Rozdział pierwszy
Porwanie
Ciszę nocy rozdarło gwałtowne łomotanie w okiennicę.
"Ktoś, kto tak stuka (nie dostrzegając frędzli dzwonka), musi mieć pilną sprawę do załatwienia" - pomyślał Kajetan Chrumps, narzucając na siebie szlafrok w żółte piwonie.
- Czy mi się zdawało, czy ktoś pukał? - dobiegł go z góry senny głos Kota Makawitego.
- Nie mylisz się, mój drogi - odparł Chrumps. - Jest to osobnik niskiego wzrostu, z lekka utykający na lewą nogę, który kilka lat temu brał udział w Wielkich Zawodach Żeglarskich na Strumieniu, a obecnie zajmuje się swoją Biblioteką.
- Jak na to wpadłeś, Kajetanie? - zapytał zdumiony Kot.
- Po prostu usłyszałem głos Pućka - odparł skromnie Wielki Detektyw.
- Geniusz! Naprawdę geniusz! - mruczał Kot, drepcząc w przydeptanych pantoflach do drzwi wejściowych.
Była to ze wszech miar właściwa ocena przenikliwości i spostrzegawczości towarzysza.
Kajetan Chrumps i Kot Makawity - dwaj wybitni detektywi - zajmowali wspólnie piękną norkę z numerem 47.
Dawna niechęć (pochodząca z czasów, gdy Makawity wiódł życie przestępcy) zniknęła na korzyść wzajemnego braterstwa i dwaj przyjaciele rozwiązali już wspólnie wiele zagadek kryminalnych.
Wśród osób cieszących się poważaniem w Okolicy nad Strumieniem, obok Bromby i Glusia, Fikandra i Malwinki, Pućka i Starego Wróbla, z uznaniem wymieniano także tę dwójkę, dając ich za przykład wzorowych obywateli, nieustraszonych strażników ładu i praworządności.
Nic też dziwnego, że od wyrwania ich ze snu rozpoczęła się sprawa, którą, po długim i skomplikowanym śledztwie, zakończonym pełnym triumfem, zapisano w historii światowej kryminalistyki pod nazwą:
TAJEMNICA SZYFRU MARABUTA
I słusznie.
Puciek wpadł do norki cały zdyszany i zaczerwieniony od szybkiego biegu. Był zupełnie mokry, gdyż pędząc wśród traw, strząsał na siebie tysiące kropel zapowiadającej poranek rosy.
- Czy zastałem Kajetana Chrumpsa? - zapytał drżącym głosem. - Czy może mnie przyjąć?
- Zawsze do usług - odparł uprzejmie Kot. - Ale może chociaż się przebierzesz?
- Nie ma chwili do stracenia! - zawołał spazmatycznie Puciek, a spostrzegłszy wchodzącego do przedpokoju Kajetana Chrumpsa, pisnął:
- Gluś porwany!!!
I zemdlał.
- Trzeba go spryskać sokiem porzeczkowym - powiedział Kajetan. - To zazwyczaj daje dobre rezultaty.
Rzeczywiście! Puciek pokropiony sokiem, przebrany w zieloną kurtkę Chrumpsa, ułożony wygodnie w fotelu szybko dochodził do siebie.
Był on miłym i cenionym powszechnie działaczem społecznym. Kiedy kilka lat temu, podczas zawodów żeglarskich, nieszczęśliwy przypadek spowodował, że okulał na jedną łapkę - Puciek postanowił poświęcić się pracy dla dobra ogółu [Jego Biblioteka należała do największych i znajdowały się w niej unikaty takie, jak np. rękopis poematu Fikandra pt. Cień moich uszu przeklęty, Pciuchów teoria czasu Pudliszka Młodszego, Breweriarz Vicewersów, młodzieńcze piosenki Bromby, a nawet starożytne dzieło, spisane jeszcze pismem obrazkowym Bdziungwa skowana.].
Natomiast reżyser filmowy Gluś prawie codziennie odwiedzał norkę z okalającym drzwi, złoconym napisem: "Biblioteka", regularnie kompletując materiały do swoich kolejnych scenariuszy.
Puciek, dostrzegłszy, że Makawity zamierza stenografować, zaczął mówić:
- Gluś przyszedł jak zwykle po południu. Chwilę rozmawialiśmy...
- O czym? - zapytał Kot.
- O ostatnim filmie Glusia, zatytułowanym Fum - pechowiec. Miałem zaszczyt uczestniczyć w przedpremierowym pokazie i autor pytał mnie o zdanie. Film, oczywiście, bardzo mi się podobał, ale radziłem złagodzić pewne elementy... Gluś się zgodził ze mną...
- A co było potem? - trochę niecierpliwie spytał Kajetan.
- Potem Gluś usiadł przy stole w czytelni i przeglądał roczniki czasopisma (jeśli się nie mylę: "Sztandaru Amatora"), ja natomiast zająłem się wydawaniem książek klientom. Było ich tego wieczoru dużo: Psztymucel Nulek, Stary Wróbel, Kubrik, Fumica... Zresztą to można sprawdzić.
- Bardzo dobrze! - ucieszył się Kot.
- Tymczasem Gluś czytał z zaczerwienionymi od emocji uszami. Niepostrzeżenie minęły godziny do dziesiątej, pory, kiedy zazwyczaj zamykam.
Zaproponowałem reżyserowi kubek jego ulubionego ciepłego mleka. Zgodził się z radością. "Zresztą zaraz wychodzę" - powiedział, lękając się widocznie, że sprawi mi kłopot. "Ależ siedź sobie, dokąd zechcesz" - uspokoiłem go i udałem się do kuchni, by zagotować mleko.
Muszę jednak dodać, że uprzednio zamknąłem drzwi frontowe.
Nagle usłyszałem w czytelni jakieś głosy. Brzmiało to mniej więcej tak: "Ależ... Natychmiast... W żadnym wypadku...". Zdziwiło mnie to, pomyślałem jednak, że prawdopodobnie artysta rozmawia sam ze sobą.
Wtedy rozległ się straszliwy huk.
Wpadłem do pokoju... Wszystkie cztery regały z czterech ścian stały oparte o siebie, tworząc jakby namiot, a na miejscu, gdzie siedział Gluś, piętrzył się stos książek...
Rzuciłem się rozgarniać książki, sądziłem bowiem, że Gluś znajduje się pod spodem.
Przekopałem korytarz najpierw w jednym kierunku, potem w przeciwnym... Potem jeszcze raz.
Ponieważ nie było rezultatów, zacząłem działać bardziej metodycznie.
Ustawiłem prosto regały i układałem książki na półkach w szaleńczym pośpiechu... Ustawiłem już prawie wszystkie, ale...
- Ale Glusia nie było - dokończył Kajetan Chrumps.
- Ale Glusia nie było nigdzie - powtórzył bibliotekarz łamiącym się głosem. - Mój telefon był nieczynny... Pomyślałem sobie, że najlepiej zrobię przychodząc tutaj...
- Bardzo słusznie! - pochwalił go Kajetan. - Postąpiłeś, jak należało. Wydaje mi się jednak, że obecnie powinieneś się nieco zdrzemnąć...
Nie musiał mówić dalej. Bohaterski Puciek, znużony niezwykłą przygodą, która go spotkała, już spał z głową na poręczy fotela.
Makawity delikatnie uniósł dzielnego bibliotekarza i położył pod swoją własną, jeszcze ciepłą, kołdrą.
- Musimy udać się tam bez zwłoki - powiedział Kajetan, chowając do kieszeni kurtki leżącą na biurku lupę.
- Bez zwłoki - wzdrygnął się Kot - to brzmi prawie jak bez zwłok...
- Nie traćmy nadziei - pocieszał go Wielki Detektyw - przecież jeszcze nie wszystko stracone...
Już byli na dworze. Ogarnął ich chłód poranka. Szli szybkim, stanowczym krokiem.
Świtało...
"Jak pęk sitowia dusza się ma szasta..." - napisał Fikander, po czym zirytowany zmiął kartkę i cisnął do kosza.
"Jak małe ptaszę serce moje kwili..." - nim skończył ostatnie słowo, druga kartka podzieliła los poprzedniej. Przez moment ściskał w skupieniu długopis.
"Niby meteor lecą myśli moje..." - to już było coś. Jeszcze nie to, o co chodzi, ale jednak coś. Fikander wstał i podszedł do okna. Od chwili gdy Malwinka pojechała po swoją ciocię, poeta zupełnie nie mógł się zmobilizować. Bez rezultatu przeżywał wyjątkowe męki twórcze. Odsunął firankę i wytężył wzrok. Wydawało mu się, że na horyzoncie majaczą jakieś postacie. Omal nie podskoczył z radości... Tak! Rzeczywiście... Dróżką wiodącą przez Łąki szły dwie osoby... ale... nie miały ze sobą wózka... Malwinka wzięła wózek na walizki cioci... Może ciocia była bez walizek? Nieprawdopodobne!!! A może zostawiły wózek? Nie... Teraz widział wyraźnie, że to ktoś inny, tylko kto? Nagle Fikander zorientował się, kim są nadchodzące osoby... Ogarnęło go przerażenie... "Chrumps i Makawity... Chrumps i Makawity! Czemu pozwoliłem Malwince samej... Wprawdzie prosiła mnie, żebym sobie nie przeszkadzał, żebym pracował, ale... Jak mogłem! Jak mogłem!".
Jednym skokiem dopadł drzwi. Pędził w kierunku nadchodzących tak, że aż mu uszy zaczęły furkotać na wietrze. "Co się stało Malwince? Co się stało..." - myślał z rozpaczą. Wtem... Przyszło mu do głowy, że jeśli przyjaciele zobaczą go w takim stanie, nie zechcą mu powiedzieć całej prawdy. Zatrzymał się gwałtownie.
"Zachowam się, jakby nigdy nic - postanowił - jakbym niczego się nie spodziewał... niczego nie przeczuwał, jakbym ot!... wybrał się podziwiać piękno natury o poranku..."
Stanął nad dużym, sięgającym mu prawie do ramion, dmuchawcem. Zaczął w niego dmuchać niby od niechcenia, niby obojętnie i bez żadnych zmartwień... Jednak dojrzały dmuchawiec, pod wpływem jego gorącego oddechu, sypnął nieskończoną ilością swoich spadochroników. Ostre pazurki nasionek przyczepiły się do szala i kamizelki Fikandra, a jedno wyjątkowo złośliwe osiadło między oczami na nosie.
Fikander zaczął się nerwowo otrzepywać i do takiego właśnie, nieszczęśliwego i zgnębionego, miotającego szalikiem i uszami we wszystkie strony, dochodzili Kajetan i Makawity.
KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI