Tajemnica zamku Rodriganda - Karol May

Kup ebooka

12.99 zł
9.69 zł (9,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZDRADZIECKIE KNOWANIE

 

Zdziwiłby się niezmiernie doktór Zorski, gdyby usłyszał, o czym w tej chwili rozmawiali jego kolega po fachu, chirurg z Manrezy i powiernik hrabiego, notariusz Gasparino.

- A więc, doktorze, możemy być pewni śmiertelnego wyniku operacji? - pytał "wierny" sługa hrabiego Rodriganda.

- Naturalnie.

- Czy koledzy pańscy nie sprzeciwią się?

- O tym nie ma mowy, sennorze. Wie pan przecież, że cieszę się takim poważaniem, iż żaden nie ośmieli się być innego zdania niż ja - odpowiedział doktór dumnie.

- Dobrze. Musi pan jednak przekonać hrabiego, że operacja jest jedynym środkiem ratunku.

- Oczywiście.

- A więc operacja odbędzie się jutro o ósmej w tajemnicy, aby hrabianka o tym nie wiedziała i nie zdążyła nam przeszkodzić.

- Zgoda.

- Wynagrodzenie otrzyma pan w moim mieszkaniu w Manrezie. Dobranoc.

Podali sobie ręce i notariusz wyszedł.

Nie udał się wszakże do swojego pokoju, lecz rozejrzawszy się ostrożnie, wszedł do pokoju pobożnej siostry Klaryssy.

- Witaj, sennor - rzekła Klaryssa - dawno już na ciebie czekam. Jakże załatwiłeś tę sprawę?

- Bardzo dobrze - odparł notariusz - przysiadając się do zacnej siostrzyczki. - Hrabia zgodził się.

- Chwała Najwyższemu! On to w niewypowiedzianej dobroci swej pokierował jego sercem i skłonił go do zgody. Czy operacja będzie śmiertelna?

- Niewątpliwie.

- A więc nie możemy zmienić biegu rzeczy - mówiła ze słodyczą - nie wolno nam, śmiertelnikom, stawać w poprzek niezbadanym wyrokom Opatrzności.

Notariusz kiwnął głową w milczeniu, a szlachetna siostrzyczka mówiła dalej.

- Życzę hrabiemu, aby Bóg uwolnił go od cierpień. Bądź miłościw, o Panie, dla duszy niegodnego sługi Twego, don Emanuela de Rodriganda - Sevilla. Czy tylko hrabianka znów nie popsuje naszych planów?

- Tym razem nie, moja droga. Zawiadomiliśmy ją, że operacja odbędzie się o jedenastej, a w rzeczywistości zacznie się o ósmej.

- Nareszcie skończą się wieczne lata naszej niedoli. Jutro będziemy posiadaczami bogactw rodu Rodriganda...

- - - - - - - - - - - - - - -

Doktór Zorski był zbyt wzburzony po rozstaniu się z ukochaną Rozettą, by zasnąć tej nocy. Zaledwie zaświtał poranek, wsiadł na koń i pojechał w góry.

O siódmej godzinie dopiero wrócił i wstąpił do oberży na śniadanie.

Gospodarz podał mu kawę, po czym zbliżył się do stolika, który zajął pewien elegancki mężczyzna.

- Cóż to, sennorze - zapytał - tak wcześnie pan jedzie do Rodriganda?

- A tak - odparł nieznajomy - przyjechałem, by asystować przy operacji hrabiego. Wyznaczono ją na ósmą godzinę.

Doktór Zorski oniemiał. Nie dał jednak nic po sobie poznać. Zapłacił i popędził galopem do zamku.

Na szczęście brama parku była otwarta. Minąwszy ją, Zorski zauważył w bocznej alei piękne, młode dziewczę w wytwornych szatach.

- To hrabianka - pomyślał. Nagle stanął jak wryty. Poznał w zbliżającej się Rozettę.

Przez chwile patrzyli na siebie zdumieni. Doktór zrozumiał wszystko.

- Rozetto - zawołał.

- Sennorze co pan tu robi tak wcześnie?

Zorski nie odpowiedział na pytanie. Przejęty ciągnął dalej. Sennora, pani nie jest towarzyszką, pani jest hrabianka Róża!

Dziewczę opuściło główkę zawstydzone.

- Teraz rozumiem, dlaczego musieliśmy się rozstać. Pani rodzina nie zgodziłaby się na taki mezalians.

- Wybacz mi, Karlosie. - Chciałam być choć przez krótki czas szczęśliwa... Nagle przerwała. Zauważyła kasetkę w ręku doktora.

- Co to, przyszedł pan na operację?

- Ach, byłbym zapomniał. Oszukano panią. Ojcu pani grozi niebezpieczeństwo. Operacja ma się odbyć o ósmej.

- Matko święta! O, Karlosie, ratuj! zawołała w panicznym strachu. W największym pośpiechu udali się do zamku. Drzwi jednak do apartamentów hrabiego zastali zamknięte. Z wewnątrz dolatywał ich głos starego hrabiego. Raz... dwa... trzy...

- Chloroformują go - krzyknął Zorski. Czy pani pozwoli użyć siły?

- Rób pan wszystko, byleby ocalić ojca.

W tej chwili doktór uderzył nogą raz i drugi w drzwi.

Trach! Z hukiem wyleciały z zawiasów.

Hrabianka i Zorski wpadli do pokoju, lecz tu stanął przed nimi Alfons.

- Co ty tu robisz? - spytał Różę. Jakim prawem weszłaś do ojca w chwili, kiedy ma być operowany?

- Mam takie same prawo jak ty. Kocham ojca i nie pozwolę na operację, dopóki doktór Zorski nie zbada go.

- Sprowadziłaś obcego doktora?! Co za samowola, mamy swoich lekarzy!

Precz mi stąd!

Słowa te skierowane były do Zorskiego. Ale doktór nie poruszył się nawet.

- Przybyłem tu na wezwanie hrabianki i zostanę dopóty, dopóki ona tego będzie żądać.

Alfons zadzwonił. Na korytarzu wszczął się ruch i we drzwiach ukazali się lokaje.

- Zabrać mi stąd tego człowieka! - krzyknął hrabia.

Ale Zorski nie stracił odwagi. Zwrócił się w stronę służących z tak groźną miną, że cofnęli się na korytarz. Potem skierował się w stronę hrabiego Alfonsa, pochwycił go za rękę i ścisnął ją z taką siłą, że Alfons ryknął z bólu.

W tej chwili otworzyły się drzwi sypialni i na progu stanął hrabia Emanuel de Rodriganda Sevilla. Był to wysoki starzec, majestatyczny, poważny.

Szedł powoli jak duch, siwe włosy jego srebrzyły się na skroniach, a rozwarte szeroko, niewidzące oczy, zdawały się spoglądać z wyrzutem na obecnych. Usłyszał głosy kłótni i zerwał się ze stołu operacyjnego pomimo zakazu lekarza.

- Co się tu dzieje? Co się stało?

- Ojcze drogi - zawołała Róża i schwyciła rękę hrabiego. - Nie pozwolę cię zabić! Operacji nie będzie.

- Dziecko, co ty mówisz?

- Oh, nie wierz im, daj się zbadać przez lekarza, którego sprowadziłam dla ciebie.

- A któż to taki?

- O, to znany lekarz z Paryża.

- W takim razie proszę pana do mego pokoju.

Okazało się po zbadaniu, że rzeczywiście operacja jest niepotrzebna. Zorski twierdził, że można usunąć kamień leczeniem i to w przeciągu bardzo krótkiego czasu.

- Śmieszne - mówili obecni przy badaniu lękarze - nie wierzymy w powodzenie.

Na nic się jednak nie zdały ironiczne docinki lekarzy. Hrabia zrezygnował z operacji.

- - - - - - - - - - - - - - -

W godzinę później odbyła się narada w pokoju siostry Klaryssy. Obecni byli hrabia Alfons, notariusz i doktór Frankas.

- O, święta Madonno, któżby przypuścił, że coś stanie na przeszkodzie. Tak pewni byliśmy powodzenia, a ten przybłęda zjawił się, by zniweczyć nasze dzieło.

- Musimy usunąć tego łotra - odezwał się doktór Frankas.

- Czy przypuszcza pan, że mógłby uleczyć hrabiego?

- Z całą pewnością, starszy asystent doktora Letourbier to znakomitość.

- On pewnie podejmie się i operacji oczu.

- I ta się może udać.

- Postaramy się więc przeszkodzić mu, a w jaki sposób, to już moja sprawa - rzekł notariusz.

- - - - - - - - - - - - - -

 

 

NIKCZEMNY SPISEK

 

O dzień wcześniej stromą górską drożyną, prowadzącą do Rodriganda, jechał szybko na pięknym mule wysoki, postawny mężczyzna o wyglądzie cudzoziemca.

Daleką widocznie odbył drogę, gdyż zarówno po jeźdźcu jak i wierzchowcu znać było wielkie zmęczenie.

Ważna musiała być przyczyna, skłaniająca podróżnego do pośpiechu, skoro mimo zmęczenia nie zatrzymał się w żadnej z licznych karczm przydrożnych, tylko jechał wciąż naprzód.

Wreszcie jednak musiał dać za wygraną, muł bowiem począł charczeć, jak gdyby lada chwila miał paść trupem. Przejeżdżali właśnie przed oberżą "Rodriganda" i jeździec, chcąc nie chcąc, skierował wierzchowca w otwarte wrota.

Po posiłku i jako takim wypoczynku zwrócił się do gospodarza.

- Dlaczego nazwał pan swój zajazd "hotel Rodriganda"?

- Bo byłem przez wiele lat służącym pana hrabiego i jemu tylko zawdzięczam posiadanie tego domu - odparł gospodarz.

- Ach tak? A więc zna pan chyba stosunki, panujące na zamku?

- Naturalnie.

- Czy nie mógłby mi pan powiedzieć, jacy tam ludzie mieszkają? Jestem lekarzem i jadę z Paryża do Rodriganda, chciałbym więc wiedzieć z kim będę miał do czynienia.

- Chętnie pana poinformuję, sennor - odpowiedział rozmowny gospodarz. - Zastanie pan tam jego syna, Alfonsa, który właśnie niedawno przyjechał z Meksyku i córkę, hrabiankę Różę.

- A kto mieszka jeszcze w zamku prócz hrabiego i jego dzieci.

- Niewiele osób: sennora Klaryssa, przełożona klasztoru Karmelitanek, sennor Gasparino, notariusz z Manrezy, który prowadzi sprawy majątkowe hrabiego. Pobożni są oboje bardzo, tylko, że... ja im nie bardzo dowierzam.

- Dlaczego?

- Bo to tacy ludzie, co to modlą się pod figurą, a mają diabła za skórą.

- Aha, a któż jest jeszcze?

- Kasztelan Jan Alimpo i jego żona Elwira. Dobrzy to ludzie i serdeczni, do nich można mieć pełne zaufanie.

I z kolei zapytał gospodarz:

- Pan pewno cudzoziemiec nie Hiszpan. Czy tak?

- Tak jest. Jestem Polakiem. Nazywam się Karol Zorski.

- Ba, kto wie, czy się pan nie spóźni, sennor doktorze.

- A to czemu?

- Bo hrabia jest bardzo chory.

- Co mu jest właściwie?

- Od wielu lat ma chore oczy, a ostatnio stracił wzrok zupełnie. Przy tym cierpi na kamicę nerkową i miano go operować.

- Kiedy?

- Czy ja wiem? - wzruszył ramionami gospodarz. - Może się operacja już odbyła... Lekarze twierdzą, że należy się śpieszyć, ale hrabianka Róża w żaden sposób nie chce się zgodzić na operację. Uważa, że ojciec nie wytrzyma.

- A młody hrabia?

- O, ten nagli do operacji. Przekonywuje ciągle starszego pana, że to jedyny ratunek. Słyszałem nawet, że dziś się miała odbyć...

- Ach, Boże - zawołał doktór Zorski - miałżebym przybyć za późno? Zerwał się z miejsca i nie zważając na protesty gospodarza, pośpieszył do stajni.

Po chwili ruszył w dalszą drogę.

- - - - - - - - - - - - - - -

Słońce chyliło się już ku zachodom, a doktór jechał wciąż jeszcze. Zmęczony muł szedł coraz wolniej.

W pewnej chwili jeździec wyjął z kieszeni list i poraz setny może przebiegł go oczyma.

List, pisany ręką kobiecą, brzmiał:

- Przyjacielu!

Żegnając się z Panem mówiłam, że rozstajemy się na zawsze, lecz zaszły niespodziewane okoliczności, które zmuszają mnie do odwołania się do Pańskiej szlachetności, Chodzi mi o hrabiego Rodriganda, który jest śmiertelnie chory i tylko pan mógłby go uratować. Przyjeżdżaj, doktorze, jak najszybciej i zabierz ze sobą narzędzia chirurgiczne, gdyż najprawdopodobniej zajdzie potrzeba operacji. Po drodze proszę wstąpić do młynarza Mindrella i zapytać o mnie. Zaklinam pana na wszystko co święte: przyjeżdżaj natychmiast

 

Rozetta.

Oczy doktora zwilgotniały. Stanęła przed nim jak żywa postać ukochanej dziewczyny, pięknej, miłej i stanowczej. Ta przygodnie poznana towarzyszka hrabianki Róży de Rodriganda zachowywała się tak dostojnie, jak gdyby była księżniczką krwi.

Tyle miała w sobie majestatu, że on, doktór Zorski, znany ze swej odwagi, czuł się wobec niej onieśmielony jak sztubak.

Jakaś dziwna tajemnica otaczała tę piękną dziewczynę. Nigdy nie pozwalała się odprowadzić i po kilku spotkaniach oświadczyła mu, że muszą się rozstać na zawsze, gdyż ślubowała, iż nigdy nie wyjdzie zamąż.

Daremnie błagał, złamany tą straszną wieścią zakochany młodzieniec, by wyrzekła się tak nierozsądnego zamiaru.

Rozetta nie chciała słuchać. Nie chciała nawet wyjawić powodów, które skłoniły ją do tej przysięgi i zmusiła Zorskiego słowem honoru, że nigdy nie będzie jej szukał, ani starał się dowiedzieć, co się z nią stało.

Przed rozstaniem raz jeden tylko pozwoliła mu przycisnąć się do serca i złożyć na swych ustach pożegnalny pocałunek.

Chwila ta na zawsze utkwiła w pamięci doktora i gdy tęsknota za ukochaną opanowywała go, wspominał tę krótką chwilę użyczonej mu rozkoszy.

Aż nagle otrzymuje od niej list... Z drżeniem otwierał go. Uradowany i zdumiony zarazem był po przeczytaniu go. Zaraz też spakował manatki. Pożegnał się z profesorem chirurgii, u którego był asystentem, i pojechał do Hiszpanii.

Bez trudu znalazł doktór chatę Mindrella. Młynarz był w domu i z ciekawością spojrzał na nieznajomego przybysza.

- Czy znacie towarzyszkę hrabianki de Rodriganda? - zagadnął doktór.

- O kogo panu chodzi? - zapytał gospodarz, mocno zdziwiony.

- O pannę Rozettę.

- Święta Panno z Kordoby - zawołał młynarz, czy pan Zorski z Paryża?

- Tak, to ja.

- Witaj, panie doktorze, - w samą porę przybywasz. Panna hrabianka... to jest chciałem powiedzieć panna Rozetta jest bardzo niespokojna i wciąż pana oczekuje.

Mówiąc to, Mindrello tak był zmieszany, że zwróciło to uwagę doktora.

- Czy hrabia był już operowany? - spytał Zorski.

- Nie, jeszcze nie. Panna hrabianka tak długo prosiła i nalegała, aż doktorzy zgodzili się odłożyć operację do jutra. Hrabianka nie chce pozwolić na operację podczas pańskiej nieobecności.

- To ona wie o liście, który do mnie pisała jej towarzyszka?

- Tak... to jest... no, oczywiście wie jąkał się jakoś dziwnie Hiszpan i od razu zmienił temat rozmowy.

- Sennor, myśmy na dzisiaj przygotowali dla pana pokoik tam na górze, gdzie kwiatki stoją w oknach. Zaprowadzę pana i każę podać wieczerzę zanim nadejdzie sennora.

- A mój muł?

- Znajdzie się i dla niego miejsce, dopóki pan się wraz z nim nie przeniesie do zamku.

To mówiąc zaprowadził doktora do przeznaczonego dla niego pokoiku, a sam pośpieszył do hrabianki Rodriganda.

- - - - - - - - - - - - - - -

Był późny wieczór, gdy do pokoju Zorskiego zapukano i na progu ukazała się smukła postać tej, za którą tęsknił tak mocno i serdecznie.

Zorski zerwał się i rozwarłszy ramiona, zbliżył się do dziewczęcia, chcąc ją porwać w objęcia, lecz młoda panienka stała tak pełna dumy i godności, że zatrzymał się onieśmielony.

- Rozetto! - rzekł.

Było to jedyne słowo, które zdołał wydobyć z głębi przepełnionej uczuciem piersi, lecz w słowie tym mieścił się cały świat miłości, cierpienia i tęsknoty.

Rozetta zbladła. Stała niema i wzruszona przed ukochanym, lecz z całej jej postaci biła duma i stanowczość.

Wreszcie zapytała drżącym głosem:

- Sennor Karlos, czy pan mnie nie zapomniał?

- Ja miałbym panią zapomnieć, ja?! - zawołał Zorski. - Całe życie będę pamiętał, że pani serce było moją własnością, że moja dusza znajdowała oddźwięk w duszy pani, że pani oczy patrzyły na mnie z wiarą, te kochały mnie pani myśli i usta. Jakże mogło pani przez myśl przejść coś podobnego? Zapomnieć panią znaczyłoby dla mnie tyle, co umrzeć.

- Niestety, drogi Karlosie, musi to nastąpić wcześniej, czy później. W tej chwili jednak możemy się widzieć, dzięki ci więc, sennorze, żeś przybył.

- Wierzaj mi, sennora - rzekł Zorski z wzruszeniem, że zerwałbym się z łoża śmierci i przybył na twe wezwanie.

- Wierzę ci, sennorze, i cenię twą miłość. Ale nie mówmy teraz o tym. Czy wie pan już, z jakiego powodu wezwałam pana?

- Wiem, sennora, ze względu na chorobę hrabiego.

- Tak, ale nie tylko z tego powodu. Są jeszcze inne sprawy, które mnie bardzo niepokoją. Przeczuwam, że hrabiemu grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony ludzi, którzy sprzysięgli się na jego życie.

Dlatego pana wezwałam, drogi przyjacielu, byś mi go pomógł obronić przed zbrodniarzami, kryjącymi się w mroku. Jakże rada jestem, żeś tu przyjechał. Odzyskałam nadzieję, i wierzę, że wszystko skończy się jak najlepiej.

- Tak, jeżeli mi ufasz, Rozetto, jestem pewny, że mnie kochasz jeszcze.

Dziewczę złożyło swe maleńkie rączki w mocne ręce doktora i rzekło cicho:

- Tak, Karolu, kocham cię z całej duszy, lecz twoją żoną być nie mogę.

- Dlaczego? - pytał doktór, załamując ręce.

- Dowiesz się o tym jutro. Zrozumiesz, że nasza rozłąka jest koniecznością, naszym smutnym lecz nieuniknionym przeznaczeniem.

- Dlaczego jutro, dlaczego nie dziś - pytał Zorski z żalem.

- Bądź cierpliwy, ukochany. Jutro dowiesz się o tym i zrozumiesz... Ciężko mi... to wypowiedzieć... - urywanym głosem mówiło dziewczę - Karolu, mój miły... drogi... kochany... zrozum mnie i uwierz... Mnie jest niewymownie ciężko. Wierzaj mi. Zamilkła i po chwili dodała: Pozwól mi teraz mówić o tym, co mnie tu sprowadza.

Zorski opanował się i choć serce pękało z bólu, z pozornym spokojem wysłuchiwał jej opowiadania o chorobie hrabiego.

- Hrabia zgodził się wreszcie na operację, wezwał więc swego syna Alfonsa, który do niedawna przebywał w Meksyku. Chciał bowiem, by był obecny podczas operacji i by było komu zaopiekować się córką i rodowym majątkiem w razie jego śmierci.

Hrabianka była małym dzieckiem jeszcze, gdy brat wyjechał i nie pamiętała go wcale. Pobiegła jednak z wiarą i radością na jego spotkanie, chcąc na braterskiej piersi wypłakać swą żałość i lęk o ciężko chorego ojca. Lecz o krok od młodego hrabiego zatrzymała się jak wryta. Stał przed nią człowiek obcy zupełnie, bez cienia serdeczności, oschły i zimny. Jakiś głos wewnętrzny mówił jej, że to nie jest jej brat, że to człowiek obcy i wrogi.

I rzeczywiście hrabianka miała rację. Przyglądałam mu się nieznacznie i zauważyłam jego spojrzenie, rzucane ojcu. Ślepyby zauważył czającą się w nich chciwość i nienawiść. Każde spojrzenie mówiło... "czyham na twą śmierć"!..

Przeczułam jakąś straszną tajemnicę i zdjęta trwogą napisałam do pana... to jest... hrabianka poprosiła mnie, abym napisała, byś przybył i dopomógł nam ocalić hrabiego.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Operacja wyznaczona na jutro?

- Tak, nie da się już odroczyć.

- O której się odbędzie?

- Mówiono mi, że o jedenastej.

- Czy przedtem mógłbym zobaczyć się z hrabią?

- Owszem, ale wpierw będzie pan musiał zobaczyć hrabiankę, oczywiście.

- O której?

- Proszę przyjść o dziesiątej. Czy usuwał pan już kamienie nerkowe?

Zorski uśmiechnął się mimowoli. Pytanie wydało mu się niezmiernie zabawne.

- To moja specjalność, sennora. Tego rodzaju operacje wykonywałem już wielokrotnie.

- Czy taka operacja jest niebezpieczna?

- To zależy. Musiałbym wpierw zbadać chorego.

- A więc jutro?

- Tak, sennora.

- Dobrze, mam do pana najzupełniejsze zaufanie. Wierze, że pan uratuje hrabiego, jeśli w ogóle ratunek jest możliwy.

Wstała.

Zorski zapytał nieśmiało.

- Czy mogę ci towarzyszyć, sennora?

- Jest już ciemno, nikt nas nie zobaczy - powiedziało dziewczę, spłonąwszy mocnym rumieńcem. Proszę, chodźmy razem do zamku.

Zorski podał jej ramię i Rozetta wsparta na nim opuściła domek.

Szli w milczeniu, ale serca ich biły mocno. Młody doktór płonął z namiętności, ponosiła go przemożna chęć pochwycenia ukochanej w objęcia, przytulenia jej do siebie...

Nie śmiał wszakże... Zdawało mu się, że towarzyszy mu jakaś nieziemska istota, którą wolno mu tylko ubóstwiać...

Gdy stanęli przed bramą parku, odważył się ledwie przycisnąć do piersi małą rączkę ukochanej.

Tym razem jednak Rozetta przytuliła się do niego i szepnęła cichutko:

- Wybacz mi, Karlosie, i nie bądź nieszczęśliwy...

Zorski porwał ją w objęcia i okrył jej twarz pocałunkami.

- Najdroższa moja... słoneczko ukochane... - szeptał - dzieweczko miła. Jakże mam się nie czuć nieszczęśliwy, skoro ty mnie odtrącasz.

Rozetta łagodnie, ale stanowczo uwolniła się z jego rąk.

Nasze serca nie rozstaną się nigdy - rzekła - Bóg z tobą.

Znikła w ciemnej alei. Zorski stał oszołomiony i słuchał oddalających się kroków.

 

TAJEMNICZY ŻEBRAK

 

- Kchi, kchi, kchi, kchi! Boże litościwy, pozwól mi dojść do celu! Pozwól naprawić mój wielki grzech, zbrodnię, którą popełniłem. Nie będę mógł umrzeć, a przecież czasu i drogi niewiele już zostało.

Słowa te, zanosząc się od kaszlu, wypowiedział staruszek, który skulony, oparty na kiju, gorączkowo drapał się w górę. Ciężka to była droga, pełna skał urwistych. Nad głową złowrogi głos orłów i sępów, a pod nogami kłębiące się węże w przepaściach.

Już trzy dni tak wędruje bez przerwy, a dusza jego przepełniona jest strachem.

Może nie dojdzie, może padnie.

Nagle zatrzymał się. - To tu - zawołał - Tu się to nieszczęście stało. Tu uległem namowom szatana i dałem się skusić do grzechu i stąd powędrowałem do Meksyku.

Opadł ciężko na rozpalone od żaru słonecznego kamienie i ukrył twarz w obu rękach. Cisza śmiertelna panowała dokoła. Od czasu do czasu przerywał tę ciszę uporczywy, ciężki kaszel starca.

- Matko Boska, miłosierdzia pełna - szeptał - zmiłuj się nademną, wstrzymaj ostatnią godzinę i spraw, bym mógł naprawić swą zbrodnię.

Zadrżał. - A może on już nie żyje? Może napróżno się łudzę? Wszak mogli go zbóje zabić, tego pięknego chłopczyka, a co wtedy?

Podniósł się z trudem i powlókł dalej.

- Pójdę... Będę szedł, póki mi sił starczy... Niedaleko stąd powinna być ich kryjówka. Muszę im wydrzeć tajemnicę, muszę się dowiedzieć, co zrobili z chłopcem.

Nagle dały się słyszeć szybkie kroki.

- Co tu robisz, starcze? - zabrzmiał czyjś surowy głos.

- Nic, odpoczywam - odparł zapytany z wysiłkiem.

- A pocoś tu przyszedł?

- By umrzeć spokojnie.

- Umrzeć? - zdziwił się pytający, młody, ogorzały mężczyzna, uzbrojony w strzelbę, dwa pistolety i sztylet - umrzeć? - A to czemu?

- Bo nie mogę dalej już iść.

- Pocoś właściwie przyszedł? Czego szukasz w naszych stronach?

- Szukam ziół leczniczych, któreby mi przywróciły zdrowie, ale siły mnie opuściły, śmierć zbliża się, a ziół czarodziejskich znaleźć nie mogę.

- Skąd przybywasz?

- Z daleka, mój synu - z Portugalii.

- Aż z Portugalii? - zdziwił się przybysz - z tak daleka idziesz mimo choroby?

Starzec kiwnął głową w milczeniu.

- Chodź, zaprowadzę cię do naszej siedziby - rzekł nagłe młodzieniec ze szczerym współczuciem. - będziesz mógł odpocząć i posilić się, ale musisz pozwolić zawiązać sobie oczy.

- A to czemu?

- Bo nikomu nie wolno znać drogi do naszej kryjówki.

- Czemże wy jesteście? - spytał zdumiony starzec.

- Jesteśmy bryganci, rozbójnicy hiszpańscy. Te góry do nas należą. Nie boimy się nikogo, lecz nie chcemy, by ktokolwiek znał drogę do naszej jaskini.

- A więc dobrze, prowadź. Taki nędzarz jak ja nie boi się rozboju.

Młody brygant zdjął chustkę z szyi, przewiązał oczy staremu i pociągnął go za sobą.

Wkrótce zatrzymali się.

Ze zdziwieniem stwierdził starzec, że jest w obszernej, skalistej pieczarze. Pośrodku, dokoła wielkiego, drewnianego stołu siedziało kilkunastu uzbrojonych mężczyzn o srogim i dzikim wyglądzie.

- Ktoś ty? - burknął jeden z obecnych niechętnie.

- Biedak jestem, bezdomny, chory - odpowiedział starzec z wysiłkiem - na imię mi Pedro.

- Skąd jesteś?

- Z nad granicy portugalskiej.

- Zdaje mi się, że ciebie już gdzieś widziałem.

- Mnie? - udał zdziwienie wystraszony starzec - chyba pomyłka.

- Co tu robisz? - badał dalej rozbójnik - Dlaczego włóczysz się po górach, jeśli jesteś chory?

- Szukam ziela, któreby mnie uleczyło.

- O, toś źle wybrał, mój drogi. Na śmierć nie ma lekarstwa. Powiedz mi, dlaczego właściwie tego czarodziejskiego ziela nie szuka twój syn lub córka?

- Nie mam nikogo na świecie - odpowiedział z żałością biedak.

- No, w takim razie zostań z nami. Mariano lubi się opiekować takimi jak ty przybłędami, niech się i tobą zajmie.

Zresztą nie pociągniesz długo. Uprzedzam cię jednak, że gdybyś nas chciał opuścić lub zdradzić, zginiesz tak okropną śmiercią, o jakiej ci się nie śniło nawet. Rozumiesz?

Starzec skinął głową w milczeniu.

- Jeżeli potrzebny ci ksiądz - dodał ironicznie, możesz go dostać. Mamy tu braciszka Dominikanina, już on cię rozgrzeszy, choćbyś miał więcej sprawek na sumieniu ode mnie ha - ha - ha - ha!

W międzyczasie do mówiącego podszedł bandyta, który stał na warcie.

- Jakiś obcy chce się z panem zobaczyć, kapitanie.

- Pytałeś kim jest?

- Nie chce powiedzieć. Ma na twarzy czarną maskę - widocznie nie chce być poznany.

"Kapitan" wstał leniwie, zatknął pistolet za pas i wyszedł na dwór.

- Ah, sennor Gasparino, to pan? - zawołał herszt, poznawszy przybyłego mimo przebrania i maski - któżby się mógł pana spodziewać! Ileż to lat pan nas nie raczył odwiedzić.

- Pst, kapitanie - położył rękę na ustach przybyły - Niech pan nie wymawia tak głośno mego nazwiska, mogą jeszcze usłyszeć.

Eh - machnął ręką lekceważąco herszt - nie ma tu nikogo. Zresztą pewny jestem moich ludzi. Powiedz pan lepiej, sennorze, co pana do nas sprowadza. Pewno chce pan nam dać jaką robotę.

- Jeżeli nie zażądasz za wiele, owszem.

- Słucham więc, o co chodzi?

- Ile kosztowałoby sprzątnięcie dwóch ludzi?

- Zależy kim są.

- Jeden to hrabia, drugi lekarz.

- O którego to hrabiego chodzi?

- O starego Emanuela de Rodriganda-Sevilla.

- Co, o waszego pana? - zdziwił się rozbójnik. Notariusz hrabiego kiwnął głową.

- Hm, hm, - mruczał herszt - wierny z pana sługa, sennorze Gasparino, nie ma co... Niestety tego zamówienia przyjąć nie mogę.

- A to czemu?

- Hrabia znajduje się pod opieką jednego z moich przyjaciół, więc mnie go tknąć nie wolno.

- To sobie dobre! Przecież nie żądam tej roboty; darmo... Zapłacę dobrze.

- Wszystko jedno. My "bryganci" dochowujemy zawsze wierności naszym przyjaciołom.

Notariusz żachnął się niecierpliwie. Zrozumiał przycinek herszta rozbójników, ale nie chciał dać za wygraną.

- Sennor kapitano - rzekł - nie jestem dzieckiem, by mi pan opowiadał takie bajeczki. Powiedz lepiej, ile to będzie kosztowało. Zaznaczam, że zapłacę każdą żądaną sumę.

- Szkoda gadać, sennorze. Nie zrobię tego, choćbyś mi zapłacił dziesięć tysięcy dublonów.

- To pańskie ostatnie słowo?

- Najostatniejsze, sennorze. "Brygant" to człowiek honoru i dotrzymuje zawsze swoich zobowiązań.

- Szkoda.

- Trudno, nie mogę inaczej. A kim jest drugi klijent?

- Lekarz z Polski.

- No, tego doktora, panu "załatwimy". Nawet od pana po starej znajomości nie zażądam wiele. Gdzie ten człowiek mieszka?

- U hrabiego Rodriganda.

Herszt skrzywił się.

- Nie bardzo miła dla nas robota... Gość Rodriganda?

To mi się nie podoba.

- Ba, a któż panu zabroni go sprzątnąć?

- Mówiłem już panu, sennorze, że my naszych przyjaciół nie tykamy.

- Ależ ten cudzoziemiec nie jest chyba waszym przyjacielem?

- No nie, w każdym jednak razie jest to gość hrabiego. Zresztą zrobię to dla pana, ale za sowitym wynagrodzeniem.

- Ile żądacie?

- Zależy, czy ten człowiek ma umrzeć, czy tylko zniknąć.

- To pierwsze pewniejsze. Nieboszczyk nigdy zaszkodzić nie może.

- Zgoda, sennor Gasparino. Zapłaci pan tysiąc dublonów i sprawa załatwiona.

- Co? Tysiąc dublonów? - oburzył się - Tysiąc dublonów za jednego marnego cudzoziemca? Chyba ci, kapitanie, gorączka uderzyła do głowy.

- Jeżeli dla pana za drogo, radź pan sobie z nim sam. My nie będziemy maczać rąk za byle co: i zrobił ruch jak gdyby chciał się oddalić.

- Stój! - zawołał Gasparino przerażony - spuścisz pan chyba co z ceny.

- Ani szeląga. Zna mnie pan przecież.

- No, to zgoda, tylko spraw się pan dobrze. Kiedy mam zapłacić i jak?

- Połowę teraz, resztę po robocie.

- A gdyby się wam nie udało, to moje pieniądze przepadną?

- Musi się udać, nie jesteśmy nowicjusze w naszym zawodzie. Powiedz mi pan tylko, jak się do tego człowieka dostać.

- Sam jeszcze nie wiem. Przede wszystkim proszę mi przysłać sześciu, albo siedmiu ludzi do Rodriganda, a ja już im wydam odpowiednie polecenie.

To rzekłszy, odliczył pięćset dublonów i wręczył je kankanowi, poczem spytał: - Czy masz jeszcze tego chłopca, sennor kapitano?

Mam, ale już teraz z niego chłop jak się patrzy.

- Czemuś go wówczas nie kazał zabić?

- Przecież zapłaciłeś tylko za jego zniknięcie, pocóż więc miałem zamordować dzieciaka?

- Czy wie kim jest?

- Skądże? przecież my sami nie wiemy, skądżeście go wzięli.

- To dobrze. A za kogo on siebie uważa?

- Za syna jednego z naszych.

- Chciałbym go zobaczyć...

- Co to, to nie, sennorze Gasparino. Co ci do tego? Wszak nie należysz do naszego bractwa. Dałeś nam robotę, a teraz możesz sobie pójść.

- Dobrze. Kiedy twoi ludzie będą na zamku?

- Jutro wieczorem. Addio, sennorze.

- Addio.