Tajemnica mroków - Klaudia Doła

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Wiecie, jak to jest obudzić się w środku nocy po koszmarze? Właśnie coś takiego mi się przytrafiło i było to naprawdę straszne. Gdy tylko otworzyłam oczy, odruchowo zerwałam się, żeby zapalić światło. Usiadłam na łóżku, próbując dojść do siebie i na spokojnie odróżnić rzeczywistość od tego, co przed chwilą działo się we śnie. Było to trudne dlatego, że ów sen wydawał się bardzo realistyczny. Cały czas miałam jego urywki przed oczami i nie mogłam się ich pozbyć.

Śniło mi się, że zgubiłam się w lesie, po którym chodziłam wielokrotnie i który doskonale znam, ale tym razem stał się dla mnie labiryntem bez wyjścia. Drzewa i ścieżki, które znałam od dziecka, wyglądały nagle nieznajomo i zaczęły się powtarzać. Miałam wrażenie, że chodzę w kółko. Zapadł zmierzch, a ja byłam coraz bardziej zmęczona. Wyłaniające się zza drzew postacie, wysokie, ubrane w długie peleryny z kapturami, wcale nie były do mnie przyjaźnie nastawione. Zaczęłam uciekać, a potem spadać w dół bez końca. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Leciałam i leciałam, czułam, że już nie śnię, ale nie mogę otworzyć oczu, tak jak nie mogę krzyczeć. Czułam, że się obracam, ale nie wiedziałam, czy to jeszcze sen, czy już rzeczywistość. W końcu się ocknęłam, co nie przyszło mi łatwo. To była ulga. Po ochłonięciu zeszłam do kuchni, żeby napić się wody. Oparłam się o blat, czując lęk i niepokój. Trzymając pusty kubek w dłoniach, rozmyślałam jeszcze chwilę o zaistniałej sytuacji, po czym postanowiłam położyć się i spróbować zasnąć.

Kiedy ponownie się obudziłam, była godzina 10:00. Sobota. Wyjrzałam przez okno. Słońce ledwo przedzierało się przez gęste, szare chmury. Tego roku koniec lata i jesień są wyjątkowo pochmurne, prawie w ogóle nie ma słońca, doskwiera chłód i deszcz. Często między drzewami rozciągają się pasma cienkiej, białej jak mleko mgły. W sadzie i lesie pomału zaczynają opadać liście, w końcu jest już połowa września. Nawet wtedy, gdy jest szaro, kocham to odludzie, ciszę, spokój, zapach drzew i szum wody w oddali oraz, jak co ranek, hałas w pracowni taty. Adam, tak nazywa się mój ojciec, to wysoki brunet o niebieskich oczach, z twarzą pokrytą lekkim zarostem. Lat dodają mu długie, spięte w kucyk włosy. Wykonuje on meble z drewna i pisze opowiadania do gazet. Z tego właściwie żyjemy, a dzięki temu, że mieszkamy u stóp lasu na pięknej polanie z sadem, ma do tego idealne warunki - ciszę i spokój. Przez pięć dni w tygodniu jeździ do miasta oddać swoje teksty, zawieźć mnie do szkoły i zrobić zakupy. Ze szkoły wracam autobusem, a potem idę jeszcze prawie czterdzieści minut pieszo pod górę, przez las, chyba że tata po mnie zjedzie. Mieszkamy na południu Polski, niedaleko Tatr, w niedużym domku z drewnianych bali, z tarasem, usadowionym na polanie. Na tej samej polanie rośnie sad - trzy rzędy drzewek owocowych: grusze, śliwy i jabłonie. W czasie zbiorów większość owoców jest sprzedawana. Parę metrów od domu znajduje się stajnia, w której mieszkają dwie klacze - Tosia i Jenie - oraz krowa Amelia. Obok stajni tata postawił warsztat oraz przyległy do niego drewniany garaż. Okolica jest malownicza. Las rozciągający się za domem zachwyca różnorodnością drzew, krzewów i kwiatów na polankach. Przepływa przez niego potok. Idąc w górę lasu, można natknąć się na źródełka i krzewy borówek. W domu jest jeszcze jeden lokator - Kundel - tak się nazywa nasz mały pies.

Mama ma na imię Oliwia. Po rozwodzie zamieszkała z moim starszym bratem w Kołobrzegu. Rodzice do tej pory nie chcą ze mną rozmawiać o tym, dlaczego się rozstali. Mimo to podejrzewam, co było tego powodem. Mama zawsze pragnęła towarzystwa, spontaniczności i uwolnienia się od obowiązków domowych, które przychodziły jej z trudem. Rola pani domu w domku na odludziu była dla niej zbyt ciężka do udźwignięcia. Przeprowadzka mamy zbiegła się w czasie z wyborem studiów przez Konrada - postanowił aplikować na uczelnię w Kołobrzegu. Brat jest dla mnie wzorem. Nauczył mnie wielu rzeczy, których nie dali mi rodzice. Przyjeżdża do nas w przerwach w nauce. A ja z kolei jeżdżę do mamy na miesiąc wakacji, tydzień ferii i umówione święta. Wtedy naszym ulubionym zajęciem jest wieczorny spacer po plaży. Widok zachodzącego słońca, powiew wiatru i szum fal są dla mnie kojące. Opowiedziałam wam o swojej rodzinie, zostałam jeszcze ja. Nazywam się Ania i jestem uczennicą technikum.

***

Jest już dość późno. Wygląda na to, że tata wydoił Amelię, zatem do mnie należy wyprowadzenie jej na pastwisko. Po porannej toalecie włożyłam swoje ulubione ubrania i zeszłam na dół, do kuchni, aby zjeść śniadanie. Kuchnia to moje ulubione miejsce. Rodzice pozwolili mi ją urządzić w starym wiejskim stylu, z ciężkimi drewnianymi meblami.

Ubrana w kalosze i kurtkę poszłam do warsztatu przywitać się z tatą. Wraz z Kundlem poszliśmy wyprowadzić Amelię na pastwisko. Zanosiło się na rozpogodzenie, więc po powrocie osiodłałam konie i razem z tatą ruszyliśmy na krótką wycieczkę po okolicznych wąwozach. Mgła już rzedła, ukazując coraz więcej pni drzew. Naszą cosobotnią wyprawę jednak udaremniła nagła zmiana pogody. Po dotarciu na polanę zobaczyliśmy potężne ciemne chmury zwiastujące ulewę. Pogalopowaliśmy czym prędzej po naszą krowę, aby zagonić ją z pastwiska do stodoły. Kiedy dotarliśmy do domu, rozlało się niesamowicie, więc pobiegliśmy do pracowni. Tata już skończył piękny komplet z sosnowego drewna - cztery krzesła i stół. Miałam je teraz pomalować bejcą i zrobić lakierowe zdobienia na blacie i oparciach krzeseł. Zabrałam się do pracy. To było przyjemne zajęcie. Wieczorem wydoiłam Amelię, a następnie zrobiłam kolację. Zaczęło już zmierzchać, ale mimo wszystko postanowiłam wybrać się na spacer w górę lasu. Po przechadzce zawsze lepiej mi się śpi. Pomimo wieczornego wypogodzenia założyłam cieplejszą kurtkę i kalosze, włożyłam czapkę z daszkiem i wzięłam mój poręczny kij. Krzyknęłam do taty, że wychodzę, i wyruszyłam przed siebie.

Przechodząc przez sad, zerwałam gruszkę i weszłam do lasu. Z drzew jeszcze kapało. Zaczynała unosić się mgła. Ściółka już była usłana liśćmi, lecz jeszcze w niewielkiej ilości. Wilgotne podłoże usuwało się spod nóg. Przedzierając się pomiędzy drzewami, nuciłam ulubione melodie. Wyszłam na moją ulubioną małą polankę obrośniętą malinami i ostrężynami. Latem jest tutaj łąka pełna kolorowych kwiatów. Można tu spotkać również zioła, które zbieramy i suszymy. Popatrzyłam na zachodzące za wzgórzem słońce. Po chwili namysłu stwierdziłam, że pójdę wzdłuż potoku. Woda delikatnie szumiała, płynąc przez kamieniste koryto. W oddali słyszałam ryjące w ziemi dziki. Około dziesięciu metrów ode mnie, między zaroślami, przechadzał się jeleń. To jest jedyny las w okolicy, w którym występuje tak często dzika zwierzyna, masa grzybów oraz ziół. W błogiej ciszy doszły mnie dziwne hałasy, jakby stukanie o drewno oraz dziwne szmery i odgłosy maszyn. Było już po zmierzchu. Półmrok i mgła mocno ograniczały widoczność. Nie byłam w stanie dostrzec źródła dźwięku. Przestraszyłam się i pośpiesznie wróciłam do domu, czasami potykając się o korzenie, których nie dostrzegłam. Szmery dochodzące zza drzew jakby nabierały na sile. Czułam się osaczona jak w moim koszmarze. Dźwięki zaczęły przypominać szepty dochodzące zewsząd. Zapadł zmrok. Biegnąc niemal po omacku, dotarłam do naszej polany. Wówczas dopiero zauważyłam, że głosy ucichły.

- Anna, dziecko, gdzie ty byłaś tak długo? Już miałem iść cię szukać! - dobiegł mnie głos ojca, stojącego na werandzie. Dopiero teraz poczułam spokój.

- Wszystko w porządku. Zasiedziałam się nad potokiem i noc mnie zastała. - Podeszłam spokojnie do taty i uściskałam go serdecznie.

Przed zaśnięciem rozmyślałam jeszcze, co to mogło być. Zamierzałam przez kilka dni rozglądać się po okolicy, zanim pójdę tam znowu. Wolałam też nie niepokoić taty i zostawiłam to wydarzenie tylko dla siebie. Podczas wyprowadzania Amelii na pastwisko oraz wycieczek konnych i spacerów z tatą, postanowiłam być czujna. Nazajutrz w południe osiodłałam Tosię i ruszyłam na przejażdżkę zwiadowczą - musiałam wyjaśnić tę zagadkę. Zauważyłam ślady konnego wozu prowadzące w stronę polany. Jechałam chwilę tym tropem. Znów usłyszałam jakieś dziwne szepty i trzaski gałęzi w lesie. Postanowiłam się wycofać i wrócić do domu.

W nocy zerwał się potężny wiatr i burza. Kundel, jak nigdy, zaczął szczekać jak oszalały i warczeć przy drzwiach. Tata zszedł na dół, żeby go uspokoić, a ja w tym czasie wyjrzałam przez okno, żeby zobaczyć, co się tak właściwie dzieje. Ku mojemu zdziwieniu, w błysku pioruna, zobaczyłam dwie ludzkie postacie blisko naszego domu. Przestraszyłam się i przylgnęłam do ściany. Kiedy znowu spojrzałam przez okno, wyczekując błysku, nie było już nikogo. Pomyślałam, że to tylko mój wzrok i wyobraźnia płatają mi figle. Tylko jak wytłumaczyć zachowanie Kundla, który chodził poddenerwowany i obwąchiwał to okno, to drzwi?

- Nie dziwi cię zachowanie Kundla?

- Daj spokój, An, jest burza. Wiatr przybrał dziś na sile jak nigdy. Pies ma prawo być poddenerwowany.

- To czemu warczał i szczekał na drzwi?

- Może jakaś zwierzyna podeszła. Narobił takiego hałasu, że na pewno się spłoszyła. Nawet niedźwiedź by odszedł.

- Sądzę, że powinniśmy to sprawdzić, jak tylko wichura ucichnie. Jeśli to był jakiś drapieżnik, mógł wejść do stodoły.

- Masz rację, An, trzeba sprawdzić stodołę, jak sytuacja się nieco unormuje.

Narzuciliśmy pałatki na piżamy, włożyliśmy kalosze, wzięliśmy Kundla na smycz i poszliśmy na obchód. Zaczęliśmy od stodoły. Konie i krowa były wyraźnie zdenerwowane, uspokoiliśmy je i poszliśmy sprawdzić pracownię. Wszystko było tu w porządku. W garażu i w sadzie też był spokój, wobec tego rozeszliśmy się do łóżek.