II
- Pan pozwoli. Mr. Milburgh - przedstawił go zakłopotany nieco Lyne.
Jeśli nawet Milburgh słyszał ostatnie słowa swego szefa, nie zdradził tego przecież żadnym swoim ruchem. Nie tylko uśmiechał się obojętnie, ale w mało wyrazistych jego rysach przebijało się zupełne zadowolenie. Tarling spojrzał nań i szybko wyciągnął własne wnioski. Człowiek ten był urodzonym lokajem, miał niezgrabną twarz, łysą głowę i ramiona wprzód wygięte, jak gdyby gotów był w każdej chwili ukłonić się.
- Niech pan zamknie drzwi, Milburgh, niech pan siada. To jest mr. Tarling, detektyw.
- Bardzo mi przyjemnie, szanowny panie.
Milburgh skłonił się uniżenie Tarlingowi. Detektyw obserwował go dokładnie, ale mr. Milburgh nie zaczerwienił się ani nie zbladł, jak również twarz jego nie drgnęła. Tarling nie zauważył żadnej z tych oznak, którymi już tak często zdradzali się wobec niego przestępcy.
"Niebezpieczny człowiek" - pomyślał.
Rzucił spojrzenie na Ling Chu, chcąc poznać, jakie wrażenie zrobił na nim Milburgh. Każdy inny obserwator nie dostrzegłby niczego szczególnego w wyrazie twarzy i zachowaniu się Chińczyka. Ale Tarling spostrzegł, że wargi jego drgnęły niedostrzegalnie, a nozdrza jego rozchyliły się nieznacznie. Były to nieomylne znaki, że Ling Chu wietrzył przestępstwo.
- Mr. Tarling jest detektywem - powtórzył Lyne. - Słyszałem o nim bardzo wiele, gdy byłem w Chinach. Wie pan przecież, że w ciągu mojej podróży dokoła świata przebywałem przez trzy miesiące w tym kraju? - zapytał Tarlinga, który skinął tylko lekko głową.
- Tak, wiem o tym, mieszkał pan w hotelu Związkowym i uczęszczał pan często do dzielnicy tubylców. Miał pan również nieprzyjemną przygodę, gdy palił pan raz opium.
Lyne poczerwieniał, potem zaśmiał się.
- Pan wie o mnie więcej niż ja o panu, Tarling!
Z tonu, jakim to wypowiedział, można było poznać, że ostatnia uwaga nie była dla niego przyjemna. Zwrócił się znów do swego podwładnego. - Mam wszelkie podstawy do przypuszczenia, że w moim przedsiębiorstwie ktoś kradnie pieniądze i to jakiś urzędnik w kasie głównej.
- To jest wykluczone! - zawołał przerażony mr. Milburgh. - Zupełnie wykluczone! Któżby to robił? Ale podziwiam pańską bystrość, że zdołał pan to wykryć. Mówiłem to zawsze, że pan wszystko obserwuje, nawet to, co my starzy kupcy prześlepiamy, choćby to się działo przed naszymi oczyma!
Pochlebiony Mr. Lyne uśmiechnął się.
- Zainteresuje to pana, mr. Tarling, że co do tego posiadam sam pewne wiadomości, a nawet powiedziałbym - stosunki ze sferą przestępców. Wie pan może, że pewnego takiego nieszczęśliwego człowieka obdarzam w pewnej mierze zaufaniem. Próbowałem w ostatnich czterech latach wszystkich możliwych sposobów, aby go poprawić. Za kilka dni wyjdzie on znowu z więzienia. Wziąłem ten cały trud na siebie - rzekł skromnie - ponieważ czuję, że jest to obowiązkiem ludzi, znajdujących się w szczęśliwym położeniu, pomagać innym, którzy nie mają tych samych dogodnych warunków w twardej walce o byt.
Na Tarlingu nie wywarły te słowa żadnego wrażenia.
- Czy wie pan, kto pana stale okradał? - zapytał krótko.
- Mam wszelkie dane do przypuszczania, że jest to młoda dziewczyna. Byłem zmuszony oddalić ją dzisiaj bez wypowiedzenia i prosiłbym pana, aby jej pan pilnował.
Detektyw skinął głową.
- Jest to sprawa stosunkowo prosta - na ustach jego zawisł słaby uśmiech. - Czy nie posiada pan w swoim wielkim przedsiębiorstwie prywatnego detektywa, który mógłby się temu poświęcić? Ja nie zajmuję się tak drobnymi kradzieżami. Idąc tutaj, myślałem, że chodzi o większe zadanie.
Nie mówił więcej, ponieważ niemożliwe było powiedzieć coś jeszcze w obecności Milburgha.
- Panu może się ta sprawa wydawać błaha, ale dla mnie jest ważna - odparł poważnie mr. Lyne. - Jest tutaj dziewczyna ciesząca się wielkim poważaniem u wszystkich współpracowników i posiadająca wskutek tego wielki wpływ na ich moralne zapatrywania. Fałszowała ona prawdopodobnie stale księgi i oszukiwała firmę, zażywając przy tym ze wszystkich stron poważania i sympatii. Jest ona niebezpieczniejsza od niejednego biednego przestępcy, który ulegnie chwilowej pokusie. Według mego zdania, należałoby ukarać ją przykładnie, ale muszę wyznać panu otwarcie, mr. Tarling, że posiadam za mało wystarczających dowodów, aby to zrobić. W tym wypadku nie zwracałbym się zresztą do pana.
- Ach, więc ja mam dopiero zebrać materiał? - zapytał z ciekawością mr. Tarling.
- Któż jest tą dziewczyną, o którą chodzi? - zapytał Milburgh.
- Miss Rider - odparł ponuro mr. Lyne.
- Miss Rider! - twarz Milburgha przybrała wyraz niesłychanego zdumienia. - Miss Rider, ach nie, to jest zupełnie niemożliwe!
- Dlaczego niemożliwe? - zapytał ostro Lyne.
- No tak, przepraszam, myślałem tak tylko - wybełkotał kierownik firmy. - To nie jest przecież do niej podobne. Jest to tak porządna dziewczyna.
Thornton Lyne spojrzał na niego nieufnie spod oka.
- Czy ma pan jakiś specjalny powód, aby brać miss Rider w obronę? - zapytałem chłodno.
- Nie, najzupełniej nie. Proszę pana, aby pan nic podobnego nie przypuszczał - rzekł trochę zdenerwowany mr. Milburgh. - Wydaje mi się to tylko rzeczą niezwykłą.
- Wszystko jest niezwykłe, co nie postępuje ze zwykłą koleją rzeczy - ciągnął dalej Lyne. - Byłoby, na przykład, rzeczą również dziwną, by pan, Milburgh, posądzony był o kradzież, nie byłoby to niezwykłe, gdybyśmy odkryli, że wydaje pan w ciągu roku pięć tysięcy funtów, gdy gaża pańska, jak wiemy wszyscy, wynosi tylko dziewięćset funtów?
Tylko na sekundę stracił Milburgh panowanie nad sobą. Ręka, którą przesunął po czole, drgnęła. Tarling, który obserwował nieustannie jego twarz, widział, jak wielkie robił wysiłki, aby nie stracić równowagi.
- Tak, to byłoby istotnie bardzo dziwne - rzekł teraz Milburgh pewnym głosem.
Lyne zapamiętywał się coraz bardziej w swojej pamięci i jeśli nawet ostre jego słowa zwrócone były do Milburgha, miał jednak na myśli dumną, wyniosłą dziewczynę z gniewnymi oczyma, która obeszła się z nim tak pogardliwie w jego własnym biurze.
