Tajemnica - Jurij Andruchowycz

Reflow text when sidebars are open.
Prawie całą jesień 2005 roku, z krótkimi przerwami, spędziłem w Berlinie. Właśnie w tym czasie, gdzieś pod koniec września, po raz pierwszy odezwał się do mnie nieznany mi wcześniej krytyk literacki i dziennikarz Egon Alt. W wyjątkowo obszernym jak na pocztę elektroniczną liście pisał o tym, że marzy (właśnie tak!), by przeprowadzić ze mną "nieco dłuższą rozmowę, a właściwie serię rozmów", i że w ogóle specjalizuje się w tak zwanych portretach, przede wszystkim pisarzy. Mogłem się o tym przekonać dzięki wspomnianym w tym samym liście publikacjom, na czytanie których zresztą i tak nie miałem czasu. Egon Alt nalegał, byśmy koniecznie się spotkali - "i to nie raz", a na zakończenie dodał coś takiego: "Szanowny Panie, proszę w żadnym razie nie odmawiać! Zdaję sobie sprawę, jak nadzwyczajnie, wręcz piekielnie jest Pan zajęty, i gorączkowo zastanawiam się nad tym, jak mogę mimo wszystko zachęcić Pana do współpracy. Czy mam napisać, że dziesiątki razy czytałem wszystkie Pana książki w niemieckich i angielskich przekładach? Że już trzykrotnie odwiedziłem Pański kraj i trzykrotnie, za każdym razem inaczej, byłem nim zaskoczony i zachwycony? Że jestem Pana rówieśnikiem, najpewniej więc od dzieciństwa słuchaliśmy tej samej muzyki i dzięki temu w naszych rozmowach na pewno pojawi się niemało wspólnych, boleśnie słodkich tematów? Nie, oczywiście, nie przeczę - ma Pan pełne prawo odmówić, ale jeśli się tak stanie, popełni Pan jeden z największych błędów swego życia".
Teraz jestem już pewien, że co do ostatniego miał całkowitą rację. Chociaż właśnie to zdanie w pierwszej chwili nastroiło mnie skrajnie negatywnie i do niego samego, i do jego agresywnych zamiarów. Na dodatek zdążyłem się już wtedy mocno zniechęcić do samego pojęcia "portret literacki" z jego nieodłącznymi ozdobami w rodzaju "szerokie spodnie z mnóstwem kieszeni, kolczyk w lewym uchu, nawyk odrzucania do tyłu niesfornego pasma włosów, podarte pomarańczowo-czarne trampki". Wysłałem mu w odpowiedzi kilka niezbyt optymistycznych słów, coś w rodzaju: nie wiem, jak się to wszystko ułoży, najpewniej nie ułoży się nijak. Chociaż z jakiegoś powodu, na wszelki wypadek, podałem mu swój numer telefonu. Muszę przyznać, że jego list naprawdę bardzo wyróżniał się na tle tych, które zwykle przysyłają niemieccy dziennikarze, kiedy proponują wywiad. Zresztą wtedy niemal drażniło mnie to słowo, a mój terminarz zapełniał się coraz to nowymi obietnicami i zobowiązaniami.
Właśnie dlatego, gdy niebawem, w ciągu kilku następnych miesięcy, przypominał o sobie mejlami i - nieco rzadziej - telefonami, wolałem odpowiadać w sposób nieokreślony, odkładając nasze spotkanie "na potem", czasami po prostu broniłem się przed jego coraz bardziej natarczywymi namowami. Pozostawał mi zawsze mój koronny argument - jesienią wciąż marzyłem o tym, by zabrać się do pisania nowej powieści. Odmawiałem mu zatem, powołując się przede wszystkim na to. Wtedy on przepraszał i na jakiś czas milkł. Przy czym niemal widziałem, jak skruszony kręci głową i z zakłopotaniem rozkłada ręce - gdzieś tam w swoim zapuszczonym mieszkaniu na Prenzlauer Berg.
Moja nowa powieść jednak nijak nie chciała do mnie przyjść. W takim wypadku najlepiej jest bez wahania wszystko wokół siebie zmienić. Pod koniec grudnia na kilka tygodni uciekłem do domu, a w styczniu 2006 w drodze powrotnej z Franka do Berlina nagrałem we Wrocławiu album z Karbido. Ze słowem karbid kojarzy mi się przede wszystkim nieznośny samogon z okolic Hajsyna w obwodzie winnickim. Skąd takie właśnie skojarzenie, dowiecie się w trzecim rozdziale tej książki. W każdym razie nazwa naszego wspólnego z Karbido albumu przyszła sama z siebie - "Samogon". Pomyślałem, że to właśnie jest nowa powieść, którą obiecałem sobie napisać w Berlinie. W ten sposób, sam przez siebie zwolniony z najważniejszego z wewnętrznych zobowiązań, po 20 stycznia wróciłem do niemieckiej stolicy na kolejne trzy miesiące. W swoim dzienniku z tych dni zanotowałem: "Chłody przesuwają się ze wschodu na zachód tą samą trasą, ale nieco mnie wyprzedzają". I naprawdę - w chwili gdy mój pociąg wyłonił się z dworca na Friedrichstraße, zupełnie dziwnie było zobaczyć z okna wagonu całkowicie zamarzniętą, pokrytą grubym lodem Sprewę. Ale wszystko to nie ma nic do rzeczy.
W lutym - trochę niespodziewanie dla siebie samego - zgodziłem się, najpierw w mejlu, a potem potwierdziłem telefonicznie. Moje pierwsze spotkanie z Egonem Altem odbyło się nieopodal miejsca, gdzie mieszkałem, też na Stuttgarter Platz, w kawiarni "Miró", która z jakiegoś powodu oficjalnie uważana jest za artystyczną, być może dlatego że nocą raz po raz wpadają do niej, by trochę się rozluźnić, półnagie tancerki z okolicznych klubów. Otóż Egon Alt okazał się "nie taki". Nie pozostał nawet cień egzaltowanego i szaleńczo zakochanego w moim pisaniu dziwaka, który w mojej wyobraźni gestykulował tak wyraziście przez te wszystkie bez wyjątku mejle. W rzeczywistości Egon Alt był całkiem przytomnym, pragmatycznym i niepozbawionym ironicznego dystansu facetem, moim, jak słusznie pisał, rówieśnikiem i starym wróblem. Już na początku znajomości z łatwością przeszliśmy na "ty", po trzeciej brandy okazało się, że nasze ulubione napoje znalazłyby się w mniej więcej tych samych i sąsiadujących ze sobą kratkach alkoholowego układu okresowego, gdyby taki istniał. Świadectwem naszej zażyłości stało się to, że po dwóch godzinach znajomości kupiliśmy paczkę czerwonych gauloises'ów i od razu zaczęliśmy ją chciwie wypalać, chociaż tak w ogóle obaj rzuciliśmy te sprawy parę lat temu. Pamiętam wydobyte przez Egona Alta z jakiejś olbrzymiej kieszeni spodni pudełko zapałek z napisem "Sojuz wietieranow Afganistana". Wydawało nam się ono wyjątkowo śmieszne. W ogóle Egon Alt nosił w kieszeniach mnóstwo różnych absurdalnych, ale jednocześnie jakoś tam funkcjonalnych przedmiotów - był pośród nich gwizdek z łuski, przedpotopowa talia kart z czarno-białą pornografią i serowy konik z Kosowa. Do tego miał ze sobą cały plecak moich książek - rozmaitych, wydanych w różnych latach i w różnych językach. Każdą z nich zmuszony byłem podpisać, a w dodatku każdą inaczej. W trzeciej godzinie naszego spotkania wyszła z tego niezła zabawa, dla mnie jednak dosyć wyczerpująca. Tego wieczora nie mogliśmy nie umówić się, że koniecznie to zrobimy. To miało stać się książką. Ale nie całkiem tą, którą teraz czytacie.
Wybraliśmy ostatni tydzień marca, siedem dni. Co rano przychodził do mojego tymczasowego afrykańskiego mieszkania na Stuttgarter Platz 22 i co wieczór wracał do siebie na wschód Berlina. Codziennie przegadywaliśmy po osiem, dziesięć godzin, a między nami stał jego dyktafon. Oczywiście określenie "przegadywaliśmy" jest nieścisłością: mówiłem przeważnie ja, a on przeważnie stawiał pytania. Przy czym stopniowo opróżnialiśmy od jednej do dwóch i pół butelki którejś z naszych ulubionych brandy. Każdego z tych dni przeżywaliśmy (ja powtórnie) kawał mojego życia. Ostateczne zrozumienie wszystkiego, co się ze mną naprawdę działo przez wszystkie te lata, dalsze i bliższe, przychodziło, tak jak i upojenie, dopiero pod koniec dnia, wieczorem. Kolejnego, oświeceni i oczyszczeni, braliśmy się do następnego kawałka. I tak było przez wszystkie dni z wyjątkiem siódmego. Siódmego dnia umówiliśmy się, że pojeździmy po Berlinie. Gwałtownie zmienialiśmy krajobrazy, warstwy społeczne, kierunki ruchu i środki transportu, rozmawialiśmy o wszystkim na świecie, a jego dyktafon - mimo oficjalnie ogłoszonego przez nas dnia zasłużonego odpoczynku - był zawsze włączony.
Jeszcze tego samego, ostatniego dnia zapytałem go, między innymi, o to, kiedy zamierza opublikować całą tę książkę. Moim kolejnym pytaniem powinno być, w jakim wydawnictwie. Ale odpowiedź na pierwsze okazała się taka, że stawiać następnego nie było sensu. "Kiedy? - powtórzył pytanie. - Wiesz, na razie nie wiadomo. Chyba zapomniałem cię na samym początku uprzedzić o jednej takiej rzeczy. Postanowiłem to opublikować dopiero po twojej śmierci. W ten sposób stanie się to bardziej wartościowe". Pośmieliśmy się wesoło z takiego obrotu sytuacji i zmieniliśmy temat. Chociaż muszę przyznać - zrobiło mi się trochę przykro, przede wszystkim z powodu braku mojego dalszego uczestniczenia w projekcie.
Dlatego tak bardzo zdziwiłem się, kiedy po kilku tygodniach dostałem od niego pocztą wszystkie te siedem przegadanych dni, całą ich mowę-trawę, to co ślina na język przyniosła, wszystko, co wtedy zabrzmiało, od pierwszego do ostatniego zdania, z wszystkimi pauzami, dłużyznami, eee i iii, czyli w absolutnie pierwotnej formie, zapisane w formacie mp3 i nagrane na kompakty, każdy dzień na oddzielnej płycie, zatem płyt było też siedem. Oprócz tego w paczce znajdował się list - pierwszy raz dostałem list napisany przez niego odręcznie. Zrobiło to na mnie wrażenie dosyć niezwykłe. W tym momencie po raz pierwszy pomyślałem, że ja jego, Egona Alta, zupełnie nie znam. Pisał między innymi: "Jestem prawie pewien, że to ci się może i powinno przydać. W każdym razie masz pełne prawo to zachować - no, chociażby na pamiątkę. Albo jako pamiątkę pamiątek, czy może wspomnienie wspomnień. Bo czy to nie ty napisałeś, że twoja pamięć pozwala ci robić wszystko to, co zechcesz? Więc rób, co zechcesz, bohaterze!".
Ostatnie zdanie brzmi jak błogosławieństwo. Ten napisany odręcznie list okazał się pożegnalny. Kilka dni przed moim ostatecznym wyjazdem z Berlina, to jest na samym początku maja 2006 roku, przypadkowo dowiedziałem się o śmierci Egona w wypadku samochodowym. Zdarzyło się to nocą, jeśli się nie mylę na trzydziestym siódmym kilometrze autostrady A93 pomiędzy Norymbergą a Schwandorfem. Siedział za kierownicą i, jak to się nazywa w komunikatach policji drogowej, stracił panowanie nad pojazdem. Znam tę trasę - niewiele wcześniej, a dokładnie 26 kwietnia, występowałem we wspomnianym Schwandorfie z fragmentami Dwunastu kręgów, mojemu czytaniu towarzyszyła gra Norberta Vollatha na kilku saksofonach i wielu innych, dosyć śmiesznych instrumentach. On sam, Norbert Vollath, właśnie wiózł mnie w dzień tą drogą, po tym jak wyszedł po mnie na lotnisko w Norymberdze. Dlatego pamiętam dobrze ten odcinek autostrady A93 i mogę stwierdzić z całą pewnością: tam nie ma nic szczególnie trudnego, tam w ogóle nie ma nic trudnego. Najprawdopodobniej Egonowi Altowi przytrafiło się tak zwane "przyśnięcie". Zresztą teraz nikt już nie ustali prawdziwej przyczyny. Nikt nie dowie się też, po jaką cholerę tam jechał w nocy, przez ten Oberpfalz, swoim rozklekotanym starym citroenem, tym samym, którym sześć wieczorów pod rząd odjeżdżał z rykiem spod moich okien - nie zważając na znaczne przekroczenia dopuszczalnej normy alkoholu we krwi. I za każdym razem mu się to udawało - dojeżdżał szczęśliwie do domu. No i pewnej nocy mu się nie udało. Ale mogę tylko przypuszczać. Nawet nie wiem, gdzie go pochowano. To znaczy od znajomych jego znajomych niebawem dowiedziałem się, że miał to być cmentarz Nordend w Berlinie i ta jego część, która po naszemu nazywałaby się Getsemańska. Wyobraźcie sobie - pod koniec sierpnia przyleciałem do niemieckiej stolicy na kilka dni przede wszystkim po to, żeby go odwiedzić. Jednak nic, co przypominałoby jego grób na tym cmentarzu, się nie objawiło. Opróżnioną do połowy butelkę brandy zostawiłem na środku głównej alei.
Tak jakby nigdy nie było go na tym świecie.
Właściwie nie jego, ale jego ciała ze zmiażdżoną przez kierownicę klatką piersiową. Kierowcy mówią, że to typowy przypadek - klatka piersiowa zmiażdżona przez kierownicę.
* * *
Trzeba było trochę pożyć z tą historią, przywyknąć do niej, od czasu do czasu przesłuchując szczególnie ulubione i szczególnie znienawidzone kawałki. Tych drugich - dodam dla wyjaśnienia - było znacznie więcej. Wreszcie gdzieś pod koniec lata doszedłem do wniosku, że nie mam innego wyjścia: żeby się od tego uwolnić, muszę zrobić to, czego on nie zdążył, czyli zrobić z tego książkę. Przy tym długo przekonywałem samego siebie, że to może okazać się potrzebne nie tylko mnie.
Całą jesień 2006 roku rozszyfrowywałem nasze rozmowy (przeważnie własną, czasami nieznośnie wielosłowną gadaninę) i spisywałem je. Przy tym jego zamysł stopniowo stawał się moim. Chociaż co ja tak naprawdę wiem o jego zamyśle?
Zrozumiałe, że zapisywanie tego wszystkiego tak, jak nagrywało się z powietrza i ust, czyli zachowując proporcje jeden do jednego, było niemożliwe i na szczęście niepotrzebne. Moja obróbka nagadanego materiału polegała na tym, że po pierwsze, przekładałem go z niemieckiego na ukraiński, po drugie, usuwałem to, co zbędne, pozbywałem się luk w treści i - po prostu - wspomnianych już pomrukiwań, po trzecie, starałem się zapisywać go w taki sposób, żeby z jednej strony nie utracić potoczności i bezpośredniości, a z drugiej - uczynić zdatnym do czytania, czyli w znacznym stopniu usztuczniałem (literaturowałem?) powiedziane. Do swoich zasług chcę dodać, że nie upiększałem moich wypowiedzi, nie czyniłem ich w żaden sposób rozsądniejszymi czy mądrzejszymi, niż były w rzeczywistości - więc wypowiedziane przeze mnie głupoty zostały na widoku.
I po czwarte. Nie mogłem powstrzymać się przed pewną autocenzurą, ukrywaniem, wygładzaniem, po prostu usuwaniem wielu fragmentów, które wydawały się szczególnie szkodliwe albo przykre dla niektórych wspomnianych w tej książce osób.
A propos, jeśli już o nich mowa. Na wszelki wypadek przypomnę: "wszyscy bohaterowie tego utworu są fikcyjni, a jakiekolwiek podobieństwo imion czy sytuacji do rzeczywistości - przypadkowe". Tylko mnie, jednemu z jego współuczestników, mogą się mylnie zdawać nieprzypadkowe i niefikcyjne, lecz strasznie bliskie i prawdziwe, jakby to było jedynie możliwe życie.
Ale to wyłącznie mój problem. W rzeczywistości coraz bardziej oczywisty staje się fakt, że my wszyscy i ten świat razem z nami należymy do innego, znacznie większego od nas Autora i jesteśmy jego całkowicie przypadkowym wymysłem. Dlatego właśnie on powinien ponosić za nas wszystkich pełną prawną odpowiedzialność.
24 grudnia 2006
Zaczynamy?
Zaczynaj, ale od samego początku.
Kiedy to się wszystko zaczęło?
Zdaje mi się, że wiosną 2003 roku, dwa lata temu. W Heidelbergu. Tam jest taka knajpa na starym mieście, naprawdę starym, i ona jakoś tak po amerykańsku się nazywa - "Drugstore".
Wiem, to jest na Kettengasse.
Możliwe. W każdym razie to kilka minut od Rynku i od uniwersytetu, i od tego trochę cukierkowego średniowiecza. W tej knajpie spotykają się różni miejscowi szachiści. A może nie szachiści, może kolekcjonerzy znaczków pocztowych. Czy jakiś tym podobny sort zamkniętych we własnym kręgu półidiotów. Można tam siedzieć godzinami i niczego nie zamawiać - tylko gazety. Przyjechałem do Jackoba na mój wieczór poetycki, ale zostało mi jeszcze kupę wolnych godzin. Byłem ze Stefą Ptasznyk, chodziliśmy we dwoje w długim i całkiem beznadziejnym deszczu, bo to było gdzieś pod koniec października i wreszcie dobiliśmy do tego "Drugstore". Spodobało mi się to, bo ja głównie tłumaczyłem bitników, a Stefa powiedziała mi, że ta knajpa jest jakoś związana z ludźmi 1968 roku i dlatego ma taką amerykańską, niby trochę bitnikową nazwę. I tak posiedzieliśmy tam jakąś godzinę, potajemnie oglądając wszystkich tych freaków, którzy w odpowiedzi tylko zerkali na nas i szeleścili wyschniętymi październikowymi gazetami. Poza tym omawialiśmy przekłady piosenek dla martwego koguta, które zrobiła Stefa, piłem herbatę z gigantycznej filiżanki, to już nawet nie filiżanka była, lecz jakaś miska, czyli nawet nie piłem, ale siorbałem, no a potem poszedłem do kibla się odlać i całkiem niespodziewanie pomyślałem, że to tak naprawdę taki film ze mną - oto z jakiegoś powodu jestem w Heidelbergu w kawiarni z amerykańską nazwą, idę, wykonuję jakieś ruchy, myślę o gwałtownym zatrzymaniu pracy serca, wchodzę do ubikacji i tak dalej, i w tym samym czasie wszystko to oglądam - niezupełnie z boku oczywiście, ale i niezupełnie od środka. I śladem przyszła myśl, że w finale tego filmu bohater musi umrzeć i co w takim razie zrobimy z widzem?
Zatem na wszelki wypadek spróbuję z całych sił korzystać z tego twojego wewnętrznego kinematografu - póki działa. Tak więc kiedy starasz się przypomnieć sobie jakieś pierwsze najwcześniejsze przeżycia, co staje ci przed oczami?
Podłoga, deski podłogi w takim brudnym ciemnoczerwonym kolorze, mocno podrapane deski, szpary między nimi. I w tych szparach czaiła się otchłań! Żartuję - otchłani jeszcze nie było. Zdaje się, że pełzałem po tej podłodze. Miałem na sobie grube flanelowe spodnie w przybliżeniu takiego samego, malinowego, koloru. Nigdy ich nie widziałem, to znaczy nigdy ich świadomie nie zarejestrowałem, ale jestem pewien, że je miałem.
Było ci dobrze czy źle?
Ani tak, ani tak. Nie chcę niczego dorysowywać, domyślać, dodawać jakichś szczegółów. I tak byłyby wymyślone.
Ale oczywiście pamiętasz momenty, kiedy było naprawdę dobrze?
Wiele lat później, latem 1970 roku. Jedziemy z rodzicami do Pragi. No tak, najpierw cały dzień we Lwowie, takim strasznie pochmurnym, szarym, i znów deszcz, który nie przestawał i nie zamierzał przestać padać. Tak że wewnątrz dworca pachniało wilgocią, jakąś taką mokrą, bezdomną psiną. Jeszcze ciepłym jedzeniem z bufetu, tymi potwornymi kotletami. Do dziś nimi pachnie ta cała poczekalnia pomiędzy salą podmiejską i główną. Tego zapachu już nigdy stamtąd się nie wywietrzy. Po południu odjeżdżał pociąg Moskwa-Praga, ale nie było na niego biletów i nigdzie nie pojechaliśmy. Jacyś ludzie kręcili się koło kasy międzynarodowej i energicznie dawali moim rodzicom - przede wszystkim mamie, bo ona sama ich wszystkich zagadywała - wszelkie typowo radzieckie rady, jak mamy się teraz wywinąć. Ojciec regularnie gdzieś znikał, podejrzewam, że w bufecie. Ojciec był na granicy. I tak ledwo namówiliśmy go, żeby jechał z nami, potem ta wyczerpująca tajniacka procedura z wyrobieniem paszportu i pozwolenia na wyjazd. A teraz jeszcze taki porąbany początek. Byłem niemal zrozpaczony - co będzie kiedy pewnego razu zniknie w bufecie i nie wróci?
Muszę przypomnieć moje pytanie: czy pamiętasz chwile, kiedy było ci dobrze?
Zaraz do tego dojdę, nie śpiesz się. Gdzieś pod wieczór mama wpadła na to, żeby kupić bilety na nocny pociąg do Czopa. Ktoś jej coś takiego poradził: "No - mówił - dojedziecie do Czopa, granicę przejdziecie piechotą, a tam z pierwszej lepszej czechosłowackiej stacji pierwszy lepszy pociąg do Pragi". Ile miała lat? Równo trzydzieści, młoda piękna kobieta, cała ta hałastra wokół kasy międzynarodowej starała się jakoś do niej przylgnąć. Było mi przykro, że ojciec tego nawet nie widzi.
Dlaczego jechaliście do Pragi?
Jechaliśmy w gości do rodziny. W tym czasie mieszkały tam dwie ciotki ojca, rodzone siostry jego ojca. Starsza z nich była żoną profesora biologii, nazywaliśmy go wujek Eugen (właśnie Eugen, a nie Jewhen - zupełnie jak Małaniuk), mieszkali na przedmieściu Modřany razem z drugą, niezamężną siostrą i starszym synem. Sąsiedzi mówili o nich, że profesor Eugen Małyk żyje z dwiema kobietami - starsza mu gotuje, a z młodszą śpi. Całkiem niezły pomysł. W rzeczywistości nie mógł spać z siostrą własnej żony, dlatego że był typem absolutnie moralnym, bardziej moralni się nie zdarzają. Pochodził z Bohoduchowa we wschodniej Ukrainie i szkolenie wojskowe odbył w carskiej armii. Do Czechosłowacji zaniosło go, jak mnóstwo innych emigrantów z UNR, po ostatecznej porażce Petlury. Nie wiem, jak do tego doszło, ale podczas drugiej wojny światowej, czyli już w latach czterdziestych, spotkał ciotkę Adę, siostrę mojego dziadka. Oboje byli katastroficznie niemłodzi i samotni, dlatego czym prędzej się pobrali i zrobili sobie pierwsze dziecko. Urodził się im chłopczyk, któremu z jakiegoś powodu wujek Eugen kategorycznie chciał nadać jakieś biblijne imię - Dawid, Izaak albo Abraham. "I co może jeszcze, Szmul?" - protestowała ciotka Ada. Oboje zgodzili się na Daniela. Pewnego razu w nocy wujek Eugen wymruczał przez sen: "Sprzedałbym duszę Mefistofelesowi, żeby tylko dożyć chwili, kiedy on skończy szkołę". Ale i bez Mefistofelesa dociągnął do znacznie późniejszych czasów. Chociaż, kto go tam wie, może, akurat...? Latem sześćdziesiątego ósmego roku pierwszy raz pojechaliśmy z mamą do Pragi i mieszkaliśmy u nich na Modřanach. Wujek Eugen twierdził, że jesteśmy straszliwie zrusyfikowani, i poprawiał prawie każde nasze słowo. "Lekarnia - mówił - lekarnia, a nie lecznica, bo lecznica - to tam gdzie leki, czyli apteka, a lekarnia - tam gdzie leczą. W ostateczności - szpital". Był takim stuprocentowym profesorem: łysina, siwa bródka hiszpanka, zajebiście grube okulary. A i tak gazety czytał jeszcze z lupą. I zawsze zwracał mamie uwagę na wszelkie moje braki, to znaczy braki w moim wychowaniu. Na przykład nie umiałem prawidłowo trzymać widelca. Jak się go prawidłowo trzyma, nie wiesz? Albo wtrącałem się w rozmowy dorosłych bez pozwolenia. Nie mogę powiedzieć, że go bardzo lubiłem. Dobrze, że Petlura przegrał tę wojnę, inaczej wujek zostałby może jeszcze ministrem. Na przykład ministrem biologii. Był z tych, którzy zawsze zostają ministrami socjalistycznych rządów.
Ale Praga i sześćdziesiąty ósmy rok - to przede wszystkim inna stała historyczna konotacja...
Tak, absolutnie. Pojechaliśmy tam z mamą w lipcu, a miesiąc później, w sierpniu, doszło do wiadomych wydarzeń. Byliśmy już w domu, kiedy usłyszeliśmy, że naród Czechosłowacji poprosił, by wspomóc go czołgami i powstrzymać natowską agresję. Ojca nagle wzięli do wojska, powstrzymywał natowską agresję, jak mógł - nosił drelich z czarnymi artyleryjskimi insygniami, na pagonach miał trzy gwiazdki, co znaczyło towarzysz porucznik. Jego dywizję z wszystkimi ciągnikami i armatami przeciwlotniczymi rozlokowano na wszelki wypadek w okolicach Stanisławowa, chociaż już wtedy Franka, nad rzeką i nieźle tam popijali. Mój ojciec był żartownisiem, czasami uciekał z tego obozu wojskowego na parę godzin do domu, przeważnie nieźle wstawiony, i wciąż powtarzał o nas z mamą coś takiego, że "No, puściłem ich do Pragi i oni tam tak zamącili, a ja muszę po nich cały ten bardak sprzątać". Przesiąknięty był zapachem wojskowych butów, onuc, pasów i propagandy. Dawał mi do potrzymania swój pistolet, pewnego razu w niedzielę strzelaliśmy z niego w pień orzecha na naszym podwórku, wielki był ten orzech i wysoki. Razem z ojcem waliliśmy nadspodziewanie celnie, raz za razem odstrzeliwując uschnięte gałęzie. Zdaje się, że wystrzelaliśmy kilka magazynków, dopiero wtedy do ojca dotarło, że będzie musiał rozliczyć się z każdego naboju.
A gdyby musiał tego lata strzelać do Czechów? Jak myślisz, strzelałby?
Myślę, że by strzelał. Armia istnieje po to, by strzelać. Nie, nie wiem, nie mogę stwierdzić z pewnością. W tym czasie miał trzydzieści osiem lat i nieźle namieszane. Z jednej strony, zawsze pamiętał, czyim jest synem i przez czyją kulę odszedł na tamten świat jego ojciec. Z drugiej jednak, jak mógł stawiać opór? System wziął go do wojska i z pewnością musiałby wykonywać jego rozkazy. Na szczęście rozkazu strzelania do Czechów nie dostał. Ale podobało mu się bycie oficerem rezerwy Armii Czerwonej, to na pewno. Nosić - niechby tymczasowo - pistolet, pendent, pachnieć brezentem i wodą kolońską "Szipr". W pewnej mierze wychodziło z niego przy tym dzieciństwo, którego nie przeżył do końca - taka sobie zabawa w wojenkę.
W jednym z esejów, zdaje się ...no strannoju lubowju, piszesz, że niby wtedy, w sześćdziesiątym ósmym roku, kiedy radzieckie czołgi wjeżdżały do Pragi, nie byłeś po stronie czołgów. To znaczy, nie byłeś po stronie własnego ojca?
Mhm, jakoś tak w przybliżeniu. Po prostu wtedy zdążyłem już być w Pradze, a on jeszcze nie. Czyli jeśli chodzi o Czechów miałem więcej doświadczeń niż on. Lubiłem ich Orloj, wszystkich tych lalkowych apostołów, ich Wełtawę, ich język, wszystkie te zdrobnienia w rodzaju smrtička. Podobało mi się, że gotują gulasz z kotów. Lubiłem most Karola, watę cukrową, Małą Stranę, "Laterna Magika", zoo i park imienia Juliusa Fučika z jego potwornymi atrakcjami, bardzo lubiłem kofolę. To taki napój, czechosłowacka odpowiedź na coca-colę. Jaro Rudiš mówi, że niby znów ją wypuścili na rynek. Bardzo cieszyłem się z pistoletu na wodę i kilku figurek Indian, z których jeden klęczał na kolanie i wiosłował w kanoe. Wszystkim na świecie opowiadałem o Náprstkovo Muzeum, gdzie można było obejrzeć obcięte ludzkie głowy z Amazonii - prawdziwe, wyobrażasz sobie? Ale spreparowane, czyli zmniejszone do wielkości pięści, jednak z zachowaniem wszystkich rysów twarzy i proporcji. Prawdziwe ludzkie głowy wielkości pięści z zaszytymi ustami!
Po co je zaszywali?
O tym przeczytałem kilka lat później w książce Arkadego Fiedlera. Robiono to, żeby duch zabitego nie wydostał się na zewnątrz i się nie mścił. Mniejsza z tym. Byłem szczęśliwy w Pradze i bardzo mi się nie podobało, że zaczęły tam rządzić jakieś pieprzone radzieckie czołgi. Można powiedzieć, że Zachód kupił mnie bez reszty właśnie tego lata. Dla nas to był Zachód - Praga. Zresztą ona i wtedy, i teraz znajduje się nieco dalej na zachód niż Berlin, o czym nie zapomina wspomnieć Jachimek Topol1.
Nie miałeś takiego dziecinnego odczucia, jakby zaczynała się wojna?
Zdaje się, że miałem. Pamiętam taki jeden niedzielny wczesny wieczór - gdzieś na początku września czy jakoś tak. Mieszkaliśmy przy ulicy Harkuszy, to niedaleko dworca kolejowego, cały ruch, który sunął przez miasto, pchał się zawsze tą ulicą, bo żadnych obwodnic wtedy jeszcze we Franku nie było. Ale tego wieczora, to była kolumna, cała kolumna czołgów - wyobrażasz sobie? I wszystkie zapieprzają w kierunku dworca, gdzie je potem ładują na takie specjalne wagony-platformy. I - naprzód, na Czechów. Pamiętam, że sąsiedzi powybiegali z domów i stali po obu stronach ulicy. I nam wszystkim - wliczając w to małych chłopców - udzieliło się jakieś takie zaciekawienie dorosłych. Bo dorośli wtedy w siedemdziesięciu procentach to były osoby, które miały za sobą doświadczenie ostatniej wojny. Moja babcia na przykład miała wtedy sześćdziesiąt sześć lat i doświadczyła całych dwóch wojen. I wszyscy ci ludzie z doświadczeniem wojny zamarli tak wśród tego warkotu w zachodzącym słońcu, gapiąc się na brudnozieloną kolumnę. Większość z nich była pewna, że to już wojna. Przy czym znów zwycięska. A potem była jeszcze taka scena na dworcu (bo my po jakąś cholerę posunęliśmy za tymi czołgami na dworzec, jak szczury za szczurołapem). A na dworcu wszystko kipiało od milionów kobiet, które dostały się tu samodzielnie, żeby ostatni raz pożegnać się ze swoimi walecznymi czołgistami. Bo to nie było regularne wojsko, ale tacy sami jak mój ojciec partyzanci, czyli dorośli faceci, wyrwani z rodzin przez powszechny obowiązek służby wojskowej, miałeś tam prawie wyłącznie wieśniaków z buraczanych łanów Banderlandu. No i w jednego z nich na peronie po prostu wczepiła się żona, wisiała na nim, lamentowała ze wszystkich sił, padała przed nim na kolana, łapała go za nogi i o mało nie tłukła głową o ziemię. Nie, jednak tłukła, tłukła. Kolesiowi nieszczególnie pasowało, że z jego baby taka histeryczka, co chwilę jakoś niezdarnie odpychał ją na bok, tym bardziej że oficerowie już zaczynali na niego pokrzykiwać z pewnym rozdrażnieniem. Wreszcie ostatecznie wyrwał się z mokrych objęć i wepchnął się jak najgłębiej do wagonu, a potem wystawił głowę z okna - jakby mówił: "Jak tam moja histeryczka?". A ta znienacka wydusza z siebie przez tragiczne szlochy: "Iwasiu, szłyszysz? A kaj będziesz w Pradze, to kup mi fajne pantofle! Trzydziesty siódmy rozmiar!". W tym momencie pociąg ruszył.
W porządku, ale umówiliśmy się, że będziesz mówił o chwilach, kiedy było ci dobrze.
Pamiętam, że się tak umówiliśmy, i do tego zmierzam, nie śpiesz się. Teraz musimy przeskoczyć dwa lata i wrócić na ten inny, lwowski, dworzec, gdzie pełno ohydnych typów i śmierdzi rybnymi kotletami w panierce. Ale jedziemy z rodzicami do Pragi i mama kupiła nam bilety na nocny pociąg do Czopa. A Czop - to taka najbardziej zachodnia stacja Związku Radzieckiego, wyobrażasz sobie, jak to wygląda na mapie - Zakarpacie, Czop i w nim schodzą się razem granice trzech krajów. Zresztą, wiesz o tym. Tak jak i o tym, że Czop - to swego rodzaju koniec świata. W dziewięćdziesiątym piątym roku jechaliśmy z Irwanem - znowuż - ze Lwowa do Pragi i wsiedliśmy do tego samego moskiewskiego pociągu, bilety tym razem z jakiegoś powodu były. Irwan wchodzi do swojego przedziału, a tam już imiejet miesto byt' jeden pasażer - jakaś taka śmiertelnie zapita morda, ledwo ciepły, cały w więziennych tatuażach, rozchełstany, poci się na dolnym łóżku, a po podłodze tam i nazad przetaczają się wszystkie bez wyjątku wypite przez niego butelki. Poczuł, że ktoś wszedł - oni przecież wszyscy są czujni jak zające - i przetarł oko. Potem pyta: "Sasied?". Irwan: "Aha". On: "Dalioka?". Irwan: "Aha". On: "I ja dalioka. Da samawo kanca". Jakoś tak uroczyście to wymówił, intonując. Saszko wrócił do mojego przedziału i mówi: "Kurwa, do samej Pragi w jednym przedziale z mordercą jechać!". Ale przed Czopem ten ruszył się, pozbierał, zaczął pakować manatki, wypił jeszcze jedno piwo i w Czopie wysiadł w nieznane. Oto co znaczyło "da samawo kanca" - Czop. Czop, a nie Praga. W ten sposób, z punktu widzenia sojuzowej geografii, Czop - to kaniec. I tamtego wieczora z rodzicami w końcu wyruszyliśmy nocnym pociągiem do Czopa.
I właśnie w tym pociągu zrobiło ci się jakoś niezapomnianie dobrze?
A gdzie tam! Prędzej niezapomnianie źle. Trafiliśmy do jakiegoś straszliwego wagonu - u nas takie nazywają plackartami - z tych gdzie światła jest akurat tyle, żeby nie zasnąć i nie czytać, dokładnie tyle, żeby się powiesić. A więc półmrok i niewywietrzony smród masy ludzkich ciał, no i jeszcze skarpetek, majtek, podpasek, jajek na twardo, samogonu, wszystkiego tego, co czyni nasze plackarty właśnie plackartami, ale przede wszystkim - zapach ludzkich ciał, bo to była, zgodnie z definicją Josifa Brodskiego, epoka przeddezodorantowa, czyli czasy zupełnie innej świadomości higienicznej, obecnie już praktycznie zaginiona cywilizacja. Psychiczna wagonowa ciotka od razu nas rozdzieliła, bo nie znalazła trzech miejsc, które byłyby razem, nawet dwóch wolnych miejsc nie było obok siebie, i pamiętam, znalazłem się gdzieś na górnej półce, a pode mną młody oficerek w rozpiętej do samego pępka koszuli częstował wódką z piwem dwie damy, również młode, i stawał się przez to coraz bardziej pijany. Jedna z nich była bezceremonialnie tłusta, w okularach i ani trochę ładna, mocno się pociła w swoim szlafroku frotté i chłodziła się własnej roboty papierowym wachlarzem. Druga była drobna jak mysz i odpowiednio, też jak mysz, chichotała, kiedy oficer silił się na coś dowcipnego w rodzaju: "Wies' zielonyj, w żopie wietki, kapitan idiot rozwiedki" (Cały w ziołach, trawa z zadu, to kapitan jest z wywiadu). Ta mysz jawnie go kokietowała i wciąż powtarzała: "A mnie wajennyje nrawjatsja kak mużcziny". Ale oficer bez wątpienia leciał na pierwszą - grubaskę, i mysz tylko mu przeszkadzała. Zasypiając na swojej półce, pomyślałem jeszcze, jaka to niesprawiedliwość - on taki młody, smukły i dzielny, a ona taki pasztet i dlaczego on właśnie jej tak chce? Wtedy nie znałem surowego męskiego powiedzenia, że "brzydkich kobiet nie ma". Kiedy po godzinie, dwóch się obudziłem (może to była stacja Stryj, a może już Ławoczne, nie wiem), układ pode mną zmienił się tak, że mysz, obrażona brakiem uwagi i ostatni raz na siłę chichocząca: "wies? w gawnie, w rukach topor, pradwigajetsja sapior" (cały w gównie, w łapach siekiera - to pobudka jest sapera) - wracała na swoją górną półkę naprzeciwko mojej, a oficer od razu przesiadł się bliżej grubaski i spróbował położyć dłoń na jej kolanie wielkości piłki futbolowej. Powiedziała na to nerwowo i szorstko: "Nie nada Wadik" - i jak mówią, sniała rieszitielno pidżak nabroszenyj, czyli zdjęła z siebie marynarkę absztyfikanta, jak w radzieckiej piosence, bo porządną jest dziewczyną. Być może podniecał go jej pot. Być może węchem wyczuł w nim jakąś emanację namiętności. Zresztą, teraz teoretyzuję, a wtedy znowu zasnąłem. Potem od czasu do czasu się budziłem, a oni wciąż zmagali się tam na dole, ślepawa, brzydka nauczycielka w szlafroku frotté i podkolanówkach cielistego koloru i urodziwy oficer artylerii, który wracał z nadprogramowej przepustki w Riazaniu-Kazaniu do stałego miejsca odbywania służby w posiołku gorodskowo typu Czeskie Budziejowice. "Nie nada, Wadik" - szeptała. "A jesli ja po lubwi?" - odszeptywał i bekał aromatycznie. I za każdym razem budząc się w tym wagonowym mroku, znów i znów słyszałem te pełne szału i drżenia szepty: "Nie nada, Wadik". "A jesli ja po lubwi?". I po godzinie, i po dwóch: "Wadik, ja że skazała - nie nada". "A jesli ja? A jesli po lubwi?". Potem nadszedł świt, jakaś godzina jazdy do Czopa, czyli do końca. Dopił ostatnią setkę z papierowego kubka po lodach i ze słowami "Nu i paszła ty k jebieniemat', karowa aczkastaja!" wyszedł na korytarz, żeby w złości wypalać wszystko, co zostało w papierośnicy. A ona od razu jakoś tak żałośnie zachlipała i zdaje się, przebeczała resztę czasu - w Czopie okazało się, że wszystko jej bardzo spuchło - i nos, i oczy. Jeśli chodzi o oficera Wadika, to on już nie przemówił ani jednym słowem (do myszy też nie) - przetarł sobie tylko skronie "Rosyjskim Lasem", zapiął wszystkie guziki i tępo patrzył przez okno, jak dojeżdżamy - "wies? podtianut, wsiudy czist, wot kakoj artilieryst!" (cały niczym z galanterii, to oficer artylerii!). Tak dojechaliśmy do Czopa, ale do Pragi było jeszcze daleko aż strach.
W porządku, a teraz powiedz mi, jak daleko jeszcze jesteśmy od tego miejsca, gdzie było ci wreszcie dobrze?
A to właśnie ono. To znaczy jeszcze trochę - i będzie. Ale najpierw musimy z rodzicami przejść dwustronną kontrolę graniczną, której nie pamiętam, więc przechodzimy ją względnie szybko, nie zatrzymując się. Po czechosłowackiej stronie (Čierna nad Tisou) wsiadamy do czechosłowackiego pociągu i niebawem ruszamy. W tym wagonie wszystko było podobnie jak w naszych. Ale też całkiem inaczej. Powiedzmy, nie było smrodu. I wszystko było jakieś nowsze albo po prostu czystsze. Pasażerowie mówili w innym języku z wszystkimi jego zdrobnieniami w rodzaju smrtička, chociaż to był oczywiście nie czeski, ale słowacki. No tak, teraz pozostaje tylko to: wszystkie przeszkody pokonane i rączo mkniemy tam, gdzie tak chcę znów być. To było przeczucie kofoli i waty cukrowej w parku imienia Fučika. Czyli to było szczęście, dlatego że wszystko przede mną - Laterna magika, filmy o Indianach, jagodowe lasy nad Wełtawą. Można było od czasu do czasu zapadać w senne marzenia w tym wagonowym fotelu i znów budzić się, i widzieć za oknem niesamowicie piękne góry, prawdziwy słowacki raj. Jechaliśmy jakieś dziesięć godzin, jeśli nie dwanaście. I prawie bez przerwy za oknem były góry. Albo długie tunele, co na swój sposób oczarowywało. Do tego widziałem, że moi rodzice teraz kochają się z wzajemnością - zrobiło im się wyraźnie lżej na duszy, jak zawsze tę ulgę odczuwali wszyscy poddani radzieccy po przekroczeniu zachodniej granicy swojej ojczyzny. Nagle okazywało się, że jesteś na wolności, wyrwałeś się, wygrałeś na fantastycznej życiowej loterii. Zresztą nie tylko radzieccy poddani - Markiz de Custine zauważył ten efekt już za czasów cara Mikołaja I. Myślę, że za innych carów wszystko było dokładnie tak samo. Grunt - wyrwać się, jakoś uciec za miedzę. Zapamiętałem, jak biegały źrenice ojca, jak pożerał ten świat za oknem. Głaskał stopę mamy, zdjęła pantofle i wyciągnęła nogi na siedzeniu naprzeciwko. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tam za oknem ojciec właśnie stara się coś rozpoznać. Już raz w swoim życiu mógł jechać tą trasą.
Opisana przez ciebie w Środkowowschodnich rewizjach ucieczka do Wiednia?
Tak, można to nazwać ucieczką do Wiednia, oczywiście. No, a oprócz tego, mój ojciec był leśnikiem, i to całkiem fanatycznym. Pamiętał nazwy setek roślin, przede wszystkim drzew, nie tylko ukraińskie, ale też łacińskie. On wszystkie te nazwy od czasu do czasu wymawiał, patrząc przez okno na czechosłowackie lasy. Jeśli wtedy był dla mnie na świecie ktoś taki, od kogo wszystko się zaczynało i na kim wszystko się kończyło, to był to ojciec. On pierwszy na świecie pokazał mi drzewo ginkgo. W koszmarnych snach już wtedy śniło mi się, że umrze, i aż dusiłem się z rozpaczy. Ale teraz nie o tym - mówię o tym, że tego dnia w pociągu do Pragi wszyscy byliśmy szczęśliwi.
Kiedyś pisałeś, że byliście z ojcem wielkimi przyjaciółmi, dlatego że podobały się wam te same książki.
No tak, o książkach, przeczytanych po ojcu, razem z ojcem, przeżytych z ojcem, znajdzie się niejedna historia. Teraz zbliżamy się do Pragi, tak? A ja jeszcze nie mówiłem, że wujek Eugen i ciocia Ada mieli dość poważną bibliotekę, nieszczególnie wielką, ale niezły wybór?
Nie, nie mówiłeś.
Więc - w tej bibliotece mogłem grzebać godzinami i wszystko, co tam było po ukraińsku, przeczytałem jeszcze za pierwszym razem, czyli w sześćdziesiątym ósmym roku: bajki wschodniej Słowacji, nowele Bohdana Łepkiego, a nawet wybór artykułów Doncowa wtedy przeczytałem i zrozumiałem, że treścią tych ostatnich lepiej z nikim się nie dzielić. A podczas następnej wizyty wziąłem się do lektury czeskich książek. Pełno tam było różnych atlasów biologicznych - stosownie do uczonego fachu wujka. Były albumy z fotografiami Pragi i okolic. Były różne zbiory, antologie, klasyka światowa, Cervantes, Balzak i Anna Kareninová. Potem przyszła kolej na literaturę przygodową i po prostu natknąłem się na przedwojenny (gdzieś z końca lat dwudziestych) tom w brunatnej szagrynowej okładce - oczywiście pożółkły papier, zapach starości, ilustracje - Buffalo Bill Williama F. Cody'ego. Kilka dni się wahałem, podchodziłem do szafy z książkami, znów i znów brałem go do rąk, czytałem pierwsze dwa, trzy zdania po czesku. Nauczyłem się wtedy powoli czytać po czesku i chociaż nie rozumiałem w przeczytanym tekście bardzo wielu rzeczy, mogłem mniej więcej odtworzyć brzmienie i uchwycić najogólniejszą treść. Przecież bardzo lubiłem ten język ze wszystkimi jego zdrobnieniami! Pewnego razu postanowiłem, że nic nadzwyczajnego się nie stanie, jeśli ja tego Buffalo Billa ukradnę. I tak nikt go tu już nie czyta. Nikt nie zauważy. Dodam, że to nie była ostatnia ukradziona książka w moim życiu. I do tego zawsze mi się wydawało, że nikt by nawet nie zauważył. Bo w ogóle na świecie jest strasznie dużo książek. No i schowałem Buffalo Billa do dopiero co kupionego dla mnie tornistra - tam gdzie trzymałem wszystkie inne swoje skarby, które dostałem z różnych okazji, ale całkiem legalnie. Dzień przed odjazdem któryś raz coś dopakowywaliśmy - w salonie, na oczach wszystkich. Ojciec postanowił sprawdzić, czy jest jeszcze miejsce w tornistrze, włożył do niego rękę - i wtedy zrozumiałem, że jego dłoń namacała szlachetną, obciągniętą szagrynem okładkę. Na sto procent można to było wyczytać z jego twarzy. Przy tym jego dłoń nie mogła nie rozpoznać, co właśnie namacała - jakiś czas temu razem ze mną z lubością kartkował ten sam egzemplarz i zapamiętał go nawet na dotyk. Przygotowywałem się do publicznej egzekucji. Najgorsza była obecność wujka Eugena, który i bez tego uważał mnie za beznadziejnie zapuszczoną pedagogicznie poczwarę z piekła rodem. Z napięciem odczytałem z twarzy ojca chwilę walki. Przestał grzebać w trzewiach tornistra i rzucił tylko jedno, dwa szybkie spojrzenia na obecnych. A teraz powiedz mi, co było dalej?
Nic. Nie wydał cię.
Nie, nie wydał. Jego dłoń udała, że nic takiego w tym tornistrze nie znalazła. Przypuszczam, że przez te trzy tygodnie w Pradze wujek Eugen zdążył i jemu dopiec swoimi reprymendami, pouczeniami. Po prostu ojciec wyobraził sobie jeszcze jedno, niewymownie długie kazanie - z rodzaju tych, przez które muchy padają. A oprócz tego byliśmy wspólnikami - nam obu strasznie się ta książka podobała. I przyjaźń ze mną, to znaczy kontynuacja tej przyjaźni, była dla niego ważniejsza i potrzebniejsza niż przykazanie "Nie kradnij", tak mi się wydaje. I to naprawdę wielkie, że człowiek staje ponad przykazaniami dla innego człowieka. Chociaż w ogóle, to jeszcze kilka razy przyłapał mnie na książkach.
Na kradzieży książek?
Nie, niekoniecznie. Pewnego razu na Dekameronie. Na tym, że czytałem Dekameron w niby nieodpowiednim wieku. Właściwie, gdybym robił to otwarcie, trzymając książkę na biurku, wszystko wyglądałoby nie tak peinlich2. Ale ja ją chowałem i ojciec przypadkowo znalazł tę kryjówkę.
Kryjówkę dla Boccaccia?
Właśnie ją. Z tego, że go chowałem, wynikało zupełne uświadomienie sobie całej głębi przestępstwa. Czyli świadome popełnienie zbrodni z kilkoma obciążającymi okolicznościami.
I ukarał cię?
Nie. To znaczy za karę wystarczyło samo wykrycie - mówiąc tradycyjnie po galicyjsku "twarz spłoniona ze wstydu". Karą stała się tymczasowa utrata twarzy.
Seks i erotyka były w waszej rodzinie tabu?
Raczej tak. Chociaż w przybliżeniu od szóstego roku życia wiedziałem, jak się to robi. Chłopcy-wychowawcy z sąsiedztwa, podglądanie życia dorosłych, ciasnota mieszkań, w których dzieci budzą się przestraszone zagadkowym poskrzypywaniem albo pojękiwaniem, pierwsze onanistyczne doświadczenie i różne takie. A przy tym w rodzinie wszyscy udawali, że ja o niczym nie wiem, bo nic takiego nie istnieje. Moja babcia zgodnie z normami wychowawczymi pewnie jeszcze z DZIEWIĘTNASTEGO stulecia pilnowała, żeby moje dłonie w nocy obowiązkowo znajdowały się na kołderce. Czasem podkradała się do mojego łóżka i nachylała nad nim z zapaloną świeczką. Kiedy skończyłem dziewięć lat, mama zaszła w ciążę i uważała za konieczne wyjaśniać mi stopniowy wzrost swojego brzucha różnymi bzdurami w rodzaju: od czasu do czasu ciocie zaczynają coraz bardziej i bardziej gustować w jedzeniu i dzięki temu rodzi im się potem chłopczyk albo dziewczynka.
Jak to w ogóle wyglądało - wasz dom?
Zburzyli go zeszłego lata. Już mówiłem, ulica nazwana była imieniem jakiegoś Harkuszy, być może Rozbójnika Harkuszy... Tak się zresztą do dziś nazywa. Całkiem niedaleko od dworca kolejowego. Dlatego nocne gwizdy lokomotyw i szaleńcze potoki wymowy z megafonów dyspozytora stały się ciągłymi ścieżkami dźwiękowymi mojej podświadomości. To był piętrowy, bardziej niż typowy dla starego Stanisławowa budynek, zresztą "budynek" - to nie to słowo, jednak "chata", jej właścicielem był jeszcze mój pradziad, czyli ojciec mojej babci, malarz Karło Skoczdopol. Ale za jego czasów tam mieszkała tylko jedna rodzina - on z żoną i czworo ich dzieci. A kiedy władza radziecka po wojnie wszystko znacjonalizowała, dom podzielono pomiędzy trzy rodziny i mojej babci zostały dwa pokoje z dawnych ośmiu. Plus malutka weranda, połowę której wydarto na kuchnię. Mieszkaliśmy tak: w pierwszym pokoju spała babcia i w nim był stół, przy którym jedliśmy. W drugim spałem ja i rodzice, przy czym oni z jakiegoś powodu w oddzielnych łóżkach. Tam był inny stół, polerowany, a więc świąteczny, etażerka z książkami, radiola, a w 1967 roku pojawił się telewizor. Albo pojawił się już pod koniec sześćdziesiątego szóstego, mogę tylko stwierdzić, że jakoś koło Nowego Roku. Latem sześćdziesiątego szóstego jeszcze go nie mieliśmy, bo na finał mistrzostw świata Anglia-RFN ojciec chodził do sąsiadów. To było mieszkanie bez wody i kanalizacji. Wodę nosiliśmy z podwórka sąsiadów, gdzie była studnia z metalową ręczną pompą. Brudną wylewaliśmy do spływu kanalizacji na ulicy. Toaleta, choć lepiej byłoby powiedzieć drewniany sracz, znajdowała się w głębi podwórza, za grządkami i olbrzymim orzechem, w zimową noc wyprawa do niej nie sprawiała wielkiej radości. Chyba że noc trafiła się gwiaździsta. Teraz trudno mi już wyobrazić sobie taki sposób życia, ale, o ile wiem, w podobnych warunkach w tych czasach żyła dobra połowa heroicznego narodu radzieckiego. Przy czym koniec lat sześćdziesiątych w pamięci zbiorowej uważany jest za czas wielkiego materialnego rozkwitu. Nie to co późne lata siedemdziesiąte z ich deficytem żywności! Tak i moi rodzice - najpierw kupili nową szafę, potem radiolę, potem lodówkę, a potem i telewizor. Kupowała, dokładniej mówiąc, mama z jej życiową zaradnością i umiejętnością wprowadzenia wszystkiego na czas do harmonogramu. Do tego ironicznie cytowała znaną piosenkę: Pried rodinoj v wiecznom dolgu - Przed ojczyzną wiecznie w długu.
Czym ogrzewaliście?
To takie ciekawe? Gazem. W każdym pokoju był piec kaflowy, a w nim paliło się gazem. Nie, o ile pamiętam, w ogóle było ciepło, chociaż zimy tych lat wspominam jako mroźne i śnieżne. Piece gazowe w środku dosyć wesoło huczały, już przez sam ten dźwięk robiło się ciepło. Dobrze się przy nim czytało Królową Śniegu.
Były jeszcze jakieś dźwięki?
Oczywiście. Akacja za oknem szeleściła i skrzypiała całą sobą. Wiatr i krople deszczu uderzały o szyby. Dworzec - jak już wspominałem - wszystkie te gwizdy, świsty, ta-tam-ta-tam. Rozmowy przechodniów, którzy szli ulicą Harkuszy na dworzec i z dworca, późno w nocy i wcześnie rano. Można było całymi dniami stać na werandzie przy oknie i patrzeć na przechodniów. Robiło się od tego nieznośnie wesoło. Przechodnie, wszyscy jak jeden mąż, zdawali się potwornymi wyrodkami, wystarczało przyjrzeć się, żeby takich ich zobaczyć. Aha, był jeszcze całkiem tajemniczy dźwięk, który pojawiał się szczególnie w nocy, gdzieś koło jedenastej. Słyszałem go zawsze, odkąd siebie pamiętam, ale nigdy o niego nie pytałem. Aż pewnego razu rodzice zaczęli mówić o nim sami i zrozumiałem, że to nie jakiś mój osobisty haluk.
Co to było?
Stukot. Albo lepiej powiedzieć łupanie, dosyć miarowe, zawsze w tym samym rytmie - tak jakby gdzieś na dole pod nami pracował jakiś olbrzymi młot, być może, pneumatyczny. Moi rodzice mieli zwyczaj czytać w łóżkach przed snem. Kolejno pochłaniali te same pożyczone z biblioteki książki, najczęściej Jacka Londona i Remarque'a. W pewnym momencie zacząłem ich w tym naśladować. A więc w milczeniu leżeliśmy każde w swoim łóżku i w swoim tekście, aż nagle mama powiedziała coś w rodzaju: "Znowu to łupanie". I zaczęły się rozmowy - wystarczająco ożywione, by okazało się, że wszyscy latami tylko czekaliśmy na taką okazję. Spośród kilku hipotez (wbijanie pali - drążenie tunelu - serce pochowanego żywcem pod naszym domem czarownika) najbardziej prawdopodobna wydawała się ta ojca: podziemna fabryka, tajny obiekt strategiczny. Wyobrażałem sobie te olbrzymie, zalane neonowym światłem zakłady, długie rzędy tokarek, iskry, stal, blachy na poszycie rakiet. Tysiące robotników, którzy przez całe życie pracują tylko w nocy. Być może pośród nich są jacyś nasi znajomi, sąsiedzi? W dzień widzimy ich tuż obok, a w nocy schodzą pod ziemię. Albo nie - jacyś niewidziani nigdy przez nikogo mieszkańcy podziemi, którzy nigdy nie wychodzą na powierzchnię? To było zachwycające i trochę straszne. Zdaje się, ojciec zwrócił uwagę na to, że w noc z niedzieli na poniedziałek łupanie ustaje. To znaczy, że oni też mają wolne. Czyli to jednak fabryka. Bardzo mocny argument, ale nie jestem pewien, czy naprawdę w nocy z niedzieli na poniedziałek wszystko zamierało. W tym czasie w zeszytach szkolnych smarowałem jakieś historie przygodowe, więc ojciec poradził mi zabrać się do pisania powieści pod tytułem Tajemniczy młot.
I napisałeś?
Nie. Brakowało zakończenia. Poza tym dla dziesięcioletniego autora to był za trudny temat - wymagał znajomości zbyt wielu technicznych patentów, zaplątałem się i wymiękłem. W siedemdziesiątym pierwszym roku przenieśliśmy się do chruszczowki na Belwederze i prawie od razu zapomnieliśmy o tych dźwiękach. Aha! Właśnie przypomniało mi się coś takiego: ja tę tajemnicę kiedyś obgadałem z chłopakami z sąsiedztwa. Najstarszy z nas - z tych, którzy uczą młodszych wszystkiego najgorszego i po raz pierwszy pokazują, jak powinien wyglądać penis ze ściągniętym napletkiem - czynnie przepychał wersję z budową tunelu. Z tego co mówił, ten tunel latami budowali Chińczycy - z zamiarem, by pewnego dnia wyjść na powierzchnię i pokonać nas praktycznie gołymi rękami. To były czasy przesiąknięte duchem chińskiego zagrożenia. Wszyscy mówili o Mao Tse-tungu i hunwejbinach czy, jak to się zazwyczaj wymawiało, chujwejbinach. Wiadomo było, że mają potworne przeludnienie, że z głodu pożarli wszystkie wrony i wróble, a teraz nie mają innego wyjścia tylko nas zawojować. Napięcie polityczne między Sojuzem i Chinami rosło niemal z dnia na dzień. Mówiło się o wielotysięcznym ataku chujwejbinów na nasz posterunek graniczny. Miało się to stać gdzieś na Amurze, Wyspa Damańska czy coś takiego. I niby nasi wszystkich ich tam wykosili - promieniami lasera, czyli po prostu setki tysięcy Chińczyków zmieniło się w popiół. Inni co prawda twierdzili, że niby to nie był żaden laser, tylko katiusze nowej generacji. W każdym razie nasi chłopcy niekiepsko dowiedli żółtej hołocie, że wcale nie ilością się zwycięża. Po tym damańskim pogromie poziom agresji żółtków znacząco spadł, chociaż napięcie wciąż było odczuwalne i ostatecznie ulżyło nam wszystkim po śmierci Mao. Ta śmierć jakoś szczególnie ucieszyła moją babcię Irenę Karliwnę, na którą jedni sąsiedzi wołali "pani Irena", a inni po prostu "Karłowna". Ona nie lubiła Mao Tse-tunga.
Rozumiem, że to ta sama osoba, o której piszesz w Erz-herz-perc? Ta, która jako dwunastoletnie dziecko oglądała Franza Ferdinanda von Habsburga w fiakrze?
Tak, to ona. Ale nie w fiakrze, tylko w otwartym samochodzie, czyli w kabriolecie. Jechał w stronę stacji kolejowej obok tego naszego domu ulicą Romanowskiego, przyszłą Harkuszy. No tak - pani Irena. Królowa irysów. Niziutka dziwaczna istota: patetyczna, ironiczna, nerwowa, naiwna. W dzień musiała obowiązkowo pospać - z chustką zawiązaną na głowie tak, żeby oczom było ciemno. Zdawało mi się, że zamiast do snu przygotowuje się za każdym razem do publicznej egzekucji. Dzięki tej chustce spała strasznie głęboko - jacyś naukowcy mogliby badać na niej fizjologię snu. Pewnego razu powiedziała, wyraźnie się nie budząc: "Ale on zdenerwowany!". Kontynuowanie rozmowy wydało mi się ciekawe i zapytałem kto. Odpowiedziała: "Kot". Ale i tak się nie obudziła. Dużo więcej o niej napisałem w Środkowowschodnich rewizjach. Ale choćbym nie wiem ile o niej pisał, nigdy nie będzie dość. To ona nauczyła mnie najdłuższego słowa na świecie i jest to słowo niemieckie: Hottentottenpotentatentantenatentatentäter3. Dlatego zawszę będę miał wobec niej dług. Przez swoje niespełna osiemdziesiąt lat przeżyła sześć reżimów politycznych.
Pięć.
Jednak sześć: imperium austro-węgierskie, ZURL, Polska, pierwsi sowieci, reich, drudzy sowieci. Można pisać historię XX wieku.
Jaka jest różnica między pierwszymi i drugimi sowietami? Czy to nie ten sam reżim?
Pierwsi byli okupantami, a drudzy wyzwolicielami. I wszystko dzięki Niemcom. Oczywiście żartuję. Nie, to tak naprawdę jest różnica jak między przedwojennym i powojennym zetesererem. To dosyć odmienne systemy, chociaż niby częściowo z tym samym Stalinem na czele. Jakkolwiek by było, moja babcia - to taki fantastyczny szpagat nad rzeką czasu. Na jednym brzegu - fotoplastykon, Franz Ferdinand, nieme kino i taniec shimmy, na drugim - kosmonauci, Mao Tse-tung, centralna telewizja i śmierć Gagarina, którą ona ciężko opłakiwała. Wyobrażasz sobie - Franz Ferdinand i Jurij Gagarin w jednym i tym samym filmie! Brakowało tylko grupy "Franz Ferdinand".
Czyli ona, pani Irena, nie była antyradziecka?
Była sobą. Czyli kimś, kto zdążył pożyć w sześciu reżimach politycznych - ze wszystkimi tego następstwami. I ona jakoś tak przyciągała do siebie wszelkie odłamki zniszczonych poprzednich światów. Kiedy mieszkaliśmy na Harkuszy, często zachodziły do niej najróżniejsze półzwariowane stare paniusie, rzadziej panowie, przeważnie jednak paniusie, przeważnie damy, bo panowie na ogół z różnych przyczyn do takiego wieku nie dożywali. Poza tym prawie wszystkie były starymi pannami i prawie wszystkie mieszkały w parach ze swoimi siostrami. Teraz czasami przypuszczam, że może to nie były siostry, lecz tajemna lesbijska wspólnota. Wyobrażasz sobie - lesbijski ruch oporu na tle tych wszystkich dyktatur? I to było jakieś panoptikum - wszystkie te wytarte futra, strusie pióra, lisie ogony, błękitne wstążki i różowe kokardy, turbany z broszkami, kapelusiki. No tak - przede wszystkim kapelusiki. Pośród nich była jedna taka zupełnie głucha staruszencja, która zawsze opowiadała to samo: niby właśnie biegła za nią wataha "bękartów" i wrzeszczeli: "Pani w kapelusiku! Pani w kapelusiku!", więc nosiła pełne kieszenie kamieni, żeby ich odganiać. Babcię niespecjalnie cieszyły ich wizyty, ale zazwyczaj podawała im kakao i pączki. Przypominało to spełnianie obowiązku. Chodziło o to, że większość z nich nawet nie była jej przyjaciółkami, ale jeszcze jej matki, niektóre nawet zwracały się do niej - "dziecinko". Aż spadałem pod stół ze śmiechu: moja babcia - dziecinka! Dla mnie to w ogóle był niezły cyrk. Szczególnie kiedy one czegoś ode mnie chciały, a babcia nie kontrolowała sytuacji, bo właśnie wychodziła na werandę, na przykład przygotowywać dla nich kakao. Wtedy robiłem sobie z nich jaja. "Co nowego w gimnazjum, Igorku?" - pytała któraś z nich, wyraźnie grzęznąc w dziesięcioleciach i myląc mnie z moim ojcem. "Rozdali wszystkim broń" - odpowiadałem i pokazywałem przywieziony z Pragi pistolet na wodę. "A jak ty się nazywasz?" - pytała znów za parę minut. "Maurice Gerald" - odpowiadałem i ona z uznaniem kiwała głową, bo i tak nic nie słyszała. Kiedy przeprowadziliśmy się na Belweder, znacznie ich ubyło. Może te czteropiętrowe bloki z czasów Chruszczowa jakoś je odstraszały. A może po prostu powymierały. Jedna z nich na pewno spaliła się w domu razem z wszystkimi swoimi kotami i kotkami. Pisze o tym Jurko Prochaśko, on też ją pamięta, tak jak i Taras.
Zanim ostatecznie przejdziemy do chruszczowek - przypominasz sobie coś jeszcze z tego pierwszego domu?
Tego wszystkiego jest tak wiele, że zostaje mi tylko linia przerywana. Pamiętam sąsiadów. Kiedy wychodziło się od nas na podwórko, to pierwsze były drzwi do mieszkania żydowskiej rodziny Drotów. Mieszkały tam dwie siostry - Ania i Sofa, dużo się ze mną woziły w czasach, kiedy jeszcze pełzałem. Jak wszystkie dziewczynki ciekawiła je zabawa taką żywą tłustą lalką. Potem uczyły mnie jeździć na trzykołowym rowerze. Pamiętam, że miały płytę z Parasolkami z Cherbourga i puszczały ją po tysiąc razy dziennie, raz za razem, znowu i znowu, tysiąc razy dziennie! Ich rodzice nazywali się Ida i Kopel, rozmawiali śmiesznie po rosyjsku, ale wtedy wszyscy rozmawiali po rosyjsku śmiesznie. Włącznie z samymi Rosjanami. Drotowie pierwsi mieli telewizor i czasem zapraszali sąsiadów na oglądanie - jeśli wieczorem pokazywali jakiś tam Los człowieka. Albo Drogę przez mękę. Do nich ojciec chodził na mecze w sześćdziesiątym szóstym roku.
Aha, mecze. Interesowałeś się piłką nożną?
To za słabe słowo. Ale zaczęło się w przybliżeniu od momentu, kiedy i w naszym domu pojawił się telewizor. Mniej więcej wtedy ojciec zaczął zabierać mnie na mecze naszego Uraganu. Pamiętam, jak nasi dowalili 3 : 0 Naftowykowi (Drohobycz) i 4 : 0 Charczowykowi (Bendery). Szliśmy - jakieś pięć tysięcy krzykaczy - długaśną kolumną ze stadionu ulicą Szewczenki i skandowaliśmy coś w rodzaju: "Synowie Bandery pobili Bendery!". Oprócz tego szaleńczo kibicowałem jeszcze dwóm drużynom - reprezentacji ZSRR i kijowskiemu Dynamo. Czasem lwowskim Karpatom, ale bardziej Dynamo. Z nimi wszystko ułożyło się we właściwym czasie: zostałem ich kibicem akurat w latach, kiedy trzykrotnie zdobyli mistrzostwo Sojuza, więcej coś takiego się nie powtórzyło. Z wszystkich trzech moich drużyn mniej więcej stoicko znosiłem porażki reprezentacji i Frankowskiego Uraganu. Ale porażki Kijowa czasami doprowadzały mnie do płaczu. Zalewałem się łzami i w sześćdziesiątym siódmym, kiedy w Pucharze Mistrzów przerypali z Górnikiem, wcześniej fantastycznie eliminując z gry Celtic (Glasgow), i w sześćdziesiątym ósmym, kiedy wylecieli z tego samego Pucharu, przegrywając z Fiorentiną, ale najbardziej gorzkie - w sześćdziesiątym dziewiątym, kiedy przejebali mistrzostwo Sojuza z moskiewskim Spartakiem. To był koszmar, a nie mecz. Żyliśmy nim kilka tygodni ciurkiem - to miał być kijowski rewanż za porażkę 1 : 2 w Moskwie z pierwszej rundy rozgrywek. Rywalizację kijowskiego Dynama i moskiewskiego Spartaka w starych radzieckich mistrzostwach trudno porównywać nawet z rywalizacją Barçy i Realu w hiszpańskich czy wspomnianego Celtica i Rangers w szkockich. Dla nas na Zachodniej Ukrainie to było coś na kształt wojny o niepodległość. I trzy razy pod rząd ją wygrywaliśmy. Dlatego przez kilka tygodni ględziliśmy tylko o meczu - w szkole i w domu, wszędzie. Ekstatycznie odliczałem dni do początku dramatu. Na lekcjach rysowałem w zeszytach schematy rozmieszczenia i współdziałania graczy i analizowałem wszystkie możliwe warianty. Scenariusz był jeden: Dynamo musiało wygrać i wyjść na pierwsze miejsce. Zamykałem oczy i widziałem przepiękne strzały, które wpadają w siatkę moskiewskiej bramki - Sabo, Turiańczyk, Byszowiec! Była straszliwa jesień, jakiś koniec października czy już listopad, ciężki zimny deszcz nie przestawał padać ani na chwilę - jak w Kijowie, tak we Franku i całej Ukrainie. Mój ojciec sprowadził pełny dom swoich kumpli, zasiedliśmy przed telewizorem, z jakiegoś powodu prawie pewni, że Kijów zwycięży, bo inaczej być nie może. Zwycięży, ale w bardzo ciężkim boju, zgadzaliśmy się. W połowie pierwszej połowy Osjanin strzelił nam bramkę z kontry. Moskale sami nie wierzyli we własne szczęście. Z minuty na minutę czekaliśmy na wyrównującą bramkę Dynama, potem miała być druga, trzecia. Piłka ledwie toczyła się po boisku, grzęznąc w kałużach. Niemożliwa była gra w żaden z futboli - ani siłowy, ani kombinacyjny. Wszystko tonęło w nieznośnie grząskim błocku, w lodowatych strumieniach. Dynamo rozpaczliwie i spazmatycznie rzucało się na moskiewską bramkę, ale żaden przepiękny strzał tego wieczora jednak w nią nie wpadł. Ani żaden paskudny, ani po prostu żaden strzał. Jakieś dwadzieścia minut przed śmiercią zacząłem beczeć i potwornie blady ojciec warknął na mnie: "Przestań!". Nigdy w życiu na mnie nie krzyczał, to było po raz pierwszy. I nigdy w życiu nie widziałem go tak kurczowo skrzywionego i bladego. Ale ja nie przestałem, bo nie mogłem. I kiedy to się stało (końcowy gwizdek, ostatni śmiertelny wydech, ostatni jęk trybun, przemiana deszczu w mokry śnieg i zła tatarska radość na bezczelnych spartackich gębach), poczułem, jak coś we mnie pęka - stało się, kurwa, niemożliwe - ktoś umarł, coś umarło, czegoś na świecie zabrakło, Rosja, suka Rosja znowu nas wyruchała, moskale znowu nas zrobili, hore-hore tij czajci nebozi, szczo wyweła czajeniatok - mój płacz był płaczem Ukrainy, rozrósł się w wielki lament, ojciec trzasnął drzwiami i ruszył dokądś w deszczowy mrok razem z całym towarzystwem, w nocy dostałem gorączki i potwornie rzygałem, a on przywlókł się gdzieś nad ranem pijany w trąbę, czy nawet jak szpadel, przemoknięty do suchej nitki i zabłocony. Taka to była piłka.
I dalej płakałeś nad futbolem przez wszystkie następne lata?
Nie, z czasem chłopcy tracą tę zdolność - płaczu. Chłopaki nie płaczą, jak wiadomo. Gdzieś w wieku jedenastu, dwunastu lat to mija jak ręką odjął. Czasem nawet chciałbyś, ale już nie możesz, tylko pochlipujesz. To oczywiście początek dojrzewania płciowego, kiedy zasypia w tobie na długo jakieś centrum organizacji płaczu. Ono potem ożywa gdzieś po czterdziestce, ale jest już inne. Żeby zakończyć z futbolem: szczyt mojego kibicowania przypada na lata siedemdziesiąte. Na przykład mistrzostwa świata w siedemdziesiątym czwartym roku. Pamiętam z nich, zdaje się, wszystko. Powiedzmy: podczas meczu reprezentacji RFN z Chile turecki sędzia wyrzucił z boiska Chilijczyka Caszely'ego za symulowanie. A z Afryki przyjechała wtedy tylko jedna drużyna i był to Zair.
A kto strzelił Polakom w półfinale?
No, to bardzo łatwe! Müller, Gerd Müller. Ale gdybyś zapytał, który z Jugosłowian strzelił trzecią bramkę z dziewięciu w meczu przeciwko Zairowi, tobym musiał pomyśleć. A w ogóle moją miłością była wtedy Holandia, jednak najlepsza na świecie, po prostu im się nie poszczęściło - i w siedemdziesiątym czwartym w Niemczech, i w siedemdziesiątym ósmym w Argentynie musiała w finale grać z gospodarzami.
Dobrze, zostawmy futbol, bo za bardzo wciąga. Sam już zaczynam zamęczać się przypominaniem sobie, kto komu nie strzelił jakiegoś karnego. Nie skończyliśmy jeszcze z podwórkiem na Harkuszy.
Tak naprawdę tego nie uda się skończyć nigdy. Tak sobie teraz myślę, o czym jeszcze powiedzieć? O innych sąsiadach, o ich niewzruszonych, jakby nabitych na pale i podobnie też wykrzywionych głowach w oknach? O rodzinie wróżek w głębi podwórka? O zbieraniu orzechów albo czereśni? O placu zabaw z huśtawkami, gdzie letnimi wieczorami przenośna budka z projektorem za bezdurno pokazywała filmy animowane i stare rewolucyjne thrillery? O Małym Wołodce, którego ostro rąbnąłem kantem dłoni w szyję, od czego przestał oddychać, posiniał, a ja straciłem grunt pod nogami, bo wyobraziłem sobie, że on zaraz umrze i któreś z moich rodziców zmuszone będzie siedzieć za mnie w więzieniu.
Obeszło się bez tego?
Wyskoczyła mama, która właśnie słuchała lwowskiego koncertu życzeń. Między trzynastą a czternastą co niedziela Lwów nadawał na średnich falach koncert. Muzyka Biłasz, słowa Pawłyczko i różne takie, mama to lubiła. Wlała w Małego Wołodkę całą szklankę gazowanej wody z syfonu z sokiem malinowym, i oprzytomniał. Później, kiedy bywał u nas w domu, jeszcze kilka razy udawał, że coś mu utknęło w gardle i nie może złapać oddechu, i robi się siny. Bo dobrze zapamiętał tę wodę gazowaną z sokiem i w takich wypadkach zawsze ją dostawał. Aha, zdarzały się jeszcze powodzie - dwa lata pod rząd, latem. Jakoś tak wychodziło, że deszcze padały po czterdzieści dni i nocy, i wtedy obie Bystrzyce puchły i występowały z brzegów, i niosły na swoich zdziczałych falach kawałki domów, drzewa, snopki, pewnego razu ktoś widział, jak niosły krowę i ona była jeszcze żywa, ale miała połamane nogi, innym razem niosło samochód, Wołgę. Tak Wołga połączyła się z Bystrzycą. Zdziwaczałe przyjaciółki mojej babci mówiły, że to przez loty w kosmos. Może i miały rację. We wszelkich przejawach końca świata orientowały się najlepiej.
Były jeszcze jakieś znaki? Oprócz lotów w kosmos i Chińczyków?
Więcej niż dość. Czasami to było mięso, gnijące mięso - opylali je jacyś podejrzani chłopi, którzy nad ranem mijali nasz dom w drodze z dworca na bazar. Kiedy tylko odchodzili, mięso błyskawicznie pokrywało się gnilnymi plamami, zaczynało się ruszać i potwornie jęczeć. Czasami to były jajka - na pierwszy rzut oka zwyczajne kurze, ale w środku miały nieproporcjonalnie wielkie zarodki, jakby smocze. Potem jeszcze sznur - pewnego razu ojciec znalazł dwumetrowy sznur zapieczony w bochenku chleba. Pamiętam jeszcze wędrownego kaznodzieję z rozczochraną brodą i w wytartym kołpaku, zawsze pojawiał się na skwerze przed dworcem na początku lata i kręcił się tam do połowy jesieni, rozdając na prawo i lewo jakieś stronice ze świętymi wierszami, niezbyt zrozumiałymi, takimi raczej dadaistycznymi. Ale one wszystkie wróżyły coś niedobrego, to było jasne. Biegaliśmy za nim nieco większą watahą i dręczyliśmy. To znaczy naśmiewaliśmy się. Albo doczepialiśmy się do niego, żeby wyznaczył, kto z nas "griesznik", a kto "prawiednik". Bo on to umiał jednym spojrzeniem.
I co powiedział o tobie?
Prawiednik. Cha-cha-cha-cha! Później często śniło mi się, że czymś go obrażam i mnie goni, o mało co nie doganiając. Śniły mi się też straszne sny z udziałem niektórych sąsiadów. Kilka budynków od nas mieszkały takie sobie Pilawskie, córka i matka, obydwie cienkonogie, chude jak tyczki, z jaskrawo wymalowanymi ustami, w międzywojennych beretach, trochę kosmitki. Córka miała ponad pięćdziesiąt lat, a matka odpowiednio pod osiemdziesiątkę. Żyły niby z tego, że późnymi wieczorami przyprowadzały z dworca wszelkich przypadkowych pasażerów, którzy musieli zatrzymać się na noc we Franku. Podobno proponowały im nocleg za wielce umiarkowaną cenę. W rzeczywistości mało kto wychodził z ich prześmierdniętego kotami i po prostu moczem barłogu cały i zdrowy. Obie były pajęczycami. Stara kilka razy starała się mnie zwabić do nich, pokazując z okna werandy jakieś pożółkłe polskie gazety, ale ja udawałem, że niby nie patrzę w jej stronę, i pochmurnie odchodziłem jak najbliżej swojego domu. Pewnego razu na dworcu obserwowałem, jak jej córka myszkowała po poczekalniach w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Byli to przeważnie młodzi chłopcy, niemal podlotki, zawsze w tym samym typie - z biednych wsi, jacyś tacy uczniowie technikum i szkół rzemieślniczych w kusych płaszczykach z niezgrabnymi, obitymi na rogach blachą walizkami. Pani Pilawska łapała ich za łokieć i coś energicznie mówiła swoimi jaskrawymi wargami. To był seans hipnotyczny - szli za nią, pokornie zwieszając głowy, tak się chodzi raczej na egzekucję.
A więc lubiłeś włóczyć się wieczorami po dworcu?
Zgódź się, że to nie najgorsza z rozrywek. Początkowo żądałem od babci albo od ojca, byśmy "poszli oglądać parowozy". To trwało w przybliżeniu, dopóki nie skończyłem pięciu lat. Bardzo lubiłem, kiedy przyjeżdżał "warszawski" - czyli ekspres Warszawa-Konstanca. W oknach wagonów zawsze stali jacyś trochę inni ludzie, być może Polacy.
Aha, siedemdziesiąty szósty?
Przypuśćmy, że tak. Pewnego razu ten pociąg przywiózł całą kupę naszych kuzynów z Krakowa. Było ich aż pięcioro i przyjechali do nas w gości, to był najmłodszy brat mojego dziadka, stryj Roman, z żoną i trojgiem dzieci. Babcia nie widziała go ze trzydzieści lat, omal nie zemdlała na peronie ze zdenerwowania, trzeba było ją podtrzymywać ze wszystkich możliwych stron. Ona w ogóle często traciła przytomność. I często padała z nóg. To była taka samoobrona, to znaczyło: mogę was w każdej chwili opuścić, to dla mnie nic trudnego. Od tej pory warszawski pociąg stał się dla mnie zwiastunem jakiejś przyjemnej niespodzianki - na przykład gości i prezentów. Wymawiałem "Warszawa" - i czułem jakieś perfumowo-mydlane wonie, zupełnie zagraniczne, u nas takich się nie spotykało. "Kon-stanca" natomiast była przede wszystkim stacją, cała w lustrach i palmach. Konstanca była na południu, a południe było morzem.
Dworzec - to coś jak port? Czyli można z niego zobaczyć morze?
Absolutnie. W dziewięćdziesiątym czwartym roku naprawdę trafiłem na kilka godzin do Konstancy i tam okazało się, że rzeczywiście jest trochę palm. Cała reszta była inna, ale ja oczywiście się nie zdziwiłem. Ogólnie rzecz biorąc, można to podsumować w ten sposób, że przeprowadzka z Harkuszy na Belweder to była przede wszystkim utrata dworca, jego bliskości. Wszystkich jego Cyganów.
Ale chyba to nie była tylko strata. Pojawiło się coś w zamian.
Rzeka, bliskość rzeki. Z Harkuszy mieliśmy do rzeki znacznie dalej. Była to też inna rzeka - Bystrzyca Nadwórniańska. Szło się do niej wiecznie nagrzaną kładką dla pieszych nad torami, potem nad warsztatami zakładu remontu parowozów, ZRP (albo, jak mówiła babcia, zeterpe), potem jeszcze długo ulicą Miru i ówczesnymi przedmieściami Sofijówki czy Kasprówki, czy czegoś tam jeszcze. Chociaż przeważnie odjazdowo było - iść przez ten zapach rozgrzanych smołowanych podkładów, a potem tymi zakurzonymi uliczkami. A okazało się, że z mieszkania na Belwederze jest nie dalej niż dziesięć minut do Bystrzycy Sołotwińskiej. Ulicą Karmeluka (znowuż rozbójnika) do samego końca. W nowym (względnie nowym) mieszkaniu pokoi było o jeden więcej - całe trzy, a także wszystkie tak zwane wygody łącznie z wanną. Teraz rodzice mieli oddzielną sypialnię ze wspólnym łóżkiem. Z okna ich sypialni można było zobaczyć wąziutki przebłysk rzeki - wczesną wiosną kiedy nie było liści. A także cieniutką smugę przeciwnego brzegu. W dzień, kiedy rodziców nie było w domu, mogłem długo stać przy tym oknie w ich sypialni. W ogóle bywałem w niej codziennie po kilka godzin. Potajemnie czytałem książki mamy - jedna z nich, tłumaczona z francuskiego, zatytułowana była Angelika, inna zatytułowana Gabriela, napisał ją Jorge Amado. W obydwu wyszukiwałem sceny i opisy erotyczne, czyli czytałem tylko wybrane fragmenty.
Ile miałeś lat?
Kiedy przeprowadziliśmy się na Belweder, mijał mi dwunasty rok. Czyli zmiana miejsca zamieszkania nałożyła się w czasie na początek wiadomych zmian we mnie. Taka sobie osobista rewolucja seksualna, revolution number one. Nastaje pewien czas - i wszystko na świecie zaczyna się kręcić wokół twojego fleta. Książki były wtedy chyba jedyną zewnętrzną podnietą. Od dawna wiadomo, że w ZSRR początku lat siedemdziesiątych "sieksa jesz'czo nie było". Nie było go w telewizji, a w kinie - jeśli gdzieś tam w którymś zachodnim progresywnym filmie całowali się zbyt namiętnie czy, powiedzmy, bohaterka miała zbyt głęboki dekolt - ustanawiano drakońskie ograniczenie od szesnastu lat. Dodajmy tutaj nieistnienie wideo czy reklamy. Pornografia trafiała się tylko na zasmarowanych kartach domowej roboty i wsadzano za nią do więzienia. Kostiumy kąpielowe były przeważnie zakryte, bielizna przeważnie potworna. A pierwsze spódniczki mini natrafiły na taki jednogłośny sprzeciw obywatelski, że do dzisiaj podziwiam szaleńcze poświęcenie ówczesnych liderek. Ile teraz mają lat? Gdzieś ponad pięćdziesiąt? W każdym razie tym pierwszym sezonom mini towarzyszyło jakieś takie bezustanne żmijowe syczenie śladem prekursorek. A przynajmniej minispódniczki wzbudzały obowiązkowe rozmowy przy stole na temat "Do czego to doprowadzi?". Mój ojciec występował z pozycji racjonalno-estetycznych. "Uważam - mówił - że jeśli dziewczyna ma ładne, smukłe nogi, to czemu by miała ich nie pokazywać?". "Posłuchajcie tylko! - reagowała mama. - Ty już za stary przecież jesteś, żeby się na nie gapić!". Przy takiej okazji nie zapominała zrobić aluzji do dziesięcioletniej różnicy wieku między nimi. W tym czasie, oczywiście, nie mogła wiedzieć, że u mężczyzn po czterdziestce wszystko zaczyna się z nową siłą, znów podniecają się łatwo, niczym nastolatki. I w tym samym czasie są całkowicie wolni od nastoletniego zdradliwego drżenia. W pewnym sensie stają się doskonali. Ale wróćmy do moich ówczesnych udręk. Właśnie w momencie naszej przeprowadzki na Belweder wszedłem w stadium, kiedy przestajesz interesować się Indianami, a zaczynasz dziewczętami. Albo w pierwszym momencie te rzeczy jako tako współistnieją, tylko Indianie ostatecznie przestają być czymś najważniejszym. Taka to kolejna zdrada białego człowieka. W ogóle podoba ci się jeszcze trzymanie w rękach wojennego tomahawka, ale z o ile większą radością potrzymałbyś cycki koleżanki z klasy - tym bardziej że zupełnie niedawno niczego przypominającego cycki wymacać by się u niej nie dało. A propos, w naszej klasie wszyscy chłopacy bez wyjątku dziko chcieli jednej i tej samej koleżanki. Taki dziwne skrzywienie libido - wszyscy byliśmy swoimi rywalami. Czyli za wszystkimi tymi naszymi codziennymi bójkami krył się całkiem szczególny sens.
Jak wyglądały twoje szanse?
Źle. Właśnie teraz należałoby chyba opowiedzieć o moich ówczesnych problemach: byłem grubasem. Nie wyglądało to strasznie, ale nie szczególnie seksy. Moja niezgrabność powodowała moje niezdecydowanie, a ono z kolei brak pewności siebie. Tymczasem, jak pewnego razu wyjaśniła Roma Woronycz, prawdziwa seksualność to przede wszystkim pewność. Pośród kolegów z klasy co prawda byłem dość lubiany - jako opowiadacz historii, które przeważnie wymyślałem spontanicznie, ale nazywałem filmami, których oni nie widzieli, a mnie niby udawało się to wszystko nie wiadomo jak obejrzeć. Na szybko przekazywałem wymyślone ciągi obrazów - w czasie teraźniejszym i trochę na role. Czyli gestykulowałem, robiłem miny i zmieniałem głos. To przykuwało ich uwagę, mogli słuchać godzinami. Ale trudno było zabłysnąć tą zdolnością przed dziewczętami czy, mówiąc zupełnie szczerze, przed jedną z nich; wolny czas, czyli przerwy i w ogóle czas poza lekcjami, spędzaliśmy absolutnie osobno, chłopcy tylko z chłopcami, dziewczęta tylko z dziewczętami. Do pewnej granicy wiekowej oczywiście. Ale kiedy ją przekroczyliśmy, już nie byłem grubasem. Mimo to pierwsze lata to jednak rzeczywiście była udręka: patrzeć tylko z daleka, tracić głos przy każdym zbliżeniu, chować się w sobie, znów i znów czytać wybrane fragmenty o szeroko rozłożonych udach Gabrieli i pogrążać się we własnych samozżerających się fantazmatach - na przykład, jak cudownie byłoby w razie potrzeby stawać się niewidzialnym i przenikać do jej domu, pokoju, łóżka - a wtedy? Co dalej? Dalej wszystko miałoby wyjść spontanicznie. Szczerze mówiąc, to było piekło, zgroza. Zdaje mi się, że dziecięce i nastoletnie lata to przede wszystkim piekło. Dorosłe głupki, którym zatarły się w pamięci wybrane fragmenty, zazwyczaj narzucają sobie samym fałszywe wyobrażenie o jakimś utraconym raju dzieciństwa. Możliwe, że ciągnie się to od tych średniowiecznych czasów, kiedy dzieciństwo uważane było nie za wiek, ale za swoisty stan, błogosławiony rozstrój psychiczny, z którego się wyrasta. Ten stereotyp jest nie tylko błędny, ale i absolutnie okrutny wobec samych dzieci - zapytajcie je najpierw o te otchłanie rozpaczy, w które wciąż zaglądają każdej godziny, każdego dnia. Dzieciństwo - to właśnie jest zupełna otchłań, to po prostu katastrofa, nieprzerwany łańcuch katastrof, najgorsze, co się może przytrafić.
A starość?
Nie wiem. Pewnie też. Ale co do starości przynajmniej nie ma głupich iluzji, na starość wszystko jest uczciwsze. Śmieją się z ciebie, ale już nie tak bezlitośnie i cynicznie jak wtedy, kiedy byłeś dzieckiem.
Dobrze. Wracamy do szkoły. Przypuszczam, że nie byłeś nią zachwycony. Możesz trochę bardziej szczegółowo?
Obrzydliwie było. Obrzydliwe niewysypianie się, kiedy za oknem zimno i ciemno. Obrzydliwe uczucie, kiedy się nie odrobiło lekcji. Obrzydliwa pustka w żołądku. Obrzydliwe zapachy ze stołówki. Dodatkowe lekcje - siódma, ósma, dziewiąta, przedłużony dzień szkolny, wieczne zatruwanie nam głów wszelkim ideologicznym badziewiem w rodzaju wychowania ateistycznego albo egzaminu z leninizmu. Gorączkowe zrywanie i zawiązywanie znienawidzonej pionierskiej chusty. Chodzić w niej po mieście było szczytem hańby. Ale zjawienie się bez niej w szkole było po prostu śmiertelne. Sadyzm nauczycieli i kierowników nie znał żadnych granic. Z nieukrywaną rozkoszą podnosili na nas ręce i gnębili psychicznie. Wątpię, czy mam prawo mówić o nich takie rzeczy, ale nic nie mogę na to poradzić. Eva Karadi kiedyś mi napisała: "Kiedy nie wiecie, co powiedzieć, mówcie, co myślicie". To ten sam przypadek. Większość z nich bardzo dobrze się do mnie odnosiła, to prawda. Prawdą jest i to, że oni też byli ofiarami. Ale i to, że odgrywali się na nas, jest prawdą. I my odpłacaliśmy im, jak tylko mogliśmy, na przykład wymyślaliśmy okrutne i głupie przezwiska. Poza tym musztrowali nas. Dyscyplina była debilna i na pokaz: ubrania wyłącznie najpaskudniejsze, włosy wyłącznie najkrótsze. Nienawidziłem lustra, nienawidziłem swojego odbicia, te potworne spodnie, ta fryzura na jeża, śniły mi się amerykańskie dżinsy, ale nie mnie jednemu - nam wszystkim. Jak takie straszydło mogło nawet marzyć o tym, by podobać się dziewczynom? A to przecież było najważniejsze na świecie - podobać się dziewczynom!
I jak długo to wszystko trwało?
Dziesięć lat, wyobrażasz sobie? Dziesięć lat surowego reżimu! Nawet budynek tej szkoły, nawet jej korytarze i wewnętrzne podwórko miały w sobie coś całkiem więziennego. Nic dziwnego, że w tym gmachu przed początkiem wojny mieściła się jedna z filii NKWD. W piwnicach naszej szkoły katowano ludzi, to było bezwzględnie złe miejsce. Później ludzie z Memoriału znaleźli tam pełno ludzkich czaszek z dziurami w potylicach. Wyszedłem na wolność z tego więzienia latem 1977 roku i - jak to się nazywa - strząsnąłem proch z nóg swoich. Czyli więcej nie przestąpiłem tych progów. Ta szkoła do dzisiaj uważana jest za najlepszą we Franku. Nie sądzę, że taka naprawdę jest.
Czyżby jednak nie było wtedy nic pozytywnego?
Wakacje, szczególnie letnie. To był odlot! Po pierwsze, trochę odrastały włosy, chociaż te trzy miesiące nie wystarczyły na fryzury jak u Rolling Stonesów ani nawet na beatlesa. O długości włosów jak u Roberta Planta po prostu milczę. Po drugie, można było nosić dżinsy, przeważnie nieamerykańskie, jakieś indyjskie albo polskie, z głupawym napisem "Szarotka" na tylnej kieszeni, ale jednak! I podkoszulki, dżinsy i podkoszulki, jaskrawe koszule w gorących odcieniach. Latem z Jurkiem Sokołowem dalej biegaliśmy rano dookoła jeziora, każdego poranka trzy kilometry, a potem kąpiel, pływanie w jeziorze. Zrzuciłem kilka kilogramów i gdzieś tak w wieku lat piętnastu stałem się bardziej wyrozumiały, jeśli chodzi o moje lustrzane odbicia. Pamiętam, jak w kabinie plażowej podglądaliśmy młodą kobietę. Zdjęła górną część kostiumu i zakołysała swoimi cudownymi piersiami. O tak. Zamarliśmy w oczekiwaniu, byliśmy wstrząśnięci. Jej pizdy jednak się nie doczekaliśmy, ale i tak wszystko poszło huraganowo. Zobaczyłem to pierwszy raz. Zrobiło mi się radośnie - tak jakbym przeszedł inicjację płciową. Oto czym są wakacje - przeczuciem inicjacji. Co roku dawałem sobie słowo, że następnego lata na pewno uda mi się mój pierwszy seks. I potem rzecz katastroficznie szybko topniała, dzień po dniu, a ja z przerażeniem myślałem o zbliżaniu się przeklętego września z jego pierwszym szkolnym apelem. Ale i tak wciąż byłem prawiczkiem, żadnego współżycia, nigdzie i z nikim, z żadną owcą na świecie. Niektórzy z moich przyjaciół zdobywali swoją męskość już w wieku czternastu, piętnastu lat i można to było w nich dojrzeć, stawali się bardziej pewni siebie, spokojniejsi. A ja tylko miotałem się wewnątrz własnej klatki, pomiędzy książkowymi scenami erotycznymi i brytyjską muzyką. W rock'n'rollu strasznie lubiłem minory - wydawało mi się, że wszystkie te piosenki są o mnie, o mojej samotności. Można powiedzieć, że żyłem z Angie Rolling Stones w środku. Lubiłem wyobrażać sobie, jak bezgranicznie długo tańczę przy niej tak zwanego wolniaka. Oczywiście maksymalnie blisko przyciskając do siebie jakąś Nieznajomą z perłowymi włosami. Ha, tak przy okazji, ostatniej nocy dostałem mejla od Jarki, ona od czasu do czasu przypomina o swoim istnieniu tak, jakbyśmy rozmawiali o czymś pięć minut temu. Tym razem całkiem znienacka pisze o Angie. Ale to inny temat. No tak, była jeszcze taka ballada Eltona Johna - nazywała się chyba I've Seen That Movie, Too, z podwójnego albumu Goodbye Yellow Brick Road i ja się przy niej po prostu rozpływałem - to było tak moje, to byłem ja sam, po prostu ja. A w ogóle bardzo żałuję, że wtedy słuchaliśmy więcej The Beatles niż The Rolling Stones i więcej Deep Purple niż Led Zeppelin. Nasze gusta trochę nas oszukiwały.
W którymś ze swoich esejów, zdaje się w Środkowowschodnich rewizjach, piszesz o zabronionej zachodniej muzyce i w ogóle o Zachodzie jako o dark side of the moon.
Tak, muzyka stawała się równoległą rzeczywistością, takim sobie równoległym światem, do którego można było uciec przed szkołą, Sojuzem i zatruciem własną spermą. Jako czternastolatek przylepiłem się do radioli, był to niewymownie masywny lampowy aparat, nazywał się chyba "Sierpuchow", na skali miał zaznaczone dziesiątki miast, między innymi takie jak Kopenhaga, Lizbona czy Edynburg. Ale ani razu nie udało mi się złapać nic takiego - skala po prostu blefowała. Wcześniej mama słuchała z niego niedzielnych koncertów życzeń ze Lwowa, a także puszczała sobie płyty Nikołaja Sliczenki, Georga Otsa i Mai Krystalinskiej. Oprócz tego do jej ulubieńców należał Batyr Zakirow, zasłużony artysta Uzbekistanu. Za każdym razem śpiewał jakieś wielce rzewne tango w języku hindi, bo pochodziło z jakiegoś indyjskiego filmu. Miało kolosalny pierwszy wers, ojciec dosłuchał się w nim czegoś w rodzaju "ja jutro tam, w pisuarze". Od tej pory ta płyta właśnie tak się u nas nazywała: "To co, posłuchamy "ja jutro tam, w pisuarze"?". No i Robertino Loretti, oczywiście. Sprawdzałem - nikt we Włoszech nic nie wie o tym Robertino Lorettim. A w zeteserer znał go i uwielbiał każdy, to cudowne dziecko z pierwszymi oznakami mutacji. Po przeprowadzce na Belweder zabrałem radiolę do siebie. Na średnich można było złapać Rumunię i anglojęzyczne Radio Luksemburg, ale ono ledwie odbierało, fala tylko wyślizgiwała się spod niego. Szumy, trzaski, nakładanie się innych stacji i różne takie z zagłuszaniem włącznie - no, sam wiesz. Za to na długich stosunkowo dobrze łapało się Polskę. Zachodniego rock'n'rolla Polacy mieli więcej niż Rumuni. Dlatego od pewnego momentu całymi dniami trzymałem się Polski, przy czym zupełnie mimowolnie wchodził we mnie język. Ale w niedziele przeskakiwałem na krótkie, które najbardziej zagłuszali, bo właśnie tam ustawiały się w szeregu, jedna po drugiej, wszystkie wywrotowe radiostacje: Swoboda, Wolna Europa, Głos Ameryki, Radio Watykan, jakie tam jeszcze? Aha, Deutsche Welle i BBC. I tak w niedzielne popołudnia zawsze parę godzin ciurkiem słuchałem "Metronomul duminical", audycji sekcji rumuńskiej radia Europa Liberă, to był program autorski pewnego niewymownie sympatycznego typa. Nazywał się Radu Teodor i był moim najlepszym przyjacielem, bo co niedzielę przez trzy, cztery godziny z przerwami na kilkuminutowe wiadomości puszczał Pink Floyd, Grand Funk, Uriah Heep, Colosseum, Genesis, Jimiego Hendriksa, Petera Framptona, Franka Zappę, był jeszcze taki zespół Styx, którego piosenki też często puszczał. Muzyka leciała wprost z winylowych płyt, słychać było, jak trzeszczą pod igłą. Radu Teodor musiał być fantastycznym gościem, oddałbym pół życia za szansę poznania go. Nie mogłem zrozumieć jego komentarzy, ale czułem, że jest naprawdę wesołym i fajnym kolesiem. Jego audycja stała się dla mnie głównym wydarzeniem niedzieli, czekałem na ten "Metronom" sześć dni w tygodniu i żyłem tylko nim. Wiele lat później, zdaje się w dziewięćdziesiątym siódmym roku, mieszkałem w Wiedniu w jednym mieszkaniu z Danem Mihaltianu, rumuńskim artystą wizualnym. Pewnego razu rozpijaliśmy we dwóch wielką butelkę śliwowicy i zachciało mi się powiedzieć coś wielce ciepłego o Rumunii. W mojej pamięci na tę okazję znalazł się Radu Teodor. "Wyobrażasz sobie - mówiłem - kiedy pięć lat temu byłem w Monachium w Radiu Wolna Europa, to mogłem na tego samego Radu natknąć się gdziekolwiek, w windzie na przykład". Ale Dan zaprzeczył, że nie, że pięć lat temu już bym nie mógł. "Na osobisty rozkaz Ceauşescu zgładziła go Securitate - powiedział. - Podłożyli mu bombę w samym studiu. Rozerwało go na cząstki elementarne". Dan Mihaltianu przekonany był, że powinienem koniecznie o nim coś napisać. Na przykład jakąś nastoletnio-młodzieńczą powieść pod tytułem Mój martwy przyjaciel Radu Teodor. Być może, jeszcze do tego dojdzie. Taka historia o zakazanej muzyce4.
Czyli w wolnym czasie słuchałeś muzyki...
...słuchałem albo nagrywałem. Na szesnaste urodziny dostałem magnetofon - był monofoniczny dwuścieżkowy, miał tylko dwie prędkości, nazywał się "Daina" i pochodził z Litwy czy z Łotwy. W wolnym czasie wkładałem go do specjalnego futerału i szedłem odwiedzić Turka, czyli Bohdana Tureckiego. Turek dysponował niedoścignionym "Jupiterem-stereo". Uważało się, że nagrania zrobione z "Jupitera" no, to po prostu kropka w kropkę jak z płyty, czyli z winylowego oryginału. Turek opowiadał, że ostatnio czasem czytuje książki filozofa Kanta, które szczególnie dobrze idą pod Genesis albo Yes. Nie wiem - Genesis może i słusznie, a jeśli chodzi o Yes... Mam wątpliwości.
I wreszcie - o książkach. Czytałeś?
Nie, Kanta nie czytałem. Ale wiele innych rzeczy.
Na przykład?
Nie chciałbym się teraz w to zagłębiać. Zbliża się wieczór, a ja i bez tego mam jeszcze co wspominać i wspominać.
Może dwa albo trzy tytuły - z tych najważniejszych.
Okej. O "Szwejku" i Dekameronie już wiesz, tak? Dodajmy Gogola - praktycznie wszystko, poczynając od Wieczorów na futorze. Gogola czytałem dziesiątki razy. Miałem takie stareńkie tomiszcze Gogola z wszystkimi jego powieściami. Ukradłem je u tegoż Turka z jego rodzinnej biblioteki, ale nie całkiem ukradłem, bo on sam się na to zgodził i dał mi to tomiszcze na zawsze, tylko jego rodzice o tym nie wiedzieli. Ale nawet nie musieli wiedzieć - i tak mieli tych książek od cholery, tysiące tomów. Jego rodzice byli scenografami w teatrze. I byłem pewien, że tego samego Gogola mają jeszcze kilkadziesiąt książek w różnych wydaniach i kombinacjach - i Gogola, i Mogola, i Szmogola. Książki nie powinny zasiadywać się na półkach, muszą wędrować od człowieka do człowieka, tak? Ten mój Gogol był taki solidny i grubaśny, zdaje się jeszcze stalinowski. Stalin lubił Gogola, tak jak i Szekspira. I Bułhakow też lubił Gogola. On go otwarcie naśladował, to nie tajemnica. Kiedy twoi koledzy, szczególnie tutaj na Zachodzie, nazywają mnie czymś w rodzaju "bułhakowca", to odpowiadam, że to nie całkiem tak, że tak naprawdę to nie ja jestem "bułhakowcem", tylko razem z Bułhakowem jesteśmy "gogolowcami". Stareńki Szerech wszystko absolutnie dokładnie prześwietlił. Po tym jak wyszła Perwersja napisał taki przewesoły artykuł pod tytułem Ho-Haj-Ho - o trzech źródłach i trzech częściach składowych. Oba "Ho" - to absolutny strzał w dziesiątkę, bo to Gogol i Hoffmann, wasz, niemiecki E. T. A. Ale Hoffmann pojawi się w moim życiu nieco później, w czasach studenckich. Jedyne, w czym Szerech się myli - to "Haj", czyli Heine, Heinrich, też wasz. Wstyd się przyznać, ale do dziś nie miałem w ręku jego włoskich dzienników, co do których Szerech ma taką stuprocentową pewność. Że niby musiałem być pod ich wpływem.
Koniecznie przeczytaj te dzienniki. One i dzisiaj powinny ci się bardzo spodobać. Wcale nie jest za późno. Ale to przy okazji. W Kryjówce dla Boccaccia wspominasz Thomasa Wolfe'a.
Tak, rosyjski przekład jego Spójrz ku domowi, aniele. Dla mnie był to absolutny wstrząs. Czasami patetycznie nazywam tę rzecz najważniejszą książką mojego życia. Otworzyła przede mną taką przestrzeń, że najpierw aż się zachłysnąłem. I od razu zacząłem zapisywać wierszami mój drugi tajemny notes.
Drugi? Czyli do tego czasu był już pierwszy? Od czego to się zaczęło?
Dobre pytanie. Dobre, bo wymaga długiej odpowiedzi. Jesteś pewien, że naprawdę tego chcesz?
Jestem pewien. Mnie już długością nie nastraszysz.
W takim razie, jak to mówią, wesołej zabawy - sam tego chciałeś. Latem siedemdziesiątego szóstego roku pojechaliśmy z mamą nad Morze Czarne, gdzieś w okolice Odessy. Który to już raz przysięgłem sobie samemu, że przez te dwa tygodnie obowiązkowo stanę się mężczyzną. Chociaż w zasadzie to była straszliwa porażka dla szesnastoletniego chłopca - jechać nad morze z mamą! Ale nie miałem wyboru i były to ostatnie wakacje. Ostatnie szkolne wakacje, dokładniej mówiąc. Tak. I co dalej? Dobrze, opuszczamy ten cały pociąg z Franka do Odessy i rozmowy w nim. W tym czasie uważałem, że chcę zostać archeologiem, a jakieś kulturalne rosyjskie babki z przedziału intensywnie usiłowały mnie od tego odwieść. Nie wiem, czemu im aż tak zależało, żebym nigdy nie został archeologiem. Mniejsza z tym. Długo się to ciągnęło, ale do Odessy w końcu się dowlekliśmy. A tam okazało się, że do naszej - jak jej tam, Delfinowki? - trzeba jeszcze z godzinę dojechać autobusem. Rzecz jasna, że przepełnionym. Obok nas kręciła się jakaś dziewczyna, okej, młoda kobieta, miała może dwadzieścia sześć lat, jeśli w tym smarkatym stanie mogłem to właściwie ocenić. Z tych, przy których od razu i bezwarunkowo staje - i nic na to nie poradzisz. I nie interesuje cię, kim ona jest i skąd - stoi ci i basta. Przy czym ona przez cały czas nas zagaduje - jakaś taka z niej wspólniczka, bo ona niby też ma przydział do tejże Delfinowki. Teraz wyobraź sobie, że stoimy w tym rozepchanym w nieskończoność autobusie, szalenie blisko jedno drugiego, sto tysięcy pasażerów, nie mniej. I kiedy tylko łapię dłonią pionową poręcz, ona całym ciałem kładzie się na niej, to znaczy na mojej ręce. Czuję to, o jak ja to czuję - każdym paliczkiem! Jaki początek, dźwięczy we mnie, jaki super początek! I to jest całkiem nieprzypadkowe i nikt tego nie widzi, czyli to tylko między nami. To znaczy ona wie, że ja wiem. I ja wiem, że ona wie. I tak jedziemy z dziesięć minut - szum w uszach, iskry w oczach, krzyk i szał, sam rozumiesz. "To taka jesteś - powtarza się we mnie - taka to jesteś, to taka jesteś, taka to jesteś!". To stało się jej imieniem - Totaka Takato. Nie wiem, po co o tym opowiedziałem.
Ja też na razie nie wiem - mowa była o tym, jak się to u ciebie zaczynało z wierszami. Ale to też jest ciekawe, co dalej. Chociaż chyba już skończyłeś?
Można powiedzieć, że tak. Dalej był przystanek, na którym wysiadła dobra połowa pasażerów. I po prostu nie mogliśmy już stać tak blisko jak wcześniej. Żeby wszyscy tego nie zobaczyli. Jak najszybciej odkleiła się od tej poręczy i mojej odrętwiałej ręki. Potem były tylko spojrzenia. W ciągu następnych dni nad morzem to samo - czasami wymienialiśmy spojrzenia. Należała do lekkich, to znaczy lekko się prowadziła, bo za każdym razem spotykałem ją z innym kolesiem. I za każdym razem zdążałem zobaczyć w jej oczach coś jakby wyrzut, coś jak "widzisz, niemoto, nie zrobiłeś ani kroku, i teraz ja muszę chodzić z tymi wszystkimi pacanami". Czasem wypływałem daleko za boję i czekałem tam na nią. Ale ona nie podpływała. Do tego nasi przegrali z NRD w półfinale olimpiady i - co było zupełnie nie do pomyślenia - Kołotow nie strzelił karnego. Koniec, czas zamknąć ten temat.
A poezja?
Poezja - to niepowtarzalność. Żartuję oczywiście. Po prostu przez to wszystko niespodziewanie uświadomiłem sobie, że chcę zapisywać swoje wewnętrzne stany w odmienny od zwyczajnego mówienia sposób, czyli poetycko. Teraz trudno mi zrekonstruować w pełni wrażenie, jakie zrobiło na mnie to starannie ukrywane osobiste odkrycie. Jednak do dziś pamiętam jeszcze, że dominowała radość - było tak, jakbym nagle znalazł siebie. Oprócz tego, wolność zapierała dech - mogłem pisać cokolwiek, bo nie tylko nie miałem zamiaru tego publikować, ale i komukolwiek pokazywać. Jesienią zacząłem pisać w niewielkim notatniku, który ukryty był w bezpiecznym miejscu, w ten sposób jakbym zdobył kolejne życie - tajemne i najważniejsze. A więc poezja stała się dla mnie zamkniętym przed wszystkimi schronieniem, w którym toczyło się to najważniejsze tajemne życie. Rosyjskie słowo ubieżiszcze (tylko nie pomyl go z również rosyjskim ujebiszcze) jest tu na miejscu jak nigdy - właśnie tak, od uciekać, to była najprawdziwsza ucieczka - na wolność. Kryjówka też do pewnego stopnia pasuje, szczególnie w sensie tej samej wolności, zmaterializowanej w ukrytym notatniku. Jak i w tym, że ukrywałem nie tylko notatnik, ale i samego siebie.
Twój pierwszy wiersz był o tej dziewczynie?
Ha, zupełnie nie o niej! O Napoleonie! Wiersz był satyryczny, o żądzy władzy.
Absolutna sublimacja! Klasyczne wypieranie postępującego niezaspokojenia w sferze erotycznej do sfery społeczno-obywatelskiej.
Możesz to nazywać, jak chcesz. Nie, o kobiecie też było - zdaje się wiersz numer pięć. "Znów smutno się stało | wspomniałem jak piana | morska zaszumiała gniewnie | Na piasku leżałaś ty moja kochana | ty moja królewno". Koszmar! Chociaż może jako tekst jakiejś tam akustycznej ballady byłoby to całkiem niezłe. Tak sobie to właśnie wyobrażałem - dwie gitary, wokal, kwartet smyczkowy. Po drugim refrenie gitary zmieniają się w elektryczne, dochodzi perkusja, słowem, Stairway to Heaven, wersja ukraińska, grupa Wertep. Wyobrażałem sobie, że występuję jako frontman w grupie, która nazywałaby się Wertep.
Pamiętasz, ile wierszy było w tym pierwszym zeszycie?
Gdzieś tak ze dwadzieścia. Na więcej nie starczyło w nim stron. To był, dokładnie mówiąc, nie zeszyt, ale taki sobie miniaturowy album, notes w formie albumu, szerszy niż dłuższy. Podwędziłem go z osobistych archiwów ojca. Na jego okładce napisane było DLA STICHOW i nie mogłem się temu oprzeć. Sądzę, że ojciec kupił go na początku lat pięćdziesiątych w sklepie garnizonowym. Podczas służby w wojsku ojciec zaczął pisać wiersze po rosyjsku, takie dosyć patriotyczne. Boże mój, jakie to pojebane, kurwa! Ciekawe, że stalinowscy oficerowie polityczni zachęcali do pisania wierszy. Żołnierz Armii Czerwonej musiał mieć liryczną duszę. Może chodziło im jednak o sublimację?
Twierdzisz, że pisanie wierszy cię niezwykle zmieniło.
Tak, niezwykle. W dziesiątej klasie nastąpił pierwszy przełom. To jakby nagłe i gwałtowne zdobywanie siebie. Zacząłem tańczyć, mniej więcej do rzeczy rozmawiać z dziewczynami i trochę używać alkoholu. Palenie uważane było wśród nas za niemodne, ale do białego wytrawnego wina czasami paliliśmy. W dziesiątej klasie opuściłem mnóstwo lekcji i praktycznie przestałem się do nich przygotowywać w domu. Porzuciłem boks, od którego tylko wypadały mi włosy. To też wymagało zdecydowania - pewnego dnia przestać przychodzić do sekcji, gdzie nawet nie udało mi się sklepać nikomu maski. Zacząłem orientować się, że w sztuce jest jakaś awangarda czy jak to jeszcze nazwać, i to jest super. Próbowałem rozkochać w sobie naszą praktykantkę od niemieckiego, chociaż jej nogi wydawały się mi nieco zbyt cienkie. Była o cztery lata starsza, studiowała na uniwersytecie, nosiła takie dość wąskie spódnice i zachowywała się całkiem cool. Podobnie jak Eugene Gant widziałem już, jak zostaję z nią po lekcjach sam na sam i na początek nerwowo oblizujemy wargi. Na lekcjach lubiliśmy odciągać ją od niemieckich tematów, zaczynając rozmowy o muzyce, dawała się zagadać. W moich oczach nagle spaliła się do szczętu, kiedy pewnego razu całkiem ufnie zapytała: "Masz całą ABBĘ?". Jakby mnie prąd poraził. ABBA?!!! Jaka, do kurwy nędzy, ABBA, nienawidziłem tej błyszczącej szwedzkiej rodziny! Momentalnie przestałem kochać praktykantkę, sądzę, że nawet by mi nie stanął. Ciekawe, czy ona to wtedy odczuła?
Ale w ogóle to nadal nie uczyłeś się tak znowu źle?
W dalszym ciągu dostawałem nie takie znów złe oceny. W tym czasie już wiedziałem, że spróbuję się dostać do poligraficznego na tak zwane dziennikarstwo, dlatego po prostu olałem wszystkie te chemie, fizyki i geometrie. Przy czym kilka razy wygrywałem olimpiady z ukraińskiego, całą tę kurewską komisję z jakiegoś powodu mocno ruszyły moje dzieła, ostatecznie zrezygnowałem z bycia nieudacznikiem i uwierzyłem w całkiem oszałamiającą przyszłość. Tę, w której mieszkam teraz. Spełniła się. W ogóle już wtedy przyuczałem się do nieuchwytności, do tego, żeby być wszędzie i nigdzie jednocześnie. I żeby nikt na świecie nie mógł twierdzić, że niby mnie naprawdę zna. Pisałem wypracowania na piątki i smażyłem jointy z Gruzinem i jego załogą. Połowy z nich już nie ma pośród żywych, a druga połowa nigdy nie wyjdzie z więzień i psychiatryków. Najczęściej zrywaliśmy się z historii, bo nasz siedemdziesięcioletni nauczyciel zbliżał się do uwiądu i łatwo go było oszukiwać. Wiosną siedemdziesiątego siódmego stałem się świadkiem i mimowolnym współuczestnikiem znanego zabójstwa Chemika.
Chemika? Co to było?