Rozdział 2
Simonie?
- Słucham, proszę pani? - osobisty sekretarz królowej, sir Simon Holcroft, uniósł wzrok znad trzymanego w ręku notatnika z rozkładem dnia monarchini. Po skończonej przejażdżce królowa zasiadła przy biurku. Ubrana była w szarą tweedową spódnicę i swój ulubiony rozpinany sweter z kaszmiru w kolorze, który podkreślał błękit jej oczu. Jej osobisty pokój dzienny urządzony był przytulnie - o ile można w ogóle tak powiedzieć o pomieszczeniu będącym częścią gotyckiego zamczyska: były tu miękkie sofy, a także mnóstwo zgromadzonych przez lata skarbów i pamiątek. Sir Simon lubił to miejsce. Mimo że starał się nie dać niczego po sobie poznać, nerwowość wyczuwalna w głosie monarchini sprawiała, że był lekko podminowany.
- Chodzi mi o tego młodego Rosjanina. Czy wiesz na jego temat coś, o czym mi nie powiedziałeś?
- Nie, proszę pani. Jeśli się nie mylę, zwłoki przewożone są teraz do kostnicy. Dwudziestego drugiego prezydent USA przylatuje śmigłowcem. I pomyśleliśmy, że może zechciałaby pani...
- Nie zmieniaj tematu. Widziałam, jaką miałeś minę.
- Słucham?
- Kiedy przyniosłeś mi wieść o jego śmierci. Próbowałeś oszczędzić mi jakichś paskudnych szczegółów. Bardzo cię proszę, bądź ze mną szczery.
Sir Simon z trudem przełknął ślinę. Doskonale wiedział, czego chciał oszczędzić swojej pracodawczyni. No ale cóż, przełożonej się nie odmawia. Odkaszlnąwszy, powiedział:
- Był w zasadzie nagi, proszę pani, kiedy go znaleźliśmy.
- Tak? - Królowa przypatrywała mu się uważnie. Wyobraziła sobie młodego mężczyznę leżącego nago w łóżku, przykrytego kocem. Cóż w tym niezwykłego? Filip w młodości też chętnie kładł się spać bez piżamy.
Sir Simon zerknął na królową. Dopiero po chwili zrozumiał, że detal, który jej zdradził, nie zrobił na niej wrażenia. Nadal było jej mało. Zebrał się w sobie.
- Nagi, jeśli nie liczyć fioletowego szlafroka, na którego pasku został, z przykrością muszę to stwierdzić... - urwał. Te słowa nie mogły mu przejść przez gardło. Przecież ta kobieta za dwa tygodnie miała obchodzić dziewięćdziesiąte urodziny.
Królowa próbowała się domyślić, co kryje się za enigmatycznymi słowami sekretarza.
- Chcesz powiedzieć, że wisiał na pasku?
- Tak, proszę pani. Wielka tragedia. W szafie.
- W szafie?
- Ściśle mówiąc, w szafie na ubrania.
- Rozumiem.
Umilkli na chwilę. Oboje próbowali wyobrazić sobie tę scenę i od razu tego pożałowali. Wreszcie królowa spytała:
- Kto go znalazł?
- Jedna z pokojówek. Ktoś zauważył, że mężczyzna nie zszedł na śniadanie, i... - zamilkł na chwilę, usiłując przypomnieć sobie nazwisko. - Pani Cobbold poszła sprawdzić, czy się obudził.
- Jak ona się teraz czuje?
- Konieczna była konsultacja psychologa.
- Przedziwne... - mruknęła w zamyśleniu królowa. Nadal starała się wyobrazić sobie moment, gdy pokojówka dokonała przerażającego odkrycia.
- To prawda, proszę pani. Ale wszystko wskazuje na to, że to wypadek.
- Czyżby?
- To, jak on... No i pokój... - Sekretarz znów zakaszlał, żeby ukryć zakłopotanie.
- To, jak on co, Simonie? I co z tym pokojem?
Mężczyzna wziął głęboki oddech.
- Miał na sobie damską... bieliznę. Usta umalowane szminką... - Zamknął oczy. - Chusteczki higieniczne... Wygląda na to, że... eksperymentował. Czerpał z tego przyjemność. Raczej mało prawdopodobne, żeby zamierzał...
Twarz sekretarza była już pąsowa. Królowej zrobiło się go żal.
- Okropne. Zawiadomiliście już policję?
- Tak. Komendant zobowiązał się do zachowania dyskrecji.
- To dobrze. A co z rodzicami tego biedaka? Poinformowaliście ich już o jego śmierci?
- Nie wiem, proszę pani - odparł sir Simon. - Dowiem się.
- Dziękuję. Czy to wszystko?
- Jest jeszcze coś. Zwołałem naradę na popołudnie, żeby wyjaśnić osobom zaangażowanym w tę sprawę, że nie życzymy sobie, aby dowiedziała się o niej prasa. Pani Cobbold podchodzi do tego z wielkim zrozumieniem; jestem przekonany, że możemy liczyć na jej całkowitą lojalność. Pozostałym członkom personelu damy jasno do zrozumienia, że mają trzymać język za zębami. Będziemy musieli poinformować gości o śmierci tego młodego człowieka, choć oczywiście oszczędzimy im szczegółów. Jako że Maksim Brodski został zaproszony na przyjęcie z inicjatywy pana Pejrowskiego, poinformowaliśmy go już o tym, co się stało.
- Ach tak.
Sir Simon zerknął jeszcze raz do rozkładu dnia.
- Powinniśmy się zastanowić, gdzie chciałaby pani powitać państwa Obamów...
Rozmowa zeszła na zwyczajne sprawy dworskie. Mimo to pewien niepokój pozostał.
Nie do wiary, że zdarzyło się to tutaj. W Windsorze. Znaleziony w szafie. I jeszcze ten fioletowy szlafrok...
Królowa nie umiała się zdecydować, czy bardziej współczuje zamkowi, czy temu biedakowi, który stracił życie. Rzecz jasna, najbardziej ucierpiał młody pianista. No ale to z zamkiem królowa była bardziej związana. Znała to gmaszysko jak własną kieszeń. Straszne, doprawdy straszne. A co gorsza, po takim cudownym wieczorze.
Co roku na wiosnę, zgodnie z tradycją, monarchini spędzała miesiąc w zamku w Windsorze, dokąd uciekała przed wymogami etykiety obowiązującymi w pałacu Buckingham. W Windsorze mogła sobie pozwolić na więcej luzu - zamiast bankietów dla stu sześćdziesięciu gości organizowano tu kameralne przyjęcia, na które zapraszano najwyżej dwadzieścia osób, a królowa miała nareszcie okazję spotykać się ze starymi znajomymi. Inna sprawa, że to konkretne przyjęcie, po którym doszło do tragedii, odbywające się tydzień po świętach wielkanocnych, zorganizowano z inicjatywy księcia Karola. Poszukiwał sponsorów dla jednego ze swoich projektów i liczył, że wkradnie się w łaski zaproszonych zamożnych Rosjan.
To dlatego zależało mu na obecności Jurija Pejrowskiego i jego młodej, niezwykle urodziwej żony, a także Jaya Haxa, zarządzającego funduszem hedgingowym, znającego się na rosyjskich rynkach i mającego opinię nieuleczalnie tępego. Królowa przystała na prośbę syna, choć nie omieszkała ze swojej strony dodać paru sugestii.
Teraz, siedząc przy biurku, królowa uważnie studiowała listę gości, której kopię znalazła pośród innych papierów. Na przyjęciu obecny był sir David Attenborough, ależ oczywiście. Jak zawsze uroczy, a przy tym jej rówieśnik, co w dzisiejszych czasach należało już do rzadkości. Myśli Davida zaprzątało tego wieczoru globalne ocieplenie, przez co był w ponurym nastroju. Kolejny gość - jej zarządca wyścigów, który zatrzymał się w zamku na kilka dni. On akurat nigdy nie bywał przygnębiony, i chwała Bogu. W przyjęciu wzięli też udział powieściopisarka wraz z mężem scenarzystą, którego subtelne i zabawne filmy stanowiły wcielenie brytyjskiego ducha. Przybyli również rektor Eton College z małżonką, mieszkający po sąsiedzku i będący częstymi gośćmi na przyjęciach wydawanych przez królową.
Karol ze swojej strony wciągnął na listę gości kilka osób związanych z Rosją. Wśród nich znalazł się brytyjski ambasador w Moskwie, który niedawno wrócił do ojczyzny... Aktorka o rosyjskich korzeniach, zdobywczyni Oscara, słynąca, nie bez powodu, ze swej tuszy i ciętego języka... Kto jeszcze? Ach tak, znana brytyjska architektka, obecnie pracująca nad rozbudową pewnego muzeum w Rosji, oraz pani profesor - znawczyni literatury rosyjskiej wraz z mężem (w dzisiejszych czasach próby odgadnięcia płci i orientacji seksualnej postępowych naukowców przypominały często spacer po polu minowym, o czym na własnej skórze przekonał się książę Filip - jednak tym razem było pewne, że chodziło o kobietę będącą żoną mężczyzny).
Był ktoś jeszcze... Królowa pochyliła się znów nad listą gości. Ach, oczywiście, arcybiskup Canterbury. Kolejny częsty gość na zamku w Windsorze, o tyle cenny, że umiał podtrzymać rozmowę nawet w krępujących momentach, gdy konwersacja się nie kleiła, co niestety zdarzało się dość często. Goście zresztą bywali też niesforni w inny sposób: potrafili na przykład rozgadać się tak bardzo, że trudno było wtrącić choćby słówko. Na to niestety nie istniały żadne środki zaradcze, z wyjątkiem rzucanego im czasami przez monarchinię surowego spojrzenia.
Królowa zawsze dbała o zapewnienie swoim gościom rozrywki. Książę Karol zaproponował młodego protegowanego pana Pejrowskiego, pianistę, którego "wykonanie Rachmaninowa nie ma sobie równych". Zaproszono też parę baletnic, które do muzyki z nagrania przedstawiły wyimki z Jeziora łabędziego w stylu charakterystycznym dla rosyjskiej szkoły baletu. Ich występ miał sprawiać wrażenie wyrafinowanego i budzić zadumę. Królowa była jednak tym pokazem zdegustowana: przecież tradycja nakazuje, aby kwiecień w Windsorze był czasem radosnym, natomiast zorganizowana przez Karola f?te a la russe miała ewidentnie ponury wydźwięk.
Kto mógł przewidzieć, że finał okaże się jeszcze gorszy?
Jedzenie było wyśmienite. Nowa kucharka, chcąca chyba udowodnić, na co ją stać, wyczarowała prawdziwe cuda kulinarne, korzystając z darów ogrodów warzywnych Windsoru, Sandringham i warzywnika Karola w Highgrove. Wino, jak zresztą zawsze, podano wyborne. Sir David, kiedy zapominał o wieszczeniu nadciągającej zagłady Ziemi, bawił wszystkich swoim figlarnym humorem. Rosjanie okazali się mniej posępni, niż można się było spodziewać. Karol na wszelkie sposoby podkreślał, jak bardzo jest wdzięczny królowej, choć został niedługo - zaraz po kawie razem z Kamilą przeprosili gości i uciekli, żeby wypocząć przed czekającym ich nazajutrz wydarzeniem w Highgrove (królowa poczuła się wtedy jak matka, której studiujący syn wpada do domu tylko po to, żeby zostawić jej brudną bieliznę do prania).
Lekko wstawieni goście dołączyli wtedy do paru innych członków rodziny królewskiej, którzy posilali się w Sali Ośmiobocznej w Wieży Brunswick. Następnie wszyscy udali się do biblioteki, gdzie królowa zaprezentowała zebranym ciekawe pozycje ze swoich zbiorów literatury rosyjskiej, w tym piękne pierwsze wydania przekładów poezji i dramatu, do których lektury zawsze planowała zasiąść, lecz dziwnym trafem nigdy nie znalazła ku temu sprzyjającej okazji. Mniej więcej w tym czasie Filip, który był na nogach od świtu, udał się na spoczynek. Grono przybyłych uszczupliło się również o aktorkę - zdobywczynię Oscara. Artystka, szczególnie korzystnie prezentująca się z profilu i słynąca z niezwykle zabawnych wypowiedzi na temat Hollywood, pojechała na noc do hotelu niedaleko Pinewood, gdzie o świcie czekały ją zdjęcia do filmu. Dopiero potem... wystąpił pianista i baletnice.
Zrelaksowani goście przeszli do Salonu Karmazynowego, aby wysłuchać fragmentów II Koncertu fortepianowego Rachmaninowa. Pokój ten należał do ulubionych pomieszczeń królowej - ściany wyłożono czerwonym aksamitem, po obu stronach kominka znajdowały się zachwycające portrety Mamy i Taty w strojach koronacyjnych, za dnia z okien rozciągał się wspaniały widok na park, a w nocy uwagę przykuwał oszałamiający żyrandol. Z Salonu Karmazynowego otwierał się też elegancki widok na sąsiadujący z nim Salon Zielony. Pokój, w którym odbył się koncert, ucierpiał podczas pożaru w 1992 roku - choć podziwiając go teraz, nikt by się tego nie domyślił. Odkąd przywrócono jego dawną świetność, stanowił idealne tło dla takich wieczorów.
Młody pianista, zgodnie z zapowiedziami, okazał się znakomity. Simon wspomniał chyba, że nazywał się Brodski. Królowa odniosła wrażenie, że pomimo młodego wieku - artysta miał zaledwie dwadzieścia kilka lat - cechowała go wrażliwość muzyczna znacznie starszego człowieka. Wykonywał utwór z niespotykaną pasją, która sprawiła, że w pamięci królowej odżyły sceny z filmu Spotkanie z 1945 roku, w którym można usłyszeć właśnie II Koncert fortepianowy Rachmaninowa. Pianista był też przystojny. Żadna z przysłuchujących się jego występowi pań nie pozostała obojętna na jego urok.
Potem zaprezentowały się baleriny, ich pokaz wypadł bardzo dobrze. Księżniczka Małgorzata byłaby pewnie zachwycona. Królową z jakiegoś powodu drażniły odgłosy wydawane przez ich pointy, kojarzyły jej się z postukiwaniem końskich kopyt na asfalcie. Potem do fortepianu zasiadł znów pan Brodski i uraczył towarzystwo melodiami z lat trzydziestych. Skąd ten młody człowiek mógł znać takie starocie? Gościom nogi rwały się do tańca, królowa zgodziła się, aby przesunąć meble i w ten sposób zrobić miejsce na parkiecie.
Do pewnego momentu nikt nie zachowywał się w sposób niestosowny, wszystko zmieniło się jednak, gdy ktoś inny usiadł do fortepianu. Ale kto? O ile królowa dobrze pamiętała, mąż pani profesor. Młody Rosjanin mógł dołączyć do bawiącego się towarzystwa. Zachowując nienaganne maniery, podszedł do gospodyni tego wieczoru i ukłonił się elegancko.
- Czy Wasza Królewska Mość zechce zatańczyć? - spytał z błagalnym spojrzeniem.
Tak się składało, że królowa, prawdę powiedziawszy, nie miała nic przeciwko. Nim się spostrzegła, tańczyła już fokstrota na środku pokoju, zapominając o dokuczającej jej przecież rwie kulszowej. Tego wieczoru miała na sobie szyfonową suknię, a że jej spódnica była mocno plisowana, układała się bardzo efektownie podczas piruetów. Pan Brodski okazał się znakomitym tancerzem, w jego ramionach królowa przypominała sobie taneczne kroki, zdziwiona, że w ogóle je znała. Pianistę cechowało też wspaniałe wyczucie epoki. Tańcząc z nim, każda kobieta mogła poczuć się jak Ginger Rogers u boku Freda Astaire'a.
Na tym etapie dołączyła do nich większość gości. Muzyka stała się żywsza i głośniejsza - grano tango argentyńskie. Czy przy instrumencie nadal siedział mąż pani profesor? Szaleństwo udzieliło się nawet arcybiskupowi Canterbury, który zaczął, ku ogólnej uciesze, wywijać na parkiecie. Mimo że tańczyło już kilka par, żadna nie mogła równać się z Rosjaninem i jedną z balerin, którzy spleceni w tańcu zdawali się majestatycznie płynąć po pokoju.
Królowa wkrótce się oddaliła, zapewniwszy gości, że mogą bawić się tak długo, jak przyjdzie im ochota. Jeśli chodzi o żywotność na parkiecie, jeszcze nie tak dawno mogła zaskoczyć niejednego tancerza, jednak teraz zazwyczaj już o wpół do jedenastej wieczorem opadała z sił. Ale przecież nie było powodu, aby psuć zabawę innym. Rankiem od garderobianej, którą z kolei poinformował jeden z podkamerdynerów, dowiedziała się, że szaleństwa taneczne skończyły się dopiero grubo po północy.
Wtedy widziała pianistę po raz ostatni - tańczącego w salonie, z piękną baleriną w ramionach. Prezentował się olśniewająco, wydawał się szczęśliwy... i tak pełen życia.
Kiedy po lunchu odwiedził ją książę Filip, żeby napić się kawy z ukochaną żoną, nie chciał mówić o niczym innym.
- Lilibet, słyszałaś, że denat był nagi?
- Owszem, tak się składa, że słyszałam.
- Znaleźli go powieszonego, zupełnie jak tego posła torysów, o którego śmierci rozpisywała się prasa. To ma swoją nazwę? Autoseks... jakoś tak.
- Asfiksja autoerotyczna - podpowiedziała królowa. Wcześniej poszukała definicji tego pojęcia w internecie na swoim iPadzie.
- A to gałgan. A tak swoją drogą, pamiętasz Buffy'ego?
A jakże, pamiętała. Jak mogłaby zapomnieć siódmego hrabiego Wandle, starego znajomego, który miał ewidentną słabość do tego typu praktyk i oddawał im się namiętnie w latach pięćdziesiątych. W tamtych czasach takie zabawy cieszyły się wielką popularnością w pewnych kręgach.
- Jego kamerdyner pewnie niejedno widział, co? - ciągnął myśl Filip. - Prawdopodobnie wiele razy musiał ratować tego huncwota z tarapatów. Cokolwiek by mówić, Buffy nie był ósmym cudem świata, nawet ubrany.
- Co musiało się dziać w jego głowie? - zastanowiła się królowa.
- Moja droga, dobrze ci radzę: lepiej nie staraj się zrozumieć życia erotycznego Buffy'ego.
- Nie, nie. Chodzi mi o tego młodego Rosjanina. Brodskiego.
- Cóż, to chyba jasne - odparł Filip, rozglądając się po pokoju. - Wiesz, jak to miejsce działa na ludzi. Przyjeżdżają tu z przekonaniem, że to spełnienie wszystkich ich marzeń, no i chcą zaszaleć. Do głowy przychodzą im różne zwariowane pomysły, i oczywiście przez cały czas się łudzą, że niczego nie widzimy... Biedny chłopak - dodał po chwili współczującym tonem. - Nie popisał się inteligencją. Nikt nie chce, żeby przyłapali go w zamku królewskim z jajcami na wierzchu.
- Filipie!
- A nie mam racji? Nic dziwnego, że wszyscy nabrali wody w usta. Oczywiście kieruje nimi również chęć oszczędzenia ci przykrości. Jak wiadomo, masz słabe nerwy.
Królowa rzuciła mężowi znaczące spojrzenie.
- Pamięć ich zawodzi. Zapominają, że przeżyłam drugą wojnę światową, zachowanie tej całej Sary Ferguson i twoją służbę w marynarce.
- A mimo to wydaje im się, że konieczne będzie podanie ci soli trzeźwiących, jeśli, nie daj Boże, usłyszysz jakąś bardziej pikantną historię. Starsza pani w kapelusiku, tylko tyle widzą - dodał, szczerząc zęby w uśmiechu, na co królowa zmarszczyła brwi. Ta ostatnia uwaga była celna, potencjalnie przydatna, no i rzecz jasna smutna.
- Nie przejmuj się, Kapustko. Oni cię kochają. - Filip sztywno wstał z krzesła. - Pamiętaj, że potem wybieram się do Szkocji. Dickie zapewnia, że w tym roku łososie biorą jak nigdy. Życzysz sobie czegoś? Może krówek? Głowy pani minister Szkocji, Nicoli Sturgeon, na talerzu?
- Nie, dziękuję. Kiedy wrócisz?
- Mniej więcej za tydzień. Zdążę na twoje urodziny. Dickie pewnie się uprze, żeby podrzucić mnie swoim samolotem, i popsuje cały nastrój.
Królowa skinęła głową. W ostatnim czasie Filip coraz chętniej udawał się w takie samotne wojaże. Kiedyś źle znosiła rozstania, gdy przepadał Bóg wie z kim, żeby oddawać się jakimś sobie tylko wiadomym sprawom, a ona zostawała sama. Trochę mu zazdrościła tej wolności, możliwości decydowania, jak wykorzysta swój czas. Zawsze jednak wracał, przywożąc zastrzyk świeżej energii, który niczym rześka nadmorska bryza wypełniał korytarze zamkowe. Z czasem nauczyła się doceniać to i być wdzięczna.
- Właściwie - powiedziała, gdy małżonek nachylił się z trudem, żeby złożyć pocałunek na jej czole - to nie obrażę się, jeśli przywieziesz trochę krówek.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - odparł z uśmiechem, któremu nigdy nie potrafiła się oprzeć, po czym zdecydowanym krokiem ruszył ku drzwiom.