Tajemnica Wilczych Moczarów - Stefek Powieliński

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Wujek Poldek wzywa

Nadal nie wiem, czy zostać w przyszłości pisarzem, czy raczej detektywem. Jedno i drugie ma swe zalety. Co prawda ksiądz prefekt, który w naszej szkole w Z. uczy religii, twierdzi z troską, że pisarstwo to tylko igraszki wyobraźni, jakże szkodliwe dla duszy; z kolei jako detektyw miałbym co rusz do czynienia z elementem przestępczym (a kto z kim przestaje, takim się staje). Podejrzewam, że ksiądz prefekt, mówiąc to, realizuje jakiś swój własny plan, który powziął w stosunku do mnie - mianowicie chciałby, żebym w przyszłości został księdzem. Powodem tego jest być może to, że mam zawsze na świadectwie "zachowanie wzorowe", co podobno świadczy o zaletach charakteru. Ale wracając do mojego dylematu - widzę przecież, że literatura i detektywistyczność (że się tak wyrażę) dadzą się pogodzić, gdy pisać będę powieści kryminalne. Aby nie folgować wyobraźni, postanowiłem sobie, że nie będę wychodził poza to, co przytrafia mi się osobiście, w czym uczestniczę. Jak dotychczas bowiem to nie ja szukałem przygód, lecz one zdawały się szukać mnie. No i w końcu mam już za sobą pierwszą książkę detektywistyczną. "Zagadka Puszczykowego Mszaru"[1] wciąż daje się widzieć w witrynie księgarskiej mojego wydawcy, a na okładce widnieje moje nazwisko: Stefek Powieliński. Napisałem to-to (taki sobie drobiazg) w czasie minionych wakacji, które spędziłem u wujka Poldka na kresach wschodnich. Rozwiązałem wówczas w ciągu kilku pierwszych dni pobytu zagadkę kradzieży dyplomu uznania przyznanego przez Ministra Spraw Wewnętrznych tamtejszemu posterunkowi Policji Państwowej. Przy okazji uzdrowiłem miejscowe stosunki międzyludzkie, przyczyniając się do tego, że w tamtej okolicy znów zapanowała atmosfera wzajemnego szacunku i zaufania. A że do końca pobytu zostało mi wtedy jeszcze sporo czasu, wolną chwilą spisałem tamtą moją przygodę, tak że po powrocie do Z. mogłem od razu wysłać manuskrypt do warszawskiego wydawnictwa prowadzonego przez redaktora M., czy by tego nie wydał. Zaraz się zgodził, a w liście nazwał mnie "Szanownym Panem Stefanem". Bardzo to było miłe. Wtedy właśnie zacząłem się wahać pomiędzy karierą literata i detektywa.

Teraz już zima. Śnieg pokrył nasz jabłonkowy sad, zasypał ścieżkę i przykrył gałęzie. Także blat stołu, przy którym za dni lata czytałem "Łowców wilków" Curwooda, i ława pod jabłonką, na której wtedy siedziałem, przykryte są bielą śniegu. Strasznie tu u nas w Z. monotonnie. Na szczęście codzienny kierat obowiązku szkolnego został na czas ferii zimowych zawieszony. W ostatnim dniu zajęć lekcyjnych pan Dyrektor zgromadził nas w świetlicy i życząc wszystkim udanych ferii, wskazał na portret pana prezydenta Mościckiego. "- Mam nadzieję, że nie zawiedziecie naszego dobroczyńcy". Ksiądz prefekt poprosił ze swej strony, by "ten biały śnieg nieustannie przypominał nam, że i dusze nasze powinny pozostać nieskalane jak i on". A wieczorem owego dnia lokaj Antoni przyniósł mi na srebrnej tacy list wujka Poldka. Zapraszał mnie wujek na całe ferie do siebie, na Puszczykowy Mszar, który teraz "jest białą, skutą lodem nieruchomą połacią, rozciągającą się niczym pustynia, aż ku nadrzecznemu bagiennemu obszarowi leśnemu, gdzie ma swe legowiska wataha wilcza".

