęło w gardle.
"Wie. To jasne jak słońce - podpowiadał jej w duchu rozgniewany głos. -
Ale ci nie mówi".
"To Ali, Ali", łomotało jej serce.
"Głupia - odezwał się tym razem inny głos. - Jak możesz być tak głupia?
Czy wielki sandżakbej Trabzonu, Selim Chan, może oddać swoją córkę
stajennemu Alemu?".
Jeśli nie, to nie wyjdzie za mąż. I tyle.
Skoro ojciec podjął decyzję, to ona też.
- A jeśli nie zechcę?
Hatidże obserwowała, jak na twarzy sułtanki Hafsy malują się po kolei
wszystkie kolory tęczy.
- Nie pyta, czy chcesz, córko.
- Ale... Ale... Jak to możliwe, jeśli ja nie zechcę?
Sułtanka Hafsa opadła na sofę.
- Tacy jak my - mruknęła - w większości robią to, czego nie chcą, córko.
Sądzisz, że ojciec robi to, co chce? A ja? Wolałabym umrzeć niż
przekazać ci tę wiadomość. Ale to zrobiłam, ponieważ musiałam. Państwo
oczekuje od nas, że będziemy robić nie to, czego chcemy, ale to, czego
ono chce. Tak urządzony jest ten świat.
- Ale ja jestem jeszcze mała.
- Według ojca jesteś już wystarczająco duża. Dostał nawet fatwę8
od hodżów. Stwierdzili, że to dozwolone. Poza tym...
- Poza tym co, matko? Jest jeszcze coś, o czym mi nie powiedziałaś?
Głos zaczął jej się łamać. Czuła, że do oczu napłynęły jej łzy. Jednak
nauczono ją, żeby nie płakać. Płacz był prawem poddanych. Sułtanki nie
płaczą. Nikomu nie pokazują swojej słabości. To jest właściwe. Tak
głosiły przeklęte zasady, ale nie była w stanie powstrzymać łez.
- Żeby otworzyć ojcu drogę do tronu, musisz wyjść za mąż za tego, kogo
dla ciebie wybrał.
- A jeśli nie?
- Jeśli nie... - zaczęła matka z ociąganiem. Jej twarz była teraz
kredowobiała. - Mężczyzna, który ma zostać twoim mężem, przejdzie na
stronę Ahmeda lub Korkuta. Droga do tronu otworzy się przed jednym z nich. A dla twojego ojca... Rozumiesz mnie? Musisz.
Nie, nie rozumiała.
- Dlaczego? Dlaczego muszę?
- Przez Porządek Świata, Hatidże.
Nie pamięta, żeby kiedykolwiek widziała matkę tak przerażoną.
- Porządek... Co to znaczy?
- Śmierć.
- Śmierć? Nic nie rozumiem.
- Wieczne jest tylko państwo. Dlatego mówią, że państwo jest stałe,
wiekuiste. Jeśli trzeba, należy poświęcić życie dla państwa. Nawet jeśli
jest to życie ojca, matki, syna, córki, brata czy siostry... To właśnie
znaczy Porządek Świata. Dla państwa, jeśli to jest właściwe, wolno
odebrać życie.
Znów te przeklęte zasady. Zarówno życie, jak i śmierć też były z nimi
związane. Hatidże przez chwilę stała nieruchomo.
- Jeśli jeden z moich stryjów zostanie padyszachem, każe zabić mojego
ojca? To chcesz powiedzieć, matko?
Matka nie mogła spojrzeć jej w oczy. Jedynie drżącymi palcami próbowała
otrzeć łzy płynące po policzkach Hatidże. Zamiast odpowiedzieć, kobieta
skinęła głową.
- Nie tylko to - wyszeptała. - Twojego brata Sulejmana, który przebywa w Kaffie9, także. Mnie i ciebie również... Ten, kto wstąpi na tron,
nie pozostawi przy życiu nikogo pochodzącego z rodu Selima, z jego krwi
i haremu.
Nie wiedziały, co więcej powiedzieć. Patrzyły na siebie w milczeniu.
Cisza była tak gęsta, że Hatidże słyszała bicie serca matki. Z pewnością
Hafsa też słyszała głośne bicie jej serca.
Ciemność nie miała końca. A przecież raj opływał w światłość, fruwały w nim wszystkie ptaki, a różnokolorowe kwiaty rozsiewały swój zapach. W raju anioły i huryski szczebiotały radośnie. Co ta nieskończona ciemność
robiła w raju?
"To nie raj! - wrzasnął nagle głos w jej umyśle. - Kto ci powiedział, że
to raj?".
Całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. "To piekło? Skoro to nie raj, muszę
być w piekle", pomyślała w panice. W jednej chwili przypomniały jej się
wszystkie grzechy. Bunt, obrzydzenie i nienawiść, jakie czuła do
mężczyzny, który miał zostać jej mężem. Jej marzenia o tym, jak tonie w objęciach Alego. Wszystko. Skoro popełniła tyle grzechów, Bóg nie mógł
jej wziąć do nieba.
Hatidże sądziła, że płacze. Myślała, że łzy palą jej policzki.
Panika zniknęła tak samo szybko, jak się pojawiła. "Jeżeli jesteś w piekle, gdzie są te płomienie gorejące w bezkresnych czeluściach?",
pytał jej umysł. A czarne anioły? Gdzie one są? Dlaczego nie słyszała
wrzasków grzeszników wrzuconych w ognie piekielne? Dlaczego zamiast
czerwieni piekła jej duszę ogarniała ciemność?
"Boże! - wykrzyknęła radośnie, dalej staczając się w mrok. - W piekle
też nie jestem". Hatidże poczuła, jak szaleńczo wymachuje rękami i nogami, jakby chciała się czegoś przytrzymać, złapać czegoś
niewidzialnego. "Skoro nie jestem ani w piekle, ani w niebie, gdzie
jestem?!", krzyczała. Nie słyszała swojego głosu, ale była pewna, że to
mówi. Wydawało jej się, że wrzeszczy z całej siły. "Gdzie jestem? Dokąd
spadam?".
Miała wrażenie, że słyszy śmiech. "Gdzie jesteś, Hatidże? Ani w niebie,
ani w piekle. Nie umarłaś i nie żyjesz. Jesteś w miejscu, które znajduje
się pomiędzy nimi. To od ciebie zależy, dokąd pójdziesz. Możesz umrzeć
albo żyć".
"W takim razie mogę uwolnić się od tych ciemności", pomyślała.
"Jeśli chcesz...".
Nagle Hatidże wydało się, że w mroku widzi małą dziewczynkę, obok której
stoi przepiękna kobieta. Natychmiast rozpoznała matkę. Małą dziewczynkę
też. To była ona, Hatidże sprzed siedmiu lat. Czarne oczy dziewczyny
żarzyły się niczym węgle.
- W takim razie, matko - usłyszała, jak mówi; przestraszyła się swojego
głosu - niech życie, którego wymaga Porządek Świata, nie będzie życiem
mojego ojca Selima Szacha. Niech to Hatidże będzie ofiarą.
Zobaczyła, że matka przestała powstrzymywać płacz.
Czy to było właściwe, czy nie, tego wieczoru obie płakały. Z całego
serca. W głos.
Dlaczego nie miałaby płakać? To była noc jej śmierci.
- Za kogo mnie wyda, matko?
Sułtanka Hafsa najpierw otarła swoje policzki, a potem policzki córki.
Teraz próbowała się uśmiechnąć.
- Za Iskendera Paszę.
- Jaki on jest? Widziałaś go? Młody? Przystojny?
Sama nie mogła wtedy uwierzyć, że zapytała o to matkę. Innym razem z pewnością spłonęłaby ze wstydu. W takim razie jak to się stało, że
wyrzuciła z siebie te niewłaściwe pytania?
Chyba myślała, że skoro nikogo nie zawstydzało wydanie za mąż
dziewięcioletniej dziewczynki, to to też nie powinno.10
Później nastała ciemność. Tylko ciemność.
Hatidże, zupełnie tak jak teraz, staczała się w mrok.
Czerń pochłonęła wszystko.
Głosy zmieniły się w wycie, obrazy zniknęły. Najpierw za ścianą mgły
rozmyła się twarz matki.
Był tylko jeden ratunek - uciec od ciemności.
"Światło!", krzyknęła z całej siły, a raczej wydawało jej się, że
krzyczy.
Walczyła, próbując biec w mroku w stronę światła.
Nagle zauważyła, że ciemność rzednie.
Hatidże pokręciła głową. "Boże, nie mogę w to uwierzyć", przeszło jej
przez myśl. Zupełnie jakby w jej duszy wschodziło słońce.
Pośród łoskotu odbijającego się echem w jej uszach zaczęła rozróżniać
głosy. Usłyszała, jak ktoś mówi:
- Dzięki Bogu, dochodzi do siebie.
Poznała ten głos.
Rozchylając powieki, ujrzała światło. Próbowała kurczowo się go
przytrzymać. Bała się, że jeśli otworzy oczy, światło zniknie. Powoli
odemknęła powieki. Zobaczyła Dżevahir.
Dziewczyna z radością klasnęła w ręce.
- Wróciła, wróciła, wróciła!
"Skąd?", pytała siebie Hatidże.
"Od śmierci. - Zachichotał głos w jej umyśle. - Z ciemności".
- Bóg zwrócił nam sułtankę Hatidże - usłyszała znajome głosy.
Gdy obróciła głowę, zobaczyła obejmujące się ze szczęścia damy dworu.
Dżevahir odłożyła na bok zwyczaje i zasady, czyli to, co właściwe, i objęła swoją panią za szyję.
- Modliłam się za was. Dzięki Bogu, wróciłyście - wyszeptała.
Wiedziała, skąd wróciła - od śmierci, z ciemności. "Dobrze, ale dokąd
wróciłam?", pytała siebie.
Nagle wszystko sobie przypomniała.
Pospieszne, ukradkowe kroki. Pochodnie w ogrodzie, uzbrojeni mężczyźni.
Jęki Emirhana: "Nie zabijaj mnie, stryju! Zrobię wszystko!".
"Czy kat może zakończyć takie młode życie?".
Krzyki księcia Osmana...
"Przeklęci! Kundle Selima! Nadali nam imię Osman. Sądziliście, że oddamy
życie bez walki?".
Wrzaski. Przekleństwa.
W końcu Hatidże przypomniała sobie gromowładny rozkaz ojca: "Wy,
bezwstydnicy! Boicie się jakiegoś gołowąsa? Skoro siedmiu mężczyzn nie
jest w stanie odebrać jednego życia, jaki to Porządek Świata? Sami mamy
zrobić to, co należy, podczas gdy nasi słudzy stoją bezczynnie?".
Hatidże rozejrzała się ze strachem.
- Cii... - uciszyła damy dworu i zaczęła nasłuchiwać.
Na zewnątrz panowała cisza. Śmierć spowiła ciszą pałac w Bursie.
- Wróciłam - zwróciła się do Dżevahir. - Z jednej nocy śmierci do
drugiej.
Rozdział III. Seruhan. Majątek Kasyma Agi. Wrzesień 1512
III
Seruhan
Majątek Kasyma Agi
Wrzesień 1512
Pani Ferahşad zerknęła na służącą machającą wachlarzem. "Na pewno ramię
pali ją od poruszania od rana wielkim wachlarzem przywiezionym z Egiptu", pomyślała. Na twarzy dziewczyny błyszczały setki małych kropli.
Na jej skórze wyglądały jak czarne perły.
- Dość już, Münire. To i tak na nic, dziecko.
Dziewczyna spojrzała na nią z wdzięcznością. Natychmiast przestała,
zabrała wachlarz i ustawiła go za drzwiami.
