Oderwałem wzrok od dokumentów rozłożonych na biurku i pomasowałem czubkami palców skronie. Rozbolała mnie głowa od tego wszystkiego. Spojrzałem przez okno na płynącą po drugiej stronie ulicy Tamizę i odetchnąłem głęboko.
Kiedy dostałem polecenie z góry o wznowieniu śledztwa w sprawie morderstwa Valerie Blue, nie byłem zaskoczony. Sprawca nie został złapany, a rodzina ofiary zasługiwała na to, aby dosięgła go sprawiedliwość. Prowadziłem to śledztwo dziesięć lat temu i było w nim tyle niejasności... Ponadto brak dowodów uniemożliwiał znalezienie sprawcy. Teraz jednak, przy użyciu dzisiejszej technologii, być może naukowcy coś odkryją.
Jedyne, czego się nie spodziewałem, to tego, że tak szybko zainteresuje się tym prasa. Obecność wścibskiej dziennikarki w moim biurze wyprowadziła mnie z równowagi. Do tego była na tyle bezczelna, aby zapukać do mojego gabinetu dwa razy.
Chciałem jak najdłużej utrzymać media z daleka, wiedząc, że będą mi tylko przeszkadzały. Zaraz nagłośnią sprawę, informacja dotrze do mordercy i ten zdąży się ponownie gdzieś zaszyć. Liczyłem na to, że przez ostatnie lata jego czujność została uśpiona i w ten sposób łatwiej mi będzie wpaść na jego trop.
Zapiąłem marynarkę, zabrałem ze sobą dokumenty i opuściłem gabinet, zamykając pokój na klucz. Zdążyłem zrobić zaledwie parę kroków, kiedy przede mną zupełnie znikąd wyrosła ta sama kobieta, która kilka godzin wcześniej zapukała do drzwi biura.
- Co pani tu robi? - zapytałem, maskując swoje zaskoczenie. Czy ta wariatka przez cały ten czas czekała na mnie na korytarzu?
- Czy teraz możemy porozmawiać? - odpowiedziała pytaniem.
Zlustrowałem ją znużonym spojrzeniem. Była średniego wzrostu, miała figurę o zaokrąglonych biodrach i małym biuście. Blond włosy związała na karku w koński ogon, odsłaniając wydatne kości policzkowe, pełne usta oraz duże brązowe oczy, które mrużyła, wbijając we mnie niezadowolony wzrok. Uniosłem wysoko brwi, lekko rozbawiony jej oburzoną postawą.
- Chyba wyraziłem się jasno - nie mamy o czym rozmawiać - odparłem.
Wsparła dłonie na biodrach, przechylając głowę na bok.
- Wiem, że śledztwo w sprawie Valerie Blue zostało wznowione. Mam do pana w związku z tym kilka pytań.
Wyminąłem ją i ruszyłem wzdłuż korytarza, zamierzając po prostu opuścić budynek bez słowa. Rzuciłem jednak:
- Nie udzielam informacji prasie. A tak w ogóle, skąd pani wie o śledztwie?
Zerknąłem ukradkiem na kobietę, która uparcie dotrzymywała mi kroku. Na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.
- Nie zamierzam odpowiadać na to pytanie.
Prychnąłem pod nosem. Machnąłem na pożegnanie dwóm policjantom stojącym przed wyjściem z budynku i przekraczając szklane drzwi, znalazłem się na ulicy. Słyszałem, jak dziennikarka depcze mi po piętach. Obróciłem się nagle i kobieta z zaskoczenia wpadła na mnie, boleśnie zderzając się z moim torsem. Widziałem, jak zaczyna tracić równowagę, więc chwyciłem ją za ramiona, żeby nie upadła.
Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Miała bardzo ładną twarz, w ogóle zauważyłem, że była piękną kobietą.
- Przepraszam - bąknęła, cofając się nieznacznie.
Odchrząknąłem.
- Dobrze, co chce pani wiedzieć? - zapytałem zrezygnowany. Im szybciej to załatwię, tym lepiej. Jeśli tego nie zrobię, ona nie odpuści i będzie jechała za mną aż do domu.
Uśmiechnęła się szeroko. Przypominała uradowaną dziewczynkę, która zobaczyła upragnionego lizaka. Potrząsnąłem głową. Skup się, Walker.
- Czy zaczęliście już jakiekolwiek prace? - spytała.
- Nie - odparłem sucho. - Dopiero dziś dostałem rozkaz.
- To pan prowadził śledztwo dziesięć lat temu, prawda?
- Owszem - potwierdziłem krótko.
- Dlaczego wtedy nie udało się znaleźć żadnych śladów? Ma pan pomysł, od czego zacząć? - Wyciągnęła z torebki niewielki notes i naskrobała w nim parę słów. Kosmyk blond włosów spadł jej na twarz, odgarnęła go, zakładając za ucho nerwowym gestem. Była urocza.
Nie, Walker, nie była. Skup się, do cholery.
- Zabójca wykonał kawał dobrej roboty. Miejsce zbrodni zostało skrupulatnie wyczyszczone, nie było tam nic oprócz ciała.
- A więc nie ma pan żadnego punktu zaczepienia? - drążyła.
Westchnąłem zirytowany.
- Może mam, a może nie. Jeśli coś odkryjemy, wydamy specjalny komunikat dla prasy.
Kobieta uniosła ostrzegawczo palec ku górze.
- Proszę powiadomić tylko mnie. Chcę mieć to na wyłączność.
Zaśmiałem się krótko. Miała charakterek, bez wątpienia.
- Nie mam takiego obowiązku - odparłem, krzyżując ramiona.
Uśmiechnęła się arogancko.
- W takim razie opublikuję jutro pierwszy artykuł - zagroziła, przyglądając mi się z zadowoleniem.
Zacisnąłem zęby. Ta kobieta zaczynała mnie wkurwiać.
- Zgoda - ustąpiłem. - Nic nie publikuj, bo zamierzam wykorzystać element zaskoczenia. Nagłośnienie sprawy w mediach tylko utrudni śledztwo.
- Dobrze, pod warunkiem, że komunikat dla prasy będzie tylko dla mojej stacji - powiedziała, patrząc mi twardo w oczy.
- Niech będzie - przytaknąłem.
- Wobec tego mamy umowę, panie Walker. - Wyciągnęła dłoń w moją stronę.
Spojrzałem przelotnie na jej rękę, a następnie zmusiłem się, żeby ją uścisnąć.
- Dobrze, pani...? - urwałem, nie mogąc sobie przypomnieć, jak się nazywa.
Kiedy nasze dłonie się zetknęły, po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz. W jej szeroko otwartych oczach widziałem, że ona również to poczuła. Zmarszczyłem brwi i cofnąłem rękę. Dziwne, nigdy czegoś takiego nie czułem.
- Chloe Warren - przedstawiła się, spoglądając na swoją dłoń spod zmarszczonych brwi.
- Chloe Warren - powtórzyłem.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- Zostawię panu swój numer. - Wyjęła z torebki wizytówkę i wręczyła mi ją.
Ostrożnie, tak by uniknąć kolejnego fizycznego kontaktu, wziąłem od niej kartonik i schowałem do kieszeni spodni.
- Jeśli to wszystko, to muszę się pożegnać - powiedziałem, odchodząc.
- Proszę się odezwać, jeśli coś pan odkryje! - zawołała za mną.
Skinąłem głową, a następnie odmaszerowałem w kierunku samochodu. Wsiadłem do nowego terenowego renault i odpaliłem silnik. Wklepałem w GPS lokalizację, w której dziesięć lat temu znaleziono ciało Valerie Blue, po czym płynnie włączyłem się do ruchu. Prowadząc, mocno ściskałem kierownicę, mając przed oczami scenę z tamtego dnia. Wtedy to był najgorszy widok w moim życiu, zresztą chyba nadal tak było, skoro obraz ten prześladował mnie do dziś.
Nigdy nie widziałem na zastygłej twarzy denata takiego bólu i strachu. Ciało kobiety było w okropnym stanie. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą zrobiłem na jego widok, było zwymiotowanie między pobliskie drzewa.
Dojechałem na miejsce, wysiadłem i dalej ruszyłem pieszo. Zbliżając się do tunelu, czułem, jak włosy na karku stają mi dęba. Do moich nozdrzy dostał się obrzydliwy smród ścieków. Zatrzymałem się przed wejściem do kanału i zerknąłem na swoje buty. Po tym będą nadawały się do śmieci. Już miałem wskoczyć do środka, kiedy usłyszałem za sobą trzask łamanej gałęzi.
Obróciłem się szybko, wyciągając jednocześnie z kabury na pasku broń. Odbezpieczyłem ją i uniosłem na wysokość twarzy, mierząc przed siebie. Może to zabójca? Wstrzymałem oddech i czekałem w bezruchu, aż się do mnie zbliży.
Słyszałem przybliżające się kroki podejrzanego. Mocniej ścisnąłem rękojeść pistoletu, a serce w piersi zabiło mi mocniej. Co, jeśli to był on i przez cały ten czas obserwował miejsce zbrodni, a teraz miałem okazję go schwytać? O niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o tym.
Przede mną pojawiła się kobieca postać. Zamrugałem, celując pistoletem prosto w jej głowę. Chloe Warren, wścibska dziennikarka, zamarła w pół kroku. Jej duże brązowe oczy patrzyły na mnie z przerażeniem.
- Oszalałaś, kobieto? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.