Mszar, który jest pozbawiony drzew, tylko gdzieniegdzie karłowate brzózki, obrębiony jest od północy gęstniejącym lasem, położonym na bagnach, które zwą tu Wilczymi Moczarami. Pamiętam, że w lecie chodziłem tam z Hanulą, córką przewoźnika Fiodora, moją rówieśnicą, która trochę mi nawet pomogła w tamtej pierwszej sprawie detektywistycznej. Pamiętam, że gdy za mszarem woda bagienna poczęła bulgotać nam pod stopami, Hanula poprowadziła mnie do "wilczych leży" po grobli ziemnej, bo innej drogi tam nie ma. "Wilcze leże" (wolałem jednak mówić "wilcze legowiska", bo u nas w Z. nie używa się słowa "leże") - no więc "wilcze legowiska" położone były na niewielkim wzgórku torfiastej ziemi. W gaju, który tam wyrósł, brał początek zwarty obszar leśny ciągnący się hen, aż do Prypeci, może nawet do Pińska. Hanula uprzedzała mnie, że nie muszę się bać wilków. Na widok człowieka uchodzą one przezornie, usuwając się z widoku, póki nie minie zagrożenie. Takoż i się stało. Zobaczywszy nas wtedy, wataha licząca może ze dwadzieścia wilków uniosła głowy i powstawszy z zajmowanych barłogów, ruszyła truchtem za swym przywódcą, zostawiając nas samych. Szczerze powiem, że była taka chwila, żem zwątpił. Tyle się przecież słyszało o napaściach wilczych. Wyjaśniła mi Hanula, że musiałyby zajść różne okoliczności, a szczególnie brak naturalnego wilczego pożywienia, by wilki zaatakowały. Wtedy, w lecie, nie brakowało im łosiów, saren i jeleni.

Kiedy nikt nas wówczas nie mógł już widzieć, gdy na Wilczych Moczarach byliśmy całkiem sami, pozostawiłem ślady naszej tam bytności, wykrawając na korze kilku drzew znak tajemny w kształcie serca, który miał przypominać o naszej przyjaźni. W wyciętych sercach znalazły się pierwsze litery naszych imion i jeszcze WM, co musi pozostać niewyjaśnione tutaj aż do chwili sposobnej.

Zacytowałem wtedy Hanuli:

Kiedy umrę, kiedy skonam,

Kiedy już nie będzie mnie,

Niech to serce ci przypomni,

Że był ktoś, kto nawet trochę polubił cię!

Myślę, że nie wszystko zrozumiała, ale intuicją musiała przecież wyczuć, że są to "słowa przyjaźni". Zresztą nie wiem. Podobno u Rusinów "lubić" znaczy coś innego. "- Chto trochi tebe polubiw?" - zapytała wówczas, a ja potwierdziłem, że tak, że "trochę polubił cię".

Pisał wujek w liście, że wzywa mnie stanowczo do pilnego stawienia się na Puszczykowym Mszarze. Jest bowiem sprawa do rozwiązania, a wiele wskazuje na to, że miejscowi policjanci nie mają żadnej koncepcji, która by poskutkowała złapaniem złodzieja i odnalezieniem rzeczy zrabowanych. Podejrzewają Bogu ducha winnego batiuszkę, czyli popa.

Otóż jesienią, w swym cotygodniowym rejsie do Mokrego, gdy statek pocztowy "Czapla" mijał drewniany pomost postawiony na końcu grobli ziemnej wiodącej przez bagna, jeden z marynarzy wyskoczył przez reling, unosząc ze sobą zapieczętowany worek przesyłkowy, co stwierdzono wkrótce potem. Nikt tego momentu nie zauważył, więc nie było natychmiastowego pościgu. Tupot nóg na pomoście zaciekawił tego i owego z marynarzy, ale za późno. W oddali zdążyli zobaczyć tylko oddalającą się sylwetkę swego kolegi z workiem na plecach. Wkrótce zniknął za drzewami.