Ferahşad ściągnęła tiul okrywający jej głowę. Uniosła w dłoniach burzę
czarnych włosów.
- W tym roku jesień nie nadejdzie.
- To prawda - powiedziała ledwie słyszalnie Münire. Nie było w zwyczaju,
żeby służąca rozmawiała ze swoją panią. "Za kogo ty się uważasz, że masz
czelność mi odpowiadać", rozgniewałaby się każda, jednak pani Ferahşad
nie należała do takich. - Jakby ziemia płonęła, pani.
Kobieta pokiwała głową.
- Dobrze, że przeniosłyśmy robotników do altany, Münire.
Wiedziała, że jej pani nie rozgniewa się za to, że odpowiada, ale mimo
wszystko wahała się. To wielka pani Ferahşad, ona zaś była tylko Czarną
Morwą Münire. Przezwał ją tak jeden z tych przeklętych robotników i od
tamtego dnia nazywano ją Czarną Morwą.
- Macie rację, pani - odezwała się. - Niech wam Bóg błogosławi. W przeciwnym razie ugotowaliby się pod tym glinianym dachem.
- Niech Bóg błogosławi nam wszystkim. Oni to też ludzie. Traktuj ludzi
dobrze, a i oni będą ciebie tak traktowali.
Münire nie zrozumiała jej słów, ale i tak uśmiechnęła się do swojej
pani.
Chociaż pani Ferahşad czasem się na nią gniewała, krzyczała, karała
tych, którzy niewłaściwie wykonywali swoją pracę, to była dobrą kobietą.
Tyle dziewcząt, będących pod jej rozkazami, wydała za mąż. Wielu
niewolnikom darowała wolność i pomogła stworzyć dom. Między Ferahşad a jej podwładnymi istniało sekretne porozumienie. Nikt nie wspominał o niej słowem wśród nieznajomych, a jeśli ktoś pytał, mówiono zgodnie:
"Niech Bóg ma ją w swojej opiece. Nie ma na tym świecie lepszej pani niż
ona. Niech Stwórca pozwoli jej dostąpić wszelkiego szczęścia". Nie tylko
w Manisie, ale w całym Seruhanie nie było nikogo, kto nie znałby pani
Ferahşad i nie modliłby się za nią.
Skończyła trzydzieści cztery lata, ale wciąż była świeża i piękna niczym
pąk. Była nawet piękniejsza od pewnych siebie dziewcząt. Czarne, długie
włosy sięgały jej do talii. Kiedy spojrzała na kogoś swoimi orzechowymi
oczami, jego serce zaczynało bić mocniej.
- Minęło dziewięć lat od śmierci jej męża - mawiano. - On też był dobrym
panem. Wskakiwał na koński grzbiet, trzymając bat, i przemierzał całą
równinę - od jednego końca po drugi. Winnice i ogrody. Wszędzie zdążał i wszystkiego doglądał.
Wtedy Ferahşad nie wyjeżdżała do winnicy. Była zajęta pracami w domu. W takie upalne dni siedziała w chłodnym cieniu koła wodnego.
- Ach, ileż to już czasu minęło, odkąd pan Kasym padł ofiarą jadu żmii -
odpowiadał zarządca Halil Aga. - Od tamtego dnia to ona stała się za
wszystko odpowiedzialna. - Ach, kiedy to było... Wyobraźcie sobie, co
ujrzeliśmy następnego dnia po tym, jak włożyliśmy do ziemi Kasyma Agę.
Zarządca długo opowiadał o tym, co zobaczył.
- Na koniu beja siedziała pani. W czerwonym blasku świtu wyglądała tak
majestatycznie, że wszystkim nam zaparło dech w piersiach. Włosy splotła
w dwa warkocze i upięła na głowie, którą okryła żółto-białym,
joruckim11 szalem. Jakby nie od tego dnia, lecz od urodzenia
nasza pani była jorucką dziewczyną wędrującą na końskim grzbiecie.
Od tamtego dnia Ferahşad jeździła konno. Przemierzała równinę, doglądała
winnic i ogrodów, brała garść ziemi i sprawdzała, czy jest dobrze
nawodniona, upewniała się, czy pasterze właściwie wypasają owce i bydło.
Nie znała zmęczenia; gardziła tymi, którzy narzekali na znój. Kiedy
zauważyła jakieś uchybienie, krzyczała:
- Dajcie mi tu tę motykę! Tak się spulchnia ziemię? Macie dobrze wbić
ostrze i poderwać, żeby wpadło tam błogosławione powietrze. O tak.
Gdy Münire trafiła tu na służbę, widywała swoją panią tylko rano przy
śniadaniu i wieczorami, zanim się położyła, a także kiedy się rozbierała
i myła.
"Co tak piękna kobieta robi na polach, w winnicach, ogrodach, przy
owcach i kozach? - zastanawiała się. - Nie tęskni za mężczyzną?".
Przypomniała sobie spojrzenie dziewczyny, którą kiedyś o to zapytała.
- Dlaczego miałaby tęsknić? Moja pani sama jest jak mężczyzna. Do czego
miałaby potrzebować mężczyzny?
Wtedy te słowa wydały się Münire niedorzeczne. Jednak z czasem i ona
przyznała dziewczynie rację. Pani Ferahşad była nawet bardziej męska od
mężczyzn. Była odważniejsza i silniejsza. A do tego nie pogwałciła
niczyjego prawa, nikogo nie dręczyła.
- Patrzyłyście dziś rano na Płaczącą Skałę?
Münire składała kolejną sztukę pościeli. Przyklepała ją i włożyła na
miejsce.
- Ani jednej kropli, moja piękna pani. Po raz pierwszy, odkąd tu
przybyłam, zobaczyłam, że skała nie płacze. Nie ma już żadnych łez.
- To oczywiste. Spójrz na ten upał. Ziemia wyschła do cna.
- Mówią, że jeśli Płacząca Skała nie zapłacze, nie przyjdzie ani jesień,
ani zima.
Ferahşad uśmiechnęła się.
- Spójrzcie na moją Czarną Morwę. Stałaś się tutejsza. Nauczyłaś się już
nawet powiedzeń.
- Słyszałam, jak Emine tak mówiła. - Ze wstydu jej głos stał się tak
cichy, że sama ledwo siebie słyszała.
- Co jeszcze mówi Emine?
- Boi się.
- Boi? Czego? Stało się coś?
- Nie - wyrzuciła z siebie Münire. "Ach, ten mój długi język - żachnęła
się w duchu. - Siedzę z panią i plotkuję". - Że gatro12 wyschnie...
Będzie się obracało i obracało, aż w końcu zabraknie wody.
Ferahşad także się tego bała, ale Ibrahim mówił: "Nie obawiajcie się.
Znajdziemy jakieś rozwiązanie".
Gdyby wiedziała, jak to rozwiązać, sama by się tym zajęła.
- Jestem tu szesnaście lat i nie widziałam, żeby koło wodne wyschło. Nie
miejcie takich czarnych myśli. Nic się nie stanie. Bóg nam pomoże.
Myślcie dobrze, żeby tak właśnie się działo.
Zdawała sobie sprawę, że było to niewielkie pocieszenie. Jeśli upały nie
ustaną, pędy winogron, które niedawno posadzili, też uschną.
- Widziałaś Ibrahima?
Serce Münire nagle podskoczyło. Ibrahima? Gdyby mogła, w ogóle nie
traciłaby go z oczu. Chętnie wpatrywałaby się w jego piękną twarz cały
czas. Lubiła patrzeć na jego kręcone, czarne włosy i brwi napięte niczym
cięciwa łuku, a także w jego mgliste, czarne jak winogrona oczy i na
smukłą szyję.
- Wyszedł wcześnie rano. Od tamtej pory go nie widziałam.
- Był sam?
- Był z nim Halil Aga i kilku robotników, pani. Jeśli sobie tego
życzycie, natychmiast prześlę wiadomość, żeby przybył.
"Błagam, niech przyjdzie, żebym mogła go zobaczyć", prosiła w duchu
Münire.
Ferahşad podniosła się z miejsca. Znów przeczesała włosy dłońmi.
- Nie trzeba, dziecko. Zdaje się, że wiem, gdzie jest. Znajdę go.
Powiedz stajennemu, żeby osiodłał konia. Powiadom też kuchennych.
Kolację zjem przy kole wodnym. Niech poczynią odpowiednie przygotowania.
W tym upale nie można jeść gdzie indziej. Ty także przyjdź tam, gdy
skończysz pracę.
Zsiadła z konia i przywiązała go. Przez jakiś czas szła między rzędami
kukurydzy, przewyższającymi wzrostem człowieka. Żółtobrązowe włókna od
dawna zwisały niczym broda między liśćmi. "Trzeba je zebrać w tym
tygodniu", pomyślała Ferahşad.
Skręciła w alejkę w prawo. Od dwóch dni nie doglądała winogron. "Przy
takim upale już dawno powinny wyschnąć. Jutro zarządca musi to sprawdzić
i je zebrać. Niech każe zapakować je w worki, w których będą zawiezione
na bazar. Może chociaż to się uda".
Poczuła zapach świeżej wody i skrzypienie koła, które nieustannie
obracało się, drążąc otwór, żeby wydobyć wodę.
Z daleka niosły się męskie głosy.
- Zejdziemy jeszcze dwa arszyny i będzie dobrze.
To był on. Ukochany Ibrahim.
- Jak możesz być tak pewien, że znajdziemy wodę? Dostałeś wiadomość z góry?
Usłyszała śmiechy.
Halil Aga nie robił niczego, dokładnie nie wypytawszy i nie zyskawszy
pewności. Ferahşad zachichotała. Najwidoczniej dzisiaj padła kolej na
Ibrahima.
Właściwie chłopak był wypytywany od dnia, w którym stwierdził, że jeśli
wykopią jeszcze jeden otwór przy gatrze, wypłynie woda. Halil wyśmiewał
to przedsięwzięcie.
- Jaka woda, Ibrahimie? - mówił. - Jeśli coś ma się pojawić przy
otworze, który już prawie wysechł, to kamień. I wiedz, że tym kamieniem
rozłupię ci głowę.
Jednak chłopak był uparty. Dzień wcześniej twierdził:
- Pani, z pewnością przy naszej gatrze są też inne żyły. Znajdziemy je.
- W takim razie kop - poleciła. - W końcu to ty się zmęczysz.
Ibrahim zakasał rękawy.
Na końcu ścieżki wznoszące się niczym ściana łodygi kukurydzy nagle
znikały i wychodziło się na mały zacieniony placyk. To było miejsce,
które nazywano kołem wodnym.
Ferahşad, przedzierając się przez kukurydzę, znalazła się na placu
osłoniętym od światła. W pierwszej chwili nie widziała mężczyzn, których
głosy słyszała. Muł obracał ze skrzypieniem koło osadzone na wielkim,
żelaznym trzpieniu. Koło służyło do przesuwania grubego rzemiennego pasa
znikającego w otworze. Przywiązane do pasa misy zanurzały się puste, a wynurzały pełne. Woda, którą przynosiły, wylewana była do koryt
wyżłobionych wokół pni drzew, stamtąd płynęła niknącymi w winnicy
kanałami. Jednak pomimo całego trudu zwierzęcia ilość wody wydobywanej z otworu osuszonego pod wpływem gorąca była znacznie mniejsza. Połowa
wylewała się podczas wydobycia, pozostała część nie wystarczała, żeby
zaspokoić pragnienie ziemi. Rozpalona gleba z niewiarygodną
zachłannością połykała wodę.
Kiedy Ferahşad zastanawiała się, gdzie oni są, ponownie usłyszała ich
głosy. Ibrahim, Halil Aga oraz czterej pracownicy znajdowali się w altanie ustawionej w cieniu cyprysów. Powoli skierowała się w tamtą
stronę. Zarówno cień drzew, jak i cichy szum wydobywanej wody przynosiły
człowiekowi niewielką ulgę. Weszła pod altanę uplecioną z gałęzi i zobaczyła ich między zaroślami.
Nagle znieruchomiała. Ibrahim był nagi od pasa w górę. Spalona słońcem
skóra mężczyzny perliła się od potu. Wbił w ziemię nowy trzpień, inny
muł biegał, żeby wprawić w ruch osadzone na nim koło. Widać było, że
zwierzę po wielogodzinnym chodzeniu w kółko ledwo stawiało kroki ze
zmęczenia. Jednak Ibrahim zmuszał je do dalszego trudu, ściągając wodze.
- Idź, przeklęty! Jeszcze trochę! Wbij ten świder. Wio!
Świder na końcu trzpienia poruszanego przez strudzonego muła z każdym
obrotem zatapiał się coraz głębiej. Ibrahim pochylał się i prostował.
Przy każdym ruchu jego ciało lśniło w słońcu.
Ferahşad zdała sobie sprawę, że stoi z zapartym tchem. Zakręciło jej się
w głowie. Nie wiedziała, czy z zawstydzenia, czy z powodu widoku
półnagiego mężczyzny. W pierwszej chwili chciała odwrócić się i odejść.
Jak on dorósł!
W całym ciele czuła, że nie było to jedynie spostrzeżenie. Była pełna
podziwu. Nigdy go takim nie widziała. Zgoda, Ibrahim był młody i przystojny, ale nie zauważyła, że stał się już dorosłym mężczyzną. "Cóż
za ramiona - pomyślała. - Takie szerokie i potężne".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Tomyris - według podań greckiego historyka Herodota była królową Massagetów, związku pasterskich szczepów irańskich, która w 529 r. p.n.e. pokonała wojska perskie pod wodzą Cyrusa II Wielkiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Parga - miejscowość, dawna osada rybacka w Grecji nad Morzem Jońskim. [wróć]
3. Hannibal Barkas - waleczny dowódca wojsk antycznej Kartaginy. [wróć]
4. Przyczyny śmierci Aleksandra Macedońskiego nie są do końca znane. Pod koniec życia cierpiał prawdopodobnie na chorobę psychiczną. Nadużywał też alkoholu. Umarł po kilku dniach choroby. Istnieje również hipoteza, że został otruty. [wróć]
5. Swaróg - słowiańskie bóstwo nieba, słońca, ognia i kowalstwa. Odpowiednik greckiego Hefajstosa i rzymskiego Wulkana. Echa kultu bóstwa były widoczne jeszcze długo po chrystianizacji. [wróć]
6. Galion (aflaston) - ozdoba dziobowa na dawnych okrętach, drewniana rzeźba nawiązująca do nazwy statku, przedstawiająca postać ludzką, zwierzęcą lub fikcyjne stworzenie. [wróć]
7. Karbeyaz (z tur.) - kar - śnieg, beyaz - biały. [wróć]
8. Fatwa (z arab.) - opinia lub zalecenie uczonego muzułmańskiego, dotyczące spraw z zakresu teologii lub prawa. [wróć]
9. Kaffa (Teodozja) - miasto na południowo-wschodnim wybrzeżu Krymu. W czasach zwierzchnictwa Imperium Osmańskiego nad Chanatem Krymskim (XVI-XVIII w.) stanowiło centrum prowincji osmańskiej. [wróć]
10. Zgodnie ze źródłami historycznymi Hatidże została wydana za Iskendera Paszę, gdy miała dwadzieścia dwa lata. [wróć]
11. Jorukowie (tur. Yörük) to wędrowny lud turecki wywodzący się z górzystych regionów Anatolii. [wróć]
12. Koło wodne. [wróć]