Prolog
Stałam na brzegu jeziora wpatrzona w jego zamarzniętą powierzchnię. Mój wzrok nie sięgał daleko. Całe jezioro spowijała gęsta mgła i nie byłam w stanie dostrzec niczego dalej niż kilku metrów przed sobą.
Za plecami miałam tłum rozwścieczonych wieśniaków. Znałam ich wszystkich, każdego z osobna. Nawet teraz mogłam rozróżnić ich głosy, choć wiedza ta nie była wcale pomocna. Chcieli ukarać mnie za coś, czego nie zrobiłam. Wiedziałam, że powrót w rodzinne strony był złym pomysłem, ale tak bardzo chciałam opowiedzieć mamie o ukochanym i maleństwie pod swoim sercem... Jednak teraz ona towarzyszyła wieśniakom i to od niej wszystko się zaczęło. To jej słowa wywołały pochłaniającą mnie lawinę.
Drżącą ręką podtrzymywałam ogromny brzuch, w którym dziecko niespokojnie się wierciło. Czuło mój strach. Z pewnością słyszało, jak kołata mi serce.
Kołysałam się na skraju lodowej powierzchni, bojąc się wykonać pierwszy krok. Lód wyglądał na solidny, lecz nie byłam pewna, czy uda mi się przejść na drugi brzeg. Wybiegając z chaty, zdążyłam tylko porwać kubrak. Futrzana kamizelka i ciepły obszyty futerkiem szal zostały na kołku. Żałowałam swojego pośpiechu. Cienkie trzewiki przenikało zimnisko, a moją odsłoniętą szyję kąsał chłód. Temperatura była tak niska, że drzewa w lesie trzaskały od mrozu.
Odwróciłam się do matki. Jej twarz postarzała się dziwnie, nabrała szarości. Stała obok księdza, świadoma tego, co zrobiła. Chyba wreszcie do niej dotarło, jak wielkie wyrządziła zło. W odpowiedzi na moje spojrzenie skurczyła się w sobie, ale nie odwróciła wzroku.
- Mamo, proszę... - błagałam. - Proszę, nie jestem temu winna...
- Wynoś się! - wołał sąsiad, którego znałam odkąd byłam dzieckiem.
- Proszę! To nie tak, jak sądzicie! Nie skazujcie mnie na śmierć!
- Wynoś się!
Tłum wrzeszczał, a ja czułam, jak moje gardło się zaciska. Ogarnął mnie lęk, który doszczętnie zawładnął moim ciałem. Drżałam, przerażona tym, czego ode mnie oczekują.
- To on jest wszystkiemu winny! - powiedziałam jednym tchem, wskazując palcem mężczyznę u boku swojej matki. - On was omamił!
- Wara od naszego księdza! - wtórowała sąsiadowi żona. Buntowniczo uniosła podwójny podbródek, który aż zatrząsnął się od wzburzenia.
- On kłamie! - wrzasnęłam.
Nabrałam powietrza, by wyjaśnić, ale mój brzuch przecięła ostra fala bólu, aż głos uwiązł mi w gardle.
- Nie... nie... nie... - wyszeptałam zdjęta strachem. - Tylko nie to...
Termin porodu był dopiero za miesiąc, ale tego bólu nie dało się inaczej zinterpretować. Brzuch napiął się, czułam pod palcami, jaki jest twardy. Sapnęłam z bólu, ledwie zachowując równowagę.
Z tłumu wyleciał pierwszy kamień. Odłamek uderzył mnie w ramię. Kolejnym dostałam już w twarz. Ból promieniował pod powiekami, a krew zalała oko.
Cofnęłam się o krok i uniosłam głowę, szczerze nie wierząc w okrucieństwo sąsiadów. Powoli minęłam wzrokiem pomost, z którego latem łowiono ryby.
"Czy i ja doczekam lata?" - przemknęło mi przez myśl.
Nie miałam wyboru. Lód był moim jedynym ratunkiem przed zlinczowaniem. Posłałam matce ostatnie spojrzenie. Ksiądz opiekuńczo obejmował ją ramieniem i nachylony do jej ucha w pośpiechu coś szeptał. Sylwetki ojca nigdzie nie dostrzegłam. Łudziłam się, że nie bierze udziału w tym przedstawieniu.
Wysoko, w wiosce, ponad głowami wieśniaków mignęła mi szczupła postać Julii, jednak na szczęście była daleko stąd, na naukach. Ucieszyłam się, że jej tu nie ma. Serce by jej pękło, gdyby widziała, jak jej ukochana siostra została wypędzona na śmierć. Miałam tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę jej roześmiane, modre oczy.
Powoli posuwałam się naprzód, ostrożnie badając lód. Mgła objęła mnie całą i odcięła od przeraźliwych wrzasków. Nagle wszystko ucichło, a ja nie mogłam zorientować się w kierunkach. Obraz był spowity oparem gęstym jak mleko. Szłam przed siebie, delikatnie stąpając po powierzchni jeziora, nasłuchując niebezpiecznych trzasków pod stopami.
Mróz wdzierał się uporczywie pod warstwę cienkiego kubraka. Palce u stóp tak mi zmarzły, że nie zwracałam już na nie uwagi. Dłonie chowałam w rękawy, lecz na próżno próbowałam je rozgrzać. Długa spódnica także nie zapewniała mi ciepła.
Ból podciął mi nogi. Upadłam na kolana, a dłonią podparłam się o lód. Powinnam iść dalej, ale to, co działo się wokół ledwo do mnie docierało. Czekałam cierpliwie, aż skurcz minie. Starałam się głęboko oddychać, lecz cierpienie odbierało mi świadomość. Z trudem zaczerpnęłam przeszywającego chłodem powietrza i gdy próbowałam się podnieść - następna fala bólu rozdarła moje podbrzusze. Rozpoczął się poród. Podwinęłam przemoczoną spódnicę i sięgnęłam dłonią pomiędzy nogi. Moje palce były całe we krwi. Niezdarnie ściągałam mokrą wełnianą odzież i bieliznę, zbierając siły przed powtórnym uderzeniem.
Mój syn pojawił się na świecie wraz z kolejnym skurczem. Jego maleńkie piąstki zacisnęły się w odpowiedzi na niską temperaturę. Zawinęłam go w swoje ubranie, a sama pozostałam w wełnianej spódnicy. Byłam zupełnie wykończona. Czułam wilgoć na udach, ale nie to było dla mnie istotne. Musiałam donieść maleństwo w bezpieczne miejsce, lecz mimo prób nie mogłam powstać z klęczek. Wpatrywałam się tylko w sine usta dziecka ze słabnącą determinacją. Mróz odebrał mi siły i wszelkie pokłady ciepła, jakie w sobie miałam. Przyciskałam do piersi drobną istotkę, którą pokochałam nad życie już wtedy, kiedy poczułam pod sercem jej pierwszy ruch.
- Błagam, pomóż mi... - powiedziałam głośno do szarego jak ołów nieba, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Niebo pozostało milczące. Lekki wiatr przeganiał mgłę, jakby formował ją w postać kobiety. Nie wiedziałam, czy spoglądam na jej delikatny kontur, czy zwyczajnie zwodzi mnie wzrok. Byłam jednak niemal pewna, że istota utkana jest z mgły.
Usłyszałam cichy szept:
- Chodź...
- Pomóż mi, proszę - jęknęłam do nieznajomej, wciąż klęcząc na zabarwionym krwią lodzie.
- Pomogę... Chodź - odparła. - Połóż dziecko i wstań.
- Nie mogę! Beze mnie on umrze.
- Jemu pomogę w inny sposób.
Spojrzałam na maleńkie ciałko w moich ramionach. Było sine z zimna, a jego małe rączki wywijały się pod materiałem kubraka. Ułożyłam syna na lodzie, powoli całując go
w czoło. Targały mną złość i bezradność. Emocje były tak silne, że rozgrzewały mi serce.
- Chodź - szepnęła ponownie.
- Kim jesteś?
- Twoim Aniołem. Chodź ze mną. Tam nie będzie już ci zimno.
- Nie. - Pokręciłam głową. - Nie pójdę z Tobą. Mam tutaj jeszcze coś do zrobienia.
- Jeśli zostaniesz, już nigdy nie zaznasz spokoju - zagroziła kobieta.
- A więc zostanę tu po kres świata.
Trzask lodu przeciął ciszę z głośnym łoskotem. Spojrzałam ostatni raz na dziecko, które nie zostało nawet ochrzczone. Pomyślałam, że jego drobna duszyczka już zawsze będzie włóczyła się po świecie, nie zaznając nieba. Woda wdarła się w płuca, zabierając mi dech. Umierając, karmiłam się gniewem i nienawiścią do tych, którzy odebrali mi wszystko.