Tajemnica tajemnic - Dan Brown

Kup ebooka

79.90 zł
63.15 zł (62,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Chyba umarłam - pomyślała kobieta.

Unosiła się wysoko nad starym miastem. Pod nią na morzu migotliwych świateł lśniły wieże katedry Świętego Wita. Oczami, jeśli jeszcze miała oczy, przebiegła w dół wzgórza zamkowego łagodnie opadającego do labiryntu krętych uliczek w samym sercu czeskiej stolicy, którą zasypała warstwa świeżego śniegu.

Praga.

Zdezorientowana kobieta próbowała zrozumieć, co się z nią dzieje.

Jestem neurolożką - uspokajała się. Potrafię zachować trzeźwy umysł.

To drugie, jak uznała po namyśle, było jednak wątpliwe.

Pewne było za to jedno: doktor Brigita Gessner unosiła się nad swoją rodzinną Pragą. Ale bez ciała. Nie czuła, że ma jakiś kształt czy wagę. Cała reszta, czyli ta prawdziwa ona - jej istota i świadomość - funkcjonowała jak dotychczas, tyle że powoli szybowała w powietrzu ku Wełtawie.

Ze swojej niedawnej przeszłości zachowała tylko mgliste wspomnienie bólu fizycznego, ale teraz jej ciało składało się wyłącznie z powietrza, przez które sunęło. Nigdy wcześniej Brigita Gessner nie doświadczyła czegoś podobnego. Wbrew wszystkiemu, co podpowiadał jej intelekt, znajdowała tylko jedno wytłumaczenie.

Umarłam. To życie po życiu.

Tę możliwość odrzuciła jako absurdalną, jak tylko o niej pomyślała.

Życie po życiu to zbiorowe urojenie... wytwór wyobraźni, który powstał po to, żeby nasze prawdziwe życie uczynić trochę bardziej znośnym.

Jako lekarka Gessner dobrze poznała śmierć, jej ostateczny charakter. Na studiach medycznych podczas sekcji mózgu ludzkiego zrozumiała, że wszystkie atrybuty, które stanowią o naszym istnieniu - nadzieje, obawy, marzenia, wspomnienia - to tylko związki chemiczne zawieszone w mózgu dzięki ładunkom elektrycznym. Śmierć odcina zasilanie i wszystkie te związki zamieniają się w pozbawioną jakichkolwiek treści kałużę, a proces ten zaciera ostatni ślad osoby, którą zmarły kiedyś był.

Śmierć to śmierć.

I koniec.

A przecież teraz, unosząc się nad symetrycznymi ogrodami pałacu Wallensteina, Gessner czuła się jak najbardziej żywa. Widziała płatki śniegu opadające wokół niej - czy raczej przez nią? - choć, o dziwo, nie było jej zimno. Miała wrażenie, że jej umysł uniósł się w powietrze z całym swoim intelektem i nienaruszonymi myślami.

Mój mózg funkcjonuje - powiedziała sobie. Czyli muszę być żywa.

Potrafiła dojść tylko do jednego wniosku: przeżywa właśnie coś, co literatura medyczna określa mianem eksterioryzacji - doświadczenia poza ciałem, czyli halucynacji, która występuje, gdy pacjenta z krytycznymi obrażeniami poddaje się reanimacji po jego śmierci klinicznej.

Eksterioryzacja niemal zawsze przedstawiana jest w ten sam sposób, jako wrażenie, że umysł oddziela się od ciała, by ulecieć w górę i unosić się nad nim bez żadnej formy. Ale doświadczenie poza ciałem, choć pacjentowi wydaje się rzeczywiste, jest tylko urojeniem wywołanym przez niedotlenienie mózgu, czasem potęgowanym przez stosowane w salach zabiegowych anestetyki takie jak ketamina.

Te widoki to halucynacje - zapewniała się Gessner, patrząc w dół na ciemny łuk skradającej się przez miasto Wełtawy. Ale jeśli doświadczam eksterioryzacji, to jestem w trakcie umierania.

Zaskoczona swoim spokojem, próbowała sobie przypomnieć, co się z nią stało.

Jestem zdrową, czterdziestodwuletnią kobietą... Dlaczego miałabym umrzeć?

Niczym oślepiający blask w świadomości Gessner pojawiło się wspomnienie. W tej jednej chwili zdała sobie sprawę, gdzie znajduje się teraz jej ciało i, co jeszcze bardziej przerażające, jak jest traktowane.

Leżała na plecach przymocowana pasami do maszyny, którą sama skonstruowała. Nad nią stało jakieś monstrum. Przypominało człowieka pierwotnego i wyglądało, jakby dopiero co wypełzło z ziemi. Jego twarz oraz bezwłosą czaszkę pokrywała gruba warstwa brudnej gliny, popękana i porowata jak powierzchnia Księżyca, na jego czole zaś widniały trzy koślawo wyryte litery w jakimś starożytnym języku. Za tą ziemistą skorupą widać było tylko pełne nienawiści oczy.

- Dlaczego to robisz? - krzyknęła Gessner w panice. - Kim jesteś? - Czym jesteś?

- Jestem jej opiekunem - odpowiedziało monstrum głuchym głosem z nieznacznym słowiańskim akcentem. - Ufała ci, a ty ją zdradziłaś.

- Kto taki?! - zapytała Gessner.

Monstrum podało imię i Gessner poczuła ukłucie paniki. Jakim cudem się dowiedziała, co zrobiłam?

Gessner poczuła, jak jej ręce przygniata lodowaty ciężar, i zdała sobie sprawę, że monstrum uruchomiło maszynę. Chwilę później w jednym punkcie jej przedramienia pojawił się nieznośny ból i piął się do barku wzdłuż żyły pośrodkowej łokcia, głęboko wbijając pazury w jej ciało.

- Proszę, przestań - jęknęła.

- Powiedz mi wszystko - zażądało monstrum, gdy straszliwe pieczenie dotarło do pachy.

- Powiem! - rozpaczliwie zgodziła się Gessner i monstrum wstrzymało działanie maszyny, przerywając ból na wysokości ramienia, ale intensywne pieczenie pozostało.

Owładnięta panicznym strachem Gessner mówiła najszybciej, jak się da przez zaciśnięte zęby, gorączkowo zdradzając tajemnice, których przysięgała strzec. Jej odpowiedzi na kolejne pytania stopniowo ujawniały prawdę o tym, co wraz ze współpracownikami stworzyła głęboko pod miastem Praga.

Monstrum patrzyło na nią zza glinianej maski. W jego oczach Gessner widziała skupienie i... nienawiść.

- Stworzyłaś podziemny świat grozy - wyszeptało. - Zasłużyłaś na śmierć. - Po tych słowach monstrum ponownie uruchomiło maszynę i ruszyło w stronę drzwi.

- Nie! - krzyknęła, gdy ból powrócił i zaczął się przemieszczać od barku do klatki piersiowej. - Proszę, nie odchodź... To mnie zabije!

- Owszem - odpowiedziało monstrum przez ramię. - Ale śmierć to nie jest koniec. Umierałem wiele razy.

Zaraz potem monstrum się ulotniło i Gessner znów szybowała w powietrzu. Próbowała coś krzyknąć, błagać o łaskę, ale jej głos utonął w ogłuszającym trzasku pioruna, gdy niebo nad nią jakby się otwierało. Poczuła, jak chwyta ją nieznana siła, jakby odwrotność grawitacji, i ciągnie do góry.

Przez całe lata doktor Brigita Gessner szydziła z pacjentów, gdy opowiadali o powrotach znad krawędzi śmierci. Teraz odmawiała żarliwą modlitwę, żeby dane jej było dołączyć do nielicznego grona tych dusz, które balansowały na skraju nicości i patrzyły już w otchłań, ale jakimś sposobem zdołały znad niej powrócić.

Nie mogę umrzeć. Muszę ostrzec innych!

Wiedziała jednak, że jest za późno.

Życie się skończyło.

Rozdział 1

Robert Langdon budził się spokojnie, z przyjemnością rozpoznając delikatne dźwięki budzika w smartfonie na stoliku nocnym. Poranek Griega był raczej banalnym wyborem, ale Langdon zawsze uważał, że te cztery minuty muzyki klasycznej to najlepszy początek dnia. Gdy narastało brzmienie instrumentów dętych drewnianych, rozkoszował się chwilą niepewności, nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie właściwie jest.

No tak - uświadomił sobie w końcu i się uśmiechnął. Miasto stu wież.

W półmroku patrzył na wielkie łukowe okno, które miało po bokach dużą edwardiańską komodę i alabastrową lampę. Pluszowy, ręcznie tkany dywan wciąż pokrywały płatki róż dyskretnie rozsypane przez obsługę hotelową poprzedniego wieczoru.

Langdon przyjechał do Pragi trzy dni wcześniej i tak jak podczas poprzednich wizyt zamieszkał w Hotelu Four Seasons. Gdy menedżer nalegał na podniesienie standardu rezerwacji i zaproponował pobyt w kilkupokojowym apartamencie Royal Suite, Langdon się zastanawiał, czy to nagroda za jego wierność tej sieci hoteli, czy raczej uznanie dla pozycji kobiety, z którą podróżował.

- Wyjątkowych gości pragniemy uhonorować wyjątkowym miejscem - przekonywał menedżer.

Apartament obejmował trzy sypialnie z przyległymi łazienkami, salon z fortepianem i jadalnię. Na parapecie wykuszowego okna stał okazały bukiet czerwonych, białych i niebieskich tulipanów przysłany na powitanie przez ambasadę amerykańską. W garderobie na Langdona czekały kapcie z wełny drapanej ozdobione inicjałami "RL". Coś mi mówi, że nie chodzi o Ralpha Laurena - pomyślał zaskoczony taką personalizacją.

Teraz, gdy delektował się tym luksusem w takt ulubionej muzyki, poczuł delikatne dotknięcie.

- Robert - szepnął łagodny głos.

Odwrócił się i na jej widok przyśpieszył mu puls. Uśmiechała się do niego. Dymnoszare oczy jeszcze się nie rozbudziły, a długie ciemne włosy rozsypywały się wokół jej ramion.

- Dzień dobry, moja piękna - odpowiedział.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po policzku. Nad jej nadgarstkiem wciąż unosił się zapach Balade Sauvage. Langdon podziwiał elegancję jej rysów. Była od niego cztery lata starsza, a ilekroć ją widział, wydawała mu się bardziej olśniewająca - pogłębiające się od śmiechu zmarszczki mimiczne, delikatne kosmyki siwizny na ciemnych włosach, wesołe oczy, no i zniewalający intelekt.

Langdon poznał tę wyjątkową kobietę na początku swojej kariery w Princeton. Gdy zaczynał studia, ona była młodą profesorką. Zadurzył się w niej wtedy, ale ona albo tego nie zauważyła, albo nie chciała zauważyć, i od tamtej pory łączyła ich wyłącznie platoniczna relacja na pograniczu flirtu. Utrzymywali kontakt nawet po tym, jak jej kariera naukowa w zawrotnym tempie się rozwinęła, a Langdon został znanym profesorem.

Wszystko ma swój czas - uświadomił sobie Langdon, wciąż nie mogąc się nadziwić, jak szybko zauroczyli się sobą podczas tej nieplanowanej podróży służbowej.

Brzmienie Poranka narastało, powolnym crescendo przechodząc w pełną orkiestrację tematu. Zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w jego pierś.

- Dobrze spałaś? - wyszeptał. - Nie dręczyły cię już złe sny?

Przecząco poruszyła głową i westchnęła.

- Tak mi wstyd. To było okropne!

Wcześniej w nocy obudził ją przerażająco realistyczny koszmar i Langdon musiał ją uspokajać prawie przez godzinę, zanim znów zasnęła. Zapewniał ją, że niezwykła intensywność tej wizji to skutek wypitego niedługo przed pójściem do łóżka absyntu, który zresztą jego zdaniem powinien mieć na etykiecie ostrzeżenie "Popularny w czasach belle époque ze względu na właściwości halucynogenne".

- Zostań ze mną - kusiła, obejmując go mocniej. - Ten jeden raz możesz sobie podarować pływanie.

- Nie, jeśli chcesz, żebym zachował wyrzeźbioną sylwetkę młodego mężczyzny - odrzekł, podnosząc się z krzywym uśmiechem. Każdego ranka Langdon biegł trzy kilometry do basenu Strahov na poranny trening.

- Jest jeszcze ciemno - naciskała. - Nie możesz popływać na miejscu?

- W basenie hotelowym?

- Dlaczego nie? Woda to woda.

- Jest za mały. Dwa ruchy ręką i kończę.

- To mocno dwuznaczne, Robercie, ale będę dla ciebie wspaniałomyślna.

Uśmiechnął się.

- Zabawna dziewczyna. Pośpij jeszcze trochę, wrócę na śniadanie.

Zrobiła nadąsaną minę, rzuciła w niego poduszką i odwróciła się tyłem.

Włożył przydziałowy dres pracowników Harvardu i ruszył do wyjścia, rezygnując z ciasnej kabiny prywatnej windy na rzecz schodów.

Na parterze szybkim krokiem pokonał łącznik prowadzący z barokowego budynku nad brzegiem rzeki do głównego holu Four Seasons, po drodze mijając elegancką tablicę ogłoszeń PRASKIE WYDARZENIA, na której umieszczono kilka oprawionych plakatów informujących o zaplanowanych na ten tydzień koncertach, wycieczkach i wykładach.

Wydrukowany na błyszczącym papierze anons na samym środku wywołał uśmiech na jego twarzy.

Uniwersytet Karola w ramach cyklu wykładów

gości na Zamku Praskim

międzynarodowej sławy

specjalistkę w dziedzinie noetyki

dr Katherine Solomon

- Dzień dobry, moja piękna - szepnął, podziwiając zdjęcie portretowe kobiety, którą przed chwilą pocałował na pożegnanie.

Na wykładzie Katherine dla części słuchaczy nie wystarczyło miejsc siedzących, co stanowiło spory wyczyn, bo wykład odbył się w legendarnej Sali Władysławowskiej Zamku Praskiego, przepastnej komnacie ze słynnym sklepieniem o zapętlonych żebrach, w której w czasach renesansu rycerze na koniach w pełnym rynsztunku walczyli podczas turniejów.

Cykl wykładów na Zamku Praskim należał do najbardziej prestiżowych w Europie, dlatego przyciągał wybitnych wykładowców i entuzjastyczną publiczność z całego świata. Wczorajszy wieczór nie był wyjątkiem i pełna sala zareagowała gorącym aplauzem, gdy przedstawiono Katherine.

- Dziękuję państwu - powiedziała, podchodząc do pulpitu pewnym, spokojnym krokiem. Miała na sobie biały kaszmirowy sweter i szyte na miarę spodnie, które leżały na niej idealnie. - Pozwolę sobie zacząć od odpowiedzi na pytanie, które słyszę niemal codziennie. - Uśmiechnęła się szeroko i wyjęła mikrofon z uchwytu na stojaku. - Czym, do diabła, jest ta noetyka?!

Przez salę przetoczyła się fala śmiechu, gdy słuchacze się rozsiedli.

- Najprościej rzecz ujmując, nauki noetyczne zajmują się badaniami nad ludzką świadomością - zaczęła Katherine. - Wbrew powszechnemu przekonaniu badanie świadomości człowieka nie jest nauką nową. Wręcz przeciwnie, to najstarsza nauka na świecie. Od zarania dziejów próbowaliśmy rozwikłać zagadki ludzkiego umysłu, stawialiśmy pytania o naturę świadomości i naturę duszy. Przez wiele wieków patrzyliśmy na te problemy przez pryzmat religii.

Katherine zeszła z podium i ruszyła w stronę pierwszych rzędów publiczności.

- A skoro mowa o religii, szanowni państwo, to nie mogłabym nie wspomnieć, że na sali jest z nami dzisiaj wybitny badacz symboli religijnych profesor Robert Langdon.

Langdon usłyszał podekscytowane szepty. Co ona wyprawia, do cholery?

- Panie profesorze, mam nadzieję, że zechce pan służyć nam przez chwilę swoją wiedzą.

Wstał z miejsca i dyskretnie rzucił jej spojrzenie zapowiadające, że nie puści jej tego płazem.

- Zastanawiam się, co pan uznałby za najpowszechniejszy symbol religijny na świecie.

Odpowiedź na to pytanie była prosta. Albo więc Katherine czytała artykuł Langdona na ten temat, albo czekało ją głębokie rozczarowanie.

Langdon przejął mikrofon i odwrócił się przodem do morza zaciekawionych twarzy, słabo oświetlonych żyrandolami wiszącymi na starych żelaznych łańcuchach.

- Dobry wieczór - powiedział i jego głęboki baryton zadudnił w głośnikach. - Dziękuję doktor Solomon za wezwanie mnie do odpowiedzi bez uprzedzenia.

Publiczność zareagowała oklaskami.

- Dobrze więc - podjął po chwili. - Czy ktoś zgadnie, co jest najczęściej występującym symbolem religijnym na świecie?

Podniosło się kilkanaście rąk.

- Doskonale - kontynuował Langdon. - Ktoś ma na myśli inny symbol niż krucyfiks?

Wszystkie ręce opadły.

Langdon zachichotał.

- To prawda, że krucyfiks jest powszechny, ale to symbol wyłącznie chrześcijański. Istnieje jednak pewien uniwersalny symbol, który występuje w dziełach sztuki stworzonych przez każdą religię w historii świata.

Słuchacze wymienili zaintrygowane spojrzenia.

- Widzieliście go państwo wiele razy - zachęcał ich Langdon. - Może na przykład na stelach Ra-Horachtego?

Zrobił pauzę.

- A na buddyjskiej szkatułce Kaniszki? Albo na wizerunku Chrystusa Pantokratora?

Cisza. Puste spojrzenia.

O masz - pomyślał Langdon. Same ścisłe umysły.

- Pojawia się też na setkach najbardziej znanych dzieł renesansowych, w tym drugiej Madonnie wśród skał Leonarda da Vinci, Zwiastowaniu Fra Angelica, Opłakiwaniu Chrystusa Giotta, Kuszeniu Chrystusa Tycjana i na niezliczonych przedstawieniach Madonny z Dzieciątkiem...

Wciąż nic.

- Symbolem tym jest aureola - powiedział.

Katherine się uśmiechnęła, najwyraźniej oczekując właśnie takiej odpowiedzi.

- Aureola to krąg światła pojawiający się nad głową istot oświeconych - kontynuował Langdon. - W chrześcijaństwie unosi się nad głowami Jezusa, Maryi i świętych, jeśli jednak cofniemy się bardziej, znajdziemy ją nad głową staroegipskiego boga Ra, a w religiach Wschodu nimb umieszczano nad Buddą i bóstwami hinduizmu.

- Wspaniale, dziękuję, panie profesorze - powiedziała Katherine, sięgając po mikrofon, ale Langdon zignorował ten gest i odskoczył z figlarnym uśmiechem.

Chociaż tak mógł jej odpłacić. Nigdy nie zadawaj pytania historykowi, jeśli nie zależy ci na wyczerpującej odpowiedzi.

- Powinienem jeszcze dodać - kontynuował przy akompaniamencie rozbawionych śmiechów publiczności - że aureole mają najróżniejsze kształty, rozmiary i rozmaicie są przedstawiane w dziełach sztuki. Niektóre mają formę pełnych złotych dysków, inne są przezroczyste, a bywają nawet kwadratowe. W starych żydowskich księgach znajdujemy wzmiankę, że głowę Mojżesza otacza hila, co po hebrajsku znaczy "aureola" albo "blask". Istnieje też specjalna grupa aureol emitujących promienie światła przedstawiane jako lśniące kolce rozchodzące się od nich na zewnątrz we wszystkich kierunkach.

Langdon odwrócił się do Katherine i posłał jej chytry uśmiech.

- Zapewne doktor Solomon wie, jak nazywamy ten konkretny rodzaj aureoli?

- To korona promienista znana też jako korona światła - odpowiedziała bez chwili wahania.

Ktoś tu odrobił pracę domową. Langdon podniósł mikrofon do ust.

- Tak, korona promienista to szczególny symbol. Na przestrzeni wieków zdobiła głowy Horusa, Heliosa, Ptolemeusza, Cezara, a nawet Kolosa Rodyjskiego.

Porozumiewawczo uśmiechnął się do publiczności.

- Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale tak się składa, że obiektem najczęściej fotografowanym w Nowym Jorku jest właśnie korona promienista.

Nawet Katherine zrobiła zakłopotaną minę.

- Nikt nie zgadnie? - zapytał. - Nikt z was nie fotografował nigdy korony promienistej, która unosi się prawie sto metrów nad portem nowojorskim? - Langdon czekał, aż na widowni rozległy się pomruki.

- Statua Wolności - krzyknął ktoś.

- No właśnie! - przytaknął Langdon. - Statua Wolności ma na głowie koronę promienistą, starożytną aureolę. Symbolu od wieków używaliśmy do oznaczania osób wyjątkowych, którym przypisywano boskie oświecenie... albo zaawansowany stan świadomości.

Katherine promieniała, gdy Langdon oddawał jej mikrofon.

- Dziękuję ci bardzo - szepnęła do niego, zanim ucichł aplauz publiczności.

Potem wróciła do pulpitu.

- Jak powiedział przed chwilą profesor Langdon, ludzie zastanawiają się nad świadomością od bardzo dawna. Ale nawet w naszych czasach, kiedy dysponujemy zaawansowanymi technikami badawczymi, mamy problem z jej definiowaniem. Prawdę powiedziawszy, wielu naukowców boi się nawet dyskutować o świadomości. - Katherine się rozejrzała i dokończyła szeptem: - Boją się wręcz wymawiać to słowo.

Wśród publiczności rozległy się pojedyncze śmiechy.

Katherine zwróciła się do kobiety w okularach z pierwszego rzędu.

- Jak pani zdefiniowałaby świadomość?

Kobieta zastanawiała się przez chwilę.

- Chyba jako wiedzę, że się istnieje.

- Doskonale - pochwaliła Katherine. - A skąd ta wiedza pochodzi?

- Zgaduję, że z mojego mózgu. Powiedziałabym, że jestem taka, a nie inna, dzięki moim myślom, przekonaniom i poglądom oraz moim wyobrażeniom.

- Bardzo dobrze powiedziane. - Katherine znów zwracała się do całej sali. - Czy więc możemy zacząć od tego, że wszyscy się zgodzimy co do podstaw? Świadomość jest tworzona przez nasz mózg, dlatego mieści się w naszych głowach.

Nastąpiło powszechne potakiwanie głową.

- Doskonale - kontynuowała Katherine. - Właśnie się zgodziliśmy na obowiązujący obecnie model świadomości. - Zamilkła na chwilę i ciężko westchnęła. - Problem w tym, że ten jest całkowicie błędny. Świadomość nie jest tworzona przez nasz mózg. Co więcej, nie mieści się nawet w naszej głowie.

Zapadła pełna zdumienia cisza.

Przerwała ją kobieta w okularach z pierwszego rzędu:

- No dobrze, skoro moja świadomość nie jest zlokalizowana w mojej głowie, to gdzie się mieści?

- Cieszę się z tego pytania - odrzekła Katherine, uśmiechając się do tłumu słuchaczy. - Proszę usiąść wygodnie, drodzy państwo. Czeka nas dzisiaj niezła jazda.

Zupełnie jak gwiazda rocka - pomyślał Langdon, gdy zmierzał do holu Four Seasons, wciąż mając w uszach echa owacji na stojąco, którą zgotowała jej publiczność. Wykład był istnym majstersztykiem, a po jego zakończeniu zaszokowani słuchacze domagali się więcej. Gdy ktoś zapytał o jej obecną pracę, Katherine ujawniła, że właśnie wprowdziła ostatnie poprawki do książki, którą ma nadzieję przedefiniować obecny paradygmat świadomości.

Chociaż Langdon pośredniczył w rozmowach Katherine z wydawnictwem, sam nie czytał jeszcze manuskryptu. To, co ujawniła mu na temat treści, zaciekawiło go i wzmogło pragnienie przeczytania lektury, wyczuwał jednak, że największe rewelacje zachowała dla siebie. Gdy mowa o niespodziankach, Katherine Solomon nigdy nie zawodzi.

W progu holu Langdon nagle sobie przypomniał, że tego ranka o ósmej Katherine miała się spotkać z doktor Brigitą Gessner, wybitną czeską specjalistką w dziedzinie neuronauki, która osobiście zaprosiła ją do wygłoszenia wykładu w ramach tego prestiżowego cyklu. To był naprawdę miły gest z jej strony, ale podczas towarzyskiego wieczoru, który on i Katherine spędzili z nią po wykładzie, Brigita okazała się nieznośna, dlatego Langdon miał teraz nadzieję, że Katherine zaśpi i zamiast z nią spotka się z nim na śniadaniu.

Otrząsnął się z tych myśli i ruszył w kierunku wyjścia, po drodze napawając się zapachem ekstrawaganckich bukietów róż zawsze witających gości. Jednak widok, który zastał, był o wiele mniej zachęcający.

Dwóch ubranych w czarne mundury policjantów z determinacją kroczyło przez środek holu, prowadząc na smyczy dwa owczarki niemieckie. Psy miały na sobie kamizelki kuloodporne z napisem POLICIE i obwąchiwały otoczenie, wyraźnie czegoś szukając.

To nie wygląda dobrze - pomyślał Langdon i podszedł do recepcji.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Na Boga, panie Langdon, oczywiście, że tak! - Nienagannie ubrany menedżer omal nie dygnął, gdy wybiegł z zaplecza, żeby go przywitać. - Wszystko doskonale, panie profesorze. Drobny incydent zeszłej nocy, ale to fałszywy alarm - zapewniał, lekceważąco kręcąc głową. - To z ostrożności, na wszelki wypadek. Jak pan wie, bezpieczeństwo jest najwyższym priorytetem w Hotelu Four Seasons Prague.

Langdon spojrzał na policjantów.

- Drobny incydent? Ci dwaj raczej nie wyglądają na zajmujących się drobiazgami.

- Udaje się pan na pływalnię? - Menedżer zmienił temat. - Życzy pan sobie samochód?

- Nie, dziękuję - odpowiedział Langdon, ruszając do drzwi. - Przebiegnę się. Lubię świeże powietrze.

- Ale pada śnieg!

Langdon, przyzwyczajony do ostrych zim w Nowej Anglii, spojrzał na drobne płatki muskające chodnik, po czym uśmiechnął się do menedżera.

- Jeśli nie wrócę za godzinę, niech mnie odkopie jeden z tych psów.

Rozdział 2

Golem kuśtykał przez śnieg. Skraj jego długiej, czarnej peleryny ciągnął się w błotnistej mazi, która pokrywała ulicę Kaprovą. Niewidoczne spod peleryny buty na masywnych koturnach zrobiły się tak ciężkie, że Golem ledwie podnosił nogi. Gruba warstwa gliny na czaszce i twarzy sprawiała, że zimne powietrze stawało się jeszcze bardziej przejmujące.

Muszę się dostać do domu.

Nadchodzi Eter.

Bojąc się, że Eter może lada moment przejąć nad nim kontrolę, Golem sięgnął do kieszeni i ścisnął w dłoni mały metalowy pręt, z którym się nie rozstawał. Podniósł go do głowy i przycisnął do czubka czaszki, po czym okrężnymi ruchami masował zaschniętą glinę.

Jeszcze nie teraz - zaklinał, zamykając oczy.

Eter się rozproszył, przynajmniej na razie, i Golem wsunął metalowy pręt z powrotem do kieszeni, po czym ruszył naprzód.

Jeszcze kilka przecznic i będę mógł się uwolnić.

Tego mrocznego poranka na staromiejskim rynku - znanym w Pradze jako Staromák - nie było nikogo oprócz pary turystów, którzy z karmelowymi ciastkami w ręku oglądali słynny średniowieczny zegar. Co godzinę stary czasomierz prezentuje spacer apostołów, których mechanizm zegara ukazuje po kolei jako chwiejne postaci w dwóch oknach nad główną tarczą.

Krążą tak bez celu od piętnastego wieku - pomyślał Golem - i wciąż przyciągają baranów, którzy chcą na to patrzeć.

Gdy Golem mijał parę turystów, obydwoje spojrzeli na niego, tłumiąc okrzyk zdumienia. Zdążył się przyzwyczaić do takich reakcji obcych ludzi. Przypominały mu, że ma swoje fizyczne wcielenie, choć nie pozwalało ono zobaczyć, kim jest naprawdę.

Jestem Golemem.

Nie pochodzę z tego świata.

Czasem Golem odnosił wrażenie, że nic go nie ogranicza, jakby miał ulecieć w przestrzeń. Odczuwał przyjemność, gdy skrywał swoją ziemską postać pod fałdami ciężkich szat. Waga peleryny i butów na koturnach prowokowała grawitację, trzymając go na ziemi. Pokryta gliną głowa i kaptur zamieniały go w przerażające dziwadło nawet w Pradze, gdzie kostiumy na ulicach nikogo nie zaskakiwały.

Ale tym, co naprawdę przyciągało wzrok w wyglądzie Golema, było prastare trzyliterowe słowo wyryte nożem malarskim w glinie na jego czole.

Pisane od prawej do lewej trzy hebrajskie litery - alef, mem i tav - czytane jako "emet".

Prawda.

Golem przyniósł do Pragi prawdę. I prawdę ujawniła mu doktor Gessner przed kilkudziesięcioma minutami, szczegółowo opisując wszystkie okrucieństwa, których ona i jej partnerzy dopuścili się głęboko pod powierzchnią tego miasta. Ich przestępstwa były odrażające, a mimo to bledły w porównaniu z tym, co planowali zrobić w najbliższej przyszłości.

Zniszczę to wszystko - poprzysiągł sobie w duchu. Obrócę w ruinę.

Wyobraził sobie, jak mroczne dzieło tych ludzi kończy jako dymiąca dziura w ziemi. Chociaż ogrom tego zadania był przytłaczający, Golem nie wątpił, że mu podoła. Doktor Gessner wyjawiła mu wszystko, co chciał wiedzieć.

Muszę działać szybko. Okno możliwości otworzyło się na bardzo krótki czas - powiedział sobie. Plan działania krystalizował się już w jego głowie.

Golem, skierowawszy się na południowy wschód, oddalał się od rynku. Znalazł wąską alejkę wijącą się aż do miejsca, w którym mieszkał. Starówka była labiryntem uliczek i pasaży znanych z bujnego życia nocnego i wyjątkowych lokali: Týnská literární kavárna dla pisarzy i intelektualistów, AnonymouS Bar dla hakerów i poszukiwaczy spisków, czy wreszcie Hemingway Bar dla wyrafinowanych światowców i znawców koktajli. No i oczywiście otwarte do późnej nocy Sex Machines Museum, do którego ciągnęły prawdziwe tłumy.

Przemierzając ten labirynt, Golem nie myślał już o cierpieniach, które zadał doktor Brigicie Gessner, ani o szokujących informacjach, które od niej wydobył. Myślał tylko o jednej osobie.

Bo o niej myślał zawsze.

Jestem jej opiekunem i obrońcą.

Ona i ja jesteśmy jak dwie cząsteczki splecione ze sobą na zawsze.

Jego jedynym celem na tym świecie było ją chronić, chociaż ona nie miała pojęcia o jego istnieniu. Jego służba dla niej mimo to była zaszczytem. Dźwiganie ciężaru innych ludzi to najszlachetniejsze z powołań, a pełnienie tej misji anonimowo i bez oczekiwania na pochwały czy nagrody to prawdziwie bezinteresowna miłość.

Anioł stróż może przybyć w różnej postaci.

Ona była zbyt ufna, dlatego nieświadomie pozwoliła się wciągnąć w świat mrocznych eksperymentów naukowych. Nie widziała krążących wokół niej rekinów. Golem właśnie zabił jednego z nich. W wodzie rozeszła się krew. Potężne siły wkrótce ją zwęszą i wypłyną na powierzchnię, żeby sprawdzić, co się wydarzyło. Żeby zapewnić bezpieczeństwo swojemu przedsięwzięciu.

Nie zdążycie - pomyślał. Podziemny świat okropności niebawem się zawali pod ciężarem własnych grzechów. Padnie ofiarą własnego geniuszu.

Na krętych uliczkach Golem znów poczuł, że zbiera się Eter. Ponownie potarł metalowym prętem o czubek głowy.

Już niedługo - obiecał.

***

W Londynie Amerykanin nazwiskiem Finch czyścił szkła swoich okularów Cartier Panth?re, chodząc od ściany do ściany po luksusowym gabinecie. Jego niecierpliwość przerodziła się w głęboką obawę.

Gdzie jest Gessner, do cholery? Dlaczego nie mogę się z nią skontaktować?

Wiedział, że poprzedniego wieczoru czeska naukowczyni wysłuchała na Zamku Praskim wykładu Katherine Solomon, bo zaraz po nim wysłała Finchowi alarmującą wiadomość o treści książki, którą Solomon zamierzała opublikować. To nie była dobra informacja. Resztę Gessner obiecała przekazać telefonicznie.

Ale do tej pory się nie odezwała, a już prawie świtało.

Raz po raz wysyłał jej SMS-y i próbował się dodzwonić, ale bez rezultatu.

Minęło sześć godzin. Gessner jest pedantyczna i skrupulatna, to do niej całkiem niepodobne.

Na szczyty kariery zawodowej Finch wspiął się dzięki swojej intuicji, dlatego dobrze wiedział, że nie wolno jej ignorować. Niestety teraz intuicja podpowiadała mu, że w Pradze coś wymknęło się spod kontroli - i to w bardzo niebezpieczny sposób.

Rozdział 3

Zimowe powietrze było rześkie i ożywcze. Langdon biegł wzdłuż ulicy Křižovnickiej, a jego długie kroki zostawiały samotne odciski stóp na cienkiej warstwie śniegu pokrywającej chodnik.

Praga zawsze wydawała mu się zaczarowana. Jak chwila zatrzymana w czasie. Historyczna stolica Czech ucierpiała znacznie mniej niż inne europejskie miasta podczas II wojny światowej, olśniewająca panorama miasta wciąż więc zachwycała oryginalną zabudową - unikalną kombinacją doskonale zachowanych zabytków architektury romańskiej, gotyckiej, barokowej, art nouveau i neoklasycyzmu.

Czeskie określenie stověžatá dosłownie znaczy "stuwieżowa", choć faktycznie wież i iglic w Pradze jest blisko pięćset. Latem przy różnych okazjach władze miasta kierują na nie reflektory, oblewając je morzem zielonych świateł. Zapierający dech w piersiach efekt ponoć zainspirował hollywoodzkich twórców Czarnoksiężnika z Krainy Oz, gdy projektowali wygląd Szmaragdowego Miasta, które tak jak Praga miało oferować magiczne możliwości.

Przemierzając ulicę Platnéřską, Langdon odnosił wrażenie, jakby biegł po kartach historii. Po lewej stronie miał olbrzymią fasadę Klementinum, dwuhektarowego kompleksu obejmującego wieżę widokową wykorzystywaną przez astronomów Tychona Brahe i Johannesa Keplera oraz olbrzymią bibliotekę barokową z ponad dwudziestoma tysiącami woluminów literatury teologicznej. Ta biblioteka była ulubionym miejscem Langdona w Pradze, a może nawet w całej Europie. Razem z Katherine odwiedził wczoraj najnowszą zorganizowaną tam ekspozycję.

Teraz, gdy skręcił w prawo za Kościołem Świętego Franciszka z Asyżu, bezpośrednio nad sobą dostrzegł oświetlone bursztynowym blaskiem praskich latarni gazowych wejście na jeden z najsłynniejszych symboli miasta. Most Karola, przez wielu uznawany za najbardziej romantyczny na świecie, powstał z czeskiego piaskowca. Obie jego strony ozdobiono posągami chrześcijańskich świętych. Konstrukcję, która rozciąga się przez z górą pół kilometra nad spokojną Wełtawą, na obydwu brzegach chronią wieże. Dawniej wiódł tędy strategicznie ważny szlak handlowy między wschodem a zachodem Europy.

Langdon przebiegł przez łuk bramy we wschodniej wieży, by po drugiej stronie zobaczyć nienaruszony dywan z białego puchu. Most był otwarty dla ruchu pieszego, ale profesor nie dostrzegł na nim ani jednego odcisku stopy.

Poza mną nie ma nikogo na Moście Karola - pomyślał Langdon. Życiowa chwila. Kiedyś w Luwrze znalazł się sam na sam z portretem Mony Lisy, ale tamte okoliczności były znacznie mniej przyjemne.

Langdon wydłużył krok i ruszył naprzód w swoim zwykłym tempie. Zanim dotarł do przeciwległego brzegu, biegł już bez żadnego wysiłku. Po prawej, oświetlony na ciemnym tle nieba, lśnił najbardziej ukochany klejnot Pragi.

Zamek Praski.

Największy kompleks zamkowy na świecie rozciąga się na ponad pół kilometra od zachodniej bramy do wschodniego krańca na powierzchni niemal siedemdziesięciu trzech tysięcy metrów kwadratowych. Zewnętrzne mury okalają sześć różnych ogrodów, cztery oddzielne pałace i cztery chrześcijańskie kościoły, w tym wspaniałą Katedrę Świętego Wita, w której przechowywane są klejnoty koronacyjne Czech razem z koroną Świętego Wacława, uwielbianego władcy uwiecznionego w popularnej kolędzie bożonarodzeniowej.

Przekraczając bramę w południowej wieży Mostu Karola, Langdon z uśmiechem pomyślał, jak doszło do tego, co się wydarzyło w zamku poprzedniego wieczoru.

Katherine potrafi być uparta.

- Przyjedź na mój wykład, Robercie - zaproponowała mu dwa tygodnie wcześniej, gdy zadzwoniła, by namówić go na podróż do Pragi. - Doskonale się składa, bo akurat będziesz miał ferie zimowe. Wyjazd na mój koszt.

Zastanawiał się nad jej żartobliwym tonem. Od dawna łączył ich platoniczny flirt. Ta znajomość opierała się na wzajemnym szacunku. Gotów był zaryzykować i przyjąć jej niespodziewaną propozycję.

- Kusi mnie, Katherine. Praga jest magiczna, ale...

- Pozwól, że powiem to wprost - przerwała mu w pół zdania. - Potrzebuję osoby towarzyszącej. Uff, powiedziałam to! Muszę przygruchać sobie faceta na mój własny wykład.

Langdon wybuchnął śmiechem.

- Więc to dlatego dzwonisz? Światowej sławy specjalistka szuka mężczyzny do towarzystwa?

- Atrakcyjnego dodatku, Robercie. Na galową kolację ze sponsorami. Następnego dnia mam wykład w jakiejś słynnej sali na zamku w Pradze.

- Nie mów, że w Sali Władysławowskiej!

- Tak, właśnie tam.

Langdon był pod wrażeniem. Wiedział, że wykłady organizowane raz na kwartał przez Uniwersytet Karola w Sali Władysławowskiej należą do najbardziej prestiżowych, ale najwyraźniej były bardziej snobistyczne, niż przypuszczał.

- Jesteś pewna, że na galowej kolacji chcesz dodatku w postaci znawcy symboli?

- Prosiłam Clooneya, ale akurat oddał smoking do pralni.

Langdon jęknął.

- Czy wszyscy noetycy są tak upierdliwi?

- Tylko ci najlepsi - odparowała. - Uznam to za twoją zgodę.

Jak wiele się zmieniło przez te dwa tygodnie - rozmyślał Langdon, gdy dotarł do drugiego krańca Mostu Karola, wciąż z uśmiechem na ustach. Praga ponad wszelką wątpliwość dowiodła, że jest miastem magicznym... katalizatorem pradawnych mocy. Coś się tutaj wydarzyło...

Langdon był pewien, że nigdy nie zapomni pierwszego dnia, który spędził z Katherine w tym mistycznym miejscu. Zagubili się w labiryncie brukowanych uliczek, razem uciekali przed zamgloną mżawką, skryli się w łukowej bramie Pałacu Kinskich na rynku staromiejskim i tam, zdyszani w cieniu wieży zegarowej, pocałowali się pierwszy raz, a ten pocałunek przyszedł im zaskakująco łatwo po tak długich latach przyjaźni.

Czy sprawiła to Praga, magia chwili, czy jakaś niewidzialna ręka, Langdon nie miał pojęcia, ale ten pierwszy pocałunek rozpalił między nimi niespodziewaną alchemię, która nasilała się z każdym dniem.

***

Po drugiej stronie rzeki Golem pokonał ostatni zakręt i za rogiem zmęczonym krokiem dotarł do budynku, w którym mieszkał. Otworzył zamek drzwi wejściowych i wkroczył do skromnego holu.

W korytarzu było ciemno, ale wolał nie zapalać światła. Zamiast tego przemknął przez wąskie przejście do ukrytych schodów i wspiął się na nie po omacku, przyklejony do poręczy. Obolałe nogi protestowały przy każdym stopniu, odetchnął więc z ulgą, gdy w końcu stanął przed drzwiami swojego mieszkania. Starannie wytarł buty, przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka.

Mieszkanie tonęło w ciemności.

Dokładnie tak, jak je urządziłem.

Ściany i sufity pokrywała czarna farba, a okno zniknęło za ciężką kotarą. Pokryte zmatowiałym lakierem podłogi nie odbijały żadnego światła. We wnętrzach prawie nie było mebli.

Golem dotknął przełącznika na ścianie i w całym mieszkaniu zapłonęło dwanaście czarnych lamp, rzucając przytłumione fioletowe światło. Jego dom wyglądał tak, jakby należał do innego świata. Ulotna luminescencja natychmiast odprężyła Golema. Poruszanie się po tym wnętrzu dawało mu wrażenie dryfowania w przepastnej pustce, unoszenia się między jednym połyskującym obiektem a drugim.

Brak widzialnego światła tworzył środowisko neutralne czasowo, atemporalny świat, w którym cielesna powłoka Golema uwalniała się od sygnałów cyklu dobowego. Obowiązki wymagały od niego gotowości o różnych porach. Ciemność pozwalała mu uwolnić biorytm od wpływu konwencjonalnego czasu. Przewidywalność była luksusem dostępnym dla prostszych dusz. Nieprzygniecionych wielkim ciężarem.

Muszę jej służyć o różnych porach, czasem za dnia, a czasem w środku nocy.

Pokonując upiorny mrok, przeszedł do garderoby, gdzie zdjął pelerynę i buty. Naga od szyi w dół skóra jaśniała w czarnym świetle, ale Golem nie chciał na nią patrzeć. W jego sanktuarium nie było luster oprócz jednego kieszonkowego, przed którym pokrywał twarz gliną.

Widok własnej fizyczności zawsze go niepokoił.

To ciało nie jest moje.

Ja tylko się w nim objawiłem.

Golem przeszedł boso do łazienki. Odkręcił wodę i wszedł w strumień prysznica. Kiedy zeskrobał łuszczącą się na głowie glinę, zamknął oczy i uniósł twarz ku ciepłym kroplom. Czuł oczyszczającą moc, gdy woda rozpuszczała zaschniętą skorupę, zamieniając ją w ciemne strugi spływające w dół ciała i potem do kanalizacji.

Gdy zyskał pewność, że pozbył się wszelkich śladów swojej wieczornej działalności, wyszedł spod prysznica i osuszył się ręcznikiem.

Eter zbierał się silniej, tym razem jednak Golem nie sięgnął po metalowy pręt.

Już czas.

Wciąż nago przeszedł przez mrok do swojej świątyni, specjalnego pokoju, w którym przyjmował ten dar.

W absolutnej ciemności zbliżył się do leżącego na podłodze w centrum pokoju konopnego materaca i z szacunkiem ułożył się na plecach pośrodku niego.

Potem zablokował zgryz silikonowym kneblem, który nie pozwalał zamknąć ust, i czekał, aż się uwolni Eter.

Rozdział 4

Tutaj też jestem dzisiaj pierwszy - pomyślał, gdy dobiegł na miejsce: pracownik dopiero otwierał budynek. Langdon nie potrafiłby wskazać wielu przykładów bardziej wyrafinowanego luksusu niż posiadanie całego dwudziestopięciometrowego basenu tylko dla siebie. Odnalazł wynajętą szafkę, wskoczył w kąpielówki Speedo, wziął szybki prysznic, sięgnął po okulary pływackie Vanquisher i ruszył w stronę wody.

Lampy fluorescencyjne pod sufitem dopiero się rozgrzewały i w hali panował półmrok. Langdon stanął z palcami u nóg na krawędzi basenu i patrzył na gładką taflę, która wyglądała jak olbrzymie czarne lustro.

Świątynia Ateny - pomyślał, przypominając sobie, jak antyczni Grecy uprawiali katoptromancję, czyli wpatrywali się w gładkie tafle, żeby dostrzec swoją przyszłość. Wyobraził sobie Katherine śpiącą w hotelowym pokoju i zadał sobie pytanie, czy przypadkiem jego przyszłością nie jest właśnie ona. Dla zatwardziałego kawalera ta myśl była i niepokojąca, i ekscytująca zarazem.

Opuścił okulary na oczy, wziął głęboki wdech, odbił się i przeciął ciemną taflę. Pod wodą sunął przez dwie sekundy, potem przepłynął dziesięć metrów motylkiem i przeszedł do kraula.

Skupiając się na oddechu, Langdon popadł w quasi-medytacyjny stan, który zawsze ogarniał go podczas pływania. Jego umięśniona sylwetka rozluźniała się, a ciało stawało się opływowe i smukłe. Pruł naprzód w imponującym tempie jak na mężczyznę po pięćdziesiątce.

Zazwyczaj pływanie całkowicie opróżniało umysł Langdona, tego ranka jednak nawet po czterech długościach basenu głowę miał pełną myśli o fascynujących momentach wczorajszego wykładu Katherine.

"Świadomość nie jest tworzona przez nasz mózg. Co więcej, nie mieści się nawet w naszej głowie".

Tymi słowami wzbudziła ciekawość wszystkich obecnych, ale Langdon wiedział, że ten wykład ledwie musnął tematy, które poruszała w swojej książce.

Twierdzi, że odkryła coś niesamowitego.

Swoje odkrycie - cokolwiek to było - Katherine utrzymywała w tajemnicy. Nie powiedziała o nim jeszcze nikomu, nawet Langdonowi, choć w ostatnich dniach kilka razy dawała mu do zrozumienia, że badania opisane w jej książce doprowadziły do szokującego przełomu. Po wysłuchaniu wczorajszego wykładu rosło w nim przekonanie, że to będzie lektura z potencjałem, by wstrząsnąć światem.

Nie unika kontrowersji. Z przyjemnością patrzył, jak Katherine wytrąca z równowagi konserwatystów zebranych na widowni.

- Od wielu lat w nauce przewijają się fałszywe modele - przypomniała, a jej pewny głos odbijał się echem w Sali Władysławowskiej. - Płaska ziemia, geocentryzm, stały stan wszechświata to wszystko teorie, które kiedyś traktowano poważnie i uznawano za prawdziwe. Na szczęście nasze systemy przekonań ewoluują, napotkawszy odpowiednio dużo niewyjaśnionych niekonsekwencji.

Po tych słowach sięgnęła po pilota i ekran za jej plecami ożył, by wyświetlić średniowieczny model astronomiczny, w którym Ziemia stanowiła centrum układu.

- Przez kilka wieków model geocentryczny pozostawał niepodważalny, z czasem jednak astronomowie zauważyli ruch planet niezgodny z tym modelem. Anomalie stały się tak liczne i rażące, że... - znów kliknęła - ...że stworzyliśmy inny model. - Teraz na ekranie wyświetlał się współczesny obraz Układu Słonecznego ze Słońcem pośrodku. - Ten nowy model wyjaśnił zaobserwowane anomalie i heliocentryzm stał się nową rzeczywistością.

Sala oczekiwała w ciszy, co będzie dalej.

- Swego czasu teza o kulistym kształcie Ziemi też była wyśmiewana - podjęła Katherine - a nawet uznawana za herezję. Bo przecież czy nie wylałyby się oceany, gdyby Ziemia była okrągła? Czy wielu z nas nie chodziłoby do góry nogami? Ale stopniowo, krok po kroku, zaczęliśmy poznawać zjawiska, które nie pasowały do modelu płaskiej Ziemi, choćby zakrzywiony cień podczas zaćmienia Księżyca, widok odpływających statków na horyzoncie znikających od dołu do góry, no i oczywiście opłynięcie Ziemi przez Magellana. - Uśmiechnęła się. - Ojej, trzeba pomyśleć o nowym modelu.

Słuchacze potakiwali z rozbawieniem.

- Szanowni państwo - teraz głos Katherine brzmiał złowieszczo - jestem przekonana, że podobna ewolucja nastąpi w obszarze ludzkiej świadomości. Już niebawem zmieni się to, jak rozumiemy funkcjonowanie naszego mózgu i naturę ludzkiej świadomości, czy wręcz jak pojmujemy otaczającą nas rzeczywistość.

Nie ma to jak mierzyć wysoko - pomyślał Langdon.

- Tak jak wszystkie inne przestarzałe poglądy - kontynuowała Katherine - akceptowany obecnie model ludzkiej świadomości zostanie podmyty przez narastającą falę zjawisk, których zwyczajnie nie potrafi wyjaśnić. Zjawiska te są pieczołowicie dokumentowane w laboratoriach noetycznych, a ludzie znają je od wieków, ale tradycjonalistyczna nauka wciąż nie chce ich dostrzec, czy wręcz otwarcie je kwestionuje. Są więc lekceważone jako przypadek albo obserwacja odstająca i w najlepszym razie trafiają do kategorii o protekcjonalnej nazwie "zjawiska paranormalne", a ich badań za prawdziwą naukę się nie uznaje.

Te słowa wywołały kilka pomruków w ostatnich rzędach, ale Katherine kontynuowała niezrażona:

- Wszyscy państwo dobrze znacie owe paranormalne zjawiska. Kto nie słyszał o postrzeganiu pozazmysłowym, prekognicji, telepatii, jasnowidzeniu czy eksterioryzacji nazywanej potocznie doświadczeniem poza ciałem. Te rzekomo paranormalne zjawiska są najzupełniej normalne. Występują na co dzień nie tylko w naukowych laboratoriach podczas pieczołowicie przeprowadzanych eksperymentów, lecz także w prawdziwym świecie wokół nas.

W sali zapanowała zupełna cisza.

- Nie chodzi więc o to, czy te zjawiska są autentyczne - stwierdziła Katherine - bo zostały potwierdzone naukowo. Pytanie brzmi, dlaczego tak wielu z nas wciąż nie chce ich dostrzec.

Kliknęła przycisk na pilocie i na ekranie za jej plecami pojawił się kolejny obraz.

Siatka Hermana. Langdon rozpoznał dobrze znaną iluzję optyczną. Wydaje się, że ciemne plamki pojawiają się i znikają w zależności od miejsca, na którym skupi się wzrok.

Publiczność zaczęła dostrzegać iluzję i tłumionymi okrzykami dawała wyraz zaskoczeniu.

- Pokazuję to państwu z prostego powodu, żeby przypomnieć nam wszystkim, że ludzką percepcję zaburza ślepa plamka - wyjaśniła Katherine. - Czasem tak nas absorbuje patrzenie w złą stronę, że nie widzimy tego, co mamy tuż przed oczami.

***

Poranne niebo wciąż było czarne jak smoła, gdy Langdon wyszedł z basenu i wyruszył w drogę powrotną. Trzydziestominutowa medytacja podczas pływania wyciszyła go i uspokoiła, a samotny spacer do hotelu z każdym krokiem zajmował wyższe miejsce na liście ulubionych czynności dnia. Gdy Langdon zbliżał się do rzeki, cyfrowy zegar na punkcie informacji turystycznej wskazywał szóstą pięćdziesiąt dwa.

Mnóstwo czasu - powiedział Langdon do siebie. Wciąż miał nadzieję, że wskoczy do łóżka z Katherine i przekona ją, żeby odwołała umówione na ósmą spotkanie z Brigitą Gessner. Czeszka wręcz narzucała się z propozycją wizyty w swoim laboratorium, a Katherine była zbyt uprzejma, żeby jej odmówić.

Przy wejściu na Most Karola Langdon zauważył na śniegu ślady zostawione przez inne ranne ptaszki. Po prawej miał Wieżę Judyty, jedyny zachowany ślad romańskiego mostu, który stał w tym miejscu wcześniej. W oddali Langdon widział nowszą, czternastowieczną wieżę mostową, na której kiedyś umieszczano nadziane na włócznie głowy buntowników jako przestrogę dla każdego, kto chciałby kwestionować władzę Habsburgów.

Legenda głosi, że przechodnie wciąż mogą tam usłyszeć przejmujące ludzkie jęki.

Czeska nazwa "Praha" pochodzi od rzeczownika "prah", czyli "próg", i Langdon miał wrażenie, że jakiś próg przekracza, ilekroć tu przyjeżdżał. Przez wieki to magiczne miasto było przesiąknięte mistycyzmem i spirytyzmem. Nawet współczesne przewodniki turystyczne twierdzą, że jego ponadnaturalna aura jest wyczuwalna dla wszystkich, którzy się na nią otworzą.

Prawdopodobnie ja do nich nie należę - uświadomił sobie Langdon, chociaż musiał przyznać sam przed sobą, że tego ranka Most Karola wydawał się wręcz nieziemski, gdy opadające płatki śniegu tworzyły widmowe nimby wokół gazowych latarni.

Przez wieki Praga była ważnym punktem na mapie europejskiego okultyzmu. To tutaj król Rudolf II potajemnie praktykował transmutację w swoim podziemnym Speculum Alchemiae. Jasnowidze John Dee i Edward Kelley przyjeżdżali tutaj, żeby przepowiadać przyszłość, wywoływać duchy i rozmawiać z aniołami. Także w Pradze urodził się i pracował tajemniczy żydowski pisarz Franz Kafka, tworząc między innymi mrocznie surrealistyczną Przemianę.

Idąc przez most, Langdon spojrzał na widoczny w oddali Hotel Four Seasons. Budynek przycupnął nad samą rzeką tak blisko, że głębokie wody Wełtawy obmywały jego podmurówkę. W oknach ich apartamentu, dwa poziomy nad lśniącą taflą wody, wciąż było ciemno.

Katherine jeszcze śpi - pomyślał i wcale go to nie zdziwiło. W nocy obudził ją koszmar, przez który długo nie mogła zasnąć.

Mniej więcej w jednej trzeciej długości olbrzymiego mostu Langdon minął posąg Świętego Jana Nepomucena. Zamordowali go dokładnie w tym miejscu - pomyślał i przebiegł go zimny dreszcz. Duchowny nie wykonał woli króla, który domagał się od niego złamania tajemnicy spowiedzi, bo chciał poznać sekrety królowej, monarcha rozkazał go więc torturować i zrzucić do rzeki.

Z tych rozmyślań wyrwał Langdona niezwykły widok. Mniej więcej w połowie długości mostu zauważył zbliżającą się kobietę w czerni. Zapewne wracała z jakiegoś balu kostiumowego, bo miała dziwaczne nakrycie głowy, rodzaj tiary z sześcioma smukłymi szpikulcami wyrastającymi bezpośrednio z czaszki. Skierowane na zewnątrz metalowe pręty okalały jej głowę niczym czarna...

Langdon poczuł zimny dreszcz. Czyżby korona promienista?

Co za dziwny zbieg okoliczności, że akurat tego ranka na jego drodze stanęła kobieta w koronie promienistej. Dziwny i niepokojący. Zaraz jednak Langdon przypomniał sobie, że imprezy w makabrycznych kostiumach są w Pradze na porządku dziennym.

Ale kilka kroków dalej sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza. Kobieta w promienistej koronie wydawała się pogrążona w transie. Wyglądała jak upiór i szła, wpatrując się gdzieś daleko przed siebie.

Langdon stanął jak wryty.

Nie... to niemożliwe!

Kobieta ściskała w ręku srebrną włócznię.

Jakby przyszła wprost z koszmarnego snu Katherine...

Langdon nie mógł oderwać oczu od ostrza i zaczął się zastanawiać, czy może teraz jemu coś się śni. Gdy kobieta się z nim zrównała, zdał sobie sprawę, że stanął w miejscu, jakby ten osobliwy widok przyprawił go o paraliż. Wyrwał się z tego otępienia i głośno zawołał kobietę, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę:

- Przepraszam panią...

Nawet nie zwolniła, jakby wcale go nie usłyszała.

- Halo! - krzyknął Langdon, wciąż nie mogąc się ruszyć z miejsca. Kobieta tylko przemknęła obok niego jak zjawa, niczym ślepy duch przesuwany po moście przez niewidzialną siłę.

Langdon odwrócił się i ruszył za nią, tym razem jednak zatrzymał go powiew zgnilizny.

Za zjawą ciągnął się charakterystyczny odór, którego nie sposób pomylić z czymkolwiek innym.

Zapach śmierci.

Langdon zareagował na niego natychmiast - strachem.

Mój Boże, nie... Katherine!

Pod wpływem impulsu odwrócił się i popędził w stronę hotelu, gorączkowo wyszarpując telefon z kieszeni. W pełnym biegu przystawił komórkę do ust i krzyknął:

- Hej, Siri, połącz mnie ze sto dwanaście!

Zanim operator odebrał połączenie, Langdon zdążył zbiec z mostu w ulicę Křižovnicką.

- Numer alarmowy - powiedział głos w słuchawce. - W czym mogę pomóc?

- Four Seasons - krzyknął Langdon, po czym skręcił w lewo i biegł wzdłuż mrocznej ulicy w stronę hotelu. - Musicie ewakuować budynek. Natychmiast!

- Jak się pan nazywa?

- Robert Langdon. Jestem...

Z bramy przed nim wyjechała taksówka. Langdon uderzył w boczne drzwi auta i telefon wypadł mu z ręki na zaśnieżony chodnik. Profesor podniósł aparat i biegł dalej, ale połączenie zostało przerwane. Nie przejął się, bo hotel był tuż przed nim.

Zdyszany wpadł do holu. Zauważył menedżera i wrzasnął do niego na cały głos:

- Wszyscy muszą wyjść z budynku!

Policjantów już nie było, kilkoro gości ze zdumieniem oderwało się od swojej porannej kawy.

- Grozi nam niebezpieczeństwo! - znów krzyknął do menedżera Langdon. - Uciekajcie stąd!

Menedżer zrobił przerażoną minę.

- Co się dzieje, panie profesorze?

Ale Langdon już biegł do skrzynki alarmu pożarowego.

Bez wahania zbił szybkę i pociągnął za dźwignię.

Natychmiast rozległ się dzwonek.

Langdon wypadł z holu jak oszalały i sprintem pokonał długi łącznik do skrzydła, w którym mieścił się ich apartament. Nawet nie pomyślał o windzie, tylko pobiegł prosto na górę, błyskawicznie wspinając się po schodach prowadzących do prywatnego holu. Otworzył drzwi i już od progu krzyczał jak oszalały w ciemność za nimi.

- Katherine, wstawaj! Twój sen się... - Włączył górne światło i ruszył do sypialni. Łóżko było puste. Gdzie ona jest? Przeszedł do łazienki. Nic. Zdesperowany przeszukał resztę apartamentu. Nie ma jej tutaj?

W tym momencie dzwon na wieży pobliskiego kościoła odezwał się żałobnie. Jego dźwięk wzbudził w Langdonie obezwładniający strach. Coś mu mówiło, że nie zdąży wybiec z hotelu na czas. Ze strachu o życie, działając na adrenalinie, podbiegł do wykuszowego okna i spojrzał w dół na głębokie wody Wełtawy.

Rzeka była spokojna, ciemna tafla rozciągała się bezpośrednio pod nim.

Dzwon odezwał się jeszcze głośniej.

Langdon chciał się skupić, ale nie miał w głowie ani jednej myśli. Zawładnął nim najsilniejszy z ludzkich instynktów - wola przetrwania.

Nie wahając się ani chwili, otworzył okno i wszedł na parapet. Podmuch zimnego powietrza i mokry śnieg nie ugasiły jego paniki.

Nie masz innego wyjścia.

Wyprostował się na krawędzi.

Potem zaczerpnął powietrza do płuc i rzucił się w ciemność za oknem.

Rozdział 5

Robert Langdon ciężko dyszał.

Lodowata woda w Wełtawie była tak wielkim szokiem dla jego organizmu, że cały zdrętwiał. Z trudem utrzymywał się na powierzchni, bo ciężar mokrych ubrań i butów ciągnął go na dno.

Katherine...

Spojrzał w górę na okno apartamentu, z którego wyskoczył. Eksplozja, której się obawiał, nie nastąpiła. Hotel Four Seasons stał na swoim miejscu w stanie raczej nienaruszonym.

W ostrym świetle sygnałów alarmowych widział gości opuszczających obiekt przez boczne wyjście i gromadzących się na szerokim tarasie nad pomostem cumowniczym, który wcinał się w rzekę.

Walcząc z nurtem, Langdon nagle zdał sobie sprawę, że woda porywa go w dół Wełtawy. Pomost przy hotelu był jego jedyną szansą, żeby wyjść na brzeg po tej stronie Mostu Karola.

Robiąc wszystko, żeby nie wpaść w panikę, spróbował dotrzeć do niego kraulem, ale z trudem podnosił ramiona. Nasiąknięta wodą bluza unieruchamiała go niczym kotwica. Chłód zdążył już zaburzyć układ krążenia i Langdon czuł pierwsze oznaki hipotermii, zapowiadał ją ból ściskający nadgarstki i kostki.

Płyń, Robercie, płyń!

Zaczął płynąć żabką, choć szło mu to równie niemrawo. Walczył z nurtem, próbując dotrzeć do pomostu przy hotelu. Spojrzał w dół rzeki i ze strachem pomyślał, że może go porwać niewielki wodospad tworzący się tuż za Mostem Karola, chociaż wiedział, że prawdopodobnie straciłby przytomność i poszedł pod wodę, zanim by się to stało.

Płyń, do cholery!

Wytrenowane ruchy ramion przepychały go przez wodę, a w jego umyśle jaśniał obraz upiornej kobiety na moście. Sama promienista czarna aureola mogła jeszcze być przypadkiem, ale włócznia? I zapach śmierci?

Niemożliwe.

I niewytłumaczalne.

Przez chwilę Langdon zastanawiał się, czy to wszystko nie jest koszmarnym snem, który teraz prześladuje go tak, jak wcześniej dręczył Katherine. Nie. Przenikliwy ziąb i oszalałe bicie serca przekonały go, że to jawa. Każdy, kto wpadł pod lód na stawie, może potwierdzić, że początek ostrej hipotermii wywołuje specyficzną sekwencję odczuć: szok, panikę, refleksję i w końcu akceptację.

Muszę wykorzystać panikę - powiedział sobie. Żeby płynąć energiczniej.

Langdon przecinał nurt, rozpaczliwie zmierzając w kierunku hotelu. Próbował ignorować nasilający się ból, choć z każdym ruchem było to trudniejsze. Jednak coraz głośniej słyszał rozbrzmiewający w hotelu alarm. Bliżej. Od zimnej wody szczypały go oczy i miał wrażenie, że widzi coraz gorzej.

Pomost faktycznie był już blisko: czarna plama oświetlona reflektorami alarmowymi. Langdon usilnie podążał ku niemu, zdobywając się na ostatni wysiłek. Gdy natrafił ręką na twarde drewno, jego zdrętwiałe palce ledwie miały siłę zacisnąć się na jego krawędzi. Uczepił się pomostu i dobrnął do małej metalowej drabinki opadającej do wody. Resztką sił podciągnął się i bezwładnie opadł na deski, chlapiąc wodą ściekającą z nasiąkniętych ubrań.

Przez chwilę leżał nieruchomo, drżąc z zimna i wyczerpania, wiedział jednak, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.

Zamarznę, jeśli tu zostanę. Muszę się rozgrzać. Natychmiast.

Podniósł się na kolana i spojrzał w górę. Taras całkiem się już zapełnił gośćmi. Wielu stało na zimnie tylko w szlafrokach. Odwrócił głowę i spojrzał za siebie na Most Karola, który wyglądał jak na pocztówce: światło gazowych lamp lśniło ciepłym blaskiem wśród płatków śniegu.

Widziałem, co widziałem.

Na drewnianym podeście zadudniły czyjeś kroki.

- Panie Langdon! - krzyczał menedżer hotelu, biegnąc ku niemu z oszalałym wzrokiem. Poślizgnął się na ośnieżonych deskach, gdy zatrzymał się zbyt raptownie. - Nic panu nie jest? Co w ogóle się wydarzyło?

Langdon ledwie mówił.

- Myślałem... że jest...

- Pożar?

Drżąc z zimna, Langdon przecząco poruszył głową.

- Nie...

- Więc dlaczego uruchomił pan alarm? - Zazwyczaj uprzejmy głos menedżera kipiał złością.

- Myślałem, że coś nam grozi.

- Ale co?!

Langdon próbował usiąść na piętach, ale kosztowało go to zbyt wiele wysiłku. Dudniło mu w głowie. Czuł, że hipotermia zaczyna z nim wygrywać.

Hotelowy ochroniarz zbiegł na pomost i dołączył do nich. Muskularny mężczyzna dosłownie postawił Langdona na nogach, chwytając go pod pachami i unosząc. Langdon nie był pewien, czy tamten mu pomaga, czy go obezwładnia.

- Dlaczego włączył pan alarm? - ponownie zapytał menedżer.

- Przepraszam - odpowiedział Langdon, szczękając zębami. - Byłem zdezorientowany.

- Z powodu policjantów w holu? Mówiłem panu przecież, że to nic takiego! - Menedżer ledwo nad sobą panował. - Muszę wiedzieć, czy goście mogą bezpiecznie wrócić do pokojów.

Ludzie wciąż się tłoczyli przy bocznym wyjściu awaryjnym. Langdon wyobrażał sobie, co się dzieje przed głównym wejściem. Nie mogę mu tego powiedzieć. Uzna, że oszalałem.

- Profesorze Langdon! - Mężczyzna już nie ukrywał irytacji. - Proszę odpowiedzieć. Czterysta osób stoi na śniegu. Czy budynek jest bezpieczny? Tak czy nie? Czy goście mogą wrócić do pokojów?

Langdon znów miał przed oczami kobietę w czarnej promienistej koronie. Zobaczył srebrną włócznię i przypomniał sobie zgniły zapach śmierci. Musi być jakieś wytłumaczenie, Robercie! Świat tak nie działa. Weź się w garść!

Po dłuższej chwili skinął głową.

- Tak... Uważam, że hotel jest bezpieczny. Bardzo przepraszam. Jak mówiłem, byłem zdez...

- Vypněte alarm! - krzyknął menedżer do ochroniarza, a ten natychmiast puścił Langdona. Profesor niepewnie zachwiał się na nogach.

Ochroniarz wyjął krótkofalówkę i wydał kilka szorstkich poleceń. Menedżer wybrał jakiś numer w swoim telefonie komórkowym.

W ciągu kilku sekund alarm ucichł, rozległy się za to syreny nadjeżdżających radiowozów i karetek. Menedżer zamknął oczy, wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił powietrze między wydętymi wargami. Potem otworzył oczy i spokojnie strzepnął płatki śniegu ze swojej ciemnej marynarki.

- Profesorze Langdon - wyszeptał przez zaciśnięte zęby. - Muszę przyjąć funkcjonariuszy. Mój ochroniarz odprowadzi pana do pańskiego apartamentu. Proszę nigdzie nie wychodzić. Funkcjonariusz będzie chciał z panem porozmawiać.

Langdon skinął głową.

Menedżer odszedł szybkim krokiem, ochroniarz zaś przeprowadził Langdona przez wejście dla personelu do tylnych schodów. Buty profesora pluskały przy każdym kroku, gdy z pomocą swojego towarzysza wspinał się na piętro. Apartament wyglądał tak, jak Langdon go zostawił: otwarte drzwi i zapalone światła.

- Zůstaňte tady - polecił ochroniarz.

Langdon nie znał czeskiego, ale mowa ciała mężczyzny była całkowicie jasna. Profesor potwierdził skinieniem głowy i wszedł do apartamentu, zamykając za sobą drzwi.

Okno wykuszowe, przez które wyskoczył, wciąż było otwarte, przez co powitalny bukiet już zaczynał więdnąć z zimna. Czerwone, białe i niebieskie tulipany przysłała dla Katherine ambasador, żeby uczcić nadchodzący wykład. Zapewne dlatego dobrała kwiaty w kolorach flag amerykańskiej i czeskiej.

Zamknął okno z ponurym skojarzeniem, że praktykowanie defenestracji, czyli wyrzucania ludzi przez okno, wywołało zarówno wojny husyckie, jak i wojnę trzydziestoletnią. Na szczęście okno apartamentu znajdowało się znacznie niżej niż to na wieży Zamku Praskiego i chociaż Langdon narobił sporo zamieszania, to raczej wątpił, żeby jego zachowanie mogło zapoczątkować jakąkolwiek wojnę.

Muszę porozmawiać z Katherine i powiedzieć jej, co widziałem.

Nie przypominał sobie, żeby cokolwiek wcześniej zdezorientowało go tak bardzo jak incydent na Moście Karola. Przypuszczał, że mimo otwartości na zjawiska paranormalne Katherine też nie będzie potrafiła tego wyjaśnić.

W nadziei, że wysłała mu SMS, sięgnął do kieszeni wciąż kapiących spodni po telefon, ale już go tam nie było. Prawdopodobnie leżał gdzieś na dnie Wełtawy.

Kolejna fala zimna wstrząsnęła nim, gdy pośpiesznie przeszedł do sypialni, w której znajdował się telefon stacjonarny. Ale gdy sięgnął po słuchawkę, zobaczył na stoliku odręczną notkę.

Panika sprawiła, że nie zauważył jej wcześniej.

R.

Postanowiłam, że na spotkanie w laboratorium dr Gessner pójdę piechotą. Nie możesz być jedynym, który dziś rano jest aktywny fizycznie.

Wrócę przed dziesiątą. Nie wypij mojego smoothie :)

K.

Langdon odetchnął.

Katherine jest bezpieczna. To właśnie chciałem wiedzieć.

Uspokojony tą wiadomością poszedł prosto pod prysznic: odkręcił wodę i wszedł w ciepły strumień, nie zdjąwszy ubrań.

Rozdział 6

Eter przeminął i Golem leżał nago na macie konopnej.

Kulminację tej podróży, jak zawsze, stanowiła fala euforii i towarzyszące jej przemożne poczucie łączności ze wszystkimi bytami. Eter przeżywało się zawsze jak niezwiązany z seksem orgazm, to była szczytowa fala mistycznej rozkoszy otwierająca wrota, za którymi rzeczywistość widać taką, jaka jest naprawdę.

Tego rodzaju mistyczne podróże są zwykle dyskredytowane jako urojenia, ale ci, którzy widzieli Prawdę, nie mieli czasu ani ochoty na małostkowość. Moderniści wciąż nie potrafili zaakceptować jej takiej, jaką starożytni rozumieli intuicyjnie: ludzkie ciało to zaledwie tymczasowe naczynie, w którym człowiek gromadzi ziemskie doświadczenia.

Golem wyjął z ust perforowany knebel, podniósł się i przez chwilę stał samotnie w swojej świątyni. W ciemności podszedł do ściany naprzeciwko drzwi i uklęknął na poduszce przed sanktuarium, które tam stworzył.

Po omacku znalazł pudełko, potarł zapałką o draskę i zapalił świece wotywne, które umieścił na stoliku wśród suszonych kwiatów.

Migocący płomień rósł, z ciemności wyłaniała się fotografia na ścianie.

Uśmiechnął się z miłością do kobiecej twarzy.

Nie znasz mnie, ale jestem tutaj, żeby cię zbawić ode złego.

Zagrażały jej potężne siły ciemności o ogromnych możliwościach, a ona była wobec nich bardziej bezbronna niż kiedykolwiek wcześniej.

Bo znalazła miłość.

W każdym razie tak jej się wydaje.

Golemowi niedobrze się robiło na myśl, że ta, którą chroni, miałaby oddać swoje ciało komuś, kto na to nie zasługuje.

On cię nie rozumie tak dobrze jak ja.

Nikt cię tak nie rozumie.

Czasem, gdy leżała w łóżku przytulona do swojego nowego kochanka tutaj w Pradze, Golem pozwalał sobie patrzeć. Jako gość w jej umyśle, milczący obserwator, który tak bardzo chciał krzyknąć jej do ucha: "On nie jest tym, na kogo wygląda!".

Ale się nie odzywał. Pozostawał milczącą myślą w mroku.

Ona nie może się dowiedzieć, że tu jestem.

Rozdział 7

Największy wydawca książek na świecie, Penguin Random House, co roku publikuje prawie dwadzieścia tysięcy tytułów, osiągając roczny dochód brutto na poziomie pięciu miliardów dolarów. Jego amerykańska siedziba mieści się na Broadwayu w środkowym Manhattanie, gdzie zajmuje dwadzieścia cztery piętra lśniącego szarego wieżowca znanego jako Random House Tower.

W nocy pomieszczenia wydawnictwa były puste. O północy nawet ekipy sprzątające skończyły już pracę, ale w narożnym gabinecie na dwudziestej trzeciej kondygnacji paliła się jedna lampa.

Redaktor Jonas Faukman był raczej sową niż skowronkiem. Mimo pięćdziesięciu pięciu lat tryskał energią nastolatka, codziennie biegał w Central Parku, a do pracy wkładał jeansy i sneakersy.

Faukman uwielbiał niczym niezmąconą ciszę tych późnych godzin. Z komplikacjami wątków i zawiłościami prozy lubił się zmagać w samotności, zapisując całe strony szczegółowych uwag dla swoich autorów. Teraz jednak biurko było czyste, bo postanowił poświęcić noc na coś, co lubił najbardziej na świecie: zamierzał czytać manuskrypt dopiero co złożony przez debiutującą pisarkę.

Potencjał do odkrycia.

Większość tytułów pojawia się i znika bez śladu, ale kilku wybranym udaje się zawładnąć umysłami czytelników i te stają się bestsellerami. Faukman wiązał duże nadzieje z tekstem, do którego właśnie zasiadał. Czekał na niego od kilku miesięcy. Odważne rozważania na temat świadomości ludzkiej wyszły spod ręki doktor Katherine Solomon, wybitnej badaczki poznania noetycznego.

Nieco ponad rok temu bliski znajomy Faukmana Robert Langdon przywiózł Katherine do Nowego Jorku, żeby przy lunchu porozmawiać o jej pomyśle na książkę. Prezentacja kobiety była wręcz oszałamiająca. W swojej karierze Faukman nie spotkał się z ciekawszą propozycją tekstu niebeletrystycznego. Potrzebował zaledwie kilku dni, żeby zgarnąć ofertę z rynku, proponując doktor Solomon lukratywną umowę wydawniczą.

Przez ostatnie dwanaście miesięcy Katherine pracowała w całkowitej tajemnicy, a tego popołudnia zadzwoniła z Pragi, aby go poinformować, że wprowadziła do tekstu ostatnie poprawki i wysyła mu całość do przeczytania. Zapewne to Langdon ją przekonał, że pora skończyć z tymi poprawkami i zapoznać się z opinią redaktora, ale cokolwiek było katalizatorem tej decyzji, jedno Faukman wiedział na pewno: jeśli manuskrypt Katherine Solomon okaże się choć w połowie tak fascynujący jak prezentacja sprzed roku, to tę książkę będzie mógł zaliczyć do najważniejszych przedsięwzięć w swojej karierze.

Pouczająca, zdumiewająca, uniwersalna w swoim przesłaniu.

Dążenie do zrozumienia ludzkiej świadomości i ludzkiego poznania szybko stawało się nowym Świętym Graalem świata nauki. Faukman wyczuwał, że Katherine Solomon mogła zostać pionierką poszukiwań w tej dziedzinie. Jeśli jej teoria okaże się słuszna, to będzie znaczyło, że ludzki umysł jest czymś zupełnie innym, niż wszyscy sobie wyobrażali. Nowa prawda całkowicie odmieniłaby postrzeganie człowieczeństwa, życia, a nawet śmierci.

Zastanawiał się, czy właśnie przyszło mu redagować dzieło, które pewnego dnia urośnie do rangi tych zmieniających paradygmat myślenia o świecie tak jak O pochodzeniu gatunków czy Krótka historia czasu.

Przyhamuj, Jonasie! - napomniał się w duchu. Jeszcze nawet nie widziałeś tekstu.

Głośne pukanie do drzwi wyrwało go z tych rozmyślań. Obrócił się na krześle zaskoczony wizytą w środku nocy.

- Pan Faukman? - W drzwiach stał młody, nieznajomy mężczyzna.

- Tak, z kim mam przyjemność?

- Przepraszam, że pana wystraszyłem - odrzekł młody człowiek, podnosząc laminowany identyfikator pracownika wydawnictwa. - Jestem Alex Conan z działu zabezpieczenia danych. Pracuję głównie w nocy, kiedy maleje ruch w sieci firmowej.

Bujna blond czupryna i T-shirt z logo pizzerii Papagayo sprawiały, że chłopak wyglądał raczej jak surfer niż pracownik techniczny.

- Jak mogę ci pomóc, Alex?

- Och, to zapewne fałszywy alarm, ale nasz system właśnie oflagował jedną akcesję danych.

Akcesję do danych, jeśli już - pomyślał Faukman i po raz kolejny zadał sobie pytanie, kiedy świat w końcu zrozumie, że akcesja jest do czegoś, a nie czegoś.

- Jestem pewien, że to nic takiego - kontynuował informatyk. - Zmartwiłem się, bo niezweryfikowany użytkownik zdarza się u nas bardzo rzadko. Jednak skoro widzę, że jest pan na miejscu przy swoim komputerze, to chyba wszystko w porządku. To pewnie jakaś usterka na pańskim koncie.

- Ale ja nie jestem zalogowany - powiedział Faukman, wskazując na monitor. - Nawet nie włączyłem jeszcze komputera.

Oczy Alexa lekko się rozszerzyły.

- Aha...

Faukman wyczuł jego niepokój.

- Czy ktoś inny korzysta z mojego konta?

- Nie, nie - zaprzeczył informatyk. - W każdym razie już nie. Ktokolwiek to był, szybko się wylogował, ale to musiał być ktoś, kto ogarnia temat, bo mamy zapory sieciowe klasy wojsko...

- Zaraz - przerwał mu Faukman. - Do czego dokładnie ten ktoś miał dostęp? - Odwrócił się na krześle twarzą do biurka i włączył komputer. Na tym cholernym serwerze jest całe moje zawodowe życie!

- Ktoś zhakował jeden z katalogów w pańskim ZSPW.

Faukman zamarł. Nie taką odpowiedź chciałem usłyszeć.

ZSPW, czyli zabezpieczone środowisko pracy wirtualnej, pojawiło się w wydawnictwie stosunkowo niedawno. Wzrost liczby pirackich wydań ukradzionych manuskryptów sprawił, że część redaktorów zaczęła namawiać najbardziej poczytnych autorów, żeby pracowali wyłącznie na serwerach Penguin Random House, ponieważ zapewniają one dodatkową warstwę ochronną. W rezultacie najcenniejsze teksty były tworzone, redagowane i zapisywane za firewallem na szyfrowanym serwerze w Random House Tower redundantnie dublowanym na zapasowym serwerze w Marylandzie. I nigdzie indziej.

Poprosiłem Katherine Solomon, żeby korzystała z ZSPW - pomyślał Faukman z niepokojem.

Uznawszy, że propozycja Katherine to potencjalny bestseller, Faukman przekonał ją, że powinna ściśle stosować się do procedur bezpieczeństwa. Zgodziła się chętnie, wręcz spodobał jej się pomysł, żeby z dowolnego miejsca na świecie logować się do pracy nad tekstem, w dodatku ze świadomością, że wszystkie materiały znajdują się w jednym miejscu i są automatycznie zapisywane wraz z kopią zapasową.

Większość autorów reagowała w taki sam sposób, choć z jednym zastrzeżeniem. Chodziło o prywatność. Żaden z nich nie chciał, żeby jakaś niecierpliwa osoba z redakcji monitorowała postępy manuskryptu, zanim on nie uzna, że jest gotowy, aby go pokazać. Dlatego każdy współpracownik korzystający z tej przestrzeni roboczej na serwerze wydawnictwa zabezpieczał swoją pracę sobie tylko znanym hasłem, kodem dostępu, aż do dnia, w którym postanowi oddać tekst.

W przypadku Katherine ten dzień był dzisiaj - pomyślał Faukman.

Gdy zadzwoniła z Pragi, z lekkim zdenerwowaniem przekazała Faukmanowi kod dostępu, żeby mógł zacząć czytać i redagować. Faukman natychmiast oczyścił biurko z wszelkich papierów, by zacząć lekturę, którą planował skończyć przez weekend. Teraz jednak ten długo wyczekiwany moment został zakłócony przez dzieciaka w T-shircie, który przyniósł niepokojące wieści z działu IT.

- Który folder został zhakowany? - zapytał Faukman, czując narastającą suchość w ustach. - Która książka?

Dzieciak wyjął z kieszeni skrawek papieru i zaczął go rozkładać.

- Chyba jakaś techniczna, bo tak mi się skojarzyło...

Faukman trochę się ożywił, widząc promyk nadziei.

- No właśnie, SBT. Jak System Badań Technicznych.

Redaktor próbował walczyć z ogarniającą go paniką.

Oddychaj, Jonas! Oddychaj!

Książka nie miała nic wspólnego z badaniami technicznymi. Skrót oznaczał: Solomon Bez Tytułu.

Rozdział 8

Napawając się ciepłem wody z dysz natryskowych hotelowego prysznica, Robert Langdon zamknął oczy i wdychał gorącą parę. Z mokrych ubrań zdołał się wyplątać, ale wciąż nie mógł się pozbyć gonitwy myśli po wydarzeniach tego poranka.

Przez chwilę chciał zadzwonić do Katherine i powiedzieć jej, co się stało, choć wiedział, że przerwałby jej tym zwiedzanie laboratorium doktor Gessner, ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu. To nie jest rozmowa na telefon, lepiej poczekam, aż wróci, i odbędziemy ją twarzą w twarz. Nawet teraz, gdy organizm stopniowo się rozgrzewał i Langdon znów mógł myśleć klarownie, nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia dla upiornej zjawy, którą widział na Moście Karola. Ani dla swojego zachowania.

W sytuacjach stresowych zazwyczaj działał rozważnie, ale tego ranka wpadł w panikę, ogarnął go dziwny, instynktowny strach, który zagłuszył racjonalne myślenie. Kobieta na moście, zapach śmierci, włócznia, złowieszcze bicie dzwonów. Upiorny ciąg zdarzeń nie dawał mu spokoju.

Jak to się mogło stać?

Langdon wrócił myślami do wydarzeń ostatniej nocy. Zaledwie pięć godzin wcześniej Katherine obudziła się z koszmarnego snu, głośno krzycząc jego imię. Uspokajał ją, gdy w panice opowiadała mu straszliwą wizję.

To było przerażające, Robercie, przerażające. W nogach naszego łóżka stała mroczna zjawa. Była ubrana na czarno, na głowie miała promienistą koronę, a w ręku srebrną włócznię. I cuchnęła jak rozkładające się zwłoki. Krzyczałam, ale ciebie nigdzie nie było. Wtedy kobieta syknęła do mnie: "Robert nie zdoła cię ocalić. Umrzesz". Chwilę później zobaczyłam błysk i rozległ się ogłuszający huk. Hotel stanął w ogniu. Czułam, jak płonę.

Sen Katherine był naprawdę makabryczny, ale jego treść wydała się Langdonowi sensowna. Motyw promienistej korony odegrał istotną rolę w jej wieczornym wykładzie; srebrna włócznia była tematem rozmowy przy kieliszku podczas wieczornego spotkania z doktor Brigitą Gessner; zapach siarki mógł się zapisać w pamięci Katherine przy gorących źródłach w Karlowych Warach, które odwiedzili wcześniej; z kolei wybuch w hotelu niewątpliwie wiązał się z atakami bombowymi w Azji Południowo-Wschodniej, które wczoraj pokazała telewizja.

Uspokajał Katherine, przypominając, że absynt to silny halucynogen, a powodem jej emocjonalnego napięcia była też świadomość, że lada chwila redaktor przeczyta manuskrypt jej książki. Dobrze wiem, jakie to nerwy - pomyślał Langdon - i wcale ci się nie dziwię, że nie mogłaś spokojnie spać.

Einstein powiedział kiedyś, że przypadek to Bóg przechadzający się incognito.

To, co widziałem, nie było przypadkiem - upierało się wewnętrzne przekonanie Langdona. To była statystyczna niemożliwość.

Albo Katherine przewidziała przyszłość, albo przyszłość zareagowała na jej sen. Każda z tych możliwości przyprawiała Langdona o konsternację.

Jeszcze bardziej niesamowity był fakt, że w swoim wykładzie Katherine wspomniała o tym zjawisku.

Prekognicja.

Zdolność wyczuwania albo przewidywania zdarzeń, zanim nastąpią.

W Sali Władysławowskiej Katherine referowała najsłynniejsze przypadki prekognicji, włącznie z proroczymi snami Carla Junga, Marka Twaina i Joanny d'Arc. Przypomniała, że trzy dni przed zamachem na jego życie Abraham Lincoln opowiedział swojemu ochroniarzowi Wardowi Hillowi Lamonowi, że śniły mu się przykryte zwłoki pilnowane przez żołnierza, który oznajmił: "Prezydent zginął z ręki zamachowca".

Na koniec Katherine zostawiła najdziwniejszy przypadek ze wszystkich. W 1898 roku amerykański pisarz Morgan Robertson opublikował powieść Futility, w której opisał historię ze swojego koszmarnego snu: niezatapialny liniowiec o nazwie Titan uderza w górę lodową podczas jednego z pierwszych rejsów przez Ocean Atlantycki. Niewiarygodne, ale powieść ukazała się drukiem czternaście lat przed katastrofą Titanica i do dziś nie wyjaśniono zbieżności konstrukcji, tras i zatonięcia obydwu statków.

- Wiem, że są wśród państwa sceptycy - zakończyła Katherine, posyłając Langdonowi rozbawione spojrzenie. - Pomyślałam więc, że przedstawię wyniki pewnego eksperymentu, który wiele lat temu wymyślił i przeprowadził mój kolega z Instytutu Noetyki. Od tamtej pory eksperyment powtórzyło wiele laboratoriów na całym świecie. Oto jego przebieg.

Katherine skierowała pilota za siebie i na ekranie wyświetliło się zdjęcie ciemnego pomieszczenia, w którym mężczyzna podłączony do monitora fal mózgowych siedzi przed niewielkim ekranem.

- Kontrolując aktywność mózgową, pokazujemy uczestnikowi eksperymentu przypadkowe ciągi obrazów należących do jednej z trzech kategorii: drastyczna przemoc, niezmącony spokój lub treści o charakterze seksualnym. Ponieważ każda z tych kategorii aktywuje inną część mózgu, w czasie rzeczywistym możemy obserwować, jak świadomość uczestnika eksperymentu rejestruje dany widok.

Zmieniła slajd i na ekranie wyświetlił się zapis fal mózgowych, na którym wierzchołki wykresu oznaczono różnymi kolorami w zależności od kategorii obrazów pokazywanych badanemu.

- Jak można było oczekiwać, odpowiednie dla każdego obrazu części mózgu uaktywniają się po wyświetleniu wizerunku. Czy zasada działania jest dla państwa zrozumiała?

Publiczność przytaknęła.

- Doskonale. - Katherine powiększyła poziomą oś wykresu. - Widzimy tu wyjątkowo dokładny zapis czasu, w którym komputer pokazał losowo wybrany obraz, a mózg na ten obraz zareagował.

Langdon się zastanawiał, dokąd to ma prowadzić.

- Jeśli powiększymy wykres jeszcze bardziej - kontynuowała Katherine, pokazując kolejne zbliżenia - dojdziemy do poziomu milisekund i tutaj właśnie napotkamy duży problem.

Nie powiedziała nic więcej, ale niemal natychmiast wśród publiczności rozległy się zdumione pomruki. Langdon też był zaskoczony, bo wykres pokazywał, że mózg reagował, zanim obraz został wyświetlony.

- Wyraźnie widać, że ten mężczyzna rejestruje widok o wiele za wcześnie. Odpowiedni obszar jego mózgu podejmuje aktywność całe czterysta milisekund przed wyświetleniem obrazu. W jakiś sposób jego świadomość wie, co za chwilę się ukaże. - Uśmiechnęła się. - I nie jest to najbardziej zdumiewający wynik tego eksperymentu.

Olbrzymia sala ucichła.

- Okazuje się, że mózg reaguje nie tylko, zanim dany obraz zostanie wyświetlony, lecz także zanim generator liczb losowych zadecyduje, który pokazać. Jakby mózg nie tyle przewidywał rzeczywistość, co ją tworzył.

Jak wszyscy wokół niego Langdon był zaszokowany. Wiedział oczywiście, że taka koncepcja - przekonanie o zdolności ludzkiej myśli do tworzenia rzeczywistości - jest ważną częścią nauczania większości głównych religii.

Budda: Myślami tworzymy świat.

Jezus: Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam.

Hinduizm: Masz moc Boga.

Ta sama koncepcja znalazła też odzwierciedlenie w tekstach współczesnych myślicieli progresywnych. Guru biznesu Robin Sharma przekonuje, że "Wszystko powstaje dwa razy: najpierw w umyśle, później w rzeczywistości", a jeden z najsłynniejszych cytatów z Pabla Picassa brzmi: "Wszystko, co możesz sobie wyobrazić, jest prawdziwe".

Pukanie do drzwi zaskoczyło Langdona i Sala Władysławowska zniknęła z jego umysłu. Znów stał pod prysznicem i słyszał, jak ktoś wchodzi do łazienki. Przez półprzezroczystą szybę kabiny zobaczył poruszającą się sylwetkę i odetchnął z ulgą. Wróciła wcześniej. Całe szczęście! Katherine zapewne dowiedziała się o incydencie w hotelu i postanowiła przyjechać jak najszybciej.

- Właśnie skończyłem - krzyknął Langdon i zakręcił wodę, pomijając tradycyjne opłukanie się lodowatym strumieniem. Miałem dziś dość zimnej kąpieli jak na jeden poranek. Chwycił ręcznik wiszący po wewnętrznej stronie drzwi kabiny i owinął go wokół bioder, zanim wyszedł.

- Dobrze, że wróciłaś...

Urwał w pół zdania.

Katherine nie wróciła. Stał twarzą w twarz z kościstym mężczyzną w skórzanej marynarce.

- Kim pan jest, do cholery? - zapytał Langdon. I jak pan tu wszedł?!

Intruz zrobił poważną minę i przysunął się do profesora o kilka centymetrów.

- Pan Robert Langdon? - zapytał z wyraźnym czeskim akcentem. - Dzień dobry. Kapitan Janáček, Úřad pro zahraniční styky a informace. Pozwoliłem sobie zabezpieczyć pański paszport. Leżał w sypialni. Ufam, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu.

Zabrałeś mi paszport? Stojąc przed tym dziwnym człowiekiem tylko w ręczniku na biodrach, Langdon poczuł się nagi.

- Przepraszam, ale kim pan jest?

Mężczyzna pokazał legitymację, ale w zaparowanym pomieszczeniu Langdon niewiele zobaczył oprócz odważnego emblematu - lwa stojącego na tylnych łapach. Wspięty lew? Ten symbol występuje bardzo często i tak się złożyło, że widniał także w herbie szkoły średniej Langdona, chociaż profesor był całkiem pewien, że ten facet nie ma nic wspólnego z Phillips Exeter Academy.

- Jestem funkcjonariuszem ÚZSI - odpowiedział intruz szorstko. - To czeska służba wywiadowcza.

Nie wyglądasz na agenta wywiadu - pomyślał Langdon. Mężczyzna miał przekrwione i załzawione oczy, a jego koszula pod skórzaną marynarką była mocno pomięta.

- Powiem to tylko raz, panie Langdon. - Czeski funkcjonariusz podszedł do niego jeszcze trochę bliżej, jakby chciał zademonstrować, że przekracza jakąś niewidzialną granicę między nimi. - Właśnie spowodował pan ewakuację pięciogwiazdkowego hotelu. Albo przekonująco wytłumaczy pan swoje działanie, albo natychmiast pana aresztuję.

Langdon na chwilę zaniemówił.

- Ja... bardzo mi przykro - wyjąkał. - Trudno to wytłumaczyć, panie kapitanie. Popełniłem błąd.

- Tu się zgodzę - odparował funkcjonariusz z pokerową twarzą. - Popełnił pan, i to duży. Dlaczego włączył pan alarm?

Langdon uznał, że najlepiej powiedzieć prawdę.

- Myślałem, że nastąpi eksplozja.

Jedyną reakcją funkcjonariusza było lekkie uniesienie krzaczastych brwi.

- Ciekawe. A co miałoby tę eksplozję spowodować?

- Nie wiem... Może bomba?

- Rozumiem, bomba. Czyli obawiał się pan, że w tym hotelu jest bomba, a mimo to pobiegł pan w głąb budynku, a potem na piętro do tego apartamentu?

- Żeby ostrzec moją... moją przyjaciółkę.

Mężczyzna wyjął z kieszeni notatnik i odczytał:

- Pańska przyjaciółka to Katherine Solomon, czy tak?

Langdon poczuł chłód, słysząc imię Katherine padające z ust czeskiego oficera wywiadu. Z każdą chwilą sytuacja robiła się poważniejsza.

- Właśnie tak. Ale jej już tutaj nie było.

- Rozumiem, rozumiem. Czyli dowiedział się pan, że pańska przyjaciółka jest bezpieczna, po czym wyskoczył pan przez okno, ryzykując utonięcie w lodowatej rzece?

Langdon musiał przyznać, że to postępowanie zaskoczyło nawet jego.

- Wpadłem w panikę. Nagle rozbrzmiał dzwon kościelny... Ten dźwięk wydał mi się złowieszczy.

- Złowieszczy? - Funkcjonariusz zrobił obrażoną minę. - To się nazywa Anioł Pański, panie profesorze. O tej porze dzwony kościelne wzywają do porannej modlitwy. Zdaje się, że powinien pan to wiedzieć.

- Tak, oczywiście, ale nie myślałem jasno. Przez ten dzwon poczułem się, jakbym... Nie wiem... Jakbym nie miał już czasu. Wcześniej na dole widziałem policjantów.

- Jakby pan nie miał czasu? Więc pańska bomba miała wybuchnąć o konkretnej godzinie? Na przykład o siódmej?

To nie była moja bomba! Langdon z trudem zachowywał spokój.

- Nie, po prostu byłem zdezorientowany i zareagowałem instynktownie. Oczywiście pokryję koszty, jeśli...

- Nie ma takiej potrzeby, proszę pana - stwierdził mężczyzna nieco łagodniejszym tonem. - Ludzie tracą czasem orientację. To nie problem. Próbuję tylko zrozumieć, dlaczego pan się obawiał eksplozji. Skąd miał pan taką informację?

Nie mogę mu powiedzieć! - Langdon wiedział, że prawda zabrzmi nieprzekonująco, wręcz nie do uwierzenia. Szczere zeznanie mogłoby się obrócić przeciwko niemu. Ten facet nigdy mi nie uwierzy. Nagle Langdon poczuł, że przydałby mu się prawnik.

- Panie profesorze? - naciskał funkcjonariusz.

Langdon przestępował z nogi na nogę, podtrzymując ręcznik wokół bioder.

- Już powiedziałem, nie myślałem jasno. Miałem złe informacje.

Kapitan zmrużył oczy, po czym podszedł jeszcze krok bliżej i oznajmił ściszonym głosem:

- Nie na tym polega problem, panie profesorze, ale na tym, że pańskie informacje były dobre. Bardzo dobre.

- Nie rozumiem.

Czech świdrował go wzrokiem.

- Czyżby?

Langdon przecząco poruszył głową.

- Bo widzi pan - kontynuował kapitan lodowatym tonem - wcześnie rano moi ludzie znaleźli i rozbroili podłożoną w hotelu bombę z detonatorem czasowym. Był nastawiony dokładnie na siódmą.

Rozdział 9

W migotliwym świetle Golem raz jeszcze spojrzał na fotografię. Potem zdmuchnął świece i wyszedł ze swojej świątyni.

Odrodziłem się.

Skąpany w efemerycznym blasku swojego mieszkania, przeszedł do garderoby. Peleryna z kapturem i buty na koturnach leżały na podłodze tam, gdzie w pośpiechu je rzucił, żeby odbyć Eter - podróż, w którą zawsze udawał się bez ubrań, bez ozdób i bez jakiegokolwiek światła.

Starannie umieścił na wieszaku swój kostium, uprzednio pozbywszy się grudek gliny, które przylgnęły do materiału w okolicach kołnierza. Turystów często zaskakiwał jego wygląd, ale miejscowi ledwie go zauważali. Praga to miasto sztuki i fantazji, w którym amatorzy nocnych zabaw często paradują przebrani za bohaterów lokalnych legend - słynne duchy, wiedźmy, tragicznych kochanków, zamęczonych świętych... i za wielkiego glinianego brzydala.

Najstarszą legendę Pragi.

Mistycznego strażnika - zupełnie jak ja.

Opowieść o potworze z gliny Golem znał na pamięć, bo była to jego historia: tchnięty w fizyczną formę opiekuńczy duch, któremu kazano poświęcić własną wygodę i spokój, by wziąć na siebie cierpienie innych.

Według szesnastowiecznej legendy potężny rabin nazwiskiem Jehuda Loew wykopał mokrą glinę z brzegu Wełtawy i ulepił z niej potwora, który miał ochronić jego ludzi. Wykorzystując kabalistyczne zaklęcia, rabin wyrył na glinianym czole hebrajskie słowo i gliniane ciało obudziło się do życia wypełnione duszą z innego świata.

Słowo na czole brzmiało - emet. Prawda.

Tak stworzonego olbrzyma rabin nazwał "Golemem", co po hebrajsku znaczy "bezkształtna materia", i określenie to miało się odnosić do gliny, z której został ulepiony. Po ożywieniu Golem patrolował ulice dzielnicy żydowskiej, by chronić tych, którym coś groziło, zabijać tych, którzy czynili zło, i dbać o bezpieczeństwo społeczności.

Tutaj jednak legenda przybrała mroczne tony. Przez własną przemoc Golem był coraz bardziej samotny i zdezorientowany, aż wreszcie zwrócił się przeciwko temu, kto go stworzył. Rabin ledwie przeżył atak olbrzyma. W desperacji podniósł rękę i zmazał jedną z hebrajskich liter na jego czole.

Usuwając literę alef, , rabin przekształcił hebrajskie słowo emet w coś znacznie bardziej mrocznego: met.

stało się .

Prawda zamieniła się w śmierć.

Potwór padł na ziemię bez życia.

Rabin wolał jednak nie ryzykować. Pośpiesznie rozczłonkował gliniane ciało i ukrył na strychu Synagogi Staronowej w Pradze - szczątki leżą ponoć do dziś w miejscu z widokiem na cmentarz, na którym spoczął rabin Loew.

Właśnie tam zaczęła się moja podróż - pomyślał Golem, zerkając na swój kostium wiszący teraz smętnie na wieszaku. Jestem Golemem. Kolejnym wcieleniem w cyklu dusz.

On też został powołany do życia jako opiekun, strażnik kobiety, której zdjęcie umieścił na ścianie w swojej świątyni. Ale ona nie miała pojęcia o tym, co dla niej zrobił. A przede wszystkim o tym, co zamierzam dla niej zrobić.

Zabił już Brigitę Gessner, najbardziej podstępną wśród tych, którzy jego podopieczną zdradzili. Wciąż słyszał echo przerażonych słów, którymi przyznała się do tego, co robi wraz ze swoimi wspólnikami.

Niektórzy z tych zdrajców byli tu, w Pradze, w zasięgu ręki Golema. Inni znajdowali się tysiące kilometrów stąd - wpływowi decydenci, którzy zawsze pozostają w cieniu.

Nie spocznę, dopóki wszyscy nie poniosą kary.

Golem znał tylko jeden sposób, by im tę karę wymierzyć.

Zniszczę wszystko, co stworzyli.

Rozdział 10

Rozbroili bombę?

Robert Langdon pośpiesznie ubierał się w hotelowej sypialni. Jego myśli wirowały bezładnie. Nie mógł uwierzyć, że tego ranka udaremniono zamach bombowy, nie mówiąc już o incydencie z kobietą na moście.

Chwilę wcześniej poprosił o ponowne pokazanie mu legitymacji służbowej, na co czeski funkcjonariusz niechętnie się zgodził. Dokument potwierdzał, że mężczyzna nazywa się Oldřich Janáček, ma sześćdziesiąt jeden lat i jest kapitanem ÚZSI. Funkcjonariusz wyjaśnił, że skrót powstał z pierwszych liter wyrazów tworzących nazwę Úřad pro zahraniční styky a informace, czyli Urząd do spraw Kontaktów Zagranicznych i Wywiadu, a wymawia się go tak samo jak nazwę pistoletu maszynowego uzi.

Oprócz stojącego na tylnych łapach lwa logo ÚZSI zawierało łacińską maksymę: Sine ira et studio, która znaczy: "Bez gniewu i uprzedzeń". W zachowaniu kapitana Janačka było jednak i jedno, i drugie.

Przez ostatnie trzy minuty funkcjonariusz tkwił w drzwiach sypialni Langdona. Spierał się o coś po czesku przez telefon, ale nie przestawał obserwować profesora.

Czy on myśli, że ucieknę?

Langdon skończył się ubierać. W grubych chinosach, golfie i mięsistym norweskim swetrze wreszcie było mu ciepło. Wziął z szafki przy łóżku zegarek z Myszką Miki i zapiął na nadgarstku. Coś mu mówiło, że dzisiaj będzie potrzebował beztroski jej wizerunku.

- Ne! - wrzasnął do telefonu rozzłoszczony Janáček. - Tady velím já!

Rozłączył się i odwrócił do Langdona.

- To pański chůva. Już idzie na górę.

Mój chůva? Langdon nie miał pojęcia, co znaczy to słowo, ale Janáček ewidentnie nie był zadowolony z tej wizyty.

Tyczkowaty kapitan nieco się pochylał do przodu, przez co sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał upaść na twarz. Langdon poszedł za nim do salonu, gdzie Janáček rozgościł się jak u siebie w domu. Zapalił gazowy kominek, opadł na skórzany klubowy fotel i skrzyżował swoje patykowate nogi.

Gdy rozsiadł się wygodnie, ktoś zadzwonił do drzwi apartamentu.

Janáček wskazał na hol.

- Niech pan go wpuści.

Ciekawe, kim jest mój chůva - zastanawiał się Langdon po drodze do drzwi.

W progu stał przystojny, mniej więcej trzydziestopięcioletni czarnoskóry mężczyzna wzrostu Langdona - jakieś metr osiemdziesiąt osiem - z ogoloną głową, pogodnym uśmiechem i o klasycznych rysach twarzy. W nienagannie skrojonej niebieskiej marynarce, różowej koszuli i jedwabnym wzorzystym krawacie wyglądał raczej jak model niż ktoś, z kim kapitan Janáček kłóciłby się po czesku.

- Michael Harris - przedstawił się gość, wyciągając rękę. - To zaszczyt pana spotkać, panie profesorze. - Mówił z akcentem charakterystycznym dla Main Line, co sugerowało, że pochodzi z bogatych przedmieść Filadelfii.

- Dziękuję panu - odrzekł Langdon, ściskając dłoń gościa. Kimkolwiek pan jest.

- Przede wszystkich chciałbym pana przeprosić. Kapitan Janáček powinien był wezwać mnie albo kogokolwiek z mojego biura, zanim zaczął pana przesłuchiwać.

- Rozumiem - powiedział Langdon, chociaż nie rozumiał. - A pańskie biuro to...

Harris był wyraźnie zaskoczony.

- Nie powiedział panu?

- Nie. Stwierdził tylko, że jest pan moim chůva.

Harris zmarszczył brwi, ale nie wykonał żadnego gestu, który sugerowałby, że chce wejść do środka.

- Janáček postanowił się zabawić. Chůva znaczy niania. Jestem attaché prawnym w ambasadzie amerykańskiej. Będę pana wspierał.

Langdon z ulgą przyjął informację o pomocy prawnej. Liczył na to, że attaché nie zauważy, w jakim stanie jest przysłany przez ambasadę bukiet, który on zdążył już zabić.

- Moim zadaniem jest dopilnować, by przestrzegano pańskich praw jako Amerykanina za granicą - kontynuował attaché spokojnym głosem. - Z tego, co słyszałem, zostały one podeptane.

Langdon wzruszył ramionami.

- Kapitan Janáček był agresywny, ale w tych okolicznościach potrafię zrozumieć jego działania.

- To wspaniałomyślne z pańskiej strony. - Harris zniżył głos do szeptu. - Doradzam jednak powściągliwość w wyrozumiałości. Kapitan Janáček potrafi świetnie wykorzystywać uprzejmość i słabość, a zdaje się, że ta sytuacja jest... nietypowa.

Nawet nie masz pojęcia jak bardzo! - pomyślał Langdon, wciąż oszołomiony tym, co widział na moście.

- Jedna rada, jeśli można - dodał Harris. - Ten hotel oraz Most Karola są pod stałym nadzorem kamer monitoringu, co znaczy, że Janáček zna już każdy szczegół tego, co się wydarzyło. Dlatego musi pan mówić prawdę. Proszę nie kłamać.

- Harris! - głos Janáčka zadudnił w głębi apartamentu. - Čekám!

- Už jdeme! - odkrzyknął attaché perfekcyjną czeszczyzną i rzucił Langdonowi uspokajające spojrzenie. - Możemy?

Zastali Janáčka w fotelu przed kominkiem. Spokojnie zaciągnął się czeskim papierosem Petra, po czym wydmuchał dym.

No to skończył się apartament dla niepalących.

- Obydwaj siadać - zarządził Janáček, strząsając popiół do rośliny doniczkowej na podłodze. - Profesorze Langdon, zanim zaczniemy, chciałbym dostać pański telefon. - Wyciągnął patykowatą rękę.

- Nie, kapitanie - wtrącił się Harris. - Nie ma pan prawnych...

- Nie mam telefonu - przerwał mu Langdon. - Straciłem go w rzece.

- No tak, oczywiście - burknął Janáček, wypuszczając kłąb dymu. - Jakże dogodna dla pana okoliczność. Siadajcie.

Langdon i Harris zajęli miejsca naprzeciwko kapitana.

- Panie profesorze, zdaje się, że moje działania w tej sprawie wzbudzają w panu wątpliwości. Zapewne dziwi pana, że nie ewakuowałem hotelu natychmiast po znalezieniu bomby.

- Owszem, zaskoczyło mnie to, ale nie kwestionuję pańskiego...

- Panie Harris? - Funkcjonariusz odwrócił się do attaché, wciągając do płuc kolejną porcję dymu. - Może pan mógłby oświecić naszego profesora?

- Oczywiście - odrzekł Harris spokojnie. - Wątpliwości pana profesora są zrozumiałe. Nie jest moim zadaniem komentować działania operacyjne kapitana Janáčka, mogę jednak potwierdzić, że jego decyzje są zgodne ze strategią antyterrorystyczną. Nagłaśnianie zamachów, nawet jeśli zostały udaremnione, tylko ośmiela terrorystów. Należy więc, jeśli to możliwe, usunąć zagrożenie i udawać, że nic się nie stało, w ten sposób pozbawiając terrorystów uwagi opinii publicznej.

- Rozumiem. - Langdon zastanawiał się, ile zamachów terrorystycznych udaremnianych jest codziennie bez wiedzy opinii publicznej.

Janáček pochylił się w stronę Langdona, opierając łokcie na kolanach.

- Chciałby pan jeszcze o coś zapytać?

- Nie, panie kapitanie.

- Dobrze, możemy więc skupić się na moim pytaniu... bo mam tylko jedno. Niestety dotychczas nie chciał pan na nie odpowiedzieć. - Janáček zaciągnął się dymem i wyartykułował pytanie takim tonem, jakby się zwracał do dziecka: - Panie profesorze, skąd pan wiedział o bombie?

- To nie tak, że wiedziałem - odpowiedział Langdon. - Ja tylko...

- Wszczął pan alarm! - wybuchnął Janáček. - Coś więc pan wiedział! I proszę mi znowu nie mówić, że to skomplikowane. Doceniam, że jest pan znanym naukowcem, ale ja też dysponuję wiedzą i rozumem, potrafię więc pojąć pańskie komplikacje.

- Panie Langdon - spokojnym głosem odezwał się Harris. - To jest ta chwila. Niech pan po prostu powie prawdę.

Langdon wziął głęboki wdech. Pozostało mu tylko wierzyć, że cytowana w Ewangelii Świętego Jana obietnica wyzwolenia przez prawdę nie była rzucona na wiatr.

Rozdział 11

Redaktor Jonas Faukman raz za razem klikał przycisk myszki, jakby dzięki temu terminal mógł się uruchomić szybciej. Tylko dwojgu ludzi na świecie przyznano dostęp do bezpiecznej przestrzeni roboczej Katherine Solomon - samej Katherine i od tego popołudnia także Faukmanowi.

Jak ktoś z zewnątrz mógł się zalogować?

Faukmanowi robiło się niedobrze, gdy wyobrażał sobie, co mogło zostać przechwycone: całość badań naukowych Katherine, jej notatki i przede wszystkim sam manuskrypt. No, szybciej tam! - niecierpliwił się, czekając, aż jego komputer się uruchomi.

Zza jego pleców przyglądał się temu młody technik z działu zabezpieczenia danych, co raczej nie pomagało Faukmanowi uspokoić nerwów. Gdy komputer wreszcie ożył, redaktor znalazł właściwy folder i kliknął skrót do partycji o nazwie SBT - Solomon Bez Tytułu.

Kod dostępu zapisał na kartce, którą przechowywał bezpiecznie w szufladzie biurka, zanim jednak zdążył się odsunąć, żeby po nią sięgnąć, komputer wyemitował trzy krótkie dźwięki. Faukman spojrzał na monitor, spodziewając się, że zobaczy ekran logowania, zamiast tego jednak patrzył na jasnoczerwony komunikat o błędzie.

PARTYCJA NIE ZOSTAŁA ODNALEZIONA

- Co jest, do jasnej... - Faukman ponownie kliknął ikonę skrótu i znów rozległy się trzy krótkie piknięcia anonsujące ten sam komunikat systemu. Partycja nie została odnaleziona? Faukman odwrócił się na krześle przodem do Alexa. - Partycja zniknęła? - Jeszcze po południu była na serwerze, kiedy Faukman testował hasło. Co się wydarzyło?

Technik zrobił wielkie oczy. Przyklęknął obok Faukmana, po czym sięgnął po klawiaturę i mysz.

- Nie ma co panikować - oznajmił raczej spanikowanym głosem. - Po prostu sprawcy wyczyścili partycję, żeby zatrzeć swoje ślady.

- Wyczyścili?

- Tak. To znaczy, że usunęli zawartość.

- Dziękuję, znam znaczenie czasownika "czyścić". Chce pan powiedzieć, że ktoś usunął wszystkie materiały oraz teksty skojarzone z tym tytułem?

- Tak. Czyszczenie to powszechna praktyka hakowania. Utrudnia namierzenie hakerów. - Zaczął stukać w klawiaturę. - Ale proszę się nie martwić, nasze systemy są redundantne i pańskie dane wciąż istnieją na serwerze zapasowym poza siedzibą wydawnictwa. Lustrzana kopia partycji znajduje się na terenie naszego centrum dystrybucyjnego w Marylandzie. Właśnie się loguję, żeby ją odzyskać.

Ruszał palcami tak szybko, że nie sposób było za nimi nadążyć.

- Mam już dostęp do serwera zewnętrznego i zaczynam klonowanie...

Komputer znów trzy razy zapiszczał. Na wyświetlaczu pojawił się znajomy komunikat.

PARTYCJA NIE ZOSTAŁA ODNALEZIONA

Młody informatyk zrobił zdziwioną minę i powtórzył procedurę.

System znów nie odnalazł partycji.

- No nie... - jęknął chłopak.

Faukmanowi zrobiło się słabo. Partycja Katherine została usunięta z obydwu serwerów? Razem z manuskryptem i wszystkimi materiałami?

Alex Conan poderwał się na równe nogi i ruszył do drzwi.

- Muszę przejść do mojego komputera. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. To poważne naruszenie.

Naprawdę? Nigdy bym na to nie wpadł.

Faukman siedział odrętwiały przy swoim biurku, gdy odgłos kroków młodego informatyka zanikał w korytarzu.

- Potrzebuję tych plików, Alex! - krzyknął za nim. - Autorka powierzyła mi efekty swojej całorocznej pracy!

***

Chociaż w Londynie zapadła noc, Finch monitorował zmieniającą się sytuację.

Po pierwsze, Brigita Gessner. Najpierw przysłała mu naprawdę niepokojącą wiadomość o manuskrypcie Katherine Solomon, a potem jakby wyparowała. Całkowita cisza w eterze.

Po drugie, sama Katherine Solomon. Trzydzieści pięć minut wcześniej w Pradze zrobiła coś tak nieoczekiwanego, że Finch nie mógł tego zlekceważyć. Trzeba działać natychmiast!

Finch zastanawiał się, czy powinien powiadomić swojego przełożonego w USA, ale tam był środek nocy. Poza tym dostał wolną rękę i mógł podejmować wszystkie strategiczne decyzje. Zresztą jego szef wolał nie wiedzieć o etycznie wątpliwych operacjach, bo z większą wiarygodnością mógł się ich potem wypierać.

Operacjach takich jak ta - pomyślał Finch. Wiedział, że jego koledzy zawsze woleli nie wnikać, jakimi środkami osiągnął sukces.

Kiedy więc został poinformowany o działaniach Solomon, niemal natychmiast posłuchał swojego instynktu. Dał sygnał do startu, wysyłając podwładnym dwa wyrazy.

Wykonać natychmiast.

Rozkaz został potwierdzony przez jego agentów przebywających w Pradze i w Nowym Jorku.

Rozdział 12

- Czy tę kobietę pan widział? - Kapitan Janáček podniósł tablet. Na wyświetlaczu ziarnista stop-klatka nagrania monitoringu przedstawiała kobietę z czarnymi promieniami aureoli wokół głowy i włócznią w ręku.

Janáček i attaché Harris siedzieli naprzeciwko Langdona przed kominkiem.

- Tak, to ona - potwierdził Langdon, przypominając sobie swoją panikę.

- Z nagrań monitoringu miejskiego wynika, że był pan na moście, w połowie jego długości minął pan ją, a następnie zatrzymał się pan, żeby z nią porozmawiać. Potem nagle przybiegł pan tutaj i wszczął ewakuację hotelu. Co ta kobieta panu powiedziała?

- Nic - odparł Langdon. - Zignorowała mnie i poszła dalej.

- Nic nie powiedziała? - Janáček się roześmiał. - Skoro tak, to dlaczego wpadł pan w panikę?

Harris miał równie zdezorientowaną minę.

- Miała na głowie promienistą koronę i niosła włócznię - odpowiedział Langdon. - Wydzielała też bardzo silny zapach. - Natychmiast zdał sobie sprawę, jak dziwnie to zabrzmiało.

Kapitan uniósł brwi.

- Nie podobał się panu jej zapach, więc pan uciekł?

- To był zapach śmierci.

Janáček wpatrywał się w niego.

- Śmierci? A jak dokładnie pachnie śmierć?

- Nie wiem... rozkładem, siarką, gniciem... To skomplikowane...

- Profesorze Langdon! - warknął Janáček. - Skąd pan wiedział, że trzeba ewakuować ten budynek?

- Kapitanie - interweniował Harris. - Może pozwoli pan profesorowi Langdonowi wytłumaczyć, co ma na myśli?

Janáček stukał piórem o notatnik, nie odrywając wzroku od twarzy rozmówcy.

Langdon nabrał powietrza w płuca. No to lecimy.

- Wczoraj wieczorem moja koleżanka Katherine Solomon wygłosiła wykład na Zamku Praskim - zaczął rzeczowym tonem. - Po powrocie do hotelu wypiliśmy drinka w barze na dole. Towarzyszyła nam wybitna czeska specjalistka w dziedzinie neuronauki doktor Brigita Gessner, która była inicjatorką przyjazdu Katherine do Pragi. Doktor Gessner namawiała nas na kieliszek absyntu, Katherine się zgodziła i miała przez to niespokojną noc.

Janáček zapisał coś w notesie.

- Proszę kontynuować.

- Około pierwszej trzydzieści Katherine obudziła się w panice, bo dręczył ją senny koszmar. Była naprawdę przerażona. Przyprowadziłem ją do tego pokoju, posadziłem przy kominku, zrobiłem herbatę i pomogłem jej się uspokoić. Później, gdy doszła już do siebie, wróciliśmy do łóżka.

- To naprawdę miłe z pańskiej strony - burknął Janáček. - Ale w jaki dokładnie sposób wiąże się to z pańskim wyczynem podczas ewakuacji hotelu?

Langdon zamilkł, zastanawiając się, jak najlepiej to wyjaśnić. Po chwili zebrał się w sobie, przewidując ich reakcję, i powiedział prawdę.

- Koszmarny sen Katherine - zaczął najspokojniej, jak potrafił - kończył się tragiczną w skutkach eksplozją... w tym hotelu.

Langdon widział, że ani Janáček, ani Harris nie spodziewali się takiej odpowiedzi.

- Niewątpliwie niepokojące doświadczenie - stwierdził Harris cicho. - Ale co z kobietą na moście? Dlaczego zaczął pan biec, kiedy pana minęła?

Langdon westchnął i zaczął powoli mówić:

- Ponieważ w koszmarnym śnie Katherine przy jej łóżku, tutaj, w tym apartamencie, pojawiła się kobieta w czarnym stroju, która wyglądała dokładnie tak. - Wskazał na tablet. - Miała koronę z czarnymi promieniami, w ręku trzymała srebrną włócznię i cuchnęła śmiercią. Powiedziała, że Katherine umrze. - Zrobił pauzę. - A później w tym śnie nasz hotel wyleciał w powietrze. Eksplozja zabiła wszystkich.

- Hovadina! - rzucił poirytowany Janáček. - Gówno prawda! Nie wierzę w ani jedno słowo tej historyjki.