Następnego dnia późnym rankiem księgowy w szlafroku narzuconym na pidżamę, trzymając w ręku gazetę wyjętą przed chwilą z pocztowej skrzyneczki, krokiem człowieka spokojnego wchodził po schodach. Przystanął właśnie na podeście pierwszego piętra, gdy wtem o mały włos nie wpadła na niego pani Rolbiecka wychodzącą od sąsiadki.
- W nocy urządza się hulanki, a potem śpi do południa - wysyczała niby to do siebie, odsuwając się z odrazą w bok.
- Za jakie grzechy ja cierpię? - zamruczał pod nosem pan Rudzik. - Gdzie się nie obrócę, wszędzie napotykam tę okropną babę.
Nieco zirytowany dotarł do swego mieszkania, rzucił gazetę na pierwsze lepsze krzesło i poszedł do kuchni, gotować kaszę mannę na śniadanie. Dzieci jeszcze spały. W żaden sposób nie mógł przypomnieć sobie proporcji potrawy, gdyż po raz ostatni przyrządzał ją, gdy córka kończyła dwa latka. W dobrej wierze (nie będę im żałował) wsypał o kilka łyżek produktu za dużo, skutkiem czego konsystencja zupy zrobiła się tak gęsta, iż bardziej zamiast łyżki pasowałby do niej nóż i widelec.
Kasia jedząc ją jakiś kwadrans później, kręciła nosem.
- Jest za gęsta i w dodatku cuchnie spalenizną - powiedziała.
- No cóż, nie mam doświadczenia w gotowaniu posiłków mlecznych - odparł z wyrzutem jej ojciec. - To była specjalność twojej matki.
Westchnęli oboje i popatrzyli na siebie w milczeniu. Bez pani Melanii życie ich stało się niespodziewanie trudne do ogarnięcia.
- Twoja mama wciąż nie dzwoniła? - bardziej stwierdził, niż zapytał chłopca pan Mieczysław.
- Nie, nie dzwoniła, chyba jeszcze leci samolotem, ale my wczoraj z Kasią wysłaliśmy jej SMS-a. Napisaliśmy, że jestem już w Łodzi i że wszystko jest OK, nie chcieliśmy, żeby się o mnie martwiła.
- Dzisiaj musimy jej powiedzieć, że nie dotarłeś do cioci.
- Sprawdzałeś, tato, książkę telefoniczną? - z nikłą nutą nadziei w głosie zapytała dziewczynka.
- Tak, ale żadna Zofia Stójkowska w niej nie figuruje.
- Może ona tylko wynajmuje to mieszkanie?
- Może...
Problem Jasia wciąż pozostawał nierozwiązany.
- Przyniosę jeszcze raz plan miasta - rzekła Rudzikówna i udała się w kierunku szuflady ze sztućcami, do której to z bliżej nieznanych powodów schowała mapę.
Pochylili się w trójkę nad płachtą papieru, jakby pojawianie się na nim nowych ulic po dobrze przespanej nocy stanowiło rzecz codzienną. Niestety, nic nie wypatrzyli. Naraz księgowy wydał z siebie głośny okrzyk.
- Już wiem, przyglądamy się starej mapie miasta, kupiliśmy ją siedem lat temu i na pewno dawno przestała być aktualna.
- Oczywiście, masz rację - przytaknęła z nagłym entuzjazmem w głosie Kasia, zaraz jednak zmieniła ton: - Gdybyś mnie posłuchał i kupił nowy komputer...
- Kasiu, przestań - jęknął księgowy. - Internet nam niepotrzebny. Mam inny plan.
- Jaki?
- Genialny. Twój ojciec potrafi znajdować alternatywne rozwiązania.
Wziął do ręki słuchawkę telefoniczną, wybrał numer i powiedział:
- Poproszę taksówkę.
- No - wyraziła podziw Kasia - ja też taki chwyt widziałam na filmie.
Po kilku minutach cała trójka plus pies siedziała w samochodzie.
- Proszę jechać na ulicę Promienną - rzucił pozornie niedbale pan Rudzik.
Dzieci wstrzymały oddech. Kierowca flegmatycznie odłożył czytaną przed chwilą gazetę, spojrzał przed siebie, uruchomił silnik i pojechał!
- Czy wiezie nas pan na ulicę Promienną? - zagadnął z nutką podejrzliwości w głosie księgowy.
- Tak - niewyraźnie mruknął pod nosem szofer.
- Na pewno na Promienną? - upewniał się pan Rudzik.
- Przecież chcieliście jechać na Promienną.
- Tak.
- No, to jedziemy.
- Aha! - Zaskoczenie pomyślną wiadomością wykrztusiło tylko dwie sylaby z gardła księgowego.
- A to jest daleko? - wyrwało się po chwili Kasi.
