Tajemnica Lost Lake - Jacqueline West

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

Pew­nego razu były so­bie dwie sio­stry, które wszystko ro­biły wspól­nie.

Ale tylko jedna z nich znik­nęła.

Wszystko wy­da­rzyło się la­tem w ma­łym mia­steczku w No­wej An­glii. Czerw­cowy wiatr roz­no­sił wo­kół za­pach bzu, a nad brze­giem rzeki, gdzie sio­stry lu­biły się ba­wić, fru­wały ważki. Ale dziew­częta cho­dziły nie tylko nad wodę - Ha­zel i Pe­arl były ra­zem do­słow­nie wszę­dzie. W pro­mie­niu kilku mil nie było traw­nika ani za­gaj­nika, któ­rego by nie od­wie­dziły, płotu, przez który by nie prze­sko­czyły, drzewa, z któ­rego nie kra­dłyby owo­ców, zwie­rzę­cia, któ­rego nie ośmie­li­łyby się do­tknąć, ani ja­skini, do któ­rej by się nie za­pu­ściły.

Ra­zem były nie­ustra­szone.

Dziew­częta na­le­żały do naj­za­moż­niej­szej ro­dziny w mie­ście i wszy­scy o tym wie­dzieli. Dzięki ro­dzin­nemu bo­gac­twu miały pew­ność, że wy­ka­ra­skają się z każ­dej opre­sji. Ich ro­dzice czę­sto wy­jeż­dżali w in­te­re­sach i zda­rzało się, że przez kilka ty­go­dni nie było ich w domu, a po­nie­waż szkoła w ża­den spo­sób nie krę­po­wała wol­no­ści sióstr, dziew­czynki przy każ­dej oka­zji wy­my­kały się su­ro­wej go­spo­dyni i ro­biły, co im się żyw­nie po­do­bało.

Ich na­dęci, po­ważni są­sie­dzi pa­trzyli na harce dziew­czy­nek i krę­cili gło­wami, a w roz­mo­wach mię­dzy sobą po­wta­rzali, że obie sio­stry praw­do­po­dob­nie źle skoń­czą. Nie przy­pusz­czali na­wet, jak trafne okażą się te prze­wi­dy­wa­nia.

Po­wiew wia­tru szarp­nął ko­roną drzewa za oknem czy­telni kry­mi­na­łów. Cie­nie za­tań­czyły na kar­tach otwar­tej książki. Fiona prze­su­nęła się ka­wa­łek, by usiąść w słońcu.

Pró­bo­wała so­bie wy­obra­zić, że ona i Ar­den też ro­bią wspól­nie to, czego im za­bra­niano - prze­cho­dzą przez płot na po­se­sję są­sia­dów albo bu­szują po ja­ski­niach. Ale Ar­den na­wet w naj­śmiel­szych ma­rze­niach Fiony nie chciała współ­pra­co­wać - za­wsze się bała, że skręci so­bie kostkę i nie bę­dzie mo­gła jeź­dzić na łyż­wach.

Fiona wró­ciła do lek­tury.

Pew­nego dnia sio­stry wy­brały się do lasu na dru­gim brzegu rzeki. Ha­zel aku­rat ze­szła z czubka wy­so­kiej so­sny - ra­zem z Pe­arl od­kryły ten szma­rag­dowy za­gaj­nik po­ro­śnięty pa­pro­ciami i na­zwały go Za­klę­tym La­sem. Przez całą wio­snę ozda­biały drzewa wstąż­kami i srebr­nymi dzwo­necz­kami, które Ha­zel ukrad­kiem za­brała z gar­de­roby matki, a Pe­arl, lu­biąca pi­sać i ilu­stro­wać opo­wie­ści, za­peł­niła cały no­tes hi­sto­riami, któ­rych ak­cja roz­gry­wała się w tym ma­gicz­nym miej­scu.

Ku­dłaty te­rier o imie­niu Pi­xie ra­do­śnie ska­kał wo­kół Ha­zel, kiedy dziew­czynka ze­szła z drzewa na zie­mię. Pie­sek nie lu­bił, kiedy jego pani wcho­dziła tam, gdzie nie mógł pójść za nią. Wy­so­kie drzewa, rzecz ja­sna, znaj­do­wały się na pierw­szym miej­scu li­sty miejsc za­ka­za­nych dla zwie­rzaka.

- Już do­brze, Pi­xie - uspo­ko­iła psiaka dziew­czynka i po­dra­pała go za uszkiem. - Do­bry pies.

Kiedy otrze­py­wała ze spód­nicy ka­wałki lep­kiej kory, z góry do­biegł krzyk.

Serce po­de­szło Ha­zel do gar­dła, bo roz­po­znała głos sio­stry.

- Pe­arl! - za­wo­łała, ale nie do­cze­kała się od­po­wie­dzi. Od razu po­my­ślała o Po­szu­ki­wa­czu.

Po­szu­ki­wacz był mroczną istotą, która gra­so­wała w la­sach i czy­hała na sa­mot­nych wę­drow­ców. Miej­scowa le­genda gło­siła, że je­śli ja­kiś pe­cho­wiec wpadł w ręce Po­szu­ki­wa­cza, już ni­gdy po­tem go nie wi­dziano.

Ha­zel jed­nak wie­działa, że to tylko bajki. Prze­cież była za mą­dra, by w nie wie­rzyć. Poza tym krzyk do­biegł z góry. Ha­zel za­darła głowę i zmru­żyła oczy, wpa­tru­jąc się w po­ro­śnięte zie­lo­nym igli­wiem ga­łę­zie.

- Pe­arl! - za­wo­łała jesz­cze raz.

Tym ra­zem usły­szała od­po­wiedź.

- Tu je­stem! - od­parła Pe­arl prze­ni­kli­wym, pi­skli­wym gło­sem. - Utknę­łam! Za­raz się ze­śli­zgnę!

Ha­zel ru­szyła wraz z Pi­xiem w kie­runku, z któ­rego roz­le­gło się wo­ła­nie. Mię­dzy ga­łę­ziami po­bli­skiej so­sny wi­dać było frag­ment spód­niczki z ko­ron­kową fal­banką, a nieco wy­żej za­tro­skaną bu­zię Pe­arl.

Ha­zel oparła dło­nie na bio­drach.

- Ja­kim cu­dem utknę­łaś, a jed­no­cze­śnie się ze­śli­zgu­jesz? To nie­moż­liwe.

- Nie ga­daj, tylko mi p o m ó ż!

Ga­łąź za­trzę­sła się gwał­tow­nie.

Ha­zel wes­tchnęła i wspięła się na naj­niż­szy ko­nar drzewa. Ze wszyst­kich stron oto­czyły ją zie­lone igiełki, wy­mie­rzone w nią ni­czym setki oskar­ży­ciel­skich pal­ców. Choć Ha­zel miała do­piero trzy­na­ście lat, cza­sami czuła się jak do­ro­sła - od­po­wia­dała nie tylko za sie­bie, ale rów­nież za młod­szą o dwa lata Pe­arl. Czę­ściej jed­nak miała wra­że­nie, że ni­gdy tak do końca nie do­ro­śnie. Wspięła się na na­stępną ga­łąź, a po­tem jesz­cze wy­żej. Osa­mot­niony Pi­xie skom­lał ża­ło­śnie, sie­dząc pod so­sną.

- Po­spiesz się! - po­na­gliła sio­strę Pe­arl.

Ha­zel kon­se­kwent­nie zmie­rzała w górę po chro­po­wa­tych ga­łę­ziach, a kiedy zna­la­zła się po­nad sie­dem me­trów nad zie­mią, w końcu do­strze­gła zna­jomą syl­wetkę.

Pe­arl zwi­sała z drzewa, ucze­piona rę­kami ga­łęzi nad głową. Sztywne po­de­szwy jej bu­tów opie­rały się na ga­łęzi po­ni­żej. Gę­sta brą­zowa czu­pryna za­plą­tała się w górną ga­łąź so­sny i two­rzyła na gło­wie dziew­czynki coś na kształt pio­nowo ster­czą­cego knota.

Na ten po­cieszny wi­dok Ha­zel wy­buch­nęła śmie­chem.

- Ha­zel - wy­sa­pała Pe­arl, gdy star­sza sio­stra do­tarła do ga­łęzi tuż pod nią. - Nie wy­trzy­mam!

Ha­zel zmie­rzyła ją wzro­kiem. Je­śli Pe­arl pu­ści ga­łąź nad głową, by chwy­cić się tej grub­szej po­ni­żej, po­wy­rywa so­bie włosy. A je­śli rze­czy­wi­ście nie wy­trzyma i osłabi chwyt, spad­nie pro­sto na zie­mię.

- Coś ty ro­biła, że ci się tak włosy za­plą­tały? - za­in­te­re­so­wała się Ha­zel. Pod­cią­gnęła się na ga­łąź, na któ­rej wspie­rała się sio­stra.

Ko­nar się za­ko­ły­sał i Pe­arl kur­czowo za­ci­snęła palce.

- Nic nie ro­bi­łam! - W gło­sie Pe­arl po­brzmie­wał strach, ale Ha­zel wi­działa, że dziew­czynka aż wy­dyma noz­drza ze zło­ści. - Same się za­plą­tały!

- To trzeba było uwa­żać - od­parła Ha­zel, jak na roz­sądną star­szą sio­strę przy­stało. Ten ton za­wsze do­pro­wa­dzał Pe­arl do szału. - Nie ru­szaj się.

Star­sza sio­stra oto­czyła ra­mie­niem lepki pień so­sny, a kiedy usa­do­wiła się mię­dzy drze­wem a Pe­arl, drugą ręką się­gnęła do kie­szeni.

- Co ty ro­bisz? - szep­nęła Pe­arl, kiedy Ha­zel wy­jęła scy­zo­ryk z rę­ko­je­ścią z ma­cicy per­ło­wej.

"To nie jest od­po­wied­nia za­bawka dla dziew­czynki", po­wie­działa go­spo­dyni, pani Raw­lins, kiedy Ha­zel ku­piła so­bie scy­zo­ryk za pie­nią­dze, które do­stała na uro­dziny. Ale matka Ha­zel skwi­to­wała to po­błaż­li­wym uśmie­chem, a oj­ciec ro­ze­śmiał się i po­wie­dział: "A niech się bawi, czym chce". I tak to Ha­zel za­trzy­mała scy­zo­ryk. Mało tego - wszę­dzie go ze sobą za­bie­rała: nad je­zioro, do lasu, a na­wet do ko­ścioła, dys­kret­nie cho­wa­jąc go do to­rebki ni­czym praw­dziwa dama.

Poza tym to wcale nie była za­bawka.

- Te­raz się nie ru­szaj - po­wtó­rzyła Ha­zel i chwy­ciła splą­tane włosy sio­stry. Oparła się o pień drzewa i ostrym scy­zo­ry­kiem od­cięła włosy od ga­łęzi.

Uwol­niona Pe­arl krzyk­nęła, wy­pu­ściła z rąk ko­nar zwi­sa­jący nad jej głową i ucze­piła się pnia so­sny.

- No i po wszyst­kim - oznaj­miła Ha­zel, cho­wa­jąc scy­zo­ryk z po­wro­tem do kie­szeni. - Ja zejdę pierw­sza.

Scho­dziła, ska­cząc z ga­łęzi na ga­łąź, a kiedy wy­lą­do­wała na ziemi, Pi­xie po raz ko­lejny wy­ko­nał wo­kół niej ra­do­sny pląs.

Pe­arl ze­szła nieco wol­niej i mniej ener­gicz­nie, ale w końcu i ona ze­sko­czyła na po­kryte igli­wiem le­śne runo. Ob­rzu­ciła szyb­kim spoj­rze­niem po­dra­pane dło­nie, po czym do­tknęła czubka głowy. Nad czo­łem miała nie­równą, po­szar­paną szcze­cinę, która na tle dłu­gich wło­sów wy­glą­dała nie­zbyt twa­rzowo - jak po­lanka w środku lasu. Kępka krót­kich wło­sów w po­łą­cze­niu z prze­ra­że­niem, które od­ma­lo­wało się na twa­rzy Pe­arl, spra­wiły, że Ha­zel wy­bu­chła nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem.

Sio­stra wpa­try­wała się w nią po­chmur­nym wzro­kiem. Na­stro­szone włosy drgały, szar­pane wia­trem.

- Prze­cież to tylko włosy - ode­zwała się Ha­zel, kiedy w końcu się opa­no­wała. - Od­ro­sną.

- Ale do­piero za parę mie­sięcy - od­parła Pe­arl. - Poza tym nie przej­muję się głu­pimi wło­sami.

- A czym?

- Wszy­scy się do­wie­dzą! - Zroz­pa­czona Pe­arl wy­trzesz­czyła oczy. - Do­wie­dzą się, że znów cho­dzi­łam po drze­wach. Zo­stanę uka­rana i na­wet nie będę mo­gła uda­wać, że tego nie zro­bi­łam, bo do­wód mam na gło­wie!

- Prze­cież ja też cho­dzi­łam po drze­wach - przy­po­mniała jej Ha­zel.

- Ale ty mo­żesz po­wie­dzieć, że mu­sia­łaś, bo po­ma­ga­łaś mi zejść. I wyj­dziesz na bo­ha­terkę, a ja na ło­buza, jak za­wsze.

- Nie­prawda - za­pro­te­sto­wała Ha­zel, choć wie­działa, że w sło­wach sio­stry kryje się ziarno prawdy. Ha­zel była spryt­niej­sza, bar­dziej opa­no­wana i znacz­nie le­piej po­tra­fiła uda­wać do­brze wy­cho­waną dziew­czynkę ze zna­mie­ni­tej ro­dziny. Spóź­niała się i rwała poń­czo­chy tak samo czę­sto jak młod­sza sio­stra, ale znacz­nie le­piej ukry­wała swoje prze­wi­nie­nia i po­tra­fiła wy­my­ślać wia­ry­godne kłam­stwa na po­par­cie swo­jej wer­sji wy­da­rzeń.

- Prze­cież wiesz, że mama i tata nic ci nie zro­bią - uspo­ka­jała sio­strę Ha­zel.

- Ale pani Raw­lins zrobi - de­ner­wo­wała się Pe­arl. - Już i tak na­py­ta­łam so­bie biedy, kiedy kra­dłam ja­gody z ogródka Eph­ra­imów. Ostrze­gła mnie wtedy, że je­śli nie będę się przy­zwo­icie za­cho­wy­wać przez resztę lata, to za­bie­rze nam Pi­xiego i ko­muś go odda.

Kiedy pie­sek usły­szał swoje imię, trą­cił no­skiem dłoń Pe­arl. Dziew­czynka po­gła­skała go z roz­tar­gnie­niem.

Ha­zel chwy­ciła sio­strę za ra­mię.

- Nie może nam za­brać Pi­xiego, głup­ta­sie. On jest nasz. Do­sta­ły­śmy go od taty. Je­śli Raw­li­sica go ko­muś odda, oj­ciec ją wy­rzuci.

Ale ro­dzina nie da­łaby so­bie rady bez pani Raw­lins i dziew­czynki do­brze o tym wie­działy. Gdyby nie go­spo­dyni, dom szybko po­padłby w ru­inę. Oj­ciec dziew­czy­nek czę­sto po­wta­rzał, że bez pani Raw­lins już dawno po­mar­liby z głodu, zimna albo brudu.

Pe­arl nie od­ry­wała wzroku od ziemi. Miała tak smutną bu­zię, że Ha­zel zro­biło się jej żal. W końcu wes­tchnęła, wy­jęła scy­zo­ryk z kie­szeni, chwy­ciła ko­smyk wła­snych wło­sów i ucięła go.

- Może być?

Pe­arl spoj­rzała na sio­strę i otwo­rzyła usta, jakby chciała coś po­wie­dzieć. Ką­ciki jej ust unio­sły się de­li­kat­nie.

- A je­żeli ktoś za­pyta, co się stało - po­wie­działa Ha­zel - to po­wiemy, że spa­ce­ro­wa­ły­śmy po le­sie, ale przez nie­uwagę za­plą­ta­ły­śmy włosy w ni­sko zwi­sa­jącą ga­łąź, lepką od ży­wicy. No i nie było in­nego wyj­ścia, mu­sia­ły­śmy się ja­koś uwol­nić.

To po­wie­dziaw­szy, dziew­czynka rzu­ciła na zie­mię ucięte pa­smo. Pi­xie po­wą­chał je, a po­tem gło­śno kich­nął. Brą­zowe włosy i rdzawe igli­wie unio­sły się w po­wie­trzu do­okoła niego.

Ha­zel scho­wała scy­zo­ryk.

- Albo obie bę­dziemy miały kło­poty, albo żadna z nas.

Pe­arl uśmiech­nęła się nieco sze­rzej. Ha­zel wie­działa już, że jej pro­po­zy­cja spo­tkała się z uzna­niem. Po­dzielą się kłam­stwem po po­ło­wie. Tym spo­so­bem będą miały ko­lejną ta­jem­nicę, która je po­łą­czy.

- Idziemy - za­ko­men­de­ro­wała Ha­zel. - I tak spóź­nimy się na ko­la­cję.

- Do­bra - zgo­dziła się Pe­arl. - Ale nie idę na skróty.

Skrót pro­wa­dził przez kłodę po­ro­śniętą mchem, która łą­czyła dwa brzegi rzeki w jed­nym z węż­szych miejsc. Je­śli ktoś miał do­bre po­czu­cie rów­no­wagi i się nie bał, to mógł w ten spo­sób prze­pra­wić się przez wodę i ze­sko­czyć na ostre skały, a stam­tąd przejść na drugi brzeg.

Ha­zel zde­ner­wo­wała się na sio­strę.

- Prze­cież tam­tędy bę­dzie szyb­ciej!

- Ale po­ziom wody jest za wy­soki - na­rze­kała Pe­arl. - A poza tym Pi­xie się boi.

Pie­sek za­skom­lał ci­chutko.

- Niech wam bę­dzie. - Ha­zel wes­tchnęła. - Pój­dziemy przez most Pa­stora. Ale ra­dzę szybko prze­bie­rać no­gami.

Dziew­częta po­bie­gły przez las do mo­stu Pa­stora, który znaj­do­wał się nie­da­leko gra­nicy mia­steczka. Ku­dłaty psiak pę­dził przed sio­strami, a za nimi kładł się cień o wiele więk­szego, mrocz­nego bytu, który tylko cze­kał, by schwy­tać nic nie­podej­rze­wa­jące ofiary.

Ko­niec roz­działu. Fiona prze­su­nęła pal­cami w dół strony. Wy­obra­ziła so­bie, jak Pe­arl i Ha­zel bie­gną po sta­rym drew­nia­nym mo­ście, a ich nie­równo wy­strzy­żone włosy ko­ły­szą się na wie­trze. Ar­den za nic nie ob­cię­łaby so­bie pa­sma wło­sów, żeby ra­to­wać Fionę. Nie mo­głaby so­bie po­zwo­lić na to, by źle pre­zen­to­wać się na lo­do­wi­sku, na­wet je­śli dzięki temu oca­li­łaby sio­strę przed su­rową karą.

Na­gle jedna z de­sek par­kietu w czy­telni skrzyp­nęła.

Fiona pod­nio­sła głowę.

Ni­kogo nie do­strze­gła, ale mię­dzy re­ga­łami ła­two się było scho­wać. Za­częła więc na­słu­chi­wać. Po chwili znów dało się sły­szeć czyjś krok, a po­tem ci­chut­kie znu­żone wes­tchnie­nie.

Fiona przy­ci­snęła do piersi ple­cak i szybko scho­wała się za półką z książ­kami. Nie miała ochoty na po­nowne spo­tka­nie z kimś nie­zna­jo­mym. Przy­warła do re­gału i za­marła w bez­ru­chu.

Ale za­pa­dła ci­sza.

Dziew­czynka otwo­rzyła książkę, by za­cząć na­stępny roz­dział. Je­śli na­wet w po­miesz­cze­niu roz­le­gło się ko­lejne skrzyp­nię­cie lub wes­tchnie­nie albo je­śli z dru­giego kąta ob­ser­wo­wały ją czy­jeś oczy, Fiona i tak nie zwró­ciła na to uwagi, bo lek­tura po­chło­nęła ją bez reszty.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Chło­pak po­słał Fio­nie prze­cią­głe spoj­rze­nie, po czym zbiegł na dół po scho­dach.

Fiona za­ko­ły­sała się na pię­tach. Jej roz­mówca ra­czej nie na­le­żał do uprzej­mych. Po­wie­dział jej coś, co jego zda­niem po­winna wie­dzieć. A skoro nie wie­działa, to ozna­czało, że nie jest stąd.

Od­wró­ciła się z po­wro­tem do ob­razu. U dołu ramy wid­niała mała złota pla­kietka z na­pi­sem: ŁĄ­CZĄ NAS NA­SZE HI­STO­RIE - M.C. Fiona jesz­cze raz spoj­rzała w oczy ko­biety z por­tretu, a po­tem ro­zej­rzała się na boki. Z tego miej­sca ko­ry­tarz cią­gnął się w dwie strony. Wi­dać stąd było główną czy­tel­nię. Po na­my­śle Fiona po­sta­no­wiła iść w prawo.

Mi­nęła po­miesz­cze­nia ozna­czone jako PO­EZJA, DRA­MAT i RO­MANSE, aż w końcu do­tarła do ostat­nich drzwi, na któ­rych wid­niała ta­bliczka z na­pi­sem: KRY­MI­NAŁY.

Bez na­my­słu otwo­rzyła te drzwi i po chwili zna­la­zła się w po­miesz­cze­niu wy­ło­żo­nym drew­nianą bo­aze­rią, dwa razy więk­szym niż jej sy­pial­nia. Pod­łogę za­kry­wały stare tu­rec­kie dy­wany, a wzdłuż su­fitu bie­gły cięż­kie belki stro­powe, z któ­rych zwi­sały stare szklane lampy. Trudno by­łoby wy­obra­zić so­bie lep­sze miej­sce do czy­ta­nia kry­mi­nal­nych za­ga­dek. A naj­wspa­nial­sze w tym wszyst­kim było to, że Fiona miała cały ten po­kój dla sie­bie.

Prze­szła wzdłuż re­ga­łów z książ­kami, prze­su­wa­jąc pal­cami po ich grzbie­tach. Więk­szość była ob­ło­żona po­gnie­cio­nymi ob­wo­lu­tami z prze­zro­czy­stego pla­stiku. Na­gle jed­nak ręka Fiony spo­częła na ja­kiejś mięk­kiej po­wierzchni - mo­gła to być sa­tyna albo bar­dzo zimna skóra.

Dziew­czynka za­marła. Książka, na którą na­tra­fiła, była opra­wiona w ciem­no­zie­loną skórę. Na grzbie­cie nie wid­niał ża­den na­pis - nie było na nim na­wet bi­blio­tecz­nego ozna­cze­nia. Fiona zdjęła książkę z półki. Wo­lu­min wy­glą­dał na stary - tak stary, że pa­so­wałby do an­ty­kwa­riatu albo do wie­ko­wej skrzyni od lat scho­wa­nej na stry­chu. Na okładce nad szki­cem przed­sta­wia­ją­cym mroczny las wy­tło­czono ty­tuł: Za­gi­niony. Kiedy Fiona przyj­rzała się okładce z bli­ska, do­strze­gła, że na ry­sunku mię­dzy po­skrę­ca­nymi ga­łę­ziami drzew wi­dać też inne kształty: zgar­bione po­staci, stwory ze skrzy­dłami albo istoty ze świe­cą­cymi oczami.

Dziew­czynka usia­dła na ziemi mię­dzy re­ga­łami, oparła się ple­cami o drew­nianą bo­aze­rię i otwo­rzyła książkę.

Pew­nego razu były so­bie dwie sio­stry, które wszystko ro­biły wspól­nie. Ale tylko jedna z nich znik­nęła.

Fiona po­czuła dresz­czyk emo­cji. Przy­su­nęła książkę pod nos i czy­tała da­lej.

.

Najw­cze­śniej­sze wspo­mnie­nie Fiony Crane to wie­lo­go­dzinne ocze­ki­wa­nie na mro­zie. A wszystko przez sio­strę.

Kiedy Fiona wra­cała pa­mię­cią do tego wy­da­rze­nia, wi­działa sie­bie, jak sie­dzi, otu­lona ko­cem, na sza­rej me­ta­lo­wej ba­rierce przed du­żym me­ta­lo­wym bu­dyn­kiem. Na ławce obok niej le­żały ko­lo­ro­wanka i pu­dełko kre­dek, ale zzięb­nięte palce w weł­nia­nych rę­ka­wicz­kach ni­jak nie mo­gły sko­rzy­stać z tych do­bro­dziejstw. Dziew­czynka pa­trzyła z góry na białe owalne lo­do­wi­sko, na któ­rym jeź­dziła na łyż­wach jej star­sza sio­stra Ar­den.

Ła­two było do­strzec Ar­den wśród in­nych łyż­wia­rzy fi­gu­ro­wych. Wszyst­kie dzieci z grupy po­cząt­ku­ją­cej su­nęły po lo­dzie na jed­nej no­dze, z ra­mio­nami na boki. Ar­den roz­po­ście­rała ra­miona naj­sze­rzej i naj­wy­żej ze wszyst­kich uno­siła nogę. Fiona w tym cza­sie mar­zła na ławce: nie czuła zzięb­nię­tych po­ślad­ków, le­ciało jej z nosa i nu­żyło ją bez­czynne sie­dze­nie z mamą i ocze­ki­wa­nie, aż za­ję­cia sio­stry się za­koń­czą.

Ale już wtedy, choć miała za­le­d­wie trzy lata, zdą­żyła się zo­rien­to­wać, że tak wła­śnie bę­dzie wy­glą­dało ży­cie z Ar­den Crane. Wieczne cze­ka­nie i przy­glą­da­nie się z boku. Szu­ka­nie resz­tek wol­nej prze­strzeni, by wci­snąć w nie wła­sne ży­cie.

Te­raz Fiona Crane miała je­de­na­ście lat i wła­śnie od­kry­wała, że by­cie sio­strą Ar­den może mieć znacz­nie gor­sze kon­se­kwen­cje. Może na przy­kład ozna­czać, że trzeba bę­dzie się spa­ko­wać i wy­je­chać na drugi ko­niec stanu Mas­sa­chu­setts, do mia­steczka zwa­nego Lost Lake, z dala od wszyst­kiego, co znane i lu­biane.

Fiona wes­tchnęła ciężko i wy­jęła ko­lejne pu­dło z dusz­nej, za­pcha­nej ba­ga­żówki.

Dom, który ku­pili pań­stwo Crane, na­zy­wano ko­lo­nial­nym - nie dla­tego, że miał okien­nice i roz­le­głą fa­sadę z ta­ra­sem na ca­łej dłu­go­ści, ale dla­tego, że wy­bu­do­wano go w cza­sach ko­lo­nial­nych. De­ski par­kietu skrzy­piały, okna były po­dzie­lone na małe kwa­draty, a drzwi zdą­żyły się wy­pa­czyć i po­wy­krzy­wiać tak, że nie pa­so­wały do fra­mug.

- Tak za­cho­wuje się stare drewno przy zmien­nych tem­pe­ra­tu­rach - wy­ja­śniali ro­dzice, kiedy drzwi otwie­rały się sa­mo­czyn­nie ze zło­wiesz­czym skrzyp­nię­ciem albo w ogóle nie chciały się za­mknąć. Ro­dzice Fiony za­wsze umieli zna­leźć ra­cjo­nalne, na­ukowe wy­tłu­ma­cze­nie na­wet naj­dziw­niej­szych zja­wisk.

Fiona lu­biła ra­cjo­nalne, na­ukowe wy­ja­śnie­nia. Po­do­bały jej się też dziwne, stare rze­czy - im star­sze i dziw­niej­sze, tym le­piej. W przy­szło­ści za­mie­rzała zo­stać hi­sto­ryczką albo ar­che­olożką, z tym że nie wie­działa jesz­cze, który za­wód bę­dzie cie­kaw­szy.

Prze­szka­dzało jej nie to, że dom jest stary, ale ra­czej to, że bar­dzo różni się od bu­dynku, w któ­rym miesz­kali w Pit­ts­field. Tamto miej­sce mo­gła rze­czy­wi­ście na­zwać d o m e m. Tu­taj w po­wie­trzu uno­siło się coś cięż­kiego - zresztą nie tylko w domu, ale w ogóle w ca­łym mia­steczku. Zu­peł­nie jakby Lost Lake miało swoje wła­sne wspo­mnie­nia, w któ­rych nie było miej­sca dla Fiony i jej ro­dziny.

Dziew­czynka wnio­sła pu­dło po skrzy­pią­cych scho­dach do swo­jego no­wego po­koju.

Drzwi zdą­żyły się za­mknąć, za­nim do nich do­tarła, więc otwo­rzyła je kop­nia­kiem. Kiedy we­szła do środka, ci­snęła pu­dło na stos in­nych kar­to­nów, po czym od­wró­ciła się do wyj­ścia. Drzwi znów się za­my­kały.

Gdy Fiona ciężko czła­pała na dół, prze­mknął obok niej czarno-fio­le­towy kształt.

- Mamo? - za­wo­łała Ar­den, wy­mi­ja­jąc Fionę tak lek­kim kro­kiem, że schody na­wet nie skrzyp­nęły.

- Je­stem w kuchni! - od­po­wie­działa mama.

Ar­den śmi­gnęła w tamtą stronę. Fiona skie­ro­wała się za nią jak mniej­szy i po­wol­niej­szy cień.

Na pierw­szy rzut oka Fiona i Ar­den były do sie­bie po­dobne. Obie odzie­dzi­czyły po ta­cie piwne oczy, dłu­gie rzęsy i ciemne włosy, choć Ar­den uda­wało się utrzy­mać gładką fry­zurę, a Fiona bo­ry­kała się z kę­dzie­rzawą, roz­wi­chrzoną czu­pryną. Ar­den miała wy­raź­nie za­ry­so­waną brodę jak mama, a Fiona kwa­dra­tową szczękę jak tata, przez co spra­wiała wra­że­nie jesz­cze bar­dziej upar­tej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Ar­den była też o dwa­na­ście cen­ty­me­trów wyż­sza i po­ru­szała się z pręd­ko­ścią i wdzię­kiem ko­li­bra, pod­czas gdy Fiona przy­po­mi­nała ja­kieś ostrożne stwo­rze­nie na krót­kich no­gach - na przy­kład świnkę mor­ską.

- Mamo - ode­zwała się Ar­den, wpa­da­jąc do kuchni - co ro­bisz?

Mama spoj­rzała na nią znad sterty pu­deł. Na czole miała smugę farby dru­kar­skiej. W pra­wej ręce trzy­mała dwa kubki, a w le­wej po­gnie­cioną ga­zetę.

- Żar­tu­jesz? - Ar­den po­krę­ciła głową, ude­rza­jąc Fionę w po­li­czek koń­cówką ku­cyka. - Jest wpół do czwar­tej!

- Co ta­kiego? - Mama spoj­rzała na ze­gar na ku­chence, jesz­cze nie za­pro­gra­mo­wany. Odło­żyła ku­beczki i od­gar­nęła z czoła krę­cone rude włosy, zo­sta­wia­jąc na twa­rzy ko­lejną smugę. - Już?

- Mamo, pro­szę cię - po­wie­działa Ar­den. - Nie mogę się spóź­nić!

- No do­bra. - Mama wes­tchnęła. - Weź rze­czy, będę cze­kała na cie­bie w sa­mo­cho­dzie.

Fiona obej­rzała się za sio­strą, która w ułamku se­kundy znik­nęła jej z oczu.

- Ar­den musi tre­no­wać na­wet w dniu prze­pro­wadzki?

- Wiem, nie­for­tun­nie się zło­żyło. - Mama opłu­kała ręce nad zle­wem i się­gnęła po ście­reczkę, wi­szącą zwy­kle na drzwiach lo­dówki. Jako że ście­reczki tam nie było, wy­tarła ręce w dżinsy. - Bę­dziesz mu­siała po­móc ta­cie wy­pa­ko­wać resztę pu­deł, ro­baczku. Je­śli nie zwró­cimy busa do pią­tej, po­li­czą nam za ko­lejny dzień. - To po­wie­dziaw­szy, po­ca­ło­wała Fionę w czoło i wy­szła z kuchni. - Dzięki, że można na cie­bie li­czyć!

Chwilę póź­niej roz­legł się war­kot sil­nika, i wkrótce ucichł w od­dali.

- To jak, Fifi, go­towa na wy­ścig z cza­sem? - za­wo­łał tata, sta­jąc w drzwiach wej­ścio­wych.

Dzień był go­rący jak na po­łowę czerwca i w fur­go­netce nie dało się od­dy­chać. Spo­cona jak mysz, Fiona bie­gała tam i z po­wro­tem po ram­pie, czu­jąc, że z każdą chwilą słabną jej mię­śnie. Do­kucz­liwy upał wdzie­rał się na­wet pod skórę.

To nie­spra­wie­dliwe, że mu­sieli sami z tatą wy­pa­ko­wy­wać wszyst­kie pu­dła. W końcu prze­pro­wa­dzili się tu ze względu na Ar­den, żeby miała bli­żej do klubu łyż­wiar­skiego na przed­mie­ściach Bo­stonu. Ro­dzice mó­wili, że prze­pro­wadzka do­brze zrobi ca­łej ro­dzi­nie, bo nie trzeba bę­dzie tra­cić czte­rech go­dzin cztery razy w ty­go­dniu na wo­że­nie Ar­den na tre­ningi, więc te­raz będą mieli wię­cej czasu dla sie­bie.

Ale gdyby nie Ar­den, w ogóle nie mu­sie­liby tra­cić czasu.

- Za pięt­na­ście piąta! - krzyk­nął tata, kiedy wno­sili do domu ostat­nie pu­dła. - Zo­stało aku­rat tyle czasu, żeby od­sta­wić sa­mo­chód do wy­po­ży­czalni. Pod­niósł rękę i Fiona przy­biła mu piątkę spo­coną dło­nią. - Wsia­damy, Fifi!

- Tato? - za­wo­łała dziew­czynka, za­nim oj­ciec od­da­lił się bie­giem. - Jak wró­cimy do domu z wy­po­ży­czalni?

Dwa­dzie­ścia pięć mi­nut póź­niej wy­je­chali na ro­we­rach z wy­po­ży­czalni sa­mo­cho­dów do­staw­czych na nie­znane ulice Lost Lake. Fiona je­chała za tatą, po dro­dze mi­ja­jąc stary ce­glany bu­dy­nek poczty, ra­tusz ozdo­biony bia­łymi ko­lum­nami oraz dwa ko­ścioły ze spi­cza­stymi wie­życz­kami. Ogromne dęby i klony rzu­cały cień na uliczki mia­sta. Choć było do­piero wpół do szó­stej, więk­szość skle­pów w cen­trum była już nie­czynna, a na drzwiach wi­siały ta­bliczki z na­pi­sem ZA­MKNIĘTE. W po­wie­trzu uno­siła się ciężka ci­sza.

- Hej! - za­wo­łał tata, kiedy je­chali główną ulicą. - Tu jest lo­dziar­nia, mu­simy ją kie­dyś od­wie­dzić!

Lo­dziar­nia? Za­sko­czona dziew­czynka unio­sła głowę. Trzy czwarte ro­dziny Crane'ów - pro­fe­sor ana­to­mii, pie­lę­gniarka i przy­szła mi­strzyni olim­pij­ska - było zwo­len­ni­kami zdro­wej żyw­no­ści. Je­śli tata pro­po­no­wał lody, wi­docz­nie chciał po­pra­wić hu­mor po­zo­sta­łej jed­nej czwar­tej ro­dziny, czyli przy­szłej hi­sto­ryczce lub ar­che­olożce, która ja­dła to, co chciała.

Fiona spoj­rzała na lo­dziar­nię, którą wska­zy­wał tata. Po­dob­nie jak wszyst­kie inne sklepy i ka­wiar­nie w cen­trum Lost Lake rów­nież ten lo­kal był za­mknięty. Dru­ciane krze­sła i sto­liki na chod­niku wy­glą­dały na twarde i nie­wy­godne - przy­po­mi­nały ra­czej ba­ry­kadę niż me­ble. Nad wej­ściem smęt­nie ło­po­tała nie­bie­ska mar­kiza.

Fiona po­czuła, że ten pu­sty sklep pa­suje do pustki, która za­go­ściła w jej sercu - a do­kład­niej mó­wiąc: w miej­scu do tej pory zaj­mo­wa­nym przez przy­ja­ciół, stary dom i dawne ży­cie - i na­gle zro­biło jej się jesz­cze smut­niej.

- Tato? - za­wo­łała. - Prze­pro­wa­dzimy się kie­dyś z po­wro­tem do Pit­ts­field?

Tata ob­ró­cił się przez ra­mię.

- Jak to: z po­wro­tem do Pit­ts­field?

- No, za parę lat, jak Ar­den zrobi prawo jazdy i bę­dzie mo­gła sama jeź­dzić na tre­ningi. Mo­gli­by­śmy wtedy wró­cić.

Tata zer­k­nął na znak dro­gowy i za­sy­gna­li­zo­wał chęć skrętu w lewo.

- No, to niby moż­liwe, ale mało praw­do­po­dobne.

Fiona po­czuła, że na piersi za­ci­ska jej się nie­wi­dzialna lina.

- Dla­czego?

- Wi­dzisz, mama może pra­co­wać wła­ści­wie wszę­dzie. Tam, gdzie są dzieci, po­trzebne są pie­lę­gniarki pe­dia­tryczne. Trud­niej jest z po­sadą dla na­ukowca czy wy­kła­dowcy. Gdyby wcze­śniej za­pro­po­no­wano mi sta­no­wi­sko w po­bliżu Bo­stonu, być może prze­pro­wa­dzi­li­by­śmy się na wschód już parę lat temu.

Lina wo­kół piersi Fiony za­ci­snęła się jesz­cze moc­niej. P a r ę l a t t e m u?

Przez chwilę Fiona wy­obra­żała so­bie, że ży­cie, ja­kie znała, stop­niowo bled­nie, po­dob­nie jak ścieżka, która do­pro­wa­dziła ją do tego mo­mentu i łą­czyła z prze­szło­ścią. Przy­szłość zaś wy­da­wała się zni­kać, po­że­rana przez cie­nie wiel­kich drzew w Lost Lake.

Kiedy do­tarli do domu przy Lane's End Road, Fiona czuła przej­mu­jącą pustkę w środku, a do tego była spo­cona i da­leko jej było do uczu­cia świe­żo­ści. Po­czła­pała na górę, żeby wziąć prysz­nic, ale gdy we­szła do ka­biny, przy­po­mniała so­bie, że szam­pon i od­żywka wciąż leżą w któ­rymś z pu­deł. A kiedy wy­szła spod prysz­nica, żeby ich po­szu­kać, oka­zało się, że ręcz­ni­ków też jesz­cze nie zdą­żyli wy­pa­ko­wać.

Kiedy w końcu się umyła i prze­brała, ze­szła do kuchni, gdzie cze­kał na nią tata z dwoma pu­deł­kami pizzy. Lody i p i z z a tego sa­mego dnia? Tata naj­wy­raź­niej wy­cho­dził z sie­bie, żeby po­pra­wić Fio­nie na­strój.

- Piz­ze­ria u Da­niela. - Dziew­czynka od­czy­tała na głos na­pis na pu­dełku. - Dla­czego nie za­mó­wi­łeś w Pizza Hut albo Do­mino's?

- Bo ich tu nie ma. - Tata otwo­rzył jedno z pu­de­łek. - Ale je­stem pe­wien, że ta pizza wcale nie jest gor­sza.

A jed­nak była.

Przede wszyst­kim nie po­kro­jono jej na tra­dy­cyjne trój­kąty, tylko na małe kwa­draty, a to zda­niem Fiony nie wró­żyło nic do­brego. Sos oka­zał się mdły, a brze­żek miękki i oklap­nięty jak mo­kra ścierka.

- Mmm - mruk­nął tata, kiedy przez chwilę je­dli w ci­szy. - Cóż, do no­wego trzeba się przy­zwy­czaić.

Niebo za oknem za­czy­nało po­woli sza­rzeć. Fiona zre­zy­gno­wała z ostat­niego ka­wałka pizzy i po­szła na górę do swo­jego po­koju. Kop­nia­kiem otwo­rzyła drzwi, pa­dła na łóżko i wy­jęła z ple­caka lap­top, który do­stała po sio­strze.

W skrzynce ma­ilo­wej cze­kała na nią wia­do­mość od Cynka - zu­peł­nie jakby wie­dział, że Fiona wła­śnie tego te­raz po­trze­buje.

Hej!

Jak ci się po­doba w Lost Lake? Do mo­ich uro­dzin zo­stał jesz­cze ty­dzień! Mama już za­ła­twiła wej­ściówki, więc mo­żemy zo­ba­czyć wy­stawę Cuda Egiptu, za­nim przej­dziemy do głów­nej czę­ści cen­trum na­uki. Włóż ko­szulkę z hie­ro­gli­fami. Nick, Bina i ja też wkła­damy swoje.

Lecę na tre­ning piłki noż­nej. Otwórz za­łącz­nik!

Cy­nek

W za­łącz­niku znaj­do­wała się wia­do­mość za­pi­sana hie­ro­gli­fami. Je­sie­nią Fiona i jej paczka na­uczyli się egip­skiego pi­sma. Za­mó­wili so­bie ko­szulki z na­dru­kiem wła­snych imion wy­pi­sa­nych al­fa­be­tem ob­raz­ko­wym, a w cza­sie lek­cji prze­ka­zy­wali so­bie za­szy­fro­wane wia­do­mo­ści, któ­rych nikt inny nie umiał od­czy­tać. Fiona rzu­ciła okiem na sym­bole w za­łącz­niku. Prze­piórka, trzcina, sowa...

Tę­sk­nimy za tobą.

Fiona po­czuła dziwną mie­szankę żalu i ra­do­ści.

Upły­nęło bar­dzo dużo czasu, za­nim zna­la­zła praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Przez pół pod­sta­wówki czuła się jak przy­bysz z in­nego świata. Do­piero po ja­kimś cza­sie po­znała Cynka, Nicka i Binę, któ­rzy naj­wy­raź­niej przy­byli z tej sa­mej pla­nety co ona.

A te­raz ich stra­ciła.

Wy­łą­czyła lap­topa. W po­koju na­gle zro­biło się pu­sto, jakby przed chwilą ktoś tu był i wła­śnie wy­szedł. Chcąc za­jąć czymś my­śli, dziew­czynka wzięła się do roz­pa­ko­wy­wa­nia ksią­żek. Na pierw­szy ogień po­szła se­ria au­tor­stwa Ma­cau­laya. Skła­dały się na nią trzy tomy: Pi­ra­mida, Za­mek i Ka­te­dra. Po­tem wy­jęła z pu­dła książki hi­sto­ryczne i mi­to­lo­gię. Gdy po­rząd­ko­wała półkę z fan­ta­styką i science fic­tion, za jej ple­cami roz­le­gło się skrzyp­nię­cie.

Fiona na­tych­miast się od­wró­ciła, ale ni­kogo za nią nie było. Na pewno nie w jej po­koju i nie na ko­ry­ta­rzu. A jed­nak drzwi uchy­liły się nieco sze­rzej i stare za­wiasy znów za­skrzy­piały.

Ci­śnie­nie po­wie­trza, przy­po­mniała so­bie Fiona. Stare drewno puch­nie, kur­czy się i wy­pa­cza.

Pa­trzyła na drzwi przez dłuż­szą chwilę, a po­tem dla pew­no­ści wyj­rzała na ko­ry­tarz. Prze­szła po skrzy­pią­cych de­skach par­kietu na przód domu.

Zaj­rzała do no­wej sy­pialni ro­dzi­ców. Za­uwa­żyła, że część rze­czy zdą­żyli już wy­pa­ko­wać: słoik z mu­szel­kami z Cape Cod i wie­sza­czek z ko­lo­ro­wymi wi­sior­kami mamy, a w otwar­tej szafce stały już w rów­nym rządku te­ni­sówki taty. Zna­jome rze­czy źle wy­glą­dały w tym ob­cym wnę­trzu, jak gdyby na­wet one wie­działy, że tu nie pa­sują.

Fiona prze­szła na pal­cach do po­koju Ar­den. Drzwi były za­mknięte, ale nie na za­suwę, więc przez wą­ską szcze­linę mo­gła zaj­rzeć do środka. Kiedy dziew­czynki były małe, za­wsze zo­sta­wiały otwarte drzwi do swo­ich po­koi, żeby móc bez ogra­ni­czeń wy­mie­niać książki i za­bawki, a także od­wie­dzać się w każ­dej chwili. Te­raz drzwi zwy­kle były za­mknięte.

Fiona po­pchnęła je stopą, chcąc zaj­rzeć do środka. Ro­zej­rzała się po no­wym po­koju Ar­den. Na uchwy­tach sza­fek wi­siały liczne me­dale zdo­byte na tur­nie­jach łyż­wiar­skich, a na pół­kach stały pu­chary i le­żały za­su­szone bu­kiety kwia­tów. Na ścia­nach wi­siały zdję­cia Ar­den: Ar­den pod­czas skoku, Ar­den w fa­zie wy­skoku, Ar­den ma­cha do wi­downi. Wszę­dzie Ar­den.

Fiona po­de­szła do szafki i wzięła do ręki je­den z me­dali za­wie­szo­nych na klamce. Był złoty, ciężki, z ozdob­nym me­ta­lo­wym brze­giem i nie­bie­ską wstążką. To przez ten głupi ka­wa­łek me­talu wszy­scy zna­leźli się w tym domu i w tym mie­ście. Po to, żeby Ar­den mo­gła po­świę­cić wię­cej czasu na tre­ningi i zdo­by­wać ko­lejne głu­pie ka­wałki me­talu.

Fiona przez dłuż­szą chwilę pa­trzyła na me­dal, a po­tem prze­szła na drugą stronę po­koju, kuc­nęła i wsu­nęła go pod łóżko Ar­den. Pa­no­wały tam egip­skie ciem­no­ści. Ma­te­rac zwi­sał ni­sko nad zie­mią, a po­nie­waż był przy­kryty na­rzutą z fal­banką się­ga­jącą aż do pod­łogi, była szansa, że me­dal długo się nie znaj­dzie. Fiona po­czuła coś na kształt ra­do­snego pod­nie­ce­nia. Nie pla­no­wała tego, ale miała wra­że­nie, że do­brze to wy­my­śliła.

Ar­den w końcu i tak znaj­dzie ten me­dal. Bę­dzie się za­sta­na­wiała, skąd się tam wziął i kto go tam po­ło­żył. Może prze­mknie jej przez głowę, że dom jest na­wie­dzony. Może da jej to do my­śle­nia i się za­sta­nowi, czy to był do­bry po­mysł, żeby cią­gnąć całą ro­dzinę do tego dziw­nego mia­steczka.

Tak by­łoby w po­rządku.

Fiona na pal­cach wró­ciła na ko­ry­tarz, a po­tem do swo­jego po­koju. Drzwi znów za­skrzy­piały, za­my­ka­jąc się za nią. Dziew­czynka nie zwró­ciła na to uwagi. Się­gnęła do pu­dełka i wy­jęła ko­lejny ciężki stos ksią­żek.