Śledztwo policyjne wykazało, że marynarz pozostawił na pomoście i na grobli wyraźne ślady swej ucieczki. Jednak tam, gdzie grobla nieco wznosiła się i teren nie był już grząski, śladów nie dało się odczytać. W tamtym dniu wujek Poldek słyszał kilka strzałów, jakby pistoletowych, dochodzących z Wilczych Moczarów. Mówili chłopi miejscowi, że znaleziono tam dziewięć zastrzelonych wilków. Również Hanula i Wasylek opowiadali, że wydobyli tam wtedy z bagna jakiegoś nieszczęśnika z pistoletem, który najpierw uciekał przed wilkami (widocznie wyczuły złego człowieka), ostrzeliwując się ostro i skutecznie, a potem zaczął tonąć w moczarze, niemal u stóp Hanuli i Wasylka. Wydobyty z topieli, skierował lufę pistoletu na Hanulę i nacisnął spust. Coś w pistolecie trzasnęło tylko, nie było już naboju. Tamten człowiek wydawał się być tym faktem zaskoczony, ale roześmiał się zaraz i powiedział: "- To tylko taki straszak psychologiczny, nie masz się czego bać, głupia". Z opisu Hanuli wujek wywnioskował, a komendant potwierdził, że ten pistolet to niemiecki Luger, czyli inaczej Parabellum, dziewięciostrzałowy. Na koniec złoczyńca kazał Hanuli i Wasylkowi przyrzec, że nikomu nie powiedzą, iż go spotkali, bo to tajemnica państwowa, za naruszenie której grozi "gleba, ciemna mogiła". Jest on bowiem - tak powiedział - agentem tajnej służby i podąża śladem szpiegów bolszewickich, którzy nachodzą nasze granice. "Oczywiście Hanula i Wasylek przyrzekli, co tam chciał, po czym zaraz przyszli z tym do mnie, a ja zawiadomiłem posterunek policji w Mokrem" - pisał wujek Poldek.

Przedmiotem kradzieży były złote paramenty liturgiczne (kielichy, pateny, relikwiarze i inne takie), które Polacy z Kanady ufundowali dla parafii katolickiej w Mokrem, czyli dla parafii, do której należy też teraz wujek Poldek. Było to w płóciennym worku, zapieczętowanym lakową pieczęcią i opatrzonym etykietą o treści: "Dar Polonii kanadyjskiej. Nie może być przedmiotem sprzedaży". Ponieważ o tym darze rozpisywały się gazety w Pińsku i Łucku, więc złodziej mógł poczuć "gorączkę złota", a mając to pod ręką, w ładowni statku, na którym służył, skorzystał z okazji. Gdzie ukrył łup? Bo Hanula i Wasylek są pewni, że gdy go wydobyli z bagna (a był już zanurzony po szyję), nie miał przy sobie żadnego worka, ani nie wyglądał na takiego co to przed chwilą stracił w bagnie złoty skarb.

Cóż ty Stefciu na to? - zapytywał wujek i pisał dalej, że tegoroczna zima sypie śniegiem i wieje mrozem. Mam przyjechać jak najszybciej, bo wkrótce wszystkie drogi zasypie, zawieje, może też koleje staną. Smętna i Czerotnica całkiem są skute lodem. Czółnem nie przejedziesz. Również statek pocztowy "Czapla" na czas zimy zawiesił rejsy. Komunikacja odbywa się saniami zaprzężonymi w dwa albo i trzy konie. Zaopatrzenia dostarcza wujkowi przewoźnik Fiodor, ojciec Hanuli i Wasylka. Również doktor Bielecki korzysta teraz z jego usług, gdy jedzie do chorego. Jeszcze ze dwa miesiące lody będą trzymać.

Coś dziwnego stało się z watahą wilczą. Oszalały czy co? Podchodzą pod zagrody, były też u wujka, chciały zagryźć kurę, którą sobie wujek sprawił, by mieć jajka na śniadanie i nie czuć się samotnie. Musiał tę kurę zabrać do domu. Chodzi sobie teraz bidula po pięterku i gdacze w korytarzu. Ale przynajmniej ciepło tam ma, bo kurnik to już teraz istny wygwizdów. Podeszły też wilki pod samo Mokre, atakując obory i chlewy. Chłopi wyskoczyli wtedy z zagród z czym kto mógł, co się pod rękę nawinęło - z widłami, z grabiami, z cepami, z batami - i udało się przepędzić watahę. Ale czy na długo to wystarczy? Uradzono na zebraniu gromadzkim, żeby wygnać wilki ogniem. Mówiło się na zebraniu: Niech idą gdzieś dalej, a nas niech zostawią w spokoju. To przeganianie ogniem to taki miejscowy sposób, podobno skuteczny.

Pisał dalej wujek, że wtedy jesienią, zaraz po opisanych wypadkach, przynieśli mu chłopi zabitego wilka, jednego z tych dziewięciu, które zastrzelił złoczyńca. Pozostałe były już nadjedzone przez wilczych pobratymców. Wiedzieli, że wujek wypycha zwierzęta, więc niech sobie i wilka wypcha, jeśli chce (a pewnie, że wujek chciał). Jest bowiem wujek preparatorem zwierząt i zaopatruje pracownie biologiczne uniwersytetów polskich i zagranicznych, a także współpracuje z Muzeum Przyrodniczym Dzieduszyckich ze Lwowa. Jego wypchane okazy charakteryzują się, jak napisano raz w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym", "niepowtarzalną dynamiką, dającą złudzenie ruchu, a drapieżniki, które wyszły spod ręki pana Leopolda, mają w oczach ów szczególny błysk drapieżności, przez co wyglądają jak żywe".

List wujkowy dał mi wystarczającą podstawę do snucia pierwszych domysłów i ułożenia kolejności pierwszych rozdziałów książki, która z tej nowej przygody być może powstanie. Jeśli to ja będę owym mężem opatrznościowym, który odnajdzie zrabowany dar Polonii kanadyjskiej i zwróci go prawowitym właścicielom, czyli parafii katolickiej w Mokrem, to nie powinienem rozpraszać sił i środków. Z wujkowego opisu, zapewne dość skrótowego, pomijającego istotne dla sprawy okoliczności, wynikało jednak niezbicie, że powinienem skupić się na ukrytym skarbie (tak w myślach, ze względu na jego złotą zawartość, nazwałem ów ukradziony worek). Ku temu celowi powinny prowadzić moje m e t o d y c z n e czynności detektywistyczne. Wiele wskazywało na to, że złodziej póki co opuścił teren, na którym go poszukiwano, i przycupnął gdzieś w ukryciu, może w jakimś wielkim zatłoczonym mieście, by w stosownym momencie wydobyć zdobycz z ukrycia! Ale nikt nie mógł przewidzieć, kiedy to nastąpi.

Zauważyłem, że w liście wujka Poldka czegoś jednak brak. Dla pewności przebiegłem oczyma po wujkowym piśmie po raz kolejny, czy nie przeoczyłem tego, co by mnie uspokoiło, ale niestety prawda ukryta pomiędzy wierszami jeszcze raz ukazała mi się z przerażającą wyrazistością. Zdałem sobie sprawę, że wujek Poldek nie jest w pełni świadom grożącego niebezpieczeństwa! Było ono całkiem realne i czaiło się gdzieś w cieniu, gotowe usunąć wszystko i wszystkich, którzy stanęliby mu na drodze...

W tym miejscu przerwałem na chwilę swe rozważania. Przyszło mi bowiem na myśl, że gdybym był pisarzem, nie wyjaśniałbym wszystkiego od razu, tylko pozwoliłbym czytelnikom albo innym młodym detektywom na własną próbę rozwiązania zagadki. Jeśli zdecyduję się na napisanie książki o tej tu przygodzie, w tym miejscu będą wiedzieli czytelnicy tyle co i ja wiem, i z tego samego materiału niech wyciągają wnioski.

Ale w tym momencie ja już wiedziałem tyle, że włos zjeżył mi się na głowie. Nie mogłem zwlekać z wyjazdem. Sprawa była g a r d ł o w a, a wiele wskazywało na to, że jestem na razie jedynym, który zdaje sobie z tego sprawę.

Wiedziałem już, że nie obejdzie się bez broni. Na Puszczykowym Mszarze czekała na mnie moja mała wiatrówka, którą otrzymałem w lecie od wujka w prezencie, na razie tylko do celów szkoleniowych, zanim zdam egzamin łowiecki. W myślach widziałem już dla niej zastosowanie. Będę miał też ze sobą korkowiec. Głośny huk starczy za dwóch, jak to mówią. Broni nigdy nie za wiele. Poza tym wezmę zwykłe detektywistyczne wyposażenie, z którym się w czasie wakacji nie rozstaję, choć nie wszystko i nie zawsze się przydaje.

I wierzcie mi: szykując się na krwawą walkę, bynajmniej nie w wilkach upatrywałem głównego wroga.

III. W poczekalni dworcowej

Ostry gwizd lokomotywy wyrwał mnie o poranku ze snu. Byłem w przedziale sam, wszyscy pasażerowie musieli wysiąść po drodze. Jak przez mgłę pamiętałem, że w nocy na jakiejś dużej stacji (może to był Kowel, może co innego) wysiadała ta starsza pani z naprzeciwka. Potrząsała mnie za ramię, mówiąc: "- Nie śpij kawalerze, bo cię okradną! Teraz już będziesz jechał sam!". Pamiętam tylko, że trochę mnie rozśmieszyła, bo przecież to ja jestem pogromcą złodziei, a nie złodzieje pogromcami mnie. Co było dalej, nie pamiętam, ale teraz to sobie przypomniałem i aż podskoczyłem. Na siatkowej półeczce pod sufitem moje bagaże spoczywały nadal, najwyraźniej nienaruszone. Odetchnąłem i spojrzałem za okno. Wstawał już blady świt. Bezlistne gałęzie drzew liściastych oblepione były białym puchem szadzi. Najwyraźniej mróz trzyma mocno.

Pociąg wytracał prędkość, wjeżdżał pomiędzy jakieś zabudowania. Zbliżaliśmy się do stacji. Czy możliwe, żeby to już była stacja S.?

Tak było w istocie, co potwierdził głośny okrzyk konduktora:

- Stacja S.! Wysiadać i wsiadać! Drzwi zamykać!

Szybko wszedłem z butami na siedzenie, żeby zdjąć z plecionej półki plecak i walizeczkę. Wdziałem moje palto, owinąłem szyję szalikiem, a głowę przykryłem futrzaną uszanką.

- Zaraz! - zawołałem. - Jeszcze ja!

Wysiadło tu kilkanaście osób. Kilku Żydów w chałatach, kilka wiejskich bab z koszami. Kiedy wysiadałem tu w lecie, panował harmider. Pamiętam klatki z kurami i królikami, stojące pod zegarem peronowym. Teraz mróz wygnał stąd zwykłe życie. Wszyscy wysiadający byli mi obcy, szybko przeszli w otwarte drzwi dworca. Dwoje pasażerów było najwyraźniej nie stąd, schludne ubiory zdradzały miejskie pochodzenie. Rozglądali się, jakby bezradnie. Jakaś pani w średnim wieku, dość korpulentna, na głowie nie czapka, lecz kapelusik ze sztucznym kwiatem; wyglądała na angielską lady, tak była dystyngowana i pełna godności. I jakiś rudzielec około trzydziestki, bez czapki, tylko z wełnianymi nausznikami; ruda czupryna zdawała się płonąć, gdy wiatr rozwiewał bujne włosy. Stał przy pokaźnym kufrze z napisem "Maestro Cagliostro - Mistrz Czarnej Magii - Znikające Przedmioty!". No pewnie, że mnie to zaciekawiło. Już tragarz dopchał do niego swój wózek i razem wtaszczyli kufer na platformę wózka. Tragarz skierował wózek ku drzwiom dworca, dystyngowana pani ruszyła za nimi, a i ja tam chciałem się ogrzać. Za plecami usłyszałem jak para buchnęła z komina lokomotywy i stuknęły bufory. Pociąg odjeżdżał dalej, ku granicy z Sowietami.

Drzwi dworcowe trzeba było szybko za sobą zamykać, bo zimno wpadało do środka i osoby czekające na następny pociąg głośno się tego domagały. Ale za to w środku ciepło aż miło. W kącie stał wielki piec kaflowy, od którego buchało gorącem. Stali tam jacyś biedacy bez rękawic, grzejąc sobie ręce. Wszystkie ławki w pobliżu pieca były już zajęte. Ale to tylko zdołałem ustalić w szybkim, pobieżnym rzucie oka, gdyż inny obrazek przykuł moją uwagę. Ujrzałem pana Magistra Zabiełłę, kierownika Domu Ludowego w Mokrem, którego poznałem w czasie zeszłorocznych wakacji letnich. Witał wylewnie tego rudego magika.

- Witam Szanownego Mistrza! Obawiałem się już, że Mistrz nie przyjedzie. Wszystkie bilety już wyprzedane. Zgodnie z umową, kilka dni na aklimatyzację i na próby. Zaraz, zapomniałem, jak nazwisko Mistrza?

- Cagliostro - przedstawił się magik.

Domyśliłem się, że będzie miał występ w Domu Ludowym. Magister Zabiełło konsekwentnie, jak widać, realizował swój program oświatowy i misję cywilizowania zagubionej wśród moczarów miejscowości.

Wreszcie jego wzrok padł na moją skromną osobę. Zamrugał oczami.

- Zaraz, zaraz, czy mnie oczy nie mylą? Toż to Stefcio Powieliński!

Rudzielec obejrzał się zaciekawiony. Ale ujrzawszy mnie, ciekawość zniknęła z jego twarzy. Spodziewał się kogoś ważnego, znanego na tym terenie. Poradziłbym mu, żeby nie sądził z pozorów. Dla magistra Zabiełły rzeczywiście byłem kimś ważnym i znanym na tym terenie. Dla innych też. No, może nie tutaj w S., ale w Mokrem na pewno.

- Utalentowany młody detektyw! - kontynuował pan Zabiełło. - I do tego pisarz! Jak szybko i sprawnie rozwiązał zagadkę skradzionego dyplomu! Ale co tam, później będziemy wspominać. Witaj chłopcze!

Jak to miło, że mnie zapamiętał i pochwalił przy ludziach.

- Mam dla pana Magistra egzemplarz książki, w której opisałem zeszłoroczną przygodę kryminalną: "Zagadka Puszczykowego Mszaru". O panu też tam jest.

Sądziłem, że ucieszy się, ale zamiast tego zaniepokoił się.

- Ale chyba nic złego o mnie? Wiesz przecież, że zawsze byłem ci życzliwy.

- Wszystko dobrze. Dokładnie tak jak w tym brulionie, który już pan w zeszłym roku czytał. Będzie pan zadowolony.

Dystyngowana korpulentna dama, owa lady, która stała przy nas, przyglądając się powitaniom, zdecydowała się odezwać:

- Bardzo panów przepraszam. Jestem Henryka Zielińska, dziennikarka. Jadę do Mokrego z wizytą rekonesansową, rozeznać możliwości w zakresie założenia gazety codziennej lub przynajmniej tygodnika lokalnego. Rozumieją panowie: czy pismo znajdzie tam czytelników i czy znajdzie się jakaś siedziba dla redakcji. Jestem tu zupełnie obca i przyznam się, że odczuwam pewne zagubienie. Lecz widzę, że mam do czynienia z dżentelmenami. Czy mogłabym przyłączyć się do męskiego towarzystwa panów?

- Ależ oczywiście - skłonił się magister Zabiełło. - Moja godność Tadeusz Zabiełło, rodem z Poniewieża, jednak obecnie w Mokrem; kieruję tam Domem Ludowym, placówką postępu i cywilizacji. A to mój gość: wybitny artysta, mistrz czarnej magii Maestro Cagliostro, dobrze mówię?, który przybył do nas, by nieco ożywić zatęchłą i nieruchawą okolicę. A to Stefek Powieliński, młody detektyw, a zarazem młody literat, zapewne na ferie zimowe do wujka Leopolda?

- Tak, do wujka Poldka, na Puszczykowy Mszar.

Pani Henryka Zielińska zdjęła rękawiczkę i podała mi dłoń do pocałowania. To znaczy może nie mi osobiście, ale tak ogólnie, a że ja byłem najbliżej i że właśnie mnie pan Magister przedstawił, więc pierwszy pochwyciłem wyciągniętą dłoń, usłyszawszy, że lady wypowiada formułę: "- Bardzo mi przyjemnie".

