Prolog
Poniedziałek, 8 stycznia 1945, Kingston near Lewes, East Sussex
- Już przyjechali. - Tessa James wyjrzała przez okno sypialni, w momencie gdy przed budynkiem dawnej plebanii zatrzymały się dwa
samochody policyjne. Na widok snopów światła reflektorów wzdrygnęła się
i od razu pobiegła do swojego sześcioletniego wnuka, który siedział na
podeście schodów, dygocąc ze strachu.
- Babuniu, boję się. Nie chcę siedzieć sam po ciemku. - Alfie wpatrywał
się w nią jasnoniebieskimi oczami rodziny Jamesów tak intensywnie, że
miała wrażenie, jakby jego spojrzenie przeszywało ją na wylot.
Złapał babcię za rękę, gdy przystanęła na podeście, wskazując mu pokoik
pod schodami, księżą kryjówkę1 zdolną pomieścić niewiele poza
materacem, którą odkryła zupełnie przypadkowo, kiedy ponad dwadzieścia
lat wcześniej, niedługo przed urodzeniem matki Alfiego, przeprowadziła
się do podupadłego domku.
- Wchodź szybciutko - ponagliła wnuka.
Widząc, że nie ma wyboru, chłopiec niechętnie wczołgał się do środka, po
czym natychmiast odwrócił się do niej, a jego buzia, okolona czarnymi
włosami, skrzywiła się do płaczu.
- Alfie, posłuchaj, nie wychodź stąd, jeśli to nie będzie naprawdę
konieczne; musisz pozostać w ukryciu. Wystarczy ci zapasów na pięć dni.
Wysłałam pilny telegram do mamy, wie, że tutaj jesteś. Przyjdzie po
ciebie może nawet jutro.
- A jak nie przyjdzie? Co wtedy? - zapytał, łkając.
- Przyjdzie, Alfie. - Tessa otarła mu łzy; musiała jak najszybciej
zamknąć klapę, zanim do domu wtargną policjanci i zauważą wejście do
pokoiku. Pod nieobecność matki Alfiego, która pracowała jako służąca w Portsmouth, Wilfred Hilton bez wahania wysłałby chłopca, swego
nieślubnego wnuka, za granicę, a wtedy prawdopodobnie słuch by o nim
zaginął.
- Babuniu, obiecujesz? Wiem, że zawsze dotrzymujesz słowa. - Łzy
zostawiały ślady na jego policzkach ubłoconych podczas zabawy na polu.
Wcześniej wbiegł do domu, żeby schować się przed deszczem, gdy do drzwi
plebanii zaczęła się dobijać przemoczona Sally, służąca Hiltonów.
- Pani James, musi pani przyjść - wykrztusiła z paniką w oczach,
zdyszana po biegu przez las rosnący między rezydencją Yew Tree Manor a plebanią. - Pani Hilton zaczęła rodzić i dziecko utknęło. Doktor mówi,
że ona umrze, jeśli szybko nie urodzi. Kazał panią sprowadzić. Nie wie,
co ma robić.
Tessa poczuła, jak ściska ją w żołądku na myśl, ile Evelyn Hilton
wycierpiała się przez doktora Jenkinsa.
- Sally, wiesz, że pan Hilton zakazał mi się zbliżać do swojej żony. Nie
zajmowałam się panią Hilton podczas jej ciąży, to lekarz odpowiada za
to, żeby bezpiecznie urodziła. - Walcząc ze łzami, próbowała odprawić
dziewczynę.
- Doktor błagał, żebym panią namówiła do przyjścia - nalegała Sally. -
Mówił, że powie panu Hiltonowi, że sam o to poprosił i że on za to
odpowiada. Pani James, proszę, ona strasznie krwawi. Doktor mówi, że
tylko pani może ją uratować. Inaczej ona i dziecko umrą. Myślałam, że
już nie wytrzymam jej krzyków, ale teraz całkiem ucichła, a to jeszcze
gorzej.
- Gdzie jest pan Hilton? - zapytała Tessa.
- Odjechał po tym, jak się pokłóciliście o mieszkanie na plebanii. Dziś
rano przyszedł telegram, że pana Elia2 zabili podczas walki. Pani
Hilton była okropnie zdenerwowana, zaczęła rodzić zaraz po odjeździe
pana Hiltona. Zawołałam doktora Jenkinsa, tak jak mi kazali, ale okazało
się, że to będzie poród pośladkowy, i lekarz powiedział, że się tego nie
spodziewał. Ciągle krzyczy, że mam znaleźć pana. Szukałam go po całym
Kingston, w pubie Rose and Crown i w stajniach, po prostu wszędzie, ale
gdzieś zniknął. - Przerażona dziewczyna zaniosła się płaczem. - Pani
James, proszę, niech pani nie pozwoli jej umrzeć. Proszę! - Złapała
Tessę za ramiona i popychała ją w stronę drzwi. - Richard ma dopiero
sześć lat, zostanie sierotą!
Eli Hilton zginął. Ukochany Belli, ojciec Alfiego, został zabity na
wojnie, która właściwie już dobiegała końca. Tessa wciąż nie mogła w to
uwierzyć. Była przy narodzinach Elia, a niedługo potem urodziła własne
dziecko, Bellę, i ci dwoje stali się nierozłączni. Eli był dla Tessy jak
syn. Służąca wpatrywała się w nią, stojąc na deszczu, a ona z trudem
łapała oddech. Ale nie miała czasu na jakąkolwiek reakcję, na krzyk,
płacz. Była potrzebna.
- Alfie, zostań tutaj, pilnuj, żeby ogień nie zgasł - przykazała mu,
wkładając ciężkie czarne buty i narzucając na ramiona szal, po czym
ruszyła na spotkanie burzy.
Pomogła Evelyn bezpiecznie wydać na świat dwoje poprzednich dzieci, Elia
i jego młodszego brata Richarda, ale oba porody były trudne. U Evelyn
wydawały się trwać w nieskończoność. Była drobnej budowy, miała wąski
kanał rodny i asystowanie przy jej porodach wymagało dużo cierpliwości,
której - Tessa była tego pewna - Jenkinsowi brakowało. Podczas porodu
Evelyn musiała mieć możliwość poruszania się, obu synów urodziła na
czworakach na podłodze sypialni w Yew Tree Manor. Obawiała się, że
doktor Jenkins każe jej leżeć na łóżku z unieruchomionymi nogami i będzie próbował wyciągnąć dziecko za pomocą kleszczy.
Kiedy minęły skraj lasu i wbiegły na kamienny podjazd przed ogromną
georgiańską rezydencją, na wspomnienie porannej kłótni z Wilfredem
Hiltonem Tessę ogarnął smutek. "Niech się pani wynosi wraz z tym swoim
bękartem z plebanii, z mojej ziemi" - powiedział. - "Przynosi pani wstyd
Kościołowi i mojej rodzinie. Widzę, jak stara się pani ukrywać te
kobiety, u których wywołuje poronienia. Czy sprowadzając je tutaj po
nocy, sądzi pani, że nikt nic nie zauważy? James, ośmiesza się pani z tymi swoimi zabobonami, ziółkami i naturalną medycyną. Potrzebujemy
prawdziwych lekarzy, takich jak doktor Jenkins, a nie pałających
nienawiścią do Boga szamanów, których awersja wobec fachowych praktyk
medycznych rozrasta się w naszym społeczeństwie niczym rak".
Od czasu gdy została położną, kobiety pytały ją, jak się pozbyć
rozwijających się w ich brzuchach płodów. Zawsze słuchała ze
współczuciem, ale wiedziała, że to nielegalne: przerywanie ciąży groziło
więzieniem. Bardziej niż prawo powstrzymywał ją jednak instynkt - w końcu poświęciła życie ratowaniu dzieci - dlatego w zamian dawała
pocieszenie. Słuchała i nie osądzała, zdawała sobie bowiem sprawę, że
każda z tych kobiet ma swoje powody, dla których nie chce dziecka.
Niektóre miały już liczne potomstwo albo były tak wycieńczone porodami,
że kolejny mógłby je zabić - a co by się wtedy stało z pozostałymi
dziećmi? Takim kobietom Tessa dawała zioła na przywrócenie miesiączki,
ale przeważnie nie działały. Parę kobiet było tak zdesperowanych, że
groziło samobójstwem. O nie martwiła się najbardziej. Że jeśli im nie
pomoże, wypiją wybielacz lub same przerwą ciążę za pomocą drutu do
robótek lub szydełka albo w jakikolwiek inny sposób - często z tragicznymi konsekwencjami. Mężczyźni żyli w swoim własnym świecie i niewielu z nich wiedziało, jakim cierpieniem kobiety bywa okupiona ich
przyjemność.
- Czego nauczyli doktora Jenkinsa w szkole medycznej? - zapytała
Wilfreda Hiltona. - Ile porodów odebrał? Na studiach nie uczą, jak ulżyć
konającej z bólu matce, która jeszcze niedawno sama była dzieckiem. Albo
kobiecie, która nie może urodzić, bo ma za wąski kanał rodny.
- Jak pani nie wstyd, pani James! Zbałamuciła pani kobiety z wioski tym
swoim gadaniem. Jutro macie stąd zniknąć.
Szła po schodach, kierując się w stronę sypialni, przynaglana myślą, że
Evelyn krwawi. Może dziecko w jej łonie już się obróciło, a ona -
wskutek osłabienia spowodowanego utratą krwi - nie jest w stanie przeć.
Bez względu na swój stosunek do Wilfreda Hiltona Tessa musiała pomóc
przyjaciółce.
Ale scena, którą zobaczyła po wejściu do sypialni, przekroczyła jej
wszelkie wyobrażenia. W ciągu trzydziestu lat pracy jako położna nigdy
nie widziała tyle krwi. Białe prześcieradła i kremowa koszula nocna
Evelyn zmieniły kolor na czerwony. Kobieta leżała na łożu z baldachimem,
blada i bez życia, z nogami w strzemionach, a lekarz szarpał dziecko za
nogi, podczas gdy główka wciąż pozostawała wewnątrz.
- Na litość boską, niech pani coś zrobi! - krzyknął doktor na widok
Tessy. - Ramiona utknęły, nie mogę wydostać dziecka. Naciąłem krocze,
ale wciąż nie wychodzi. - Wbił w nią wzrok, dysząc z wysiłku, umazany
krwią po łokcie.
Tessa podbiegła i delikatnie uwolniła nogi Evelyn ze strzemion.
Wystarczyło spojrzeć na nią i na to morze krwi, aby zrozumieć, że jest
już za późno na ratunek. Ale nogi dziecka się ruszały, może wciąż była
dla niego jakaś nadzieja. Tessa szybko wymacała ramię niemowlęcia, a potem ucisnęła brzuch Evelyn tuż nad kością łonową.
- Co pani robi? - wydyszał lekarz, purpurowy na twarzy i zlany potem.
- Obracam bark dziecka - odparła Tessa. - Niech mi pan pomoże postawić
Evelyn na czworakach.
Lekarz spojrzał na nią przerażony. Jego biała koszula była cała
zbryzgana krwią.
- Nie! Nie chcę już brać w tym udziału! - Złapał torbę i wybiegł z pokoju.
Tessa odprowadziła go wzrokiem, wiedząc, co to oznacza: zrzuci na nią
winę za to, co zrobił, a wtedy jako położna będzie skończona. Spojrzała
na Evelyn, a potem na Sally, która siedziała skulona w korytarzu,
pochlipując.
- Pomóż mi! - rzuciła do niej ostro, zmartwiała ze zgrozy. - Sally,
błagałaś mnie, żebym tu przyszła. Zajmij się panią Hilton, ona cię
potrzebuje.
Dziewczyna popatrzyła na Tessę, skinęła głową i podeszła do rodzącej.
Wspólnie ustawiły Evelyn na podłodze, a Tessa sięgnęła do jej łona i z wielkim wysiłkiem obróciła dziecko.
- Przyj, Evelyn - szepnęła przyjaciółce do ucha, gdy nadeszła kolejna
fala bolesnych skurczów.
Evelyn resztkami sił zaczęła przeć, a Tessa jednocześnie pociągnęła z całej siły i pojawiło się niemowlę: śliczna mała dziewczynka. Jej smukłe
kończyny były blade, a wargi, podobne kształtem do płatka róży, miały
siną barwę.
Mijały długie minuty. Sally szlochała w kącie, a Tessa siedziała na
podłodze, wdmuchując powietrze w usta noworodka i uciskając jego miękki
brzuszek w desperackiej próbie przywrócenia dziecka do życia. W końcu
się poddała i wtedy zobaczyła, że Evelyn nie oddycha.
Nie zauważyła, kiedy do pokoju wszedł Wilfred Hilton z doktorem
Jenkinsem przyczajonym za jego plecami. Nie krzyczał ani nie szalał z wściekłości; zupełnie ją zignorował i powoli podszedł do żony. Popatrzył
na jej porcelanową skórę, na swoje znieruchomiałe dziecko, po czym
nakrył twarz Evelyn prześcieradłem. Tessa podniosła się chwiejnie i położyła martwe niemowlę w kołysce.
- Doktorze Jenkins, co tutaj robi Tessa James?
- Wtargnęła tu, panie Hilton. Kiedy stąd wychodziłem, pani Hilton i dziecko z całą pewnością żyli - odparł lekarz.
- Sally, wezwij policję - rozkazał Hilton.
Tessie ścisnął serce strach. Myślała tylko o Alfiem siedzącym samotnie
przy kominku na plebanii, wnuku Wilfreda Hiltona, którego ten się
wyrzekł i gotów był zrobić wszystko, żeby się go pozbyć.
- Pani James, proszę stać! - krzyknął Hilton, ale się nie wahała,
odepchnęła mężczyzn i zbiegła po schodach na podjazd. Nie zatrzymała
się, aż dotarła na pocztę w Kingston. Wciąż mając na ubraniu i rękach
krew Evelyn, napisała telegram do córki w Portsmouth.
Kochana Bello. Przyjeżdżaj natychmiast do domu. Alfie czeka na Ciebie w naszym tajnym miejscu. Całuję, mama
Na drżących nogach pospieszyła na plebanię do Alfiego, który mocno spał
przy kominku.
Łup, łup, łup.
- Policja, otwierać!
- Babciu, obiecaj mi - poprosił chłopiec, spoglądając na nią z sekretnego pokoiku błagalnym wzrokiem.
Tessa przez chwilę milczała, obawiając się, że obietnica będzie
kłamstwem, ale gorzej, znacznie gorzej byłoby zostawić sześcioletniego
chłopca samego w ciemności na wiele dni w strachu, że nikt po niego nie
przyjdzie.
- Obiecuję - powiedziała w końcu, postanawiając, że jeśli w ciągu pięciu
dni Bella nie wróci na wieś, poinformuje policję, gdzie jest Alfie.
Dłuższa zwłoka byłaby dla niego wyrokiem śmierci. Tessa zrobiłaby
wszystko, co w jej mocy, by nie trafił do sierocińca, co bez wątpienia
miał w planach Wilfred Hilton, ale nie naraziłaby jego życia. Schyliła
się i ujęła twarz dziecka w dłonie. - Alfie, to nasza jedyna nadzieja.
Jeżeli ktokolwiek cię zobaczy, zabiorą cię. A Wilfred Hilton dopilnuje,
żebyś został ukryty gdzieś, gdzie mama cię nie znajdzie.
Łup, łup, łup.
- Pani James, wiemy, że pani tam jest. Proszę otwierać!
- Musisz być dzielny. Weź klucz i zamknij się od środka. - Zdjęła z szyi
klucz z wygrawerowaną na główce wierzbą i podała go chłopcu. - Jeśli
będziesz musiał, wyjdź, ale staraj się tego nie robić - dodała
stanowczo.
Zaczęła opuszczać klapę, wspominając dzień, w którym odkryła pokoik.
Zamierzała wtedy polakierować ciemne mahoniowe schody i szlifowała je
papierem ściernym, mocno przyciskając go do najwyższego stopnia, gdy
rozległo się kliknięcie i schodek okazał się klapą, która uniosła się na
sprężynie. Tessa wzięła świecę i wczołgała się do środka. Miejsca było
tam niewiele, tylko tyle, żeby się położyć, ale nie miała uczucia
klaustrofobii. Na końcu pomieszczenia znajdowało się okienko z luksferów
w tym samym odcieniu jasnego błękitu co oczy Alfiego i Belli. Pokoik
budził skojarzenie z domkiem na drzewie, zwierzęcą norą, bezpieczną
przystanią. Od razu pomyślała, że może się przydać kobietom, które
potrzebują schronienia, by móc wrócić do zdrowia po porodzie lub
poronieniu. Kobietom, które odstręczała myśl o powrocie do domu, do
zawstydzonej rodziny lub brutalnego męża.
Łup, łup, łup.
- Pani James, proszę otwierać albo wyważymy drzwi. Ma pani dziesięć
sekund. Dziesięć...
Tessa spojrzała na swojego sześcioletniego wnuka, po którego bladych
policzkach płynęły łzy.