Szofer prychnął zniecierpliwiony i zmuszając się do uprzejmości, odparł:
- Tak, jest to spory kawałek drogi, ulica Promienna leży dokładnie na drugim krańcu miasta. Parę lat temu pobudowano tam kilkanaście domów i cały teren nazwano ulicą Promienną. Ktoś, kto bliżej nie zna dzielnicy, ma trudności z trafieniem pod właściwy adres, bo numeracja jest w trzy światy.
Mimo tych nieco pesymistycznych informacji z tylnego siedzenia rozległo się grupowe westchnienie ulgi.
Już z daleka dojrzeli stojące w polu masywy domów, białe ich ściany błyszczały w słońcu nieocienione ani jednym większym drzewem. Wokół rozciągała się gliniasta, udeptana ziemia, z której niechętnie rzadkimi kępami wyrastała wyszarzała trawa.
Znalezienie trzeciego numeru ulicy Promiennej wbrew przewidywaniom kierowcy okazało się sprawą niezbyt trudną. Wejście do klatki schodowej zastali zachęcająco otwarte, więc bez żadnych przeszkód dostali się do środka. Kamienne schody ze świeżymi śladami mycia doprowadziły ich na drugie piętro. Tu na jednym z dwojga drzwi widniała wymalowana brązową farbą duża dwunastka. Pod nią na małej mosiężnej tabliczce widniał dyskretny napis: "Z. Stójkowska".
- No, wreszcie - szepnął z zadowoleniem pan Rudzik i nacisnął przycisk dzwonka. Rozległ się miły dla ucha gong.
Cała trójka pełna wewnętrznego napięcia zamarła w bezruchu. Odpowiedziała im niczym niezakłócona cisza. Jeszcze przez kilkanaście minut natarczywie dzwonili, pukali do drzwi, targali za klamkę, by wreszcie zrezygnować z dobijania się do najwyraźniej pustego mieszkania.
- Wygląda na to, że nikogo nie ma w środku - stwierdził księgowy, ocierając chusteczką pot z czoła.
Na twarzy Jasia Pająka pojawił się niepokój. Dojrzawszy go, Kasia powiedziała pocieszająco do chłopca:
- Nie przejmuj się, musimy trochę poczekać. Może twoja ciocia wyszła na chwilę po zakupy i zaraz wróci?
- Ja jej nigdy nie znajdę - odparł zniechęcony malec i usiadł na schodach, wypuszczając smycz z ręki. Wyczuwszy to, pies wyrwał się i zbiegł po schodach w dół.
- Gacek, Gacek, wracaj do nogi! - wołały za nim dzieci, lecz on, nie zważając na okrzyki, zaczął skakać i obszczekiwać mieszkanie na parterze. Pan Rudzik wyruszył za nim w pogoń. Nagle najwyraźniej tylko lekko przymknięte drzwi cicho się uchyliły i wyjrzała zza nich niewielkiego wzrostu, niemłoda już kobieta z siwiejącymi włosami gładko zaczesanymi do tyłu. Uśmiechała się przepraszająco.
- Słyszę, że państwo pukają do Zosi, ale jej nie ma, wczoraj wyjechała - rzekła nader miłym głosem.
- Wyjechała? Niemożliwe! - wykrzyknął z rozpaczą pan Rudzik. - Nie wie pani dokąd?
- Nie - wyraz twarzy sąsiadki stawał się coraz bardziej zażenowany, jakby fakt niewiedzy w tak istotnej sprawie odbierała jako osobistą klęskę.
- To czemu pani jest przekonana o wyjeździe pani Zofii? - dociekliwość księgowego okazała się tym razem bardzo wielka.
- Wychodziła z domu z walizkami?
- Nie, niosła z sobą tylko niewielką turystyczną torbę, ale towarzyszyło jej dwóch mężczyzn. Oni po nią specjalnie przyjechali, widziałam to przez okno. Dzisiejszej nocy w domu też nie nocowała. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, to trochę poczekajcie. Około trzeciej po południu przychodzi zwykle do Zosi narzeczony. Wczoraj też tu zajrzał, pomimo jej wyjazdu. Najprawdopodobniej zostawiła mu klucze, aby podlewał kwiatki.
Po usłyszeniu tej wiadomości przekazanej mu przez usłużną kobietę panu Mietkowi zrzedła mina. Odnalezienie opiekunki Jasia stawało się coraz bardziej problematyczne.
- To wszystko przestaje mi się podobać - rzekł, gdy znaleźli się na dworze.
- Mnie też - pokręciła głową jego córka.
- To co ze mną zrobicie? - mina małego Pająka stawała się coraz bardziej płaczliwa.
- Nic się nie martw - pan Rudzik przyjacielskim gestem poklepał malca po ramieniu - przy nas nie zginiesz. Zajrzymy tu jeszcze po południu, może wtedy dowiemy się czegoś więcej.
Dochodziła godzina pierwsza, zbyt mało czasu, żeby wracać do domu, zbyt wiele, żeby czekać pod domem Zofii Stójkowskiej, postanowili zatem udać się na spacer.
Okolica nie przedstawiała się zbyt interesująco, po kilkunastu minutach zniechęceni usiedli na ławce stojącej pod jedynym, cudem odnalezionym rachitycznym drzewkiem. Byli zmęczeni, pot ściekał im po twarzach, a ubrania kleiły się do ciał.
Jasio zmęczony zaczepkami Gacka spuścił go ze smyczy i pies, węsząc po czymś, co przypominało trawnik, pobiegł przed siebie, znikając za rogiem pobliskiego budynku. W domu tym mieścił się sklep rzeźniczy. Drzwi od zaplecza kusząco otwarto i głodny szczeniak zwabiony apetyczną wonią wbiegł nieproszony do środka. Niestety na błyszczącej posadzce nie leżał nawet najmniejszy skrawek mięsa.
Pierwszy z odrętwienia ocknął się Jasio.
- Gdzie jest Gacek? - zawołał.
- Widziałam, jak tam pobiegł - Kasia wskazała ręką za siebie, usiłując nie zamknąć klejących się powiek.
- Pójdę go poszukać - odrzekł chłopiec i poszedł w stronę, gdzie zniknął pies.
Dziewczynka z ociąganiem wstała i poczłapała za nim. Gacka nigdzie nie było. Dzieci stanęły zniechęcone na rogu ulicy, nie wiedząc, co począć dalej. Wtem Jasio chwycił Kasię za rękę i wskazując zaplecze sklepu, powiedział:
- Wydaje mi się, że w środku zobaczyłem jego ogon. Chodź, zawołamy go.
Podeszli bliżej i stanąwszy na progu, zaczęli nawoływać psa, choć nigdzie go nie mogli dojrzeć.
- Musimy wejść do środka - powiedziała Rudzikówna.
Wtem otwarły się drugie znajdujące się w pomieszczeniu drzwi i wszedł przez nie ubrany w biały fartuch wysoki i gruby mężczyzna. Obok niego dreptała w butach na bardzo wysokich obcasach chuda, wystrojona kobieta. Dzieci cofnęły się i schowały za wystawione na ulicę plastikowe pojemniki. Miały wszakże pecha, gdyż intruzi wcale nie zamierzali odejść, wręcz przeciwnie, grubas, machnąwszy ręką, zatrzasnął drzwiczki stojącej w kącie szafy chłodniczej i rzekł:
- Przykro mi, ale nie mogę nic dla pani zrobić. Panują teraz upały, towaru biorę taką ilość, jaką sprzedaję w ciągu dnia. Nie robię zapasów.
Usiadł przy niewielkim, drewnianym biurku i zaczął przeglądać stertę rachunków.
- Panie Marku, błagam pana - mówiła płaczliwym głosem wystrojona paniusia, załamując ręce w rozpaczliwym geście. - Wiem, że powinnam przyjść wcześniej, ale jedna z koleżanek obchodziła imieniny. Wie pan, kawa, ciastka, zasiedziałyśmy się trochę przy stole i zapomniałam zrobić zaopatrzenie. Kucharka powinna mieć jeszcze jakieś zapasy, tak myślałam. Idę już do domu, a ona do mnie podchodzi i mówi: "Pani Steniu, niech pani coś kupi, bo ja nie mam w lodówce ani jednej kostki na zupę, nie wspominając już o drugim daniu". Gdy to usłyszałam, to cała struchlałam, bo jak się o tym dowie kierowniczka, to jak nic stracę pracę w przedszkolu. Panie Marku, błagam pana, niech pan znajdzie dla mnie choć mały, żylasty ochłap.
- Było nie siedzieć tak długo na imieninach - mruknął rzeźnik, lecz że miał miękkie serce i rozczuliło go wyobrażenie głodnych, spożywających jarskie potrawy dzieci, rzekł: - Niech pani otworzy tę szafę stojącą w kącie, powinna w niej leżeć cielęcina. Zostawiłem ją dla siebie, ale jak raz zjem coś postnego, to też się nic nie stanie. Moja żona mówi, że ostatnio za bardzo się spasłem. Dużo macie tam tych dzieci?
- Teraz są wakacje, to mało przychodzi, będzie w całym przedszkolu z piętnaście.
- O, to powinno starczyć - odparł uspokojony właściciel sklepu. - Niech sobie pani obejrzy to mięso, a jak się spodoba, to już je ważymy.
Znów pochylił się nad rachunkami. Liczenie ich sprawiało mu widoczną trudność. Pośliniwszy palce, wolno przebierał kartki papieru, z lekka przy tym posapując.
Pani Stenia uszczęśliwiona otworzyła szafę i zaczęła przesuwać puste pojemniki, szukając przyrzeczonej cielęciny.
- Nic tu nie widzę - rzekła - jest tylko... Zaraz, zaraz, co tu leży w kącie? - w głosie kobiety pojawiło się zdziwienie - To jakiś pies. Tak, taka mała psina.
- Niech pani nie wybrzydza - mruknął znad biurka rzeźnik, sumując w myślach rzędy cyfr. - To dobra cielęcina, najlepszy kąsek, dla siebie nie zostawiałbym byle czego. Będzie tego ze dwa, trzy kilo z kośćmi, dla dzieci na zupę powinno wystarczyć.
- No wie pan! - zawołała oburzona intendentka. - W Chinach to może jedzą takie świństwa, ale nie w moim przedszkolu.
- Świństwa, jakie świństwa? - pan Marek, porzuciwszy liczenie, zdenerwował się nie na żarty. - W Chinach to jedzą nawet muchy i pająki, ale ja prowadzę najlepszy sklep w okolicy, szeroki asortyment mięsa i wędlin.
- Nie wiedziałam, że mieszczą się w nim również psy - prychnęła mocno zdegustowana paniusia. - W każdym razie ja tego dzieciom nie wrzucę do kotła!
- Psy, jakie psy? - irytacja rzeźnika sięgnęła zenitu. - Oddaję własne mięso, a pani mnie obraża. Czy tak trudno jest odróżnić cielęcinę od psa?
- A właśnie! - wydęła usta kobieta. - Proszę podejść i zobaczyć, pańska cielęcina stoi w kącie i podkuliła ogon pod siebie ze strachu!
Gruby właściciel sklepu mocno obrażony podszedł do szafy i zdecydowanym ruchem rozsunął stojące wewnątrz pojemniki. Tego już jednak było Gackowi za wiele, korzystając z zamieszania, wyskoczył na środek magazynu i jako mocno niepożądany gość wybiegł na dwór. Tak usilnie poszukiwana cielęcina leżała na wyższej półce.
Zbliżała się godzina trzecia po południu, gdy księgowy ocknął się ze stanu odrętwienia, w jakim pogrążył się jego organizm. Było to coś pośredniego między pomrocznością jasną a pełnym rozleniwieniem ciała i umysłu. Rozejrzał się wokół, nigdzie nie mógł dojrzeć dzieci. "No cóż - pomyślał - Kasia już właściwie nie jest dzieckiem, niedawno skończyła trzynaście lat". Przypomniały mu się przeczytane dawno mądre słowa: "Czas biegnie szybko jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei". Tak, mija, wolniej czy szybciej, ale mija, bez możliwości powrotu do okresu najbardziej ulubionego. Zamyślił się, przed oczami stanęło mu jego własne dzieciństwo, gdy jako młody chłopak marzył o wielkich rzeczach i dzielnych czynach. Życie potoczyło się jednak inaczej. Skończył ekonomię, zaczął pracować w biurze, ożenił się, urodziła mu się córka. Przed nią świat dopiero się otwierał, a przed nim?
- Zostałem zwykłym, szarym człowiekiem - rzekł cicho do siebie.
Nagłe pojawienie się na ulicy zziajanego Gacka przerwało te refleksyjne wspomnienia. Szczeniak pędził przed siebie z wywieszonym językiem, obok niego biegli Kasia z Jasiem, za nimi zaś podążał, sapiąc głośno i postękując, potężny mężczyzna ubrany w biały fartuch.
- Czy to pański pies? - zawołał, zatrzymując się przed zdumionym Rudzikiem. Błysnął groźnie przy tym oczami i otarł pot spływający mu po czole.
- Niezupełnie. Właściwie to obcy pies, lecz chwilowo ja się nim opiekuję - wyjąkał zapytany.
- Jak pies coś zbroi, to nikt się do niego nie przyznaje, żeby za szkodę nie płacić. Proszę go lepiej pilnować, a nie pozwalać wałęsać się samopas! Przez niego o mały włos nie pokłóciłem się ze swoją stałą klientką.
- Nie rozumiem.
- Posądziła mnie o hycelstwo!
- Co?
- A tak! Myślała, że w sklepie sprzedaję mięso złapanych w okolicy psów, a wszystko przez pańskiego szczeniaka! - palec rzeźnika oskarżycielsko dotknął piersi rozmówcy, lecz ojciec Kasi ocknął się już z pierwszego oszołomienia.
- Proszę trzymać ręce przy sobie! - krzyknął. - Jeśli pies wyrządził panu szkodę, to za nią zapłacę, jeżeli jednak przez pomyłkę wbiegł do pańskiego sklepu, to nie ma nic wspólnego z pańskimi absurdalnymi oskarżeniami.
- Próbowaliśmy go złapać, ale było już za późno - tłumaczył się Jasio.
- Chodźcie dzieci, idziemy - księgowy wzrokiem żołnierza rozejrzał się wokół - czas już na nas.
Zapiął smycz na obroży Gacka i trzymając go krótko przy nodze, poszedł w stronę domu Zofii, nie oglądając się na złorzeczącego w oddali grubasa.
- Tato, ty jesteś naprawdę wielki - powiedziała z uznaniem Kasia, wchodząc po schodach. - Ten człowiek bardzo na nas krzyczał i już myśleliśmy...
Przerwała w pół zdania, gdyż zatrzymali się przed mieszkaniem przyjaciółki mamy Jasia. Zadzwonili. Znów odpowiedziała im cisza. Stali przed drzwiami dłuższą chwilę, nie wiedząc, co mają dalej począć.
- Musimy chyba wrócić do domu - rzekł księgowy i chciał jeszcze coś dodać, gdy usłyszał odgłos kroków na schodach. Cała trójka nadstawiła uszu. Zza zakrętu, na podest znajdujący się na półpiętrze wszedł wysoki, chudy młodzieniec z jasnymi, długimi włosami opadającymi aż na plecy. Luźne dżinsowe ubranie swobodnie okrywało jego ciało, a z ramienia zwisała mu na długim pasku brązowa, skórzana torba.
Ujrzawszy ich, przystanął i omiótł taksującym spojrzeniem, ze szczególną uwagą przypatrując się chłopcu.
- Czy ty jesteś Jasiem? - zapytał.
- Tak - odparł malec.
- No to wszystko w porządku - odetchnął młodzian z widoczną ulgą. - Szukam cię od wczoraj i byłem bardzo niespokojny, nie wiedząc, co się z tobą dzieje.
- Zaraz, zaraz - przerwał pan Rudzik pozostający jeszcze w bojowym nastroju - nawet jeżeli ten chłopiec jest istotnie poszukiwanym przez pana Jasiem Pająkiem, to pan na pewno nie jest poszukiwaną przez nas Zofią Stójkowską, a tylko w jej ręce mogę oddać tego młodego człowieka. Dlaczego nikt go wczoraj nie odebrał na dworcu, a dzisiaj witają nas zamknięte drzwi?
- Jestem narzeczonym Zosi i wszystko postaram się wam wytłumaczyć, ale proszę do środka - mężczyzna wyciągnął z kieszeni klucze i po chwili wprowadził całą trójkę do dużego, jasnego przedpokoju.
W mieszkaniu niedoszłej opiekunki chłopca przywitały ich własne postacie odbite w ogromnym lustrze zawieszonym na ścianie na wprost wejścia. Trzeba przyznać, iż ukazywało ono dość interesujący widok. Na przedzie zaraz przy szybie przystanął krótko obcięty mały, brązowowłosy, chudy chłopiec z buzią umazaną czarnym pyłem (efekt zabawy w osiedlowej piaskownicy). Tę ochronną warstwę przykrywającą naturalną czystość ciała usiłowały przebić na nosie i policzkach małe, brązowe plamki piegów. Zza jego pleców rozglądała się ciekawie, kręcąc głową na boki wysoka, dość szczupła dziewczynka. Lekko rozchylone usta i szeroko otwarte, szarozielone oczy nadawały jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia. Ujrzawszy się w szklanej tafli, odruchowo przeciągnęła ręką po długich, ciemnoblond włosach okalających jej pociągłą, opaloną twarz. Po dzieciach do mieszkania wkroczył, trzymając na rękach biało-czarnego szczeniaka, średniego wzrostu i tuszy mężczyzna. Ten niczym szczególnym się nie wyróżniał, no może tylko okularami w rogowej oprawie leżącymi ukosem na nosie.
Jasnowłosy drągal zapraszającym gestem wskazał wejście do pokoju. Jego białe ściany ozdabiały jaskrawe obrazy reprezentujące jakiś eksperymentalny nurt nowoczesnej sztuki. Na środku drewnianej podłogi rozłożono dywan w geometryczne wzory. Stojące na jego obrzeżach jasne ratanowe meble nadawały wnętrzu pogodnego, relaksacyjnego charakteru. Pan Rudzik z córką i Jasiem usiedli w trójkę na plecionej, wymoszczonej poduszkami kanapie i wlepili pytający wzrok w stojącego przed nimi mężczyznę.
- Czekamy na wyjaśnienia - prokuratorskim tonem mile i zwięźle zagaił rozmowę księgowy.
- Nie wiem, od czego zacząć - zapytany zaczął chodzić nerwowym krokiem po pokoju. Dzieciom i panu Mietkowi wydało się, iż jego powierzchowne opanowanie skrywa wewnętrzny niepokój. - Zacznę od przedstawienia się. Nazywam się Melchior Pryszczyński, możecie do mnie mówić Melek, nie lubię konwenansów.
- Mieczysław Rudzik, a to moja córka Kasia. Chłopiec jest oczywiście Jasiem Pająkiem - księgowy zerwał się z miejsca i uścisnął dłoń Melchiora. Ten po ceremonii przywitania znów rozpoczął wędrówkę w kółko po dywanie, kontynuując swój wywód.
- Znamy się z Zosią od trzech lat. Wiosną tego roku zaręczyliśmy się, a jesienią ma się odbyć nasz ślub. Jeżeli w ogóle się odbędzie - dodał ciszej pod nosem, po czym znów zaczął mówić głośniej. - Moja narzeczona przed dwoma dniami oznajmiła mi, iż przez resztę miesiąca podjęła się opieki nad synem swej przyjaciółki. Wczoraj po ósmej rano ponownie zadzwoniła do mnie i mocno zdenerwowanym głosem, tak mi się przynajmniej wydawało, poprosiła, abym odebrał chłopca z dworca. Niestety, źle obliczyłem czas dojazdu, a na dodatek jak na złość utknąłem w ulicznym korku. Przybyłem na miejsce piętnaście minut po czasie, akurat żeby zobaczyć, jak autobus z Krakowa zjeżdża na parking. Nigdzie nie mogłem dojrzeć ani Zosi, ani Jasia. Przypuszczałem, iż mogła obrazić się na mnie za spóźnienie i zabrać chłopca taksówką do siebie. W czasie rozmowy przez telefon niezbyt dobrze ją zrozumiałem. Nie wiedziałem, czy mam sam odebrać chłopca, czy też tylko przyjechać po nich na dworzec i odwieźć samochodem do domu. Jak wariat popędziłem z powrotem. Wszedłem do mieszkania, gdyż posiadam do niego zapasowe klucze, lecz wewnątrz nikogo nie było. Próbowałem się do narzeczonej dodzwonić, na próżno. Niepokój ścisnął mnie za gardło, ale starałem się opanować i grzecznie czekałem na ich przybycie. Po półgodzinie zrobiłem herbatę, bo zaczęło męczyć mnie pragnienie, i postawiłem ją na stole. Na tym samym, obok którego teraz przechodzę. Usiadłem i zobaczyłem leżącą na serwecie kartkę. Podniosłem ją i przeczytałem - wyciągnął z kieszeni mały zwitek papieru. - Cytuję: "Wyjeżdżam, nie czekaj na mnie, klucze odbiorę po powrocie. Zosia". Nic z tego nie rozumiem - zadumał się na chwilę. - Dwie godziny wcześniej telefonuje do mnie i prosi, abym przyjechał po nią i po dziecko na dworzec. A potem nagle wyjeżdża i zostawia mi dziwną kartkę, w której pośrednio oznajmia, że zrywa ze mną. Nic nie wspomina o chłopcu, jakby w ogóle nie istniał. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. Może zdążyła odebrać Jasia i wyjechała razem z nim? Ale dokąd? Dlaczego tak nagle zmieniła plany? Postanowiłem w wolnym czasie przychodzić do jej mieszkania, w nadziei doczekania się jakichś wyjaśnień.
Spojrzał na ojca Kasi i zapytał:
- Na pewno nie wiecie, dlaczego wyjechała? - Zagadnięty pokręcił przecząco głową. - Dlaczego więc Jasio jest razem z wami?
Wszyscy troje, przerywając sobie nawzajem, próbowali mu to wyjaśnić. Melchior wysłuchał uważnie opowieści, po czym rzekł:
- Dziękuję tobie, Mietku, i tobie, Kasiu, wybaczcie, ale będę mówił wam po imieniu - nie lubię konwenansów, za zaopiekowanie się chłopcem, niemniej jednak czuję się w obowiązku sam o niego zadbać.
W tejże chwili rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Wszyscy równocześnie drgnęli i podekscytowani spojrzeli w stronę wejścia.
- Może wróciła? - szepnął pobladłymi ustami młodzieniec i rzucił się otwierać.
Jednakże oblicze jego wkrótce powlekł wyraz głębokiego rozczarowania. Do mieszkania wkroczyła niewysoka, szczupła starsza pani w nienagannie skrojonym ubraniu. Na rękach mimo upału nosiła rękawiczki, a głowę jej okrywał niewielki, słomkowy kapelusz nałożony na zaczesane w kok, przetykane nitkami siwizny włosy.
- To moja ciocia, mieszkam u niej - jęknął zawiedziony chłopak, po czym zwrócił się do krewnej z wyrzutem w głosie: - Mówiłem, że to nie cioci sprawa i sam potrafię ją rozwiązać.
- Nazywam się Nikandra Rajska - oznajmiła obecnym przybyła, po czym przywitała się ze wszystkimi, także z własnym siostrzeńcem i usiadła z godnością na podsuniętym krześle. - Czy to ten chłopiec? - zapytała Melchiora, kierując spojrzenie swych spokojnych, szarych oczu na Jasia i choć wyrazu twarzy nie zmieniła, to jednakże uważnie mu się przyjrzała.
- Tak, ten sam, zaopiekowali się nim dobrzy ludzie i przyprowadzili tutaj - odparł Pryszczyński.
- A Zosia, czy się znalazła?
- Nie.
- Nie odebrała małego z dworca?
- Nie.
- Nie zadzwoniła do ciebie?
- Nie.
- Wszystko to jest bardzo dziwne, nie sądzicie państwo - stwierdziła starsza pani, spoglądając na obecnych. - Gdybym nie znała tak dobrze Zosi, pomyślałabym, że to płocha dziewczyna i pod wpływem nagłego impulsu zerwała z moim Melkiem. Zosia jest jednak porządną, dobrze ułożoną, a nade wszystko odpowiedzialną i obowiązkową osobą, nigdy nie wyjechałaby, zostawiając na pastwę losu dziecko swej najlepszej przyjaciółki.
- Może ją porwano - Jaś z przejęciem głośno wypowiedział to, co wszystkim zaczynało pomalutku świtać w głowach, po czym szeroko otworzył usta i spojrzał po zebranych. W pokoju zaległa cisza. Pierwszy przerwał milczenie pan Mietek.
- Proszę państwa, przyszła mi do głowy pewna myśl. Może moglibyśmy popytać o panią Zosię tutaj na miejscu. Dzisiaj natknęliśmy się przypadkiem na kobietę z parteru, osobę, jak mi się wydało, lubiącą obserwować życie sąsiadów. Zwierzyła nam się, iż wczoraj widziała dziewczynę wychodzącą z domu w towarzystwie dwóch mężczyzn.
- No tak! - wykrzyknął Pryszczyński. - Że też nie przypomniałem sobie o tej sąsiadce wcześniej. Zosia nieraz mi o niej opowiadała. Pani Marysia ponoć bardzo lubi godzinami przesiadywać w oknie, a do tego posiada fenomenalną pamięć. Potrafi od ręki powiedzieć, ile kosztował cukier trzy lata temu, jaka była pogoda wiosną osiemdziesiątego drugiego roku i ile wynosiła pensja płacona wówczas nauczycielowi. Kobieta marnuje swoje zdolności zwłaszcza teraz, kiedy jest na emeryturze i nie zajmuje się niczym innym, tylko roznoszeniem plotek.
- Taka bystra obserwatorka to prawdziwy skarb, musimy z nią jak najszybciej porozmawiać - przytaknęła ciotka Nikandra, powstając dziarsko z krzesła.
Całą gromadką zeszli na parter. Obdarzona tak niezwykłym darem pani Marysia nie zdziwiła się zbytnio, ujrzawszy ich za drzwiami. Zachowanie jej zdawało się potwierdzać tezę, iż oprócz wspaniałej pamięci posiada równie doskonałą orientację w życiu sąsiadów.
- Proszę, wejdźcie do środka - uśmiechnęła się życzliwie, uradowana perspektywą wymiany myśli z wdzięczniejszymi rozmówcami niż jej własny, mrukliwy mąż. - Chcecie dowiedzieć się, o której godzinie wyszła wczoraj z domu panna Zosia? Dochodziła wówczas dziewiąta.
- Podobno nie szła sama?
- Nie, przyjechało po nią dwóch mężczyzn - twarz sąsiadki przyoblekł wyraz skupienia jak podczas zdawania egzaminów szkolnych. - Widziałam ich dokładnie, ponieważ natknęłam się na nich przy drzwiach wejściowych, gdy wracałam z rynku z zakupami. Mogło być wtedy piętnaście lub siedemnaście minut po ósmej, dokładniej nie powiem, bo nie wzięłam ze sobą zegarka. Chwilę, niech pomyślę. Po wejściu do mieszkania zostawiłam torby w przedpokoju, umyłam ręce i poszłam wstawić wodę na herbatę. W tym momencie spojrzałam na zegar, było dokładnie dwadzieścia cztery minuty po ósmej, więc ich musiałam widzieć około sześciu minut wcześniej.
- A jak wyglądali ci mężczyźni? - pytała dalej ciotka Nikandra.
- Obaj byli młodzi. Ten wyższy mógł mieć około trzydziestki, niższy ze dwadzieścia pięć lat. Wysokiego lepiej pamiętam, bo bardziej rzucał się w oczy. Ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szczupły, ale muskularny. Posiadał bardzo wysokie czoło, mówiąc szczerze, włosy zaczynały mu rosnąć dopiero od połowy głowy, a że miał je bardzo krótko przycięte, to nie będę się upierała przy ich kolorze. Twarz posiadał pociągłą i bardzo bystre, intensywnie błękitne oczy, rzadko spotyka się ludzi o tak przeszywającym spojrzeniu jak jego. Ubrany był cały na czarno, tak trochę z esesmańska - uśmiechnęła się lekko zażenowana. - Powiecie państwo, że głupstwa plotę, ale tak jakoś mi się skojarzyło, może to przez ten jego wzrok. W oczach błyskały mu ogniki takiej zimnej, przyczajonej agresji, choć zachowywał się bardzo uprzejmie. Uśmiechnął się do mnie na schodach, puścił przodem. Wyglądał na inteligentnego człowieka. Tego drugiego mniej zapamiętałam, niższy, dużo tęższy. Miał krótko przystrzyżone, ciemne włosy, twarz taka nijaka. Nic więcej chyba nie mogę o nim powiedzieć. Aha, ten wyższy nosił wąsiki, ale bardzo krótkie.
- Co stało się dalej?
- Poszli na górę do Zosi. Musieli to być jej nowi znajomi, gdyż widziałam ich po raz pierwszy. Licząc, że dochodziła wtedy ósma dwadzieścia, to po dwudziestu pięciu minutach zeszli z powrotem na dół. Podlewałam akurat kwiatki na balkonie, gdy wychodzili. Zosia pomachała mi ręką, ten łysy jak to zobaczył, też się do mnie uśmiechnął. Niższy szedł za nimi i niósł niewielką, podróżną torbę. Wsiedli do auta i odjechali.
- Nie pamięta pani nic więcej?
- Nie - pani Marysia zawahała się na chwilę. - Myślicie, że nie pojechała z nimi dobrowolnie? - spytała nagle.
- Nie wiem. Sądziłem, że to pani nam powie - Melchior nerwowo wzruszył ramionami.
- Poczekajcie moment, jak to było z tym wsiadaniem, niech sobie przypomnę... - kobieta najwyraźniej się zatroskała. - Zosia przed samochodem zatrzymała się na chwilę, zajrzała do torebki i zawieszając ją z powrotem na ramieniu, rzekła do łysego, spoglądając przy tym na mnie. Tylko nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, co wtedy powiedziała: "Zapomniałam wziąć do ust Karola". Nie, chyba coś innego: "Zapomniałam wziąć szminki do ust"? - pani Marysia przygryzła wargi, najwyraźniej nie do końca przypominała sobie wypowiedź Zosi. - Ten wysoki mruknął wtedy coś w rodzaju: "Nic nie szkodzi" i otworzył drzwiczki peugeota, bo przyjechali granatowym peugotem, ja się, co prawda, nie znam na autach, ale mój stary powiedział mi, co to za marka. Przy aucie Zosia zatrzymała się powtórnie i patrząc wyraźnie w moją stronę, powtórzyła: "Do słupka, do słupka", czy coś takiego.
- Numery rejestracyjne zapamiętała pani?
- Nie, niestety nie - kobieta niezmiernie się zawstydziła. - Auto stało bokiem. Nie sądziłam, że to takie ważne, ona szła z nimi zupełnie swobodnie.
- Ależ my nie upieramy się przy porwaniu Zosi - zdecydowanym tonem zdementowała domysły sąsiadki ciotka Nikandra. - Może tylko po prostu zerwała z moim siostrzeńcem.
- Zerwała, mówicie - oczy pani Marysi nagle zabłysły. Życie sąsiadów z reguły było nudne jak flaki z olejem, dlatego uzyskana przed chwilą informacja mogła stać się sensacją tygodnia na plotkarskim wieczorze urządzanym w ciepłe dni na podwórku. - Po tylu latach znajomości i zerwała - spojrzała współczująco na Melchiora. - Taki dobry chłopak. - Młodzieniec pod wpływem jej wzroku zaczął się nerwowo wiercić. - Wiecie państwo, to się wydaje nieprawdopodobne, ale tak może być. Mój syn też błyskawicznie podjął decyzję o rozwodzie i nas wszystkich nią bardzo zaskoczył. - Pani Marysia wzięła głęboki oddech i kontynuowała wywód: - Powiem wam, jak mój brat w osiemdziesiątym pierwszym roku w marcu oświadczył się narzeczonej. Po tygodniu od zaręczyn poszedł zamówić ciasto do cukierni na jej urodziny. Zapłacił za nie dwadzieścia jeden złotych, a po trzech dniach, gdy przyszedł po odbiór tego ciasta, to znów zakochał się w sprzedawczyni. Podarował jej ten zamówiony tort i po miesiącu się z nią ożenił. Wszyscy znajomi bardzo się dziwili tej nagłej odmianie. Mój brat jest wyjątkowo spokojnym, statecznym człowiekiem i nikt by nie przypuszczał, iż tak szybko jakaś dziewczyna przewróci mu w głowie.
Przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć powietrza w płuca i już szykowała się do dalszej opowieści, gdy zdesperowany Melchior wykrzyknął:
- Zosia mnie nie rzuciła, musieli ją uprowadzić!
Nikandra Rajska spojrzała znacząco po obecnych i położyła palec na ustach.
- On jest bardzo w niej zakochany - szepnęła księgowemu na ucho. - Lepiej go nie rozdrażniać. Dziękujemy pani, pani Marysiu - rzekła głośno - za wszystkie cenne informacje, ale musimy już iść do siebie. - I wcielając słowa w czyn, starsza pani pierwsza opuściła progi gościnnego mieszkania, a wszyscy pozostali potulnie podążyli za nią.
Po powrocie na górę pani Rajska zamknęła dokładnie drzwi i znacznie ściszając głos, powiedziała:
- Teraz musimy się nad tym wszystkim dobrze zastanowić.