Rozdział 2
Otwórz oczy
Było już dość późno, kiedy Eliza ostrożnie zeszła po drewnianych schodach, które cicho skrzypiały pod jej krokami. Dostrzegła przed sobą uchylone drzwi. Zatrzymała się na chwilę, po czym weszła do środka.
Kuchnia okazała się zupełnie inna niż reszta domu. Tu panowała przyjemna i ciepła atmosfera. W centralnym miejscu stał ogromny stół, a nad nim wisiała wiązka lawendy. Półki przy ścianach uginały się od równo ustawionych słoików z dżemami, marynatami i miodem. Na kredensie błyszczały miedziane rondle.
Przy stole siedziała Beatrice. Jej dłonie pracowicie przesuwały igłę przez tkaninę, a haft, który powstawał pod jej palcami, wyglądał jak niewielkie dzieło sztuki. Gdy zauważyła gościa w drzwiach, odłożyła robótkę. Jej spojrzenie złagodniało, a twarz rozjaśniła się łagodnym uśmiechem.
- Nie mogłam zasnąć - wyjaśniła Eliza. - Myślałam, że znajdę tu coś do picia.
Kobieta wstała. Sięgnęła po dzbanek stojący na blacie, nalała wody do czajnika i postawiła go na piecu.
- Herbata o tej godzinie? Nie, to nienajlepszy pomysł - zatroskała się. - Ale rumianek? Zawsze działa. Proszę usiąść, zaraz zaparzę panience.
Eliza zajęła miejsce przy stole, a po chwili otrzymała parujący napój.
- Lepiej z miodem - poinstruowała ją gospodyni i przysunęła w jej stronę słoik. - Pszczoły mamy tu pracowite, a ten miód to ich zasługa.
Posłusznie więc zanurzyła łyżeczkę w bursztynowym płynie i dodała do napoju.
- Piękne miejsce - odezwała się po chwili.
Beatrice uśmiechnęła się i wygładziła fartuch z widocznym zadowoleniem. Eliza rozejrzała się po kuchni. Jej wzrok przykuła zastawa z niebieskimi różami.
- To moje królestwo. Reszta należy do pana Thomasa, ale tutaj... tutaj nikt mi niczego nie narzuca. To miejsce jest dla ludzi, a nie dla zasad. Zazwyczaj jest tu spokój, chyba że Charlie wpada jak burza.
- Charlie?
- Mój mały pomocnik. Ma dziesięć lat. Czasem coś poda, coś przyniesie. Oczywiście powinien być w szkole, ale jego ojciec... - Urwała, szukając słów. - William Dobbins. Stajenny. Zna się na koniach jak nikt. Wychowuje chłopaka sam, bo jego żona zmarła przy porodzie. A on... No cóż, niełatwo mu to wszystko pogodzić.
- Chłopak nie chodzi do szkoły?
- Czasem idzie, jak się uda, ale najczęściej kręci się tutaj. Po kuchni, po stajniach... Gdzie tylko nie zajrzeć, tam jego ciekawski nosek. Mały nicpoń, ale ma dobre serce. I mądre oczy.
- Ale teraz już chyba wszyscy śpią?
- Nie wszyscy - zauważyła gospodyni, wzruszając lekko ramionami. - Victor i Violet pewnie jeszcze rozmawiają. Zawsze mają coś do omówienia. A pan Edward? Cóż, on rzadko przejmuje się zegarkiem.
Eliza przesunęła palcem po brzegu filiżanki.
- Edward wydaje się... inny.
Gospodyni spojrzała na piec, a jej twarz na moment straciła wyraz.
- To dobry człowiek, choć życie go nie oszczędzało. Miał marzenia, wielkie marzenia... Kiedyś chciał pisać wiersze, ale marzenia rzadko wytrzymują próbę czasu. Kilka razy zaufał nieodpowiednim ludziom i wiele go to kosztowało.
Eliza słuchała w ciszy, delektując się rumiankiem.
- A dzieci sir Thomasa? - dopytała.
- Victor zawsze miał mocny charakter. Nigdy nie dogadywał się z ojcem. Obaj są... podobni. Zbyt silni, by ustąpić. Violet? Ona jest inna. Zawsze była. Muchy by nie skrzywdziła. Maluje, a to nie jest coś, co pan Ashencroft traktuje poważnie. Ale ta dziewczyna ma dobre serce. Czasami mam wrażenie, że trochę za dobre. Jak była mała, ratowała każdego kociaka w okolicy, a tych nigdy nie brakowało. Jednego lata mieliśmy tu ponad tuzin kociąt - dodała cicho i uśmiechnęła się do własnych wspomnień.
Eliza spojrzała na nią.
- I to już wszyscy?
- Och. - Machnęła dłonią. - Kiedyś była tu jeszcze lady Anna. Pierwsza żona sir Thomasa - wyjaśniła. - Ale odeszła. Jakaż ona była odważna i dobra. Dbała o wszystkich, nie tylko o rodzinę. Dawniej pracowało tu dużo więcej osób, wiadomo. - Pokiwała głową. - I czasy były inne. Teraz jest jeden Charlie, ale wtedy takich dzieci była cała gromadka. I lady Anna zawsze o nie dbała, uczyła je czytać i pisać. Takie miała serce! Oczywiście pan miał do niej o to wiecznie pretensje - zachichotała cicho. - Ale ona nie zważała na jego nerwy. Zawsze robiła to, co uważała za słuszne, kiedy jednak na horyzoncie pojawiła się pani Margaret, coś się zaczęło zmieniać. I podejście sir Thomasa do żony również, aż w końcu... Przepraszam, nie powinnam się na ten temat wypowiadać. Ostatnio znowu coś wisi w powietrzu, jakby miało się wydarzyć coś złego...
Eliza chciała zadać jeszcze jedno pytanie, ale coś w spojrzeniu gospodyni ją powstrzymało. Rozmowa wydawała się zbyt intymna.
- Rumianek już powinien zadziałać - szepnęła do niej Beatrice, podnosząc się i wygładzając fartuch z niezwykłą starannością. - Proszę się położyć. Jutro będzie pani potrzebować sił, by zmierzyć się z rodziną Ashencroft.
Eliza skinęła głową, podziękowała za napój i posłusznie opuściła kuchnię.
Następnego ranka zeszła na śniadanie punktualnie o ósmej. Przy stole siedzieli już: Margaret z opanowanym wyrazem twarzy, Edward z gazetą w dłoniach, której nie czytał, bo jego wzrok błądził po szybie, i Violet, która niemal bez ruchu trzymała filiżankę z kawą. Victor wszedł chwilę później. Sir Thomasa jeszcze nie było.
Zajęła miejsce wskazane przez Beatrice.
- Pani Elizo - odezwała się pani domu, nie odrywając wzroku od herbaty. - Mam nadzieję, że pokój spełnił oczekiwania.
- Jakżeby inaczej - zapewniła z cieniem uśmiechu.
Victor parsknął. Violet spojrzała na brata, ale nic nie powiedziała.
- Proszę mu wybaczyć - rzucił Edward znad gazety. - Wstał lewą nogą, a prawa zapewne wczoraj była w pubie.
- Przynajmniej mam życie osobiste - mruknął w odpowiedzi.
Wtem drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i do jadalni wszedł ktoś, kogo Eliza jeszcze nie widziała - mężczyzna o niedbałej fryzurze, w jasnym szalu i z gazetą wystającą z kieszeni marynarki.
- Dzień dobry, rodzino! - zawołał z nieco przesadzonym entuzjazmem. - Czyż poranki w Ashencroft Hall nie są jak scena z powieści?
- Nick - jęknęła Margaret bez podnoszenia głosu. - To śniadanie, nie występ.
- Wybacz, ciociu, filozoficzny nastrój - rzucił, siadając obok Elizy. - A pani to pewnie nasz tajemniczy gość. Jestem Nick Parker. Syn tej niepokornej siostry Thomasa, której portret do dziś czeka na swoje miejsce.
Skinęła mu grzecznie, podała rękę i odpowiedziała:
- Eliza Bartkowska.
- Piękne imię. Brzmi jak bohaterka dramatu. - Uśmiechnął się i spojrzał na nią z zaciekawieniem, które nie należało do konwenansu. - Czy dobrze się pani spało w domu pełnym wspomnień?
Na moment wszystko zamarło. Margaret zmierzyła go wzrokiem, Edward tylko uniósł brew, a Violet wbiła spojrzenie w podłogę.
- Nie mam żadnych zastrzeżeń - odparła po chwili.
Nick sięgnął po tosta, posmarował go grubą warstwą marmolady, po czym dodał plasterek sera.
- Ciekawi mnie, kto dziś pierwszy sięgnie po herbatę. To zawsze mówi więcej niż słowa - powiedział tajemniczo.
Eliza miała wrażenie, że jego oczy rejestrują wszystko: kto odsunął filiżankę, kto zadrżał przy sztućcach, kto nie patrzy nikomu w twarz. Nagle do jadalni wszedł pan domu.
- Dzień dobry. - Ukłonił się.
- Uratowany w ostatniej chwili - zażartował Nick. - Już się bałem, że bez wuja nie zakończymy tego moralnego kabaretu.
Gospodarz zatrzymał się przy stole.
- Czasem lepiej nie mówić nic, niż mówić zbyt wiele - zripostował celnie i zmrużył oczy.
- A czasem lepiej powiedzieć wszystko, zanim będzie za późno - dodał jeszcze Edward, który w dalszym ciągu wpatrywał się w okno.
Eliza upiła łyk herbaty, ale zaskoczyła ją jej gorycz. Nie odezwała się, przyglądając się codziennemu porankowi rodziny Ashencroft. Violet z gracją sięgnęła po srebrny dzbanek. Jej ruchy były mechaniczne jak wyuczona choreografia. Kiedy napełniała filiżankę ojca, ręka drgnęła jej ledwie zauważalnie.
- Ktoś jeszcze? - zapytała uprzejmie, unosząc brew w sposób, który sugerował, że zna już odpowiedź.
- Ja poproszę - odezwał się Edward bez entuzjazmu. - Jeśli można, to z odrobiną mleka i absolutnym brakiem rozmowy.
- Trudne zamówienie - mruknęła. - Ale spróbuję.
- Przynajmniej ktoś tu się stara - zauważył Nick. Rozcieńczał równocześnie swoją kawę mlekiem tak długo, aż kolor przypominał odcień jego marynarki.
Victor roześmiał się krótko i bez humoru.
- Nick uważa, że kawa ma być rozmową, nie napojem.
- A ty uważasz, że rozmowa to tylko przekaz dominacji - odciął mu się kuzyn. - W końcu spędziłeś pół życia, mówiąc ludziom, że się mylą.
- Bo zwykle - burknął Victor, łamiąc kawałek chleba - się mylą.
- Może czasem warto się pomylić. Dla równowagi rodzinnej.
Sir Thomas zignorował ostatni komentarz Edwarda i zwrócił się do Elizy:
- Mam nadzieję, że pierwsza noc minęła pani bez zakłóceń.
- Dziękuję - powiedziała cicho, spuszczając wzrok - ale niełatwo zasnąć, gdy z każdej ściany spogląda czyjaś twarz.
- Patrzenie to domena martwych - wtrącił się znowu Edward. - Żywi wolą ignorować.
Nick chrząknął teatralnie.
- Co za filozoficzna uczta z rana. A ja chciałem tylko spytać, czy ktoś widział mój notatnik.
Kuzyn spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą. Nestor rodu odchrząknął i w odpowiedzi na tę wymianę zdań zareagował mocno:
- W tym domu nie potrzebujemy błaznów.
- W takim razie mam szansę zostać kronikarzem - zaśmiał się Nick.
Eliza obserwowała ich w milczeniu. Byli jak układ taneczny, który ćwiczyli od lat - te same kroki, te same starcia, te same westchnienia i półuśmiechy. W tym wszystkim zdawało się jej, że Margaret jest najspokojniejsza. Ale to właśnie jej spojrzenie - krótkie, zimne, rzucane spod rzęs - zdradzało coś, czego nikt inny nie pokazywał. W jej oczach Eliza dostrzegła cień tajemnicy, którą kobieta starała się ukryć.
Wtedy weszła Beatrice, poprawiając serwetki przy końcu stołu.
- Czy wszystko w porządku?
- Idealnie - powiedziała Violet, nie patrząc na nikogo. - Jak zawsze.
Gdy posiłek dobiegł końca, Eliza z ulgą wstała od stołu i postanowiła poznać dom nieco lepiej.
Korytarze Ashencroft Hall były nieprzyjazne o poranku. Panował w nich duszny chłód, który aż zatrzymywał się na karku. Kobieta szukała biblioteki, ale dom nie współpracował. Każde drzwi wyglądały podobnie. Ciemne drewno, mosiężna klamka, herb rodu wypolerowany do przesady. Jedne były niedomknięte, więc tam zajrzała. Wnętrze, otulone bladym i rozproszonym światłem z okna, nie przypominało reszty domu. Tu nie było równo ułożonych wazonów, rozłożonych narzut ani porcelany. Przestrzeń była surowa, chłodna, zawieszona w czasie. Weszła więc zaciekawiona, by poznać ją lepiej.
Przy ścianach stały sztalugi - jedne puste, inne z płótnami zasłoniętymi suknem. Na środku pokoju znajdował się stół zastawiony pędzlami, farbami, stosami papieru i zapisków. Rzędy szklanych słoików odbijały światło. A naokoło obrazy pełne wyrazu. To, co najpierw przykuło jej wzrok, to zestaw kilkunastu malunków, na których były tylko dłonie. W różnych rozmiarach i kolorach, ale przyciągające wzrok, bo wyrazista kreska szczególnie mocno podkreślała smukłe palce. Zaraz obok nich stał portret przedstawiający starszą kobietę o opadniętych ramionach.
- Tylko proszę niczego nie dotykać - usłyszała damski głos i się odwróciła.
Violet stała w drzwiach z filiżanką herbaty. Miała na sobie luźną koszulę poplamioną niebieską farbą i ciemną spódnicę do kostek. Włosy związała w niedbały kok, z którego wysunęło się kilka pasm. Twarz miała bladą, niemal przeźroczystą. Policzki bez rumieńca, usta cienkie. Jej oczy były szare, ale przenikliwe. Nie unikała kontaktu wzrokowego. Patrzyła prosto, niemal zuchwale.
- Nie zamierzałam... Trafiłam tu przypadkiem.
- Pracownia nie znosi przypadków - wyszeptała kobieta. - A ten dom to już w ogóle nie znosi nikogo. Może uznał panią za wyjątek.
Stanęła przy stole i odstawiła filiżankę.
- Maluje tu pani codziennie?
- Gdybym nie malowała, ktoś zadałby pytanie: "czemu marnujesz czas?".
- A nie marnuje pani?
- Tak, ale z fasonem - powiedziała. - Mój brat przegrywa w karty. Ja w kolorach.
Eliza podeszła bliżej do innego obrazu, na którym jakaś postać siedziała przy stole. Zorientowała się, że to kobieta. Niedokończona twarz. Usta wykrzywione. Obok kieliszek. Czerwony. Zbyt intensywny na tle reszty. Dominujące kolory purpury i czerni.
- Kto to?
- Nikt, kogo zna pani z nazwiska. Czasem maluję sytuacje, które się jeszcze nie wydarzyły.
Eliza spojrzała w jej kierunku.
- To brzmi... niepokojąco.
- W tym domu wszystko jest niepokojące. Tylko nie wszyscy chcą to zauważyć.
Violet zdjęła materiał z innego obrazu. Przedstawiał kobiecą sylwetkę za zamkniętymi drzwiami. Tylko cień na posadzce sugerował obecność innych.
- Marzyłam o rzeźbie - rzuciła. - Ale ojciec uważał, że to nie dla dam. Farby są mniej niepokojące, prawda?
- A matka?
- Matka mało mówi. Wyrażanie opinii nie jest jej mocną stroną - westchnęła. - W tym domu kobieta może być miła albo martwa. Nic pośrodku.
- A jeśli spróbuje mówić głośniej?
- Zostaje nazwana histeryczką. A potem znika tak jak pierwsza żona mojego ojca.
Eliza dotknęła ramy obrazu.
- Nazwałam ten obraz Rozmowa w połowie. Jeszcze się nie wydarzyła - dodała Violet.
- To wizja?
- Przeczucie.
Po tej odpowiedzi nagle wyszła z pracowni, a Eliza została sama. Przez chwilę analizowała obrazy, na których dominowały intensywne kolory. Słoiczki z farbami były pootwierane, sugerując, że malarka niespodziewanie przerwała pracę, zostawiając na stole czerwoną, czarną, żółtą i niebieską farbę. Eliza wpatrywała się w tę ostatnią - w jej ulubionym odcieniu - po czym opuściła pomieszczenie i skręciła w stronę wschodniego skrzydła.
W tle zegar wybił pełną godzinę, a wykładzina w odcieniu gołębiej szarości tłumiła kroki. W jednym z mijanych pomieszczeń Eliza ujrzała postać przy oknie. Siedziała w fotelu z ciemnozielonym obiciem, pochylona nad tamborkiem. Jej dłoń poruszała się powoli, rytmicznie. Haftowała. Obok, na stoliku, stały imbryk, filiżanka i niedojedzona marcepanowa gwiazdka, czyli świąteczny drobiazg, jakich w Ashencroft Hall nie brakowało. Za oknem wiatr poruszał gałęzie starych buków.
Eliza zrobiła kilka kroków w stronę kobiety.
- Nie przeszkadzam?
Pani Ashencroft uniosła wzrok. Nie wyglądała na zaskoczoną ani zainteresowaną. Skinęła głową i wróciła do haftu.
- Piękny wzór. Róże?
- Z ogrodu mojej matki, na tle nieba. Kiedyś miało zupełnie inny odcień błękitu, nie to co teraz - odpowiedziała cicho.
- Dużo pani haftuje?
- Tak.
- To chyba uspokaja.
- Czas mija szybciej. Tylko potem wszędzie są te nitki wokół mnie. Taki mały mankament.
Zapadła cisza. Eliza usiadła na fotelu obok i patrzyła na płynne ruchy dłoni swojej rozmówczyni.
- Lubi pani zimę? - zagadnęła ją po chwili.
- Wtedy mury zaczynają szeptać.
- Słucha ich pani?
- Nie zawsze trzeba słuchać, żeby wiedzieć, co się dzieje.
Tamborek poruszał się lekko. Twarz pani domu pozostała spokojna i pozbawiona emocji.
- To duży dom - stwierdziła Eliza. - Czy nie czuje się pani w nim samotna?
- Jego wielkość nie ma znaczenia.
- Dowiedziałam się - kontynuowała - że pani córka maluje. Co pani myśli o jej obrazach?
- One krzyczą. A ja wolę szept.
I rozmowa znów się urwała. Kobieta pochyliła się lekko. Igła wchodziła w materiał bezszelestnie. Śnieg wciąż sypał za oknem.
Eliza wyszła bez słowa i skierowała się do swojego pokoju. Szła powoli, cicho stąpając po wyłożonym dywanem korytarzu. Myśli jeszcze krążyły wokół rozmowy z Margaret, kiedy nagle, tuż obok, z wnętrza biblioteki dobiegł cichy szelest.
Zatrzymała się. Odwróciła głowę i przez ułamek sekundy dostrzegła cień przemykający wzdłuż ściany. Podeszła do drzwi i zajrzała do środka. W pomieszczeniu panował półmrok, rozświetlony jedynie przez zapomnianą lampkę nad biurkiem. Wnętrze wypełniał znajomy zapach starych książek i mebli wypolerowanych woskiem. Przy blacie wciąż lekko chwiało się krzesło.
Podeszła bliżej. Na stole leżała otwarta książka - stare, ale dobrze zachowane wydanie Królowej Śniegu Andersena. Ilustracja przedstawiała gęsty las. Obok, na kartce, ktoś zapisał dziecięcym pismem kilka linijek:
"Rzeczka, ktura płynie między dżewami..."
Litery były nierówne, niektóre odwrócone, kilka słów poprawiono lub przekreślono. Obok leżało nadgryzione ciasteczko.
Eliza dotknęła kartki opuszkami palców. Na marginesie ktoś narysował prosty obrazek - między drzewami stał dom z lecącym z komina dymem, a obok niego wisiała huśtawka.
Uśmiechnęła się cicho i rozejrzała po bibliotece, lecz nikogo nie zobaczyła. Poprawiła krzesło i ostrożnie zamknęła książkę, wsuwając kartkę z powrotem między strony. Nie chciała zostawiać śladu.
Wychodząc, jeszcze raz rzuciła okiem na wnętrze.
Zimowy wieczór otulił bielą ogrody otaczające Ashencroft Hall. Jak zawsze o ósmej dzwonek ogłosił kolację, nie wcześniej, nie później.
Na stole srebro odbijało blask świec. Margaret siedziała prosto, ręce miała złożone na kolanach, a spojrzenie utkwione w pustym talerzu. Po chwili pojawił się Edward z gazetą złożoną wpół. Victor wszedł odrobinę później, poprawiając mankiety i siadając z pewnym przesadnym znużeniem.
Violet zjawiła się jako przedostatnia, tuż przed ojcem, i usiadła bez słowa. Eliza znalazła się między Margaret a wyjątkowo milczącym Nickiem i obserwowała uważnie układ sił przy stole. Senior rodu wszedł ostatni. Miał na sobie granatową marynarkę, ale to nie ona przyciągała uwagę - tylko maleńka plama na mankiecie białej koszuli, jakby ktoś dotknął go świeżym atramentem. Dopiero wtedy podano posiłek.
- Przynajmniej kuchnia nie próbuje nas zaskoczyć - rzucił Edward, wkładając łyżkę do ust.
- Zaskoczenia to domena zwykłych śmiertelników - rzuciła Violet.
Brat parsknął.
- To ciekawe. Wczoraj podano nam ciasto z imbirem i pamiętam twoją minę.
- Lubię imbir.
Nick sięgnął po chleb.
- W Bombaju to właśnie imbir ratował ludzi przed cholerą. Albo przynajmniej tak mówiła moja matka, bo podawała mi go każdego dania. Nawet do jajecznicy.
Margaret spojrzała na niego z chłodną dezaprobatą.
- Być może dlatego, że zawsze była chora i chciała mnie przed takim losem ustrzec - dodał zamyślony.
- Albo dlatego, że wyszła za artystę cyrkowego - skomentował sir Thomas. - Dziedzictwo dobrego urodzenia nie chroni przed głupotą.
Nick uniósł brwi.
- Myślałem, że dziś nie będzie kazania. W porządku, skoro już jesteśmy przy dziedzictwie...
- Nie dziś - wtrąciła się Margaret.
- Dlaczego nie? - rzucił Edward, odkładając łyżkę. - Każdy inny temat wydaje się już wyczerpany. Może porozmawiamy o ważnych dokumentach rodzinnych?
Powietrze zgęstniało. Eliza wbiła wzrok w stół. Thomas przeniósł spojrzenie na brata - powoli, bez słowa.
- Testament jest sprawą rodziny. Nie towarzystwa.
Violet milczała. Od początku wieczoru popijała herbatę, którą przyniosła sama. Nie dotknęła zupy.
- Violet, nie jesz? - spytał ojciec chłodno.
- Nie jestem głodna.
- Artystki żywią się natchnieniem, nie zwykłym pokarmem - mruknął jej brat.
Kobieta uniosła na niego wzrok.
- Czasami to jest po prostu łatwiejsze do strawienia.
Victor chciał odpowiedzieć, ale ojciec go uprzedził:
- Widziałem dziś jeden z twoich obrazów. Ten z kobietą za drzwiami.
- Pewnie wszyscy tak się prezentujemy - stwierdziła Violet chłodno. - Zbyt gładko, zbyt poprawnie.
Margaret spojrzała na Elizę, po czym odwróciła wzrok, układając dłonie równo na kolanach.
- Może wystarczy. Ta rozmowa robi się absurdalna, a mamy taką piękną zimę.
- Nasz gość jest świadkiem rzeczywistości - powiedział Nick. - To najlepszy sposób poznania rodziny. Patrzeć, jak je.
- Jutro podejmę decyzję - oznajmił nagle sir Thomas. - Ten dom potrzebuje porządku. Przestaniemy udawać, że wszystko nam wolno.
- Brzmi jak dekret - zauważył Edward.
- Może właśnie tego trzeba.
Na deser Beatrice podała czekoladowy mus, ale nikt już nic nie mówił. Brat Thomasa wyszedł pierwszy, rzucając jedynie: "Nie lubię czekolady". Margaret została chwilę dłużej, potem również wstała bez słowa. Victor spojrzał na zegarek i mruknął coś o liście do napisania.
Zostali jedynie sir Thomas, Eliza, Nick i Violet.
- Wyborna kolacja - powiedział Nick i poprawił krawat.
Wtedy i Violet wstała. Zatrzymała się przy drzwiach.
- Dobranoc, ojcze - szepnęła cicho.
- Dobranoc - mruknął.
Kobieta odwróciła się i wyszła, a tymczasem pan Ashencroft upił ostatni łyk porto, po czym zwrócił się do gościa.
- Pani Elizo, jeśli znajdzie pani chwilę, zapraszam po kolacji do mojego gabinetu. Są sprawy, które w końcu należy wyjaśnić, jak na przykład cel pani przyjazdu. Nie czuję się ostatnio najlepiej, ale nasza rozmowa jest na ten moment wartością nadrzędną.
Eliza uniosła wzrok i skinęła głową.
- Oczywiście.
- Gabinet we wschodnim skrzydle. Nie zabiorę pani dużo czasu.
Nick skrzywił się teatralnie i dodał z ironią:
- Kto by pomyślał.
Eliza wyszła z jadalni i szła powoli do swojego pokoju. Pokój gościnny, który jej przydzielono, mieścił się na piętrze, naprzeciwko nieczynnej oranżerii. Drzwi skrzypnęły lekko. Kominek się nie palił, ale drewno było już przygotowane. Eliza spojrzała w lustro. Twarz miała spokojną jak zawsze. Może trochę bardziej zmęczoną.
Przesunęła palcem po zapięciu broszki. Usiadła przy biurku, po czym zapaliła lampę. Wyjęła papeterię i wieczne pióro. Sięgnęła po kałamarz. Zamoczyła stalówkę i zaczęła pisać.
Ashencroft Hall, Kornwalia
3 stycznia 1937
Moja droga Heleno,
Ashencroft Hall to miejsce z innego świata. Dom, który nosi się jak staroangielska matrona: ciężki, milczący i niechętny każdej nowoczesności. Ściany wydają się słuchać, a podłogi - czekać, aż ktoś potknie się nie tyle o dywan, co o historię.
Zaproszenie od Thomasa Ashencrofta przyszło bez konkretnego wyjaśnienia, jakie są oczekiwania wobec mnie. Cała rodzina budzi we mnie uczucie osobliwego rozproszenia. Nikt tu nie wydaje się znajdować na swoim miejscu, choć każdy jakieś zajmuje.
Violet, córka z duszą artystki, zamknięta w obrazach, które mają więcej życia niż reszta domu. Edward, brat seniora z wyuczoną manierą i goryczą niespełnionej ambicji. Victor, syn marnotrawny, zbyt pewny siebie. Margaret - niema żona. I w końcu Nick, który stara się być błyskotliwy, ale wygląda, jakby to on się nie odnalazł w tej rodzinnej talii kart.
A sam pan Ashencroft? Milczący, dumny, nieco znużony. Podczas dzisiejszej kolacji zaprosił mnie na rozmowę, która ma odbyć się niebawem. W jego głosie była nuta powagi, której wcześniej nie słyszałam. Mam wrażenie, że czegoś się boi. Albo że coś wie. I że chce mi o tym powiedzieć. Wciąż nie jestem pewna, dlaczego mnie wybrał. Być może ufa, że zobaczę coś, czego nikt inny już nie chce widzieć. Mam nadzieję, że jeszcze tej nocy to się wyjaśni
Przyznam Ci szczerze, że gdyby nie śnieg, pomyślałabym, że ten dom cierpi na emocjonalną suszę. Szkoda, że nie przyjechałaś ze mną. Twoja obecność mogłaby tchnąć tu choćby cień życia.
Serdeczności!
Eliza
Przebiegła wzrokiem po liście i zaczęła się zastanawiać, po co właściwie tutaj przyjechała. Na razie wiedziała niewiele i nie do końca rozumiała swoją rolę. Co się wydarzyło w tym miejscu?
Wtedy usłyszała krzyk.