- Byłoby to dziwne, gdyby pan został skazany na karę więzienia, ponieważ odkryłbym, że oszukiwał pan od lat firmę - ciągnął dalej rozgniewany. - Jestem przekonany, że wszyscy współpracownicy firmy powiedzieliby to samo, co pan: Przecie to dziwne!
-I ja powiedziałbym to samo - oświadczył Milburgh ze swoim stałym, zwyczajnym uśmiechem, twarz jego miała znów wyraz uprzejmy i zacierał ręce.
- To brzmiałoby dziwnie i byłoby dziwne, najbardziej byłaby tym zaskoczona nieszczęśliwa ofiara.
Potem zaśmiał się na całe gardło.
- Może i nie - rzekł chłodno Lyne. - Powtórzę tylko krótko w pańskiej obecności kilka słów. Proszę, niech pan uważa. Już od miesiąca skarżył się pan przede mną - Lyne wymawiał z naciskiem każde słowo - że w kasie brakowało małych kwot.
Twierdzenie to było niezwykle śmiałe, w pewnej mierze szalone. Powodzenie szybko ułożonego planu zależało nie tylko od winy Milburgha, ale również od jego skłonności do przyznania się do winy. Jeśli jego kierownik firmy nie sprzeciwi się fałszywemu twierdzeniu, przyzna się tym samym do własnych wykroczeń. Tarling, dla którego rozmowa była początkowo niezrozumiała, zaczął teraz powoli rozumieć, dokąd Lyne zmierza.
- Skarżyłem się panu, że w ostatnim miesiącu brakowało pewnych kwot pieniężnych? - zapytał zdumiony Milburgh.
Nie uśmiechał się już i twarz jego zdradzała teraz zmieszanie, został przyciśnięty do muru.
- Tak jest, powiedziałem to właśnie - odparł Lyne i obserwował go. - Czy to nie zgadza się z prawdą?
Milburgh skinął głową po długiej przerwie.
- Tak jest, zgadza się - potwierdził cicho.
- I doniósł mi pan również, że podejrzewa pan miss Rider o dokonywanie tych sprzeniewierzeń.
Znów nastąpiła przerwa i znowu Milburgh skinął potakująco głową.
- Słyszy pan? - zapytał z triumfem Lyne.
- Tak jest - odparł spokojnie Tarling. - Ale jaka jest moja rola w tym wszystkim? Przecież to należy do zwyczajnej policji.
Lyne zmarszczył brwi.
- Musimy przecież wprzód wszystko przygotować. Dam panu najpierw wszystkie szczegóły dotyczące młodej dziewczyny i wszystkie dane dotyczące jej osoby. Potem, to już pańska rzecz, aby dostarczyć nam takich informacji, które pozwoliłyby i nam oddać całą sprawę Scotland Yardowi.- Rozumiem - rzekł Tarling i uśmiechnął się. Ale potem potrząsnął przecząco głową: - Nie mogę zająć się tą sprawą, mr. Lyne.
- Dlaczego nie? - zapytał zdumiony Lyne.
- Ponieważ nie zajmuję się takimi wypadkami. Kiedy napisał pan do mnie, sądziłem, że dostanę w swoje ręce jeden z największych wypadków, jaki kiedykolwiek miałem. Jak łatwo pierwsze wrażenie potrafi niekiedy oszukać.
Chwycił za kapelusz.
- Co pan chce przez to powiedzieć? Porzuca pan przez to cennego klienta.
- Nie wiem, jak dalece jest pan cenny, ale chwilowo sprawa nie przedstawia się bardzo zachęcająco. Nie chciałbym się zajmować tą sprawą, mr. Lyne.
- Sądzi pan, że ta sprawa dla pana nie jest zbyt poważna - zapytał Lyne niemile dotknięty. - Jestem gotów zapłacić panu pięćset funtów za pańskie starania.
- Nawet gdyby mi pan zapłacił pięć tysięcy, zamiast pięćdziesięciu tysięcy, odmówiłbym i nie zająłbym się tą sprawą - odparł Tarling. Słowa jego brzmiały stanowczo i dobitnie.
- Zatem muszę pana zapytać, dlaczego nie chce pan zająć się tą sprawą? Czy dziewczyna jest pańską znajomą? - zapytał niepotrzebnie głośno.
- Nie widziałem nigdy tej młodej dziewczyny i prawdopodobnie nie zobaczę jej nigdy. Chciałbym tylko stwierdzić, że nie życzę sobie, aby obciążały mnie takie sztucznie ukartowane oskarżenia.
- Sztucznie ukartowane oskarżenia?
- Sądzę, że pan wie bardzo dobrze, co myślę, ale powiem panu jeszcze wyraźniej i zrozumiale. Z jakiegoś niewiadomego powodu czuje pan urazę do jednej z pańskich urzędniczek. Poznałem pański charakter z pańskiej twarzy, mr. Lyne. Okrągłość pańskiego podbródka i lubieżne pańskie usta dowodzą, że nie robi pan sobie zbytnich kłopotów z tym, jak pan obchodzi się z paniami zatrudnionymi w pańskim przedsiębiorstwie. Nie wiem, ale przypuszczam, że dostał pan potężnego kosza od jakiejś porządnej dziewczyny, co wprawiło pana w straszliwy gniew, i z chęci zemsty chwyta pan z powietrza zupełnie bezpodstawne oskarżenie przeciw tej dziewczynie. Pan Milburgh - tu zwrócił się do kierownika firmy, z którego twarzy zniknął znów uśmiech - ma swoje własne powody, według których postępuje, pomimo pańskich niskich planów. Jest on pańskim urzędnikiem, a poza tym ukryta groźba wywiera pożądany skutek: że wsadzi go pan do więzienia, jeśli nie zechce pójść z panem.
Twarz Thorntona Lyne'a zniekształciła się ze złości.
- Postaram się o to, aby pańskie nikczemne postępowanie było ogólnie znane! Oskarżył mnie pan tutaj w najbardziej obelżywy sposób i zaskarżę pana o potwarz. Sprawa przedstawia się tak, że nie czuje się pan na siłach, aby wypełnić zadanie, jakie panu powierzyłem i szuka pan teraz powodu, aby go nie przyjąć.
Tarling odgryzł koniec swego cygara, które wyjął z kieszeni.
- Moja opinia jest zbyt dobra, abym mógł wdawać się w tak brudne sprawy. Nie chciałbym nikogo obrażać i nie wypuszczam chętnie z rąk dobrych okazji do zarobienia pieniędzy, ale nie chcę ich zarabiać podłościami, mr. Lyne. I jeśli chce pan posłuchać dobrej rady, to niech pan porzuci ten nierozsądny plan zemsty, który wynikł jedynie z obrażonej pańskiej próżności. Nawiasem mówiąc, podnoszenie oskarżeń jest sposobem najbardziej niezręcznym. Niech pan uda się do młodej dziewczyny i prosi ją o przebaczenie, gdyż obraził ją pan w najbardziej brutalny sposób, jak przypuszczam.
Skinął na swego chińskiego towarzysza i opuścił powoli pokój. Lyne obserwował go, trzęsąc się z gniewu. Był świadomy swojej bezsilności, ale gdy drzwi zamknęły się niemal do połowy, zerwał się z stłumionym okrzykiem, otworzył je znowu i rzucił się na detektywa.
Tarling chwycił go obiema rękami, podniósł go w górę, zaniósł go z powrotem do pokoju i posadził na krześle. Potem spojrzał na niego z politowaniem.
- Mr. Lyne - rzekł trochę sarkastycznie. - Daje pan zły przykład nawet przestępcom. To dobrze, że pański zbrodniczy przyjaciel siedzi jeszcze w więzieniu!
I nie powiedziawszy ani słowa więcej, opuścił pokój.