- Mnie również jest bardzo przyjemnie - podniosłem jej dłoń do ust i ucałowałem z głośnym szarmanckim cmoknięciem, i jeszcze stuknąłem elegancko obcasami, jak stukają oficerowie. Niech widzą miejscowi, że Polacy to rycerski naród.

A obaj panowie poszli za moim przykładem i uczynili kolejno to samo.

Złożyliśmy nasze bagaże na ławach, najbliżej pieca jak tylko się jeszcze dało, bo nikt nam nie ustąpił, a nawet miałem wrażenie, że nie wzbudziliśmy sympatii. Kufer magika pozostał na wózku, tragarz odszedł na zaplecze, ale zaraz miał wrócić.

Pozostawiono mnie na straży bagaży, bo już miałem bilet kupiony w Warszawie aż do Mokrego, a moi towarzysze stanęli w niedużej kolejce, niedaleko zresztą od naszej ławy. Słyszałem stąd jak magister Zabiełło wyjaśnia pani Henryce i magikowi, że bilety do Mokrego trzeba zakupić tutaj, bo wąskotorówka nie ma własnego dworca, właściwie to nie ma tam nawet peronu, ot zwykła łąka, a teraz to już zresztą tylko ośnieżony wygwizdów.

- Wyjdziemy tam na pół godziny przed odjazdem pociągu, bez nas nie odjedzie. Tak to wszystko jest skoordynowane, żeby pasażerowie przesiadający się zdążyli kupić bilety i dojść do wąskotorówki. Konduktor też z nami pójdzie, poprowadzi. Są tam tylko dwa wagony, oba ogrzewane teraz piecykiem węglowym.

Bilety były dużymi kartkami papieru, ręcznie wypełnianymi przez kasjerkę, zaopatrzonymi w pieczątkę. Magister Zabiełło zgiął swój bilet na czworo i schował do kieszeni. Pani Henryka i magik poszli za jego przykładem. Kasjerka zachęciła ich, by jeszcze usiedli.

- Jak przyjdzie czas iść, to konduktor wyjdzie z kantorka i państwa zaprowadzi. Na ten czas nikt inny nie będzie do Mokrego jechał. Bez konduktora i bez was pociąg nie odjedzie, bo po co?

Usiedliśmy. Pani Henryka i magister Zabiełło głośno co rusz trąbili w chusteczki do nosa. Oboje mieli potężny katar, jakby się zmówili. W całej poczekalni stanowiliśmy wyróżniające się c y w i l i z o w a n e towarzystwo, miejskiego pochodzenia. Reszta pochodziła z tutejszej głębokiej prowincji, posługując się rusińskim narzeczem. Patrzono na nas ciekawie, z początku niechętnie, ale gdy Maestro Cagliostro zaczął się popisywać robieniem sztuczek magicznych, kwitowano jego wyczyny okrzykami uznania. Umorusane i obsmarkane dzieci w liczbie kilkorga obstąpiły nas z roześmianymi buziami. Maestro, który okazał się bardzo dowcipnym i przystępnym człowiekiem, najpierw sprawił, że zniknął zegarek pani Henryki, a potem zegarek pana Zabiełły. Zaraz wszakże odnalazły się na nadgarstkach właścicieli, z tym, że zegarek pani Henryki na nadgarstku pana Zabiełły i vice versa. Oboje byli zdumieni, a dzieciaki klaskały i śmiały się z "jaśniepaństwa". Oczywiście pani Henryka i Magister Zabiełło, stwierdziwszy zamianę zegarków, zaraz sobie nawzajem zwrócili swe prawowite własności.

- Oj, kawalarz z pana, panie Cagliostro! - piszczała przez nos pani Henryka.

Miałem nadzieję, że do mnie się magik nie przyczepi, ale nagle stwierdziłem, że w kieszeni mego palta brak pistoletu-korkowca. Wystraszyłem się, że może zapomniałem zabrać z domu, ale nie: Cagliostro wyciągnął zaraz ten korkowiec z mojego ucha, choć przysiągłbym, że wcześniej go w moim uchu nie było, bo chyba bym czuł. Na szczęście nie poczułem się ośmieszony, więc humor nadal mi dopisywał, a gdy magister Zabiełło opowiedział głośno o moim zeszłorocznym sukcesie detektywistycznym, to również ten i ów z ludu tutejszego, do którego słowa te dotarły, spojrzał z podziwem. Znano tu tę historię, bowiem Dyplom Uznania, który był w tamtej sprawie przedmiotem kradzieży, a który dzięki własnej mojej unikalnej metodzie śledczej odnalazłem, trafił po odnalezieniu właśnie do S., do tutejszego Muzeum Regionalnego.

Z kontorka za kasami wyszedł konduktor, ale nie poznałbyś, że to konduktor, bowiem cały okutany był w futra: i palto, i czapa, i jednopalczaste rękawice, tylko torba z napisem PKP świadczyła o jego tu roli.

- Zbieramy się! - krzyknął do nas, po czym odwrócił się w stronę drzwi, z których wyszedł i wywołał tragarza, wołając go po imieniu, a było to imię Danyło.

Zerwaliśmy się na równe nogi, zbierając z ławy co nasze.

Już po chwili posuwaliśmy się gęsiego główną ulicą miasta powiatowego S., podążając za wózkiem tragarza Danyły, który otwierał pochód, i za konduktorem, który szedł zaraz za tragarzem. Za konduktorem szedł magik, za magikiem pani Henryka, za nią magister Zabiełło, a na końcu moja skromna osoba.

Z ciemnoszarego, prawie granatowego nieba waliły w nas grube płaty śniegu, które wiatr w gwałtownych, choć krótkich porywach zawiewał nam w twarze. Czułem te płaty na policzkach. Odlatywały w kolejnym porywie dalej lub przylepiały się do moich policzków, nie tając. Jeszcze nie zadymka, lecz z pewnością miało się to skończyć właśnie zadymką.

Widoczność bardzo była ograniczona. Właściwie to widziałem tylko plecy magistra Zabiełły, a pani Henryka to zaledwie majaczyła niewyraźnie przed magistrem. Jakiż kłopot mieli z tym katarem! Co rusz musieli ściągać rękawice, sięgać po chusteczki do nosa i siąkać z głośnym trąbieniem, potem chować chusteczki, wdziewać rękawice. Płaty śniegu stawały się coraz większe, niemal zalepiały mi oczy. Szedłem jednak dzielnie naprzód, posuwając się za panią Henryką i Magistrem.

Płatki śniegu stawały się coraz grubsze i cięższe, a kiedy zalepiały mi oczy, musiałem przecierać powieki. O, znów mnie wielki płat śniegu uderzył w twarz, oślepiając. Kiedy usiłowałem zetrzeć śnieg z oczu, stwierdziłem jednak, że to wcale nie śnieg, a jakiś papier. Niezdarnie, bo jednopalczasta rękawica nie pozwalała na pewny chwyt, zdołałem to jednak przytrzymać nim wiatr popędzi to dalej.

Kartka złożona na czworo. Nawet nie rozkładałem. Domyśliłem się, że to bilet. Musiał wyfrunąć magistrowi Zabielle z kieszeni, kiedy wyciągał przed chwilą chusteczkę do nosa. Chciałem go zawołać, nawet otworzyłem usta, ale poryw wiatru zaparł mi dech i chlusnął w gardło grubymi płatami śniegu. Więc tylko przyspieszyłem kroku i wsunąłem mu bilet do lewej kieszeni kożucha. To stamtąd wyjmował chusteczkę. Jeśli znów mu wyfrunie, to trudno, trzeba było sobie pilnować. Ja swojego biletu pilnuję.

Wkrótce skończyły się ostatnie drewniane zabudowania miasta powiatowego S. W lecie były kolorowe i strzeżone ostrokołem malw, teraz widoczne jak przez mgłę, w tej gęstej, kłębiącej się kurzawie. Brnąc w głębokim śniegu, posuwaliśmy się powoli naprzód.