Tajemnica położnej - Emily Gunnis

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ponie­dzia­łek, 8 stycz­nia 1945, King­ston near Lewes, East Sus­sex

- Już przy­je­chali. - Tessa James wyj­rzała przez okno sypialni, w momen­cie gdy przed budyn­kiem daw­nej ple­ba­nii zatrzy­mały się dwa samo­chody poli­cyjne. Na widok sno­pów świa­tła reflek­to­rów wzdry­gnęła się i od razu pobie­gła do swo­jego sze­ścio­let­niego wnuka, który sie­dział na pode­ście scho­dów, dygo­cąc ze stra­chu.

- Babu­niu, boję się. Nie chcę sie­dzieć sam po ciemku. - Alfie wpa­try­wał się w nią jasno­nie­bie­skimi oczami rodziny Jame­sów tak inten­syw­nie, że miała wra­że­nie, jakby jego spoj­rze­nie prze­szy­wało ją na wylot.

Zła­pał bab­cię za rękę, gdy przy­sta­nęła na pode­ście, wska­zu­jąc mu pokoik pod scho­dami, księżą kry­jówkę1 zdolną pomie­ścić nie­wiele poza mate­ra­cem, którą odkryła zupeł­nie przy­pad­kowo, kiedy ponad dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, nie­długo przed uro­dze­niem matki Alfiego, prze­pro­wa­dziła się do pod­upa­dłego domku.

- Wchodź szyb­ciutko - pona­gliła wnuka.

Widząc, że nie ma wyboru, chło­piec nie­chęt­nie wczoł­gał się do środka, po czym natych­miast odwró­cił się do niej, a jego buzia, oko­lona czar­nymi wło­sami, skrzy­wiła się do pła­czu.

- Alfie, posłu­chaj, nie wychodź stąd, jeśli to nie będzie naprawdę konieczne; musisz pozo­stać w ukry­ciu. Wystar­czy ci zapa­sów na pięć dni. Wysła­łam pilny tele­gram do mamy, wie, że tutaj jesteś. Przyj­dzie po cie­bie może nawet jutro.

- A jak nie przyj­dzie? Co wtedy? - zapy­tał, łka­jąc.

- Przyj­dzie, Alfie. - Tessa otarła mu łzy; musiała jak naj­szyb­ciej zamknąć klapę, zanim do domu wtar­gną poli­cjanci i zauważą wej­ście do poko­iku. Pod nie­obec­ność matki Alfiego, która pra­co­wała jako słu­żąca w Por­ts­mouth, Wil­fred Hil­ton bez waha­nia wysłałby chłopca, swego nie­ślub­nego wnuka, za gra­nicę, a wtedy praw­do­po­dob­nie słuch by o nim zagi­nął.

- Babu­niu, obie­cu­jesz? Wiem, że zawsze dotrzy­mu­jesz słowa. - Łzy zosta­wiały ślady na jego policz­kach ubło­co­nych pod­czas zabawy na polu.

Wcze­śniej wbiegł do domu, żeby scho­wać się przed desz­czem, gdy do drzwi ple­ba­nii zaczęła się dobi­jać prze­mo­czona Sally, słu­żąca Hil­to­nów.

- Pani James, musi pani przyjść - wykrztu­siła z paniką w oczach, zdy­szana po biegu przez las rosnący mię­dzy rezy­den­cją Yew Tree Manor a ple­ba­nią. - Pani Hil­ton zaczęła rodzić i dziecko utknęło. Dok­tor mówi, że ona umrze, jeśli szybko nie uro­dzi. Kazał panią spro­wa­dzić. Nie wie, co ma robić.

Tessa poczuła, jak ści­ska ją w żołądku na myśl, ile Eve­lyn Hil­ton wycier­piała się przez dok­tora Jen­kinsa.

- Sally, wiesz, że pan Hil­ton zaka­zał mi się zbli­żać do swo­jej żony. Nie zaj­mo­wa­łam się panią Hil­ton pod­czas jej ciąży, to lekarz odpo­wiada za to, żeby bez­piecz­nie uro­dziła. - Wal­cząc ze łzami, pró­bo­wała odpra­wić dziew­czynę.

- Dok­tor bła­gał, żebym panią namó­wiła do przyj­ścia - nale­gała Sally. - Mówił, że powie panu Hil­to­nowi, że sam o to popro­sił i że on za to odpo­wiada. Pani James, pro­szę, ona strasz­nie krwawi. Dok­tor mówi, że tylko pani może ją ura­to­wać. Ina­czej ona i dziecko umrą. Myśla­łam, że już nie wytrzy­mam jej krzy­ków, ale teraz cał­kiem uci­chła, a to jesz­cze gorzej.

- Gdzie jest pan Hil­ton? - zapy­tała Tessa.

- Odje­chał po tym, jak się pokłó­ci­li­ście o miesz­ka­nie na ple­ba­nii. Dziś rano przy­szedł tele­gram, że pana Elia2 zabili pod­czas walki. Pani Hil­ton była okrop­nie zde­ner­wo­wana, zaczęła rodzić zaraz po odjeź­dzie pana Hil­tona. Zawo­ła­łam dok­tora Jen­kinsa, tak jak mi kazali, ale oka­zało się, że to będzie poród poślad­kowy, i lekarz powie­dział, że się tego nie spo­dzie­wał. Cią­gle krzy­czy, że mam zna­leźć pana. Szu­ka­łam go po całym King­ston, w pubie Rose and Crown i w staj­niach, po pro­stu wszę­dzie, ale gdzieś znik­nął. - Prze­ra­żona dziew­czyna zanio­sła się pła­czem. - Pani James, pro­szę, niech pani nie pozwoli jej umrzeć. Pro­szę! - Zła­pała Tessę za ramiona i popy­chała ją w stronę drzwi. - Richard ma dopiero sześć lat, zosta­nie sie­rotą!

Eli Hil­ton zgi­nął. Uko­chany Belli, ojciec Alfiego, został zabity na woj­nie, która wła­ści­wie już dobie­gała końca. Tessa wciąż nie mogła w to uwie­rzyć. Była przy naro­dzi­nach Elia, a nie­długo potem uro­dziła wła­sne dziecko, Bellę, i ci dwoje stali się nie­roz­łączni. Eli był dla Tessy jak syn. Słu­żąca wpa­try­wała się w nią, sto­jąc na desz­czu, a ona z tru­dem łapała oddech. Ale nie miała czasu na jaką­kol­wiek reak­cję, na krzyk, płacz. Była potrzebna.

- Alfie, zostań tutaj, pil­nuj, żeby ogień nie zgasł - przy­ka­zała mu, wkła­da­jąc cięż­kie czarne buty i narzu­ca­jąc na ramiona szal, po czym ruszyła na spo­tka­nie burzy.

Pomo­gła Eve­lyn bez­piecz­nie wydać na świat dwoje poprzed­nich dzieci, Elia i jego młod­szego brata Richarda, ale oba porody były trudne. U Eve­lyn wyda­wały się trwać w nie­skoń­czo­ność. Była drob­nej budowy, miała wąski kanał rodny i asy­sto­wa­nie przy jej poro­dach wyma­gało dużo cier­pli­wo­ści, któ­rej - Tessa była tego pewna - Jen­kin­sowi bra­ko­wało. Pod­czas porodu Eve­lyn musiała mieć moż­li­wość poru­sza­nia się, obu synów uro­dziła na czwo­ra­kach na pod­ło­dze sypialni w Yew Tree Manor. Oba­wiała się, że dok­tor Jen­kins każe jej leżeć na łóżku z unie­ru­cho­mio­nymi nogami i będzie pró­bo­wał wycią­gnąć dziecko za pomocą klesz­czy.

Kiedy minęły skraj lasu i wbie­gły na kamienny pod­jazd przed ogromną geo­r­giań­ską rezy­den­cją, na wspo­mnie­nie poran­nej kłótni z Wil­fre­dem Hil­to­nem Tessę ogar­nął smu­tek. "Niech się pani wynosi wraz z tym swoim bękar­tem z ple­ba­nii, z mojej ziemi" - powie­dział. - "Przy­nosi pani wstyd Kościo­łowi i mojej rodzi­nie. Widzę, jak stara się pani ukry­wać te kobiety, u któ­rych wywo­łuje poro­nie­nia. Czy spro­wa­dza­jąc je tutaj po nocy, sądzi pani, że nikt nic nie zauważy? James, ośmie­sza się pani z tymi swo­imi zabo­bo­nami, ziół­kami i natu­ralną medy­cyną. Potrze­bu­jemy praw­dzi­wych leka­rzy, takich jak dok­tor Jen­kins, a nie pała­ją­cych nie­na­wi­ścią do Boga sza­ma­nów, któ­rych awer­sja wobec facho­wych prak­tyk medycz­nych roz­ra­sta się w naszym spo­łe­czeń­stwie niczym rak".

Od czasu gdy została położną, kobiety pytały ją, jak się pozbyć roz­wi­ja­ją­cych się w ich brzu­chach pło­dów. Zawsze słu­chała ze współ­czu­ciem, ale wie­działa, że to nie­le­galne: prze­ry­wa­nie ciąży gro­ziło wię­zie­niem. Bar­dziej niż prawo powstrzy­my­wał ją jed­nak instynkt - w końcu poświę­ciła życie rato­wa­niu dzieci - dla­tego w zamian dawała pocie­sze­nie. Słu­chała i nie osą­dzała, zda­wała sobie bowiem sprawę, że każda z tych kobiet ma swoje powody, dla któ­rych nie chce dziecka. Nie­które miały już liczne potom­stwo albo były tak wycień­czone poro­dami, że kolejny mógłby je zabić - a co by się wtedy stało z pozo­sta­łymi dziećmi? Takim kobie­tom Tessa dawała zioła na przy­wró­ce­nie mie­siączki, ale prze­waż­nie nie dzia­łały. Parę kobiet było tak zde­spe­ro­wa­nych, że gro­ziło samo­bój­stwem. O nie mar­twiła się naj­bar­dziej. Że jeśli im nie pomoże, wypiją wybie­lacz lub same prze­rwą ciążę za pomocą drutu do robó­tek lub szy­dełka albo w jaki­kol­wiek inny spo­sób - czę­sto z tra­gicz­nymi kon­se­kwen­cjami. Męż­czyźni żyli w swoim wła­snym świe­cie i nie­wielu z nich wie­działo, jakim cier­pie­niem kobiety bywa oku­piona ich przy­jem­ność.

- Czego nauczyli dok­tora Jen­kinsa w szkole medycz­nej? - zapy­tała Wil­freda Hil­tona. - Ile poro­dów ode­brał? Na stu­diach nie uczą, jak ulżyć kona­ją­cej z bólu matce, która jesz­cze nie­dawno sama była dziec­kiem. Albo kobie­cie, która nie może uro­dzić, bo ma za wąski kanał rodny.

- Jak pani nie wstyd, pani James! Zba­ła­mu­ciła pani kobiety z wio­ski tym swoim gada­niem. Jutro macie stąd znik­nąć.

Szła po scho­dach, kie­ru­jąc się w stronę sypialni, przy­na­glana myślą, że Eve­lyn krwawi. Może dziecko w jej łonie już się obró­ciło, a ona - wsku­tek osła­bie­nia spo­wo­do­wa­nego utratą krwi - nie jest w sta­nie przeć. Bez względu na swój sto­su­nek do Wil­freda Hil­tona Tessa musiała pomóc przy­ja­ciółce.

Ale scena, którą zoba­czyła po wej­ściu do sypialni, prze­kro­czyła jej wszel­kie wyobra­że­nia. W ciągu trzy­dzie­stu lat pracy jako położna ni­gdy nie widziała tyle krwi. Białe prze­ście­ra­dła i kre­mowa koszula nocna Eve­lyn zmie­niły kolor na czer­wony. Kobieta leżała na łożu z bal­da­chi­mem, blada i bez życia, z nogami w strze­mio­nach, a lekarz szar­pał dziecko za nogi, pod­czas gdy główka wciąż pozo­sta­wała wewnątrz.

- Na litość boską, niech pani coś zrobi! - krzyk­nął dok­tor na widok Tessy. - Ramiona utknęły, nie mogę wydo­stać dziecka. Nacią­łem kro­cze, ale wciąż nie wycho­dzi. - Wbił w nią wzrok, dysząc z wysiłku, uma­zany krwią po łok­cie.

Tessa pod­bie­gła i deli­kat­nie uwol­niła nogi Eve­lyn ze strze­mion. Wystar­czyło spoj­rzeć na nią i na to morze krwi, aby zro­zu­mieć, że jest już za późno na ratu­nek. Ale nogi dziecka się ruszały, może wciąż była dla niego jakaś nadzieja. Tessa szybko wyma­cała ramię nie­mow­lę­cia, a potem uci­snęła brzuch Eve­lyn tuż nad kością łonową.

- Co pani robi? - wydy­szał lekarz, pur­pu­rowy na twa­rzy i zlany potem.

- Obra­cam bark dziecka - odparła Tessa. - Niech mi pan pomoże posta­wić Eve­lyn na czwo­ra­kach.

Lekarz spoj­rzał na nią prze­ra­żony. Jego biała koszula była cała zbry­zgana krwią.

- Nie! Nie chcę już brać w tym udziału! - Zła­pał torbę i wybiegł z pokoju.

Tessa odpro­wa­dziła go wzro­kiem, wie­dząc, co to ozna­cza: zrzuci na nią winę za to, co zro­bił, a wtedy jako położna będzie skoń­czona. Spoj­rzała na Eve­lyn, a potem na Sally, która sie­działa sku­lona w kory­ta­rzu, pochli­pu­jąc.

- Pomóż mi! - rzu­ciła do niej ostro, zmar­twiała ze zgrozy. - Sally, bła­ga­łaś mnie, żebym tu przy­szła. Zaj­mij się panią Hil­ton, ona cię potrze­buje.

Dziew­czyna popa­trzyła na Tessę, ski­nęła głową i pode­szła do rodzą­cej.

Wspól­nie usta­wiły Eve­lyn na pod­ło­dze, a Tessa się­gnęła do jej łona i z wiel­kim wysił­kiem obró­ciła dziecko.

- Przyj, Eve­lyn - szep­nęła przy­ja­ciółce do ucha, gdy nade­szła kolejna fala bole­snych skur­czów.

Eve­lyn reszt­kami sił zaczęła przeć, a Tessa jed­no­cze­śnie pocią­gnęła z całej siły i poja­wiło się nie­mowlę: śliczna mała dziew­czynka. Jej smu­kłe koń­czyny były blade, a wargi, podobne kształ­tem do płatka róży, miały siną barwę.

Mijały dłu­gie minuty. Sally szlo­chała w kącie, a Tessa sie­działa na pod­ło­dze, wdmu­chu­jąc powie­trze w usta nowo­rodka i uci­ska­jąc jego miękki brzu­szek w despe­rac­kiej pró­bie przy­wró­ce­nia dziecka do życia. W końcu się pod­dała i wtedy zoba­czyła, że Eve­lyn nie oddy­cha.

Nie zauwa­żyła, kiedy do pokoju wszedł Wil­fred Hil­ton z dok­to­rem Jen­kin­sem przy­cza­jo­nym za jego ple­cami. Nie krzy­czał ani nie sza­lał z wście­kło­ści; zupeł­nie ją zigno­ro­wał i powoli pod­szedł do żony. Popa­trzył na jej por­ce­la­nową skórę, na swoje znie­ru­cho­miałe dziecko, po czym nakrył twarz Eve­lyn prze­ście­ra­dłem. Tessa pod­nio­sła się chwiej­nie i poło­żyła mar­twe nie­mowlę w koły­sce.

- Dok­to­rze Jen­kins, co tutaj robi Tessa James?

- Wtar­gnęła tu, panie Hil­ton. Kiedy stąd wycho­dzi­łem, pani Hil­ton i dziecko z całą pew­no­ścią żyli - odparł lekarz.

- Sally, wezwij poli­cję - roz­ka­zał Hil­ton.

Tes­sie ści­snął serce strach. Myślała tylko o Alfiem sie­dzą­cym samot­nie przy kominku na ple­ba­nii, wnuku Wil­freda Hil­tona, któ­rego ten się wyrzekł i gotów był zro­bić wszystko, żeby się go pozbyć.

- Pani James, pro­szę stać! - krzyk­nął Hil­ton, ale się nie wahała, ode­pchnęła męż­czyzn i zbie­gła po scho­dach na pod­jazd. Nie zatrzy­mała się, aż dotarła na pocztę w King­ston. Wciąż mając na ubra­niu i rękach krew Eve­lyn, napi­sała tele­gram do córki w Por­ts­mouth.

Kochana Bello. Przy­jeż­dżaj natych­miast do domu. Alfie czeka na Cie­bie w naszym taj­nym miej­scu. Całuję, mama

Na drżą­cych nogach pospie­szyła na ple­ba­nię do Alfiego, który mocno spał przy kominku.

Łup, łup, łup.

- Poli­cja, otwie­rać!

- Bab­ciu, obie­caj mi - popro­sił chło­piec, spo­glą­da­jąc na nią z sekret­nego poko­iku bła­gal­nym wzro­kiem.

Tessa przez chwilę mil­czała, oba­wia­jąc się, że obiet­nica będzie kłam­stwem, ale gorzej, znacz­nie gorzej byłoby zosta­wić sze­ścio­let­niego chłopca samego w ciem­no­ści na wiele dni w stra­chu, że nikt po niego nie przyj­dzie.

- Obie­cuję - powie­działa w końcu, posta­na­wia­jąc, że jeśli w ciągu pię­ciu dni Bella nie wróci na wieś, poin­for­muje poli­cję, gdzie jest Alfie. Dłuż­sza zwłoka byłaby dla niego wyro­kiem śmierci. Tessa zro­bi­łaby wszystko, co w jej mocy, by nie tra­fił do sie­ro­cińca, co bez wąt­pie­nia miał w pla­nach Wil­fred Hil­ton, ale nie nara­zi­łaby jego życia. Schy­liła się i ujęła twarz dziecka w dło­nie. - Alfie, to nasza jedyna nadzieja. Jeżeli kto­kol­wiek cię zoba­czy, zabiorą cię. A Wil­fred Hil­ton dopil­nuje, żebyś został ukryty gdzieś, gdzie mama cię nie znaj­dzie.

Łup, łup, łup.

- Pani James, wiemy, że pani tam jest. Pro­szę otwie­rać!

- Musisz być dzielny. Weź klucz i zamknij się od środka. - Zdjęła z szyi klucz z wygra­we­ro­waną na główce wierzbą i podała go chłopcu. - Jeśli będziesz musiał, wyjdź, ale sta­raj się tego nie robić - dodała sta­now­czo.

Zaczęła opusz­czać klapę, wspo­mi­na­jąc dzień, w któ­rym odkryła pokoik. Zamie­rzała wtedy pola­kie­ro­wać ciemne maho­niowe schody i szli­fo­wała je papie­rem ścier­nym, mocno przy­ci­ska­jąc go do naj­wyż­szego stop­nia, gdy roz­le­gło się klik­nię­cie i scho­dek oka­zał się klapą, która unio­sła się na sprę­ży­nie. Tessa wzięła świecę i wczoł­gała się do środka. Miej­sca było tam nie­wiele, tylko tyle, żeby się poło­żyć, ale nie miała uczu­cia klau­stro­fo­bii. Na końcu pomiesz­cze­nia znaj­do­wało się okienko z luks­fe­rów w tym samym odcie­niu jasnego błę­kitu co oczy Alfiego i Belli. Pokoik budził sko­ja­rze­nie z dom­kiem na drze­wie, zwie­rzęcą norą, bez­pieczną przy­sta­nią. Od razu pomy­ślała, że może się przy­dać kobie­tom, które potrze­bują schro­nie­nia, by móc wró­cić do zdro­wia po poro­dzie lub poro­nie­niu. Kobie­tom, które odstrę­czała myśl o powro­cie do domu, do zawsty­dzo­nej rodziny lub bru­tal­nego męża.

Łup, łup, łup.

- Pani James, pro­szę otwie­rać albo wywa­żymy drzwi. Ma pani dzie­sięć sekund. Dzie­sięć...

Tessa spoj­rzała na swo­jego sze­ścio­let­niego wnuka, po któ­rego bla­dych policz­kach pły­nęły łzy.

- Alfie, nale­żysz do rodziny Jame­sów. Musisz być silny. Kocham cię. - Chło­piec wbił w nią wzrok i nie­spo­dzie­wa­nie, jakby za sprawą cudu, jego wewnętrzna moc prze­zwy­cię­żyła strach, drobne ciało otrzą­snęło się z roz­pa­czy i w przy­pły­wie ufno­ści i odwagi usiadł pro­sto, uwal­nia­jąc z uści­sku uko­chaną bab­cię.

- Bar­dziej niż wszyst­kie gwiazdy? - szep­nął, ocie­ra­jąc łzy ręka­wem.

- Pięć...

- Bar­dziej niż wszyst­kie gwiazdy i księ­życ. Trzy­maj się, mama jest w dro­dze. Zacho­wuj się cicho, kocha­nie. - Cało­wała go raz po raz, czu­jąc na ustach jego słone łzy.

Łup, łup, łup.

- Już idę! - krzyk­nęła. Zamknęła klapę komórki i cze­kała, aż chło­piec prze­kręci klucz. Klik.

- Trzy...

- Idę! Pro­szę, nie wywa­żaj­cie drzwi! - zawo­łała.

- Dwa...

Nie minęła jesz­cze godzina od czasu, gdy stała przy łóżku Eve­lyn, od czasu, gdy przy­ja­ciółka na jej oczach wykrwa­wiła się na śmierć. Od czasu, gdy Tessa poło­żyła mar­twe dziecko Eve­lyn w koły­sce obok jej łóżka.

- Jeden!

Otwo­rzyła drzwi wej­ściowe i natych­miast ośle­piły ją reflek­tory dwóch samo­cho­dów, a do małej, oświe­tlo­nej ogniem kuchni wbie­gło czte­rech poli­cjan­tów.

- Tesso James, jest pani aresz­to­wana pod zarzu­tem zabój­stwa Eve­lyn Hil­ton. Ma pani prawo do zacho­wa­nia mil­cze­nia, jed­nak wszystko, co od tej pory pani powie, może zostać wyko­rzy­stane w sądzie jako dowód prze­ciwko pani.

- Gdzie chło­piec? - zapy­tał jeden z funk­cjo­na­riu­szy, gdy jego kole­dzy ruszyli pędem w stronę scho­dów.

- Z matką - powie­działa cicho Tessa.

- Mamy nakaz dopro­wa­dzić chłopca do opie­kuna praw­nego, Wil­freda Hil­tona - wark­nął poli­cjant.

- Cóż, nie może­cie, wnuk wyje­chał - odparła Tessa.

- Kiedy? Wiemy, że pani córka pra­cuje w Por­ts­mouth. Jak się pani udało tak szybko go zawieźć?

- Ani śladu. - Obok poja­wił się inny poli­cjant, który wró­cił zdy­szany po prze­szu­ka­niu domu.

- Wsa­dzi­łam go do pociągu.

- Ma sześć lat. - Wąsaty ofi­cer o nie­świe­żym odde­chu nachy­lił się nad Tessą, wle­pia­jąc w nią wzrok. - Pani James, pani nas okła­muje. On jest tutaj. - Zwró­cił się do dru­giego poli­cjanta: - Zabierz ją na komi­sa­riat, wsadź na noc do celi, a ja rano ją prze­słu­cham. Jeśli trzeba, będę tu cze­kał całą noc, aż dziecko wyj­dzie z kry­jówki.

Tessa ledwo trzy­mała się na nogach. Była zszo­ko­wana i wyczer­pana. Miała świa­do­mość, że na zawsze opusz­cza progi uko­cha­nego domu. Choć to było słowo dok­tora Jen­kinsa prze­ciwko jej słowu, wie­działa, że Wil­fred Hil­ton sta­nie na gło­wie, żeby wybro­nić leka­rza.

Już ni­gdy nie wróci na ple­ba­nię.

Prze­ra­żony Alfie patrzył w mil­cze­niu przez okno z nie­bie­skiego szkła, jak poli­cyjne auto odjeż­dża, wywo­żąc jego bab­cię. A potem przez wiele godzin sie­dział po ciemku, ledwo mając odwagę oddy­chać, pod­czas gdy poli­cjanci mio­tali się po domu, wykrzy­ku­jąc jego imię, tupiąc w pod­łogę i waląc w ściany, aż wresz­cie zapa­dła cisza.

Alfie jed­nak na­dal sie­dział w ukry­ciu, widząc przez okienko z błę­kit­nych luks­fe­rów, że przed domem wciąż stoi drugi samo­chód.

Leżał w ciem­no­ści, myśląc o matce. Gdy wze­szło słońce, zaczął się modlić ze wszyst­kich sił, żeby wysłany przez bab­cię tele­gram dotarł rano do mamy. Żeby szybko spa­ko­wała torbę, zła­pała pierw­szy pociąg do King­ston i przy­je­chała po niego, zanim nadej­dzie kolejna długa, prze­ra­ża­jąca noc.

Rozdział pierwszy

Vanessa

Czwar­tek, 21 grud­nia 2017

Vanessa Hil­ton stała na skraju lasu roz­cią­ga­ją­cego się mię­dzy Yew Tree Manor a starą ple­ba­nią i patrzyła na opusz­czony dom, za któ­rym lśniło słońce zimo­wego poranka.

Dewe­lo­per już go ogro­dził biało-czer­woną taśmą, a obok stał ogromny żółty dźwig z kulą do wybu­rza­nia i tylko cze­kał, by ude­rzyć w ściany zabyt­ko­wego budynku, na któ­rego roz­biórkę jej syn Leo wciąż nie miał pozwo­le­nia.

Widziała dwóch męż­czyzn w kaskach i z notat­ni­kami w rękach, któ­rzy wska­zy­wali na dach i krą­żyli wokół domu, naj­wy­raź­niej zasta­na­wia­jąc się, jak go zrów­nać z zie­mią. Ple­ba­nia znaj­do­wała się pośrodku terenu, który - jak jej powie­dział Leo - miał zostać oczysz­czony i prze­zna­czony pod budowę dzie­się­ciu wolno sto­ją­cych domów. Nie­wąt­pli­wie wszy­scy mieli dużo na tym zaro­bić, ale nie mogła sobie przy­po­mnieć, by kto­kol­wiek pytał ją o zgodę. A może i pytał, ale zapo­mniała. W jej oczach ludzie od dewe­lo­pera przy­po­mi­nali rekiny krą­żące wokół ofiary, a ich deter­mi­na­cja, by zbu­rzyć stare domo­stwo, była aż nazbyt widoczna.

Vanessa spoj­rzała na swoje czarne skó­rzane buty, które cał­kiem prze­mo­kły, i poczuła, że ścier­pły jej stopy.

Nie wło­żyła na spa­cer odpo­wied­niego obu­wia, nie pamię­tała, dla­czego wyszła z domu. Może po to, żeby zoba­czyć się ze swoją wnuczką Sienną. A może chciała uciec od męż­czyzn, któ­rzy pako­wali cały jej doby­tek.

Męczyło ją, że cią­gle musi się sta­rać coś zapa­mię­tać. Lekarz powie­dział, że powinna być wobec sie­bie cier­pliwa. Że trud­niej jej będzie przy­po­mi­nać sobie imiona i słowa, ale że zachowa wszyst­kie wspo­mnie­nia z odle­głej prze­szło­ści. Vanessa pamię­tała o rze­czach, o któ­rych chciała zapo­mnieć, a o tych, o któ­rych chciała pamię­tać, zapo­mniała.

Wyda­wało jej się, że musiała roz­ma­wiać z rodziną na temat sprze­daży posia­dło­ści, ale nie potra­fiła przy­wo­łać w pamięci tej roz­mowy, zostało jedy­nie przy­kre uczu­cie, że coś się wokół niej dzieje, że nad­szedł przy­pływ, któ­rego nie jest w sta­nie zatrzy­mać. Roz­mowy bez jej udziału, przy­cho­dzący i wycho­dzący ludzie od prze­pro­wa­dzek, pełni pomy­słów archi­tekci prze­sia­du­jący w kuchni. Uczu­cie bez­sil­no­ści i smutku, które podą­żało za nią jak cień, każdy ranek zaczy­na­jący się dokucz­li­wym nie­po­ko­jem, powoli opa­no­wu­ją­cym wszyst­kie czę­ści jej ciała, tak że przed snem led­wie była w sta­nie oddy­chać ze stra­chu przed tym, czego zapo­mniała. Wie­działa, że musi odejść. Lecz nie mogła sobie przy­po­mnieć dla­czego.

- Mamo! Jesteś tam? - Usły­szała woła­nie Leo, ale posta­no­wiła je zigno­ro­wać.

Dom był taki zatło­czony, tyle się w nim działo, ludzie się krzą­tali, knuli, w jaki spo­sób ją stąd usu­nąć. Czuła się jak pająk wyrzu­cany na szczotce za drzwi; wszy­scy byli wobec niej mili i grzeczni, bez prze­rwy pro­po­no­wali her­batę, ale było cał­kiem oczy­wi­ste, że chcieli się jej pozbyć wraz z całym dobyt­kiem tak szybko i spraw­nie, jak to moż­liwe. Cią­gle pytała Leo, dokąd się prze­pro­wa­dzają, ale nie mogła zapa­mię­tać odpo­wie­dzi. Odwró­ciła się i poszła z powro­tem przez las, pod drze­wami two­rzą­cymi nad jej głową łuko­wate skle­pie­nie. Pod tymi samymi jesio­nami musiała przejść Alice tam­tej nocy, kiedy zagi­nęła. W zimne, wietrzne dni jak ten drzewa zawsze sze­le­ściły, jak gdyby szep­tały. Pró­bo­wały coś prze­ka­zać. Gdyby tylko mogła je zapy­tać, co zoba­czyły tam­tej nocy. Dokąd poszła jej córka, gdy znik­nęła pośród zamieci. Pew­nie były świad­kami spo­tka­nia Alice z Bob­bym, synem sąsiada, ostat­nią osobą, która ją widziała przed zagi­nię­ciem. Bobby James. Nawet teraz, kiedy jej umysł nie­ustan­nie spo­wi­jała mgła, wie­działa, że ni­gdy nie zapo­mni tego imie­nia i tej twa­rzy.

Co się potem stało z Alice? Po nie­mal pięć­dzie­się­ciu latach ani na krok nie zbli­żyła się do roz­wią­za­nia zagadki. Wie­działa tylko tyle, co chło­pak zeznał na poli­cji: że jej sze­ścio­let­nia córka pobie­gła za pie­skiem w kie­runku ple­ba­nii. Ni­gdy wię­cej jej nie widziano.

Vanessa jesz­cze raz się odwró­ciła, żeby popa­trzeć na stary dom, być może po raz ostatni. Przy­po­mniała sobie, że następ­nego dnia ma się odbyć spo­tka­nie - Leo wspo­mi­nał o tym rano - i wie­działa, że jeśli dewe­lo­per dosta­nie zie­lone świa­tło, nie będzie zwle­kać z roz­biórką.

Patrząc w poran­nym słońcu na walący się budy­nek, była prze­ko­nana, że nie będzie to wyma­gało więk­szego wysiłku. Nikt nie miesz­kał na ple­ba­nii od wypadku Alfiego Jamesa, który zda­rzył się tego samego wie­czoru, kiedy znik­nęła Alice. To było przed bli­sko pięć­dzie­się­ciu laty i od tego czasu dom, nie­gdyś ładny, stop­niowo popa­dał w ruinę. Teraz przy­cią­gał tylko nasto­lat­ków i włó­czę­gów, któ­rzy roz­pa­lali ogni­ska, kuląc się z zimna na opu­sto­sza­łym par­te­rze, gdzie przez wybite okna i wyła­mane fron­towe drzwi wdzie­rał się wiatr i deszcz.

Ona sama nie była w tym domu od kil­ku­dzie­się­ciu lat, nasu­wał zbyt wiele wspo­mnień zwią­za­nych z nocą, o któ­rej przez całe życie sta­rała się zapo­mnieć. Przez pierw­sze dzie­sięć lat po zagi­nię­ciu Alice nie­ustan­nie powra­cała myślami do wyda­rzeń, które poprze­dziły znik­nię­cie córki. Ana­li­zo­wała je minuta po minu­cie: czego nie dostrze­gła, na co nie zwró­ciła uwagi, co powinna była zro­bić, aby zapew­nić jej bez­pie­czeń­stwo. Stop­niowo dopro­wa­dzało ją to do obłędu. Teraz już w ogóle nie była w sta­nie o tym myśleć. Prze­stała się więc zadrę­czać. Wolała wspo­mi­nać chwile spę­dzone z Alice na tere­nie Yew Tree Manor. Pod­czas dłu­gich spa­ce­rów wyobra­żała sobie, że córka, w swoim ulu­bio­nym czer­wo­nym płasz­czyku, bie­gnie przed nią, nie­ustan­nie zada­jąc jej pyta­nia, śmie­jąc się i rado­śnie pod­ska­ku­jąc. W głębi serca Vanessa czuła, że Alice wciąż żyje, tylko w jakimś innym świe­cie, w innym miej­scu. Po pro­stu gdzieś, gdzie Vanessa nie ma wstępu. Na razie.

Powinna być rów­nie zado­wo­lona jak Leo, że burzą ple­ba­nię. Dom cią­gle przy­po­mi­nał jej o rodzi­nie Jame­sów, która poja­wiła się w ich życiu wraz z koń­cem pierw­szej wojny świa­to­wej i od tam­tej pory - na sku­tek tra­ge­dii - była z nimi nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zana.

Ale myśl o uni­ce­stwie­niu tego domu wywo­łała w niej smu­tek głęb­szy, niż mogła się spo­dzie­wać. To było jak bru­talne przy­pie­czę­to­wa­nie upływu czasu albo jak pla­ster odry­wany od rany; życie toczyło się dalej, pod­czas gdy ona zasty­gła w cza­sie.

Gdy zna­la­zła się po dru­giej stro­nie lasu, ujrzała Yew Tree Manor i Siennę, swoją sied­mio­letną wnuczkę, pędzącą ku niej na czer­wo­nym rowe­rze. Tak bar­dzo przy­po­mi­nała Alice, że było to wręcz nie do znie­sie­nia. Nie tylko ze względu na dłu­gie blond włosy, ale także odwagę, docie­kli­wość, no i ten figlarny błysk w jasnych oczach.

- Cześć, bab­ciu! - zawo­łała. - Tata cię szuka.

- Naprawdę? - zdzi­wiła się Vanessa. - Uwa­żaj, kocha­nie, jest bar­dzo zimno. A nie idziesz dzi­siaj do szkoły?

- Idę, mama dopiero się ubiera - odparła dziew­czynka i poje­chała dalej alejką.

Vanessa ciężko wes­tchnęła, nagle ogar­nęło ją zmę­cze­nie. Poczuła cię­żar w nogach, co uzmy­sło­wiło jej, że spa­cer trwa już zbyt długo, więc ruszyła w stronę domu. Kiedy weszła przez fron­towe drzwi i odło­żyła ręka­wiczki, usły­szała, jak Leo w gabi­ne­cie cicho roz­ma­wia z kimś przez tele­fon.

Prze­cho­dząc obok wiel­kiego zabyt­ko­wego lustra w pozła­ca­nej ramie, które zdjęto ze ściany i posta­wiono na pod­ło­dze, zdała sobie sprawę, że ta wątła star­sza pani o przy­gar­bio­nych ple­cach i rzad­kich siwych wło­sach to ona. Zatrzy­mała się i sta­nęła twa­rzą w twarz ze swoim odbi­ciem, cho­ciaż roz­pacz­li­wie pra­gnęła się odwró­cić.

Ni­gdy nie była kla­syczną pięk­no­ścią, ale potra­fiła pod­kre­ślić swoją urodę, sub­telne rysy twa­rzy, a pro­mienny uśmiech zawsze pozwa­lał jej osią­gnąć to, czego pra­gnęła. Richard mawiał, że ma on moc mega­wata i że zawsze go osza­ła­miał. Spadł na niego niczym grom z jasnego nieba, jak powie­dział tego wie­czora, kiedy się poznali.

Zawsze była wysoka, ojciec nazy­wał ją Paty­kiem. Miała dłu­gie, lekko opa­lone nogi i ramiona, któ­rymi go obej­mo­wała, gdy nosił ją na barana pod­czas pie­szych wycie­czek. Ojcow­skie odda­nie stało się źró­dłem jej nie­za­chwia­nej wiary w sie­bie i nie­wy­czer­pa­nych pokła­dów opty­mi­zmu - aż do nocy, kiedy zagi­nęła Alice.

Jej dłu­gie, gęste blond włosy mocno się prze­rze­dziły i nie­mal cał­kiem posi­wiały; nosiła je przy­cięte na wyso­ko­ści pod­bródka, aby ukryć ich kiep­ską kon­dy­cję. Skórę miała bladą, pra­wie prze­zro­czy­stą, a pod bluzką ryso­wały się oboj­czyki. Wpa­try­wała się w lustro, w spo­glą­da­jące na nią zie­lone oczy; kie­dyś przy­rów­ny­wano je do lśnią­cych szma­rag­dów, ale teraz przy­po­mi­nały raczej zmęt­niałe szkło butelki po piwie. "Sta­rość jest okrutna, Vanesso", usły­szała od matki, ale za młodu wyda­wała się jej zupełną abs­trak­cją. A teraz nie­spo­dzie­wa­nie nade­szła.

- Jutro mamy spo­tka­nie pla­ni­styczne. Dzięki, jasne, dam ci znać, jak tylko będziemy coś wie­dzieli. Nie, nie spo­dzie­wam się żad­nych pro­ble­mów. Szef zespołu jest skłonny to zatwier­dzić, co ozna­cza, że sprawę można uznać za zała­twioną - usły­szała słowa syna dobie­ga­jące zza uchy­lo­nych drzwi. W jego gło­sie wyczuła napię­cie.

Zoba­czył ją i nie­mal od razu zakoń­czył roz­mowę; wyszedł na kory­tarz pode­ner­wo­wany, marsz­cząc brwi.

- Dobrze się czu­jesz, mamo? - zapy­tał nieco zdy­szany.

- Dzię­kuję, mój drogi, wszystko w porządku. - Zdjęła kurtkę i powie­siła ją na wie­szaku. Ugi­nał się od okryć, a kiedy doło­żyła swoje, inne spa­dło. - Zaraz się prze­wróci - wes­tchnęła. - Byłoby miło, gdyby Helen od czasu do czasu tu posprzą­tała.

- Prze­pra­szam, mamo, ja się tym zajmę. - Leo pod­niósł leżący pod nogami płaszcz.

- Masz wystar­cza­jąco dużo roboty - odparła Vanessa. - Nie wiem, jak sobie z tym wszyst­kim radzisz, naprawdę nie wiem.

- Mamo, nie martw się o mnie. - Znów lekko zmarsz­czył brwi. - Nie wie­dzia­łem, dokąd poszłaś. Strasz­nie długo cię nie było. Posze­dłem na skraj lasu, ale cię nie zauwa­ży­łem.

Vanessa uśmiech­nęła się do niego. Leo był wysoki jak jego ojciec i cho­ciaż dobie­gał sześć­dzie­siątki, wciąż miał bujne jasne włosy, które teraz opa­dały mu na zie­lone, uśmiech­nięte oczy. Przy­stojny, o wyra­zi­stych rysach i skó­rze ogo­rza­łej od czę­stego prze­by­wa­nia na powie­trzu, wyglą­dem przy­po­mi­nał Richarda, ale na tym koń­czyło się podo­bień­stwo mię­dzy ojcem a synem. Richard był czło­wie­kiem domi­nu­ją­cym i wybu­cho­wym, naro­wi­stym bykiem ata­ku­ją­cym życie i ludzi wokół sie­bie, który nie zwra­cał uwagi na chaos, jaki wywo­ły­wał. Nato­miast Leo brał sobie wszystko do serca, wiecz­nie się czymś przej­mo­wał i zamar­twiał tym, co ludzie - a zwłasz­cza ojciec - o nim pomy­ślą. Więk­szość doro­słego życia spę­dził, pró­bu­jąc upo­rać się z bała­ga­nem, jakiego naro­bił Richard, ale Vanessa zro­zu­miała, że ostat­nio doszedł do ściany. Teraz nie mieli innego wyboru, jak tylko sprze­dać dom, i Leo miał poczu­cie porażki.

- Po pro­stu chcia­łam być sama - powie­działa Vanessa. - Nie powi­nie­neś się tak o mnie mar­twić. I tak masz dużo na gło­wie, w końcu się pocho­ru­jesz.

- Nic mi nie jest. Dziś rano mam ostat­nie spo­tka­nie w domu kul­tury i przed wyjaz­dem chcia­łem się upew­nić, że wszystko z tobą w porządku.

Vanessa rozej­rzała się po kory­ta­rzu: pełen ubrań wie­szak, stosy zabło­co­nych butów, sterta psich smy­czy, czapki i ręka­wiczki na brud­nej, wyło­żo­nej czarno-bia­łymi kafel­kami pod­ło­dze. Leo cią­gle był zajęty: albo pra­co­wał na far­mie, albo brał udział w nie­koń­czą­cych się spo­tka­niach z archi­tek­tami i pla­ni­stami. Nato­miast jego żona Helen błą­kała się przez cały dzień jak ptak ze zła­ma­nym skrzy­dłem, robiąc zamie­sza­nie wokół spraw nie­istot­nych i igno­ru­jąc te, które wyma­gały uwagi. Dom był zanie­dbany, wiecz­nie przy­po­mi­nał śmiet­nik. Wpraw­dzie goto­wała dla Sienny, ale dla Leo rzadko i pod­czas gdy córka pre­zen­to­wała się nie­ska­zi­tel­nie, mąż zawsze wyglą­dał nie­chluj­nie. Helen kie­ro­wała życiem Sienny jak kapi­tan okrętu wojen­nego, ale Yew Tree, dom, o który Vanessa trosz­czyła się całe życie, zupeł­nie jej nie inte­re­so­wał. Vanes­sie codzien­nie ści­skało się serce, bo Helen wyraź­nie nie mogła się docze­kać jego sprze­daży, pew­nie dla­tego, żeby poło­żyć rękę na pie­nią­dzach.

Aż pod­sko­czyła, gdy Helen poja­wiła się w kory­ta­rzu jak zjawa przy­wo­łana jej myślami.

- Cześć, Vanesso - przy­wi­tała ją cie­pło. - Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię wystra­szyć. Spoj­rzała na buty Vanessy. - Ojej, prze­mo­kłaś do suchej nitki. Na pewno prze­mar­z­łaś. Może idź do salonu, Leo napa­lił w kominku.

- Dobrze, dzię­kuję ci, Helen.

Vanessa spoj­rzała na synową, zatrzy­mu­jąc na niej wzrok tro­chę za długo, jakby cze­goś szu­kała, jakiejś pod­po­wie­dzi, co naprawdę się kryje za tymi prze­ni­kli­wymi nie­bie­skimi oczami. Nie chciała spe­szyć Helen, ale kobieta przy­po­mi­nała jej mysz, która kie­dyś nie­mal codzien­nie przy­cho­dziła do kuchni. Przy­sia­dała w kącie i dotrzy­my­wała jej towa­rzy­stwa w cza­sie oglą­da­nia tele­wi­zji, aż pew­nej nocy znik­nęła rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, jak się poja­wiła. Vanessa zawsze uda­wała, że wpa­truje się w ekran, ale tak naprawdę jed­nym okiem spo­glą­dała na mysz, pró­bu­jąc ją roz­gryźć. Stwo­rze­nie wyglą­dało tak uro­czo i nie­win­nie, a jed­nak żyło w cią­głym napię­ciu, nie­spo­koj­nie poru­szało wąsami, w każ­dej chwili gotowe do ucieczki; patrząc na mysie rysy twa­rzy i ner­wowe zacho­wa­nie Helen, trudno było unik­nąć sko­ja­rzeń.

Vanessa nie bar­dzo mogła zro­zu­mieć, co Leo widzi w Helen. Nie żywiła wobec niej nie­chęci, ale też nie darzyła jej sym­pa­tią. Synowa ni­gdy tak naprawdę nie poka­zy­wała swo­jego praw­dzi­wego obli­cza i zawsze spra­wiała wra­że­nie, jakby bała się wła­snego cie­nia. Leo mógł prze­bie­rać w dziew­czy­nach - każda, z którą roz­ma­wiał, zda­wała się roz­pły­wać z zachwytu, a ze spo­sobu, w jaki pytały o niego kole­żanki Vanessy, można było wywnio­sko­wać, że był łako­mym kąskiem dla ich córek - ale wybrał Helen, osobę, która wpraw­dzie nikomu nie spra­wiała przy­kro­ści, ale jed­no­cze­śnie nie potra­fiła bro­nić wła­snego zda­nia. Miała teraz pięć­dzie­siąt trzy lata, ale wciąż była dzie­cinna, do tego stop­nia, że chwi­lami wyda­wała się bar­dziej bez­bronna od Sienny, którą zresztą uro­dziła dość nie­ocze­ki­wa­nie, będąc już dobrze po czter­dzie­stce. Za wszelką cenę sta­rała się przy­po­do­bać ludziom, zawsze miała uśmiech na ustach, ale ni­gdy nie obej­mo­wał on smut­nych oczu.

- Czy w cza­sie spa­ceru widzia­łaś Siennę? - zapy­tała Vanessę, kiedy wcho­dziły do salonu. Pode­szła do okna i zaczęła odru­chowo kart­ko­wać cza­so­pi­sma na sto­ją­cym w kącie sto­liku do kawy. Jesz­cze jedna sterta śmieci, pomy­ślała Vanessa.

- Tak, świet­nie się bawi, jeź­dzi na rowe­rze. Ale powin­ny­ście już wyru­szać do szkoły, prawda? - Vanessa spoj­rzała na zega­rek.

- Myślę, że Leo pod­rzuci ją w dro­dze na spo­tka­nie - odparła Helen.

- Może ty powin­naś to zro­bić, Helen. Leo wygląda na bar­dzo zestre­so­wa­nego, wiecz­nie wszystko dźwiga na swo­ich bar­kach.

Helen uśmiech­nęła się słabo, po czym zaczęła zbie­rać poroz­rzu­cane po pokoju rze­czy córki i pako­wać je do ple­caka. Vanessa zauwa­żyła, że Sienna to jedyna osoba, która wydaje się ją inte­re­so­wać. Helen rzadko widy­wała się z przy­ja­ciółmi, ona i Leo ni­gdy nie orga­ni­zo­wali przy­jęć, nie cho­dzili do pubu. Jej świat krę­cił się wokół zajęć poza­lek­cyj­nych Sienny, prac domo­wych i kin­der­ba­lów. Obser­wo­wała córkę jak jastrząb, wkła­da­jąc w jej wycho­wa­nie całą swoją ener­gię. Znała każdą jej myśl. Wciąż prze­waż­nie spała z córką w jed­nym łóżku, pod­czas gdy Leo sypiał sam. Richard nie zgo­dziłby się na coś takiego nawet na jedną noc, nie mówiąc już o sied­miu latach. Może wyni­kało to z róż­nicy poko­le­nio­wej, ale tak było od czasu naro­dzin Sienny. Vanessa czę­sto się zasta­na­wiała, czy wła­śnie tutaj nie leży przy­czyna pew­nego dystansu Leo wobec córki: Sienna uwiel­biała tatę, ale on zawsze robił wra­że­nie dość obo­jęt­nego i Vanes­sie przy­szło do głowy, że może to dla­tego, że sta­nęła mię­dzy nim a Helen. Zawsze twier­dził, że nie chce mieć dzieci, a potem nie­spo­dzie­wa­nie Helen w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat oznaj­miła, że jest w ciąży. Leo w żad­nym razie nie był nie­miły dla Sienny, ale rzadko się z nią bawił i nie wyda­wał się w niej zako­chany jak Richard w Alice. Zabor­czość Helen spra­wiała, że trudno mu było mieć córkę dla sie­bie.

Kiedy Vanessę nacho­dziły czarne myśli, podej­rze­wała, że jej poiry­to­wa­nie obse­sją Helen na punk­cie Sienny wynika z zazdro­ści. Uwa­żała, że dosko­nale się z Alice rozu­miały, ale nie miała wąt­pli­wo­ści, że Helen nie stra­ci­łaby Sienny. W żad­nym wypadku nie spu­ści­łaby jej z oczu na tak długo. Ale może przy­czyną, dla któ­rej strze­gła Sienny jak oka w gło­wie, było znik­nię­cie Alice. Helen widziała, co strata dziecka zro­biła z matką, bez wąt­pie­nia skutki tego wyda­rze­nia dotknęły wszyst­kich w Yew Tree i odczu­wali je na­dal, cho­ciaż minęło pra­wie pięć­dzie­siąt lat.

- Miło ci się spa­ce­ro­wało? - zapy­tała Helen, spo­glą­da­jąc przez okno na Siennę i przy­wra­ca­jąc Vanessę do rze­czy­wi­sto­ści.

- Tak, poszłam na ple­ba­nię. Wygląda na to, że wszy­scy tylko cze­kają, by ją zbu­rzyć.

Helen powoli się odwró­ciła i spoj­rzała na Vanessę. Zaczer­wie­niła się, ale nic nie powie­działa.

- I pomy­śleć, że ta zimna, pusta ruina to dom, który kie­dyś tęt­nił życiem. Nie mam poję­cia, co się stało z rodziną Jame­sów, nazy­wali się Nell i Bobby, jeśli mnie pamięć nie myli. Coś o nich wiesz, Leo?

- Co takiego, mamo? - Leo poja­wił się w drzwiach, lekko się krzy­wiąc. - Helen, widzia­łaś moje klu­czyki do samo­chodu?

Helen wciąż wpa­try­wała się w Vanessę.

- Chyba leżą na stole w jadalni.

- Sprawdź pod sto­sami papie­rów i gazet - powie­działa Vanessa. - Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby Bobby James sie­dział w wię­zie­niu. Okropny był z niego dzie­ciak, pod­pa­lił oborę. Pamię­tasz, Leo?

- Hmm, nie za bar­dzo. - Leo spoj­rzał na Helen, która odwró­ciła się do nich ple­cami.

- Nie za bar­dzo? Ni­gdy tego nie zapo­mnę. Posta­no­wił spa­lić te zwie­rzęta żyw­cem. Richard led­wie zdą­żył przy­być na czas. - Vanessa zmarsz­czyła brwi. - Dokąd się wybie­rasz?

- Mówi­łem ci, mamo, że mam ostat­nie spo­tka­nie pla­ni­styczne w urzę­dzie. Jutro jest decy­du­jący dzień.

Helen prze­szła obok nich z ple­ca­kiem Sienny.

- Może Helen zapro­wa­dzi Siennę do szkoły? - zapy­tała Vanessa. - Mogę coś szybko dla nas usma­żyć.

- Zjem po spo­tka­niu. Helen, zro­bisz mamie śnia­da­nie? Muszę już iść, ina­czej się spóź­nię - rzu­cił, w końcu odna­la­zł­szy klu­cze, i wybiegł z domu.

Vanessa rozej­rzała się i zoba­czyła Siennę, która wpa­dła do salonu.

- Pa, bab­ciu! - zawo­łała dziew­czynka, rzu­ca­jąc się jej w ramiona; policzki miała zaru­mie­nione z zimna.

- Do widze­nia, kocha­nie, miłego dnia.

- Do zoba­cze­nia na spo­tka­niu, Helen! - zawo­łał Leo. - Zajmę dla cie­bie miej­sce.

Vanessa spoj­rzała na synową, naj­wy­raź­niej pogrą­żoną w jed­nym ze swo­ich nastro­jów. Nie lubiła prze­by­wać w towa­rzy­stwie Helen, kiedy ta mil­czała i wyda­wała się zadu­mana; czuła wtedy nie­po­kój i zasta­na­wiała się, co ta kobieta tak naprawdę myśli. Zawsze zda­wała sobie sprawę, że nie do końca ufa Helen, cho­ciaż wła­ści­wie nie wie­działa dla­czego, miała więc poczu­cie winy i wewnętrz­nej pustki.

- Chyba się położę - powie­działa. - Za długo spa­ce­ro­wa­łam.

Zatrzy­mała się u stóp olbrzy­mich krę­co­nych scho­dów, które bie­gły przez wszyst­kie pię­tra. Wielki geo­r­giań­ski dwór wyraź­nie pod­upadł. Farba na oknach się łusz­czyła, dywan na scho­dach był wybla­kły i wytarty, część pły­tek na pod­ło­dze popę­kała. Ogrze­wa­nie - jeśli w ogóle dzia­łało - zawsze było nasta­wione na mini­mum, tak że w domu wiecz­nie pano­wał ziąb.

Ruszyła powoli po scho­dach, mija­jąc stosy ksią­żek, gazet i ubrań. Prze­bie­gła wzro­kiem po odpa­da­ją­cej tape­cie, obwie­szo­nej wiel­kimi obra­zami i ogrom­nymi lustrami, aż dotarła na naj­wyż­sze pię­tro, gdzie oparte o ścianę stało zdję­cie Richarda i Leo. Była to czarno-biała odbitka przed­sta­wia­jąca ich obu na trak­to­rze i dokład­nie pamię­tała dzień, kiedy zro­biono tę foto­gra­fię. Było gorące lip­cowe popo­łu­dnie, Leo miał około czte­rech lat, a Richard posa­dził go sobie na kola­nach, żeby mógł kie­ro­wać trak­to­rem. Leo miał ser­decz­nie dość tej zabawy i cały czas pła­kał, a Richard się znie­cier­pli­wił i w końcu go ude­rzył. Była wtedy w ciąży z Alice, Richard pra­co­wał cały dzień na polu, więc chciała zanieść mu lunch i urzą­dzić wspólny pik­nik. Leo nie miał ochoty iść i z góry wie­działa, że wszystko skoń­czy się łzami, ale mimo to poszła, bo czuła się samotna, jak to żona far­mera.

Podob­nie jak ona Leo nie­na­wi­dził życia na far­mie. Lecz w prze­ci­wień­stwie do niej nie pró­bo­wał tego ukryć. Pła­kał, gdy się prze­wró­cił, zawo­dził, kiedy goniło go jakieś zwie­rzę lub gdy pobru­dził sobie ręce. Nato­miast Alice kochała życie na wsi tak samo jak ojciec. Kiedy działo się coś nie­bez­piecz­nego, była w swoim żywiole. Uwiel­biali się nawza­jem. Alice pła­kała na wieść, że miał jakieś mro­żące krew w żyłach przy­gody, a jej przy tym nie było. Gdy tylko nauczyła się cho­dzić, drep­tała za nim wszę­dzie. Towa­rzy­szyła mu, kiedy szedł kar­mić krowy lub napra­wiać płot, a potem wra­cała, sie­dząc mu na barana, tak ubło­cona, że Vanessa z tru­dem ją mogła roz­po­znać.

- Jesz­cze, tato! - wołała zawsze, gdy pod­rzu­cał ją do góry, prze­rzu­cał przez wysoki mur lub przez rów, a ona oczy­wi­ście się prze­wra­cała i było widać, że ją boli, a Vanessa aż odska­ki­wała prze­ra­żona. Ale Alice już po chwili otrze­py­wała się i wycią­gała ręce. - Jesz­cze, tato!

Vanessa pode­szła do drzwi sypialni i jak zawsze zatrzy­mała się, by spoj­rzeć na por­tret Alice. Zamó­wiony przez nią obraz, przed­sta­wia­jący córkę w odświęt­nej czer­wo­nej sukience, którą miała na sobie tej nocy, gdy zagi­nęła.

"Mamu­siu, dla­czego nie mogę zostać w ogrod­nicz­kach?" - ode­zwał się piskliwy gło­sik. Vanessa zoba­czyła zbli­ża­jącą się córeczkę, któ­rej zie­lone oczy spo­glą­dały pyta­jąco. Alice trzy­mała w jed­nej ręce czer­woną sukienkę, w dru­giej nie­bie­ską, z satyny, cią­gnąc je po pod­ło­dze, a jej ogrod­niczki prze­sią­kły zabło­co­nym śnie­giem po zaba­wie na dwo­rze. Wokół ust miała smugi cze­goś, co wyglą­dało jak cia­sto cze­ko­la­dowe, a policzki i koniuszki jej pal­ców były czer­wone. Vanessa ujęła zimne dło­nie córki i zaczęła je roz­cie­rać, żeby się ogrzały. Zami­go­tała srebrna bran­so­letka z zawieszką w kształ­cie literki A, którą kupiła Alice na Boże Naro­dze­nie.

Vanessa powoli zbli­żyła się do okna w sypialni i spoj­rzała na pod­jazd. Sienna machała do niej z samo­chodu. Vanessa też poma­chała, a gdy znik­nęli za rogiem, na­dal miała przed oczami twarz dziew­czynki.

Zupeł­nie jak Alice, pomy­ślała. Tak bar­dzo przy­po­mi­nała Alice, że było to wręcz nie do znie­sie­nia.

Rozdział drugi

Wil­low

Czwar­tek, 21 grud­nia 2017

Obcasy Wil­low James stu­kały gło­śno, gdy wcho­dziła po drew­nia­nych scho­dach na scenę w domu kul­tury w King­ston, gdzie odby­wały się jasełka, let­nie jar­marki i wie­czorne tur­nieje bingo. Odło­żyła notatki na mów­nicę, scho­wała drżące ręce za ple­cami i spoj­rzała na morze ludzi, któ­rzy wpa­try­wali się w nią wycze­ku­jąco. Nagle poczuła się zakło­po­tana, ponie­waż wyglą­dała bar­dziej ele­gancko niż zwy­kle: miała na sobie nowy gra­na­towy żakiet i białą koszulę z Zary, obci­słe dżinsy i brą­zowe botki. Ciemne wycie­nio­wane włosy, przy­cięte na boba, wymo­de­lo­wała na szczotce, nało­żyła swoją ulu­bioną szminkę Cha­nel w cie­li­stym kolo­rze i zro­biła maki­jaż w stylu "smoky eyes", kon­tra­stu­jący z jej jasno­nie­bie­skimi oczami. Teraz jed­nak wyda­wało jej się, że wygląda zbyt for­mal­nie. Na poprzed­nie spo­tka­nia z miesz­kań­cami sta­rała się ubie­rać swo­bod­nie, żeby nie przy­po­mi­nać typo­wej pra­cow­niczki kor­po­ra­cji, ale uznała, że dzi­siaj, pod­czas koń­co­wej pre­zen­ta­cji, powinna wyglą­dać bar­dziej prze­bo­jowo. Peter, dozorca, powie­dział jej z dumą, że prze­wi­du­jąc liczną fre­kwen­cję, usta­wił ponad sto krze­seł - wszyst­kie były już teraz zajęte, a do sali wciąż napły­wali ludzie. Sym­pa­tyczny męż­czy­zna o siwych wło­sach i uśmiech­nię­tych oczach poin­for­mo­wał ją, że opie­kuje się tym miej­scem od bli­sko czter­dzie­stu lat.

Cze­ka­jąc, aż ucich­nie gwar roz­mów, prze­bie­gła wzro­kiem po publicz­no­ści w poszu­ki­wa­niu zna­jo­mych twa­rzy i zauwa­żyła swo­jego szefa, Mike'a Scotta, który aku­rat roz­ma­wiał przez tele­fon komór­kowy. Ich klient, Leo Hil­ton - z któ­rym od ponad roku pra­co­wali nad pla­nami osie­dla miesz­ka­nio­wego o war­to­ści pię­ciu milio­nów fun­tów - wła­śnie się poja­wił i prze­dzie­rał się mię­dzy rzę­dami krze­seł, by usiąść obok Mike'a. Mike jak zwy­kle był świeżo ogo­lony i sty­lowo ubrany w czarny golf, dżinsy i długi czarny płaszcz. Leo prze­ciw­nie, miał na sobie nie­prze­ma­kalną robo­czą kurtkę, zabło­cone buty i czapkę bejs­bo­lówkę. Obok niego stało puste krze­sło, które - jak przy­pusz­czała Wil­low - zajął dla żony. Widziała się z Helen zale­d­wie kilka razy prze­lot­nie. Była to cicha kobieta o deli­kat­nych rysach, która raczej nie anga­żo­wała się w pro­jekt. Dwa rzędy dalej sie­dzieli chło­pak Wil­low, Char­lie, oraz jego rodzice, Lydia i John. Pro­mien­nie uśmiech­nięci zer­kali na nią z dumą, roz­ma­wia­jąc z oży­wie­niem z przy­ja­ciółmi i sąsia­dami z King­ston, gdzie miesz­kali od ponad dekady. John mru­gnął do Wil­low zachę­ca­jąco, a Lydia poma­chała do niej rado­śnie.

W końcu zapa­dła cisza, jeśli nie liczyć małego dziecka wrzesz­czą­cego z deter­mi­na­cją na końcu sali. Wil­low wzięła głę­boki oddech i zmu­siła się do uśmie­chu.

- Witam wszyst­kich i dzię­kuję za przy­by­cie. - Cho­ciaż nachy­lała się do mikro­fonu, jej głos ledwo było sły­chać w zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu.

- Skar­bie, nie sły­szymy cię! - zawo­łał jakiś sie­dzący z tyłu męż­czy­zna, gdy znów roz­le­gły się roz­mowy. Wil­low poczuła, że się czer­wieni, a gdy spoj­rzała na marsz­czą­cego brwi Mike'a, jesz­cze bar­dziej się zestre­so­wała. Zaczęła maj­stro­wać przy mikro­fo­nie, stu­ka­jąc w niego darem­nie, aż na scenę wbiegł Leo, odgar­nia­jąc kosmyki jasnych wło­sów wymy­ka­jące się spod bejs­bo­lówki, i włą­czył urzą­dze­nie.

- Pro­szę bar­dzo. - Puścił do niej oko.

- Och, dzię­kuję, Leo - ucie­szyła się Wil­low, gdy z mikro­fonu wydo­był się pisk. Zauwa­żyła, że sie­dzące rzę­dem kobiety w śred­nim wieku patrzyły na Leo z uwiel­bie­niem, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem, kiedy zeska­ki­wał ze sceny i wra­cał na swoje miej­sce. Ile­kroć go spo­ty­kała, zawsze wyda­wał się mieć szcze­gólny wpływ na ludzi, zarówno na męż­czyzn, jak i kobiety. Ema­no­wał uro­kiem oso­bi­stym, ale w nie­oczy­wi­sty spo­sób; był cie­pły, przy­ja­zny, miły i czę­sto pamię­tał drobne szcze­góły z życia innych ludzi. Miał świa­do­mość wła­snych nie­do­sko­na­ło­ści - zda­wał sobie sprawę, że jest cha­otyczny, roz­tar­gniony i zapo­mi­nal­ski, jed­nak zawsze sta­rał się słu­żyć pomocą. Czę­sto cho­dził w pod­nisz­czo­nym ubra­niu, a jego włosy dawno nie widziały fry­zjera, ale był wyjąt­kowo przy­stojny; koja­rzył się Wil­low z kow­bo­jami z wester­nów, które oglą­dał jej ojciec. Sienna naj­wy­raź­niej go uwiel­biała, cho­ciaż Leo nie wyda­wał się szcze­gól­nie nią zain­te­re­so­wany. Nie był dla niej nie­miły, ale jeżeli pod­czas spo­tka­nia sia­dała mu na kola­nach i zasy­py­wała go pyta­niami, nie­spe­cjal­nie się nią inte­re­so­wał, a gdy przy­bie­gała do niego w cza­sie wizji tere­no­wej, kazał jej wra­cać z powro­tem do domu. Ale co ona z tego rozu­miała, myślała Wil­low. Zresztą jej wła­sne rela­cje z ojcem też nie były na medal, więc nie miała na ten temat wiele do powie­dze­nia.

Wil­low ode­tchnęła głę­boko i ponow­nie zaczęła mówić.

- Witam wszyst­kich, bar­dzo wam dzię­kuję, że przy­szli­ście tutaj w ten zimny gru­dniowy dzień. - Jej głos zadud­nił, gdy mikro­fon w końcu ożył. - To wspa­niale świad­czy o spo­łecz­no­ści King­ston, miej­scu, które dobrze pozna­łam w ciągu mija­ją­cego roku, że tak wielu z was zde­cy­do­wało się przy­być, aby zapo­znać się z osta­teczną wer­sją tej fascy­nu­ją­cej inwe­sty­cji, która zosta­nie jutro zapre­zen­to­wana w wydziale pla­no­wa­nia prze­strzen­nego.

Wzięła kolejny oddech i rozej­rzała się dookoła, przy­cią­ga­jąc uwagę kilku miesz­kań­ców, z któ­rymi miała wię­cej do czy­nie­nia przez ostatni rok, wysłu­chi­wała ich i uspo­ka­jała, gdy nie­po­ko­ili się o wzrost ruchu dro­go­wego po powsta­niu osie­dla, spo­ty­kała się z nimi na kawie, żeby roz­wie­wać ich obawy co do likwi­da­cji domu kul­tury, roz­ma­wiała o wąt­pli­wo­ściach zwią­za­nych z pro­jek­tem, żeby prze­ka­zać je komi­sa­rzom ochrony śro­do­wi­ska w Bri­gh­ton - z któ­rymi nota­bene udało się jej nawią­zać świetne rela­cje - aby osią­gnąć kom­pro­mis, który zado­wo­liłby wszyst­kich.

- Teraz, gdy zbli­żamy się do finału, chcia­ła­bym wyra­zić wielką wdzięcz­ność dla wszyst­kich, któ­rzy z nami dys­ku­to­wali, współ­pra­co­wali i wspie­rali zro­dzoną w Sus­sex Archi­tec­ture we współ­pracy z panem Leo Hil­to­nem wspólną wizję naszego zrów­no­wa­żo­nego, przy­no­szą­cego wza­jemne korzy­ści i eks­cy­tu­ją­cego nowego przed­się­wzię­cia w King­ston. Wiem, że wielu z was głę­boko smuci per­spek­tywa likwi­da­cji pięk­nego domu kul­tury i sta­rej ple­ba­nii, miejsc bli­skich waszym ser­com. Ale zapew­niam, że uważ­nie was słu­cha­li­śmy i dzi­siaj chcie­li­by­śmy poka­zać mul­ti­me­dialną pre­zen­ta­cję nowego cen­trum spo­łecz­no­ścio­wego z biblio­teką, które, mamy nadzieję, sta­nie się ser­cem miej­sco­wo­ści.

Wil­low zwró­ciła się w stronę ekranu i klik­nęła, by poka­zać pierw­szy slajd. Zapro­jek­to­wa­nie osie­dla zło­żo­nego z dzie­się­ciu wolno sto­ją­cych domów i nowego cen­trum spo­łecz­no­ścio­wego - jak lubił to okre­ślać Mike - zajęło jej zale­d­wie mie­siąc. Ale póź­niej dwa­na­ście mie­sięcy trwała walka o moż­li­wość reali­za­cji pro­jektu: zbie­ra­nie oświad­czeń, spo­rzą­dza­nie rapor­tów, nakła­nia­nie róż­nych kon­sul­tan­tów do zatwier­dze­nia pla­nów i - co było naj­trud­niej­sze - prze­ko­ny­wa­nie miej­sco­wych, żeby nie zgło­sili sprze­ciwu wobec wnio­sku o pozwo­le­nie na budowę, który miał zostać zatwier­dzony za dwa­dzie­ścia cztery godziny.

- Czy mogę pro­sić, żeby ktoś zga­sił świa­tło? - zapy­tała Wil­low. - Dzię­kuję, jest pan nie­za­stą­piony! - powie­działa do sto­ją­cego na końcu kory­ta­rza Petera, który pod­niósł kciuk i sala pogrą­żyła się w ciem­no­ści. - Poda­ruję panu pele­rynę Świę­tego Miko­łaja - dodała, a widzo­wie uśmiech­nęli się do niej z sym­pa­tią.

Wil­low zaczęła oma­wiać slajdy na ekra­nie; na stro­nie zaty­tu­ło­wa­nej "Osie­dle Yew Tree: speł­nione marze­nie" zapre­zen­to­wała pierw­sze szkice inwe­sty­cji, przy­po­mi­na­jąc sobie dzień, w któ­rym Mike wezwał ją do biura i ogło­sił, że została kie­row­niczką swo­jego pierw­szego dużego pro­jektu. Po nie­mal pię­ciu latach prób wyka­za­nia się, kre­śle­nia pla­nów według szki­ców innych archi­tek­tów, tkwie­nia przy biurku z rzadka uroz­ma­ica­nego wizytą w tere­nie lub zebra­niem, marzeń o reali­za­cji wła­snych kon­cep­cji, na które ni­gdy dotąd nie miała szans, od razu dostała pro­jekt wart pięć milio­nów fun­tów.

- To nie będzie łatwe zada­nie, Wil­low - uprze­dzał ją wcze­śniej Mike. - Nie tylko zbu­rzymy zabyt­kową geo­r­giań­ską rezy­den­cję, żeby zro­bić miej­sce dla nowych domów, ale pod kilof pój­dzie także ple­ba­nia i dom kul­tury, by można było popro­wa­dzić drogę do nowej inwe­sty­cji. - Stu­kał dłu­go­pi­sem w kartkę przy­piętą do pod­kładki, dziu­ra­wiąc papier. - Ten dom jest waż­nym ele­men­tem histo­rycz­nego obszaru, ale nas blo­kuje, nie możemy budo­wać wokół niego. To duża, ważna dla miesz­kań­ców nie­ru­cho­mość w samym cen­trum wio­ski, więc musisz zapro­jek­to­wać nową zabu­dowę w taki spo­sób, żeby wyglą­dało to lepiej niż obec­nie. Potem trzeba zna­leźć kon­sul­tanta do spraw ochrony śro­do­wi­ska, który stwier­dzi, że pro­jekt chroni ten teren i pod­kre­śla jego walory, a także kilku spe­cja­li­stów od śro­do­wi­ska przy­rod­ni­czego, któ­rzy wypo­wie­dzą się w kwe­stii zie­leni.

W miarę jak mówił, zaczęło do niej docie­rać, że opi­sy­wany przez niego dom, ten znaj­du­jący się w cen­trum pla­no­wa­nego osie­dla, jest jej dziw­nie zna­jomy. Radość natych­miast zamie­niła się w strach, poczuła, że pali ją szyja.

- Klu­czowa sprawa, i tu z pew­no­ścią świet­nie sobie pora­dzisz, to prze­ko­na­nie miej­sco­wych, że ist­nie­jący budy­nek to szka­radz­two. No i rzecz jasna, będziesz musiała zna­leźć inży­niera budow­la­nego, który stwier­dzi, że dom się roz­pada, co nie będzie pro­ste.

- Masz na myśli Yew Tree Manor? - zapy­tała zdu­miona.

- Aha, dobrze, że wiesz, o co cho­dzi. Więc zda­jesz sobie sprawę, z czym musimy się zmie­rzyć. - Prze­cze­sał dłońmi opa­da­jącą grzywkę i usiadł w fotelu.

- Dla­czego Leo Hil­ton chce go zbu­rzyć? Jego rodzina mieszka tam od poko­leń. Czy matka Leo jesz­cze żyje? - dopy­ty­wała się Wil­low, nie kry­jąc zasko­cze­nia.

Mike zmarsz­czył brwi.

- W tym momen­cie myślę o wszyst­kich pro­ble­mach, na któ­rych musimy się teraz sku­pić, a matka Hil­tona nie jest jed­nym z nich. Leo wspo­mi­nał, że ostat­nio pod­upa­dła na zdro­wiu i że dostał od niej peł­no­moc­nic­two, i to się dla nas liczy. Czyż­byś znała tę rodzinę?

- Nie, skąd. Rodzice mojego chło­paka miesz­kają w King­ston, więc mówili mi o Yew Tree Manor. Hil­to­no­wie są tam dobrze znani - wyja­śniła, rumie­niąc się.

- Świet­nie, że masz teściów w King­ston. Mogliby nam pomóc w pozy­ska­niu wspar­cia miej­sco­wych. Ale jeśli ten pro­jekt jest dla cie­bie pro­ble­mem, mogę się zwró­cić do Jima. Myśla­łem, że będziesz w siód­mym nie­bie.

Miała na końcu języka pyta­nie, czy ple­ba­nia, gdzie jej ojciec miesz­kał przez pierw­sze trzy­na­ście lat życia, rów­nież zosta­nie zbu­rzona, ale to wzbu­dzi­łoby zbyt wiele podej­rzeń. Już nie­długo się wszyst­kiego dowie. Zasta­na­wiała się przez chwilę, czy to Leo Hil­ton pro­sił, żeby wła­śnie ona dostała ten pro­jekt, ale nie była pewna, czy w ogóle zda­wał sobie sprawę z jej ist­nie­nia, nie mówiąc już o tym, gdzie jest zatrud­niona. A gdyby nawet, to dla­czego miałby aku­rat ją wyty­po­wać?

Pod­czas gdy szef wpa­try­wał się w Wil­low z uwagą, mru­żąc oczy i stu­ka­jąc pal­cami w poręcz fotela, wszystko w niej krzy­czało, że powinna odmó­wić. Jed­no­cze­śnie gorącz­kowo myślała o nada­rza­ją­cej się oka­zji: szan­sie spraw­dze­nia się po latach nauki i spłaty kre­dytu stu­denc­kiego. Nawet kiedy w końcu uzy­skała kwa­li­fi­ka­cje zawo­dowe archi­tekta i została człon­ki­nią Kró­lew­skiego Insty­tutu Archi­tek­tów Bry­tyj­skich, musiała wal­czyć o to, by w tej branży, zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn, trak­to­wano ją poważ­nie. Teraz nagle na tale­rzu podano jej pro­jekt, o któ­rym wcze­śniej mogła tylko poma­rzyć, ale z zastrze­że­niem, że musi pra­co­wać z Hil­to­nami. Rodziną, która tak naprawdę znisz­czyła życie jej ojcu.

- Tak, jestem w siód­mym nie­bie, dzię­kuję ci, Mike - wykrztu­siła w końcu. - Po pro­stu czuję się tro­chę przy­tło­czona. Zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wa­łam.

- Jasne. - Zmarsz­czył czoło. - Cóż, nie powin­naś być aż tak zasko­czona. Ciężko pra­co­wa­łaś, Wil­low, i naszym zda­niem jesteś dobrze przy­go­to­wana, ale jeśli uwa­żasz, że jest ina­czej, muszę o tym wie­dzieć już teraz.

- Jak naj­bar­dziej w to wcho­dzę - stwier­dziła, odsu­wa­jąc od sie­bie myśl o roz­mo­wie, którą rok temu miała prze­pro­wa­dzić z ojcem. Roz­mo­wie, która wciąż się nie odbyła, a teraz, gdy pro­jekt zbli­żał się ku koń­cowi, wola­łaby jej w ogóle unik­nąć.

Ale kiedy prze­stała myśleć o ojcu, przy­po­mniała jej się inna osoba. Wielka nie­roz­wią­zana tajem­nica zagi­nię­cia Alice Hil­ton, jak okre­ślano to w gaze­tach. Sze­ścio­let­nia Alice, młod­sza sio­stra Leo Hil­tona, która wymknęła się z syl­we­stro­wego przy­ję­cia rodzi­ców w Yew Tree Manor w 1969 roku. Mała dziew­czynka szu­ka­jąca swo­jego pie­ska w śniegu, która póź­nym wie­czo­rem, zanim zagi­nęła, spo­tkała mło­dego chło­paka, Bobby'ego Jamesa - ojca Wil­low. Bobby wie­lo­krot­nie powta­rzał poli­cjan­tom, że nie wie, co się stało z Alice, ale zna­le­ziono jego chu­s­teczkę, na któ­rej była krew dziew­czynki, a dzi­siaj, po nie­mal pięć­dzie­się­ciu latach, poli­cja - i Vanessa Hil­ton - na­dal podej­rze­wała, że ma on coś wspól­nego z jej znik­nię­ciem. Z bie­giem lat Wil­low odkryła, że wów­czas jej ojciec był dobrze znany poli­cji w związku z pod­pa­le­niem obory Hil­tonów. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że to był wypa­dek, ale kiedy wezwano go do zło­że­nia wyja­śnień, jak zawsze mil­czał. Poli­cjanci przez trzy dni i trzy noce naci­skali, żeby przy­znał się do winy w spra­wie zagi­nię­cia Alice, aż w końcu się zała­mał: zaata­ko­wał prze­słu­chu­ją­cego go funk­cjo­na­riu­sza i rzu­cił krze­słem w okno pokoju prze­słu­chań. W rezul­ta­cie tra­fił do popraw­czaka, gdzie był codzien­nie bity i mal­tre­to­wany przez per­so­nel oraz kole­gów, do czasu gdy go zwol­niono po trzech latach.

Wil­low mogła sobie wyobra­zić scenę na komi­sa­ria­cie tak wyraź­nie, jakby sama tam była. Była pewna, że jej ojciec nie skrzyw­dził Alice, ale wie­działa też, że kiedy odmó­wił roz­mowy z poli­cjan­tami, mogli łatwo zin­ter­pre­to­wać jego mil­cze­nie jako przy­zna­nie się do winy. Za młodu nie­ustan­nie wal­czyła z tą jego cechą, lecz ojciec kate­go­rycz­nie odma­wiał jakiej­kol­wiek roz­mowy o prze­szło­ści, bez względu na to, jak bar­dzo go pro­siła. W końcu dała za wygraną.

To wła­śnie głę­boka fru­stra­cja spo­wo­do­wana jego mil­cze­niem na temat prze­szło­ści spra­wiła, że osta­tecz­nie pod­jęła się reali­za­cji pro­jektu Yew Tree. Pomy­ślała, że może, pra­cu­jąc dla Hil­to­nów, w końcu dowie się cze­goś o jego dzie­ciń­stwie na ple­ba­nii, o Leo i Alice i o wszyst­kim, o czym ni­gdy z nią nie roz­ma­wiał. Po życiu peł­nym zna­ków zapy­ta­nia była to zbyt kusząca oferta, by ją odrzu­cić.

Ale gdy tylko zgo­dziła się na udział w pro­jek­cie, Alice Hil­ton zaczęła nawie­dzać jej sny, zawsze w czer­wo­nej sukience, którą, jak pisały gazety, miała na sobie tej nocy, gdy zagi­nęła. Nie­obecna Alice stała się nie­od­łączną towa­rzyszką życia Wil­low. Mia­łaby teraz pięć­dzie­siąt cztery lata, ale przez to, że znik­nęła, wciąż pozo­sta­wała sze­ścio­let­nią dziew­czynką w czer­wo­nej sukience.

Pod­czas wizji tere­no­wej, gdy krok po kroku ana­li­zo­wali plany Yew Tree Manor, córka Leo Hil­tona, Sienna, poja­wiała się na górze niczym wcie­le­nie wiszą­cego w holu por­tretu Alice, wywo­łu­jąc gęsią skórkę u Wil­low, która z tru­dem odry­wała wzrok od dziew­czynki.

Nagle trza­snęły drzwi sali i w wej­ściu poja­wiła się Helen, któ­rej blade policzki spur­pu­ro­wiały, gdy wszy­scy odwró­cili się w jej stronę. Roz­glą­dała się za Leo, który poma­chał do niej, i ruszyła ku niemu, szep­tem prze­pra­sza­jąc prze­pusz­cza­jące ją osoby.

- Jak nie­któ­rzy z pań­stwa pew­nie już zauwa­żyli - kon­ty­nu­owała Wil­low, odry­wa­jąc wzrok od Helen po wyświe­tle­niu ostat­niego slajdu - zbu­do­wa­li­śmy makietę osie­dla Yew Tree z nadzieją, że się wam spodoba. Pro­szę, czę­stuj­cie się her­batą i babecz­kami, które przy­go­to­wał Peter, a jeśli będzie­cie mieli jesz­cze jakieś pyta­nia przed jutrzej­szym spo­tka­niem pla­ni­stycz­nym, chęt­nie na nie odpo­wiemy. Jesz­cze raz dzię­kuję za poświę­cony czas.

Publicz­ność zaczęła kla­skać, a Wil­low uśmiech­nęła się i zeszła po schod­kach, po czym pode­szła do Leo i Mike'a. Leo objął ją ramie­niem i uści­snął.

- Wspa­niałe wystą­pie­nie, świetna robota, Wil­low - pochwa­lił ją. - Nie sądzę, aby­śmy kie­dy­kol­wiek mieli tak dużą fre­kwen­cję, nawet kiedy Alan Titch­marsh przy­szedł pod­pi­sy­wać książki. Powin­naś być z sie­bie bar­dzo dumna, prawda, Helen?

Helen wpa­try­wała się w Wil­low swo­imi inten­syw­nie nie­bie­skimi oczami, które wyda­wały się kon­tra­sto­wać z jej powierz­chow­no­ścią sza­rej myszki. Wil­low nie wie­działa, co myśleć o żonie Leo. Spo­tkała ją kilka razy, kiedy mieli narady w Yew Tree Manor, ale cho­ciaż zacho­wy­wała się wobec niej bar­dzo przy­jaź­nie, Helen zawsze trzy­mała dystans. Wil­low odno­siła wra­że­nie, że gdy tylko wcho­dzi do pokoju, Helen zaraz go opusz­cza.

- Z całą pew­no­ścią - przy­tak­nęła Helen, przy­glą­da­jąc się Wil­low. - Osią­gnę­łaś to, co wyda­wało się nie­moż­liwe.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa Wil­low, zasta­na­wia­jąc się nad dobo­rem słów Helen.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki