Prolog
Bursztynowa Komnata składająca się z prawie dwóch ton krystalicznego i przecudownie obrobionego, bałtyckiego jantaru, to wyjątkowo kunsztowne dzieło ludzkich rąk. Po dziś dzień jest ona nieosiągalnym szczytem marzeń, zarówno poszukiwaczy skarbów, jak i ogromnej rzeszy koneserów sztuki, a także obiektem westchnień i natchnieniem wielu poetów.
Bursztynowa Komnata zamówiona została w roku 1701 przez Fryderyka I Hohenzollerna, jako wystrój gabinetu w jego podberlińskim pałacu Charlottenburg, a wykonana w pracowni sławnego na owe czasy, gdańskiego mistrza bursztyniarskiego Andreasa Schlutera. Mistrz Andreas realizację własnego projektu Bursztynowej Komnaty powierzył innym, nie mniej znanym mistrzom gdańskiego cechu. Pierwszym z nich był Gottfried Wolfram, który rozpoczął owe unikatowe dzieło, oraz Gottfried Turau i Ernest Schacht, którzy po jedenastu latach doprowadzili je do końca.
W roku 1716 Fryderyk wspaniałomyślnie podarował Bursztynową Komnatę Carowi Rosji Piotrowi Wielkiemu, w dowód szacunku i uznania.
Tak po prawdzie, słynący ze skąpstwa Fryderyk zrobił to, żeby zaskarbić sobie przyjaźń i poparcie rosyjskiego imperatora, a tym samym przypieczętować zawarty między nimi traktat.
Bursztynowy Gabinet, jak wówczas nazywano Bursztynową Komnatę, znalazł się w Petersburgu, gdzie umieszczono go w Pałacu Letnim, a potem w Pałacu Zimowym. W 1755 następczyni Piotra Wielkiego, caryca Elżbieta Piotrowna Romanowa, przeniosła Bursztynową Komnatę do Pałacu Jekateryńskiego w Carskim Siole.
Fakty i mity
Rok 1944
Druga Wojna Światowa osiągnęła apogeum. Niezwyciężona Trzecia Rzesza szykowała się do kluczowej i strategicznej operacji o kryptonimie Barbarossa. Przesądny Adolf Hitler nie bez powodu nazwał to przedsięwzięcie kryptonimem Barbarossa (Unternehmen Barbarossa). Prawdopodobnie kierował się tu względami czysto rasowymi i być może, dlatego podjął taką decyzję, gdyż ów kryptonim wywodził się od przydomku cesarza rzymsko-niemieckiego Fryderyka I Barbarossy. Dzisiaj trudno jest powiedzieć, na co liczył i czego oczekiwał hitlerowski dyktator od niewątpliwie sławnego i nordyckiego pobratymca, nadając taką właśnie nazwę tejże krwawej kampanii.
Kilka dni przed zajęciem przez Niemców Carskiego Sioła kustosz pałacu Jekateryńskiego, w którym, między innymi drogocennymi dziełami sztuki, znajdowała się Bursztynowa Komnata, dostał z Moskwy, z samego biura politycznego, odgórny rozkaz skatalogowania i spakowania cennych zbiorów do specjalnych kontenerów, celem ich przetransportowania w bezpieczne miejsce. Mając to na względzie i postępując według wyznaczonej procedury, większość eksponatów udało się wywieść z pałacu, ale, żeby bezpiecznie zdemontować Bursztynową Komnatę i by przypadkiem jej nie uszkodzić w czasie rozbiórki, potrzebowano więcej czasu. Tego niestety zabrakło, bowiem znienacka dość duża grupa esesmańskich spadochroniarzy pojawiła się w pobliżu Carskiego Sioła, uniemożliwiając Rosjanom dokończenie zaplanowanej operacji. Potem wojska niemieckie zajęły zamek, burząc go prawie w całości. Wcześniej, wszystkie znajdujące się w nim i mające dużą wartość przedmioty, okupanci załadowali do skrzyń i wywieźli do krzyżackiego zamku w Kaliningradzie. Tam też owe zrabowane skarby, łącznie z Bursztynową Komnatą, przeleżały ponad trzy lata.
W 1944 roku do Królewca przybył administracyjny szef na Ukrainę, nazista gauleiter Erich Koch.
Na zamkowy dziedziniec wjechał czarny i lśniący mercedes. Oczekujący go tam, wysokiej rangi gestapowiec sprężystym krokiem podszedł do samochodu i usłużnie otworzył tylne drzwi. Po chwili z auta wysiadł średniego wzrostu mężczyzna w stalowym, nazistowskim mundurze z insygniami gauleitera. Czarny i gustownie przycięty wąsik, a la Hitler, nadawał jego twarzy jakby szczurzego wyglądu. Kiedy mężczyzna na chwilę zdjął z głowy wysoką, oficerską czapkę, w porównaniu ze stojącym obok niego postawnym gestapowcem, zdawał się o wiele niższy wzrostem, aniżeli w rzeczywistości.
- Panie gauleiter, pański apartament jest już gotowy - zameldował gestapowiec, czyniąc hitlerowskie pozdrowienie i prężąc się jak struna.
Koch zerknął spod oka na podwładnego, jakby zorientował się, co do różnicy wzrostu między nimi i aby wyrównać tę niekorzystną dla niego proporcję, energicznym ruchem na powrót nałożył na głowę czapkę, po czym bez większego zaangażowania niedbale uniósł rękę do góry i skierował się w stronę zamku.
Gestapowiec jak cień podążył tuż za nim. - Tędy proszę, panie gauleiter! - Wskazał Kochowi kierunek, kiedy minęli zamkowe krużganki i weszli do wnętrza budowli. - Tutaj jest pański gabinet - powiedział do niego, otwierając przed nim drzwi.
Koch kiwnął głową i przekroczył próg dość dużego pomieszczenia. - No, nieźle, całkiem nieźle - zamruczał do siebie, omiatając je wzrokiem.
Naprzeciwko drzwi wejściowych stało masywne, rzeźbione biurko. Tuż za nim, na ścianie, w bogato zdobionych ramach, wisiał dużych rozmiarów obraz. Koch był wyśmienitym znawcą malarstwa. Nawet nie musiał się dobrze przyglądać dziełu, by móc stwierdzić, czyjego pędzla jest to płótno. Od razu je rozpoznał. Po bokach gabinetu znajdowały się stare i przepięknie profilowane komody. Na jednej z nich stał, wykonany ze srebra, bogato inkrustowany zegar. Jego kluczowym atrybutem zdobniczym była złota figurka greckiego bożka miłości Erosa trzymającego w ręku łuk i strzały. Pozłacana tarcza ze wskazówkami pokrytymi cieniutkim bursztynem nadawała chronometrowi niebywałej wystawności i przepychu. Wystrój pokoju uzupełniał wzorzysty, perski dywan zaścielający nieomal całą podłogę.
Koch bardzo kochał antyki. Wprost chorobliwie je uwielbiał. Był ich niekwestionowanym miłośnikiem, a już szczególnie tych unikalnych i bezcennych. I wcale się z tym przed nikim nie krył.
- Panie gauleiter, wiadomość z Berlina - ktoś niespodziewanie zameldował tuż za jego plecami.
Koch wzdrygnął się mimowolnie. Puszysty i miękki dywan sprawił, że nawet nie usłyszał, jak do gabinetu wszedł jego adiutant. - Co tam? - żachnął się lekko spłoszony, odwracając w jego stronę głowę.
- Wiadomość z Berlina, panie gauleiter - powtórzył dobitniej adiutant, podając mu zalakowaną kopertę.
Koch odebrał od niego przesyłkę, otworzył ją i wyjął z niej dokument, po czym przeleciał po nim wzrokiem. List był z samego gabinetu Adolfa Hitlera. Zawierał jednolity i prosty rozkaz. Nakazano jeszcze raz sporządzić spis wszystkich cennych rzeczy, jakie znajdowały się w zamku, łącznie z Bursztynową Komnatą, i jak najszybciej, w możliwie bezpieczny sposób, wywieść je wgłąb Niemiec. Odpowiedzialnością za całą operację obarczono osobiście jego, nad-prezydenta Prus Wschodnich i komisarza Trzeciej Rzeszy na Ukrainę, Ericha Kocha. - "Teraz jestem nie tylko panem życia i śmierci podludzi, ale także jestem panem i władcą wszystkich ukraińskich bogactw" - pomyślał władczo, siadając przy biurku i chciwie przełykając ślinę. Już nie zamierzał być lojalnym wobec Trzeciej Rzeszy i jej niepodważalnego kanclerza. Mówiąc szczerze, z początku Koch był żarliwym fanatykiem nazizmu i samego Adolfa Hitlera, lecz z biegiem czasu dogmatyzm pomału w nim wygasał, zastępując go jeszcze większą pogardą dla wodza i jego doktryny, ale i też coraz bardziej panicznym strachem przed odpowiedzialnością. Publicznie nadal popierał Hitlera, lecz w głębi duszy nim pogardzał i go nienawidził, szczególnie od momentu, kiedy zrozumiał, że wojna jest przegrana. Pojął wtedy, że najwyższy czas pomyśleć o sobie. Ażeby wynegocjować swoją wolność, musiał mieć jakąś niepodważalną kartę przetargową, jakiś mocny i twardy atut. Teraz już wiedział, że będzie nim Bursztynowa Komnata. Mimo wszystko myśl o przegranej wojnie i odpowiedzialności z tym związanej, wywołała na jego twarzy grymas gniewu. Z lekka zirytowany, podniósł słuchawkę zabytkowego telefonu i kazał zawezwać do siebie zaufanego mu gestapowca.
Po niespełna minucie w gabinecie zjawił się człowiek w randze sturmbannführera. - Pan mnie wzywał, panie gauleiter? - spytał.
- Tak, panie sturmbannführer - odrzekł Koch, bębniąc nerwowo palcami po leżącej na blacie biurka, cienkiej kopercie - proszę ponownie skatalogować wszystkie cenne zbiory, wszystkie kosztowności i sporządzić dwa osobne egzemplarze ich spisu. W jednym egzemplarzu wyszczególni pan wszystko bez wyjątku, w drugim, zapisze pan tylko to, co znajduje się na tej liście. - Wyjął z koperty złożoną w pół kartkę i podał ją podwładnemu. - Wykonać! - wydał rozkaz niecierpiącym sprzeciwu głosem.
- Tak jest panie gauleiter!
- Zaraz! Czekaj no pan! - Koch potarł koniuszkami palców swoje czoło, jakby sobie coś jeszcze chciał przypomnieć. - Egzemplarz, w którym skataloguje pan wszystkie bez wyjątku drogocenne przedmioty, proszę dobrze zakodować. Jest pan fachowcem i pan już dobrze wie, jak to trzeba zrobić. Dokładnie to samo zrobi pan z mapką miejsca, w którym przed tą bolszewicką zarazą, ukryjemy całość eksponatów. I proszę się pospieszyć i zameldować mi o gotowości operacyjnej - uzupełnił.
- Tak jest! - Sturmbannführer strzelił obcasami i wyszedł z gabinetu.
Gauleiter Koch po niespełna tygodniu otrzymał meldunek, że cenna kolekcja jest już załadowana na samochody i przygotowana do drogi. Następnego dnia i z samego rana obstawiony esesmanami konwój ruszył w drogę. Za nim, w bezpiecznej odległości, jechał czarny, lśniący mercedes. Po kilku kilometrach kolumna wjechała w leśny dukt.
- Na chwilę tu się zatrzymamy. To dobre miejsce - odezwał się Koch do siedzącego obok niego sturmbannführera, lustrując wzrokiem okolice - tak, jak wcześniej uzgadnialiśmy, proszę wykonać mój rozkaz!
Z jednego z ciężarowych samochodów wysiadło kilkunastu rosyjskich więźniów, którzy uczestniczyli w załadunku skrzyń. Esesmani otoczyli ich szczelnie kordonem i wyprowadzili w las. Po chwili rozległy się stamtąd jazgocące serie karabinów maszynowych.
- Żadnych świadków - mruknął do siebie Koch, zacinając usta. - Żadnych! - powtórzył mściwie nieco głośniej, krzywiąc twarz w szatańskim uśmiechu.
Potem, już cały czas, aż do samego końca, trzymał się tej domeny, skrupulatnie eliminując tych wszystkich, którzy znali jego tajemnice i próbowali wchodzić mu w drogę.