- Alfie, należysz do rodziny Jamesów. Musisz być silny. Kocham cię. -
Chłopiec wbił w nią wzrok i niespodziewanie, jakby za sprawą cudu, jego
wewnętrzna moc przezwyciężyła strach, drobne ciało otrząsnęło się z rozpaczy i w przypływie ufności i odwagi usiadł prosto, uwalniając z uścisku ukochaną babcię.
- Bardziej niż wszystkie gwiazdy? - szepnął, ocierając łzy rękawem.
- Pięć...
- Bardziej niż wszystkie gwiazdy i księżyc. Trzymaj się, mama jest w drodze. Zachowuj się cicho, kochanie. - Całowała go raz po raz, czując
na ustach jego słone łzy.
Łup, łup, łup.
- Już idę! - krzyknęła. Zamknęła klapę komórki i czekała, aż chłopiec
przekręci klucz. Klik.
- Trzy...
- Idę! Proszę, nie wyważajcie drzwi! - zawołała.
- Dwa...
Nie minęła jeszcze godzina od czasu, gdy stała przy łóżku Evelyn, od
czasu, gdy przyjaciółka na jej oczach wykrwawiła się na śmierć. Od
czasu, gdy Tessa położyła martwe dziecko Evelyn w kołysce obok jej
łóżka.
- Jeden!
Otworzyła drzwi wejściowe i natychmiast oślepiły ją reflektory dwóch
samochodów, a do małej, oświetlonej ogniem kuchni wbiegło czterech
policjantów.
- Tesso James, jest pani aresztowana pod zarzutem zabójstwa Evelyn
Hilton. Ma pani prawo do zachowania milczenia, jednak wszystko, co od
tej pory pani powie, może zostać wykorzystane w sądzie jako dowód
przeciwko pani.
- Gdzie chłopiec? - zapytał jeden z funkcjonariuszy, gdy jego koledzy
ruszyli pędem w stronę schodów.
- Z matką - powiedziała cicho Tessa.
- Mamy nakaz doprowadzić chłopca do opiekuna prawnego, Wilfreda Hiltona
- warknął policjant.
- Cóż, nie możecie, wnuk wyjechał - odparła Tessa.
- Kiedy? Wiemy, że pani córka pracuje w Portsmouth. Jak się pani udało
tak szybko go zawieźć?
- Ani śladu. - Obok pojawił się inny policjant, który wrócił zdyszany po
przeszukaniu domu.
- Wsadziłam go do pociągu.
- Ma sześć lat. - Wąsaty oficer o nieświeżym oddechu nachylił się nad
Tessą, wlepiając w nią wzrok. - Pani James, pani nas okłamuje. On jest
tutaj. - Zwrócił się do drugiego policjanta: - Zabierz ją na komisariat,
wsadź na noc do celi, a ja rano ją przesłucham. Jeśli trzeba, będę tu
czekał całą noc, aż dziecko wyjdzie z kryjówki.
Tessa ledwo trzymała się na nogach. Była zszokowana i wyczerpana. Miała
świadomość, że na zawsze opuszcza progi ukochanego domu. Choć to było
słowo doktora Jenkinsa przeciwko jej słowu, wiedziała, że Wilfred Hilton
stanie na głowie, żeby wybronić lekarza.
Już nigdy nie wróci na plebanię.
Przerażony Alfie patrzył w milczeniu przez okno z niebieskiego szkła,
jak policyjne auto odjeżdża, wywożąc jego babcię. A potem przez wiele
godzin siedział po ciemku, ledwo mając odwagę oddychać, podczas gdy
policjanci miotali się po domu, wykrzykując jego imię, tupiąc w podłogę
i waląc w ściany, aż wreszcie zapadła cisza.
Alfie jednak nadal siedział w ukryciu, widząc przez okienko z błękitnych
luksferów, że przed domem wciąż stoi drugi samochód.
Leżał w ciemności, myśląc o matce. Gdy wzeszło słońce, zaczął się modlić
ze wszystkich sił, żeby wysłany przez babcię telegram dotarł rano do
mamy. Żeby szybko spakowała torbę, złapała pierwszy pociąg do Kingston i przyjechała po niego, zanim nadejdzie kolejna długa, przerażająca noc.
Rozdział pierwszy
Vanessa
Czwartek, 21 grudnia 2017
Vanessa Hilton stała na skraju lasu rozciągającego się między Yew Tree
Manor a starą plebanią i patrzyła na opuszczony dom, za którym lśniło
słońce zimowego poranka.
Deweloper już go ogrodził biało-czerwoną taśmą, a obok stał ogromny
żółty dźwig z kulą do wyburzania i tylko czekał, by uderzyć w ściany
zabytkowego budynku, na którego rozbiórkę jej syn Leo wciąż nie miał
pozwolenia.
Widziała dwóch mężczyzn w kaskach i z notatnikami w rękach, którzy
wskazywali na dach i krążyli wokół domu, najwyraźniej zastanawiając się,
jak go zrównać z ziemią. Plebania znajdowała się pośrodku terenu, który
- jak jej powiedział Leo - miał zostać oczyszczony i przeznaczony pod
budowę dziesięciu wolno stojących domów. Niewątpliwie wszyscy mieli dużo
na tym zarobić, ale nie mogła sobie przypomnieć, by ktokolwiek pytał ją
o zgodę. A może i pytał, ale zapomniała. W jej oczach ludzie od
dewelopera przypominali rekiny krążące wokół ofiary, a ich determinacja,
by zburzyć stare domostwo, była aż nazbyt widoczna.
Vanessa spojrzała na swoje czarne skórzane buty, które całkiem
przemokły, i poczuła, że ścierpły jej stopy.
Nie włożyła na spacer odpowiedniego obuwia, nie pamiętała, dlaczego
wyszła z domu. Może po to, żeby zobaczyć się ze swoją wnuczką Sienną. A może chciała uciec od mężczyzn, którzy pakowali cały jej dobytek.
Męczyło ją, że ciągle musi się starać coś zapamiętać. Lekarz powiedział,
że powinna być wobec siebie cierpliwa. Że trudniej jej będzie
przypominać sobie imiona i słowa, ale że zachowa wszystkie wspomnienia z odległej przeszłości. Vanessa pamiętała o rzeczach, o których chciała
zapomnieć, a o tych, o których chciała pamiętać, zapomniała.
Wydawało jej się, że musiała rozmawiać z rodziną na temat sprzedaży
posiadłości, ale nie potrafiła przywołać w pamięci tej rozmowy, zostało
jedynie przykre uczucie, że coś się wokół niej dzieje, że nadszedł
przypływ, którego nie jest w stanie zatrzymać. Rozmowy bez jej udziału,
przychodzący i wychodzący ludzie od przeprowadzek, pełni pomysłów
architekci przesiadujący w kuchni. Uczucie bezsilności i smutku, które
podążało za nią jak cień, każdy ranek zaczynający się dokuczliwym
niepokojem, powoli opanowującym wszystkie części jej ciała, tak że przed
snem ledwie była w stanie oddychać ze strachu przed tym, czego
zapomniała. Wiedziała, że musi odejść. Lecz nie mogła sobie przypomnieć
dlaczego.
- Mamo! Jesteś tam? - Usłyszała wołanie Leo, ale postanowiła je
zignorować.
Dom był taki zatłoczony, tyle się w nim działo, ludzie się krzątali,
knuli, w jaki sposób ją stąd usunąć. Czuła się jak pająk wyrzucany na
szczotce za drzwi; wszyscy byli wobec niej mili i grzeczni, bez przerwy
proponowali herbatę, ale było całkiem oczywiste, że chcieli się jej
pozbyć wraz z całym dobytkiem tak szybko i sprawnie, jak to możliwe.
Ciągle pytała Leo, dokąd się przeprowadzają, ale nie mogła zapamiętać
odpowiedzi. Odwróciła się i poszła z powrotem przez las, pod drzewami
tworzącymi nad jej głową łukowate sklepienie. Pod tymi samymi jesionami
musiała przejść Alice tamtej nocy, kiedy zaginęła. W zimne, wietrzne dni
jak ten drzewa zawsze szeleściły, jak gdyby szeptały. Próbowały coś
przekazać. Gdyby tylko mogła je zapytać, co zobaczyły tamtej nocy. Dokąd
poszła jej córka, gdy zniknęła pośród zamieci. Pewnie były świadkami
spotkania Alice z Bobbym, synem sąsiada, ostatnią osobą, która ją
widziała przed zaginięciem. Bobby James. Nawet teraz, kiedy jej umysł
nieustannie spowijała mgła, wiedziała, że nigdy nie zapomni tego imienia
i tej twarzy.
Co się potem stało z Alice? Po niemal pięćdziesięciu latach ani na krok
nie zbliżyła się do rozwiązania zagadki. Wiedziała tylko tyle, co
chłopak zeznał na policji: że jej sześcioletnia córka pobiegła za
pieskiem w kierunku plebanii. Nigdy więcej jej nie widziano.
Vanessa jeszcze raz się odwróciła, żeby popatrzeć na stary dom, być może
po raz ostatni. Przypomniała sobie, że następnego dnia ma się odbyć
spotkanie - Leo wspominał o tym rano - i wiedziała, że jeśli deweloper
dostanie zielone światło, nie będzie zwlekać z rozbiórką.
Patrząc w porannym słońcu na walący się budynek, była przekonana, że nie
będzie to wymagało większego wysiłku. Nikt nie mieszkał na plebanii od
wypadku Alfiego Jamesa, który zdarzył się tego samego wieczoru, kiedy
zniknęła Alice. To było przed blisko pięćdziesięciu laty i od tego czasu
dom, niegdyś ładny, stopniowo popadał w ruinę. Teraz przyciągał tylko
nastolatków i włóczęgów, którzy rozpalali ogniska, kuląc się z zimna na
opustoszałym parterze, gdzie przez wybite okna i wyłamane frontowe drzwi
wdzierał się wiatr i deszcz.
Ona sama nie była w tym domu od kilkudziesięciu lat, nasuwał zbyt wiele
wspomnień związanych z nocą, o której przez całe życie starała się
zapomnieć. Przez pierwsze dziesięć lat po zaginięciu Alice nieustannie
powracała myślami do wydarzeń, które poprzedziły zniknięcie córki.
Analizowała je minuta po minucie: czego nie dostrzegła, na co nie
zwróciła uwagi, co powinna była zrobić, aby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Stopniowo doprowadzało ją to do obłędu. Teraz już w ogóle nie była w stanie o tym myśleć. Przestała się więc zadręczać. Wolała wspominać
chwile spędzone z Alice na terenie Yew Tree Manor. Podczas długich
spacerów wyobrażała sobie, że córka, w swoim ulubionym czerwonym
płaszczyku, biegnie przed nią, nieustannie zadając jej pytania, śmiejąc
się i radośnie podskakując. W głębi serca Vanessa czuła, że Alice wciąż
żyje, tylko w jakimś innym świecie, w innym miejscu. Po prostu gdzieś,
gdzie Vanessa nie ma wstępu. Na razie.
Powinna być równie zadowolona jak Leo, że burzą plebanię. Dom ciągle
przypominał jej o rodzinie Jamesów, która pojawiła się w ich życiu wraz
z końcem pierwszej wojny światowej i od tamtej pory - na skutek tragedii
- była z nimi nierozerwalnie związana.
Ale myśl o unicestwieniu tego domu wywołała w niej smutek głębszy, niż
mogła się spodziewać. To było jak brutalne przypieczętowanie upływu
czasu albo jak plaster odrywany od rany; życie toczyło się dalej,
podczas gdy ona zastygła w czasie.
Gdy znalazła się po drugiej stronie lasu, ujrzała Yew Tree Manor i Siennę, swoją siedmioletną wnuczkę, pędzącą ku niej na czerwonym
rowerze. Tak bardzo przypominała Alice, że było to wręcz nie do
zniesienia. Nie tylko ze względu na długie blond włosy, ale także
odwagę, dociekliwość, no i ten figlarny błysk w jasnych oczach.
- Cześć, babciu! - zawołała. - Tata cię szuka.
- Naprawdę? - zdziwiła się Vanessa. - Uważaj, kochanie, jest bardzo
zimno. A nie idziesz dzisiaj do szkoły?
- Idę, mama dopiero się ubiera - odparła dziewczynka i pojechała dalej
alejką.
Vanessa ciężko westchnęła, nagle ogarnęło ją zmęczenie. Poczuła ciężar w nogach, co uzmysłowiło jej, że spacer trwa już zbyt długo, więc ruszyła
w stronę domu. Kiedy weszła przez frontowe drzwi i odłożyła rękawiczki,
usłyszała, jak Leo w gabinecie cicho rozmawia z kimś przez telefon.
Przechodząc obok wielkiego zabytkowego lustra w pozłacanej ramie, które
zdjęto ze ściany i postawiono na podłodze, zdała sobie sprawę, że ta
wątła starsza pani o przygarbionych plecach i rzadkich siwych włosach to
ona. Zatrzymała się i stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem, chociaż
rozpaczliwie pragnęła się odwrócić.
Nigdy nie była klasyczną pięknością, ale potrafiła podkreślić swoją
urodę, subtelne rysy twarzy, a promienny uśmiech zawsze pozwalał jej
osiągnąć to, czego pragnęła. Richard mawiał, że ma on moc megawata i że
zawsze go oszałamiał. Spadł na niego niczym grom z jasnego nieba, jak
powiedział tego wieczora, kiedy się poznali.
Zawsze była wysoka, ojciec nazywał ją Patykiem. Miała długie, lekko
opalone nogi i ramiona, którymi go obejmowała, gdy nosił ją na barana
podczas pieszych wycieczek. Ojcowskie oddanie stało się źródłem jej
niezachwianej wiary w siebie i niewyczerpanych pokładów optymizmu - aż
do nocy, kiedy zaginęła Alice.
Jej długie, gęste blond włosy mocno się przerzedziły i niemal całkiem
posiwiały; nosiła je przycięte na wysokości podbródka, aby ukryć ich
kiepską kondycję. Skórę miała bladą, prawie przezroczystą, a pod bluzką
rysowały się obojczyki. Wpatrywała się w lustro, w spoglądające na nią
zielone oczy; kiedyś przyrównywano je do lśniących szmaragdów, ale teraz
przypominały raczej zmętniałe szkło butelki po piwie. "Starość jest
okrutna, Vanesso", usłyszała od matki, ale za młodu wydawała się jej
zupełną abstrakcją. A teraz niespodziewanie nadeszła.
- Jutro mamy spotkanie planistyczne. Dzięki, jasne, dam ci znać, jak
tylko będziemy coś wiedzieli. Nie, nie spodziewam się żadnych problemów.
Szef zespołu jest skłonny to zatwierdzić, co oznacza, że sprawę można
uznać za załatwioną - usłyszała słowa syna dobiegające zza uchylonych
drzwi. W jego głosie wyczuła napięcie.
Zobaczył ją i niemal od razu zakończył rozmowę; wyszedł na korytarz
podenerwowany, marszcząc brwi.
- Dobrze się czujesz, mamo? - zapytał nieco zdyszany.
- Dziękuję, mój drogi, wszystko w porządku. - Zdjęła kurtkę i powiesiła
ją na wieszaku. Uginał się od okryć, a kiedy dołożyła swoje, inne
spadło. - Zaraz się przewróci - westchnęła. - Byłoby miło, gdyby Helen
od czasu do czasu tu posprzątała.
- Przepraszam, mamo, ja się tym zajmę. - Leo podniósł leżący pod nogami
płaszcz.
- Masz wystarczająco dużo roboty - odparła Vanessa. - Nie wiem, jak
sobie z tym wszystkim radzisz, naprawdę nie wiem.
- Mamo, nie martw się o mnie. - Znów lekko zmarszczył brwi. - Nie
wiedziałem, dokąd poszłaś. Strasznie długo cię nie było. Poszedłem na
skraj lasu, ale cię nie zauważyłem.
Vanessa uśmiechnęła się do niego. Leo był wysoki jak jego ojciec i chociaż dobiegał sześćdziesiątki, wciąż miał bujne jasne włosy, które
teraz opadały mu na zielone, uśmiechnięte oczy. Przystojny, o wyrazistych rysach i skórze ogorzałej od częstego przebywania na
powietrzu, wyglądem przypominał Richarda, ale na tym kończyło się
podobieństwo między ojcem a synem. Richard był człowiekiem dominującym i wybuchowym, narowistym bykiem atakującym życie i ludzi wokół siebie,
który nie zwracał uwagi na chaos, jaki wywoływał. Natomiast Leo brał
sobie wszystko do serca, wiecznie się czymś przejmował i zamartwiał tym,
co ludzie - a zwłaszcza ojciec - o nim pomyślą. Większość dorosłego
życia spędził, próbując uporać się z bałaganem, jakiego narobił Richard,
ale Vanessa zrozumiała, że ostatnio doszedł do ściany. Teraz nie mieli
innego wyboru, jak tylko sprzedać dom, i Leo miał poczucie porażki.
- Po prostu chciałam być sama - powiedziała Vanessa. - Nie powinieneś
się tak o mnie martwić. I tak masz dużo na głowie, w końcu się
pochorujesz.
- Nic mi nie jest. Dziś rano mam ostatnie spotkanie w domu kultury i przed wyjazdem chciałem się upewnić, że wszystko z tobą w porządku.
Vanessa rozejrzała się po korytarzu: pełen ubrań wieszak, stosy
zabłoconych butów, sterta psich smyczy, czapki i rękawiczki na brudnej,
wyłożonej czarno-białymi kafelkami podłodze. Leo ciągle był zajęty: albo
pracował na farmie, albo brał udział w niekończących się spotkaniach z architektami i planistami. Natomiast jego żona Helen błąkała się przez
cały dzień jak ptak ze złamanym skrzydłem, robiąc zamieszanie wokół
spraw nieistotnych i ignorując te, które wymagały uwagi. Dom był
zaniedbany, wiecznie przypominał śmietnik. Wprawdzie gotowała dla
Sienny, ale dla Leo rzadko i podczas gdy córka prezentowała się
nieskazitelnie, mąż zawsze wyglądał niechlujnie. Helen kierowała życiem
Sienny jak kapitan okrętu wojennego, ale Yew Tree, dom, o który Vanessa
troszczyła się całe życie, zupełnie jej nie interesował. Vanessie
codziennie ściskało się serce, bo Helen wyraźnie nie mogła się doczekać
jego sprzedaży, pewnie dlatego, żeby położyć rękę na pieniądzach.
Aż podskoczyła, gdy Helen pojawiła się w korytarzu jak zjawa przywołana
jej myślami.
- Cześć, Vanesso - przywitała ją ciepło. - Przepraszam, nie chciałam cię
wystraszyć. Spojrzała na buty Vanessy. - Ojej, przemokłaś do suchej
nitki. Na pewno przemarzłaś. Może idź do salonu, Leo napalił w kominku.
- Dobrze, dziękuję ci, Helen.
Vanessa spojrzała na synową, zatrzymując na niej wzrok trochę za długo,
jakby czegoś szukała, jakiejś podpowiedzi, co naprawdę się kryje za tymi
przenikliwymi niebieskimi oczami. Nie chciała speszyć Helen, ale kobieta
przypominała jej mysz, która kiedyś niemal codziennie przychodziła do
kuchni. Przysiadała w kącie i dotrzymywała jej towarzystwa w czasie
oglądania telewizji, aż pewnej nocy zniknęła równie niespodziewanie, jak
się pojawiła. Vanessa zawsze udawała, że wpatruje się w ekran, ale tak
naprawdę jednym okiem spoglądała na mysz, próbując ją rozgryźć.
Stworzenie wyglądało tak uroczo i niewinnie, a jednak żyło w ciągłym
napięciu, niespokojnie poruszało wąsami, w każdej chwili gotowe do
ucieczki; patrząc na mysie rysy twarzy i nerwowe zachowanie Helen,
trudno było uniknąć skojarzeń.
Vanessa nie bardzo mogła zrozumieć, co Leo widzi w Helen. Nie żywiła
wobec niej niechęci, ale też nie darzyła jej sympatią. Synowa nigdy tak
naprawdę nie pokazywała swojego prawdziwego oblicza i zawsze sprawiała
wrażenie, jakby bała się własnego cienia. Leo mógł przebierać w dziewczynach - każda, z którą rozmawiał, zdawała się rozpływać z zachwytu, a ze sposobu, w jaki pytały o niego koleżanki Vanessy, można
było wywnioskować, że był łakomym kąskiem dla ich córek - ale wybrał
Helen, osobę, która wprawdzie nikomu nie sprawiała przykrości, ale
jednocześnie nie potrafiła bronić własnego zdania. Miała teraz
pięćdziesiąt trzy lata, ale wciąż była dziecinna, do tego stopnia, że
chwilami wydawała się bardziej bezbronna od Sienny, którą zresztą
urodziła dość nieoczekiwanie, będąc już dobrze po czterdziestce. Za
wszelką cenę starała się przypodobać ludziom, zawsze miała uśmiech na
ustach, ale nigdy nie obejmował on smutnych oczu.
- Czy w czasie spaceru widziałaś Siennę? - zapytała Vanessę, kiedy
wchodziły do salonu. Podeszła do okna i zaczęła odruchowo kartkować
czasopisma na stojącym w kącie stoliku do kawy. Jeszcze jedna sterta
śmieci, pomyślała Vanessa.
- Tak, świetnie się bawi, jeździ na rowerze. Ale powinnyście już
wyruszać do szkoły, prawda? - Vanessa spojrzała na zegarek.
- Myślę, że Leo podrzuci ją w drodze na spotkanie - odparła Helen.
- Może ty powinnaś to zrobić, Helen. Leo wygląda na bardzo
zestresowanego, wiecznie wszystko dźwiga na swoich barkach.
Helen uśmiechnęła się słabo, po czym zaczęła zbierać porozrzucane po
pokoju rzeczy córki i pakować je do plecaka. Vanessa zauważyła, że
Sienna to jedyna osoba, która wydaje się ją interesować. Helen rzadko
widywała się z przyjaciółmi, ona i Leo nigdy nie organizowali przyjęć,
nie chodzili do pubu. Jej świat kręcił się wokół zajęć pozalekcyjnych
Sienny, prac domowych i kinderbalów. Obserwowała córkę jak jastrząb,
wkładając w jej wychowanie całą swoją energię. Znała każdą jej myśl.
Wciąż przeważnie spała z córką w jednym łóżku, podczas gdy Leo sypiał
sam. Richard nie zgodziłby się na coś takiego nawet na jedną noc, nie
mówiąc już o siedmiu latach. Może wynikało to z różnicy pokoleniowej,
ale tak było od czasu narodzin Sienny. Vanessa często się zastanawiała,
czy właśnie tutaj nie leży przyczyna pewnego dystansu Leo wobec córki:
Sienna uwielbiała tatę, ale on zawsze robił wrażenie dość obojętnego i Vanessie przyszło do głowy, że może to dlatego, że stanęła między nim a Helen. Zawsze twierdził, że nie chce mieć dzieci, a potem
niespodziewanie Helen w wieku czterdziestu pięciu lat oznajmiła, że jest
w ciąży. Leo w żadnym razie nie był niemiły dla Sienny, ale rzadko się z nią bawił i nie wydawał się w niej zakochany jak Richard w Alice.
Zaborczość Helen sprawiała, że trudno mu było mieć córkę dla siebie.
Kiedy Vanessę nachodziły czarne myśli, podejrzewała, że jej poirytowanie
obsesją Helen na punkcie Sienny wynika z zazdrości. Uważała, że
doskonale się z Alice rozumiały, ale nie miała wątpliwości, że Helen nie
straciłaby Sienny. W żadnym wypadku nie spuściłaby jej z oczu na tak
długo. Ale może przyczyną, dla której strzegła Sienny jak oka w głowie,
było zniknięcie Alice. Helen widziała, co strata dziecka zrobiła z matką, bez wątpienia skutki tego wydarzenia dotknęły wszystkich w Yew
Tree i odczuwali je nadal, chociaż minęło prawie pięćdziesiąt lat.
- Miło ci się spacerowało? - zapytała Helen, spoglądając przez okno na
Siennę i przywracając Vanessę do rzeczywistości.
- Tak, poszłam na plebanię. Wygląda na to, że wszyscy tylko czekają, by
ją zburzyć.
Helen powoli się odwróciła i spojrzała na Vanessę. Zaczerwieniła się,
ale nic nie powiedziała.
- I pomyśleć, że ta zimna, pusta ruina to dom, który kiedyś tętnił
życiem. Nie mam pojęcia, co się stało z rodziną Jamesów, nazywali się
Nell i Bobby, jeśli mnie pamięć nie myli. Coś o nich wiesz, Leo?
- Co takiego, mamo? - Leo pojawił się w drzwiach, lekko się krzywiąc. -
Helen, widziałaś moje kluczyki do samochodu?
Helen wciąż wpatrywała się w Vanessę.
- Chyba leżą na stole w jadalni.
- Sprawdź pod stosami papierów i gazet - powiedziała Vanessa. - Nie
zdziwiłabym się, gdyby Bobby James siedział w więzieniu. Okropny był z niego dzieciak, podpalił oborę. Pamiętasz, Leo?
- Hmm, nie za bardzo. - Leo spojrzał na Helen, która odwróciła się do
nich plecami.
- Nie za bardzo? Nigdy tego nie zapomnę. Postanowił spalić te zwierzęta
żywcem. Richard ledwie zdążył przybyć na czas. - Vanessa zmarszczyła
brwi. - Dokąd się wybierasz?
- Mówiłem ci, mamo, że mam ostatnie spotkanie planistyczne w urzędzie.
Jutro jest decydujący dzień.
Helen przeszła obok nich z plecakiem Sienny.
- Może Helen zaprowadzi Siennę do szkoły? - zapytała Vanessa. - Mogę coś
szybko dla nas usmażyć.
- Zjem po spotkaniu. Helen, zrobisz mamie śniadanie? Muszę już iść,
inaczej się spóźnię - rzucił, w końcu odnalazłszy klucze, i wybiegł z domu.
Vanessa rozejrzała się i zobaczyła Siennę, która wpadła do salonu.
- Pa, babciu! - zawołała dziewczynka, rzucając się jej w ramiona;
policzki miała zarumienione z zimna.
- Do widzenia, kochanie, miłego dnia.
- Do zobaczenia na spotkaniu, Helen! - zawołał Leo. - Zajmę dla ciebie
miejsce.
Vanessa spojrzała na synową, najwyraźniej pogrążoną w jednym ze swoich
nastrojów. Nie lubiła przebywać w towarzystwie Helen, kiedy ta milczała
i wydawała się zadumana; czuła wtedy niepokój i zastanawiała się, co ta
kobieta tak naprawdę myśli. Zawsze zdawała sobie sprawę, że nie do końca
ufa Helen, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego, miała więc poczucie
winy i wewnętrznej pustki.
- Chyba się położę - powiedziała. - Za długo spacerowałam.
Zatrzymała się u stóp olbrzymich kręconych schodów, które biegły przez
wszystkie piętra. Wielki georgiański dwór wyraźnie podupadł. Farba na
oknach się łuszczyła, dywan na schodach był wyblakły i wytarty, część
płytek na podłodze popękała. Ogrzewanie - jeśli w ogóle działało -
zawsze było nastawione na minimum, tak że w domu wiecznie panował ziąb.
Ruszyła powoli po schodach, mijając stosy książek, gazet i ubrań.
Przebiegła wzrokiem po odpadającej tapecie, obwieszonej wielkimi
obrazami i ogromnymi lustrami, aż dotarła na najwyższe piętro, gdzie
oparte o ścianę stało zdjęcie Richarda i Leo. Była to czarno-biała
odbitka przedstawiająca ich obu na traktorze i dokładnie pamiętała
dzień, kiedy zrobiono tę fotografię. Było gorące lipcowe popołudnie, Leo
miał około czterech lat, a Richard posadził go sobie na kolanach, żeby
mógł kierować traktorem. Leo miał serdecznie dość tej zabawy i cały czas
płakał, a Richard się zniecierpliwił i w końcu go uderzył. Była wtedy w ciąży z Alice, Richard pracował cały dzień na polu, więc chciała zanieść
mu lunch i urządzić wspólny piknik. Leo nie miał ochoty iść i z góry
wiedziała, że wszystko skończy się łzami, ale mimo to poszła, bo czuła
się samotna, jak to żona farmera.
Podobnie jak ona Leo nienawidził życia na farmie. Lecz w przeciwieństwie
do niej nie próbował tego ukryć. Płakał, gdy się przewrócił, zawodził,
kiedy goniło go jakieś zwierzę lub gdy pobrudził sobie ręce. Natomiast
Alice kochała życie na wsi tak samo jak ojciec. Kiedy działo się coś
niebezpiecznego, była w swoim żywiole. Uwielbiali się nawzajem. Alice
płakała na wieść, że miał jakieś mrożące krew w żyłach przygody, a jej
przy tym nie było. Gdy tylko nauczyła się chodzić, dreptała za nim
wszędzie. Towarzyszyła mu, kiedy szedł karmić krowy lub naprawiać płot,
a potem wracała, siedząc mu na barana, tak ubłocona, że Vanessa z trudem
ją mogła rozpoznać.
- Jeszcze, tato! - wołała zawsze, gdy podrzucał ją do góry, przerzucał
przez wysoki mur lub przez rów, a ona oczywiście się przewracała i było
widać, że ją boli, a Vanessa aż odskakiwała przerażona. Ale Alice już po
chwili otrzepywała się i wyciągała ręce. - Jeszcze, tato!
Vanessa podeszła do drzwi sypialni i jak zawsze zatrzymała się, by
spojrzeć na portret Alice. Zamówiony przez nią obraz, przedstawiający
córkę w odświętnej czerwonej sukience, którą miała na sobie tej nocy,
gdy zaginęła.
"Mamusiu, dlaczego nie mogę zostać w ogrodniczkach?" - odezwał się
piskliwy głosik. Vanessa zobaczyła zbliżającą się córeczkę, której
zielone oczy spoglądały pytająco. Alice trzymała w jednej ręce czerwoną
sukienkę, w drugiej niebieską, z satyny, ciągnąc je po podłodze, a jej
ogrodniczki przesiąkły zabłoconym śniegiem po zabawie na dworze. Wokół
ust miała smugi czegoś, co wyglądało jak ciasto czekoladowe, a policzki
i koniuszki jej palców były czerwone. Vanessa ujęła zimne dłonie córki i zaczęła je rozcierać, żeby się ogrzały. Zamigotała srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie literki A, którą kupiła Alice na Boże Narodzenie.
Vanessa powoli zbliżyła się do okna w sypialni i spojrzała na podjazd.
Sienna machała do niej z samochodu. Vanessa też pomachała, a gdy
zniknęli za rogiem, nadal miała przed oczami twarz dziewczynki.
Zupełnie jak Alice, pomyślała. Tak bardzo przypominała Alice, że było to
wręcz nie do zniesienia.
Rozdział drugi
Willow
Czwartek, 21 grudnia 2017
Obcasy Willow James stukały głośno, gdy wchodziła po drewnianych
schodach na scenę w domu kultury w Kingston, gdzie odbywały się jasełka,
letnie jarmarki i wieczorne turnieje bingo. Odłożyła notatki na mównicę,
schowała drżące ręce za plecami i spojrzała na morze ludzi, którzy
wpatrywali się w nią wyczekująco. Nagle poczuła się zakłopotana,
ponieważ wyglądała bardziej elegancko niż zwykle: miała na sobie nowy
granatowy żakiet i białą koszulę z Zary, obcisłe dżinsy i brązowe botki.
Ciemne wycieniowane włosy, przycięte na boba, wymodelowała na szczotce,
nałożyła swoją ulubioną szminkę Chanel w cielistym kolorze i zrobiła
makijaż w stylu "smoky eyes", kontrastujący z jej jasnoniebieskimi
oczami. Teraz jednak wydawało jej się, że wygląda zbyt formalnie. Na
poprzednie spotkania z mieszkańcami starała się ubierać swobodnie, żeby
nie przypominać typowej pracowniczki korporacji, ale uznała, że dzisiaj,
podczas końcowej prezentacji, powinna wyglądać bardziej przebojowo.
Peter, dozorca, powiedział jej z dumą, że przewidując liczną frekwencję,
ustawił ponad sto krzeseł - wszystkie były już teraz zajęte, a do sali
wciąż napływali ludzie. Sympatyczny mężczyzna o siwych włosach i uśmiechniętych oczach poinformował ją, że opiekuje się tym miejscem od
blisko czterdziestu lat.
Czekając, aż ucichnie gwar rozmów, przebiegła wzrokiem po publiczności w poszukiwaniu znajomych twarzy i zauważyła swojego szefa, Mike'a Scotta,
który akurat rozmawiał przez telefon komórkowy. Ich klient, Leo Hilton -
z którym od ponad roku pracowali nad planami osiedla mieszkaniowego o wartości pięciu milionów funtów - właśnie się pojawił i przedzierał się
między rzędami krzeseł, by usiąść obok Mike'a. Mike jak zwykle był
świeżo ogolony i stylowo ubrany w czarny golf, dżinsy i długi czarny
płaszcz. Leo przeciwnie, miał na sobie nieprzemakalną roboczą kurtkę,
zabłocone buty i czapkę bejsbolówkę. Obok niego stało puste krzesło,
które - jak przypuszczała Willow - zajął dla żony. Widziała się z Helen
zaledwie kilka razy przelotnie. Była to cicha kobieta o delikatnych
rysach, która raczej nie angażowała się w projekt. Dwa rzędy dalej
siedzieli chłopak Willow, Charlie, oraz jego rodzice, Lydia i John.
Promiennie uśmiechnięci zerkali na nią z dumą, rozmawiając z ożywieniem
z przyjaciółmi i sąsiadami z Kingston, gdzie mieszkali od ponad dekady.
John mrugnął do Willow zachęcająco, a Lydia pomachała do niej radośnie.
W końcu zapadła cisza, jeśli nie liczyć małego dziecka wrzeszczącego z determinacją na końcu sali. Willow wzięła głęboki oddech i zmusiła się
do uśmiechu.
- Witam wszystkich i dziękuję za przybycie. - Chociaż nachylała się do
mikrofonu, jej głos ledwo było słychać w zatłoczonym pomieszczeniu.
- Skarbie, nie słyszymy cię! - zawołał jakiś siedzący z tyłu mężczyzna,
gdy znów rozległy się rozmowy. Willow poczuła, że się czerwieni, a gdy
spojrzała na marszczącego brwi Mike'a, jeszcze bardziej się
zestresowała. Zaczęła majstrować przy mikrofonie, stukając w niego
daremnie, aż na scenę wbiegł Leo, odgarniając kosmyki jasnych włosów
wymykające się spod bejsbolówki, i włączył urządzenie.
- Proszę bardzo. - Puścił do niej oko.
- Och, dziękuję, Leo - ucieszyła się Willow, gdy z mikrofonu wydobył się
pisk. Zauważyła, że siedzące rzędem kobiety w średnim wieku patrzyły na
Leo z uwielbieniem, odprowadzając go wzrokiem, kiedy zeskakiwał ze sceny
i wracał na swoje miejsce. Ilekroć go spotykała, zawsze wydawał się mieć
szczególny wpływ na ludzi, zarówno na mężczyzn, jak i kobiety. Emanował
urokiem osobistym, ale w nieoczywisty sposób; był ciepły, przyjazny,
miły i często pamiętał drobne szczegóły z życia innych ludzi. Miał
świadomość własnych niedoskonałości - zdawał sobie sprawę, że jest
chaotyczny, roztargniony i zapominalski, jednak zawsze starał się służyć
pomocą. Często chodził w podniszczonym ubraniu, a jego włosy dawno nie
widziały fryzjera, ale był wyjątkowo przystojny; kojarzył się Willow z kowbojami z westernów, które oglądał jej ojciec. Sienna najwyraźniej go
uwielbiała, chociaż Leo nie wydawał się szczególnie nią zainteresowany.
Nie był dla niej niemiły, ale jeżeli podczas spotkania siadała mu na
kolanach i zasypywała go pytaniami, niespecjalnie się nią interesował, a gdy przybiegała do niego w czasie wizji terenowej, kazał jej wracać z powrotem do domu. Ale co ona z tego rozumiała, myślała Willow. Zresztą
jej własne relacje z ojcem też nie były na medal, więc nie miała na ten
temat wiele do powiedzenia.
Willow odetchnęła głęboko i ponownie zaczęła mówić.
- Witam wszystkich, bardzo wam dziękuję, że przyszliście tutaj w ten
zimny grudniowy dzień. - Jej głos zadudnił, gdy mikrofon w końcu ożył. -
To wspaniale świadczy o społeczności Kingston, miejscu, które dobrze
poznałam w ciągu mijającego roku, że tak wielu z was zdecydowało się
przybyć, aby zapoznać się z ostateczną wersją tej fascynującej
inwestycji, która zostanie jutro zaprezentowana w wydziale planowania
przestrzennego.
Wzięła kolejny oddech i rozejrzała się dookoła, przyciągając uwagę kilku
mieszkańców, z którymi miała więcej do czynienia przez ostatni rok,
wysłuchiwała ich i uspokajała, gdy niepokoili się o wzrost ruchu
drogowego po powstaniu osiedla, spotykała się z nimi na kawie, żeby
rozwiewać ich obawy co do likwidacji domu kultury, rozmawiała o wątpliwościach związanych z projektem, żeby przekazać je komisarzom
ochrony środowiska w Brighton - z którymi notabene udało się jej
nawiązać świetne relacje - aby osiągnąć kompromis, który zadowoliłby
wszystkich.
- Teraz, gdy zbliżamy się do finału, chciałabym wyrazić wielką
wdzięczność dla wszystkich, którzy z nami dyskutowali, współpracowali i wspierali zrodzoną w Sussex Architecture we współpracy z panem Leo
Hiltonem wspólną wizję naszego zrównoważonego, przynoszącego wzajemne
korzyści i ekscytującego nowego przedsięwzięcia w Kingston. Wiem, że
wielu z was głęboko smuci perspektywa likwidacji pięknego domu kultury i starej plebanii, miejsc bliskich waszym sercom. Ale zapewniam, że
uważnie was słuchaliśmy i dzisiaj chcielibyśmy pokazać multimedialną
prezentację nowego centrum społecznościowego z biblioteką, które, mamy
nadzieję, stanie się sercem miejscowości.
Willow zwróciła się w stronę ekranu i kliknęła, by pokazać pierwszy
slajd. Zaprojektowanie osiedla złożonego z dziesięciu wolno stojących
domów i nowego centrum społecznościowego - jak lubił to określać Mike -
zajęło jej zaledwie miesiąc. Ale później dwanaście miesięcy trwała walka
o możliwość realizacji projektu: zbieranie oświadczeń, sporządzanie
raportów, nakłanianie różnych konsultantów do zatwierdzenia planów i -
co było najtrudniejsze - przekonywanie miejscowych, żeby nie zgłosili
sprzeciwu wobec wniosku o pozwolenie na budowę, który miał zostać
zatwierdzony za dwadzieścia cztery godziny.
- Czy mogę prosić, żeby ktoś zgasił światło? - zapytała Willow. -
Dziękuję, jest pan niezastąpiony! - powiedziała do stojącego na końcu
korytarza Petera, który podniósł kciuk i sala pogrążyła się w ciemności.
- Podaruję panu pelerynę Świętego Mikołaja - dodała, a widzowie
uśmiechnęli się do niej z sympatią.
Willow zaczęła omawiać slajdy na ekranie; na stronie zatytułowanej
"Osiedle Yew Tree: spełnione marzenie" zaprezentowała pierwsze szkice
inwestycji, przypominając sobie dzień, w którym Mike wezwał ją do biura
i ogłosił, że została kierowniczką swojego pierwszego dużego projektu.
Po niemal pięciu latach prób wykazania się, kreślenia planów według
szkiców innych architektów, tkwienia przy biurku z rzadka urozmaicanego
wizytą w terenie lub zebraniem, marzeń o realizacji własnych koncepcji,
na które nigdy dotąd nie miała szans, od razu dostała projekt wart pięć
milionów funtów.
- To nie będzie łatwe zadanie, Willow - uprzedzał ją wcześniej Mike. -
Nie tylko zburzymy zabytkową georgiańską rezydencję, żeby zrobić miejsce
dla nowych domów, ale pod kilof pójdzie także plebania i dom kultury, by
można było poprowadzić drogę do nowej inwestycji. - Stukał długopisem w kartkę przypiętą do podkładki, dziurawiąc papier. - Ten dom jest ważnym
elementem historycznego obszaru, ale nas blokuje, nie możemy budować
wokół niego. To duża, ważna dla mieszkańców nieruchomość w samym centrum
wioski, więc musisz zaprojektować nową zabudowę w taki sposób, żeby
wyglądało to lepiej niż obecnie. Potem trzeba znaleźć konsultanta do
spraw ochrony środowiska, który stwierdzi, że projekt chroni ten teren i podkreśla jego walory, a także kilku specjalistów od środowiska
przyrodniczego, którzy wypowiedzą się w kwestii zieleni.
W miarę jak mówił, zaczęło do niej docierać, że opisywany przez niego
dom, ten znajdujący się w centrum planowanego osiedla, jest jej dziwnie
znajomy. Radość natychmiast zamieniła się w strach, poczuła, że pali ją
szyja.
- Kluczowa sprawa, i tu z pewnością świetnie sobie poradzisz, to
przekonanie miejscowych, że istniejący budynek to szkaradztwo. No i rzecz jasna, będziesz musiała znaleźć inżyniera budowlanego, który
stwierdzi, że dom się rozpada, co nie będzie proste.
- Masz na myśli Yew Tree Manor? - zapytała zdumiona.
- Aha, dobrze, że wiesz, o co chodzi. Więc zdajesz sobie sprawę, z czym
musimy się zmierzyć. - Przeczesał dłońmi opadającą grzywkę i usiadł w fotelu.
- Dlaczego Leo Hilton chce go zburzyć? Jego rodzina mieszka tam od
pokoleń. Czy matka Leo jeszcze żyje? - dopytywała się Willow, nie kryjąc
zaskoczenia.
Mike zmarszczył brwi.
- W tym momencie myślę o wszystkich problemach, na których musimy się
teraz skupić, a matka Hiltona nie jest jednym z nich. Leo wspominał, że
ostatnio podupadła na zdrowiu i że dostał od niej pełnomocnictwo, i to
się dla nas liczy. Czyżbyś znała tę rodzinę?
- Nie, skąd. Rodzice mojego chłopaka mieszkają w Kingston, więc mówili
mi o Yew Tree Manor. Hiltonowie są tam dobrze znani - wyjaśniła,
rumieniąc się.
- Świetnie, że masz teściów w Kingston. Mogliby nam pomóc w pozyskaniu
wsparcia miejscowych. Ale jeśli ten projekt jest dla ciebie problemem,
mogę się zwrócić do Jima. Myślałem, że będziesz w siódmym niebie.
Miała na końcu języka pytanie, czy plebania, gdzie jej ojciec mieszkał
przez pierwsze trzynaście lat życia, również zostanie zburzona, ale to
wzbudziłoby zbyt wiele podejrzeń. Już niedługo się wszystkiego dowie.
Zastanawiała się przez chwilę, czy to Leo Hilton prosił, żeby właśnie
ona dostała ten projekt, ale nie była pewna, czy w ogóle zdawał sobie
sprawę z jej istnienia, nie mówiąc już o tym, gdzie jest zatrudniona. A gdyby nawet, to dlaczego miałby akurat ją wytypować?
Podczas gdy szef wpatrywał się w Willow z uwagą, mrużąc oczy i stukając
palcami w poręcz fotela, wszystko w niej krzyczało, że powinna odmówić.
Jednocześnie gorączkowo myślała o nadarzającej się okazji: szansie
sprawdzenia się po latach nauki i spłaty kredytu studenckiego. Nawet
kiedy w końcu uzyskała kwalifikacje zawodowe architekta i została
członkinią Królewskiego Instytutu Architektów Brytyjskich, musiała
walczyć o to, by w tej branży, zdominowanej przez mężczyzn, traktowano
ją poważnie. Teraz nagle na talerzu podano jej projekt, o którym
wcześniej mogła tylko pomarzyć, ale z zastrzeżeniem, że musi pracować z Hiltonami. Rodziną, która tak naprawdę zniszczyła życie jej ojcu.
- Tak, jestem w siódmym niebie, dziękuję ci, Mike - wykrztusiła w końcu.
- Po prostu czuję się trochę przytłoczona. Zupełnie się tego nie
spodziewałam.
- Jasne. - Zmarszczył czoło. - Cóż, nie powinnaś być aż tak zaskoczona.
Ciężko pracowałaś, Willow, i naszym zdaniem jesteś dobrze przygotowana,
ale jeśli uważasz, że jest inaczej, muszę o tym wiedzieć już teraz.
- Jak najbardziej w to wchodzę - stwierdziła, odsuwając od siebie myśl o rozmowie, którą rok temu miała przeprowadzić z ojcem. Rozmowie, która
wciąż się nie odbyła, a teraz, gdy projekt zbliżał się ku końcowi,
wolałaby jej w ogóle uniknąć.
Ale kiedy przestała myśleć o ojcu, przypomniała jej się inna osoba.
Wielka nierozwiązana tajemnica zaginięcia Alice Hilton, jak określano to
w gazetach. Sześcioletnia Alice, młodsza siostra Leo Hiltona, która
wymknęła się z sylwestrowego przyjęcia rodziców w Yew Tree Manor w 1969
roku. Mała dziewczynka szukająca swojego pieska w śniegu, która późnym
wieczorem, zanim zaginęła, spotkała młodego chłopaka, Bobby'ego Jamesa -
ojca Willow. Bobby wielokrotnie powtarzał policjantom, że nie wie, co
się stało z Alice, ale znaleziono jego chusteczkę, na której była krew
dziewczynki, a dzisiaj, po niemal pięćdziesięciu latach, policja - i Vanessa Hilton - nadal podejrzewała, że ma on coś wspólnego z jej
zniknięciem. Z biegiem lat Willow odkryła, że wówczas jej ojciec był
dobrze znany policji w związku z podpaleniem obory Hiltonów. Nie miała
wątpliwości, że to był wypadek, ale kiedy wezwano go do złożenia
wyjaśnień, jak zawsze milczał. Policjanci przez trzy dni i trzy noce
naciskali, żeby przyznał się do winy w sprawie zaginięcia Alice, aż w końcu się załamał: zaatakował przesłuchującego go funkcjonariusza i rzucił krzesłem w okno pokoju przesłuchań. W rezultacie trafił do
poprawczaka, gdzie był codziennie bity i maltretowany przez personel
oraz kolegów, do czasu gdy go zwolniono po trzech latach.
Willow mogła sobie wyobrazić scenę na komisariacie tak wyraźnie, jakby
sama tam była. Była pewna, że jej ojciec nie skrzywdził Alice, ale
wiedziała też, że kiedy odmówił rozmowy z policjantami, mogli łatwo
zinterpretować jego milczenie jako przyznanie się do winy. Za młodu
nieustannie walczyła z tą jego cechą, lecz ojciec kategorycznie odmawiał
jakiejkolwiek rozmowy o przeszłości, bez względu na to, jak bardzo go
prosiła. W końcu dała za wygraną.
To właśnie głęboka frustracja spowodowana jego milczeniem na temat
przeszłości sprawiła, że ostatecznie podjęła się realizacji projektu Yew
Tree. Pomyślała, że może, pracując dla Hiltonów, w końcu dowie się
czegoś o jego dzieciństwie na plebanii, o Leo i Alice i o wszystkim, o czym nigdy z nią nie rozmawiał. Po życiu pełnym znaków zapytania była to
zbyt kusząca oferta, by ją odrzucić.
Ale gdy tylko zgodziła się na udział w projekcie, Alice Hilton zaczęła
nawiedzać jej sny, zawsze w czerwonej sukience, którą, jak pisały
gazety, miała na sobie tej nocy, gdy zaginęła. Nieobecna Alice stała się
nieodłączną towarzyszką życia Willow. Miałaby teraz pięćdziesiąt cztery
lata, ale przez to, że zniknęła, wciąż pozostawała sześcioletnią
dziewczynką w czerwonej sukience.
Podczas wizji terenowej, gdy krok po kroku analizowali plany Yew Tree
Manor, córka Leo Hiltona, Sienna, pojawiała się na górze niczym
wcielenie wiszącego w holu portretu Alice, wywołując gęsią skórkę u Willow, która z trudem odrywała wzrok od dziewczynki.
Nagle trzasnęły drzwi sali i w wejściu pojawiła się Helen, której blade
policzki spurpurowiały, gdy wszyscy odwrócili się w jej stronę.
Rozglądała się za Leo, który pomachał do niej, i ruszyła ku niemu,
szeptem przepraszając przepuszczające ją osoby.
- Jak niektórzy z państwa pewnie już zauważyli - kontynuowała Willow,
odrywając wzrok od Helen po wyświetleniu ostatniego slajdu -
zbudowaliśmy makietę osiedla Yew Tree z nadzieją, że się wam spodoba.
Proszę, częstujcie się herbatą i babeczkami, które przygotował Peter, a jeśli będziecie mieli jeszcze jakieś pytania przed jutrzejszym
spotkaniem planistycznym, chętnie na nie odpowiemy. Jeszcze raz dziękuję
za poświęcony czas.
Publiczność zaczęła klaskać, a Willow uśmiechnęła się i zeszła po
schodkach, po czym podeszła do Leo i Mike'a. Leo objął ją ramieniem i uścisnął.
- Wspaniałe wystąpienie, świetna robota, Willow - pochwalił ją. - Nie
sądzę, abyśmy kiedykolwiek mieli tak dużą frekwencję, nawet kiedy Alan
Titchmarsh przyszedł podpisywać książki. Powinnaś być z siebie bardzo
dumna, prawda, Helen?
Helen wpatrywała się w Willow swoimi intensywnie niebieskimi oczami,
które wydawały się kontrastować z jej powierzchownością szarej myszki.
Willow nie wiedziała, co myśleć o żonie Leo. Spotkała ją kilka razy,
kiedy mieli narady w Yew Tree Manor, ale chociaż zachowywała się wobec
niej bardzo przyjaźnie, Helen zawsze trzymała dystans. Willow odnosiła
wrażenie, że gdy tylko wchodzi do pokoju, Helen zaraz go opuszcza.
- Z całą pewnością - przytaknęła Helen, przyglądając się Willow. -
Osiągnęłaś to, co wydawało się niemożliwe.
- Dziękuję - odpowiedziała Willow, zastanawiając się nad doborem słów
Helen.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki