Tajemnica Tigusa - Maria Cecylia Rajchel

-
Proszę czekać

Ho, ho! Minęło trochę (wymyślcie ile, bo ja nie mam teraz czasu).

Wiem, wiem, wiem... Wiem, że mnie kochacie i stęskniliście się już na tyle, żebym wreszcie wziął się do roboty i nadrobił zaległości. Nie wiem, czy sprostam zadaniu, bo już odwykłem od pisania, ale spróbuję. Trzymajcie kciuki (z braku - łapki, do wyboru: tylne lub przednie).

Teraz to już sam nie wiem, od czego mam zacząć, bomi się wszystko kiełbasi (do wyboru: makaroni, ryży, wątróbkuje lub mięsi). Na pierwszy ogień donoszę, żewszyscy czujemy się świetnie i jesteśmy zdrowi jak ryby (nie!!! ryby zostały zjedzone na święta). Może tylko Nasz ostatnio trochę zaniemógł, a to z własnego powodu (czytaj: własnej niepohamowanej żarłoczności), ale o tym później. Zacząłem tak bez wstępów, więc przepraszam serdecznie w imieniu kota Agresta, babci kozy Mizy, moich kolegów piesków: Piksela i Diksela, Bigosa, Belfegorka, Miodka oraz przeuroczych kun. Chyba pamiętacie, jak się nazywały? Jak nie, to musicie sobie przypomnieć, nie macie wyjścia - no dobra, już przypominam: pan Rą, pani Czo (to rodzice), Ha, Sa i Ją (to dzieci). Więc teraz witam Was serdecznie i oficjalnie! (wcale nie oficjalnie, ale Nasz tak mówi, gdy chce sobie dodać powagi).

Pierwsze, o czym Wam muszę donieść, to to, żeAgrest przytył, a babcia koza Miza schudła. Nie wypada mówić o sobie, ale większość twierdzi, że trzymam się w normie. Reszta dba o siebie i nic się nie zmieniła, może z wyjątkiem kuniąt, które wyrosły na potęgę i niestety nie zaprzestały swoich (uwaga! arcytrudne słowo) ekwilibrystycznych sztuczek (wygibasy w tym słowie odpowiadają dokładnie temu, co one wyprawiają). Agrest je podgląda i czasem udaje, że też tak potrafi, ale (cicho!) zdradzę Wam, że nie potrafi. Jemu tego nie mówię, żeby nie robić mu przykrości. Może kiedyś dojdzie do perfekcji, o ile przeżyje.

Czekamy na wiosnę (niestety, jest zima). Zima nie jest zła, ale na wiosnę Nasi nie będą nas gonić za to, że nie zamykamy za sobą drzwi. Powiem Wam, że gdyby nie to, że w zimie jest zimno, to dałoby się przeżyć. Agrest nie chce wychodzić i systematycznie (to od systemu) spędza czas na leżeniu przed kominkiem (na zmianę z łóżeczkiem Naszej). Coś tam mruczy pod wąsem/wąsami, że musi pilnować, żeby nie wygasło. I rzeczywiście, gdy już dotliwa w palenisku (właśnie tak!), ostentacyjnie podnosi ogon i zaczyna kołomyjkę (przechadza się tam i z powrotem) z miną urażonej księżniczki. Działa. Nasza natychmiast wszczyna alarm i Nasz posłusznie maszeruje do drewutni po nową porcję drewna. I tak na okrągło. Poza tym bredzi, że gdyby nie on, to w domu byłoby zimno jak w psiarni (też coś! jak jest za gorąco, to mi się robią zmarszczki na pyszczku -Wam też?).

Ale do rzeczy. Gdy Nasz wybiega w te pędy do drewutni (a ja za nim), to tam już czeka babcia koza nad wyraz (niezwykle, nieprawdopodobnie, niebywale, niesłychanie, ogromnie itp.) stęskniona mojego widoku (czytaj: moich uszu) i jak to ona, nie przestaje mówić, dopóki się grzecznie nie pożegnam. Kiedyś musiałem się pożegnać przed czasem, bo zaczęło mi dzwonić w uszach. Potem się okazało, że Nasz niechcący upuścił komórkę (hi, hi, hi - komórkęw komórce), która wpadła między pniaki. Nie martwcie się, wyrwał ją w ostatnim momencie babci kozie z pyska, gdy już skończyła przeżuwać etui (taka osłonka dla higienistów). Nie wiem, co by się stało, gdyby koza Miza połknęła komórkę naraz! Podsłuchałem potem, jak Nasza robiła Naszemu wyrzuty, że naraża staruszkę na burczenie w brzuchu. Ale nic. Wybiegłem wtedy dość szybko i znalazłem się niedaleko domu Belfegorka. Niestety go nie zastałem, więc pomyślałem, że odwiedzę Bigosa. Na szczęście był.

PS

Na dziś tyle, bo muszę dozować przyjemności (oczywiście myślę o czynności zwanej pisaniem). Pa!

---

Już dziś (ale się cieszę, że grzecznie czekacie!).

Przywitaliśmy się z Bigosem, biegając za własnymi ogonami przez dobrą chwilę, żeby się rozgrzać, a w zasadzie wbiegaliśmy w kłęby pary, którą sami wydychaliśmy, ale każdy w cudzą. Potem ta para osiadała na nas i każdy z nas trochę się skrzył (to takie iskry, które zamiast parzyć, ziębią).

- Idziemy na przebieżkę - powiedział mój przyjaciel (w lecie to przechadzka).

I pobiegliśmy. Mówię Wam, ale było miło! Bigos trochę buksował (to taka jazda w miejscu, gdy jest ślisko), bo stracił przyczepność, a ja wbiegłem w śnieg i zapadłem się po kolana.

- Jak tam święta? - rzuciłem w jego stronę, żeby nie wypaść na gbura. Zauważyłem, że Nasi ostatnio tak elegancko zagajali (że niby coś od lasu czy jak?) rozmowy ze znajomymi.

- Wporzo! A u was? - wydyszał z siebie na jednym oddechu.

Bigos nigdy nie był zbyt wylewny, ale nie mam do niego o to pretensji, a nawet jestem mu niezwykle wdzięczny za powściągliwość języka. Jakby mi brakowało gadania, to babcia koza zawsze jest pod ręką (czytaj: za uszami).

- Tudzież! (to takie "także", ale trochę powykręcane - czy istnieje "tamdzież"?) - odkrzyknąłem, wyciągając przednie łapki ze śniegu, żeby z powrotem zapaść się (nie mylić z objadaniem, zaraz o tym będzie) w nim.

Nie wypadało donosić Bigosowi, że święta u nas to straszne obżarstwo (zwłaszcza w wykonaniu Naszego). Najpierw były codzienne zakupy, bo ciągle czegoś brakowało. Nasza spisywała brakujące rzeczy na kolorowych karteczkach, które same się przyklejają do lodówki, a rano, gdy Nasz na nie spojrzał, to było jasne, że musi natychmiast pędzić do sklepu. Nie powiem, żebym się tym nie cieszył, ale ukrywałem swoje zadowolenie, w przeciwieństwie do Agresta, który bezwstydnie czatował pod drzwiami, gdy Nasz, objuczony siatkami, znosił te góry jedzenia do domu. Zresztą nie potrzebowałbym się specjalnie wysilać, gdyż Agrest karnie raportował (szukaj: wojsko), co też Nasz przytachał ze sklepu. "Dziś nic ciekawego... Sama zielenina. Coś dla babci kozy, nie dla nas" - mruczał z niesmakiem, układając się na dywaniku leżącym przed kominkiem. Ale jednego dnia Agrest niezwykle się ożywił i widziałem wyraźnie, że jest podekscytowany (taki wzburzony, zdenerwowany i ciekawy do kupy). Gdy tylko Nasz przekroczył próg domu, Agrest zaczął niespokojnie poruszać ogonem i wydawać z siebie krótkie: "mia, mia" (jakby zapomniał dodać "u" na końcu - w moim wydaniu brzmiałoby to: "ha, ha"). Wiedziałem, gdzie leży (właściwie wisi) przyczyna takiego zachowania. Zwróciłem uwagę (nie dało się nie zwrócić), że zawartość siatek nie zwisała w spokoju, lecz od czasu do czasu gwałtownie się poruszała.

- Chodź szybko! - rzucił do mnie Agrest w przelocie i jednym susem znalazł się przy nogach (czytaj: siatkach) Naszego.

Jeszcze bardziej podejrzane wydało mi się to, że Nasz, zamiast udać się do kuchni, skierował się prosto do łazienki (Agrest go wyprzedził). Musiałem się niestety zadowolić oglądaniem zmyślnego wzorku z kafelków na obudowie wanny, ale od czego się ma przyjaciół! Agrest usadowił się powyżej i usłużnie donosił.

- Co to? - zapytałem bezosobowo.

- Ławica. Całe stado!

- Jakie stado? - odburknąłem trochę zniecierpliwiony.

- Ryby!!! - odwrzasnął i zaczął balansować (szukaj: w cyrku) po obrzeżu wanny, wpatrując się w wodę.

- Weź się w karb, bo zaraz wpadniesz! - dodałem trzeźwo, ale po chwili spokój zaczął mnie opuszczać.

- Nie karb, tylko karp! Tak się nazywa ten gatunek ryb. - Agrest nie omieszkał pochwalić się swoją wiedzą.

- Ile? - rzuciłem krótko.

Agrest przebiegł kłusem wzdłuż wanny.

- Pięć. To chyba po jednej na głowę...

- Jaką znowu głowę?! - Specjalnie zadałem to pytanie, żeby mój ukochany przyjaciel odwrócił się w moim kierunku (ale się nie odwrócił).

- Dla każdego z domowników plus jedna dla babci kozy. - Zawahał się na moment. - Czy kozy jedzą ryby?

- Z pewnością! (wcale nie byłem taki pewny). Tylko nie lubią ości - dodałem dla niepoznaki.

Agrest jakby tego nie usłyszał (chyba nie chciał), bo bardzo niebezpiecznie nachylił się nad wodą, gdzie pływały karpie. Podszedłem bliżej, stanąłem na tylnych łapkach i chwyciłem go za ogon.

- Zwariowałeś?! - udarł się na całą łazienkę.

- Asekuracja (szukaj: wspinaczki górskie) - wydusiłem spomiędzy zębów i kociej sierści.

- Lepiej podaj miednicę, stoi pod umywalką.

Nie było sensu dyskutować. Uznałem, że bezpieczniej będzie Agrestowi doglądać ryb z powierzchni wody niż z dna. Wytaszczyłem różową miednicę (tak przy okazji, to ukochany kolor Naszej) i zwodowałem ją do wanny (szukaj: statki, okręty itp.). Agrest natychmiast wskoczył do środka.

- Rzuć jeszcze gumową przetykaczkę, będę miał super wiosło! A teraz będę pilnował, żeby się nieutopiły.

PS

Kończę na dzisiaj, bo jak sami widzicie, moja dalsza obecność w łazience byłaby wysoce niepożądana (Nasz tak mówi, gdy Nasza chce mieć święty spokój).

---

Boję się, że wszystko zapomnę, więc donoszę, co następuje - "uje" się nie kreskuje, bo za "uje" dostaje się dwóje. Taki tam wierszyk z 1b. Potem wymyślę lepszy. Nie nudźcie.

Jedno jest pewne, od wczoraj nikt się w domu nie mył. Nasz zadowolony, ponieważ nie musiał kłamać (przykład idzie z góry). Spryskał się dezodorantem i stwierdził, że zawsze się można umyć następnego dnia (uroczyście oświadczam, że się nie umył - kropka). Gorzej z Agrestem - też zaniechał porannych ablucji. Nie widziałem go od wczoraj, kiedy to na dobre utknął w miednicy. W zasadzie wody miał pod dostatkiem, ale wiem, że preferuje (to takie "lubi", ale dla wybrednych) własny język. Ponieważ, jako się rzekło, Nasz promieniał (bynajmniej nie czystością), wykazał się zdwojoną energią w trakcie przyrządzania naszych śniadanek. Tak to bywa, gdy nie traci się energii na zbędneceregiele (żartowałem!). Bardzo mi się to spodobało, bo wczoraj ledwo w biegu liznąłem kolację.

- Pyszności! - krzyknąłem sobie a muzom (ma się rozumieć, że ta muza to mój przemiły przyjaciel), po czym, nie mieszkając (co ja gadam! to znaczy nie czekając), zabrałem się w pośpiechu za zlizywanie pysznego sosiku ze stosiku okrawków (Nasza wczoraj robiła pasztet).

- Idę! - dotarło do mnie z łazienki, ale nikt się nie pojawił (od razu sobie przypomniałem, jak Nasza woła Naszego na obiad).

- No to się poświęcę i zjem sam - powiedziałem głośno.

Tym razem podziałało.

- Jak tam konwersacja z rybami? - zapytałem, niestety z pełną gębą (tak się, zdaje się, mówi, ale się nie powinno). Zauważyłem, że Agrest wije się jak piskorz (też ryba, nie mylić z karpiem), żeby się nie przyznać do porażki.

- Nie chcą gadać - burknął spomiędzy wąsów i niedojedzonej słoninki.

- O mały włos się nie udławiłem (to była skórka).

- Ryby nie mają głosu! Nie wiesz o tym?!

- Wiem, ale wolałem to sprawdzić osobiście.

Wyczułem, że Agrest ukrywa coś jeszcze.

- A czemu jesteś taki zjeżony? - zmieniłem temat, ale okazało się, że niechcący trafiłem.

- Łódź mi się przewróciła i musiałem uciekać wpław (to takie bardziej "iść" niż "pływać").

- Czyli jesteś umyty - nadmieniłem lekko, gdyż nie chciałem go pogrążać (super! trafiłem).

- Coś ty! Raczej brudny jak pies.

Niestety, Agrest przesadził.

- Czyżbyś coś sugerował?! - opanowałem zbulwersowanie (to takie bulgotanie z wściekłości).

- Tylko tyle, że woda nie myje - odpowiedział z niezmąconym spokojem, pałaszując resztę przypieczonej słoninki.

Tak mnie zaskoczył tym stwierdzeniem, że straciłem język w buzi, a on, korzystając z przewagi, ciągnął dalej:

- Sam zobacz, skąd się bierze woda... Płynie sobie w brudnej ziemi, a potem w jakichś strumykach i rzekach, w których mieszkają ryby i takie przeróżne zwierzątka małe i duże. Często pływa w niej również mnóstwo brudnych liści i innych śmieci. Czasem niemądrzy ludzie wpuszczają do rzek różne świństwa i ta "nibywoda" jest tylko zwykłym ściekiem.

Słuchałem uważnie, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałem i w duchu musiałem przyznać mu rację. Nie mogłem się jednak tak od razu poddać.

- Ale przecież ją pijemy!

Agrest prychnął, wyprężając ogon.

- Przyjrzyj się uważnie, jak wygląda woda, w której pływają karpie!

Poderwaliśmy się błyskawicznie i wparowaliśmy do łazienki. Niestety, Agrest miał rację. To, co znajdowało się w wannie, trudno było nazwać czystą wodą.

- To co teraz? Co będziemy pić?

Agrest, bardzo zadowolony, zmrużył lewe oko.

- Zawsze jest jakieś wyjście - zręcznie użył mojego powiedzonka. Zbliżył się do swojej miseczki i z wyraźną rozkoszą zagłębił różowy języczek w mleku, a potem z namaszczeniem (naprawdę miał tłusty języczek) zabrał się za porządkowanie futerka.

Muszę przyznać, że problem wody nie dawał mi spokoju. No bo jak to się dzieje, że wszyscy piją wodę i nikomu to jakoś specjalnie nie szkodzi??? (z wyjątkiem Agresta, ma się rozumieć).

PS

Teraz kumam, dlaczego Nasz się wzdryga (takie "odrzuca z niesmakiem") na sam widok pełnej wanny. Pa!

---

Może za chwilę albo trochę później.

Sprawę wody zostawiam na potem, bo muszę się sprężać z donoszeniem Wam o nowościach, które następują w tempie otwierania i zamykania lodówki. A my jesteśmy tego świadkami, bynajmniej nie tylko my tak mamy, bo ostatnio skonsultowałem to (odbyłem naradę - no dobra, pogadaliśmy) z Belfegorkiem i u nich jest tak samo.

Postanowiłem, że świąteczne menu (taka wyliczanka jedzeniowa) zostawię Agrestowi i Naszej (kolejność ustalą zainteresowani), a sam zajmę się organizacją rozrywki na błogi okres świątecznego lenistwa. W tym celu wymknąłem się na świeżutki napadnięty śnieżek (sam się napadł - dobra, napadał). Dzisiaj był to leciutki puszek i chętnie ustępował mi miejsca (czasem jest strasznie namolny i przykleja mi się do łydek). Pobiegłem do Belfegorka, żeby go uprzedzić o moim pomyśle. Był za (takie "nie przeciw").

- Dobry pomysł! Co proponujesz?

Miałem już jakiś nieśmiały plan, ale wolałem poczekać, aż zbiorę wszystkich, żeby się wypowiedzieli.

- Spoko! Biegniemy po resztę. Zrobimy niespodziankę babci kozie, bo ostatnio biedaczka marudzi, że nikt o niej nie pamięta.

- Rozumiem, że zebranie będzie w drewutni. - Belfegorek był bardzo inteligentny i w lot pojął, o co mi chodzi.

- Jasne!

I już za niedługą chwilę witaliśmy się z Pikselem i Dikselem.

- Witamy kochanych kolegów w piękny zimowy dzień tuż przed świętami! - wygłosiłem orację (czytaj: nadęte mowy).

Piksel i Diksel popatrzyli na mnie z wyraźnym niepokojem.

- Widzicie, jaki jestem elokwentny?! (tak się ma, gdy się dużo czyta, chociaż chodzi o mówienie) - dołożyłem, zamiast się tłumaczyć.

- W czym rzecz? - Diksel szybko sprowadził mnie na ziemię (puszysty śnieżek).

- Mam zamiar zorganizować wspólny posiad (postacz?). Szczegóły na zebraniu w drewutni.

- O której zbiórka? - zapytał rzeczowo Piksel.

Umówiliśmy się na popołudnie i wraz z Belfegorkiem pobiegliśmy do Bigosa.

- Co tam? - zapytał Bigos, gdy z ledwością wyhamowaliśmy na pryzmie śniegu w kształcie piramidy (szukaj: Egipt).

- Zapraszamy na zebranie! - wydyszał Belfegorek. - Będziemy ustalać menu rozrywkowe (teraz w innym wydaniu), żeby nie zwariować z nudów w czasie świąt - dopowiedział na drugim wydyszeniu (taka liczba mnoga w wydaniu Belfegorka).

- Czaicie jakieś pomysły? - Bigos jak zwykle był niezwykle (ale wyszło śmiesznie) rzeczowy.

- Jestem elastyczny - powiedziałem dyplomatycznie (Nasz tak mówi, gdy Nasza chce usłyszeć jego zdanie, a on ukrywa bezdenną pustkę w głowie).

- Się wymyśli! - powiedział Bigos, stając tyłem do piramidy, po czym przebierając tylnymi łapkami, zaczął wypstrykiwać (z braku łopaty) śnieg na czubek pryzmy.

- Twoje dzieło? - zapytał z podziwem Belfegorek.

- Ładna, prawda?

Nie chciałem mu robić przykrości, ale zauważyłem, że Nasz Bigosa z pewnością mógłby mieć spory problem z wyjechaniem z garażu.

- Lepiej by się prezentowała na tle płotu - dodałem z ociąganiem, przekrzywiając głowę z miną konesera (taki znawca i wyjadacz, ale dzieł sztuki, i nie zjada, tylko podziwia, uff!).

- Jeśli tak uważasz, to mogę przesunąć. - Bigos był bardzo ugodowy i przez to lubiany w naszej kompanii.

- Pomożemy ci! - zawtórował Belfegorek i zgodnie zaczęliśmy rozburzać piękną piramidę ze śniegu.

PS

Kończę na dziś, bo mi zimno w łapki i zmarzłem na kość.

---

Gdy mi odpadły śniegi (dużo płatków zbitych w grudki) z tylnych i przednich łapek, a potem nastąpiło ich ogrzanie w futerku mojego przyjaciela zwanego Agrestem (nie śmiejcie się z rozwlekłego opisu, bogdyby tak się nie stało, to nie moglibyście tego przeczytać).

Muszę Wam powiedzieć, że im bliżej było do świąt, tym większy panował bałagan w domu (wydaje mi się, że powinno być odwrotnie). Wszędzie stało coraz więcej różnych naczyń, z których wydobywały się intensywne zapachy, całkiem odmienne od tych znanych na co dzień. Nasza powoli się w tym rozgardiaszu (dobra, w bałaganie) zaczynała gubić, bo co chwilę czegoś szukała. A jak już to znalazła, to kładła tam, gdzie było wolne miejsce, żeby za chwilę wpaść w panikę, że tego tam nie ma. Nasz chował się po kątach (wcale mu się nie dziwię!), żeby nie być posądzonym o niecne ukrycie, powiedzmy: garnka z grzybami czy kiszonym barszczem. Natomiast Agrest był w siódmym niebie. Znalazł sobie dogodną pozycję i ukryty między chrzanem (w laskach) a zieloną pietruszką stojącą w słoiku z wodą na parapecie (z braku wolnego miejsca) delektował się ogromem prowiantu (to takie różne jedzonka) w zasięgu wzroku. Nadmieniłem mu w przelocie, że planuję zebranie dla wszystkich, ale ograniczył się tylko do machnięcia ogonem w prawo (w dodatku bardzo niechętnego). Doszedłem do wniosku, że mój najukochańszy przyjaciel będzie pozbawiony naszego towarzystwa na swoje wyraźne życzenie. Szybko zjadłem swoją rację żywnościową (dobrze, że Nasz pamiętał) i korzystając z zamieszania oraz kłębów dymu unoszącego się z piekarnika, wymknęliśmy się - Nasz górą, a ja dołem - z domu.

Miałem jeszcze trochę czasu do umówionego spotkania, więc postanowiłem potowarzyszyć Naszemu (żeby mu nie było przykro, że nikt go nie potrzebuje w domu). Okazało się, że to był dobry pomysł. Nasz najpierw zniknął w garażu. Wyjął pomarańczową łopatę do odśnieżania i już myślałem, że tym się zajmie, ale on tylko oparł ją bezpiecznie o ścianę, a sam wydobył małą siekierkę (moją ulubioną) i zwój sznurka. Ciekawy byłem, po co mu to było, więc w tym celu udałem się za nim. Pozwoliłem mu iść pierwszemu (przecież nie wiedziałem, dokąd idzie) i podążyłem jegotropem.

Na początku szło nam się dobrze, ale w miarę marszu śnieg stawał się coraz głębszy i musiałem się bardzo skupić, żeby nie wypaść z rytmu, inaczej bym się utopił (zbałwankował lub zbałwanił) w śniegu. Gdy Nasz na moment się zatrzymał (uwaga! zderzenie), podniosłem głowę i zobaczyłem, że idziemy w kierunku lasu. Powziąłem brzydkie podejrzenie, że Nasz planuje nieładną grabież, ale w końcu dostrzegłem, że skręcamy w wąską dróżkę (bardzo pięknie odśnieżoną), prowadzącą do leśniczówki położonej w samym środku lasu. Odetchnąłem z ulgą.

Obeszliśmy dookoła domek i znaleźliśmy się przy takim ogrodzonym pólku, gdzie rosły młode świerki. Zostawiłem Naszego, żeby mógł się dogadać z panem leśniczym, który tam na niego czekał, i przysiadłem grzecznie z boku, chcąc trochę odpocząć (pochodźcie sobie sami w takim kopnym śniegu, to zobaczycie, jakie to męczące). Nagle tuż nad moją głową usłyszałem znajome głosy. Po chwili zobaczyłem rodzinkę kun w komplecie. Tata Rą, gdy tylko mnie ujrzał, wykonał salto (szukaj: skoki do wody) w powietrzu, natomiast Ha, Sa i Ją rzuciły się głowami w dół, przepychając się na wąskim pniu (Agrest zawsze schodzi odwrotnie). Zamknąłem oczy, żeby nie być świadkiem ich karkołomnego (i tu się wszystko zgadza) upadku z pieca na łeb (co ja gadam, oczywiście z pnia na śnieżek). Gdy już je otwarłem, zobaczyłem, że nic się nie stało, a rodzeństwo znajduje się bezpiecznie tuż koło mnie. Nie wypadało mi zwracać uwagi rodzicom, że ich dzieci mogą sobie zrobić krzywdę (na pewno wiedzieli lepiej), więc przywitaliśmy się bardzo grzecznie.

- Ładny dzień! - powiedziałem dość ogólnikowo (dawałem sobie czas na ochłonięcie).

- Zaiste! - Pan Rą podjął wątek (to takie coś, o czym muszę stale pamiętać, pisząc mój pamiętnik).

- Trzeba się gimnastykować, bo zima sprzyja lenistwu - dopowiedziała pani Czo, która zeskoczyła z dolnej gałązki sosny. - Zresztą tak pięknie jest zimą w lesie i śnieżek taki uroczy.

Przeczuwałem, że coś ukrywali między wierszami (takie zgadywanki dla domyślnych).

- A jak tam zapasy? Wystarczy wam do końcazimy?

Zdaje się, że trafiłem. Pan Rą zaczął się wiercić w miejscu, a jego żona skromnie spuściła oczy.

- Szczerze mówiąc, to krucho. - Pan Rą odciągnął mnie na bok i zaczął wyłuszczać sprawę. - Dzieci rosną i muszą jeść coraz więcej. Wyszliśmy zobaczyć, czy nie znajdziemy czegoś w lesie. Wczoraj zjedliśmy ostatnie zapasy. - To mówiąc, smętnie pokiwał rudym ogonkiem.

Zrobiło mi się wstyd, że nie pamiętałem o przyjaciołach w potrzebie (nigdy tak nie postępujcie!!!).

- Załatwione! Przyjdźcie dzisiaj do drewutni, zorganizuję jedzenie - powiedziałem szybko do pana Rą i pożegnałem się, bo zauważyłem Naszego, który wychylił się zza rogu, dźwigając pod pachą solidny świerk. Nadal jednak czułem dyskomfort (taki kamieńw sercu).

PS

Zawsze można naprawić błąd (to takie ostatnie pocieszenie, gdy się coś zawaliło). Spróbuję. Pa!

---

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji