Tajemnica - Jurij Andruchowycz

-
Proszę czekać

Przedmowa, jedna z możliwych

Pra­wie całą je­sień 2005 roku, z krót­ki­mi prze­rwa­mi, spę­dzi­łem w Ber­li­nie. Wła­śnie w tym cza­sie, gdzieś pod ko­niec wrze­śnia, po raz pierw­szy ode­zwał się do mnie nie­zna­ny mi wcze­śniej kry­tyk li­te­rac­ki i dzien­ni­karz Egon Alt. W wy­jąt­ko­wo ob­szer­nym jak na pocz­tę elek­tro­nicz­ną li­ście pi­sał o tym, że ma­rzy (wła­śnie tak!), by prze­pro­wa­dzić ze mną "nie­co dłuż­szą roz­mo­wę, a wła­ści­wie se­rię roz­mów", i że w ogó­le spe­cja­li­zu­je się w tak zwa­nych por­tre­tach, przede wszyst­kim pi­sa­rzy. Mo­głem się o tym prze­ko­nać dzię­ki wspo­mnia­nym w tym sa­mym li­ście pu­bli­ka­cjom, na czy­ta­nie któ­rych zresz­tą i tak nie mia­łem cza­su. Egon Alt na­le­gał, by­śmy ko­niecz­nie się spo­tka­li - "i to nie raz", a na za­koń­cze­nie do­dał coś ta­kie­go: "Sza­now­ny Pa­nie, pro­szę w żad­nym ra­zie nie od­ma­wiać! Zda­ję so­bie spra­wę, jak nad­zwy­czaj­nie, wręcz pie­kiel­nie jest Pan za­ję­ty, i go­rącz­ko­wo za­sta­na­wiam się nad tym, jak mogę mimo wszyst­ko za­chę­cić Pana do współ­pra­cy. Czy mam na­pi­sać, że dzie­siąt­ki razy czy­ta­łem wszyst­kie Pana książ­ki w nie­miec­kich i an­giel­skich prze­kła­dach? Że już trzy­krot­nie od­wie­dzi­łem Pań­ski kraj i trzy­krot­nie, za każ­dym ra­zem in­a­czej, by­łem nim za­sko­czo­ny i za­chwy­co­ny? Że je­stem Pana ró­wie­śni­kiem, naj­pew­niej więc od dzie­ciń­stwa słu­cha­li­śmy tej sa­mej mu­zy­ki i dzię­ki temu w na­szych roz­mo­wach na pew­no po­ja­wi się nie­ma­ło wspól­nych, bo­le­śnie słod­kich te­ma­tów? Nie, oczy­wi­ście, nie prze­czę - ma Pan peł­ne pra­wo od­mó­wić, ale je­śli się tak sta­nie, po­peł­ni Pan je­den z naj­więk­szych błę­dów swe­go ży­cia".

Te­raz je­stem już pe­wien, że co do ostat­nie­go miał cał­ko­wi­tą ra­cję. Cho­ciaż wła­śnie to zda­nie w pierw­szej chwi­li na­stro­iło mnie skraj­nie ne­ga­tyw­nie i do nie­go sa­me­go, i do jego agre­syw­nych za­mia­rów. Na do­da­tek zdą­ży­łem się już wte­dy moc­no znie­chę­cić do sa­me­go po­ję­cia "por­tret li­te­rac­ki" z jego nie­od­łącz­ny­mi ozdo­ba­mi w ro­dza­ju "sze­ro­kie spodnie z mnó­stwem kie­sze­ni, kol­czyk w le­wym uchu, na­wyk od­rzu­ca­nia do tyłu nie­sfor­ne­go pa­sma wło­sów, po­dar­te po­ma­rań­czo­wo-czar­ne tramp­ki". Wy­sła­łem mu w od­po­wie­dzi kil­ka nie­zbyt opty­mi­stycz­nych słów, coś w ro­dza­ju: nie wiem, jak się to wszyst­ko uło­ży, naj­pew­niej nie uło­ży się ni­jak. Cho­ciaż z ja­kie­goś po­wo­du, na wszel­ki wy­pa­dek, po­da­łem mu swój nu­mer te­le­fo­nu. Mu­szę przy­znać, że jego list na­praw­dę bar­dzo wy­róż­niał się na tle tych, któ­re zwy­kle przy­sy­ła­ją nie­miec­cy dzien­ni­ka­rze, kie­dy pro­po­nu­ją wy­wiad. Zresz­tą wte­dy nie­mal draż­ni­ło mnie to sło­wo, a mój ter­mi­narz za­peł­niał się co­raz to no­wy­mi obiet­ni­ca­mi i zo­bo­wią­za­nia­mi.

Wła­śnie dla­te­go, gdy nie­ba­wem, w cią­gu kil­ku na­stęp­nych mie­się­cy, przy­po­mi­nał o so­bie mej­la­mi i - nie­co rza­dziej - te­le­fo­na­mi, wo­la­łem od­po­wia­dać w spo­sób nie­okre­ślo­ny, od­kła­da­jąc na­sze spo­tka­nie "na po­tem", cza­sa­mi po pro­stu bro­ni­łem się przed jego co­raz bar­dziej na­tar­czy­wy­mi na­mo­wa­mi. Po­zo­sta­wał mi za­wsze mój ko­ron­ny ar­gu­ment - je­sie­nią wciąż ma­rzy­łem o tym, by za­brać się do pi­sa­nia no­wej po­wie­ści. Od­ma­wia­łem mu za­tem, po­wo­łu­jąc się przede wszyst­kim na to. Wte­dy on prze­pra­szał i na ja­kiś czas milkł. Przy czym nie­mal wi­dzia­łem, jak skru­szo­ny krę­ci gło­wą i z za­kło­po­ta­niem roz­kła­da ręce - gdzieś tam w swo­im za­pusz­czo­nym miesz­ka­niu na Pren­zlau­er Berg.

Moja nowa po­wieść jed­nak ni­jak nie chcia­ła do mnie przyjść. W ta­kim wy­pad­ku naj­le­piej jest bez wa­ha­nia wszyst­ko wo­kół sie­bie zmie­nić. Pod ko­niec grud­nia na kil­ka ty­go­dni ucie­kłem do domu, a w stycz­niu 2006 w dro­dze po­wrot­nej z Fran­ka do Ber­li­na na­gra­łem we Wro­cła­wiu al­bum z Kar­bi­do. Ze sło­wem kar­bid ko­ja­rzy mi się przede wszyst­kim nie­zno­śny sa­mo­gon z oko­lic Haj­sy­na w ob­wo­dzie win­nic­kim. Skąd ta­kie wła­śnie sko­ja­rze­nie, do­wie­cie się w trze­cim roz­dzia­le tej książ­ki. W każ­dym ra­zie na­zwa na­sze­go wspól­ne­go z Kar­bi­do al­bu­mu przy­szła sama z sie­bie - "Sa­mo­gon". Po­my­śla­łem, że to wła­śnie jest nowa po­wieść, któ­rą obie­ca­łem so­bie na­pi­sać w Ber­li­nie. W ten spo­sób, sam przez sie­bie zwol­nio­ny z naj­waż­niej­sze­go z we­wnętrz­nych zo­bo­wią­zań, po 20 stycz­nia wró­ci­łem do nie­miec­kiej sto­li­cy na ko­lej­ne trzy mie­sią­ce. W swo­im dzien­ni­ku z tych dni za­no­to­wa­łem: "Chło­dy prze­su­wa­ją się ze wscho­du na za­chód tą samą tra­są, ale nie­co mnie wy­prze­dza­ją". I na­praw­dę - w chwi­li gdy mój po­ciąg wy­ło­nił się z dwor­ca na Frie­drich­straße, zu­peł­nie dziw­nie było zo­ba­czyć z okna wa­go­nu cał­ko­wi­cie za­mar­z­nię­tą, po­kry­tą gru­bym lo­dem Spre­wę. Ale wszyst­ko to nie ma nic do rze­czy.

W lu­tym - tro­chę nie­spo­dzie­wa­nie dla sie­bie sa­me­go - zgo­dzi­łem się, naj­pierw w mej­lu, a po­tem po­twier­dzi­łem te­le­fo­nicz­nie. Moje pierw­sze spo­tka­nie z Ego­nem Al­tem od­by­ło się nie­opo­dal miej­sca, gdzie miesz­ka­łem, też na Stut­t­gar­ter Platz, w ka­wiar­ni "Miró", któ­ra z ja­kie­goś po­wo­du ofi­cjal­nie uwa­ża­na jest za ar­ty­stycz­ną, być może dla­te­go że nocą raz po raz wpa­da­ją do niej, by tro­chę się roz­luź­nić, pół­na­gie tan­cer­ki z oko­licz­nych klu­bów. Otóż Egon Alt oka­zał się "nie taki". Nie po­zo­stał na­wet cień eg­zal­to­wa­ne­go i sza­leń­czo za­ko­cha­ne­go w moim pi­sa­niu dzi­wa­ka, któ­ry w mo­jej wy­obraź­ni ge­sty­ku­lo­wał tak wy­ra­zi­ście przez te wszyst­kie bez wy­jąt­ku mej­le. W rze­czy­wi­sto­ści Egon Alt był cał­kiem przy­tom­nym, prag­ma­tycz­nym i nie­po­zba­wio­nym iro­nicz­ne­go dy­stan­su fa­ce­tem, moim, jak słusz­nie pi­sał, ró­wie­śni­kiem i sta­rym wró­blem. Już na po­cząt­ku zna­jo­mo­ści z ła­two­ścią prze­szli­śmy na "ty", po trze­ciej bran­dy oka­za­ło się, że na­sze ulu­bio­ne na­po­je zna­la­zły­by się w mniej wię­cej tych sa­mych i są­sia­du­ją­cych ze sobą krat­kach al­ko­ho­lo­we­go ukła­du okre­so­we­go, gdy­by taki ist­niał. Świa­dec­twem na­szej za­ży­ło­ści sta­ło się to, że po dwóch go­dzi­nach zna­jo­mo­ści ku­pi­li­śmy pacz­kę czer­wo­nych gau­lo­ises'ów i od razu za­czę­li­śmy ją chci­wie wy­pa­lać, cho­ciaż tak w ogó­le obaj rzu­ci­li­śmy te spra­wy parę lat temu. Pa­mię­tam wy­do­by­te przez Ego­na Alta z ja­kiejś ol­brzy­miej kie­sze­ni spodni pu­deł­ko za­pa­łek z na­pi­sem "So­juz wie­tie­ra­now Afga­ni­sta­na". Wy­da­wa­ło nam się ono wy­jąt­ko­wo śmiesz­ne. W ogó­le Egon Alt no­sił w kie­sze­niach mnó­stwo róż­nych ab­sur­dal­nych, ale jed­no­cze­śnie ja­koś tam funk­cjo­nal­nych przed­mio­tów - był po­śród nich gwiz­dek z łu­ski, przed­po­to­po­wa ta­lia kart z czar­no-bia­łą por­no­gra­fią i se­ro­wy ko­nik z Ko­so­wa. Do tego miał ze sobą cały ple­cak mo­ich ksią­żek - roz­ma­itych, wy­da­nych w róż­nych la­tach i w róż­nych ję­zy­kach. Każ­dą z nich zmu­szo­ny by­łem pod­pi­sać, a w do­dat­ku każ­dą in­a­czej. W trze­ciej go­dzi­nie na­sze­go spo­tka­nia wy­szła z tego nie­zła za­ba­wa, dla mnie jed­nak do­syć wy­czer­pu­ją­ca. Tego wie­czo­ra nie mo­gli­śmy nie umó­wić się, że ko­niecz­nie to zro­bi­my. To mia­ło stać się książ­ką. Ale nie cał­kiem tą, któ­rą te­raz czy­ta­cie.

Wy­bra­li­śmy ostat­ni ty­dzień mar­ca, sie­dem dni. Co rano przy­cho­dził do mo­je­go tym­cza­so­we­go afry­kań­skie­go miesz­ka­nia na Stut­t­gar­ter Platz 22 i co wie­czór wra­cał do sie­bie na wschód Ber­li­na. Co­dzien­nie prze­ga­dy­wa­li­śmy po osiem, dzie­sięć go­dzin, a mię­dzy nami stał jego dyk­ta­fon. Oczy­wi­ście okre­śle­nie "prze­ga­dy­wa­li­śmy" jest nie­ści­sło­ścią: mó­wi­łem prze­waż­nie ja, a on prze­waż­nie sta­wiał py­ta­nia. Przy czym stop­nio­wo opróż­nia­li­śmy od jed­nej do dwóch i pół bu­tel­ki któ­rejś z na­szych ulu­bio­nych bran­dy. Każ­de­go z tych dni prze­ży­wa­li­śmy (ja po­wtór­nie) ka­wał mo­je­go ży­cia. Osta­tecz­ne zro­zu­mie­nie wszyst­kie­go, co się ze mną na­praw­dę dzia­ło przez wszyst­kie te lata, dal­sze i bliż­sze, przy­cho­dzi­ło, tak jak i upo­je­nie, do­pie­ro pod ko­niec dnia, wie­czo­rem. Ko­lej­ne­go, oświe­ce­ni i oczysz­cze­ni, bra­li­śmy się do na­stęp­ne­go ka­wał­ka. I tak było przez wszyst­kie dni z wy­jąt­kiem siód­me­go. Siód­me­go dnia umó­wi­li­śmy się, że po­jeź­dzi­my po Ber­li­nie. Gwał­tow­nie zmie­nia­li­śmy kra­jo­bra­zy, war­stwy spo­łecz­ne, kie­run­ki ru­chu i środ­ki trans­por­tu, roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim na świe­cie, a jego dyk­ta­fon - mimo ofi­cjal­nie ogło­szo­ne­go przez nas dnia za­słu­żo­ne­go od­po­czyn­ku - był za­wsze włą­czo­ny.

Jesz­cze tego sa­me­go, ostat­nie­go dnia za­py­ta­łem go, mię­dzy in­ny­mi, o to, kie­dy za­mie­rza opu­bli­ko­wać całą tę książ­kę. Moim ko­lej­nym py­ta­niem po­win­no być, w ja­kim wy­daw­nic­twie. Ale od­po­wiedź na pierw­sze oka­za­ła się taka, że sta­wiać na­stęp­ne­go nie było sen­su. "Kie­dy? - po­wtó­rzył py­ta­nie. - Wiesz, na ra­zie nie wia­do­mo. Chy­ba za­po­mnia­łem cię na sa­mym po­cząt­ku uprze­dzić o jed­nej ta­kiej rze­czy. Po­sta­no­wi­łem to opu­bli­ko­wać do­pie­ro po two­jej śmier­ci. W ten spo­sób sta­nie się to bar­dziej war­to­ścio­we". Po­śmie­li­śmy się we­so­ło z ta­kie­go ob­ro­tu sy­tu­acji i zmie­ni­li­śmy te­mat. Cho­ciaż mu­szę przy­znać - zro­bi­ło mi się tro­chę przy­kro, przede wszyst­kim z po­wo­du bra­ku mo­je­go dal­sze­go uczest­ni­cze­nia w pro­jek­cie.

Dla­te­go tak bar­dzo zdzi­wi­łem się, kie­dy po kil­ku ty­go­dniach do­sta­łem od nie­go pocz­tą wszyst­kie te sie­dem prze­ga­da­nych dni, całą ich mowę-tra­wę, to co śli­na na ję­zyk przy­nio­sła, wszyst­ko, co wte­dy za­brzmia­ło, od pierw­sze­go do ostat­nie­go zda­nia, z wszyst­ki­mi pau­za­mi, dłu­ży­zna­mi, eee i iii, czy­li w ab­so­lut­nie pier­wot­nej for­mie, za­pi­sa­ne w for­ma­cie mp3 i na­gra­ne na kom­pak­ty, każ­dy dzień na od­dziel­nej pły­cie, za­tem płyt było też sie­dem. Oprócz tego w pacz­ce znaj­do­wał się list - pierw­szy raz do­sta­łem list na­pi­sa­ny przez nie­go od­ręcz­nie. Zro­bi­ło to na mnie wra­że­nie do­syć nie­zwy­kłe. W tym mo­men­cie po raz pierw­szy po­my­śla­łem, że ja jego, Ego­na Alta, zu­peł­nie nie znam. Pi­sał mię­dzy in­ny­mi: "Je­stem pra­wie pe­wien, że to ci się może i po­win­no przy­dać. W każ­dym ra­zie masz peł­ne pra­wo to za­cho­wać - no, cho­ciaż­by na pa­miąt­kę. Albo jako pa­miąt­kę pa­mią­tek, czy może wspo­mnie­nie wspo­mnień. Bo czy to nie ty na­pi­sa­łeś, że two­ja pa­mięć po­zwa­la ci ro­bić wszyst­ko to, co ze­chcesz? Więc rób, co ze­chcesz, bo­ha­te­rze!".

Ostat­nie zda­nie brzmi jak bło­go­sła­wień­stwo. Ten na­pi­sa­ny od­ręcz­nie list oka­zał się po­że­gnal­ny. Kil­ka dni przed moim osta­tecz­nym wy­jaz­dem z Ber­li­na, to jest na sa­mym po­cząt­ku maja 2006 roku, przy­pad­ko­wo do­wie­dzia­łem się o śmier­ci Ego­na w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Zda­rzy­ło się to nocą, je­śli się nie mylę na trzy­dzie­stym siód­mym ki­lo­me­trze au­to­stra­dy A93 po­mię­dzy No­rym­ber­gą a Schwan­dor­fem. Sie­dział za kie­row­ni­cą i, jak to się na­zy­wa w ko­mu­ni­ka­tach po­li­cji dro­go­wej, stra­cił pa­no­wa­nie nad po­jaz­dem. Znam tę tra­sę - nie­wie­le wcze­śniej, a do­kład­nie 26 kwiet­nia, wy­stę­po­wa­łem we wspo­mnia­nym Schwan­dor­fie z frag­men­ta­mi Dwu­na­stu krę­gów, mo­je­mu czy­ta­niu to­wa­rzy­szy­ła gra Nor­ber­ta Vol­la­tha na kil­ku sak­so­fo­nach i wie­lu in­nych, do­syć śmiesz­nych in­stru­men­tach. On sam, Nor­bert Vol­lath, wła­śnie wiózł mnie w dzień tą dro­gą, po tym jak wy­szedł po mnie na lot­ni­sko w No­rym­ber­dze. Dla­te­go pa­mię­tam do­brze ten od­ci­nek au­to­stra­dy A93 i mogę stwier­dzić z całą pew­no­ścią: tam nie ma nic szcze­gól­nie trud­ne­go, tam w ogó­le nie ma nic trud­ne­go. Naj­praw­do­po­dob­niej Ego­no­wi Al­to­wi przy­tra­fi­ło się tak zwa­ne "przy­śnię­cie". Zresz­tą te­raz nikt już nie usta­li praw­dzi­wej przy­czy­ny. Nikt nie do­wie się też, po jaką cho­le­rę tam je­chał w nocy, przez ten Obe­rp­falz, swo­im roz­kle­ko­ta­nym sta­rym ci­tro­enem, tym sa­mym, któ­rym sześć wie­czo­rów pod rząd od­jeż­dżał z ry­kiem spod mo­ich okien - nie zwa­ża­jąc na znacz­ne prze­kro­cze­nia do­pusz­czal­nej nor­my al­ko­ho­lu we krwi. I za każ­dym ra­zem mu się to uda­wa­ło - do­jeż­dżał szczę­śli­wie do domu. No i pew­nej nocy mu się nie uda­ło. Ale mogę tyl­ko przy­pusz­czać. Na­wet nie wiem, gdzie go po­cho­wa­no. To zna­czy od zna­jo­mych jego zna­jo­mych nie­ba­wem do­wie­dzia­łem się, że miał to być cmen­tarz Nor­dend w Ber­li­nie i ta jego część, któ­ra po na­sze­mu na­zy­wa­ła­by się Get­se­mań­ska. Wy­obraź­cie so­bie - pod ko­niec sierp­nia przy­le­cia­łem do nie­miec­kiej sto­li­cy na kil­ka dni przede wszyst­kim po to, żeby go od­wie­dzić. Jed­nak nic, co przy­po­mi­na­ło­by jego grób na tym cmen­ta­rzu, się nie ob­ja­wi­ło. Opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­kę bran­dy zo­sta­wi­łem na środ­ku głów­nej alei.

Tak jak­by nig­dy nie było go na tym świe­cie.

Wła­ści­wie nie jego, ale jego cia­ła ze zmiaż­dżo­ną przez kie­row­ni­cę klat­ką pier­sio­wą. Kie­row­cy mó­wią, że to ty­po­wy przy­pa­dek - klat­ka pier­sio­wa zmiaż­dżo­na przez kie­row­ni­cę.

* * *

Trze­ba było tro­chę po­żyć z tą hi­sto­rią, przy­wyk­nąć do niej, od cza­su do cza­su prze­słu­chu­jąc szcze­gól­nie ulu­bio­ne i szcze­gól­nie znie­na­wi­dzo­ne ka­wał­ki. Tych dru­gich - do­dam dla wy­ja­śnie­nia - było znacz­nie wię­cej. Wresz­cie gdzieś pod ko­niec lata do­sze­dłem do wnio­sku, że nie mam in­ne­go wyj­ścia: żeby się od tego uwol­nić, mu­szę zro­bić to, cze­go on nie zdą­żył, czy­li zro­bić z tego książ­kę. Przy tym dłu­go prze­ko­ny­wa­łem sa­me­go sie­bie, że to może oka­zać się po­trzeb­ne nie tyl­ko mnie.

Całą je­sień 2006 roku roz­szy­fro­wy­wa­łem na­sze roz­mo­wy (prze­waż­nie wła­sną, cza­sa­mi nie­zno­śnie wie­lo­słow­ną ga­da­ni­nę) i spi­sy­wa­łem je. Przy tym jego za­mysł stop­nio­wo sta­wał się moim. Cho­ciaż co ja tak na­praw­dę wiem o jego za­my­śle?

Zro­zu­mia­łe, że za­pi­sy­wa­nie tego wszyst­kie­go tak, jak na­gry­wa­ło się z po­wie­trza i ust, czy­li za­cho­wu­jąc pro­por­cje je­den do jed­ne­go, było nie­moż­li­we i na szczę­ście nie­po­trzeb­ne. Moja ob­rób­ka na­ga­da­ne­go ma­te­ria­łu po­le­ga­ła na tym, że po pierw­sze, prze­kła­da­łem go z nie­miec­kie­go na ukra­iń­ski, po dru­gie, usu­wa­łem to, co zbęd­ne, po­zby­wa­łem się luk w tre­ści i - po pro­stu - wspo­mnia­nych już po­mru­ki­wań, po trze­cie, sta­ra­łem się za­pi­sy­wać go w taki spo­sób, żeby z jed­nej stro­ny nie utra­cić po­tocz­no­ści i bez­po­śred­nio­ści, a z dru­giej - uczy­nić zdat­nym do czy­ta­nia, czy­li w znacz­nym stop­niu usztucz­nia­łem (li­te­ra­tu­ro­wa­łem?) po­wie­dzia­ne. Do swo­ich za­sług chcę do­dać, że nie upięk­sza­łem mo­ich wy­po­wie­dzi, nie czy­ni­łem ich w ża­den spo­sób roz­sąd­niej­szy­mi czy mą­drzej­szy­mi, niż były w rze­czy­wi­sto­ści - więc wy­po­wie­dzia­ne prze­ze mnie głu­po­ty zo­sta­ły na wi­do­ku.

I po czwar­te. Nie mo­głem po­wstrzy­mać się przed pew­ną au­to­cen­zu­rą, ukry­wa­niem, wy­gła­dza­niem, po pro­stu usu­wa­niem wie­lu frag­men­tów, któ­re wy­da­wa­ły się szcze­gól­nie szko­dli­we albo przy­kre dla nie­któ­rych wspo­mnia­nych w tej książ­ce osób.

A pro­pos, je­śli już o nich mowa. Na wszel­ki wy­pa­dek przy­po­mnę: "wszy­scy bo­ha­te­ro­wie tego utwo­ru są fik­cyj­ni, a ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo imion czy sy­tu­acji do rze­czy­wi­sto­ści - przy­pad­ko­we". Tyl­ko mnie, jed­ne­mu z jego współ­uczest­ni­ków, mogą się myl­nie zda­wać nie­przy­pad­ko­we i nie­fik­cyj­ne, lecz strasz­nie bli­skie i praw­dzi­we, jak­by to było je­dy­nie moż­li­we ży­cie.

Ale to wy­łącz­nie mój pro­blem. W rze­czy­wi­sto­ści co­raz bar­dziej oczy­wi­sty sta­je się fakt, że my wszy­scy i ten świat ra­zem z nami na­le­ży­my do in­ne­go, znacz­nie więk­sze­go od nas Au­to­ra i je­ste­śmy jego cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wym wy­my­słem. Dla­te­go wła­śnie on po­wi­nien po­no­sić za nas wszyst­kich peł­ną praw­ną od­po­wie­dzial­ność.

24 grud­nia 2006

1. Mój martwy przyjaciel Radu Teodor

Za­czy­na­my?

Za­czy­naj, ale od sa­me­go po­cząt­ku.

Kie­dy to się wszyst­ko za­czę­ło?

Zda­je mi się, że wio­sną 2003 roku, dwa lata temu. W He­idel­ber­gu. Tam jest taka knaj­pa na sta­rym mie­ście, na­praw­dę sta­rym, i ona ja­koś tak po ame­ry­kań­sku się na­zy­wa - "Drug­sto­re".

Wiem, to jest na Ket­ten­gas­se.

Moż­li­we. W każ­dym ra­zie to kil­ka mi­nut od Ryn­ku i od uni­wer­sy­te­tu, i od tego tro­chę cu­kier­ko­we­go śre­dnio­wie­cza. W tej knaj­pie spo­ty­ka­ją się róż­ni miej­sco­wi sza­chi­ści. A może nie sza­chi­ści, może ko­lek­cjo­ne­rzy znacz­ków pocz­to­wych. Czy ja­kiś tym po­dob­ny sort za­mknię­tych we wła­snym krę­gu pół­i­dio­tów. Moż­na tam sie­dzieć go­dzi­na­mi i ni­cze­go nie za­ma­wiać - tyl­ko ga­ze­ty. Przy­je­cha­łem do Jac­ko­ba na mój wie­czór po­etyc­ki, ale zo­sta­ło mi jesz­cze kupę wol­nych go­dzin. By­łem ze Ste­fą Ptasz­nyk, cho­dzi­li­śmy we dwo­je w dłu­gim i cał­kiem bez­na­dziej­nym desz­czu, bo to było gdzieś pod ko­niec paź­dzier­ni­ka i wresz­cie do­bi­li­śmy do tego "Drug­sto­re". Spodo­ba­ło mi się to, bo ja głów­nie tłu­ma­czy­łem bit­ni­ków, a Ste­fa po­wie­dzia­ła mi, że ta knaj­pa jest ja­koś zwią­za­na z ludź­mi 1968 roku i dla­te­go ma taką ame­ry­kań­ską, niby tro­chę bit­ni­ko­wą na­zwę. I tak po­sie­dzie­li­śmy tam ja­kąś go­dzi­nę, po­ta­jem­nie oglą­da­jąc wszyst­kich tych fre­aków, któ­rzy w od­po­wie­dzi tyl­ko zer­ka­li na nas i sze­le­ści­li wy­schnię­ty­mi paź­dzier­ni­ko­wy­mi ga­ze­ta­mi. Poza tym oma­wia­li­śmy prze­kła­dy pio­se­nek dla mar­twe­go ko­gu­ta, któ­re zro­bi­ła Ste­fa, pi­łem her­ba­tę z gi­gan­tycz­nej fi­li­żan­ki, to już na­wet nie fi­li­żan­ka była, lecz ja­kaś mi­ska, czy­li na­wet nie pi­łem, ale sior­ba­łem, no a po­tem po­sze­dłem do ki­bla się od­lać i cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie po­my­śla­łem, że to tak na­praw­dę taki film ze mną - oto z ja­kie­goś po­wo­du je­stem w He­idel­ber­gu w ka­wiar­ni z ame­ry­kań­ską na­zwą, idę, wy­ko­nu­ję ja­kieś ru­chy, my­ślę o gwał­tow­nym za­trzy­ma­niu pra­cy ser­ca, wcho­dzę do ubi­ka­cji i tak da­lej, i w tym sa­mym cza­sie wszyst­ko to oglą­dam - nie­zu­peł­nie z boku oczy­wi­ście, ale i nie­zu­peł­nie od środ­ka. I śla­dem przy­szła myśl, że w fi­na­le tego fil­mu bo­ha­ter musi umrzeć i co w ta­kim ra­zie zro­bi­my z wi­dzem?

Za­tem na wszel­ki wy­pa­dek spró­bu­ję z ca­łych sił ko­rzy­stać z tego two­je­go we­wnętrz­ne­go ki­ne­ma­to­gra­fu - póki dzia­ła. Tak więc kie­dy sta­rasz się przy­po­mnieć so­bie ja­kieś pierw­sze naj­wcze­śniej­sze prze­ży­cia, co sta­je ci przed ocza­mi?

Pod­ło­ga, de­ski pod­ło­gi w ta­kim brud­nym ciem­no­czer­wo­nym ko­lo­rze, moc­no po­dra­pa­ne de­ski, szpa­ry mię­dzy nimi. I w tych szpa­rach cza­iła się ot­chłań! Żar­tu­ję - ot­chła­ni jesz­cze nie było. Zda­je się, że peł­za­łem po tej pod­ło­dze. Mia­łem na so­bie gru­be fla­ne­lo­we spodnie w przy­bli­że­niu ta­kie­go sa­me­go, ma­li­no­we­go, ko­lo­ru. Nig­dy ich nie wi­dzia­łem, to zna­czy nig­dy ich świa­do­mie nie za­re­je­stro­wa­łem, ale je­stem pe­wien, że je mia­łem.

Było ci do­brze czy źle?

Ani tak, ani tak. Nie chcę ni­cze­go do­ry­so­wy­wać, do­my­ślać, do­da­wać ja­kichś szcze­gó­łów. I tak by­ły­by wy­my­ślo­ne.

Ale oczy­wi­ście pa­mię­tasz mo­men­ty, kie­dy było na­praw­dę do­brze?

Wie­le lat póź­niej, la­tem 1970 roku. Je­dzie­my z ro­dzi­ca­mi do Pra­gi. No tak, naj­pierw cały dzień we Lwo­wie, ta­kim strasz­nie po­chmur­nym, sza­rym, i znów deszcz, któ­ry nie prze­sta­wał i nie za­mie­rzał prze­stać pa­dać. Tak że we­wnątrz dwor­ca pach­nia­ło wil­go­cią, ja­kąś taką mo­krą, bez­dom­ną psi­ną. Jesz­cze cie­płym je­dze­niem z bu­fe­tu, tymi po­twor­ny­mi ko­tle­ta­mi. Do dziś nimi pach­nie ta cała po­cze­kal­nia po­mię­dzy salą pod­miej­ską i głów­ną. Tego za­pa­chu już nig­dy stam­tąd się nie wy­wie­trzy. Po po­łu­dniu od­jeż­dżał po­ciąg Mo­skwa-Pra­ga, ale nie było na nie­go bi­le­tów i nig­dzie nie po­je­cha­li­śmy. Ja­cyś lu­dzie krę­ci­li się koło kasy mię­dzy­na­ro­do­wej i ener­gicz­nie da­wa­li moim ro­dzi­com - przede wszyst­kim ma­mie, bo ona sama ich wszyst­kich za­ga­dy­wa­ła - wszel­kie ty­po­wo ra­dziec­kie rady, jak mamy się te­raz wy­wi­nąć. Oj­ciec re­gu­lar­nie gdzieś zni­kał, po­dej­rze­wam, że w bu­fe­cie. Oj­ciec był na gra­ni­cy. I tak le­d­wo na­mó­wi­li­śmy go, żeby je­chał z nami, po­tem ta wy­czer­pu­ją­ca taj­niac­ka pro­ce­du­ra z wy­ro­bie­niem pasz­por­tu i po­zwo­le­nia na wy­jazd. A te­raz jesz­cze taki po­rą­ba­ny po­czą­tek. By­łem nie­mal zroz­pa­czo­ny - co bę­dzie kie­dy pew­ne­go razu znik­nie w bu­fe­cie i nie wró­ci?

Mu­szę przy­po­mnieć moje py­ta­nie: czy pa­mię­tasz chwi­le, kie­dy było ci do­brze?

Za­raz do tego doj­dę, nie śpiesz się. Gdzieś pod wie­czór mama wpa­dła na to, żeby ku­pić bi­le­ty na noc­ny po­ciąg do Czo­pa. Ktoś jej coś ta­kie­go po­ra­dził: "No - mó­wił - do­je­dzie­cie do Czo­pa, gra­ni­cę przej­dzie­cie pie­cho­tą, a tam z pierw­szej lep­szej cze­cho­sło­wac­kiej sta­cji pierw­szy lep­szy po­ciąg do Pra­gi". Ile mia­ła lat? Rów­no trzy­dzie­ści, mło­da pięk­na ko­bie­ta, cała ta ha­ła­stra wo­kół kasy mię­dzy­na­ro­do­wej sta­ra­ła się ja­koś do niej przy­lgnąć. Było mi przy­kro, że oj­ciec tego na­wet nie wi­dzi.

Dla­cze­go je­cha­li­ście do Pra­gi?

Je­cha­li­śmy w go­ści do ro­dzi­ny. W tym cza­sie miesz­ka­ły tam dwie ciot­ki ojca, ro­dzo­ne sio­stry jego ojca. Star­sza z nich była żoną pro­fe­so­ra bio­lo­gii, na­zy­wa­li­śmy go wu­jek Eu­gen (wła­śnie Eu­gen, a nie Je­when - zu­peł­nie jak Ma­ła­niuk), miesz­ka­li na przed­mie­ściu Mo­dřa­ny ra­zem z dru­gą, nie­za­męż­ną sio­strą i star­szym sy­nem. Są­sie­dzi mó­wi­li o nich, że pro­fe­sor Eu­gen Ma­łyk żyje z dwie­ma ko­bie­ta­mi - star­sza mu go­tu­je, a z młod­szą śpi. Cał­kiem nie­zły po­mysł. W rze­czy­wi­sto­ści nie mógł spać z sio­strą wła­snej żony, dla­te­go że był ty­pem ab­so­lut­nie mo­ral­nym, bar­dziej mo­ral­ni się nie zda­rza­ją. Po­cho­dził z Bo­ho­du­cho­wa we wschod­niej Ukra­inie i szko­le­nie woj­sko­we od­był w car­skiej ar­mii. Do Cze­cho­sło­wa­cji za­nio­sło go, jak mnó­stwo in­nych emi­gran­tów z UNR, po osta­tecz­nej po­raż­ce Pe­tlu­ry. Nie wiem, jak do tego do­szło, ale pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej, czy­li już w la­tach czter­dzie­stych, spo­tkał ciot­kę Adę, sio­strę mo­je­go dziad­ka. Obo­je byli ka­ta­stro­ficz­nie nie­mło­dzi i sa­mot­ni, dla­te­go czym prę­dzej się po­bra­li i zro­bi­li so­bie pierw­sze dziec­ko. Uro­dził się im chłop­czyk, któ­re­mu z ja­kie­goś po­wo­du wu­jek Eu­gen ka­te­go­rycz­nie chciał nadać ja­kieś bi­blij­ne imię - Da­wid, Iza­ak albo Abra­ham. "I co może jesz­cze, Szmul?" - pro­te­sto­wa­ła ciot­ka Ada. Obo­je zgo­dzi­li się na Da­nie­la. Pew­ne­go razu w nocy wu­jek Eu­gen wy­mru­czał przez sen: "Sprze­dał­bym du­szę Me­fi­sto­fe­le­so­wi, żeby tyl­ko do­żyć chwi­li, kie­dy on skoń­czy szko­łę". Ale i bez Me­fi­sto­fe­le­sa do­cią­gnął do znacz­nie póź­niej­szych cza­sów. Cho­ciaż, kto go tam wie, może, aku­rat...? La­tem sześć­dzie­sią­te­go ósme­go roku pierw­szy raz po­je­cha­li­śmy z mamą do Pra­gi i miesz­ka­li­śmy u nich na Mo­dřa­nach. Wu­jek Eu­gen twier­dził, że je­ste­śmy strasz­li­wie zru­sy­fi­ko­wa­ni, i po­pra­wiał pra­wie każ­de na­sze sło­wo. "Le­kar­nia - mó­wił - le­kar­nia, a nie lecz­ni­ca, bo lecz­ni­ca - to tam gdzie leki, czy­li ap­te­ka, a le­kar­nia - tam gdzie le­czą. W osta­tecz­no­ści - szpi­tal". Był ta­kim stu­pro­cen­to­wym pro­fe­so­rem: ły­si­na, siwa bród­ka hisz­pan­ka, za­je­bi­ście gru­be oku­la­ry. A i tak ga­ze­ty czy­tał jesz­cze z lupą. I za­wsze zwra­cał ma­mie uwa­gę na wszel­kie moje bra­ki, to zna­czy bra­ki w moim wy­cho­wa­niu. Na przy­kład nie umia­łem pra­wi­dło­wo trzy­mać wi­del­ca. Jak się go pra­wi­dło­wo trzy­ma, nie wiesz? Albo wtrą­ca­łem się w roz­mo­wy do­ro­słych bez po­zwo­le­nia. Nie mogę po­wie­dzieć, że go bar­dzo lu­bi­łem. Do­brze, że Pe­tlu­ra prze­grał tę woj­nę, in­a­czej wu­jek zo­stał­by może jesz­cze mi­ni­strem. Na przy­kład mi­ni­strem bio­lo­gii. Był z tych, któ­rzy za­wsze zo­sta­ją mi­ni­stra­mi so­cja­li­stycz­nych rzą­dów.

Ale Pra­ga i sześć­dzie­sią­ty ósmy rok - to przede wszyst­kim inna sta­ła hi­sto­rycz­na ko­no­ta­cja...

Tak, ab­so­lut­nie. Po­je­cha­li­śmy tam z mamą w lip­cu, a mie­siąc póź­niej, w sierp­niu, do­szło do wia­do­mych wy­da­rzeń. By­li­śmy już w domu, kie­dy usły­sze­li­śmy, że na­ród Cze­cho­sło­wa­cji po­pro­sił, by wspo­móc go czoł­ga­mi i po­wstrzy­mać na­tow­ską agre­sję. Ojca na­gle wzię­li do woj­ska, po­wstrzy­my­wał na­tow­ską agre­sję, jak mógł - no­sił dre­lich z czar­ny­mi ar­ty­le­ryj­ski­mi in­sy­gnia­mi, na pa­go­nach miał trzy gwiazd­ki, co zna­czy­ło to­wa­rzysz po­rucz­nik. Jego dy­wi­zję z wszyst­ki­mi cią­gni­ka­mi i ar­ma­ta­mi prze­ciw­lot­ni­czy­mi roz­lo­ko­wa­no na wszel­ki wy­pa­dek w oko­li­cach Sta­ni­sła­wo­wa, cho­ciaż już wte­dy Fran­ka, nad rze­ką i nie­źle tam po­pi­ja­li. Mój oj­ciec był żar­tow­ni­siem, cza­sa­mi ucie­kał z tego obo­zu woj­sko­we­go na parę go­dzin do domu, prze­waż­nie nie­źle wsta­wio­ny, i wciąż po­wta­rzał o nas z mamą coś ta­kie­go, że "No, pu­ści­łem ich do Pra­gi i oni tam tak za­mą­ci­li, a ja mu­szę po nich cały ten bar­dak sprzą­tać". Prze­siąk­nię­ty był za­pa­chem woj­sko­wych bu­tów, onuc, pa­sów i pro­pa­gan­dy. Da­wał mi do po­trzy­ma­nia swój pi­sto­let, pew­ne­go razu w nie­dzie­lę strze­la­li­śmy z nie­go w pień orze­cha na na­szym po­dwór­ku, wiel­ki był ten orzech i wy­so­ki. Ra­zem z oj­cem wa­li­li­śmy nad­spo­dzie­wa­nie cel­nie, raz za ra­zem od­strze­li­wu­jąc uschnię­te ga­łę­zie. Zda­je się, że wy­strze­la­li­śmy kil­ka ma­ga­zyn­ków, do­pie­ro wte­dy do ojca do­tar­ło, że bę­dzie mu­siał roz­li­czyć się z każ­de­go na­bo­ju.

A gdy­by mu­siał tego lata strze­lać do Cze­chów? Jak my­ślisz, strze­lał­by?

My­ślę, że by strze­lał. Ar­mia ist­nie­je po to, by strze­lać. Nie, nie wiem, nie mogę stwier­dzić z pew­no­ścią. W tym cza­sie miał trzy­dzie­ści osiem lat i nie­źle na­mie­sza­ne. Z jed­nej stro­ny, za­wsze pa­mię­tał, czy­im jest sy­nem i przez czy­ją kulę od­szedł na tam­ten świat jego oj­ciec. Z dru­giej jed­nak, jak mógł sta­wiać opór? Sys­tem wziął go do woj­ska i z pew­no­ścią mu­siał­by wy­ko­ny­wać jego roz­ka­zy. Na szczę­ście roz­ka­zu strze­la­nia do Cze­chów nie do­stał. Ale po­do­ba­ło mu się by­cie ofi­ce­rem re­zer­wy Ar­mii Czer­wo­nej, to na pew­no. No­sić - nie­chby tym­cza­so­wo - pi­sto­let, pen­dent, pach­nieć bre­zen­tem i wodą ko­loń­ską "Szipr". W pew­nej mie­rze wy­cho­dzi­ło z nie­go przy tym dzie­ciń­stwo, któ­re­go nie prze­żył do koń­ca - taka so­bie za­ba­wa w wo­jen­kę.

W jed­nym z ese­jów, zda­je się ...no stran­no­ju lu­bow­ju, pi­szesz, że niby wte­dy, w sześć­dzie­sią­tym ósmym roku, kie­dy ra­dziec­kie czoł­gi wjeż­dża­ły do Pra­gi, nie by­łeś po stro­nie czoł­gów. To zna­czy, nie by­łeś po stro­nie wła­sne­go ojca?

Mhm, ja­koś tak w przy­bli­że­niu. Po pro­stu wte­dy zdą­ży­łem już być w Pra­dze, a on jesz­cze nie. Czy­li je­śli cho­dzi o Cze­chów mia­łem wię­cej do­świad­czeń niż on. Lu­bi­łem ich Or­loj, wszyst­kich tych lal­ko­wych apo­sto­łów, ich We­łta­wę, ich ję­zyk, wszyst­kie te zdrob­nie­nia w ro­dza­ju smr­ti­čka. Po­do­ba­ło mi się, że go­tu­ją gu­lasz z ko­tów. Lu­bi­łem most Ka­ro­la, watę cu­kro­wą, Małą Stra­nę, "La­ter­na Ma­gi­ka", zoo i park imie­nia Ju­liu­sa Fu­či­ka z jego po­twor­ny­mi atrak­cja­mi, bar­dzo lu­bi­łem ko­fo­lę. To taki na­pój, cze­cho­sło­wac­ka od­po­wiedź na coca-colę. Jaro Ru­diš mówi, że niby znów ją wy­pu­ści­li na ry­nek. Bar­dzo cie­szy­łem się z pi­sto­le­tu na wodę i kil­ku fi­gu­rek In­dian, z któ­rych je­den klę­czał na ko­la­nie i wio­sło­wał w ka­noe. Wszyst­kim na świe­cie opo­wia­da­łem o Náprst­ko­vo Mu­zeum, gdzie moż­na było obej­rzeć ob­cię­te ludz­kie gło­wy z Ama­zo­nii - praw­dzi­we, wy­obra­żasz so­bie? Ale spre­pa­ro­wa­ne, czy­li zmniej­szo­ne do wiel­ko­ści pię­ści, jed­nak z za­cho­wa­niem wszyst­kich ry­sów twa­rzy i pro­por­cji. Praw­dzi­we ludz­kie gło­wy wiel­ko­ści pię­ści z za­szy­ty­mi usta­mi!

Po co je za­szy­wa­li?

O tym prze­czy­ta­łem kil­ka lat póź­niej w książ­ce Ar­ka­de­go Fie­dle­ra. Ro­bio­no to, żeby duch za­bi­te­go nie wy­do­stał się na ze­wnątrz i się nie mścił. Mniej­sza z tym. By­łem szczę­śli­wy w Pra­dze i bar­dzo mi się nie po­do­ba­ło, że za­czę­ły tam rzą­dzić ja­kieś pie­przo­ne ra­dziec­kie czoł­gi. Moż­na po­wie­dzieć, że Za­chód ku­pił mnie bez resz­ty wła­śnie tego lata. Dla nas to był Za­chód - Pra­ga. Zresz­tą ona i wte­dy, i te­raz znaj­du­je się nie­co da­lej na za­chód niż Ber­lin, o czym nie za­po­mi­na wspo­mnieć Ja­chi­mek To­pol1.

Nie mia­łeś ta­kie­go dzie­cin­ne­go od­czu­cia, jak­by za­czy­na­ła się woj­na?

Zda­je się, że mia­łem. Pa­mię­tam taki je­den nie­dziel­ny wcze­sny wie­czór - gdzieś na po­cząt­ku wrze­śnia czy ja­koś tak. Miesz­ka­li­śmy przy uli­cy Har­ku­szy, to nie­da­le­ko dwor­ca ko­le­jo­we­go, cały ruch, któ­ry su­nął przez mia­sto, pchał się za­wsze tą uli­cą, bo żad­nych ob­wod­nic wte­dy jesz­cze we Fran­ku nie było. Ale tego wie­czo­ra, to była ko­lum­na, cała ko­lum­na czoł­gów - wy­obra­żasz so­bie? I wszyst­kie za­pie­prza­ją w kie­run­ku dwor­ca, gdzie je po­tem ła­du­ją na ta­kie spe­cjal­ne wa­go­ny-plat­for­my. I - na­przód, na Cze­chów. Pa­mię­tam, że są­sie­dzi po­wy­bie­ga­li z do­mów i sta­li po obu stro­nach uli­cy. I nam wszyst­kim - wli­cza­jąc w to ma­łych chłop­ców - udzie­li­ło się ja­kieś ta­kie za­cie­ka­wie­nie do­ro­słych. Bo do­ro­śli wte­dy w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach to były oso­by, któ­re mia­ły za sobą do­świad­cze­nie ostat­niej woj­ny. Moja bab­cia na przy­kład mia­ła wte­dy sześć­dzie­siąt sześć lat i do­świad­czy­ła ca­łych dwóch wo­jen. I wszy­scy ci lu­dzie z do­świad­cze­niem woj­ny za­mar­li tak wśród tego war­ko­tu w za­cho­dzą­cym słoń­cu, ga­piąc się na brud­no­zie­lo­ną ko­lum­nę. Więk­szość z nich była pew­na, że to już woj­na. Przy czym znów zwy­cię­ska. A po­tem była jesz­cze taka sce­na na dwor­cu (bo my po ja­kąś cho­le­rę po­su­nę­li­śmy za tymi czoł­ga­mi na dwo­rzec, jak szczu­ry za szczu­ro­ła­pem). A na dwor­cu wszyst­ko ki­pia­ło od mi­lio­nów ko­biet, któ­re do­sta­ły się tu sa­mo­dziel­nie, żeby ostat­ni raz po­że­gnać się ze swo­imi wa­lecz­ny­mi czoł­gi­sta­mi. Bo to nie było re­gu­lar­ne woj­sko, ale tacy sami jak mój oj­ciec par­ty­zan­ci, czy­li do­ro­śli fa­ce­ci, wy­rwa­ni z ro­dzin przez po­wszech­ny obo­wią­zek służ­by woj­sko­wej, mia­łeś tam pra­wie wy­łącz­nie wie­śnia­ków z bu­ra­cza­nych ła­nów Ban­der­lan­du. No i w jed­ne­go z nich na pe­ro­nie po pro­stu wcze­pi­ła się żona, wi­sia­ła na nim, la­men­to­wa­ła ze wszyst­kich sił, pa­da­ła przed nim na ko­la­na, ła­pa­ła go za nogi i o mało nie tłu­kła gło­wą o zie­mię. Nie, jed­nak tłu­kła, tłu­kła. Ko­le­sio­wi nie­szcze­gól­nie pa­so­wa­ło, że z jego baby taka hi­ste­rycz­ka, co chwi­lę ja­koś nie­zdar­nie od­py­chał ją na bok, tym bar­dziej że ofi­ce­ro­wie już za­czy­na­li na nie­go po­krzy­ki­wać z pew­nym roz­draż­nie­niem. Wresz­cie osta­tecz­nie wy­rwał się z mo­krych ob­jęć i we­pchnął się jak naj­głę­biej do wa­go­nu, a po­tem wy­sta­wił gło­wę z okna - jak­by mó­wił: "Jak tam moja hi­ste­rycz­ka?". A ta znie­nac­ka wy­du­sza z sie­bie przez tra­gicz­ne szlo­chy: "Iwa­siu, szły­szysz? A kaj bę­dziesz w Pra­dze, to kup mi faj­ne pan­to­fle! Trzy­dzie­sty siód­my roz­miar!". W tym mo­men­cie po­ciąg ru­szył.

W po­rząd­ku, ale umó­wi­li­śmy się, że bę­dziesz mó­wił o chwi­lach, kie­dy było ci do­brze.

Pa­mię­tam, że się tak umó­wi­li­śmy, i do tego zmie­rzam, nie śpiesz się. Te­raz mu­si­my prze­sko­czyć dwa lata i wró­cić na ten inny, lwow­ski, dwo­rzec, gdzie peł­no ohyd­nych ty­pów i śmier­dzi ryb­ny­mi ko­tle­ta­mi w pa­nier­ce. Ale je­dzie­my z ro­dzi­ca­mi do Pra­gi i mama ku­pi­ła nam bi­le­ty na noc­ny po­ciąg do Czo­pa. A Czop - to taka naj­bar­dziej za­chod­nia sta­cja Związ­ku Ra­dziec­kie­go, wy­obra­żasz so­bie, jak to wy­glą­da na ma­pie - Za­kar­pa­cie, Czop i w nim scho­dzą się ra­zem gra­ni­ce trzech kra­jów. Zresz­tą, wiesz o tym. Tak jak i o tym, że Czop - to swe­go ro­dza­ju ko­niec świa­ta. W dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym roku je­cha­li­śmy z Ir­wa­nem - zno­wuż - ze Lwo­wa do Pra­gi i wsie­dli­śmy do tego sa­me­go mo­skiew­skie­go po­cią­gu, bi­le­ty tym ra­zem z ja­kie­goś po­wo­du były. Ir­wan wcho­dzi do swo­je­go prze­dzia­łu, a tam już imie­jet mie­sto byt' je­den pa­sa­żer - ja­kaś taka śmier­tel­nie za­pi­ta mor­da, le­d­wo cie­pły, cały w wię­zien­nych ta­tu­ażach, roz­cheł­sta­ny, poci się na dol­nym łóż­ku, a po pod­ło­dze tam i na­zad prze­ta­cza­ją się wszyst­kie bez wy­jąt­ku wy­pi­te przez nie­go bu­tel­ki. Po­czuł, że ktoś wszedł - oni prze­cież wszy­scy są czuj­ni jak za­ją­ce - i prze­tarł oko. Po­tem pyta: "Sa­sied?". Ir­wan: "Aha". On: "Da­lio­ka?". Ir­wan: "Aha". On: "I ja da­lio­ka. Da sa­ma­wo kan­ca". Ja­koś tak uro­czy­ście to wy­mó­wił, in­to­nu­jąc. Sasz­ko wró­cił do mo­je­go prze­dzia­łu i mówi: "Kur­wa, do sa­mej Pra­gi w jed­nym prze­dzia­le z mor­der­cą je­chać!". Ale przed Czo­pem ten ru­szył się, po­zbie­rał, za­czął pa­ko­wać ma­nat­ki, wy­pił jesz­cze jed­no piwo i w Czo­pie wy­siadł w nie­zna­ne. Oto co zna­czy­ło "da sa­ma­wo kan­ca" - Czop. Czop, a nie Pra­ga. W ten spo­sób, z punk­tu wi­dze­nia so­ju­zo­wej geo­gra­fii, Czop - to ka­niec. I tam­te­go wie­czo­ra z ro­dzi­ca­mi w koń­cu wy­ru­szy­li­śmy noc­nym po­cią­giem do Czo­pa.

I wła­śnie w tym po­cią­gu zro­bi­ło ci się ja­koś nie­za­po­mnia­nie do­brze?

A gdzie tam! Prę­dzej nie­za­po­mnia­nie źle. Tra­fi­li­śmy do ja­kie­goś strasz­li­we­go wa­go­nu - u nas ta­kie na­zy­wa­ją plac­kar­ta­mi - z tych gdzie świa­tła jest aku­rat tyle, żeby nie za­snąć i nie czy­tać, do­kład­nie tyle, żeby się po­wie­sić. A więc pół­mrok i nie­wy­wie­trzo­ny smród masy ludz­kich ciał, no i jesz­cze skar­pe­tek, maj­tek, pod­pa­sek, ja­jek na twar­do, sa­mo­go­nu, wszyst­kie­go tego, co czy­ni na­sze plac­kar­ty wła­śnie plac­kar­ta­mi, ale przede wszyst­kim - za­pach ludz­kich ciał, bo to była, zgod­nie z de­fi­ni­cją Jo­si­fa Brod­skie­go, epo­ka przed­de­zo­do­ran­to­wa, czy­li cza­sy zu­peł­nie in­nej świa­do­mo­ści hi­gie­nicz­nej, obec­nie już prak­tycz­nie za­gi­nio­na cy­wi­li­za­cja. Psy­chicz­na wa­go­no­wa ciot­ka od razu nas roz­dzie­li­ła, bo nie zna­la­zła trzech miejsc, któ­re by­ły­by ra­zem, na­wet dwóch wol­nych miejsc nie było obok sie­bie, i pa­mię­tam, zna­la­złem się gdzieś na gór­nej pół­ce, a pode mną mło­dy ofi­ce­rek w roz­pię­tej do sa­me­go pęp­ka ko­szu­li czę­sto­wał wód­ką z pi­wem dwie damy, rów­nież mło­de, i sta­wał się przez to co­raz bar­dziej pi­ja­ny. Jed­na z nich była bez­ce­re­mo­nial­nie tłu­sta, w oku­la­rach i ani tro­chę ład­na, moc­no się po­ci­ła w swo­im szla­fro­ku frot­té i chło­dzi­ła się wła­snej ro­bo­ty pa­pie­ro­wym wa­chla­rzem. Dru­ga była drob­na jak mysz i od­po­wied­nio, też jak mysz, chi­cho­ta­ła, kie­dy ofi­cer si­lił się na coś dow­cip­ne­go w ro­dza­ju: "Wies' zie­lo­nyj, w żo­pie wiet­ki, ka­pi­tan idiot roz­wied­ki" (Cały w zio­łach, tra­wa z zadu, to ka­pi­tan jest z wy­wia­du). Ta mysz jaw­nie go ko­kie­to­wa­ła i wciąż po­wta­rza­ła: "A mnie wa­jen­ny­je nraw­jat­sja kak muż­czi­ny". Ale ofi­cer bez wąt­pie­nia le­ciał na pierw­szą - gru­ba­skę, i mysz tyl­ko mu prze­szka­dza­ła. Za­sy­pia­jąc na swo­jej pół­ce, po­my­śla­łem jesz­cze, jaka to nie­spra­wie­dli­wość - on taki mło­dy, smu­kły i dziel­ny, a ona taki pasz­tet i dla­cze­go on wła­śnie jej tak chce? Wte­dy nie zna­łem su­ro­we­go mę­skie­go po­wie­dze­nia, że "brzyd­kich ko­biet nie ma". Kie­dy po go­dzi­nie, dwóch się obu­dzi­łem (może to była sta­cja Stryj, a może już Ła­wocz­ne, nie wiem), układ pode mną zmie­nił się tak, że mysz, ob­ra­żo­na bra­kiem uwa­gi i ostat­ni raz na siłę chi­cho­czą­ca: "wie­s? w gaw­nie, w ru­kach to­por, pra­dwi­ga­jet­sja sa­pior" (cały w gów­nie, w ła­pach sie­kie­ra - to po­bud­ka jest sa­pe­ra) - wra­ca­ła na swo­ją gór­ną pół­kę na­prze­ciw­ko mo­jej, a ofi­cer od razu prze­siadł się bli­żej gru­ba­ski i spró­bo­wał po­ło­żyć dłoń na jej ko­la­nie wiel­ko­ści pił­ki fut­bo­lo­wej. Po­wie­dzia­ła na to ner­wo­wo i szorst­ko: "Nie nada Wa­dik" - i jak mó­wią, snia­ła rie­szi­tiel­no pi­dżak na­bro­sze­nyj, czy­li zdję­ła z sie­bie ma­ry­nar­kę absz­ty­fi­kan­ta, jak w ra­dziec­kiej pio­sen­ce, bo po­rząd­ną jest dziew­czy­ną. Być może pod­nie­cał go jej pot. Być może wę­chem wy­czuł w nim ja­kąś ema­na­cję na­mięt­no­ści. Zresz­tą, te­raz teo­re­ty­zu­ję, a wte­dy zno­wu za­sną­łem. Po­tem od cza­su do cza­su się bu­dzi­łem, a oni wciąż zma­ga­li się tam na dole, śle­pa­wa, brzyd­ka na­uczy­ciel­ka w szla­fro­ku frot­té i pod­ko­la­nów­kach cie­li­ste­go ko­lo­ru i uro­dzi­wy ofi­cer ar­ty­le­rii, któ­ry wra­cał z nad­pro­gra­mo­wej prze­pust­ki w Ria­za­niu-Ka­za­niu do sta­łe­go miej­sca od­by­wa­nia służ­by w po­sioł­ku go­rod­sko­wo typu Cze­skie Bu­dzie­jo­wi­ce. "Nie nada, Wa­dik" - szep­ta­ła. "A je­sli ja po lu­bwi?" - od­szep­ty­wał i be­kał aro­ma­tycz­nie. I za każ­dym ra­zem bu­dząc się w tym wa­go­no­wym mro­ku, znów i znów sły­sza­łem te peł­ne sza­łu i drże­nia szep­ty: "Nie nada, Wa­dik". "A je­sli ja po lu­bwi?". I po go­dzi­nie, i po dwóch: "Wa­dik, ja że ska­za­ła - nie nada". "A je­sli ja? A je­sli po lu­bwi?". Po­tem nad­szedł świt, ja­kaś go­dzi­na jaz­dy do Czo­pa, czy­li do koń­ca. Do­pił ostat­nią set­kę z pa­pie­ro­we­go kub­ka po lo­dach i ze sło­wa­mi "Nu i pa­szła ty k je­bie­nie­mat', ka­ro­wa acz­ka­sta­ja!" wy­szedł na ko­ry­tarz, żeby w zło­ści wy­pa­lać wszyst­ko, co zo­sta­ło w pa­pie­ro­śni­cy. A ona od razu ja­koś tak ża­ło­śnie za­chli­pa­ła i zda­je się, prze­be­cza­ła resz­tę cza­su - w Czo­pie oka­za­ło się, że wszyst­ko jej bar­dzo spu­chło - i nos, i oczy. Je­śli cho­dzi o ofi­ce­ra Wa­di­ka, to on już nie prze­mó­wił ani jed­nym sło­wem (do my­szy też nie) - prze­tarł so­bie tyl­ko skro­nie "Ro­syj­skim La­sem", za­piął wszyst­kie gu­zi­ki i tępo pa­trzył przez okno, jak do­jeż­dża­my - "wie­s? pod­tia­nut, wsiu­dy czist, wot ka­koj ar­ti­lie­ryst!" (cały ni­czym z ga­lan­te­rii, to ofi­cer ar­ty­le­rii!). Tak do­je­cha­li­śmy do Czo­pa, ale do Pra­gi było jesz­cze da­le­ko aż strach.

W po­rząd­ku, a te­raz po­wiedz mi, jak da­le­ko jesz­cze je­ste­śmy od tego miej­sca, gdzie było ci wresz­cie do­brze?

A to wła­śnie ono. To zna­czy jesz­cze tro­chę - i bę­dzie. Ale naj­pierw mu­si­my z ro­dzi­ca­mi przejść dwu­stron­ną kon­tro­lę gra­nicz­ną, któ­rej nie pa­mię­tam, więc prze­cho­dzi­my ją względ­nie szyb­ko, nie za­trzy­mu­jąc się. Po cze­cho­sło­wac­kiej stro­nie (Čier­na nad Ti­sou) wsia­da­my do cze­cho­sło­wac­kie­go po­cią­gu i nie­ba­wem ru­sza­my. W tym wa­go­nie wszyst­ko było po­dob­nie jak w na­szych. Ale też cał­kiem in­a­czej. Po­wiedz­my, nie było smro­du. I wszyst­ko było ja­kieś now­sze albo po pro­stu czyst­sze. Pa­sa­że­ro­wie mó­wi­li w in­nym ję­zy­ku z wszyst­ki­mi jego zdrob­nie­nia­mi w ro­dza­ju smr­ti­čka, cho­ciaż to był oczy­wi­ście nie cze­ski, ale sło­wac­ki. No tak, te­raz po­zo­sta­je tyl­ko to: wszyst­kie prze­szko­dy po­ko­na­ne i rą­czo mknie­my tam, gdzie tak chcę znów być. To było prze­czu­cie ko­fo­li i waty cu­kro­wej w par­ku imie­nia Fu­či­ka. Czy­li to było szczę­ście, dla­te­go że wszyst­ko przede mną - La­ter­na ma­gi­ka, fil­my o In­dia­nach, ja­go­do­we lasy nad We­łta­wą. Moż­na było od cza­su do cza­su za­pa­dać w sen­ne ma­rze­nia w tym wa­go­no­wym fo­te­lu i znów bu­dzić się, i wi­dzieć za oknem nie­sa­mo­wi­cie pięk­ne góry, praw­dzi­wy sło­wac­ki raj. Je­cha­li­śmy ja­kieś dzie­sięć go­dzin, je­śli nie dwa­na­ście. I pra­wie bez prze­rwy za oknem były góry. Albo dłu­gie tu­ne­le, co na swój spo­sób ocza­ro­wy­wa­ło. Do tego wi­dzia­łem, że moi ro­dzi­ce te­raz ko­cha­ją się z wza­jem­no­ścią - zro­bi­ło im się wy­raź­nie lżej na du­szy, jak za­wsze tę ulgę od­czu­wa­li wszy­scy pod­da­ni ra­dziec­cy po prze­kro­cze­niu za­chod­niej gra­ni­cy swo­jej oj­czy­zny. Na­gle oka­zy­wa­ło się, że je­steś na wol­no­ści, wy­rwa­łeś się, wy­gra­łeś na fan­ta­stycz­nej ży­cio­wej lo­te­rii. Zresz­tą nie tyl­ko ra­dziec­cy pod­da­ni - Mar­kiz de Cu­sti­ne za­uwa­żył ten efekt już za cza­sów cara Mi­ko­ła­ja I. My­ślę, że za in­nych ca­rów wszyst­ko było do­kład­nie tak samo. Grunt - wy­rwać się, ja­koś uciec za mie­dzę. Za­pa­mię­ta­łem, jak bie­ga­ły źre­ni­ce ojca, jak po­że­rał ten świat za oknem. Gła­skał sto­pę mamy, zdję­ła pan­to­fle i wy­cią­gnę­ła nogi na sie­dze­niu na­prze­ciw­ko. Ja wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że tam za oknem oj­ciec wła­śnie sta­ra się coś roz­po­znać. Już raz w swo­im ży­ciu mógł je­chać tą tra­są.

Opi­sa­na przez cie­bie w Środ­ko­wow­schod­nich re­wi­zjach uciecz­ka do Wied­nia?

Tak, moż­na to na­zwać uciecz­ką do Wied­nia, oczy­wi­ście. No, a oprócz tego, mój oj­ciec był le­śni­kiem, i to cał­kiem fa­na­tycz­nym. Pa­mię­tał na­zwy se­tek ro­ślin, przede wszyst­kim drzew, nie tyl­ko ukra­iń­skie, ale też ła­ciń­skie. On wszyst­kie te na­zwy od cza­su do cza­su wy­ma­wiał, pa­trząc przez okno na cze­cho­sło­wac­kie lasy. Je­śli wte­dy był dla mnie na świe­cie ktoś taki, od kogo wszyst­ko się za­czy­na­ło i na kim wszyst­ko się koń­czy­ło, to był to oj­ciec. On pierw­szy na świe­cie po­ka­zał mi drze­wo gink­go. W kosz­mar­nych snach już wte­dy śni­ło mi się, że umrze, i aż du­si­łem się z roz­pa­czy. Ale te­raz nie o tym - mó­wię o tym, że tego dnia w po­cią­gu do Pra­gi wszy­scy by­li­śmy szczę­śli­wi.

Kie­dyś pi­sa­łeś, że by­li­ście z oj­cem wiel­ki­mi przy­ja­ciół­mi, dla­te­go że po­do­ba­ły się wam te same książ­ki.

No tak, o książ­kach, prze­czy­ta­nych po ojcu, ra­zem z oj­cem, prze­ży­tych z oj­cem, znaj­dzie się nie­jed­na hi­sto­ria. Te­raz zbli­ża­my się do Pra­gi, tak? A ja jesz­cze nie mó­wi­łem, że wu­jek Eu­gen i cio­cia Ada mie­li dość po­waż­ną bi­blio­te­kę, nie­szcze­gól­nie wiel­ką, ale nie­zły wy­bór?

Nie, nie mó­wi­łeś.

Więc - w tej bi­blio­te­ce mo­głem grze­bać go­dzi­na­mi i wszyst­ko, co tam było po ukra­iń­sku, prze­czy­ta­łem jesz­cze za pierw­szym ra­zem, czy­li w sześć­dzie­sią­tym ósmym roku: baj­ki wschod­niej Sło­wa­cji, no­we­le Boh­da­na Łep­kie­go, a na­wet wy­bór ar­ty­ku­łów Don­co­wa wte­dy prze­czy­ta­łem i zro­zu­mia­łem, że tre­ścią tych ostat­nich le­piej z ni­kim się nie dzie­lić. A pod­czas na­stęp­nej wi­zy­ty wzią­łem się do lek­tu­ry cze­skich ksią­żek. Peł­no tam było róż­nych atla­sów bio­lo­gicz­nych - sto­sow­nie do uczo­ne­go fa­chu wuj­ka. Były al­bu­my z fo­to­gra­fia­mi Pra­gi i oko­lic. Były róż­ne zbio­ry, an­to­lo­gie, kla­sy­ka świa­to­wa, Ce­rvan­tes, Bal­zak i Anna Ka­re­ni­nová. Po­tem przy­szła ko­lej na li­te­ra­tu­rę przy­go­do­wą i po pro­stu na­tkną­łem się na przed­wo­jen­ny (gdzieś z koń­ca lat dwu­dzie­stych) tom w bru­nat­nej sza­gry­no­wej okład­ce - oczy­wi­ście po­żół­kły pa­pier, za­pach sta­ro­ści, ilu­stra­cje - Buf­fa­lo Bill Wil­lia­ma F. Cody'ego. Kil­ka dni się wa­ha­łem, pod­cho­dzi­łem do sza­fy z książ­ka­mi, znów i znów bra­łem go do rąk, czy­ta­łem pierw­sze dwa, trzy zda­nia po cze­sku. Na­uczy­łem się wte­dy po­wo­li czy­tać po cze­sku i cho­ciaż nie ro­zu­mia­łem w prze­czy­ta­nym tek­ście bar­dzo wie­lu rze­czy, mo­głem mniej wię­cej od­two­rzyć brzmie­nie i uchwy­cić naj­ogól­niej­szą treść. Prze­cież bar­dzo lu­bi­łem ten ję­zyk ze wszyst­ki­mi jego zdrob­nie­nia­mi! Pew­ne­go razu po­sta­no­wi­łem, że nic nad­zwy­czaj­ne­go się nie sta­nie, je­śli ja tego Buf­fa­lo Bil­la ukrad­nę. I tak nikt go tu już nie czy­ta. Nikt nie za­uwa­ży. Do­dam, że to nie była ostat­nia ukra­dzio­na książ­ka w moim ży­ciu. I do tego za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że nikt by na­wet nie za­uwa­żył. Bo w ogó­le na świe­cie jest strasz­nie dużo ksią­żek. No i scho­wa­łem Buf­fa­lo Bil­la do do­pie­ro co ku­pio­ne­go dla mnie tor­ni­stra - tam gdzie trzy­ma­łem wszyst­kie inne swo­je skar­by, któ­re do­sta­łem z róż­nych oka­zji, ale cał­kiem le­gal­nie. Dzień przed od­jaz­dem któ­ryś raz coś do­pa­ko­wy­wa­li­śmy - w sa­lo­nie, na oczach wszyst­kich. Oj­ciec po­sta­no­wił spraw­dzić, czy jest jesz­cze miej­sce w tor­ni­strze, wło­żył do nie­go rękę - i wte­dy zro­zu­mia­łem, że jego dłoń na­ma­ca­ła szla­chet­ną, ob­cią­gnię­tą sza­gry­nem okład­kę. Na sto pro­cent moż­na to było wy­czy­tać z jego twa­rzy. Przy tym jego dłoń nie mo­gła nie roz­po­znać, co wła­śnie na­ma­ca­ła - ja­kiś czas temu ra­zem ze mną z lu­bo­ścią kart­ko­wał ten sam eg­zem­plarz i za­pa­mię­tał go na­wet na do­tyk. Przy­go­to­wy­wa­łem się do pu­blicz­nej eg­ze­ku­cji. Naj­gor­sza była obec­ność wuj­ka Eu­ge­na, któ­ry i bez tego uwa­żał mnie za bez­na­dziej­nie za­pusz­czo­ną pe­da­go­gicz­nie po­czwa­rę z pie­kła ro­dem. Z na­pię­ciem od­czy­ta­łem z twa­rzy ojca chwi­lę wal­ki. Prze­stał grze­bać w trze­wiach tor­ni­stra i rzu­cił tyl­ko jed­no, dwa szyb­kie spoj­rze­nia na obec­nych. A te­raz po­wiedz mi, co było da­lej?

Nic. Nie wy­dał cię.

Nie, nie wy­dał. Jego dłoń uda­ła, że nic ta­kie­go w tym tor­ni­strze nie zna­la­zła. Przy­pusz­czam, że przez te trzy ty­go­dnie w Pra­dze wu­jek Eu­gen zdą­żył i jemu do­piec swo­imi re­pry­men­da­mi, po­ucze­nia­mi. Po pro­stu oj­ciec wy­obra­ził so­bie jesz­cze jed­no, nie­wy­mow­nie dłu­gie ka­za­nie - z ro­dza­ju tych, przez któ­re mu­chy pa­da­ją. A oprócz tego by­li­śmy wspól­ni­ka­mi - nam obu strasz­nie się ta książ­ka po­do­ba­ła. I przy­jaźń ze mną, to zna­czy kon­ty­nu­acja tej przy­jaź­ni, była dla nie­go waż­niej­sza i po­trzeb­niej­sza niż przy­ka­za­nie "Nie krad­nij", tak mi się wy­da­je. I to na­praw­dę wiel­kie, że czło­wiek sta­je po­nad przy­ka­za­nia­mi dla in­ne­go czło­wie­ka. Cho­ciaż w ogó­le, to jesz­cze kil­ka razy przy­ła­pał mnie na książ­kach.

Na kra­dzie­ży ksią­żek?

Nie, nie­ko­niecz­nie. Pew­ne­go razu na De­ka­me­ro­nie. Na tym, że czy­ta­łem De­ka­me­ron w niby nie­od­po­wied­nim wie­ku. Wła­ści­wie, gdy­bym ro­bił to otwar­cie, trzy­ma­jąc książ­kę na biur­ku, wszyst­ko wy­glą­da­ło­by nie tak pe­in­lich2. Ale ja ją cho­wa­łem i oj­ciec przy­pad­ko­wo zna­lazł tę kry­jów­kę.

Kry­jów­kę dla Boc­cac­cia?

Wła­śnie ją. Z tego, że go cho­wa­łem, wy­ni­ka­ło zu­peł­ne uświa­do­mie­nie so­bie ca­łej głę­bi prze­stęp­stwa. Czy­li świa­do­me po­peł­nie­nie zbrod­ni z kil­ko­ma ob­cią­ża­ją­cy­mi oko­licz­no­ścia­mi.

I uka­rał cię?

Nie. To zna­czy za karę wy­star­czy­ło samo wy­kry­cie - mó­wiąc tra­dy­cyj­nie po ga­li­cyj­sku "twarz spło­nio­na ze wsty­du". Karą sta­ła się tym­cza­so­wa utra­ta twa­rzy.

Seks i ero­ty­ka były w wa­szej ro­dzi­nie tabu?

Ra­czej tak. Cho­ciaż w przy­bli­że­niu od szó­ste­go roku ży­cia wie­dzia­łem, jak się to robi. Chłop­cy-wy­cho­waw­cy z są­siedz­twa, pod­glą­da­nie ży­cia do­ro­słych, cia­sno­ta miesz­kań, w któ­rych dzie­ci bu­dzą się prze­stra­szo­ne za­gad­ko­wym po­skrzy­py­wa­niem albo po­ję­ki­wa­niem, pierw­sze ona­ni­stycz­ne do­świad­cze­nie i róż­ne ta­kie. A przy tym w ro­dzi­nie wszy­scy uda­wa­li, że ja o ni­czym nie wiem, bo nic ta­kie­go nie ist­nie­je. Moja bab­cia zgod­nie z nor­ma­mi wy­cho­waw­czy­mi pew­nie jesz­cze z DZIE­WIĘT­NA­STE­GO stu­le­cia pil­no­wa­ła, żeby moje dło­nie w nocy obo­wiąz­ko­wo znaj­do­wa­ły się na koł­der­ce. Cza­sem pod­kra­da­ła się do mo­je­go łóż­ka i na­chy­la­ła nad nim z za­pa­lo­ną świecz­ką. Kie­dy skoń­czy­łem dzie­więć lat, mama za­szła w cią­żę i uwa­ża­ła za ko­niecz­ne wy­ja­śniać mi stop­nio­wy wzrost swo­je­go brzu­cha róż­ny­mi bzdu­ra­mi w ro­dza­ju: od cza­su do cza­su cio­cie za­czy­na­ją co­raz bar­dziej i bar­dziej gu­sto­wać w je­dze­niu i dzię­ki temu ro­dzi im się po­tem chłop­czyk albo dziew­czyn­ka.

Jak to w ogó­le wy­glą­da­ło - wasz dom?

Zbu­rzy­li go ze­szłe­go lata. Już mó­wi­łem, uli­ca na­zwa­na była imie­niem ja­kie­goś Har­ku­szy, być może Roz­bój­ni­ka Har­ku­szy... Tak się zresz­tą do dziś na­zy­wa. Cał­kiem nie­da­le­ko od dwor­ca ko­le­jo­we­go. Dla­te­go noc­ne gwiz­dy lo­ko­mo­tyw i sza­leń­cze po­to­ki wy­mo­wy z me­ga­fo­nów dys­po­zy­to­ra sta­ły się cią­gły­mi ścież­ka­mi dźwię­ko­wy­mi mo­jej pod­świa­do­mo­ści. To był pię­tro­wy, bar­dziej niż ty­po­wy dla sta­re­go Sta­ni­sła­wo­wa bu­dy­nek, zresz­tą "bu­dy­nek" - to nie to sło­wo, jed­nak "cha­ta", jej wła­ści­cie­lem był jesz­cze mój pra­dziad, czy­li oj­ciec mo­jej bab­ci, ma­larz Kar­ło Skocz­do­pol. Ale za jego cza­sów tam miesz­ka­ła tyl­ko jed­na ro­dzi­na - on z żoną i czwo­ro ich dzie­ci. A kie­dy wła­dza ra­dziec­ka po woj­nie wszyst­ko zna­cjo­na­li­zo­wa­ła, dom po­dzie­lo­no po­mię­dzy trzy ro­dzi­ny i mo­jej bab­ci zo­sta­ły dwa po­ko­je z daw­nych ośmiu. Plus ma­lut­ka we­ran­da, po­ło­wę któ­rej wy­dar­to na kuch­nię. Miesz­ka­li­śmy tak: w pierw­szym po­ko­ju spa­ła bab­cia i w nim był stół, przy któ­rym je­dli­śmy. W dru­gim spa­łem ja i ro­dzi­ce, przy czym oni z ja­kie­goś po­wo­du w od­dziel­nych łóż­kach. Tam był inny stół, po­le­ro­wa­ny, a więc świą­tecz­ny, eta­żer­ka z książ­ka­mi, ra­dio­la, a w 1967 roku po­ja­wił się te­le­wi­zor. Albo po­ja­wił się już pod ko­niec sześć­dzie­sią­te­go szó­ste­go, mogę tyl­ko stwier­dzić, że ja­koś koło No­we­go Roku. La­tem sześć­dzie­sią­te­go szó­ste­go jesz­cze go nie mie­li­śmy, bo na fi­nał mi­strzostw świa­ta An­glia-RFN oj­ciec cho­dził do są­sia­dów. To było miesz­ka­nie bez wody i ka­na­li­za­cji. Wodę no­si­li­śmy z po­dwór­ka są­sia­dów, gdzie była stud­nia z me­ta­lo­wą ręcz­ną pom­pą. Brud­ną wy­le­wa­li­śmy do spły­wu ka­na­li­za­cji na uli­cy. To­a­le­ta, choć le­piej by­ło­by po­wie­dzieć drew­nia­ny sracz, znaj­do­wa­ła się w głę­bi po­dwó­rza, za grząd­ka­mi i ol­brzy­mim orze­chem, w zi­mo­wą noc wy­pra­wa do niej nie spra­wia­ła wiel­kiej ra­do­ści. Chy­ba że noc tra­fi­ła się gwiaź­dzi­sta. Te­raz trud­no mi już wy­obra­zić so­bie taki spo­sób ży­cia, ale, o ile wiem, w po­dob­nych wa­run­kach w tych cza­sach żyła do­bra po­ło­wa he­ro­icz­ne­go na­ro­du ra­dziec­kie­go. Przy czym ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych w pa­mię­ci zbio­ro­wej uwa­ża­ny jest za czas wiel­kie­go ma­te­rial­ne­go roz­kwi­tu. Nie to co póź­ne lata sie­dem­dzie­sią­te z ich de­fi­cy­tem żyw­no­ści! Tak i moi ro­dzi­ce - naj­pierw ku­pi­li nową sza­fę, po­tem ra­dio­lę, po­tem lo­dów­kę, a po­tem i te­le­wi­zor. Ku­po­wa­ła, do­kład­niej mó­wiąc, mama z jej ży­cio­wą za­rad­no­ścią i umie­jęt­no­ścią wpro­wa­dze­nia wszyst­kie­go na czas do har­mo­no­gra­mu. Do tego iro­nicz­nie cy­to­wa­ła zna­ną pio­sen­kę: Pried ro­di­noj v wiecz­nom do­lgu - Przed oj­czy­zną wiecz­nie w dłu­gu.

Czym ogrze­wa­li­ście?

To ta­kie cie­ka­we? Ga­zem. W każ­dym po­ko­ju był piec ka­flo­wy, a w nim pa­li­ło się ga­zem. Nie, o ile pa­mię­tam, w ogó­le było cie­pło, cho­ciaż zimy tych lat wspo­mi­nam jako mroź­ne i śnież­ne. Pie­ce ga­zo­we w środ­ku do­syć we­so­ło hu­cza­ły, już przez sam ten dźwięk ro­bi­ło się cie­pło. Do­brze się przy nim czy­ta­ło Kró­lo­wą Śnie­gu.

Były jesz­cze ja­kieś dźwię­ki?

Oczy­wi­ście. Aka­cja za oknem sze­le­ści­ła i skrzy­pia­ła całą sobą. Wiatr i kro­ple desz­czu ude­rza­ły o szy­by. Dwo­rzec - jak już wspo­mi­na­łem - wszyst­kie te gwiz­dy, świ­sty, ta-tam-ta-tam. Roz­mo­wy prze­chod­niów, któ­rzy szli uli­cą Har­ku­szy na dwo­rzec i z dwor­ca, póź­no w nocy i wcze­śnie rano. Moż­na było ca­ły­mi dnia­mi stać na we­ran­dzie przy oknie i pa­trzeć na prze­chod­niów. Ro­bi­ło się od tego nie­zno­śnie we­so­ło. Prze­chod­nie, wszy­scy jak je­den mąż, zda­wa­li się po­twor­ny­mi wy­rod­ka­mi, wy­star­cza­ło przyj­rzeć się, żeby ta­kich ich zo­ba­czyć. Aha, był jesz­cze cał­kiem ta­jem­ni­czy dźwięk, któ­ry po­ja­wiał się szcze­gól­nie w nocy, gdzieś koło je­de­na­stej. Sły­sza­łem go za­wsze, od­kąd sie­bie pa­mię­tam, ale nig­dy o nie­go nie py­ta­łem. Aż pew­ne­go razu ro­dzi­ce za­czę­li mó­wić o nim sami i zro­zu­mia­łem, że to nie ja­kiś mój oso­bi­sty ha­luk.

Co to było?

Stu­kot. Albo le­piej po­wie­dzieć łu­pa­nie, do­syć mia­ro­we, za­wsze w tym sa­mym ryt­mie - tak jak­by gdzieś na dole pod nami pra­co­wał ja­kiś ol­brzy­mi młot, być może, pneu­ma­tycz­ny. Moi ro­dzi­ce mie­li zwy­czaj czy­tać w łóż­kach przed snem. Ko­lej­no po­chła­nia­li te same po­ży­czo­ne z bi­blio­te­ki książ­ki, naj­czę­ściej Jac­ka Lon­do­na i Re­ma­rque'a. W pew­nym mo­men­cie za­czą­łem ich w tym na­śla­do­wać. A więc w mil­cze­niu le­że­li­śmy każ­de w swo­im łóż­ku i w swo­im tek­ście, aż na­gle mama po­wie­dzia­ła coś w ro­dza­ju: "Zno­wu to łu­pa­nie". I za­czę­ły się roz­mo­wy - wy­star­cza­ją­co oży­wio­ne, by oka­za­ło się, że wszy­scy la­ta­mi tyl­ko cze­ka­li­śmy na taką oka­zję. Spo­śród kil­ku hi­po­tez (wbi­ja­nie pali - drą­że­nie tu­ne­lu - ser­ce po­cho­wa­ne­go żyw­cem pod na­szym do­mem cza­row­ni­ka) naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na wy­da­wa­ła się ta ojca: pod­ziem­na fa­bry­ka, taj­ny obiekt stra­te­gicz­ny. Wy­obra­ża­łem so­bie te ol­brzy­mie, za­la­ne neo­no­wym świa­tłem za­kła­dy, dłu­gie rzę­dy to­ka­rek, iskry, stal, bla­chy na po­szy­cie ra­kiet. Ty­sią­ce ro­bot­ni­ków, któ­rzy przez całe ży­cie pra­cu­ją tyl­ko w nocy. Być może po­śród nich są ja­cyś nasi zna­jo­mi, są­sie­dzi? W dzień wi­dzi­my ich tuż obok, a w nocy scho­dzą pod zie­mię. Albo nie - ja­cyś nie­wi­dzia­ni nig­dy przez ni­ko­go miesz­kań­cy pod­zie­mi, któ­rzy nig­dy nie wy­cho­dzą na po­wierzch­nię? To było za­chwy­ca­ją­ce i tro­chę strasz­ne. Zda­je się, oj­ciec zwró­cił uwa­gę na to, że w noc z nie­dzie­li na po­nie­dzia­łek łu­pa­nie usta­je. To zna­czy, że oni też mają wol­ne. Czy­li to jed­nak fa­bry­ka. Bar­dzo moc­ny ar­gu­ment, ale nie je­stem pe­wien, czy na­praw­dę w nocy z nie­dzie­li na po­nie­dzia­łek wszyst­ko za­mie­ra­ło. W tym cza­sie w ze­szy­tach szkol­nych sma­ro­wa­łem ja­kieś hi­sto­rie przy­go­do­we, więc oj­ciec po­ra­dził mi za­brać się do pi­sa­nia po­wie­ści pod ty­tu­łem Ta­jem­ni­czy młot.

I na­pi­sa­łeś?

Nie. Bra­ko­wa­ło za­koń­cze­nia. Poza tym dla dzie­się­cio­let­nie­go au­to­ra to był za trud­ny te­mat - wy­ma­gał zna­jo­mo­ści zbyt wie­lu tech­nicz­nych pa­ten­tów, za­plą­ta­łem się i wy­mię­kłem. W sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym roku prze­nie­śli­śmy się do chrusz­czow­ki na Bel­we­de­rze i pra­wie od razu za­po­mnie­li­śmy o tych dźwię­kach. Aha! Wła­śnie przy­po­mnia­ło mi się coś ta­kie­go: ja tę ta­jem­ni­cę kie­dyś ob­ga­da­łem z chło­pa­ka­mi z są­siedz­twa. Naj­star­szy z nas - z tych, któ­rzy uczą młod­szych wszyst­kie­go naj­gor­sze­go i po raz pierw­szy po­ka­zu­ją, jak po­wi­nien wy­glą­dać pe­nis ze ścią­gnię­tym na­plet­kiem - czyn­nie prze­py­chał wer­sję z bu­do­wą tu­ne­lu. Z tego co mó­wił, ten tu­nel la­ta­mi bu­do­wa­li Chiń­czy­cy - z za­mia­rem, by pew­ne­go dnia wyjść na po­wierzch­nię i po­ko­nać nas prak­tycz­nie go­ły­mi rę­ka­mi. To były cza­sy prze­siąk­nię­te du­chem chiń­skie­go za­gro­że­nia. Wszy­scy mó­wi­li o Mao Tse-tun­gu i hun­wej­bi­nach czy, jak to się za­zwy­czaj wy­ma­wia­ło, chuj­wej­bi­nach. Wia­do­mo było, że mają po­twor­ne prze­lud­nie­nie, że z gło­du po­żar­li wszyst­kie wro­ny i wró­ble, a te­raz nie mają in­ne­go wyj­ścia tyl­ko nas za­wo­jo­wać. Na­pię­cie po­li­tycz­ne mię­dzy So­ju­zem i Chi­na­mi ro­sło nie­mal z dnia na dzień. Mó­wi­ło się o wie­lo­ty­sięcz­nym ata­ku chuj­wej­bi­nów na nasz po­ste­ru­nek gra­nicz­ny. Mia­ło się to stać gdzieś na Amu­rze, Wy­spa Da­mań­ska czy coś ta­kie­go. I niby nasi wszyst­kich ich tam wy­ko­si­li - pro­mie­nia­mi la­se­ra, czy­li po pro­stu set­ki ty­się­cy Chiń­czy­ków zmie­ni­ło się w po­piół. Inni co praw­da twier­dzi­li, że niby to nie był ża­den la­ser, tyl­ko ka­tiu­sze no­wej ge­ne­ra­cji. W każ­dym ra­zie nasi chłop­cy nie­kiep­sko do­wie­dli żół­tej ho­ło­cie, że wca­le nie ilo­ścią się zwy­cię­ża. Po tym da­mań­skim po­gro­mie po­ziom agre­sji żółt­ków zna­czą­co spadł, cho­ciaż na­pię­cie wciąż było od­czu­wal­ne i osta­tecz­nie ulży­ło nam wszyst­kim po śmier­ci Mao. Ta śmierć ja­koś szcze­gól­nie ucie­szy­ła moją bab­cię Ire­nę Kar­liw­nę, na któ­rą jed­ni są­sie­dzi wo­ła­li "pani Ire­na", a inni po pro­stu "Kar­łow­na". Ona nie lu­bi­ła Mao Tse-tun­ga.

Ro­zu­miem, że to ta sama oso­ba, o któ­rej pi­szesz w Erz-herz-perc? Ta, któ­ra jako dwu­na­sto­let­nie dziec­ko oglą­da­ła Fran­za Fer­di­nan­da von Habs­bur­ga w fia­krze?

Tak, to ona. Ale nie w fia­krze, tyl­ko w otwar­tym sa­mo­cho­dzie, czy­li w ka­brio­le­cie. Je­chał w stro­nę sta­cji ko­le­jo­wej obok tego na­sze­go domu uli­cą Ro­ma­now­skie­go, przy­szłą Har­ku­szy. No tak - pani Ire­na. Kró­lo­wa iry­sów. Ni­ziut­ka dzi­wacz­na isto­ta: pa­te­tycz­na, iro­nicz­na, ner­wo­wa, na­iw­na. W dzień mu­sia­ła obo­wiąz­ko­wo po­spać - z chust­ką za­wią­za­ną na gło­wie tak, żeby oczom było ciem­no. Zda­wa­ło mi się, że za­miast do snu przy­go­to­wu­je się za każ­dym ra­zem do pu­blicz­nej eg­ze­ku­cji. Dzię­ki tej chu­st­ce spa­ła strasz­nie głę­bo­ko - ja­cyś na­ukow­cy mo­gli­by ba­dać na niej fi­zjo­lo­gię snu. Pew­ne­go razu po­wie­dzia­ła, wy­raź­nie się nie bu­dząc: "Ale on zde­ner­wo­wa­ny!". Kon­ty­nu­owa­nie roz­mo­wy wy­da­ło mi się cie­ka­we i za­py­ta­łem kto. Od­po­wie­dzia­ła: "Kot". Ale i tak się nie obu­dzi­ła. Dużo wię­cej o niej na­pi­sa­łem w Środ­ko­wow­schod­nich re­wi­zjach. Ale choć­bym nie wiem ile o niej pi­sał, nig­dy nie bę­dzie dość. To ona na­uczy­ła mnie naj­dłuż­sze­go sło­wa na świe­cie i jest to sło­wo nie­miec­kie: Hot­ten­tot­ten­po­ten­ta­ten­tan­te­na­ten­ta­ten­täter3. Dla­te­go za­wszę będę miał wo­bec niej dług. Przez swo­je nie­speł­na osiem­dzie­siąt lat prze­ży­ła sześć re­żi­mów po­li­tycz­nych.

Pięć.

Jed­nak sześć: im­pe­rium au­stro-wę­gier­skie, ZURL, Pol­ska, pierw­si so­wie­ci, re­ich, dru­dzy so­wie­ci. Moż­na pi­sać hi­sto­rię XX wie­ku.

Jaka jest róż­ni­ca mię­dzy pierw­szy­mi i dru­gi­mi so­wie­ta­mi? Czy to nie ten sam re­żim?

Pierw­si byli oku­pan­ta­mi, a dru­dzy wy­zwo­li­cie­la­mi. I wszyst­ko dzię­ki Niem­com. Oczy­wi­ście żar­tu­ję. Nie, to tak na­praw­dę jest róż­ni­ca jak mię­dzy przed­wo­jen­nym i po­wo­jen­nym ze­te­se­re­rem. To do­syć od­mien­ne sys­te­my, cho­ciaż niby czę­ścio­wo z tym sa­mym Sta­li­nem na cze­le. Jak­kol­wiek by było, moja bab­cia - to taki fan­ta­stycz­ny szpa­gat nad rze­ką cza­su. Na jed­nym brze­gu - fo­to­pla­sty­kon, Franz Fer­di­nand, nie­me kino i ta­niec shim­my, na dru­gim - ko­smo­nau­ci, Mao Tse-tung, cen­tral­na te­le­wi­zja i śmierć Ga­ga­ri­na, któ­rą ona cięż­ko opła­ki­wa­ła. Wy­obra­żasz so­bie - Franz Fer­di­nand i Ju­rij Ga­ga­rin w jed­nym i tym sa­mym fil­mie! Bra­ko­wa­ło tyl­ko gru­py "Franz Fer­di­nand".

Czy­li ona, pani Ire­na, nie była an­ty­ra­dziec­ka?

Była sobą. Czy­li kimś, kto zdą­żył po­żyć w sze­ściu re­żi­mach po­li­tycz­nych - ze wszyst­ki­mi tego na­stęp­stwa­mi. I ona ja­koś tak przy­cią­ga­ła do sie­bie wszel­kie odłam­ki znisz­czo­nych po­przed­nich świa­tów. Kie­dy miesz­ka­li­śmy na Har­ku­szy, czę­sto za­cho­dzi­ły do niej naj­róż­niej­sze pół­zwa­rio­wa­ne sta­re pa­niu­sie, rza­dziej pa­no­wie, prze­waż­nie jed­nak pa­niu­sie, prze­waż­nie damy, bo pa­no­wie na ogół z róż­nych przy­czyn do ta­kie­go wie­ku nie do­ży­wa­li. Poza tym pra­wie wszyst­kie były sta­ry­mi pan­na­mi i pra­wie wszyst­kie miesz­ka­ły w pa­rach ze swo­imi sio­stra­mi. Te­raz cza­sa­mi przy­pusz­czam, że może to nie były sio­stry, lecz ta­jem­na les­bij­ska wspól­no­ta. Wy­obra­żasz so­bie - les­bij­ski ruch opo­ru na tle tych wszyst­kich dyk­ta­tur? I to było ja­kieś pa­nop­ti­kum - wszyst­kie te wy­tar­te fu­tra, stru­sie pió­ra, li­sie ogo­ny, błę­kit­ne wstąż­ki i ró­żo­we ko­kar­dy, tur­ba­ny z brosz­ka­mi, ka­pe­lu­si­ki. No tak - przede wszyst­kim ka­pe­lu­si­ki. Po­śród nich była jed­na taka zu­peł­nie głu­cha sta­ru­szen­cja, któ­ra za­wsze opo­wia­da­ła to samo: niby wła­śnie bie­gła za nią wa­ta­ha "bę­kar­tów" i wrzesz­cze­li: "Pani w ka­pe­lu­si­ku! Pani w ka­pe­lu­si­ku!", więc no­si­ła peł­ne kie­sze­nie ka­mie­ni, żeby ich od­ga­niać. Bab­cię nie­spe­cjal­nie cie­szy­ły ich wi­zy­ty, ale za­zwy­czaj po­da­wa­ła im ka­kao i pącz­ki. Przy­po­mi­na­ło to speł­nia­nie obo­wiąz­ku. Cho­dzi­ło o to, że więk­szość z nich na­wet nie była jej przy­ja­ciół­ka­mi, ale jesz­cze jej mat­ki, nie­któ­re na­wet zwra­ca­ły się do niej - "dzie­cin­ko". Aż spa­da­łem pod stół ze śmie­chu: moja bab­cia - dzie­cin­ka! Dla mnie to w ogó­le był nie­zły cyrk. Szcze­gól­nie kie­dy one cze­goś ode mnie chcia­ły, a bab­cia nie kon­tro­lo­wa­ła sy­tu­acji, bo wła­śnie wy­cho­dzi­ła na we­ran­dę, na przy­kład przy­go­to­wy­wać dla nich ka­kao. Wte­dy ro­bi­łem so­bie z nich jaja. "Co no­we­go w gim­na­zjum, Igor­ku?" - py­ta­ła któ­raś z nich, wy­raź­nie grzę­znąc w dzie­się­cio­le­ciach i my­ląc mnie z moim oj­cem. "Roz­da­li wszyst­kim broń" - od­po­wia­da­łem i po­ka­zy­wa­łem przy­wie­zio­ny z Pra­gi pi­sto­let na wodę. "A jak ty się na­zy­wasz?" - py­ta­ła znów za parę mi­nut. "Mau­ri­ce Ge­rald" - od­po­wia­da­łem i ona z uzna­niem ki­wa­ła gło­wą, bo i tak nic nie sły­sza­ła. Kie­dy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na Bel­we­der, znacz­nie ich uby­ło. Może te czte­ro­pię­tro­we blo­ki z cza­sów Chrusz­czo­wa ja­koś je od­stra­sza­ły. A może po pro­stu po­wy­mie­ra­ły. Jed­na z nich na pew­no spa­li­ła się w domu ra­zem z wszyst­ki­mi swo­imi ko­ta­mi i kot­ka­mi. Pi­sze o tym Jur­ko Pro­chaś­ko, on też ją pa­mię­ta, tak jak i Ta­ras.

Za­nim osta­tecz­nie przej­dzie­my do chrusz­czo­wek - przy­po­mi­nasz so­bie coś jesz­cze z tego pierw­sze­go domu?

Tego wszyst­kie­go jest tak wie­le, że zo­sta­je mi tyl­ko li­nia prze­ry­wa­na. Pa­mię­tam są­sia­dów. Kie­dy wy­cho­dzi­ło się od nas na po­dwór­ko, to pierw­sze były drzwi do miesz­ka­nia ży­dow­skiej ro­dzi­ny Dro­tów. Miesz­ka­ły tam dwie sio­stry - Ania i Sofa, dużo się ze mną wo­zi­ły w cza­sach, kie­dy jesz­cze peł­za­łem. Jak wszyst­kie dziew­czyn­ki cie­ka­wi­ła je za­ba­wa taką żywą tłu­stą lal­ką. Po­tem uczy­ły mnie jeź­dzić na trzy­ko­ło­wym ro­we­rze. Pa­mię­tam, że mia­ły pły­tę z Pa­ra­sol­ka­mi z Cher­bo­ur­ga i pusz­cza­ły ją po ty­siąc razy dzien­nie, raz za ra­zem, zno­wu i zno­wu, ty­siąc razy dzien­nie! Ich ro­dzi­ce na­zy­wa­li się Ida i Ko­pel, roz­ma­wia­li śmiesz­nie po ro­syj­sku, ale wte­dy wszy­scy roz­ma­wia­li po ro­syj­sku śmiesz­nie. Włącz­nie z sa­my­mi Ro­sja­na­mi. Dro­to­wie pierw­si mie­li te­le­wi­zor i cza­sem za­pra­sza­li są­sia­dów na oglą­da­nie - je­śli wie­czo­rem po­ka­zy­wa­li ja­kiś tam Los czło­wie­ka. Albo Dro­gę przez mękę. Do nich oj­ciec cho­dził na me­cze w sześć­dzie­sią­tym szó­stym roku.

Aha, me­cze. In­te­re­so­wa­łeś się pił­ką noż­ną?

To za sła­be sło­wo. Ale za­czę­ło się w przy­bli­że­niu od mo­men­tu, kie­dy i w na­szym domu po­ja­wił się te­le­wi­zor. Mniej wię­cej wte­dy oj­ciec za­czął za­bie­rać mnie na me­cze na­sze­go Ura­ga­nu. Pa­mię­tam, jak nasi do­wa­li­li 3 : 0 Naf­to­wy­ko­wi (Dro­ho­bycz) i 4 : 0 Char­czo­wy­ko­wi (Ben­de­ry). Szli­śmy - ja­kieś pięć ty­się­cy krzy­ka­czy - dłu­ga­śną ko­lum­ną ze sta­dio­nu uli­cą Szew­czen­ki i skan­do­wa­li­śmy coś w ro­dza­ju: "Sy­no­wie Ban­de­ry po­bi­li Ben­de­ry!". Oprócz tego sza­leń­czo ki­bi­co­wa­łem jesz­cze dwóm dru­ży­nom - re­pre­zen­ta­cji ZSRR i ki­jow­skie­mu Dy­na­mo. Cza­sem lwow­skim Kar­pa­tom, ale bar­dziej Dy­na­mo. Z nimi wszyst­ko uło­ży­ło się we wła­ści­wym cza­sie: zo­sta­łem ich ki­bi­cem aku­rat w la­tach, kie­dy trzy­krot­nie zdo­by­li mi­strzo­stwo So­ju­za, wię­cej coś ta­kie­go się nie po­wtó­rzy­ło. Z wszyst­kich trzech mo­ich dru­żyn mniej wię­cej sto­ic­ko zno­si­łem po­raż­ki re­pre­zen­ta­cji i Fran­kow­skie­go Ura­ga­nu. Ale po­raż­ki Ki­jo­wa cza­sa­mi do­pro­wa­dza­ły mnie do pła­czu. Za­le­wa­łem się łza­mi i w sześć­dzie­sią­tym siód­mym, kie­dy w Pu­cha­rze Mi­strzów prze­ry­pa­li z Gór­ni­kiem, wcze­śniej fan­ta­stycz­nie eli­mi­nu­jąc z gry Cel­tic (Glas­gow), i w sześć­dzie­sią­tym ósmym, kie­dy wy­le­cie­li z tego sa­me­go Pu­cha­ru, prze­gry­wa­jąc z Fio­ren­ti­ną, ale naj­bar­dziej gorz­kie - w sześć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym, kie­dy prze­je­ba­li mi­strzo­stwo So­ju­za z mo­skiew­skim Spar­ta­kiem. To był kosz­mar, a nie mecz. Ży­li­śmy nim kil­ka ty­go­dni ciur­kiem - to miał być ki­jow­ski re­wanż za po­raż­kę 1 : 2 w Mo­skwie z pierw­szej run­dy roz­gry­wek. Ry­wa­li­za­cję ki­jow­skie­go Dy­na­ma i mo­skiew­skie­go Spar­ta­ka w sta­rych ra­dziec­kich mi­strzo­stwach trud­no po­rów­ny­wać na­wet z ry­wa­li­za­cją Ba­rçy i Re­alu w hisz­pań­skich czy wspo­mnia­ne­go Cel­ti­ca i Ran­gers w szkoc­kich. Dla nas na Za­chod­niej Ukra­inie to było coś na kształt woj­ny o nie­pod­le­głość. I trzy razy pod rząd ją wy­gry­wa­li­śmy. Dla­te­go przez kil­ka ty­go­dni glę­dzi­li­śmy tyl­ko o me­czu - w szko­le i w domu, wszę­dzie. Eks­ta­tycz­nie od­li­cza­łem dni do po­cząt­ku dra­ma­tu. Na lek­cjach ry­so­wa­łem w ze­szy­tach sche­ma­ty roz­miesz­cze­nia i współ­dzia­ła­nia gra­czy i ana­li­zo­wa­łem wszyst­kie moż­li­we wa­rian­ty. Sce­na­riusz był je­den: Dy­na­mo mu­sia­ło wy­grać i wyjść na pierw­sze miej­sce. Za­my­ka­łem oczy i wi­dzia­łem prze­pięk­ne strza­ły, któ­re wpa­da­ją w siat­kę mo­skiew­skiej bram­ki - Sabo, Tu­riań­czyk, By­szo­wiec! Była strasz­li­wa je­sień, ja­kiś ko­niec paź­dzier­ni­ka czy już li­sto­pad, cięż­ki zim­ny deszcz nie prze­sta­wał pa­dać ani na chwi­lę - jak w Ki­jo­wie, tak we Fran­ku i ca­łej Ukra­inie. Mój oj­ciec spro­wa­dził peł­ny dom swo­ich kum­pli, za­sie­dli­śmy przed te­le­wi­zo­rem, z ja­kie­goś po­wo­du pra­wie pew­ni, że Ki­jów zwy­cię­ży, bo in­a­czej być nie może. Zwy­cię­ży, ale w bar­dzo cięż­kim boju, zga­dza­li­śmy się. W po­ło­wie pierw­szej po­ło­wy Osja­nin strze­lił nam bram­kę z kon­try. Mo­ska­le sami nie wie­rzy­li we wła­sne szczę­ście. Z mi­nu­ty na mi­nu­tę cze­ka­li­śmy na wy­rów­nu­ją­cą bram­kę Dy­na­ma, po­tem mia­ła być dru­ga, trze­cia. Pił­ka le­d­wie to­czy­ła się po bo­isku, grzę­znąc w ka­łu­żach. Nie­moż­li­wa była gra w ża­den z fut­bo­li - ani si­ło­wy, ani kom­bi­na­cyj­ny. Wszyst­ko to­nę­ło w nie­zno­śnie grzą­skim błoc­ku, w lo­do­wa­tych stru­mie­niach. Dy­na­mo roz­pacz­li­wie i spa­zma­tycz­nie rzu­ca­ło się na mo­skiew­ską bram­kę, ale ża­den prze­pięk­ny strzał tego wie­czo­ra jed­nak w nią nie wpadł. Ani ża­den pa­skud­ny, ani po pro­stu ża­den strzał. Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut przed śmier­cią za­czą­łem be­czeć i po­twor­nie bla­dy oj­ciec wark­nął na mnie: "Prze­stań!". Nig­dy w ży­ciu na mnie nie krzy­czał, to było po raz pierw­szy. I nig­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łem go tak kur­czo­wo skrzy­wio­ne­go i bla­de­go. Ale ja nie prze­sta­łem, bo nie mo­głem. I kie­dy to się sta­ło (koń­co­wy gwiz­dek, ostat­ni śmier­tel­ny wy­dech, ostat­ni jęk try­bun, prze­mia­na desz­czu w mo­kry śnieg i zła ta­tar­ska ra­dość na bez­czel­nych spar­tac­kich gę­bach), po­czu­łem, jak coś we mnie pęka - sta­ło się, kur­wa, nie­moż­li­we - ktoś umarł, coś umar­ło, cze­goś na świe­cie za­bra­kło, Ro­sja, suka Ro­sja zno­wu nas wy­ru­cha­ła, mo­ska­le zno­wu nas zro­bi­li, hore-hore tij czaj­ci ne­bo­zi, szczo wy­we­ła cza­je­nia­tok - mój płacz był pła­czem Ukra­iny, roz­rósł się w wiel­ki la­ment, oj­ciec trza­snął drzwia­mi i ru­szył do­kądś w desz­czo­wy mrok ra­zem z ca­łym to­wa­rzy­stwem, w nocy do­sta­łem go­rącz­ki i po­twor­nie rzy­ga­łem, a on przy­wlókł się gdzieś nad ra­nem pi­ja­ny w trą­bę, czy na­wet jak szpa­del, prze­mok­nię­ty do su­chej nit­ki i za­bło­co­ny. Taka to była pił­ka.

I da­lej pła­ka­łeś nad fut­bo­lem przez wszyst­kie na­stęp­ne lata?

Nie, z cza­sem chłop­cy tra­cą tę zdol­ność - pła­czu. Chło­pa­ki nie pła­czą, jak wia­do­mo. Gdzieś w wie­ku je­de­na­stu, dwu­na­stu lat to mija jak ręką od­jął. Cza­sem na­wet chciał­byś, ale już nie mo­żesz, tyl­ko po­chli­pu­jesz. To oczy­wi­ście po­czą­tek doj­rze­wa­nia płcio­we­go, kie­dy za­sy­pia w to­bie na dłu­go ja­kieś cen­trum or­ga­ni­za­cji pła­czu. Ono po­tem oży­wa gdzieś po czter­dzie­st­ce, ale jest już inne. Żeby za­koń­czyć z fut­bo­lem: szczyt mo­je­go ki­bi­co­wa­nia przy­pa­da na lata sie­dem­dzie­sią­te. Na przy­kład mi­strzo­stwa świa­ta w sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym roku. Pa­mię­tam z nich, zda­je się, wszyst­ko. Po­wiedz­my: pod­czas me­czu re­pre­zen­ta­cji RFN z Chi­le tu­rec­ki sę­dzia wy­rzu­cił z bo­iska Chi­lij­czy­ka Ca­sze­ly'ego za sy­mu­lo­wa­nie. A z Afry­ki przy­je­cha­ła wte­dy tyl­ko jed­na dru­ży­na i był to Zair.

A kto strze­lił Po­la­kom w pół­fi­na­le?

No, to bar­dzo ła­twe! Mül­ler, Gerd Mül­ler. Ale gdy­byś za­py­tał, któ­ry z Ju­go­sło­wian strze­lił trze­cią bram­kę z dzie­wię­ciu w me­czu prze­ciw­ko Za­iro­wi, to­bym mu­siał po­my­śleć. A w ogó­le moją mi­ło­ścią była wte­dy Ho­lan­dia, jed­nak naj­lep­sza na świe­cie, po pro­stu im się nie po­szczę­ści­ło - i w sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym w Niem­czech, i w sie­dem­dzie­sią­tym ósmym w Ar­gen­ty­nie mu­sia­ła w fi­na­le grać z go­spo­da­rza­mi.

Do­brze, zo­staw­my fut­bol, bo za bar­dzo wcią­ga. Sam już za­czy­nam za­mę­czać się przy­po­mi­na­niem so­bie, kto komu nie strze­lił ja­kie­goś kar­ne­go. Nie skoń­czy­li­śmy jesz­cze z po­dwór­kiem na Har­ku­szy.

Tak na­praw­dę tego nie uda się skoń­czyć nig­dy. Tak so­bie te­raz my­ślę, o czym jesz­cze po­wie­dzieć? O in­nych są­sia­dach, o ich nie­wzru­szo­nych, jak­by na­bi­tych na pale i po­dob­nie też wy­krzy­wio­nych gło­wach w oknach? O ro­dzi­nie wró­żek w głę­bi po­dwór­ka? O zbie­ra­niu orze­chów albo cze­re­śni? O pla­cu za­baw z huś­taw­ka­mi, gdzie let­ni­mi wie­czo­ra­mi prze­no­śna bud­ka z pro­jek­to­rem za bez­dur­no po­ka­zy­wa­ła fil­my ani­mo­wa­ne i sta­re re­wo­lu­cyj­ne thril­le­ry? O Ma­łym Wo­łod­ce, któ­re­go ostro rąb­ną­łem kan­tem dło­ni w szy­ję, od cze­go prze­stał od­dy­chać, po­si­niał, a ja stra­ci­łem grunt pod no­ga­mi, bo wy­obra­zi­łem so­bie, że on za­raz umrze i któ­reś z mo­ich ro­dzi­ców zmu­szo­ne bę­dzie sie­dzieć za mnie w wię­zie­niu.

Obe­szło się bez tego?

Wy­sko­czy­ła mama, któ­ra wła­śnie słu­cha­ła lwow­skie­go kon­cer­tu ży­czeń. Mię­dzy trzy­na­stą a czter­na­stą co nie­dzie­la Lwów nada­wał na śred­nich fa­lach kon­cert. Mu­zy­ka Bi­łasz, sło­wa Paw­łycz­ko i róż­ne ta­kie, mama to lu­bi­ła. Wla­ła w Ma­łe­go Wo­łod­kę całą szklan­kę ga­zo­wa­nej wody z sy­fo­nu z so­kiem ma­li­no­wym, i oprzy­tom­niał. Póź­niej, kie­dy by­wał u nas w domu, jesz­cze kil­ka razy uda­wał, że coś mu utknę­ło w gar­dle i nie może zła­pać od­de­chu, i robi się siny. Bo do­brze za­pa­mię­tał tę wodę ga­zo­wa­ną z so­kiem i w ta­kich wy­pad­kach za­wsze ją do­sta­wał. Aha, zda­rza­ły się jesz­cze po­wo­dzie - dwa lata pod rząd, la­tem. Ja­koś tak wy­cho­dzi­ło, że desz­cze pa­da­ły po czter­dzie­ści dni i nocy, i wte­dy obie By­strzy­ce pu­chły i wy­stę­po­wa­ły z brze­gów, i nio­sły na swo­ich zdzi­cza­łych fa­lach ka­wał­ki do­mów, drze­wa, snop­ki, pew­ne­go razu ktoś wi­dział, jak nio­sły kro­wę i ona była jesz­cze żywa, ale mia­ła po­ła­ma­ne nogi, in­nym ra­zem nio­sło sa­mo­chód, Woł­gę. Tak Woł­ga po­łą­czy­ła się z By­strzy­cą. Zdzi­wa­cza­łe przy­ja­ciół­ki mo­jej bab­ci mó­wi­ły, że to przez loty w ko­smos. Może i mia­ły ra­cję. We wszel­kich prze­ja­wach koń­ca świa­ta orien­to­wa­ły się naj­le­piej.

Były jesz­cze ja­kieś zna­ki? Oprócz lo­tów w ko­smos i Chiń­czy­ków?

Wię­cej niż dość. Cza­sa­mi to było mię­so, gni­ją­ce mię­so - opy­la­li je ja­cyś po­dej­rza­ni chło­pi, któ­rzy nad ra­nem mi­ja­li nasz dom w dro­dze z dwor­ca na ba­zar. Kie­dy tyl­ko od­cho­dzi­li, mię­so bły­ska­wicz­nie po­kry­wa­ło się gnil­ny­mi pla­ma­mi, za­czy­na­ło się ru­szać i po­twor­nie ję­czeć. Cza­sa­mi to były jaj­ka - na pierw­szy rzut oka zwy­czaj­ne ku­rze, ale w środ­ku mia­ły nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kie za­rod­ki, jak­by smo­cze. Po­tem jesz­cze sznur - pew­ne­go razu oj­ciec zna­lazł dwu­me­tro­wy sznur za­pie­czo­ny w bo­chen­ku chle­ba. Pa­mię­tam jesz­cze wę­drow­ne­go ka­zno­dzie­ję z roz­czo­chra­ną bro­dą i w wy­tar­tym koł­pa­ku, za­wsze po­ja­wiał się na skwe­rze przed dwor­cem na po­cząt­ku lata i krę­cił się tam do po­ło­wy je­sie­ni, roz­da­jąc na pra­wo i lewo ja­kieś stro­ni­ce ze świę­ty­mi wier­sza­mi, nie­zbyt zro­zu­mia­ły­mi, ta­ki­mi ra­czej da­da­istycz­ny­mi. Ale one wszyst­kie wró­ży­ły coś nie­do­bre­go, to było ja­sne. Bie­ga­li­śmy za nim nie­co więk­szą wa­ta­hą i drę­czy­li­śmy. To zna­czy na­śmie­wa­li­śmy się. Albo do­cze­pia­li­śmy się do nie­go, żeby wy­zna­czył, kto z nas "griesz­nik", a kto "pra­wied­nik". Bo on to umiał jed­nym spoj­rze­niem.

I co po­wie­dział o to­bie?

Pra­wied­nik. Cha-cha-cha-cha! Póź­niej czę­sto śni­ło mi się, że czymś go ob­ra­żam i mnie goni, o mało co nie do­ga­nia­jąc. Śni­ły mi się też strasz­ne sny z udzia­łem nie­któ­rych są­sia­dów. Kil­ka bu­dyn­ków od nas miesz­ka­ły ta­kie so­bie Pi­law­skie, cór­ka i mat­ka, oby­dwie cien­ko­no­gie, chu­de jak tycz­ki, z ja­skra­wo wy­ma­lo­wa­ny­mi usta­mi, w mię­dzy­wo­jen­nych be­re­tach, tro­chę ko­smit­ki. Cór­ka mia­ła po­nad pięć­dzie­siąt lat, a mat­ka od­po­wied­nio pod osiem­dzie­siąt­kę. Żyły niby z tego, że póź­ny­mi wie­czo­ra­mi przy­pro­wa­dza­ły z dwor­ca wszel­kich przy­pad­ko­wych pa­sa­że­rów, któ­rzy mu­sie­li za­trzy­mać się na noc we Fran­ku. Po­dob­no pro­po­no­wa­ły im noc­leg za wiel­ce umiar­ko­wa­ną cenę. W rze­czy­wi­sto­ści mało kto wy­cho­dził z ich prze­śmierd­nię­te­go ko­ta­mi i po pro­stu mo­czem bar­ło­gu cały i zdro­wy. Obie były pa­ję­czy­ca­mi. Sta­ra kil­ka razy sta­ra­ła się mnie zwa­bić do nich, po­ka­zu­jąc z okna we­ran­dy ja­kieś po­żół­kłe pol­skie ga­ze­ty, ale ja uda­wa­łem, że niby nie pa­trzę w jej stro­nę, i po­chmur­nie od­cho­dzi­łem jak naj­bli­żej swo­je­go domu. Pew­ne­go razu na dwor­cu ob­ser­wo­wa­łem, jak jej cór­ka mysz­ko­wa­ła po po­cze­kal­niach w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nej ofia­ry. Byli to prze­waż­nie mło­dzi chłop­cy, nie­mal pod­lot­ki, za­wsze w tym sa­mym ty­pie - z bied­nych wsi, ja­cyś tacy ucznio­wie tech­ni­kum i szkół rze­mieśl­ni­czych w ku­sych płasz­czy­kach z nie­zgrab­ny­mi, obi­ty­mi na ro­gach bla­chą wa­liz­ka­mi. Pani Pi­law­ska ła­pa­ła ich za ło­kieć i coś ener­gicz­nie mó­wi­ła swo­imi ja­skra­wy­mi war­ga­mi. To był se­ans hip­no­tycz­ny - szli za nią, po­kor­nie zwie­sza­jąc gło­wy, tak się cho­dzi ra­czej na eg­ze­ku­cję.

A więc lu­bi­łeś włó­czyć się wie­czo­ra­mi po dwor­cu?

Zgódź się, że to nie naj­gor­sza z roz­ry­wek. Po­cząt­ko­wo żą­da­łem od bab­ci albo od ojca, by­śmy "po­szli oglą­dać pa­ro­wo­zy". To trwa­ło w przy­bli­że­niu, do­pó­ki nie skoń­czy­łem pię­ciu lat. Bar­dzo lu­bi­łem, kie­dy przy­jeż­dżał "war­szaw­ski" - czy­li eks­pres War­sza­wa-Kon­stan­ca. W oknach wa­go­nów za­wsze sta­li ja­cyś tro­chę inni lu­dzie, być może Po­la­cy.

Aha, sie­dem­dzie­sią­ty szó­sty?

Przy­pu­ść­my, że tak. Pew­ne­go razu ten po­ciąg przy­wiózł całą kupę na­szych ku­zy­nów z Kra­ko­wa. Było ich aż pię­cio­ro i przy­je­cha­li do nas w go­ści, to był naj­młod­szy brat mo­je­go dziad­ka, stryj Ro­man, z żoną i troj­giem dzie­ci. Bab­cia nie wi­dzia­ła go ze trzy­dzie­ści lat, omal nie ze­mdla­ła na pe­ro­nie ze zde­ner­wo­wa­nia, trze­ba było ją pod­trzy­my­wać ze wszyst­kich moż­li­wych stron. Ona w ogó­le czę­sto tra­ci­ła przy­tom­ność. I czę­sto pa­da­ła z nóg. To była taka sa­mo­obro­na, to zna­czy­ło: mogę was w każ­dej chwi­li opu­ścić, to dla mnie nic trud­ne­go. Od tej pory war­szaw­ski po­ciąg stał się dla mnie zwia­stu­nem ja­kiejś przy­jem­nej nie­spo­dzian­ki - na przy­kład go­ści i pre­zen­tów. Wy­ma­wia­łem "War­sza­wa" - i czu­łem ja­kieś per­fu­mo­wo-my­dla­ne wo­nie, zu­peł­nie za­gra­nicz­ne, u nas ta­kich się nie spo­ty­ka­ło. "Kon-stan­ca" na­to­miast była przede wszyst­kim sta­cją, cała w lu­strach i pal­mach. Kon­stan­ca była na po­łu­dniu, a po­łu­dnie było mo­rzem.

Dwo­rzec - to coś jak port? Czy­li moż­na z nie­go zo­ba­czyć mo­rze?

Ab­so­lut­nie. W dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym roku na­praw­dę tra­fi­łem na kil­ka go­dzin do Kon­stan­cy i tam oka­za­ło się, że rze­czy­wi­ście jest tro­chę palm. Cała resz­ta była inna, ale ja oczy­wi­ście się nie zdzi­wi­łem. Ogól­nie rzecz bio­rąc, moż­na to pod­su­mo­wać w ten spo­sób, że prze­pro­wadz­ka z Har­ku­szy na Bel­we­der to była przede wszyst­kim utra­ta dwor­ca, jego bli­sko­ści. Wszyst­kich jego Cy­ga­nów.

Ale chy­ba to nie była tyl­ko stra­ta. Po­ja­wi­ło się coś w za­mian.

Rze­ka, bli­skość rze­ki. Z Har­ku­szy mie­li­śmy do rze­ki znacz­nie da­lej. Była to też inna rze­ka - By­strzy­ca Nad­wór­niań­ska. Szło się do niej wiecz­nie na­grza­ną kład­ką dla pie­szych nad to­ra­mi, po­tem nad warsz­ta­ta­mi za­kła­du re­mon­tu pa­ro­wo­zów, ZRP (albo, jak mó­wi­ła bab­cia, ze­ter­pe), po­tem jesz­cze dłu­go uli­cą Miru i ów­cze­sny­mi przed­mie­ścia­mi So­fi­jów­ki czy Ka­sprów­ki, czy cze­goś tam jesz­cze. Cho­ciaż prze­waż­nie od­jaz­do­wo było - iść przez ten za­pach roz­grza­nych smo­ło­wa­nych pod­kła­dów, a po­tem tymi za­ku­rzo­ny­mi ulicz­ka­mi. A oka­za­ło się, że z miesz­ka­nia na Bel­we­de­rze jest nie da­lej niż dzie­sięć mi­nut do By­strzy­cy So­ło­twiń­skiej. Uli­cą Kar­me­lu­ka (zno­wuż roz­bój­ni­ka) do sa­me­go koń­ca. W no­wym (względ­nie no­wym) miesz­ka­niu po­koi było o je­den wię­cej - całe trzy, a tak­że wszyst­kie tak zwa­ne wy­go­dy łącz­nie z wan­ną. Te­raz ro­dzi­ce mie­li od­dziel­ną sy­pial­nię ze wspól­nym łóż­kiem. Z okna ich sy­pial­ni moż­na było zo­ba­czyć wą­ziut­ki prze­błysk rze­ki - wcze­sną wio­sną kie­dy nie było li­ści. A tak­że cie­niut­ką smu­gę prze­ciw­ne­go brze­gu. W dzień, kie­dy ro­dzi­ców nie było w domu, mo­głem dłu­go stać przy tym oknie w ich sy­pial­ni. W ogó­le by­wa­łem w niej co­dzien­nie po kil­ka go­dzin. Po­ta­jem­nie czy­ta­łem książ­ki mamy - jed­na z nich, tłu­ma­czo­na z fran­cu­skie­go, za­ty­tu­ło­wa­na była An­ge­li­ka, inna za­ty­tu­ło­wa­na Ga­brie­la, na­pi­sał ją Jor­ge Ama­do. W oby­dwu wy­szu­ki­wa­łem sce­ny i opi­sy ero­tycz­ne, czy­li czy­ta­łem tyl­ko wy­bra­ne frag­men­ty.

Ile mia­łeś lat?

Kie­dy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na Bel­we­der, mi­jał mi dwu­na­sty rok. Czy­li zmia­na miej­sca za­miesz­ka­nia na­ło­ży­ła się w cza­sie na po­czą­tek wia­do­mych zmian we mnie. Taka so­bie oso­bi­sta re­wo­lu­cja sek­su­al­na, re­vo­lu­tion num­ber one. Na­sta­je pe­wien czas - i wszyst­ko na świe­cie za­czy­na się krę­cić wo­kół two­je­go fle­ta. Książ­ki były wte­dy chy­ba je­dy­ną ze­wnętrz­ną pod­nie­tą. Od daw­na wia­do­mo, że w ZSRR po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych "siek­sa jesz'czo nie było". Nie było go w te­le­wi­zji, a w ki­nie - je­śli gdzieś tam w któ­rymś za­chod­nim pro­gre­syw­nym fil­mie ca­ło­wa­li się zbyt na­mięt­nie czy, po­wiedz­my, bo­ha­ter­ka mia­ła zbyt głę­bo­ki de­kolt - usta­na­wia­no dra­koń­skie ogra­ni­cze­nie od szes­na­stu lat. Do­daj­my tu­taj nie­ist­nie­nie wi­deo czy re­kla­my. Por­no­gra­fia tra­fia­ła się tyl­ko na za­sma­ro­wa­nych kar­tach do­mo­wej ro­bo­ty i wsa­dza­no za nią do wię­zie­nia. Ko­stiu­my ką­pie­lo­we były prze­waż­nie za­kry­te, bie­li­zna prze­waż­nie po­twor­na. A pierw­sze spód­nicz­ki mini na­tra­fi­ły na taki jed­no­gło­śny sprze­ciw oby­wa­tel­ski, że do dzi­siaj po­dzi­wiam sza­leń­cze po­świę­ce­nie ów­cze­snych li­de­rek. Ile te­raz mają lat? Gdzieś po­nad pięć­dzie­siąt? W każ­dym ra­zie tym pierw­szym se­zo­nom mini to­wa­rzy­szy­ło ja­kieś ta­kie bez­u­stan­ne żmi­jo­we sy­cze­nie śla­dem pre­kur­so­rek. A przy­najm­niej mi­ni­spód­nicz­ki wzbu­dza­ły obo­wiąz­ko­we roz­mo­wy przy sto­le na te­mat "Do cze­go to do­pro­wa­dzi?". Mój oj­ciec wy­stę­po­wał z po­zy­cji ra­cjo­nal­no-es­te­tycz­nych. "Uwa­żam - mó­wił - że je­śli dziew­czy­na ma ład­ne, smu­kłe nogi, to cze­mu by mia­ła ich nie po­ka­zy­wać?". "Po­słu­chaj­cie tyl­ko! - re­ago­wa­ła mama. - Ty już za sta­ry prze­cież je­steś, żeby się na nie ga­pić!". Przy ta­kiej oka­zji nie za­po­mi­na­ła zro­bić alu­zji do dzie­się­cio­let­niej róż­ni­cy wie­ku mię­dzy nimi. W tym cza­sie, oczy­wi­ście, nie mo­gła wie­dzieć, że u męż­czyzn po czter­dzie­st­ce wszyst­ko za­czy­na się z nową siłą, znów pod­nie­ca­ją się ła­two, ni­czym na­sto­lat­ki. I w tym sa­mym cza­sie są cał­ko­wi­cie wol­ni od na­sto­let­nie­go zdra­dli­we­go drże­nia. W pew­nym sen­sie sta­ją się do­sko­na­li. Ale wróć­my do mo­ich ów­cze­snych udręk. Wła­śnie w mo­men­cie na­szej prze­pro­wadz­ki na Bel­we­der wsze­dłem w sta­dium, kie­dy prze­sta­jesz in­te­re­so­wać się In­dia­na­mi, a za­czy­nasz dziew­czę­ta­mi. Albo w pierw­szym mo­men­cie te rze­czy jako tako współ­ist­nie­ją, tyl­ko In­dia­nie osta­tecz­nie prze­sta­ją być czymś naj­waż­niej­szym. Taka to ko­lej­na zdra­da bia­łe­go czło­wie­ka. W ogó­le po­do­ba ci się jesz­cze trzy­ma­nie w rę­kach wo­jen­ne­go to­ma­haw­ka, ale z o ile więk­szą ra­do­ścią po­trzy­mał­byś cyc­ki ko­le­żan­ki z kla­sy - tym bar­dziej że zu­peł­nie nie­daw­no ni­cze­go przy­po­mi­na­ją­ce­go cyc­ki wy­ma­cać by się u niej nie dało. A pro­pos, w na­szej kla­sie wszy­scy chło­pa­cy bez wy­jąt­ku dzi­ko chcie­li jed­nej i tej sa­mej ko­le­żan­ki. Taki dziw­ne skrzy­wie­nie li­bi­do - wszy­scy by­li­śmy swo­imi ry­wa­la­mi. Czy­li za wszyst­ki­mi tymi na­szy­mi co­dzien­ny­mi bój­ka­mi krył się cał­kiem szcze­gól­ny sens.

Jak wy­glą­da­ły two­je szan­se?

Źle. Wła­śnie te­raz na­le­ża­ło­by chy­ba opo­wie­dzieć o mo­ich ów­cze­snych pro­ble­mach: by­łem gru­ba­sem. Nie wy­glą­da­ło to strasz­nie, ale nie szcze­gól­nie sek­sy. Moja nie­zgrab­ność po­wo­do­wa­ła moje nie­zde­cy­do­wa­nie, a ono z ko­lei brak pew­no­ści sie­bie. Tym­cza­sem, jak pew­ne­go razu wy­ja­śni­ła Roma Wo­ro­nycz, praw­dzi­wa sek­su­al­ność to przede wszyst­kim pew­ność. Po­śród ko­le­gów z kla­sy co praw­da by­łem dość lu­bia­ny - jako opo­wia­dacz hi­sto­rii, któ­re prze­waż­nie wy­my­śla­łem spon­ta­nicz­nie, ale na­zy­wa­łem fil­ma­mi, któ­rych oni nie wi­dzie­li, a mnie niby uda­wa­ło się to wszyst­ko nie wia­do­mo jak obej­rzeć. Na szyb­ko prze­ka­zy­wa­łem wy­my­ślo­ne cią­gi ob­ra­zów - w cza­sie te­raź­niej­szym i tro­chę na role. Czy­li ge­sty­ku­lo­wa­łem, ro­bi­łem miny i zmie­nia­łem głos. To przy­ku­wa­ło ich uwa­gę, mo­gli słu­chać go­dzi­na­mi. Ale trud­no było za­bły­snąć tą zdol­no­ścią przed dziew­czę­ta­mi czy, mó­wiąc zu­peł­nie szcze­rze, przed jed­ną z nich; wol­ny czas, czy­li prze­rwy i w ogó­le czas poza lek­cja­mi, spę­dza­li­śmy ab­so­lut­nie osob­no, chłop­cy tyl­ko z chłop­ca­mi, dziew­czę­ta tyl­ko z dziew­czę­ta­mi. Do pew­nej gra­ni­cy wie­ko­wej oczy­wi­ście. Ale kie­dy ją prze­kro­czy­li­śmy, już nie by­łem gru­ba­sem. Mimo to pierw­sze lata to jed­nak rze­czy­wi­ście była udrę­ka: pa­trzeć tyl­ko z da­le­ka, tra­cić głos przy każ­dym zbli­że­niu, cho­wać się w so­bie, znów i znów czy­tać wy­bra­ne frag­men­ty o sze­ro­ko roz­ło­żo­nych udach Ga­brie­li i po­grą­żać się we wła­snych sa­mo­zże­ra­ją­cych się fan­ta­zma­tach - na przy­kład, jak cu­dow­nie by­ło­by w ra­zie po­trze­by sta­wać się nie­wi­dzial­nym i prze­ni­kać do jej domu, po­ko­ju, łóż­ka - a wte­dy? Co da­lej? Da­lej wszyst­ko mia­ło­by wyjść spon­ta­nicz­nie. Szcze­rze mó­wiąc, to było pie­kło, zgro­za. Zda­je mi się, że dzie­cię­ce i na­sto­let­nie lata to przede wszyst­kim pie­kło. Do­ro­słe głup­ki, któ­rym za­tar­ły się w pa­mię­ci wy­bra­ne frag­men­ty, za­zwy­czaj na­rzu­ca­ją so­bie sa­mym fał­szy­we wy­obra­że­nie o ja­kimś utra­co­nym raju dzie­ciń­stwa. Moż­li­we, że cią­gnie się to od tych śre­dnio­wiecz­nych cza­sów, kie­dy dzie­ciń­stwo uwa­ża­ne było nie za wiek, ale za swo­isty stan, bło­go­sła­wio­ny roz­strój psy­chicz­ny, z któ­re­go się wy­ra­sta. Ten ste­reo­typ jest nie tyl­ko błęd­ny, ale i ab­so­lut­nie okrut­ny wo­bec sa­mych dzie­ci - za­py­taj­cie je naj­pierw o te ot­chła­nie roz­pa­czy, w któ­re wciąż za­glą­da­ją każ­dej go­dzi­ny, każ­de­go dnia. Dzie­ciń­stwo - to wła­śnie jest zu­peł­na ot­chłań, to po pro­stu ka­ta­stro­fa, nie­prze­rwa­ny łań­cuch ka­ta­strof, naj­gor­sze, co się może przy­tra­fić.

A sta­rość?

Nie wiem. Pew­nie też. Ale co do sta­ro­ści przy­najm­niej nie ma głu­pich ilu­zji, na sta­rość wszyst­ko jest uczciw­sze. Śmie­ją się z cie­bie, ale już nie tak bez­li­to­śnie i cy­nicz­nie jak wte­dy, kie­dy by­łeś dziec­kiem.

Do­brze. Wra­ca­my do szko­ły. Przy­pusz­czam, że nie by­łeś nią za­chwy­co­ny. Mo­żesz tro­chę bar­dziej szcze­gó­ło­wo?

Obrzy­dli­wie było. Obrzy­dli­we nie­wy­sy­pia­nie się, kie­dy za oknem zim­no i ciem­no. Obrzy­dli­we uczu­cie, kie­dy się nie od­ro­bi­ło lek­cji. Obrzy­dli­wa pust­ka w żo­łąd­ku. Obrzy­dli­we za­pa­chy ze sto­łów­ki. Do­dat­ko­we lek­cje - siód­ma, ósma, dzie­wią­ta, prze­dłu­żo­ny dzień szkol­ny, wiecz­ne za­tru­wa­nie nam głów wszel­kim ide­olo­gicz­nym ba­dzie­wiem w ro­dza­ju wy­cho­wa­nia ate­istycz­ne­go albo eg­za­mi­nu z le­ni­ni­zmu. Go­rącz­ko­we zry­wa­nie i za­wią­zy­wa­nie znie­na­wi­dzo­nej pio­nier­skiej chu­s­ty. Cho­dzić w niej po mie­ście było szczy­tem hań­by. Ale zja­wie­nie się bez niej w szko­le było po pro­stu śmier­tel­ne. Sa­dyzm na­uczy­cie­li i kie­row­ni­ków nie znał żad­nych gra­nic. Z nie­ukry­wa­ną roz­ko­szą pod­no­si­li na nas ręce i gnę­bi­li psy­chicz­nie. Wąt­pię, czy mam pra­wo mó­wić o nich ta­kie rze­czy, ale nic nie mogę na to po­ra­dzić. Eva Ka­ra­di kie­dyś mi na­pi­sa­ła: "Kie­dy nie wie­cie, co po­wie­dzieć, mów­cie, co my­śli­cie". To ten sam przy­pa­dek. Więk­szość z nich bar­dzo do­brze się do mnie od­no­si­ła, to praw­da. Praw­dą jest i to, że oni też byli ofia­ra­mi. Ale i to, że od­gry­wa­li się na nas, jest praw­dą. I my od­pła­ca­li­śmy im, jak tyl­ko mo­gli­śmy, na przy­kład wy­my­śla­li­śmy okrut­ne i głu­pie prze­zwi­ska. Poza tym musz­tro­wa­li nas. Dys­cy­pli­na była de­bil­na i na po­kaz: ubra­nia wy­łącz­nie naj­pa­skud­niej­sze, wło­sy wy­łącz­nie naj­krót­sze. Nie­na­wi­dzi­łem lu­stra, nie­na­wi­dzi­łem swo­je­go od­bi­cia, te po­twor­ne spodnie, ta fry­zu­ra na jeża, śni­ły mi się ame­ry­kań­skie dżin­sy, ale nie mnie jed­ne­mu - nam wszyst­kim. Jak ta­kie stra­szy­dło mo­gło na­wet ma­rzyć o tym, by po­do­bać się dziew­czy­nom? A to prze­cież było naj­waż­niej­sze na świe­cie - po­do­bać się dziew­czy­nom!

I jak dłu­go to wszyst­ko trwa­ło?

Dzie­sięć lat, wy­obra­żasz so­bie? Dzie­sięć lat su­ro­we­go re­żi­mu! Na­wet bu­dy­nek tej szko­ły, na­wet jej ko­ry­ta­rze i we­wnętrz­ne po­dwór­ko mia­ły w so­bie coś cał­kiem wię­zien­ne­go. Nic dziw­ne­go, że w tym gma­chu przed po­cząt­kiem woj­ny mie­ści­ła się jed­na z fi­lii NKWD. W piw­ni­cach na­szej szko­ły ka­to­wa­no lu­dzi, to było bez­względ­nie złe miej­sce. Póź­niej lu­dzie z Me­mo­ria­łu zna­leź­li tam peł­no ludz­kich cza­szek z dziu­ra­mi w po­ty­li­cach. Wy­sze­dłem na wol­ność z tego wię­zie­nia la­tem 1977 roku i - jak to się na­zy­wa - strzą­sną­łem proch z nóg swo­ich. Czy­li wię­cej nie prze­stą­pi­łem tych pro­gów. Ta szko­ła do dzi­siaj uwa­ża­na jest za naj­lep­szą we Fran­ku. Nie są­dzę, że taka na­praw­dę jest.

Czyż­by jed­nak nie było wte­dy nic po­zy­tyw­ne­go?

Wa­ka­cje, szcze­gól­nie let­nie. To był od­lot! Po pierw­sze, tro­chę od­ra­sta­ły wło­sy, cho­ciaż te trzy mie­sią­ce nie wy­star­czy­ły na fry­zu­ry jak u Rol­ling Sto­ne­sów ani na­wet na be­atle­sa. O dłu­go­ści wło­sów jak u Ro­ber­ta Plan­ta po pro­stu mil­czę. Po dru­gie, moż­na było no­sić dżin­sy, prze­waż­nie nie­ame­ry­kań­skie, ja­kieś in­dyj­skie albo pol­skie, z głu­pa­wym na­pi­sem "Sza­rot­ka" na tyl­nej kie­sze­ni, ale jed­nak! I pod­ko­szul­ki, dżin­sy i pod­ko­szul­ki, ja­skra­we ko­szu­le w go­rą­cych od­cie­niach. La­tem z Jur­kiem So­ko­ło­wem da­lej bie­ga­li­śmy rano do­oko­ła je­zio­ra, każ­de­go po­ran­ka trzy ki­lo­me­try, a po­tem ką­piel, pły­wa­nie w je­zio­rze. Zrzu­ci­łem kil­ka ki­lo­gra­mów i gdzieś tak w wie­ku lat pięt­na­stu sta­łem się bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły, je­śli cho­dzi o moje lu­strza­ne od­bi­cia. Pa­mię­tam, jak w ka­bi­nie pla­żo­wej pod­glą­da­li­śmy mło­dą ko­bie­tę. Zdję­ła gór­ną część ko­stiu­mu i za­ko­ły­sa­ła swo­imi cu­dow­ny­mi pier­sia­mi. O tak. Za­mar­li­śmy w ocze­ki­wa­niu, by­li­śmy wstrzą­śnię­ci. Jej piz­dy jed­nak się nie do­cze­ka­li­śmy, ale i tak wszyst­ko po­szło hu­ra­ga­no­wo. Zo­ba­czy­łem to pierw­szy raz. Zro­bi­ło mi się ra­do­śnie - tak jak­bym prze­szedł ini­cja­cję płcio­wą. Oto czym są wa­ka­cje - prze­czu­ciem ini­cja­cji. Co roku da­wa­łem so­bie sło­wo, że na­stęp­ne­go lata na pew­no uda mi się mój pierw­szy seks. I po­tem rzecz ka­ta­stro­ficz­nie szyb­ko top­nia­ła, dzień po dniu, a ja z prze­ra­że­niem my­śla­łem o zbli­ża­niu się prze­klę­te­go wrze­śnia z jego pierw­szym szkol­nym ape­lem. Ale i tak wciąż by­łem pra­wicz­kiem, żad­ne­go współ­ży­cia, nig­dzie i z ni­kim, z żad­ną owcą na świe­cie. Nie­któ­rzy z mo­ich przy­ja­ciół zdo­by­wa­li swo­ją mę­skość już w wie­ku czter­na­stu, pięt­na­stu lat i moż­na to było w nich doj­rzeć, sta­wa­li się bar­dziej pew­ni sie­bie, spo­koj­niej­si. A ja tyl­ko mio­ta­łem się we­wnątrz wła­snej klat­ki, po­mię­dzy książ­ko­wy­mi sce­na­mi ero­tycz­ny­mi i bry­tyj­ską mu­zy­ką. W rock'n'rol­lu strasz­nie lu­bi­łem mi­no­ry - wy­da­wa­ło mi się, że wszyst­kie te pio­sen­ki są o mnie, o mo­jej sa­mot­no­ści. Moż­na po­wie­dzieć, że ży­łem z An­gie Rol­ling Sto­nes w środ­ku. Lu­bi­łem wy­obra­żać so­bie, jak bez­gra­nicz­nie dłu­go tań­czę przy niej tak zwa­ne­go wol­nia­ka. Oczy­wi­ście mak­sy­mal­nie bli­sko przy­ci­ska­jąc do sie­bie ja­kąś Nie­zna­jo­mą z per­ło­wy­mi wło­sa­mi. Ha, tak przy oka­zji, ostat­niej nocy do­sta­łem mej­la od Jar­ki, ona od cza­su do cza­su przy­po­mi­na o swo­im ist­nie­niu tak, jak­by­śmy roz­ma­wia­li o czymś pięć mi­nut temu. Tym ra­zem cał­kiem znie­nac­ka pi­sze o An­gie. Ale to inny te­mat. No tak, była jesz­cze taka bal­la­da El­to­na Joh­na - na­zy­wa­ła się chy­ba I've Seen That Mo­vie, Too, z po­dwój­ne­go al­bu­mu Go­od­bye Yel­low Brick Road i ja się przy niej po pro­stu roz­pły­wa­łem - to było tak moje, to by­łem ja sam, po pro­stu ja. A w ogó­le bar­dzo ża­łu­ję, że wte­dy słu­cha­li­śmy wię­cej The Be­atles niż The Rol­ling Sto­nes i wię­cej Deep Pur­ple niż Led Zep­pe­lin. Na­sze gu­sta tro­chę nas oszu­ki­wa­ły.

W któ­rymś ze swo­ich ese­jów, zda­je się w Środ­ko­wow­schod­nich re­wi­zjach, pi­szesz o za­bro­nio­nej za­chod­niej mu­zy­ce i w ogó­le o Za­cho­dzie jako o dark side of the moon.

Tak, mu­zy­ka sta­wa­ła się rów­no­le­głą rze­czy­wi­sto­ścią, ta­kim so­bie rów­no­le­głym świa­tem, do któ­re­go moż­na było uciec przed szko­łą, So­ju­zem i za­tru­ciem wła­sną sper­mą. Jako czter­na­sto­la­tek przy­le­pi­łem się do ra­dio­li, był to nie­wy­mow­nie ma­syw­ny lam­po­wy apa­rat, na­zy­wał się chy­ba "Sier­pu­chow", na ska­li miał za­zna­czo­ne dzie­siąt­ki miast, mię­dzy in­ny­mi ta­kie jak Ko­pen­ha­ga, Li­zbo­na czy Edyn­burg. Ale ani razu nie uda­ło mi się zła­pać nic ta­kie­go - ska­la po pro­stu ble­fo­wa­ła. Wcze­śniej mama słu­cha­ła z nie­go nie­dziel­nych kon­cer­tów ży­czeń ze Lwo­wa, a tak­że pusz­cza­ła so­bie pły­ty Ni­ko­ła­ja Sli­czen­ki, Geo­r­ga Otsa i Mai Kry­sta­lin­skiej. Oprócz tego do jej ulu­bień­ców na­le­żał Ba­tyr Za­ki­row, za­słu­żo­ny ar­ty­sta Uz­be­ki­sta­nu. Za każ­dym ra­zem śpie­wał ja­kieś wiel­ce rzew­ne tan­go w ję­zy­ku hin­di, bo po­cho­dzi­ło z ja­kie­goś in­dyj­skie­go fil­mu. Mia­ło ko­lo­sal­ny pierw­szy wers, oj­ciec do­słu­chał się w nim cze­goś w ro­dza­ju "ja ju­tro tam, w pi­su­arze". Od tej pory ta pły­ta wła­śnie tak się u nas na­zy­wa­ła: "To co, po­słu­cha­my "ja ju­tro tam, w pi­su­arze"?". No i Ro­ber­ti­no Lo­ret­ti, oczy­wi­ście. Spraw­dza­łem - nikt we Wło­szech nic nie wie o tym Ro­ber­ti­no Lo­ret­tim. A w ze­te­se­rer znał go i uwiel­biał każ­dy, to cu­dow­ne dziec­ko z pierw­szy­mi ozna­ka­mi mu­ta­cji. Po prze­pro­wadz­ce na Bel­we­der za­bra­łem ra­dio­lę do sie­bie. Na śred­nich moż­na było zła­pać Ru­mu­nię i an­glo­ję­zycz­ne Ra­dio Luk­sem­burg, ale ono le­d­wie od­bie­ra­ło, fala tyl­ko wy­śli­zgi­wa­ła się spod nie­go. Szu­my, trza­ski, na­kła­da­nie się in­nych sta­cji i róż­ne ta­kie z za­głu­sza­niem włącz­nie - no, sam wiesz. Za to na dłu­gich sto­sun­ko­wo do­brze ła­pa­ło się Pol­skę. Za­chod­nie­go rock'n'rol­la Po­la­cy mie­li wię­cej niż Ru­mu­ni. Dla­te­go od pew­ne­go mo­men­tu ca­ły­mi dnia­mi trzy­ma­łem się Pol­ski, przy czym zu­peł­nie mi­mo­wol­nie wcho­dził we mnie ję­zyk. Ale w nie­dzie­le prze­ska­ki­wa­łem na krót­kie, któ­re naj­bar­dziej za­głu­sza­li, bo wła­śnie tam usta­wia­ły się w sze­re­gu, jed­na po dru­giej, wszyst­kie wy­wro­to­we ra­dio­sta­cje: Swo­bo­da, Wol­na Eu­ro­pa, Głos Ame­ry­ki, Ra­dio Wa­ty­kan, ja­kie tam jesz­cze? Aha, Deut­sche Wel­le i BBC. I tak w nie­dziel­ne po­po­łu­dnia za­wsze parę go­dzin ciur­kiem słu­cha­łem "Me­tro­no­mul du­mi­ni­cal", au­dy­cji sek­cji ru­muń­skiej ra­dia Eu­ro­pa Li­be­ră, to był pro­gram au­tor­ski pew­ne­go nie­wy­mow­nie sym­pa­tycz­ne­go typa. Na­zy­wał się Radu Teo­dor i był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, bo co nie­dzie­lę przez trzy, czte­ry go­dzi­ny z prze­rwa­mi na kil­ku­mi­nu­to­we wia­do­mo­ści pusz­czał Pink Floyd, Grand Funk, Uriah Heep, Co­los­seum, Ge­ne­sis, Ji­mie­go Hen­drik­sa, Pe­te­ra Framp­to­na, Fran­ka Zap­pę, był jesz­cze taki ze­spół Styx, któ­re­go pio­sen­ki też czę­sto pusz­czał. Mu­zy­ka le­cia­ła wprost z wi­ny­lo­wych płyt, sły­chać było, jak trzesz­czą pod igłą. Radu Teo­dor mu­siał być fan­ta­stycz­nym go­ściem, od­dał­bym pół ży­cia za szan­sę po­zna­nia go. Nie mo­głem zro­zu­mieć jego ko­men­ta­rzy, ale czu­łem, że jest na­praw­dę we­so­łym i faj­nym ko­le­siem. Jego au­dy­cja sta­ła się dla mnie głów­nym wy­da­rze­niem nie­dzie­li, cze­ka­łem na ten "Me­tro­nom" sześć dni w ty­go­dniu i ży­łem tyl­ko nim. Wie­le lat póź­niej, zda­je się w dzie­więć­dzie­sią­tym siód­mym roku, miesz­ka­łem w Wied­niu w jed­nym miesz­ka­niu z Da­nem Mi­hal­tia­nu, ru­muń­skim ar­ty­stą wi­zu­al­nym. Pew­ne­go razu roz­pi­ja­li­śmy we dwóch wiel­ką bu­tel­kę śli­wo­wi­cy i za­chcia­ło mi się po­wie­dzieć coś wiel­ce cie­płe­go o Ru­mu­nii. W mo­jej pa­mię­ci na tę oka­zję zna­lazł się Radu Teo­dor. "Wy­obra­żasz so­bie - mó­wi­łem - kie­dy pięć lat temu by­łem w Mo­na­chium w Ra­diu Wol­na Eu­ro­pa, to mo­głem na tego sa­me­go Radu na­tknąć się gdzie­kol­wiek, w win­dzie na przy­kład". Ale Dan za­prze­czył, że nie, że pięć lat temu już bym nie mógł. "Na oso­bi­sty roz­kaz Ce­au­şe­scu zgła­dzi­ła go Se­cu­ri­ta­te - po­wie­dział. - Pod­ło­ży­li mu bom­bę w sa­mym stu­diu. Ro­ze­rwa­ło go na cząst­ki ele­men­tar­ne". Dan Mi­hal­tia­nu prze­ko­na­ny był, że po­wi­nie­nem ko­niecz­nie o nim coś na­pi­sać. Na przy­kład ja­kąś na­sto­let­nio-mło­dzień­czą po­wieść pod ty­tu­łem Mój mar­twy przy­ja­ciel Radu Teo­dor. Być może, jesz­cze do tego doj­dzie. Taka hi­sto­ria o za­ka­za­nej mu­zy­ce4.

Czy­li w wol­nym cza­sie słu­cha­łeś mu­zy­ki...

...słu­cha­łem albo na­gry­wa­łem. Na szes­na­ste uro­dzi­ny do­sta­łem ma­gne­to­fon - był mo­no­fo­nicz­ny dwu­ścież­ko­wy, miał tyl­ko dwie pręd­ko­ści, na­zy­wał się "Da­ina" i po­cho­dził z Li­twy czy z Ło­twy. W wol­nym cza­sie wkła­da­łem go do spe­cjal­ne­go fu­te­ra­łu i sze­dłem od­wie­dzić Tur­ka, czy­li Boh­da­na Tu­rec­kie­go. Tu­rek dys­po­no­wał nie­do­ści­gnio­nym "Ju­pi­te­rem-ste­reo". Uwa­ża­ło się, że na­gra­nia zro­bio­ne z "Ju­pi­te­ra" no, to po pro­stu krop­ka w krop­kę jak z pły­ty, czy­li z wi­ny­lo­we­go ory­gi­na­łu. Tu­rek opo­wia­dał, że ostat­nio cza­sem czy­tu­je książ­ki fi­lo­zo­fa Kan­ta, któ­re szcze­gól­nie do­brze idą pod Ge­ne­sis albo Yes. Nie wiem - Ge­ne­sis może i słusz­nie, a je­śli cho­dzi o Yes... Mam wąt­pli­wo­ści.

I wresz­cie - o książ­kach. Czy­ta­łeś?

Nie, Kan­ta nie czy­ta­łem. Ale wie­le in­nych rze­czy.

Na przy­kład?

Nie chciał­bym się te­raz w to za­głę­biać. Zbli­ża się wie­czór, a ja i bez tego mam jesz­cze co wspo­mi­nać i wspo­mi­nać.

Może dwa albo trzy ty­tu­ły - z tych naj­waż­niej­szych.

Okej. O "Szwej­ku" i De­ka­me­ro­nie już wiesz, tak? Do­daj­my Go­go­la - prak­tycz­nie wszyst­ko, po­czy­na­jąc od Wie­czo­rów na fu­to­rze. Go­go­la czy­ta­łem dzie­siąt­ki razy. Mia­łem ta­kie sta­reń­kie to­misz­cze Go­go­la z wszyst­ki­mi jego po­wie­ścia­mi. Ukra­dłem je u te­goż Tur­ka z jego ro­dzin­nej bi­blio­te­ki, ale nie cał­kiem ukra­dłem, bo on sam się na to zgo­dził i dał mi to to­misz­cze na za­wsze, tyl­ko jego ro­dzi­ce o tym nie wie­dzie­li. Ale na­wet nie mu­sie­li wie­dzieć - i tak mie­li tych ksią­żek od cho­le­ry, ty­sią­ce to­mów. Jego ro­dzi­ce byli sce­no­gra­fa­mi w te­atrze. I by­łem pe­wien, że tego sa­me­go Go­go­la mają jesz­cze kil­ka­dzie­siąt ksią­żek w róż­nych wy­da­niach i kom­bi­na­cjach - i Go­go­la, i Mo­go­la, i Szmo­go­la. Książ­ki nie po­win­ny za­sia­dy­wać się na pół­kach, mu­szą wę­dro­wać od czło­wie­ka do czło­wie­ka, tak? Ten mój Go­gol był taki so­lid­ny i gru­ba­śny, zda­je się jesz­cze sta­li­now­ski. Sta­lin lu­bił Go­go­la, tak jak i Szek­spi­ra. I Buł­ha­kow też lu­bił Go­go­la. On go otwar­cie na­śla­do­wał, to nie ta­jem­ni­ca. Kie­dy twoi ko­le­dzy, szcze­gól­nie tu­taj na Za­cho­dzie, na­zy­wa­ją mnie czymś w ro­dza­ju "buł­ha­kow­ca", to od­po­wia­dam, że to nie cał­kiem tak, że tak na­praw­dę to nie ja je­stem "buł­ha­kow­cem", tyl­ko ra­zem z Buł­ha­ko­wem je­ste­śmy "go­go­low­ca­mi". Sta­reń­ki Sze­rech wszyst­ko ab­so­lut­nie do­kład­nie prze­świe­tlił. Po tym jak wy­szła Per­wer­sja na­pi­sał taki prze­we­so­ły ar­ty­kuł pod ty­tu­łem Ho-Haj-Ho - o trzech źró­dłach i trzech czę­ściach skła­do­wych. Oba "Ho" - to ab­so­lut­ny strzał w dzie­siąt­kę, bo to Go­gol i Hof­f­mann, wasz, nie­miec­ki E. T. A. Ale Hof­f­mann po­ja­wi się w moim ży­ciu nie­co póź­niej, w cza­sach stu­denc­kich. Je­dy­ne, w czym Sze­rech się myli - to "Haj", czy­li He­ine, He­in­rich, też wasz. Wstyd się przy­znać, ale do dziś nie mia­łem w ręku jego wło­skich dzien­ni­ków, co do któ­rych Sze­rech ma taką stu­pro­cen­to­wą pew­ność. Że niby mu­sia­łem być pod ich wpły­wem.

Ko­niecz­nie prze­czy­taj te dzien­ni­ki. One i dzi­siaj po­win­ny ci się bar­dzo spodo­bać. Wca­le nie jest za póź­no. Ale to przy oka­zji. W Kry­jów­ce dla Boc­cac­cia wspo­mi­nasz Tho­ma­sa Wol­fe'a.

Tak, ro­syj­ski prze­kład jego Spójrz ku do­mo­wi, anie­le. Dla mnie był to ab­so­lut­ny wstrząs. Cza­sa­mi pa­te­tycz­nie na­zy­wam tę rzecz naj­waż­niej­szą książ­ką mo­je­go ży­cia. Otwo­rzy­ła przede mną taką prze­strzeń, że naj­pierw aż się za­chły­sną­łem. I od razu za­czą­łem za­pi­sy­wać wier­sza­mi mój dru­gi ta­jem­ny no­tes.

Dru­gi? Czy­li do tego cza­su był już pierw­szy? Od cze­go to się za­czę­ło?

Do­bre py­ta­nie. Do­bre, bo wy­ma­ga dłu­giej od­po­wie­dzi. Je­steś pe­wien, że na­praw­dę tego chcesz?

Je­stem pe­wien. Mnie już dłu­go­ścią nie na­stra­szysz.

W ta­kim ra­zie, jak to mó­wią, we­so­łej za­ba­wy - sam tego chcia­łeś. La­tem sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku po­je­cha­li­śmy z mamą nad Mo­rze Czar­ne, gdzieś w oko­li­ce Ode­ssy. Któ­ry to już raz przy­się­głem so­bie sa­me­mu, że przez te dwa ty­go­dnie obo­wiąz­ko­wo sta­nę się męż­czy­zną. Cho­ciaż w za­sa­dzie to była strasz­li­wa po­raż­ka dla szes­na­sto­let­nie­go chłop­ca - je­chać nad mo­rze z mamą! Ale nie mia­łem wy­bo­ru i były to ostat­nie wa­ka­cje. Ostat­nie szkol­ne wa­ka­cje, do­kład­niej mó­wiąc. Tak. I co da­lej? Do­brze, opusz­cza­my ten cały po­ciąg z Fran­ka do Ode­ssy i roz­mo­wy w nim. W tym cza­sie uwa­ża­łem, że chcę zo­stać ar­che­olo­giem, a ja­kieś kul­tu­ral­ne ro­syj­skie bab­ki z prze­dzia­łu in­ten­syw­nie usi­ło­wa­ły mnie od tego od­wieść. Nie wiem, cze­mu im aż tak za­le­ża­ło, że­bym nig­dy nie zo­stał ar­che­olo­giem. Mniej­sza z tym. Dłu­go się to cią­gnę­ło, ale do Ode­ssy w koń­cu się do­wle­kli­śmy. A tam oka­za­ło się, że do na­szej - jak jej tam, Del­fi­now­ki? - trze­ba jesz­cze z go­dzi­nę do­je­chać au­to­bu­sem. Rzecz ja­sna, że prze­peł­nio­nym. Obok nas krę­ci­ła się ja­kaś dziew­czy­na, okej, mło­da ko­bie­ta, mia­ła może dwa­dzie­ścia sześć lat, je­śli w tym smar­ka­tym sta­nie mo­głem to wła­ści­wie oce­nić. Z tych, przy któ­rych od razu i bez­wa­run­ko­wo sta­je - i nic na to nie po­ra­dzisz. I nie in­te­re­su­je cię, kim ona jest i skąd - stoi ci i ba­sta. Przy czym ona przez cały czas nas za­ga­du­je - ja­kaś taka z niej wspól­nicz­ka, bo ona niby też ma przy­dział do tej­że Del­fi­now­ki. Te­raz wy­obraź so­bie, że sto­imy w tym ro­ze­pcha­nym w nie­skoń­czo­ność au­to­bu­sie, sza­le­nie bli­sko jed­no dru­gie­go, sto ty­się­cy pa­sa­że­rów, nie mniej. I kie­dy tyl­ko ła­pię dło­nią pio­no­wą po­ręcz, ona ca­łym cia­łem kła­dzie się na niej, to zna­czy na mo­jej ręce. Czu­ję to, o jak ja to czu­ję - każ­dym pa­licz­kiem! Jaki po­czą­tek, dźwię­czy we mnie, jaki su­per po­czą­tek! I to jest cał­kiem nie­przy­pad­ko­we i nikt tego nie wi­dzi, czy­li to tyl­ko mię­dzy nami. To zna­czy ona wie, że ja wiem. I ja wiem, że ona wie. I tak je­dzie­my z dzie­sięć mi­nut - szum w uszach, iskry w oczach, krzyk i szał, sam ro­zu­miesz. "To taka je­steś - po­wta­rza się we mnie - taka to je­steś, to taka je­steś, taka to je­steś!". To sta­ło się jej imie­niem - To­ta­ka Ta­ka­to. Nie wiem, po co o tym opo­wie­dzia­łem.

Ja też na ra­zie nie wiem - mowa była o tym, jak się to u cie­bie za­czy­na­ło z wier­sza­mi. Ale to też jest cie­ka­we, co da­lej. Cho­ciaż chy­ba już skoń­czy­łeś?

Moż­na po­wie­dzieć, że tak. Da­lej był przy­sta­nek, na któ­rym wy­sia­dła do­bra po­ło­wa pa­sa­że­rów. I po pro­stu nie mo­gli­śmy już stać tak bli­sko jak wcze­śniej. Żeby wszy­scy tego nie zo­ba­czy­li. Jak naj­szyb­ciej od­kle­iła się od tej po­rę­czy i mo­jej odrę­twia­łej ręki. Po­tem były tyl­ko spoj­rze­nia. W cią­gu na­stęp­nych dni nad mo­rzem to samo - cza­sa­mi wy­mie­nia­li­śmy spoj­rze­nia. Na­le­ża­ła do lek­kich, to zna­czy lek­ko się pro­wa­dzi­ła, bo za każ­dym ra­zem spo­ty­ka­łem ją z in­nym ko­le­siem. I za każ­dym ra­zem zdą­ża­łem zo­ba­czyć w jej oczach coś jak­by wy­rzut, coś jak "wi­dzisz, nie­mo­to, nie zro­bi­łeś ani kro­ku, i te­raz ja mu­szę cho­dzić z tymi wszyst­ki­mi pa­ca­na­mi". Cza­sem wy­pły­wa­łem da­le­ko za boję i cze­ka­łem tam na nią. Ale ona nie pod­pły­wa­ła. Do tego nasi prze­gra­li z NRD w pół­fi­na­le olim­pia­dy i - co było zu­peł­nie nie do po­my­śle­nia - Ko­ło­tow nie strze­lił kar­ne­go. Ko­niec, czas za­mknąć ten te­mat.

A po­ezja?

Po­ezja - to nie­po­wta­rzal­ność. Żar­tu­ję oczy­wi­ście. Po pro­stu przez to wszyst­ko nie­spo­dzie­wa­nie uświa­do­mi­łem so­bie, że chcę za­pi­sy­wać swo­je we­wnętrz­ne sta­ny w od­mien­ny od zwy­czaj­ne­go mó­wie­nia spo­sób, czy­li po­etyc­ko. Te­raz trud­no mi zre­kon­stru­ować w peł­ni wra­że­nie, ja­kie zro­bi­ło na mnie to sta­ran­nie ukry­wa­ne oso­bi­ste od­kry­cie. Jed­nak do dziś pa­mię­tam jesz­cze, że do­mi­no­wa­ła ra­dość - było tak, jak­bym na­gle zna­lazł sie­bie. Oprócz tego, wol­ność za­pie­ra­ła dech - mo­głem pi­sać co­kol­wiek, bo nie tyl­ko nie mia­łem za­mia­ru tego pu­bli­ko­wać, ale i ko­mu­kol­wiek po­ka­zy­wać. Je­sie­nią za­czą­łem pi­sać w nie­wiel­kim no­tat­ni­ku, któ­ry ukry­ty był w bez­piecz­nym miej­scu, w ten spo­sób jak­bym zdo­był ko­lej­ne ży­cie - ta­jem­ne i naj­waż­niej­sze. A więc po­ezja sta­ła się dla mnie za­mknię­tym przed wszyst­ki­mi schro­nie­niem, w któ­rym to­czy­ło się to naj­waż­niej­sze ta­jem­ne ży­cie. Ro­syj­skie sło­wo ubie­żisz­cze (tyl­ko nie po­myl go z rów­nież ro­syj­skim uje­bisz­cze) jest tu na miej­scu jak nig­dy - wła­śnie tak, od ucie­kać, to była naj­praw­dziw­sza uciecz­ka - na wol­ność. Kry­jów­ka też do pew­ne­go stop­nia pa­su­je, szcze­gól­nie w sen­sie tej sa­mej wol­no­ści, zma­te­ria­li­zo­wa­nej w ukry­tym no­tat­ni­ku. Jak i w tym, że ukry­wa­łem nie tyl­ko no­tat­nik, ale i sa­me­go sie­bie.

Twój pierw­szy wiersz był o tej dziew­czy­nie?

Ha, zu­peł­nie nie o niej! O Na­po­le­onie! Wiersz był sa­ty­rycz­ny, o żą­dzy wła­dzy.

Ab­so­lut­na sub­li­ma­cja! Kla­sycz­ne wy­pie­ra­nie po­stę­pu­ją­ce­go nie­za­spo­ko­je­nia w sfe­rze ero­tycz­nej do sfe­ry spo­łecz­no-oby­wa­tel­skiej.

Mo­żesz to na­zy­wać, jak chcesz. Nie, o ko­bie­cie też było - zda­je się wiersz nu­mer pięć. "Znów smut­no się sta­ło | wspo­mnia­łem jak pia­na | mor­ska za­szu­mia­ła gniew­nie | Na pia­sku le­ża­łaś ty moja ko­cha­na | ty moja kró­lew­no". Kosz­mar! Cho­ciaż może jako tekst ja­kiejś tam aku­stycz­nej bal­la­dy by­ło­by to cał­kiem nie­złe. Tak so­bie to wła­śnie wy­obra­ża­łem - dwie gi­ta­ry, wo­kal, kwar­tet smycz­ko­wy. Po dru­gim re­fre­nie gi­ta­ry zmie­nia­ją się w elek­trycz­ne, do­cho­dzi per­ku­sja, sło­wem, Sta­ir­way to He­aven, wer­sja ukra­iń­ska, gru­pa Wer­tep. Wy­obra­ża­łem so­bie, że wy­stę­pu­ję jako front­man w gru­pie, któ­ra na­zy­wa­ła­by się Wer­tep.

Pa­mię­tasz, ile wier­szy było w tym pierw­szym ze­szy­cie?

Gdzieś tak ze dwa­dzie­ścia. Na wię­cej nie star­czy­ło w nim stron. To był, do­kład­nie mó­wiąc, nie ze­szyt, ale taki so­bie mi­nia­tu­ro­wy al­bum, no­tes w for­mie al­bu­mu, szer­szy niż dłuż­szy. Pod­wę­dzi­łem go z oso­bi­stych ar­chi­wów ojca. Na jego okład­ce na­pi­sa­ne było DLA STI­CHOW i nie mo­głem się temu oprzeć. Są­dzę, że oj­ciec ku­pił go na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych w skle­pie gar­ni­zo­no­wym. Pod­czas służ­by w woj­sku oj­ciec za­czął pi­sać wier­sze po ro­syj­sku, ta­kie do­syć pa­trio­tycz­ne. Boże mój, ja­kie to po­je­ba­ne, kur­wa! Cie­ka­we, że sta­li­now­scy ofi­ce­ro­wie po­li­tycz­ni za­chę­ca­li do pi­sa­nia wier­szy. Żoł­nierz Ar­mii Czer­wo­nej mu­siał mieć li­rycz­ną du­szę. Może cho­dzi­ło im jed­nak o sub­li­ma­cję?

Twier­dzisz, że pi­sa­nie wier­szy cię nie­zwy­kle zmie­ni­ło.

Tak, nie­zwy­kle. W dzie­sią­tej kla­sie na­stą­pił pierw­szy prze­łom. To jak­by na­głe i gwał­tow­ne zdo­by­wa­nie sie­bie. Za­czą­łem tań­czyć, mniej wię­cej do rze­czy roz­ma­wiać z dziew­czy­na­mi i tro­chę uży­wać al­ko­ho­lu. Pa­le­nie uwa­ża­ne było wśród nas za nie­mod­ne, ale do bia­łe­go wy­traw­ne­go wina cza­sa­mi pa­li­li­śmy. W dzie­sią­tej kla­sie opu­ści­łem mnó­stwo lek­cji i prak­tycz­nie prze­sta­łem się do nich przy­go­to­wy­wać w domu. Po­rzu­ci­łem boks, od któ­re­go tyl­ko wy­pa­da­ły mi wło­sy. To też wy­ma­ga­ło zde­cy­do­wa­nia - pew­ne­go dnia prze­stać przy­cho­dzić do sek­cji, gdzie na­wet nie uda­ło mi się skle­pać ni­ko­mu ma­ski. Za­czą­łem orien­to­wać się, że w sztu­ce jest ja­kaś awan­gar­da czy jak to jesz­cze na­zwać, i to jest su­per. Pró­bo­wa­łem roz­ko­chać w so­bie na­szą prak­ty­kant­kę od nie­miec­kie­go, cho­ciaż jej nogi wy­da­wa­ły się mi nie­co zbyt cien­kie. Była o czte­ry lata star­sza, stu­dio­wa­ła na uni­wer­sy­te­cie, no­si­ła ta­kie dość wą­skie spód­ni­ce i za­cho­wy­wa­ła się cał­kiem cool. Po­dob­nie jak Eu­ge­ne Gant wi­dzia­łem już, jak zo­sta­ję z nią po lek­cjach sam na sam i na po­czą­tek ner­wo­wo ob­li­zu­je­my war­gi. Na lek­cjach lu­bi­li­śmy od­cią­gać ją od nie­miec­kich te­ma­tów, za­czy­na­jąc roz­mo­wy o mu­zy­ce, da­wa­ła się za­ga­dać. W mo­ich oczach na­gle spa­li­ła się do szczę­tu, kie­dy pew­ne­go razu cał­kiem uf­nie za­py­ta­ła: "Masz całą ABBĘ?". Jak­by mnie prąd po­ra­ził. ABBA?!!! Jaka, do kur­wy nę­dzy, ABBA, nie­na­wi­dzi­łem tej błysz­czą­cej szwedz­kiej ro­dzi­ny! Mo­men­tal­nie prze­sta­łem ko­chać prak­ty­kant­kę, są­dzę, że na­wet by mi nie sta­nął. Cie­ka­we, czy ona to wte­dy od­czu­ła?

Ale w ogó­le to nadal nie uczy­łeś się tak zno­wu źle?

W dal­szym cią­gu do­sta­wa­łem nie ta­kie znów złe oce­ny. W tym cza­sie już wie­dzia­łem, że spró­bu­ję się do­stać do po­li­gra­ficz­ne­go na tak zwa­ne dzien­ni­kar­stwo, dla­te­go po pro­stu ola­łem wszyst­kie te che­mie, fi­zy­ki i geo­me­trie. Przy czym kil­ka razy wy­gry­wa­łem olim­pia­dy z ukra­iń­skie­go, całą tę ku­rew­ską ko­mi­sję z ja­kie­goś po­wo­du moc­no ru­szy­ły moje dzie­ła, osta­tecz­nie zre­zy­gno­wa­łem z by­cia nie­udacz­ni­kiem i uwie­rzy­łem w cał­kiem osza­ła­mia­ją­cą przy­szłość. Tę, w któ­rej miesz­kam te­raz. Speł­ni­ła się. W ogó­le już wte­dy przy­ucza­łem się do nie­uchwyt­no­ści, do tego, żeby być wszę­dzie i nig­dzie jed­no­cze­śnie. I żeby nikt na świe­cie nie mógł twier­dzić, że niby mnie na­praw­dę zna. Pi­sa­łem wy­pra­co­wa­nia na piąt­ki i sma­ży­łem jo­in­ty z Gru­zi­nem i jego za­ło­gą. Po­ło­wy z nich już nie ma po­śród ży­wych, a dru­ga po­ło­wa nig­dy nie wyj­dzie z wię­zień i psy­chia­try­ków. Naj­czę­ściej zry­wa­li­śmy się z hi­sto­rii, bo nasz sie­dem­dzie­się­cio­let­ni na­uczy­ciel zbli­żał się do uwią­du i ła­two go było oszu­ki­wać. Wio­sną sie­dem­dzie­sią­te­go siód­me­go sta­łem się świad­kiem i mi­mo­wol­nym współ­uczest­ni­kiem zna­ne­go za­bój­stwa Che­mi­ka.

Che­mi­ka? Co to było?