Rozdział 4
Wtedy
Sara się obudziła i natychmiast zacisnęła powieki. Wszystko ją bolało. Potrzebowała paru chwil, by przypomnieć sobie, jak i dlaczego tutaj trafiła. Rozejrzała się też uważnie, zauważyła poręcze po obu stronach łóżka, podwieszany sufit nad głową, w narożniku telewizor, w którym leciało wydanie wiadomości ze ściszonym dźwiękiem. Nadal leżała w szpitalu, choć już nie na ostrym dyżurze. Miała mgliste wspomnienia dotyczące momentów, kiedy oczyszczano i zszywano ranę na potylicy. Potem trafiła do tomografu, a na koniec powieziono ją długim korytarzem, lecz za żadne skarby nie umiała sobie przypomnieć końca tej podróży ani chwili, gdy trafiła do tej sali. Tak duże luki w pamięci były niepokojące.
Strach minął, dopiero gdy obróciła głowę i zobaczyła Kirka siedzącego tuż obok na krześle. Mąż był przy niej, co znaczyło, że nie jest skazana na radzenie sobie z tym stanem w pojedynkę.
Zrobił wielkie oczy, gdy zauważył, że jest przytomna, zaraz też pochylił się mocniej, nie kryjąc rozemocjonowania.
- Kochanie, jak to dobrze, że się obudziłaś. Jak się czujesz?
Jego włosy, zazwyczaj porządnie uczesane, sterczały teraz pod każdym możliwym kątem. Wyobraziła sobie jak przeczesywał je palcami raz po raz, zawsze tak robił, gdy był czymś zdenerwowany.
- Bywało lepiej - rzuciła, krzywiąc się z bólu. - Co się stało?
Nasrożył się momentalnie.
- Z tego, co wiem, zostałaś uderzona w głowę, i to mocno.
Zastanawiała się nad tym, co powiedział, ale nie widziała w tych słowach nawet cienia sensu.
- Coś mnie uderzyło?
- Tak. - Kirk uścisnął delikatnie jej dłoń. - Policjanci byli tutaj chwilkę temu. Wrócą niedługo, by zadać ci kilka pytań. Nie masz nic przeciw?
Zaprzeczyła, potem znów przymknęła powieki. Otworzyła je dopiero kilka minut później, gdy do sali wszedł lekarz prowadzący gromadkę rozchichotanych młodzików w białych kitlach.
- Pani Aden - zagaił przybyły - nie będzie pani miała nic przeciw, jeśli studenci będą obserwowali, jak zadaję pani kilka pytań i przeprowadzam proste badania?
- Nie przeszkadza mi to.
Stanął twarzą do przyprowadzonej grupki.
- Sara Aden ma dwadzieścia dziewięć lat, przywieziono ją karetką wczoraj wieczorem z urazem głowy - poinformował studentów, po czym przeszedł płynnie do omawiania stanu pacjentki, posiłkując się danymi wyświetlanymi na pobliskim monitorze i wyjaśniając, że dzięki tomografii udało się namierzyć wąskie jak włos pęknięcie kości czaszki.
Pęknięta czaszka. To by tłumaczyło paroksyzmy bólu przeszywającego jej mózg.
Później doktor skupił się ponownie na chorej. Poprosił, by wykonała kilka prostych zadań. Zdołała powieść oczami za przesuwanym palcem i zacisnąć dłonie w pięści. Wykonała także poprawnie kilka działań matematycznych, po czym podała adres firmy, w której pracowała. Gdy wskazano jej siedzącego obok mężczyznę, wyjaśniła:
- To mój mąż.
Oczy Kirka wypełniły się miłością, gdy podała bezbłędnie daty rocznicy ślubu i urodzin obojga. Wtedy zauważyła, jak bardzo się niepokoił. Jego szaroniebieskie oczy ukryte za szkłami okularów pełne były obaw.
- Zuch dziewczyna - wyszeptał, pochylając się, by pogładzić ją po wierzchu dłoni.
Sara pamiętała wszystko prócz przyczyny wypadku, przez który trafiła do szpitala. Gdy lekarz i towarzyszący mu młodzi ludzie wychodzili, Kirk zawołał za nimi:
- Dzięki!
Rozmowa z doktorem, choć nie była trudnym przejściem, doprowadziła na skraj wyczerpania Sarę, która zamknęła ponownie oczy i nie otworzyła ich, póki nie przyszli policjanci, co miało miejsce mniej więcej godzinę później. Odpowiedziała następnie na kilka pytań zaraz po tym, jak się przedstawili, podając nazwiska, których nie zdołała zapamiętać.
- Pamiętam tylko, że pogoda była wietrzna, bardzo wietrzna.
Skupiając się do granic możliwości, przypomniała sobie wycie wiatru w koronach drzew kołyszących się na tyłach podwórza, gałęzie wierzby dosłownie smagały powietrze. Zauważyła, że parasol ustawiony na patio stał rozłożony, co wydało jej się dziwne, ponieważ składali go zawsze, gdy nie był potrzebny. Zdała sobie z tego sprawę tuż przed feralnym momentem.
- Przyjechałam właśnie z pracy, a gdy weszłam do kuchni, zauważyłam, że parasol jest rozłożony. Mąż był wtedy w garażu, jak sądzę.
Nie umiała sobie tego przypomnieć.
Kirk pochylił się mocniej.
- Nie, kochanie, tego dnia pracowałem do późna, pamiętasz? - Odwrócił się do detektywów. - Jestem właścicielem salonu samochodowego Aden Luxury Cars, co znaczy, że nie mam stałych godzin pracy. Wróciłem później, bo miałem sporo papierkowej roboty.
- Przyszedłeś później? - zapytała Sara.
- Wysłałem ci esemesa, pamiętasz?
Wiadomość. Mgła zaściełająca umysł rozproszyła się na tyle, by przypomniała sobie piknięcie komórki. Wysłał jej wiadomość. Dostała ją mniej więcej wtedy, gdy powinien pojawić się w domu. "Straciłem poczucie czasu. Niedługo przyjadę". Zgadza się. Nie było go wtedy w domu, to dlatego zadanie złożenia parasola spadło właśnie na nią. Stół i krzesła były nowiusieńkie, kupili jeden z topowych zestawów. Parasol miał na szczycie panel słoneczny zasilający światła poniżej czaszy. Szkoda by było, gdyby się uszkodził. Straszna szkoda, szczerze mówiąc. Tak bardzo się cieszyli, gdy go kupowali. Sara liczyła na to, że będą mogli siedzieć wspólnie na zewnątrz po powrocie z pracy, sącząc wino i opowiadając, jak minął im dzień. W dniu, kiedy go dostarczono, powiedziała nawet do męża: "Teraz możemy zapomnieć o bożym świecie i cieszyć się własnym towarzystwem".
- Wyszłam na zewnątrz, by zamknąć parasol - wycedziła wolno kolejne słowa. Przypomniała sobie, jak poryw wiatru szarpnął moskitierą przy tylnych drzwiach. Ponownie usłyszała huk, z jakim zatrzasnęła się tuż za jej plecami. Niebo wyglądało wyjątkowo ponuro, nabrzmiałe ciemne chmury przesłoniły słońce, przez co mogło się wydawać, że godzina jest dużo późniejsza. Zazwyczaj o tej porze roku na zewnątrz bywało jasno nawet do siódmej. - Strasznie wiało - powtórzyła. Sądząc po minach obu policjantów, nie to chcieli usłyszeć. - Zaczęłam zamykać parasol... ale korbka się chyba zacięła...
Przerwy pomiędzy wypowiadanymi przez nią zdaniami były tak długie, że policjantka, młoda kobieta o ostrych rysach, zaczęła ją ponaglać.
- I co się wtedy wydarzyło?
- Nie wiem - przyznała w końcu Sara. - Usłyszałam szczekanie psa sąsiadów i poszłam zobaczyć, co się tam dzieje. Moment później poczułam straszny ból z tyłu głowy. To wszystko, co pamiętam.
Nazwanie tego bólu strasznym było potwornym niedopowiedzeniem.
- Widziała pani kogoś? - zapytał policjant. - Kogokolwiek?
Był starszy z tej pary, łysy, nosił okulary w ciemnej oprawie.
- Nie. - Pokręciła ledwie zauważalnie głową. - Strasznie wtedy wiało.
- Okej, mieliśmy niezłą wichurę. - Policjant wykazywał się niespotykaną cierpliwością. - To już wiemy. Pytanie tylko, czy był tam ktoś jeszcze. Czy po powrocie z pracy tego dnia dostrzegła pani jakieś różnice w domu albo na podwórzu?
- Raczej nie. - Sara zauważyła, że wymieniają spojrzenia, jakby zawiodła ich tym stwierdzeniem. - Wszystko wyglądało jak zawsze.
- Słyszała pani jakieś dźwięki dobiegające z zewnątrz? - dopytywała policjantka. - Może odgłosy kroków?
- Nie.
- Nie miała pani żadnych zatargów z sąsiadami albo z kimś w pracy? Z przyjaciółmi albo z członkami rodziny? Nie było żadnych nieporozumień ani kłótni?
Zasypywała ją taką ilością pytań, że Sara miała spory problem z ich zapamiętywaniem, nie mówiąc już o zastanowieniu.
- Żadnych problemów. Żadnych awantur - oświadczyła w końcu. - Dlaczego o to wszystko pytacie?
- To standardowa procedura - wyjaśniła policjantka. - Na tym polega nasza praca.
- Nikt pani nie groził ostatnimi czasy? - dodał jej partner.
Już miała zaprzeczyć, gdy nagle coś sobie przypomniała.
- W skrzynce na listy znalazłam dziwną wiadomość. Nie była podpisana.
- Było ich więcej - wtrącił pospiesznie Kirk. - Cztery razy się to zdarzało. Raz nawet ktoś zostawił zdechłego szczura na naszym ganku.
Cztery wiadomości i martwy szczur? Sara nie przypominała sobie żadnego martwego gryzonia, tylko tę jedną wiadomość. Znalazła ją w skrzynce na listy. Koperta była czysta. Wewnątrz znajdowała się kartka, na której ktoś napisał markerem następujące słowa:
WIEM, CO SIĘ STAŁO. JAK MOŻESZ Z TYM ŻYĆ?
Zatchnęło ją, gdy to przeczytała. Nie miała bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Nadawca musiał się pomylić i zostawił tę wiadomość nie tam, gdzie zamierzał.
Policjantka się nasrożyła, gdy to usłyszała.
- O co chodziło w tych wiadomościach?
- To były jakieś bzdury - wtrącił Kirk. - Coś o tym, że prawda wyjdzie na jaw i ludzie się dowiedzą, co zrobiła. Nie widzieliśmy w tym żadnego sensu.
- Były cztery takie wiadomości? - zapytała Sara, po czym przymknęła powieki, próbując zebrać myśli.
- Tak, cztery. - Aden zdjął okulary, by przetrzeć szkła.
- Możemy je zobaczyć? - zapytał detektyw.
- Przekazaliśmy je policji - wyjaśnił Kirk. - Komendant Kramer jest moim serdecznym kolegą. Zajął się tą sprawą osobiście. - Założył ponownie okulary, potem ujął żonę za rękę.
- Kiedy to było? - zapytał policjant.
- Rok temu. Dostawaliśmy je co kilka tygodni, ale potem wszystko wróciło do normy. Gavin uważał, że to nic poważnego. Sądził, że to okoliczne dzieciaki psocą z nudów. Albo to, albo niezadowolony klient mojego salonu. - Kirk uśmiechnął się ponuro.
- Zerkniemy na te wiadomości w ramach dochodzenia.
- A pani praca? - wyskoczyła policjantka z kolejnym pytaniem. - Nie dochodziło tam do żadnych sporów albo niesnasek?
- Nie - zaprzeczyła Sara. - Zajmuję się marketingiem w Garden Design Landscaping. Pracuje tam tylko osiem osób, wszyscy się przyjaźnimy.
- Z kim moglibyśmy porozmawiać w pani biurze, gdyby zaszła taka konieczność? - Kobieta przechyliła przyjaźnie głowę.
Sara przymknęła oczy, by się zastanowić.
- Z moją szefową Brendą. Albo z moją przyjaciółką Clarice. Z którąś z nich.
Miała dobre układy ze wszystkimi w firmie, szczerze powiedziawszy, często wspominała mężowi, jak wspaniale układa im się współpraca. Clarice, zajmującą się kontaktami ze zleceniodawcami, uznawała za najlepszą przyjaciółkę. Była to bardzo wesoła kobieta, która często przynosiła do pracy ciasteczka i opowiadała soczyste plotki dotyczące co bogatszych klientów. Minionej soboty wybrały się razem na lunch. Sara dawno już tak się nie śmiała jak podczas tego spotkania.
- A co z członkami rodziny? - zapytał policjant.
- Sara nie ma zbyt wielu bliskich - wyjaśnił Kirk. - Jej rodzice nie żyją, ale dobrze się dogaduje z kuzynostwem i siostrą. Wszyscy mieszkają na Wschodnim Wybrzeżu. A moja rodzina wprost ją uwielbia.
Detektyw przyjął to wyjaśnienie zdawkowym potaknięciem.
- Nie rozpoznali państwo charakteru pisma w tych wiadomościach?
- Nie. - Sara przymknęła oczy. - Ja widziałam tylko jedną. Pamiętam tylko, że napisano ją markerem, samymi dużymi literami. Nie wiem, jak pozostałe, ale ta tak właśnie wyglądała.
- Żona jest już mocno zmęczona - wtrącił jej mąż nieco ostrzejszym tonem. - Czy możemy dokończyć to przesłuchanie w późniejszym terminie?
Tak bardzo się o nią troszczył. Byli małżeństwem od trzech lat, ale jego oddanie wciąż było wielkie. Przyjaciele nie mogli się nadziwić, że nadal obiega samochód, by otworzyć jej drzwi, i przysyła bukiet kwiatów siedemnastego każdego miesiąca, by upamiętnić dzień ich pierwszego spotkania.
- Naprawdę jestem zmęczona - dodała, posyłając mu pełne wdzięczności spojrzenie. - Z trudem utrzymuję otwarte oczy. A ból głowy zaraz mnie dobije.
- Lepiej będzie, jeśli już sobie pójdziecie - powiedział Kirk. - Żona musi odpocząć.
Policjantka wyjęła wizytówkę i podała ją rannej.
- Proszę zadzwonić, gdyby przypomniało się pani coś jeszcze.
Zabrzmiało to jak tekst z serialu albo z filmu kryminalnego.
Sara przyjrzała się kartonikowi zapuchniętymi oczami. Przeczytała imię i nazwisko tej kobiety. Erin Nolan. W normalnych warunkach nie miałaby problemu z ich zapamiętaniem, ale w tej sytuacji wizytówka wydawała się najlepszym rozwiązaniem.
- Dziękuję.
Gdy policjanci opuścili salę, Kirk się rozpromienił i rzucił:
- Już zaczynałem się obawiać, że nigdy sobie nie pójdą. - Ten żart miał ją rozweselić, ale nie była w stanie go docenić. Wstał więc, poprawił jej kołdrę, a na koniec pogładził policzek żony wierzchem dłoni. - Nie przejmuj się niczym, kochanie. Nie opuszczę cię nawet na minutę.
Przymknęła oczy, poddając się zmęczeniu, ale nie mogła usnąć, ponieważ coś nie dawało jej spokoju.
- Dlaczego oni zadawali mi tyle pytań?
- Próbują znaleźć tego, kto cię tak urządził.
Zrobiła wielkie oczy. Nagle odechciało się jej spać.
- Tego, który mnie tak urządził?
- Rozmawialiśmy na ten temat. Nie pamiętasz? Ktoś cię zaatakował. Policja uważa, że szczekanie Bustera go spłoszyło.
- Ktoś mnie zaatakował?
- Saro, rozmawialiśmy o tym nie dalej niż godzinę temu. Naprawdę nie pamiętasz?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Ta rozmowa równie dobrze mogła się odbyć całe wieki temu. Wycieńczona bólem Sara żyła chwilą obecną.
- Buster oszalał. Szczekał bez ustanku w kierunku naszej posesji. Pani Sullivan zobaczyła cię z okna na piętrze i natychmiast zadzwoniła na numer alarmowy. Tak przynajmniej twierdzili ratownicy, którzy do ciebie przyjechali. Czekała na nich na naszym podwórzu, przy tobie, gdy się tam pojawili. Musieli ją odesłać do domu, ponoć była tak przejęta, że bez przerwy wchodziła im w drogę.
Kirk nie przepadał za panią Sullivan. Gdy spotkali ją po raz pierwszy, stwierdził, że jej wysoki głos działa mu na nerwy.
- Ja przyjechałem do domu niewiele później - dokończył. - Gliniarze poinformowali mnie, że zostałaś uderzona w głowę czymś twardym, najprawdopodobniej kamieniem.
- Kamieniem? - Sara nic z tego nie rozumiała. Sięgnęła ręką do obandażowanej grubo potylicy. - Strasznie wtedy wiało. Może wiatr cisnął czymś we mnie. - Wyobraziła sobie lecącą w jej kierunku gałąź albo ozdobę trawnika, jedną z tych odbijających światło kul, za którymi przepadał jej mąż.
- Nie, niczego podobnego nie znaleziono. Dlatego policja twierdzi, że ktoś uderzył cię celowo, i to czymś ciężkim, twardym.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby to zrobić - przyznał współczującym tonem. - Jesteś najmilszą osobą, jaką znam. Tylko szaleniec mógłby ci to zrobić. - Posłał jej ponury uśmiech.
Sara próbowała zrozumieć, o co tu może chodzić, ale nie dała rady. Posiadali ogromne podwórze otoczone płotem z kutego żelaza i choć nie zamykali furtki, to jeszcze nigdy nie mieli niechcianych gości. Domy sąsiadów stały tuż obok, ale nie było ich dobrze widać. Poprzedni właściciel tej posesji posadził na granicach działki gęsty żywopłot, który teraz zasłaniał kompletnie ogrodzenie i chronił ich przed wzrokiem wścibskich plotkarzy.
Nie miała powodów, by się obawiać, że ktoś może ją zaatakować. Ze wszystkimi żyła w zgodzie. W pracy otaczali ją sami przyjaciele. Nikt jej nie zazdrościł ani o nic nie miał do niej żalu.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej