VII. Z KIM CADET JEŹDZIŁ?
- Dawno jesteście za woźnicę? - pytał dalej sędzia śledczy.
- Zacząłem służyć, jak miałem rok dwudziesty - odpowidział Cadet.
- A jak dawno u Pana Bienet.
- Pięć lat będzie. Ośm lat służyłem u właściciela dorożek Samuela, a ż do jego śmierci, ale mam świadectwo, potem dwa lata u kompanii.
- A dlaczego tam nie zostaliście dłużej?
Cadet podrapał się w głowę.
- A, bo to... - rzekł zmieszany - wszystkiego tego narosła ta wódka argentueilska - przez nią straciłem miejsce.
Lekki uśmiech przemknął po ustach sędziego śledczego.
Spostrzegłszy uśmiech ten woźnica, zrozumiał, że widocznie jego otwartość zrobiła dobre wrażenie. Zaraz poczuł się swobodniejszym.
Gibray ciągnął dalej:
- O której godzinie wyjechaliście wczoraj?
- W południe punkt bez kwadransu. Pojechałem wprost na dworzec kolei północnej, gdzie zaraz zabrałem jakąś panią z dziećmi, musiałem walić aż na drogę żelazną Montparnasse. Siarczyście daleko! Dostałem franka sześćdziesiąt centów! sześć groszy na wódkę. Maluczko - potem...
Sędzia śledczy znów przerwał woźnicy:
- Wrócimy jeszcze później do tego, coście robili z czasem. A teraz powiedzcie, o której godzinie wróciliście do domu tej nocy?
Cadet znów poskrobał się w głowę, co oznaczyło, że był w kłopocie i milczał.
- Dlaczego nic nie mówicie? - zapytał Gibray.
- A bo w tem właśnie sęk...
- Pamięć wam nie dopisuje.
- A trochę. Tak dokumentnie nie mogę powiedzieć. Może była godzina druga nad ranem, a może później, a może wcześniej. Śnieg zaczynał padać, walił mnie w twarz.
- Dowiemy się, o której godzinie śnieg zaczął padać.
- Punkt o wpół do drugiej, panie sędzio - wmieszał się brygadier sierżantów miejskich - chodziłem z patrolem i przyszedłem właśnie do cyrkułu.
- A widzi pan! - zawołał Cadet triumfująco.
- Choć człowiek sobie podpije, ale pamięta.
- Musiano wam przecie tu otwierać bramę - pytał Gibray.
- Nie, miałem przy sobie klucz.
- Jakto?
Właściciel karetek powtórzył objaśnienie - jakie dał już komisarzowi cyrkułu.
- Pańscy woźnice wracają o rozmaitych godzinach w nocy? - spytał sędzia śledczy.
- Tak. Dyżurny kosztowałby mnie za dużo, a przytem jednego człowieka za mało na całą noc.
Gibray dał znak, że objaśnienie to mu wystarcza, poczem dalej wypytywał Cadeta.
- Po powrocie do domu coście robili?
- Zaprowadziłem konia do stajni a karetę wtoczyłem do wozowni. Namęczyłem się trochę, to pamiętam... na dworze było zimno, a w oczach wszystko mi tańczyło.
- A karety wcale nie otwieraliście przed odejściem?
- Może że otwierałem, a może że i nie, tego nie wiem. Ale stajenny może panu powiedzieć...
- A skądże on może o tem wiedzieć, kiedy go przy tem nie było.
- To nic nie znaczy.
- Dlaczego?
- O! nic w tem dziwnego. Pan nasz kazał nam woźnicom, ażebyśmy po powrocie do domu przed odejściem wyjmowali z karetek dywaniki i kładli go na kozieł, ażeby wysechł, jeżeli wilgotny. Rozumiesz: pan teraz. Jeżeli Franciszek znalazł dywanik na koźle, to znaczy, żem otwierał karetkę, a jeśli nie znalazł, to znaczy, że przez wódkę i mróz zapomniałem o rozkazie.
- Czy dywanik był na koźle? - pytał sędzia śledczy stajennego.
- Nie - odpowiedział Franciszek.
- Pamiętacie to na pewno.
- Na pewno.
Gibray znowu się zwrócił do woźnicy:
- Więc była godzina druga nad ranem, kiedy powróciliście. Skądżeście przyjechali?
- Z ulicy Montorgueil - odrzekł Cadet.
Naczelnik policji śledczej rzucił bystre spojrzenie na dwóch agentów, którzy trzymali w ręku dwa notesy i robili notatki. Spój rżenie to nakazywało im zwrócić szczególną uwagę na tę część badania.
- Rogoż woziliście na ulicę Montorgueil?
- Dwie osoby.
- Mężczyznę i kobietę?
- Nie, dwóch mężczyzn.
- Gdzież wysiedli, przed hotelem, czy przed innym jakim domem?
- Zajechałem przed hotel.
- Do którego kazano wam jechać? Zapomnieliście?
- Nie. Pamiętam bardzo dobrze, iż jeden z pasażerów po wiedział mi: "Na ulicę Montorgueil, jedźcie wolniutko, zatrzymam was przed hotelem, gdzie chcę stanąć, bo zapomniałem jego numer".
- Gdzie ci pasażerowie wsiedli?
- W dwóch rozmaitych miejscach. Jeden w Sain Hande, drugi na stacji kolei północnej.
Sędzia śledczy zamienił spojrzenia z podprokuratorem i naczelnikiem policji śledczej. Obaj agenci robili notatki.
- Zatem woziliście kogoś do Saint Mande?
- Woziłem, pana i panią na ulicę Eugenji.
- Kiedy to było?
- Przyjechałem do Saint Mande o wpół do siódmej, czy o siódmej.
- I wysadziwszy tych pasażerów, zabraliście jednego z owych dwóch mężczyzn.
- Nie. Znacznie później. Pojechałem dalej, spodziewając się, że może mi się uda zabrać kogo do Paryża. Zziąbłem potężnie, pić mi się chciało, a im więcej człowiek pije, tem większe ma pragnienie, jak wiadomo panu sędziemu. Dostałem na wódkę dwadzieścia su, powiedziałem więc sobie, że mogę się uraczyć. Przyjechawszy przed "Kratę zieloną", restaurację przy rogatce Tronowej, zobaczyłem przed bramą dwie karetki i pomyślałem sobie: Są tu koledzy, to musi tu być jakie wesele, albo zabawa... może też człoeiekowi nie będzie trzeba wracać samemu. Więc stanąłem za innemi karetkami! wszedłem do restauracji. Dwóch moich kolegów fetowało się tam. Jeden z nich był mi znajomy - czekali na towarzystwo, które zajadało pod "Kratą zieloną". Trudnoż być między kolegami niegrzecznym, ha! trąciłem z nimi, siedliśmy razem na partyjkę w "zanzybara".
- W co takiego?
- Tak my nazywamy grę w kości.
- Więc z pod "Kraty zielonej" zabraliście pierwszego gościa?
- Ale nie z restauracji. Było to tak: Graliśmy sobie i piliśmy we trzech. Czas schodził prędko. Język mi się już trochę plątał, a w oczach mi się dwoiło. Szóstkę brałem za dwunastkę, a jedynkę za czwórkę. Ale mi się szczęściło!... Nie chciałem wstać od gry, kiedy właściciel restauracji, który już zamykał, powiedział: "Czy kto nie chce pasażera odwieźć?" - Ja! - odezwałem się. - Pasażer pokazał się w e drzwiach i krzyknął: "Prędzej, bo mi spieszno!"
- O której to było godzinie? - zapytał sędzia.
- O północy, a przynajmniej w tym czasie. Partyjka długo trwała.
- Możecie mi opisać tego pasażera?
Cadet skrzywił się szpetnie.
- Opisać? - powtórzył.
- Będzie to może trochę za ryzykowne. Niech pan sędzia pomyśli tylko, żem sobie porządnie podpił, nie mówiąc już o tem, że miał szal do ćwierć twarzy, kapelusz naciśnięty na oczy, a kołnierz od paltota założony na uszy. Na takie zimno, to bardzo naturalne, nieprawdaż?
- Więc nie widnieliście tego mężczyzny?
-Przepraszam, widziałem, że wygląda młodo, że ma włosy usnę, faworyty jasne i takie wąsy, a na nosie binokle.
- Porządnie był ubrany?
- Jak elegant. Rzekł do mnie: "Biorę was na godzinę". - "Dokąd pojedziemy?" - zapytałem. - "Na kolej północną, ale prędzej, jadę po jednego z przyjaciół, który przyjechać ma pociągiem o godzinie pierwszej". - "Niech pan siada", odpowiedziałem. - Wsiadł, zamknąłem za nim drzwiczki, odwiązałem Galepina - to mój koń, wskrobałem się na kozieł i pojechałem na kolej północną. W głowie mi się porządnie mąciło, w oczach stawały świeczki, ale pasażera dowiozłem.
- Czy właściciel restauracji widział tego pasażera, jak myślicie, uważnie mu się przypatrzył?
- Tego nią umiem powiedzieć.
- O której godzinie przyjechaliście na kolej?
- Trzy kwadranse na pierwszą. Wiem dobrze, bo spojrzałem na zegar.
IX. DRUGA ZBRODNIA.
Cadet wysłuchawszy protokół, który mu przeczytano, podpisał, a potem spytał sędziego śledczego:
- Czy pan naprawdę pozwoli mi teraz odejść?
- Zaraz - odpowiedział Gibray - będziecie wolni w tej chwili, ale musicie najprzód zobaczyć trupa....
- Trupa? - zawołał Cadet, drgnąwszy - alboż on tutaj?
- Czyście nie zrozumieli, żeście przywieźli go w swej karetce - rzekł sędzia śledczy.
- Chodźcie za mną...
Członkowie sądu, agenci; świadkowie udali się na dziedziniec gdzie leżał na słomie zamordowany człowiek.
- Zdejmcie dywaniki - rozkazał sierżantowi miejskiemu naczelnik policji śledczej.
Ten czemprędzej spełnił rozkaz i odsłonił trupa. Cadet spojrzał z przerażeniem.
- Poznajecie tego człowieka?
- Poznaję biały szal, proszę panów, ale człowieka nie mogę rozpoznać, i nawet wątpię, czy to ten sam...
- Dlaczego wątpicie?
- Tam ten miał rękę na temblaku.
- Jodelet - odezwał się naczelnik policji śledczej - zobacz, czy nie ma rany na lewej ręce.
Agent wypełnił rozkaz.
- Nie widzę nic, zgoła nic - rzekł - a temblaku niema.
Jeszcze jeden punkt ciemny na dobitkę, a trzeba go wyjaśnić. Kiedy doktor obejrzy ranę, może nam wyświetli zagadkę. Bandaż mógł zabójca zabrać z sobą, więc brak jego nie dowodzi jeszcze niczego, trzeba trupą odwieźć do Morgi.
- Służę panu sędziemu karetą - rzekł gospodarz.
- Przyjmuję propozycję pańską. Brygadier z dwoma sierżantami odwiezie ciało, a wy Cadet - tu sędzia śledczy zwrócił się do woźnicy - będziecie w sądzie, w mej kancelarii. Powiecie woźnemu że przyszliście w sprawię z ulicy Ernestyny. On was natychmiast przyprowadzi do mnie.
- Nie spóźnię się, panie sędzio.
W bramie dało się słyszeć gwałtowne dzwonienie.
- Idź otworzyć - odezwał się gospodarz do stajennego - dowiedz się, o co chodzi.
Franciszek pobiegł do bramy i otworzył furtkę.
Ukazał się brygadier sierżantów miejskich. W ręce trzymał list. Był to brygadier Lannois, którego poznaliśmy na cmentarzu Pere Lachaise.
- Pan naczelnik policji śledczej jest tutaj? - zapytał.
- Jest oto tam przy tej szopie - odpowiedział Franek.
Brygadier prędko przeszedł przez dziedziniec, zatrzymał się przy gromadce stojących ludzi i rzekł:
- Panie naczelniku, przybywam z prefektury, gdzie dowiedziałem się, że pana tu znajdę.
- Co za interes?
- Przyniosłem list do pana naczelnika.
- Od kogo?
- Od pana Bethier, komisarza policyjneg z dzielnicy Pere Lachaise.
I podał jednocześnie kopertę naczelnikowi policji śledczej, który ją wziął, ro opieczętował i wyjął list. Skoro tylko przeczytał kilka pierwszych wierszy, brwi mu się zmarszczyły, a twarz spochmurniała.
- Co się stało? - spytał podprokurator.
Mamy doprawdy dzień ciągłych zagadek krwawych! Wzywają członków sądu i mnie na cmentarz Pere Lachaise. gdzie znaleziono grana w grobowcu zamordowaną kobietę.
Dreszcz przebiegł po ciele słuchaczy na tak osobliwszą wiadomość.
- W grobowcu! - powtórzył sędzia śledczy.
- Zdaje się, że komisarz policyjny musiał złamać zaimek, ażeby dostać się do trupa.
- Ma pan słuszność, dzisiaj dzień krwawych niezrozumiałych zagadek. Zrobiliśmy tu już, co się należało, a teraz spieszmy na cmentarz. A pamiętaj Cadet, że w sądzie punkt o pierwszej.
- Jedźmy panowie!
Członkowie sądu wsiedli do powozów, któremi przyjechali.
- Mam swoją dorożkę, panowie - rzekł brygadier Lannois do Jodelet i Marteleta - siadajcie panowie ze mną.
- I owszem.
Komisarz cyrkułowy otrzymał ostatnie zlecenie od naczelnika policji śledczej, potem bramę otwarto i powozy wyjechały z dziedzińca. Zbity tłum wciąż jeszcze stał na ulicy, ale już nie hałasowano. Wiedziano, że na dziedzińcu za parkanem był trup skrwawiony - więc obecność trupa działała bądź powściągliwie.
Jednakowoż kiedy Cadet wyszedł z bramy wraz ze swym panem, gorącą mu zrobiono owację. Wszyscy starali się mu rekę uścisnąć, otaczali go, wypytywali o tajemniczy dramat, który musiał znać najlepiej, bo przecie grał w nim rolę ważną. Jednocześnie brygadier Fontaigne odwoził do Morgi trupa, znalezionego w karetce nr, 5583.
Przyłączmy się do sędziego śledczego i naczelnika policji w tej chwili, gdy wchodzą do kancelarii dozorcy cmentarza. Z niecierpliwością czekał on wraz z komisarzem policyjnym na powrót brygadjera Lannois. Komisarz zaczął sporządzać swój protokół; zobaczywszy powozy, krzyknął z zadowoleniem:
- Nareszcie!
- Nareszcie panowie przyjechali - powtórzył członkom sądu - tem goręcej pragnąłem panów, że sprawa, w której panów wezwałem, bardzo się ciemno przedstawia.
W kilku słowach opowiedział przybyłym, co się z rana wydarzyło.
- Dziwi się pan zapewne, żeśmy się tak opóźnili - odezwał się sędzia śledczy - ale nie będzie się pan dziwił, gdy się dowie, że posłaniec pański musiał jechać po nas do La Chapelle, gdzieśmy prowadzili śledztwo z powodu zbrodni, nie mniej tajemniczej, nie mniej niepojętej, niż ta, jaka nas tutaj sprowadza... Rozpoczął pan protokół?
- Już.
- Proszę....
- Oto jest...
Gibray przeczytał.
- Dziwna rzecz - wyszeptał - chodźmy na miejsce zbrodni.
- Czy mam zaraz przywołać robotników, którzy znaleźli trupa? - zapytał dozorca.
- Koniecznie.
Posłał stróża po robotników, który też znalazł ich w szynku przy ulicy Renaud, gdzie czekali cierpliwie na przybycie członków sądu.
Czem prędzej zapłacili należność w bufecie i pospieszyli do grobowca, gdzie już stali sędziowie.
Ciekawi chcieli także przystąpić do grobu - ale nie dopuścili ich agenci, przestrzegając otrzymanego rozkazu.
Komisarz policyjny wskazał na plamę czerwoną, która widniejąc na śniegu, doprowadziła przedewszystkiem na domysł zbrodni.
Opowiedział sam wszystko to, co zapisane już było do protokółu. Drzwi grobowca, których już zamek nie trzymał, otwarte zostały natychmiast.
Opis wnętrza grobowca staje się koniecznym dla objaśnienia dalszych szczegółów i dlatego dopełnimy go pokrótce.
Grobowiec zbudowany z szarego granitu bez żadnych ozdób kamieniarskich z zewnątrz, prócz herbu z koroną hrabiowską obejmował - jak już rzekliśmy powyżej - przestrzeń wielkości od dwudziestu ośmiu do trzydziestu łokci kwadratowych. Na froncie w stylu gotyckim nie było żadnego napisu. Na ścianach bocznych wybite otwory w kształcie trójliści, oświetlały wnętrze.
W głębi przy ścianie, naprzeciw drzwi, wznosił się niewielki ołtarz marmurowy. Na ołtarzu tym stał krzyż posrebrzany, cztery lichtarze z świecami woskowemi, z których jedne były jeszcze całe, drugie wypalone do połowy.
- Sześć krzeseł było po obu stronach przy ołtarzu z drzewa czarnego, wysokiemi oparciami i z bardzo niskkem siedzeniem, obitem starą, jaskrawą materją. Trzy krzesła leżały na podłodze przewrócone, inne stały, ale w nieładzie. Wyblakły dywan okrywał w części marmurowe płyty, naprzemian czarne i białe, niby kwadraciki na szachownicy. Dwa obrazy szkoły włoskiej wisiały na ścianach. Jeden z nich przedstawiał "Zdjęcie z Krzyża", drugi "Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa". Wilgoć tu panująca osiadła i na obrazach, tak, iż twarze na nich były już niewidoczne.
X. TRUP KOBIETY.
Półzmrok ponury panował w grobowcu. Kilka wianków widniało przed ołtarzem wszystkie zwiędłe, z wyjątkiem jednego.
Wiemy już, żetrkup zabitej kobiety na wznak leżał. Na pobladłych ustach nieboszczki widać było czerwoną placę, okrążył ją pasek zeschłej krwi. Ręce miała wyciągnięte, palce zaciśnięte, oczy otwarte. Twarz, której rysy skamieniały pod działaniem śmierci, wyrażała przestrach niezmierny. Szczegóły te, któreśmy podać uważali za konieczne, zapisane zostały drobiazgowo w protokóle. Niewiadoma ofiara mogła mieć lat czterdzieści. Była w żałobie: z czarnego kapelusza krepowego zwieszał się welon z takiejże materji. Na szyji dawała się widzieć głęboka rana. Kształt rany tej wskazywał, że zabójca uderzył sztyletem trójkątnym.
- Zaczynajmy po porządku - rzekł Gibray po krótkich oględzinach.
- Najprzód trzeba obejrzeć ubranie nieboszczki.
Jodelet ukląkł obok trupa i uważnie szukał po kieszeniach. Znalazł w nich tylko cienką chustkę płócienną.
- Zobaczcie, jaki jest znak na chustce - rozkazał sędzia śledczy.
- Żadnego znaku nie ma - odpowiedział Jodelet ze zdziwieniem - tutaj tak samo, jak na ulicy Ernestyny.
Członkowie sądu spojrzeli po sobie zdziwieni.
Gibray mówił dalej:
- Znak, którego niema na chustce, może być na bieliźnie.
Agent policyjny bardzo szybko rozpiął stanik i gorset nieboszczki.
- Druga rana w sercu! - zawołał Jodelet.
- Rana podobna zupełnie do rany szyji, a obie podobne do rany trupa z ulicy Ernestyny!
Głębokie milczenie panowało w grobowcu przez kilka sekund. Członkowie sądu i świadkowie stali w osłupieniu.
- Co mówicie, Jodelet? - spytał Gibray, nachyliwszy się nad martwem ciałem.
- Rzecz bardzo prosta co mówię - odpowiedział agent. - Pan sędzia może się sam o tem przekonać. Przysiądzby można, że ta sam a ręka, tym samym sztyletem uzbrojona ugodziła nieszczęśliwą i mężczyznę w białym szału, zabitego w najemnej karecie!
Naczelnik policji śledczej nachylił się, włożył binokle i obejrzał rany, przez które dusza uciekła.
- To prawda! - wyrzekł następnie. - Podobieństwo zupełne. Spieszcie się, panowie.
Gibray i komisarz do spraw sądowych obejrzeli - ciało niemniej uważnie, jak naczelnik policji śledczej.
- Zachodzi rzeczywiście wielkie podobieństwo - odezwał się sędzia śledczy - i nawet zdumiewające, ale jakże przypuścić tak osobliwą łączność między dwiema zbrodniami, popełnionemu w różnych miejscach? To tak nieprawdopodobne, że nawet nie sposób o tem myśleć. Zresztą, wszystko się wyjaśni.
- Ba! zawsze się wszystko Wyjaśnia, a przynajmniej prawie zawsze, ale z wielką trudnością niekiedy - zauważył naczelnik policji śledczej.
- Spójrzcie panowie na wyraz twarzy - mówił dalej, Gibray - popatrzcie na te ręce zaciśnięte. Ta kobieta walczyła ze śmiercią.
- Z zabójcą! - zauważył Jodelet, chwytając rękę nieboszczki i prawie machinalnie dodał: a - oto i coś użytecznego! Poszlaka!
- Poszlaka? - powtórzył sędzia śledczy - gdzie?
Kosmyk włosów mordercy, s wyrwany podczas walki mordercy i pozostały w ręce ofiary.
- Włosy są jasne a nieznajomy, którego woźnica zabrał z Saint Mande i zawiózł na kolej północną, a stamtąd na ulicę Montorgueil, mocnym był właśnie blondynem.
- Przyznaję, że zbieg okoliczności jest dziwny - rzekł Gibray - nie ruszcie tych włosów, Jodelet, żeby się nie rozwiały.
- Ot, nie potrzeba się tego obawiać - odrzekł agent policyjny - skostniałe palce zaciskają się i nie wypuszczają tego, co trzy mają.
- To dobrze! Bielizna znaczona?
- Nie.
- Zdaje mi się, że widziałem nosze.
- To ja kazałem je przygotować! - powtórzył dozorca cmentarza.
- Czy odnieść ciało do morgi? - spytał brygadier Lannois.
- Tak, i to jak najprędzej.
Dwóch ludzi podniosło trupa położyło na nosze u drzwi grobowca, a grube rogóżki zasłoniły ciało przed wzrokiem ciekawych.
- Panowie - odezwał się sędzia śledczy.
- Oglądamy drugą zbrodnię, niemniej dziwną, niemniej tajemniczą niż pierwsza. Ta kobieta bez wątpienia przyszła się tu modlić. Płakała, klęczała zapewne przed tym ołtarzem, kiedy ją ugodzono zdradziecko. Walka była straszna, te krzesła poprzewracane włosy mordercy w ręku ofiary, wszystko to świadczy o tem wymownie. Co kierowało mordercą? dowiemy się tego, myśleć teraz, że była to raczej zemsta, niż chciwość. Zdaniem majem, morderca zabił nie po to, aby okraść.
- Panie sędzio! - odezwał się agent Martel - niech pan sędzia spojrzy!
- Cóż takiego?
- Kapliczka z figurkami i kopułka na ołtarzu otwarte sanctissimum, gdzie chowa się przenajświętszy Sakrament... kluczyk w zamku.
Agent pokazywał drzwiczki kapliczki, stojącej na ołtarzu. Gibray przystąpił, otworzył miniaturowe drzwi i zajrzał.
- Tu nie ma nic - rzekł - ale niezawodnie coś stąd zabrano, bo na kurzu wyraźne są ślady palców. Wszystko to trzeba zapisać do protokółu.
Jodelet podnosił lichtarze jeden po drugim, ażeby zobaczyć, czego nie schowano pod niemi. Oględziny te nie dały żadnego rezultatu. Sędzia śledczy zwrócił się do komisarza dzielnicy Pere Lachaise.
- Zdaje mi się, że mówił pan, iż zawołany ślusarz nie mógł otworzyć drzwi grobowca?
Ślusarz jeszcze nie odszedł. Odpowiedział też sam:
- Zepsułem trzy wytrychy, panie sędzio, w żaden sposób nie można było zamku otworzyć.
- Czem to sobie tłómaczycie?
- Musiano coś włożyć w zamek i dlatego nie można było z nim dać sobie rady, chociaż takie duże i proste zamki zwykle bardzo łatwo się otwierają.
- Oglądaliście ten zamek?
- Nie zostawiliśmy go takim, jakim jeszcze jest dotąd.
- No, to rozłamcie go i przekonajcie się uważnie, czy co w nim się rzeczywiście znajduje.
Ślusarz miał przy sobie narzędzia, mógł więc w kilka minut zrewidować wnętrze zamku.
- O - zawołał - byłem pewny, że się nie mylę.
- Cóż tam takiego?
- Niech pan sędzia spojrzy, nawkładano kamyki, dlatego narzędzia nie mogły nic poradzić.
- Teraz rzecz jasna - odezwał się sędzia śledczy - morderca spełniwszy zbrodnię, zabrał ze sobą klucz i postarał się, żeby nie odrazu można było otworzyć w razie gdyby ofiara, wróciwszy na chwilę do przytomności, wołać zaczęła o ratunek, a krzyki jej były usłyszane.
- Być może - szepnął Jodelet zadumany.
- Jest przecie sposób! - zawołał naczelnik policji śledczej - że można tę sprawę jeżeli nie zupełnie wyjaśnić, to przynajmniej ślad znaleźć.
- W jaki sposób? - zapytał de Gilbray.
- Zamordowana musi być znana rodzinie, do której grobowiec należy! Rodzina da nam cenne wskazówki.
Komisarz cyrkułu pokręcił głową.
- Ja sam tak myślałem, rzekł, ale omyliłem się w nadziejach.
- Alboż grobowiec nie należy do nikogo? Czyżby był tylko czasowym?
- Nie, nie dlatego. Grobowiec należy do rodziny ruskiej, hrabiów Kurawiewów, która długi czas mieszkała w Paryżu, a później powróciła do Petersburga. Grobowiec pusty. Tu nikt nie jest pochowany, nikt też nie miał powodu tutaj przychodzić.
- Pan wie to napewno? - zapytał Gibray z wielkiem ożywieniem.
- Na pewno.
- To bardzo niezrozumiałe.
- Mniej jednak, niż pan sądzi, i zaraz wyjaśnię panu co go tak dziwi.
III. W KARECIE.
Brygadier sierżantów miejskich wyszedł z kancelarii dozorcy cmentarza i skierował się ku giełdzie, która znajduje się nieopodal od bramy Pere Lachaise.
Tutaj tylko co nadjechało kilka dorożek, dawny kirasjer wybrał konia, który wydał mu się budzącym zaufanie i kazał woźnicy jechać do sądu, dodawszy przytem tonem rozkazującym:
- Ale tylko prędko, prędko, spiesz mi się!
Wszystko, co ma związek z policją, przejmuję dorożkarzy, jeżeli nie silnem współczuciem - to przynajmniej niemałym strachem i bardzo słusznie. To też Woźnica popędził konia galopem we wskazanym kierunku.
Porzućmy dorożkę, jadącą do sądu i niech czytelnicy nasi raczą udać się z nami do innej dzielnicy Paryża, tegoż dnia o godzinie 7-mej z rana, to jest gedzinę wcześniej przed przyjściem pięciu robotników na cmentarz Pere Lachaise.
Blady świt zaledwie rozprasza ciemności. Jesteśmy przy ulicy Ernestyny w dzielnicy la Chapelle.
Przed dorożkarską wozownią, na dziedzińcu jednego z domów, wznoszących się tutaj, stajenny, imieniem Franciszek, w służbie będący u Wawrzyńca Bienet czyści, jak może, powozy, które wróciły z kursów nocnych, a idzie mu to z wielką trudnością, gdyż błoto Wszędzie obmarzło od mrozu, jaki pochwycił po północy. Przy świetle latarni, zawieszonej na słupie, stajenny do połowy robotę swą wykonał, zeskrobał błoto, wyczyścił ławeczki, i pozataczał kilka kartek i dorożek do wozowni obok stajni. Pozostawało mu załatwić się w ten sposób jeszcze z trzem a karetkami. Jedną z nich właśnie przysunął do słupa z latarnią i otworzył drzwiczki ażeby wyciągnąć dywanik, którego nie znalazł na koźle, co się sprzeciwiało przyjętym tu zwyczajom.... bo każdy woźnica, zaprowadziwszy konie do stajni, powinien był wyjąć dywanik, często, zabłocony butami pasażera i położyć dla wyschnięcia na kozieł. Otworzywszy drzwiczki stajenny, zajrzał do karetki i odskoczył, krzycząc przenikliwie. W tej samej chwili Wawrzyniec Bienet wychodził z domu, ażeby zrobić ranny przegląd - usłyszawszy ten krzyk, nadbiegł, co tchu i zobaczył stajennego bladego, drżącego, z przestrachem w oczach, opierającego się o słup, aby nie upaść.
- Co ci-to, Franciszku? - zapytał go. - Podpiłeś sobie, czy co? To trochę za wcześnie, mój bratku.
Franciszek dławiąc się ze strachu, nie był w stanie ani słowa wymówić.
Zamiast odpowiedzi wyciągnął rękę ku otwartym drzwiczkom. Oczy Bieneta zwróciły się w tym kierunku... Teraz on zbladł wyraźnie, ale więcej zimnej krwi zachowawszy niż stajenny, podszedł i nie odskoczył, lecz nachylił się wewnątrz karetki. Na poduszce w lewym kącie leżało ciało ludzkie sztywne i pokrwawione.
- Kroćset tysięcy djabłów! - wykrzyknął Bienet. - Oczy mnie nie mylą. Człowiek zabity!
Żona gospodarza wyszła na podwórze, ażeby dać kaszy kurom jednocześnie też ukazało się dwóch woźniców, idących do roboty. Usłyszeli oni wszyscy słowa gospodarza.
- Człowiek zabity - powtórzyli wszyscy troje, podchodząc szybko do karetki. - Cóż znowu?
- Patrzcie! - odparł Bienet, wskazując na trupa.
- Trzeba zaraz posłać do cyrkułu na ulicę Dondeville - odezwała się żona.
- I sprowadzić komisarza - wtrącił jeden z woźniców.
- Biegnijcie, co prędzej! - rozkazał Bienet zwracając się do woźniców! Ty Cambonie do cyrkułu, a ty Ryszardzie do komisarza.
- Dobrze panie gospodarzu.
Woźnice prędko się oddalili, ażeby polecenie wypełnić. Żona gospodarza patrzała na trupa z ciekawością, przerażenia pełną.
Czytelnicy darują nam, że przerwiemy w tem miejscu nasze opowiadanie, a zwrócimy się do komisarza policji, znajdującego się na cmentarzu Pere Lachaise.
- Dowiedziałem się od pańskiego posłańca, że podobno idzie tu o zabójstwo - rzekł komisarz do dozorcy cmentarza.
- Ani sposób o tem wątpić.
- Zabito kogo w grobowcu?
- Tak... krew ofiary przeciekła pod drzwi i podmistrz komisarza Laude'a wyszedłszy na plecy robotnika, zobaczył przez otwór w ścianie grobowca trupa kobiety... okropne!...
- Za kilka minut dowiemy się co o tem myśleć. Posłał pan po ślusarza?
- Już.
- Wybornie! Zaraz; zaczniemy.... Jest... A, a! to ty. Ferrot! - dodał komisarz, zwracając się ku ślusarzowi z ulicy Roquette.
- Do usług pana komisarza.
- No, mój przyjacielu, otwórz ten grobowiec!
- Spróbujemy, panie komisarzu.
Ślusarz podszedł do drzwi żelaznych, wybrał jeden wytrych z dużego pęku, trzymanego w ręku i włoży! go w zamek. Wytrych nie nadał się. Ferrot wziął drugi.
Starzec, który oddalił się trochę od gromadki, gdy agenci nadeszli, przypatrywał się badawczo wszystkiemu, co się dzieje.
Na twarzy jego malowało się mocne wzruszenie, niepokój znamionujący jakby dotkliwą troskę. Komisarz rozmawiał z dozorcą cmentarza.
- Odkąd służę w policji, a czasu to kawał, nic jeszcze tak dziwnego nie widziałem.
- A tak!
- Ale i to być jeszcze może, że jak to mówią: "z daleka coś, z bliska nic". Zupełnie naturalnem może jest to, co nam się wydaje tak dziwnem.
Dozorca pokiwał głową.
- Nie sądzę - szepnął.
- I ja także, ale wszystko możebne. Kobieta, którą pan uważasz za nieżywą, może tylko zemdlała i w takim razie wyjaśnienie nie da na siebie czekać.
- To prawda.
Po wielokrotnych usiłowaniach bezskutecznych ślusarz wykrzyknął:
- Żaden wytrych nie da rady!
- Spróbuj pan jeszcze.
- Godzinę mogę jeszcze marudzić i nic nie wskóram. W zamku musi być wbity gwóźdź, albo co innego twardego i dlatego niepodobna otworzyć.
- Trzeba się o tem przekonać, zapiszę to w protokóle...
- Przekonacie się panie komisarzu, złamawszy zamek, ale teraz trzeba przedewszystlkiem otworzyć, a do tego potrzebne mi są obcęgi i dłuto.
- Oto są - rzekł Gabirol, podając narzędzia, po które niedawno posłał.
Ślusarz wziął je i zaraz się zabrał do roboty. Robota była ciężka. Dopiero po długiem męczeniu się zdołał otworzyć zamek przy pomocy dwóch robotników.
- Uf! - odetchnął, ocierając czoło - nareszcie!
Podszedł komisarz i chciał drzwi otworzyć. Uchyliły się tylko na kilka cali.
- Tam - wewnątrz jest przeszkoda jakaś! - zawołał - jak gdy by kto drzwi podparł.
- To trup - odezwał się podmistrz Cabirol. - Ciało leży w poprzek.
Dwaj agenci całym ciężarem ciała nacisnęli deski metalowe i drzwi powoli się odsunęły, w rzeczy samej odpychając ciało kobiety, rozciągniętej na płytach. Pierwszy wszedł komisarz, za nim dozorca. Wszyscy nachylili głowy, ażeby zajrzeć wewnątrz, kilku ciekawych usiłowało nawet przestąpić próg grobowca.
Mężczyzna w paltocie futrzanym zbliżył się i stał w pierwszym rzędzie. Na widok trupa zmieniły mu się rysy twarzy, po ciele przebiegł dreszcz.
W tejże samej chwili odezwał się komisarz:
- Panów świadków proszę, aby tu nie wchodzili. Panowie ag en ci nie wpuszczajcie nikogo.
Trzeba było być posłusznym. Ciekawi odstąpili. Dozorca nachylił się ku ciału, już skostniałemu.
- Nieszczęśliwa bynajmniej nie zemdlała - rzekł po chwilowem obejrzeniu - Umarła, zamordowana. Spójrz no pan...
I wskazał głęboką ranę na szyji, ranę, której siność odbijała się od białości skóry.
- Kobietę tę zabito sztyletem - wyrzekł komisarz.
- Zabójca uderzył ją kilkakrotnie - wtrącił dozorca - pod prawą oto piersią skrzepnięta krew.
- Zbrodnia widoczna. Muszę natychmiast wezwać doktora, sędziego śledczego i prokuratora.
- Zaraz pan każe ciało zabrać? - spytał dozorca.
- Za nic w świecie. Gdyby była jeszcze nadzieja przywrócenia nieszczęśliwej do życia - kazałbym ją stąd przenieść i otoczyć wszelkiemi staraniami, ale z trupem od kilku godzin ostygłym, nic już nie zrobisz. Zostawmy go tutaj. Opowiem prokuratorowi, jak leżał trup.
- Drzwi trzeba zamknąć?
- Naturalnie. Postawię tu dwóch agentów, a pan z łaski swej dodasz mi dwóch dozorców.
- Wszystka służba na rozkazy pańskie.
Komisarz wyszedł z grobowca.
* * *
Zwróćmy się z powrotem do właściciela dorożek przy ulicy Ernestyny.
- Kto jeździł tą karetka? - badał dalej Bienet - Który to nr.
- 5583.
- Będzie to więc Gadet - trzeba by go przesłuchać w tej chwili... Franek biegnijże po niego.
- Jednym migiem proszę pana - odpowiedział stajenny, ochłonąwszy już trochę z przestrachu.
- A język trzymaj w gębie, ani słowa - dodał Bienet. - Jeśli się rozejdzie wiadomość o tem, za chwilę chmara ludzi się zleci.
Będę jak niemowa, proszę łaski pana.
Franciszek pobiegł po woźnicę, który w przeddzień jeździł numerem 5583.
- Masz tobie pociechę - rzekł Bienet do żony. - Człowiek zamordowany w karetce. Oczami na to patrzę, a wierzyć nie sposób! Czyżby Cadet nic nie wiedział, nic nie słyszał?
- Najprędzej. Musiał być pijany, jak zawsze - odpowiedziała żona.
- Zaraz zwali się nam na kark sąd i nie ma co żartować.
- Cóż robić? Jak musi coś być, to musi!... O! już idą...
Szybkim krokiem podchodzili sierżanci miejscy z brygadierem. Brygadier uścisnął gospodarza za rękę i zawołał:
- Kochany panie Bienet, czyż to prawda, co nam opowiadają? Znalazłeś pan człowieka zamordowanego w jednej ze swych karetek,
- Tak, panie brygadierze Fontaigne.. ot tutaj jest, zobacz pan.
Brygadier przystąpił do karetki, brwi zmarszczywszy, a wąsy siwe gryząc, rzekł:
- Tam do diabła! Cóż to dopiero gadać będą o tem. Wyborna dla twego zakładu reklama, kochany panie Bienet.
- Obszedłbym się tez takiej reklamy.
- Posłałeś pan po komisarza?
- Już, i po woźnicę Cadet, który tą karetką dzisiejszej nocy jeździł.
- A, to Cadet! No, dobry panu zrobił prezent! Pewnie musiał być pijany, kiedy nie zauważył, że wiezie człowieka, który życie sobie odebrał, albo został zabity! Czy to morderstwo, czy samobójstwo? Naturalnie, łatwo się będzie o tem przekonać. Ale pan komisarz jakoś się opóźnia.
- Już idzie - odparł gospodarz.
Rzeczywiście komisarz policyjny tego cyrkułu wchodził na dziedziniec ze swym sekretarzem. Skłonił się z lekka obecnym, którzy zdjęli przed nim czapki, zwróciwszy się zaś do brygadiera zapytał:
- Zbrodnia?
- Tak panie komisarzu... trup jest tam w tej karetce - odezwał się Bienet. - Mój stajenny pierwszy go spostrzegł, kiedy otworzył drzwiczki dla wyczyszczenia karetki.
Komisarz podszedł i długo patrzał na człowieka, któremu głowa wybladła zwiesiła się na lewe ramię. Dwie plamy skrzepniętej krwi pokrywały ubranie nieboszczyka. Paltot brunatny był rozpięty.
- To nie samobójstwo, to morderstwo - wyrzekł komisarz po kilku chwilach przyglądania się bacznego.
- Zabójstwo bardzo ciekawe. Nic podobnego nie pamiętam, a woźnica, który powrócił tą karetką, czyż nic nie zauważył?
- Zapewne nie. Gdyby co był zauważył, byłby powiedział.
- To bardzo dziwne. Gdzie mieszka ten woźnica?
- Na rogu ulicy Dondeville, niedaleko stąd.
- Trzeba po niego posłać.
- Posłałem już stajennego, pewnie zaraz przyjdzie.
- To dobrze, panie Bienet, będę potrzebował karety, możesz mi pan dać jedną ze swoich?
- Proszę pana komisarza tylko o pięć minut czasu.
Gospodarz pobiegł zaraz do stajni, skąd wyprowadził najlepszego konia i zaprzągnął sam do najlżejszej karetki.
Tymczasem komisarz przystąpił do brygadiera i szepnął mu po cichu:
- Woźnica, który jeździł tą karetką, nie powinien tu wchodzić, każ dwom sierżantom czekać nań na ulicy i bez hałasu żadnego Zaprowadzić do cyrkułu, gdzie pozostanie do dalszych moich rozkazów.
- Wszystko się zrobi jak najciszej.
Brygadjer powtórzył dwom sierżantom otrzymany rozkaz i wrócił do komisarza. Ten dalej wydawał polecenia.
- A ty Fontaigne siadaj do karety, którą już zaprzęgają i jedź do sądu. Tam wywołaj komisarza sądowego, powiedz mu,co się stało, i dodaj, że wzywam go tutaj wraz z właściwymi urzędnikami sądowymi. Zbrodnia ta wymaga szybkiego działania!... Nie trać ani chwili!
- Ani minuty, ani sekundy - odpowiedział brygadier, tęgi zuch pięćdziesięcioletni, niewolnik służby, ale wielce sumienny przy spełnianiu swych obowiązków i bardzo łubiany w całej dzielnicy Dondeville.
Bienet już był gotów.
- Panie komisarzu - rzekł - karetka już założona i pojedzie z panem mój Cambonne.
II. KOMISARZ POLICYJNY
Dozorca cmentarza postąpił kilka kroków naprzeciw komisarza policyjnego i rzekł, wyciągnąwszy doń rękę:
- Wybacz, kochany panie Bertier, że pana fatyguję tak wcześnie - rzecz pilna... Bardzo ważna... bardzo ważna...
- Brygadjer Lonnois? - zawołał, zwracając się do niskiego sierżanta.
- Jestem!
Postawcie dwóch ludzi swoich przy tych drzwiach wraz ze stróżami cmentarnymi i niechaj bikt pod żadnym pozorem nie podchodzi do tego grobu. Ciekawych nie puszczać.
- Słucham pana.
- Sami odnieście zaraz ten list, który pan dozorca pozwoli mi napisać w jego kancelarii.
- Kochany panie Bertier, gabinet mój i wszystko, co w nim, jest do rozporządzenia pańskiego.
Komisarz zwrócił się do pięciu robotników i ślusarza:
- Co do was, moi panowie, potrzebuję wiedzieć, jak się nazywacie, ażeby później przesłuchano was jako świadków. Chodźcie z łaski swej ze mną do pana dozorcy i zaczekajcie na przybycie członków sądu. Mamy przed sobą zbrodnię ohydną i niepojętą. Obowiązkiem każdego z was dopomóc sprawiedliwości wedle sił.
Wiemy już, że powietrze mroźne uniemożliwiało wszelką robotę, a zresztą ciekawość robotników podniecona była do wysokiego stopnia; pragnęli bardzo obecnymi być przy badaniach i może, gdyby im tego nie wskazano, samiby o to prosili, jak o łaskę.
- Zamknij, a przynajmniej przymknij te drzwi - rozkazał komisarz jednemu i agentów, który też czermprędzej spełnił polecenie.
- Można zdjąć zamek i obejrzeć? - zapytał ślusarz.
- Nie. Zostawcie tym czasem wszystko, jak jest. Zobaczymy później.
Mówiąc to komisarz, obejrzał się dokoła i zliczył obecnych.
- Kiedym tu przyszedł - rzekł do Cabirola - był tu zdaje się pomiędzy panami jakiś jegomość w szerokim kapeluszu i futrzanym paltocie?
- Był, panie komisarzu - odpowiedział podmajstrzy.
- Gdzież się podział?
- Poszedł już sobie.
- Szkoda.
- Panie komisarzu, on nic nie widział; przyszedł tu dopiero, kiedyśmy zobaczyli trupa, zapytał nas, co się stało, pogapił się...
- Dobrze! Chodźmy panowie!
- Poprzykrywamy tylko słomą zaczęte i przerwane roboty - odpowiedział Cabirol - i zaraz do pana przyjdziemy.
- No, ale prędko.
- Za dziesięć minut.
Podmajstrzy prędko się oddalił ze swymi ludźmi, a komisarz, rozmawiając z dozorcą, udał się do kancelarii wraz z nim, z brygadierem, sierżantami miejskimi, ślusarzem i stróżami. Dozorca wprowadził komisarza do swego gabinetu, posadził przy biurku i podał atrament, pióro i papier.
W pięć minut list był napisany.
Komisarz zawołał brygadiera, sierżantów miejskich i powiedział - Otóż List do sądu!
- Słucham, panie komisarzu.
- Bardzo pilny!
- Pójdę, jak będę mógł najprędzej.
- To i tak nie będzie dość prędko. Weź dorożkę, a patrz, żeby koń był dobry.
- Wybiorę najlepszego, przecież służyłem w kirasjerach.
V. OGLĘDZINY.
Tylko na chwilę tłum widział przybyłych i znów na ich rachunek oddawać się zaczął najfantastyczniejszym przypuszczeniom.
- To sam prefekt policji - mówili jedni.
- E; gdzie tam! minister sprawiedliwości! - zapewniali drudzy.
Domysły szły na wyścigi.
A tymczasem komisarz dzielnicy prędko wyszedł z mieszkania na spotkanie członków sądu.
Przywitano go pochwałami za tak prędkie zawiadomienie sądu i prefekta.
- Za obowiązek uważałem sobie nie tracić ani minuty - odpowiedział - zbrodnia wydarzyła się wśród okoliczności osobliwych i dla tego śledztwo wydaje mi się pilnem.
- Gdzie ofiara? - zapytał podprokurator.
- Proszę panów...
Komisarz zaprowadził członków sądu do karetki, przy której stało na straży dwóch sierżantów miejskich. Sam otworzył drzwiczki.
Wtedy ujrzano trupa w tej postawie, jaką żeśmy już opisali. Przy nim na ławeczce leżał kapelusz.
- Czy kto dotykał się trupa? - zapytał sędzia śledczy.
- Nie - odparł komisarz - znajduje się on w takiem samem położeniu, jak go zobaczył stajenny pana Bienet, który otworzył karetkę, żeby ją, jak zwykle, wyczyścić.
- O której godzinie powróciła ta karetka?
- Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, panie sędzio.
- Dlaczego?
- Dla bardzo prostej przyczyny. Woźnice moi biorą klucz od bramy, kiedy wyjeżdżają na noc. Wracając, wyprzęgają konie, zaprowadzają go do stajni, a sami odchodzą sobie, zamykając bramę.
- A czy jest tutaj woźnica, który jeździł tą karetką?
- Kazałem go zaprowadzić do cyrkułu przy ulicy Dondeville, odezwał się komisarz.
- Dobrześ pan zrobił! Czy wie, za co go aresztowano?
- Nakazałem moim nic o tem nie mówić.
- To roztropnie z pańskiej strony. Czy protokół zaczął już pan pisać?
- Tak, ale bardzo krótko, bo nie badałem nikogo. Oto jest.
Gibray przejrzał go.
- Zaczniemy - rzekł. - A ponieważ nie mam z sobą pisarza, poproszę sekretarza pańskiego.
- Jest on całkiem na usługi pańskie.
- Przedewszystkiem - mówił dalej sędzia śledczy - trzeba wyjąć trupa z karety i umieścić go w jakiej szopie.
Stajenny Franciszek przyniósł wiązkę słomy - rozesłał ją na ziemi podwórza, a dwaj agenci nie bez trudności wyjęli z karetki trupa, który zupełnie już zesztywniał. Położono ciało na słomie, w górę podniósłszy głowę, tak, ażeby można było dobrze przyjrzeć się rysom twarzy.
Nieszczęśliwy mógł mieć lat pięćdziesiąt pięć. Włosy kasztanowate, z lekka przyprószone siwizną, twarz ogolona staranna, surdut, kamizelka i spodnie czarne, paltot koloru brunatnego, szal biały na szyji, kamasze zimowe z podwójnemi podeszwami prawie nowe, ot i wszystkie szczegóły powierzchowności. Skrzepniętą krew widać było na koszuli i na chustce.
Agent milczący, nieruchomy i uważny dotychczas, przystąpił do trupa, spełniając otrzymane polecenie i chciał odpiąć kamizelkę, gdy spostrzegł sznureczek jedwabny. Pociągnął go i z kieszonki pokazał się zegarek złoty.
- Zegarek kosztowny jest - odezwał się.
- Więc nie rabunek jest przyczyną zbrodni, albo też zabójca nie zdążył przeszukać swej ofiary.
Sędzia śledczy wziął zegarek z rąk agenta i przyjrzał mu się. Tymczasem Jodolet rozpiął koszulę j obnażył pierś nieboszczyka. Na lewej piersi przy sercu ukazała się duża rana osobliwszego kształtu.
- Zabójca ma celny wzrok i rękę mocną - zawołał Jodolet. - Dobre miejsce wybrał. Uderzył sztyletem o trójkątnem ostrzu. Śmierć była natychmiastową,
- Przeszukajcie kieszenie - rozkazał sędzia śledczy. - Może przy nieboszczyku są inne jeszcze rzeczy, po których dowiemy się czegoś o nim.
Jodolet spełnił polecenie. Nie tytko zrewidował, ale wyłożył nawet kieszenie paltota, surduta i kamizelki. Nie było w nich nic, prócz chustki białej do nosa, wcale nieznaczonej.
- Dziwna rzecz, że przy tym człowieku nie ma pugilaresu, ani żadnych papierów - rzekł Gibray.
Naczelnik policji pokiwał głową z miną zadumana, wicie jednak mówiącą. Jego to jakby nie dziwiło. Agent oglądał kieszenie spodni i nagle drgnął.
- Cóż tam takiego? - spytał sędzia, śledząc wzrokiem wszystkie jego poruszenia.
- Zabójca bezwarunkowo nie łaszczył się na pieniądze - odpowiedział Jodolet. - Jest i pugilares ofiary i wcale nie pusty, bo ciężki.
- Może w nim znajdziemy jaką wskazówkę - rzekł de Gibray. - Dajcie...
Sędzia śledczy wziął pugilares, otworzył go i obejrzał. Były w nim bilety stu i dwustufrankowe, tudzież siedm franków, dziesięć centymów drobną monetą.
- Moneta złota francuska, czy zagraniczna? - zapytał naczelnik policji.
- Jest i francuska, jest i włoska, z wyobrażeniem Napoleona III i Wiktora Emanuela.
- Więcej nic nie znaleźliście, Jodolet?
- Nie... Druga kieszeń pusta.
- Czy bielizna znaczona?
Agent obejrzał koszulę nieboszczyka, jak uczynił to już poprzednio z jego chustką.
- Żadnej cyfry niema.
- Wszystko się jakby połączyło dla utrudnienia śledztwa - szepnął sędzia. - A spinki u koszuli niczem się nie odznaczają osobliwszem? - dodał głośniej.
- Niczem... Na piersiach i u rąk zwyczajne spinki perłowe.
Gibray polecił sekretarzowi zapisać w protokóle wszystkie te szczegóły; sekretarz pisał, nie zatrzymując się wcale, tylko co sekundę chuchając w zziębnięte palce.
- Zimno pana paraliżuję - rzekł doń naczelnik policji śledczej.
- Trochę! odmroziłem palce! Ale to nic, tylko pismo nie będzie ładne.
- Byleby można było przeczytać, więcej nie potrzeba.
- Panie sędzio, czy mam obejrzeć karetkę? - spytał Jodolet.
- Naturalnie, to bardzo ważne.
Wszyscy przystąpili do karetki.
Agent wskoczył do niej, podniósł poduszki, zbroczone krwią, obejrzał dywanik, pudełko do zapałek przybite tuż przy okienku.
- Nie - wyrzekł - nic zgoła.
Paweł de Gibray przywołał gospodarza i rzekł doń;
- Póki śledztwo się nie skończy, nie dawaj pan nikomu tej karetki; zresztą będzie ona opieczętowana.
- Panie sędzio, każę ją wtoczyć do malej szopy, od której klucz będę miał przy sobie i w dzień i w nocy.
- Tak też trzeba. Teraz pójdziemy do pana, i zaczniemy badać woźnicę, który jeździł tą karetką.
Bienet skłonił się.
- Zakryjcie ciało tego nieszczęśliwego i pozostańcie tutaj - rozkazał naczelnik policji śledczej sierżantom miejskim. - A wy brygadierze, idźcie po woźnicę, którego zaprowadzono do cyrkułu przy ulicy Dondeville.
Brygadjer Fontainę wyszedł z dwoma sierżantami, gdy tymczasem Franciszek przyniósł z wozowni dywaniki, któremi przykryto trupa.
Przyłożenie pieczęci zajęło dziesięć minut, poczerni gospodarz zaprowadził członków sądu do pokoju na pierwszem piętrze, gdzie widzieliśmy już komisarza, spisującego protokół. W piecyku żelaznym paliło się suto, tak, że może było za gorąco, ale ciepło to przynajmniej na razie rozkosznem wydało się ludziom zziębniętym na mrozie.
Czekano na woźnicę Cadeta.
Przez kilka sekund panowała głęboka cisza, przerywana tylko trzaskiem drzewa w piecu i kaszlem sierżanta miejskiego, który się na mrozie widocznie zaziębił.
XI. KOMISARZ POLICJI MÓWIŁ DALEJ:
- Grobowiec ten zbudowany został lat temu dwadzieścia cztery. Koncesja na wieczne czasy.... Grunt został zakupiony przez hrabiego Kurawiew, który prawie w tym samym czasie stracił żonę. Śmierć hrabiny narobiła wiele hałasu. Pewnie nie zapomnieliście panowie zupełnie o tem...
- W istocie, zdaje mi się, że sobie przypominam - rzekł naczelnik wydziału śledczego, zastanowiwszy się przez chwilę.
- Wszak tu idzie o zabójstwo bardzo szczególne?
- Tak jest...
Teraz zabrał głos nadzorca, cmentarza.
- Hrabina Kurawiew została tu pochowaną - rzekł. - Ale w rok później hrabia otrzymał upoważnienie do przewiezienia zwłok swojej małżonki do Rosji i nastąpiła ekshumacja.... Od owego czasu rodzina ta nie mieszka już w Paryżu i grób pozostał próżny...
- W takim razie sprawa ta staje się coraz więcej zawiłą! - zawołał pan de Gibray. - Jaki powód sprowadził do grobu tę nieszczęśliwą kobietę, która w nim miała śmierć znaleźć? Aby wejść do niego, trzeba byłe mieć klucz... Czy go pan masz, panie nadzorco?
- Nie, panie. My nie przyjmujemy obowiązku strzeżeń, kluczy od grobowców;; to nabawiłoby tylko kłopotów. W ogólności rodziny powierzają te klucze kamieniarzom, którzy się zobowiązują utrzymać groby i czuwać nad zmianą kwiatów i wieńców.
- Czy hrabia Kurawiew nie mógł powierzyć klucza kamieniarzowi? - spytał sędzia śledczy.-
- W jakimby celu on to robił? Nigdy nie widziano, aby te drzwi były otwarte... Zresztą proszę patrzeć! Pokład kurzu, pokrywający ołtarz i posadzkę, zbutwienie dywana i obicia krzeseł, dowodzą, że grobowiec znajduje się w stanie zupełnego opuszczenia.
- Czyś pan zapytywał się swoich stróżów, aby się dowiedzieć czy kto w ostatnich dniach tutaj nie wchodził?
- Przyznaję, że nie.
Jeden ze stróżów przystąpił.
- Panie sędzio śledczy - rzekł - parę dni temu widziałem wchodzącą tu kobietę, a tą kobietą musi być ta, której trupa dziś rano tu znaleziono....
- Z czego to wnosisz?
- Bo była tego samego wzrostu co kobieta zamordowana i tak samo ubrana w żałobę.... Długa zasłona twarz jej zakrywała. Otwierała drzwi grobu w chwil, gdym przechodził, odbywając wartę.
- Czy niosła wieniec z nieśmiertelników? - zapytał żywo Jodelet
- Nie... - odpowiedział stróż - zauważyłem to, pomyślawszy, że się nie zrujnuje, jeżeli przychodzi tylko z modlitwą....
- A jednak oto jest wieniec zupełnie świeży, pomiędzy zwiędłemi i rozsypującemi się w proch - rzekł jeden z agentów, podając sędziemu śledczemu wieniec, o którym wspomnieliśmy wyżej.
- Prawda - rzekł de Gibray - z tego trzeba wnosić, że się stróż omylił, albo że ktoś inny przychodził, albo że wieniec ten został przyniesiony przez kobietę zamordowaną w czasie jej ostatniej bytności. Z resztą jest to rzecz podrzędna i nie doprowadzi do żadnego wyjaśnienia. Co mnie daleko więcej zajmuje, to potwierdzenie, że w grobie nie spoczywa żadne inne ciało. Czy to pewne, czy to rzecz dowiedziona?
- Pewna i dowiedziona - mój panie - odparł nadzorca cmentarza. - Dziś rano pokazywałem panu komisarzowi policji protokół ekshumacji zwłok hrabiny Kurawiew i jeżeli pan chce, mogę mu go natychmiast przedstawić.
- Nie potrzeba, spuszczam się na pana. Czy od czasu przeniesienia zwłok źgłaszał się kto do pańskiej kancelarii w imieniu rodziny?
- Nigdy. Mam wyborną pamięć i śmiało mogę twierdzić, żem nią widział nikogo z krewnych, nikogo z przyjaciół.
Sędzia śledczy wpadł w szczególne zamyślenie.
- Ta kobieta miała klucz - szepnął. - Otworzyła, weszła, otrzymała cios w grobowcu od mordercy, który na nią czatował, i który nią mógł wykonać swego szkaradnego zamiaru bez stoczenia zaciętej walki z ofiarą. Po spełnieniu zbrodni nędznik umknął zabrawszy klucz i przedsięwziąwszy ostrożności, aby nie można było otworzyć zamku. Rzeczy tak się miały, to mi się wydaje niezawodnem, Nic łatwiejszego, jak otworzyć scenę morderstwa; ale jaki był powód tej zbrodni, otóż tego nie można się domyśleć.
Po chwili zastanowienia pan de Gibray mówił dalej:
- To otwarte cymborjum musiało coś żawierać - coś, co morderca chciał pochwycić i czego bronić ofiara miała interes. Co? Starać się odgadnąć byłyby szaleństwem. Trzeba dalej prowadzić śledztwo i znaleźć wskazówkę, coby nam wskazała ślad, za którym iść należy, bo do obecnej pory wszystko jest niejasnem i błąkamy się w zupełnych ciemnościach.
- Czyby się nie można dowiedzieć, gdzie ten wieniec został kupiony? - zapytał komisarz policji.
- Możnaby tego próbować, lecz zapewne pozostanie to bez skutku - odparł naczelnik wydziału śledczego.
- Dlaczego?
- Dla jednego z najlepszych powodów. - Pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu kupców, a może jeszcze więcej, mieszka przy ulicy Ropuette, oraz w okolicach cmentarza i sprzedają te wieńce wyrabiane hurtem i wszystkie podobne do siebie. Dwustu lub trzystu kupujących codziennie wchodzi do tych kupców. Jakże u licha pan chcesz, aby sprzedający mógł wskazać kupującego przedmiot tak podobny do innych? Szaleństwem byłoby liczyć na to!....
Podczas gdy naczelnik wydziału śledczego wymawiał te ostatnie wyrazy, stróż cmentarza w towarzystwie człowieka mającego około pięćdziesięciu lat, ubranego porządnie w szarakówe palto i w okrągły kapelusz, przeciskał się przez krąg ciekawych, który się utworzył o 30 lub 40 kroków od grobowca i zbliżał się ku grupie, utworzonej przez delegację sądową.
- Panie nadzorco! - rzekł stróż, ukłoniwszy się z uszanowaniem - oto jest pan Letellier - któremu przed chwilą opowiadałem o zbrodni popełnionej w grobowcu Kurawiewów i któremu się zdaje, że może dostarczyć objaśnień użytecznych dla sądu.
- Zbliż się pan, zbliż... - rzekł żywo sędzia śledczy - i jeżeli masz nam co do powiedzenie, to bardzo prosimy.
Człowiek w skazany nazwiskiem Letellier zdjął kapelusz i odparł:
- Mój Boże, to rzecz bardzo prosta - odparł. - Stróż Hilary opowiadał mi. jak to panu oświadczył, o popełnionej zbrodni, która się wszyscy na cmentarzu Pere Lachaise zajmują. Wtedy przypomniałęm sobie coś, o może panów zainteresować.
- Cóż takiego? Mów pan prędko.
- Wczoraj około trzeciej widziałem tak, jak pana teraz widzę, młodego człowieka, wchodzącego do grobowca Kurawiewów.
Zbytecznem byłoby utrzymywać, że to niespodziewane zeznanie sprawiło na obecnych głębokie wrażenie.
Urzędnicy zamienił; spojrzenia, którem i sobie udzielali wspólnej nadziej.
Bez wątpienia, tajemnica, napozór niezgłębiona do obecnej chwili, miała się wyjaśnić.
- Skąd pan wiesz, że ten grobowiec należy do rodziny Kurawiewów? - zapytał pan de Gibray.
- Wiem od dawnych czasów, proszę pana - odpowiedział Letellier - albo raczej wiedziałem od samego początku, gdyż pracowałem przy jego budowie jako kamieniarz, jest temu lat dwadzieścia cztery.... Opowiadano potem, że hrabina Kurawiew została zamordowana - wskutek czego, gdy pan Hilary zaczął mówić o grobie, natychmiast sobie przypomniałem.
- Sądzę, że to musiało wybornie kierować pańską pamięcią. I pan jesteś pewny, żeś widział jakiegoś młodzieńca wchodzącego wczoraj do tego grobowca?
- Tak jest, panie.
- Opowiedz pan szczegółowo.
- Zarobiwszy trochę pieniędzy na kamieniarstwie, założyłem przy ulicy Gambetta handelek emblematów żałobnych i wieńców. Wczoraj powracałem z miasta, gdy wchodząc do sklepu, ujrzałem w nim jakiegoś jegomościa, który od mojej żony kupował wieniec z nieśmiertelników.
- Może ten? - rzekł de Gibray, biorąc wieniec z rąk Jodeleta, z powodu którego przed kilkoma minutami wszczęła się rozprawa i podającego Letellierowi.
- Co do tego, mogę panu powiedzieć coś stanowczego - odpowiedział zapytany.
- Zamiast kupować wieńce gotowe, znajduję korzystniejszem robić je w domu, do czego używamy pewnego gatunku nici bardzo mocnych, którebym rozpoznał na pierwszy rzut oka. Zatem, jeżeli to ten to zaraz panu powiem.
Były kamieniarz wziął wieniec z rąk sędziego śledczego.
Rozsunął aż do osnowy ze słomy kwiaty - które się rozsypywały pod jego palcami.
- Tak, panie, to ten w istocie - mówił, przyjrzawszy mu się przez chwilę. - patrz pan, to nić surowa napuszczona smołą. Jestem pewien że jej ja jeden tylko używam.
- Zatem - rzekł pan de Gibray coraz więcej uradowany - młodzieniec kupił ten wieniec?
- Tak panie, i zapłaciwszy wyszedł.
- Czyś pan szedł za nim?
- O zupełnie przypadkiem, bo ani w jego osobie, ani w jego obejściu nic nie dawało mi najlżejszej przyczyny domyślać się, aby to był morderca....
- Morderca! - powtórzył sędzia pokoju. - Więc pan sądzisz, że to on popełnił tę zbrodnię?
- Ba, panie sędzio, tak mi się wszystko wydaje....
- Wytłomacz się pan.
- Wracałem z miasta, jakem to panu już był powiedział. Chodziłem po odbiór niewielkiej należności za utrzymanie grobu, jaki jeden z moich klientów ma na cmentarzu Pere Lachaise... Klient ten prosił mnie, a by umieścić na pomniku świeże wieńce. Tu niedaleko ten ładny pomnik, który pan widzisz o dwadzieścia pięć kroków w tej samej alei, z urną na frontonie.
I wyciągniętą ręką wskazywał na grobowiec.
- Rozumiem dobrze - rzekł pan de Gibray. - Wyszedłeś pan z domu aby zawiesić Wieńce we wskazanem miejscu, stosownie do życzenia wyrażonego przez pańskiego klienta, a ponieważ młodzieniec szedł w tym samym kierunku co pan, pomimowołi szedłeś pan za nim. Wszak prawda?
- Tak panie, najzupełniejsza prawda.
IV. NACZELNIK POLICJI.
Woźnica siedział już na koźle.
- To nie ja pojadę w tej karecie - odpowiedzią! komisarz lecz Fontaigne.
Brygadjer wsiadł do karetki.
W tejże chwili na dziedziniec wszedł Franek. Był sam.
- No, a Cadet? - spytał zdziwiony gospodarz. Nie znalazłeś Cadeta, czy co?
- Znalazłem - odpowiedział Franciszek, zwiesiwszy głowę.
- To dlaczego żeś go tu nie przyprowadził?
- Przyprowadziłem go... obudziłem, bo spał i jak! kazałem mu się co prędzej ubrać, a taki był zły, żem mu przeszkodził chrapce!
- No?
- No i na rogu naszej ulicy, o pięćdziesiąt kroków od naszej bramy, dwóch sierżantów miejskich bardzo grzecznie poprosili go z sobą do cyrkułu. On się oburknął, że nie ma żadnego interesu w cyrkule, a oni go wtedy wzięli pod ręce, ale bez żadnego hałasu, i poszli z nim. A on patrzał na nich jak pijany.
- To dobrze - odezwał się gospodarz. - Nie powiedzieliście mu nic o tem, co się tu stało?
- Gospodarz mi nie kazał. Powiedziałem mu tylko, że go do nas wołają i tyle.
- Dobrze, a teraz mój kochany, otwórz bramę.
Franek natychmiast spełnił rozkaz. Komisarz szepnął kilka słów i brygadierowi i karetka pomknęła.
Stajenny nie skłamał, zapewniwszy, że nic nie powiedział, a jednak w dzielnicy wiedziano już, że u trzymającego wynajem powozów i dorożek przytrafiło się coś niezwykłego. Napewno nikt nic nie mógł powiedzieć, ale pole do przypuszczeń było obszerne. Widziano, jak przechodził komisarz z sekretarzem, zatem miał być spisany protokół. Widziano, jak biegli sierżanci miejscy. Widziano, jak woźnicę Cadeta prowadzono do cyrkułu. Słowem mówiono już o zbrodni; - bliższych szczegółów nie wiedziano, ale opowiadano sobie, że jest coś okropnego i tłum zbierał się na ulicy, naprzeciw pana Bieneta. Kilka osób chciało się nawet dostać na podwórze, gdy stamtąd wyjeżdżał brygadier Fontaigne. Komisarz dał znak i sierżanci miejscy odpędzili ciekawych na ulicę.
- Każ, panie Bienet, zamknąć bramę - rzekł komisarz.
- Słyszałeś Franek? - odezwał się gospodarz.
Stajenny czemprędzej zamknął ogromną bramę, ku wielkiemu zmartwieniu ciekawych, wietrzących tajemniczą sprawę. Dwa; agenci, którzy Cadeta zaprowadzili do cyrkułu, przyszli powiedzieć, że wykonali polecenie. Komisarz kazał im pozostać na podwórzu gdzie znajdował się trup, i nikogo nie puszczać. Sam zaś w raz z sekretarzem, stajennym Franciszkiem i woźnicą Richeaud udał się do mieszkania Bieneta, na pierwszem piętrze.
- Zacznę pisać protokół - rzekł - proszę o kałamarz i pióro.
Żona gospodarza podała żądane przedmioty.
Sekretarz rozłożył duża czarną tekę skórzaną i usiadłszy, przygotował się do pisania za dyktandem swego zwierzchnika.
Pozostawmy tych przy sporządzaniu protokółu, a udajmy się z brygadierem Fontaignem, którego prędko wiózł stangret Cambonne. Pomimo godziny tak wczesnej, komisarz do spraw sądowych znajdował się w swym gabinecie i porządkował akta w jakiejś sprawię, którą sąd właśnie się zajmował. Zawiadomiono go, że brygadier sierżantów miejskich z dzielnicy La Chapelle pragnie natychmiast z nim pomówić i że przysłany jest przez komisarza cyrkułu z ulicy Ordeneur.
- Niech wejdzie - odpowiedział komisarz.
Brygadier opowiedział po krótce powód przybycia. Komisarz wysłuchał opowiadania z nadzwyczajną uwagą.
- Osobliwsza zbrodnia! - zawołał, kiedy Fontaigne przestał mówić.
- Spraw a będzie prawdopodobnie ciekawa. Zaczekajcie na mnie. Pójdę do naczelnika policji śledczej, który jednocześnie ze mną przyjechał i powiem mu, co się stało. Macie z sobą karetę?
- Jest.
- Na dwie, czy cztery osoby?
- Na dwie.
- To weźcie jeszcze inną, bo może z nami pojedzie naczelnik policji śledczej, podprokurator i sędzia śledczy. Najmniej teraz ze wszystkich zajęty jest pan Paweł de Gibray. Zapewne jego wyznaczę. Ale on nie przychodzi tak wcześnie. Trzeba będzie po niego posłać. Weźcie dwie karetki, prócz waszej. Jedną poślę pana de Gibray.
Fontaigne wyszedł spełnić polecenie, a komisarz udał się do naczelnika policji śledczej i opowiedział mu o tajemniczem zdarzeniu przy ulicy Ernestyny.
Naczelnik policji śledczej, którego nazwisko znane było powszechnię w Pryżu, niskiego był wzrostu, trochę ciężki, zgarbio y, o przenikliwem i głębokiem spojrzeniu z twarzą spokojną i łagodną, po której przesuwał się bez przerwy dobrotliwy uśmiech.
Faworyty miał srebrzysto siwe, jak również włosy. Niezwykle zręczny i przebiegły, pomimo dobrodusznej powierzchowności, niestrudzony nigdy zaprowadził on w paryskiej policji śledczej porządek wzorowy; wybrał do służby swej ludzi odznaczających się, sprytem, śmiałością i uzdolnieniami policyjnemi. Nikt od niego lepiej nie umiał rozplątać nici najbardziej zagmatwanej sprawy i wśród długoletniego zawodu swego doznał niepowodzenia bardzo mało razy.
- Zabójstwie w karecie - rzekł z najspokojniejszą mina, wysłuchawszy komisarza do spraw sądowych. - To bardzo ciekawe.
- Nieprawdaż?
- Musi to być zagadka, którą morderca wyobraża sobie lako niepodobną do rozwiązania.
- A pan ją z łatwością wyjaśni - wtrącił komisarz.
- Spodziewam się.
Do drzwi gabinetu zapukano z lekka.
- Proszę! - odezwał się naczelnik policji śledczej.
Na progu pokazało się dwóch ludzi i skłoniło się pokornie.
- Przyszliśmy po rozkazy - rzekł starszy.
- Dobrze, że was widzę. Jodolet - odrzekł naczelnik. - Miałem po was posłać. Sprawę dostaliśmy taką, że wasz spryt będzie nam bardzo potrzebny.
Nieco ordynarna twarz agenta rozpromieniała wyraźnie.
- Dziękuję panu naczelnikowi za dobrą o mnie opinię - wyszeptał ze szczerą radością.
- Postaram się zasłużyć na pochwałę.
- Zawsze jesteś dzielnym, mój Jodolet. A wy, Martelu, macie przed sobą godny naśladowania przykład. Starajcie się podobnymi być do swego inspektora, a nie minie was awans, który wam już obiecałem.
Wszedł woźny i oznajmił:
- Sędzia śledczy pan Paweł de Gibray z panem podprokuratorem przyjechał i czeka na pana.
Przed gmachem stała karetka Bieneta i dwa fiakry, najęte przez brygaderja Fontaigne'a.
Gibrayowi opowiedziano wszystko w kilku słowach. Członkowie sądu i agenci rozlokowali się i pojechali do la Chapelle.
Na ulicy Ernestyny tłum nie tylko nie zmniejszył się, lecz się nawet powiększył i bawił się rozmaitemi domysłami, w których nią było najmniejszego sensu.
Że spełnioną została zbrodnia, dowodziła tego obecność komisarza i sierżantów miejskich w domu utrzymującego powozy do wynajęcia, oraz aresztowanie woźnicy Cadeta.
Ale co to mogła być za zbrodnia? Czy Cadet był głównym winowajcą? A Wawrzyniec Bienet czyż był wspólnikiem?
Podniecone wyobraźnie siliły się na rozstrzygnięcie tych pytań i oczywiście żadną miarą nie mogły. Sierżanci miejscy postawieni przed bramą, z trudnością powstrzymywali coraz bardziej rosnący tłum ciekawych, z wielkiego ożywienia machających rękami, rozprawiających wrzeszczących na całe gardło.
Naglę ciszą nastała.
Z ulicy Dondeville wyjechały trzy karety i zmierzały przed dom, gromadą ludzi oblężony.
- Sąd jedzie - mówili ciekawi jeden drugiemu na ucho.
Tłum rozstąpił się, przepuścił karety przez bramę, która się też natychmiast otworzyła i zamknęła za niemi.
VI. WOŹNICA CADET.
Gibray przerwał to milczenie.
- Co pan o tem wszystkiem myśli? - zapytał naczelnika policji śledczej.
Ten odrzekł:
- Mamy przed sobą zbrodnię, spełnioną albo w celach zemsty, osobistej, albo dla porwania papierów, o których zabójca wiedział, że się znajdują przy jego ofierze - to według mnie wątpliwości nie ulega, bo nie skradziono ani pugilaresu, ani zegarka. Sprawa zresztą bardzo tajemnicza, być może, iż badanie woźnicy coś wyjaśni.
- Żałuję, żeśmy z sobą nie Wzięli doktora - wtrącił komisarz do spraw sądowych.
- Po co, przecie człowiek ten już nie żyje!
- Doktór mógłby nam powiedzieć, o której godzinie nastąpiła śmierć - Dowiemy się o tem z odpowiedzi woźnicy.
- Tak, żeby nas tylko nie chciał okłamywać.
- Możecie się po nim tego nie spodziewać - odezwał się gospodarz - Cadet, człowiek uczciwy, służy u mnie od dawna. Jeżeli wie cośkolwiek, powie panu niezawodnie.
- Cadeta tu w dzielnicy lubią i szanują - dodał brygadjer sierżantów miejskich - często gęsto podpije sobie to prawda, ale nic złego nie zrobi nawet msze, a jeżeli znajdzie cobądź w swej karetce, zawsze odniesie do prefektury. Jabym proszę panów nie mógł go obwiniać.
- Jego też nie oskarża się - odpowiedział naczelnik policji śledczej z przebiegłym uśmiechem - ale nie będąc wspólnikiem zbrodni i nawet nie wiedząc - że dokonana została zbrodnia - może dać nam bardzo cenne wskazówki. Często jedno słówko wystarcza do odkrycia śladów.
Sędzia śledczy potwierdzająco kiwnął głową.
W tej chwili dał się słyszeć głośny zgiełk. Tłum, stojący na ulicy Ernestyny widząc, że woźnica Cadet idzie między dwoma sierżantami, protestował przeciw aresztowaniu tego człowieka, którego uważałza niezdolnego do zbrodni i któremu mógł chyba tylko zarzucić zbyteczne zamiłowanie do kieliszka, co zresztą lud z łatwością przebacza. Sierżanci miejscy roztrącili tłum i wprowadzili Cadeta na podwórze przez bramę, którą koledzy pospieszyli czemprędzej otworzyć.
Zastraszony wielce, zdziwiony zarówno Cadet nie wiedział, co ma uczynić, czego się lękać. Sierżanci, którzy go zaprowadzili do cyrkułu - stosownie do otrzymanego rozkazu, przez całą drogę milczeli. Kiedy go z cyrkułu poprowadzono na ulicę Ernestyny, zobaczył zbiegowisko ludzi przed! drzwiami Wawrzyńca Bieneta i zrozumiał zaraz, że nie chodzi tu o niezachowanie jakiegoś przepisu policyjnego i zaczął się sam zastanawiać w myśli, co mogło się stać, że się zebrał taki tłum w miejscu zwykle pustem. Serce bić mu poczęło gwałtownie, oddech zaparł mu się w piersiach, niepokój się w sercu zwiększył, gdy usłyszał, jak z tłumu wołano do agentów;
- Puśćcie go! puśćcie! to dobry człowiek. Nie, on nie wanien!
Chłodny pot wystąpił mu na policzki.
- Cóżem ja zrobił? - pytał siebie w myśli - nic sobie nie mogę przypomnieć. Pamiętam, żem sobie w: nocy trochę podpił. Może kogom przejechali
Wszedłszy; do bramy, bystro rozejrzał się dokoła.
Na dziedzińcu, obok karety, którą zwykle jeździł, zobaczył kupkę słomy, przykrytą dywanikami, a obok dwóch sierżantów, jakby na straży. Strach go zdjął...
- Boże miłosierny! co to znaczy? - zawołał głosem ledwo zrozumiałym.
- Zaraz się dowiecie! - odezwał się doń brygadier - ale nie macie czego drżeć... Nikt wam nic złego nie zrobi. Chodźcie ze mną do waszego pana, tam na was czekają.
Trochę uspokojono go temi słowy, a zwłaszcza życzliwym tonem, jakim były wymówione. Cadet zręcznie wbiegł po schodach, prowadzących do mieszkania gospodarza. W sionce znów poczuł ogarniający niepokój. Zatrzymaj się i obrócił. Dwóch sierżantów miejskich szło za nim.
Biedny Cadet zobaczył, że bardzo gorliwie pilnują człowieka, któremu nikt nie chce nic złego zrobić.
Brygadier otworzył drzwi i rzekł:
- Wejdźcie moi kochani!
Potem głosem wyraźniejszym dodał:
- Woźnica Cadet.
Przestąpiwszy za próg pokoju, zobaczył Cadet ludzi w czarnem ubraniu z orderami, bardzo poważnie wyglądających, a na widok ten nie mógł powściągnąć coraz bardziej wzmagającego się w nim wzruszenia. Serce mu się ścisnęło.
- Tylu ludzi - pomyślał - musi być coś strasznego.
Nie stracił jednak głowy i ukłoniwszy się nisko, rzekł tonem dość pewnym:
- Tyle mam w głowie oleju, proszę panów, że rozumiem, że jestem przed panami sędziami, że mnie aresztowano, że badany będę, ale to prawda również, że nazywam się Cadet, żem człowiek uczciwy i każcie minie panowie powiesić lub gilotynować zaraz w tej chwili, jeżeli co z tego wszystkiego rozumiem.
Zamilkł, ażeby odetchnąć, poczem mówił dalej:
- Kazaliście mnie panowie schwytać i zaprowadzić do cyrkułu, zmusiliście mnie iść przez ulicę między dwoma sierżantami miejskimi, jakbym był jakim niebezpiecznym złodziejem - a to wcale nie śmieszne ręczę panom, i wcale nie mam ochoty do śmiechu. Czy wczoraj przewróciłem na ulicy latarnię gazową. No, to zapłacę! Powiedzcie mi panowie, o co mnie oskarżacie? Przecież trzeba powiedzieć...
Woźnica Cadet miał twarz poczciwą i szczerą, wprawdzie trochę czerwoną od nadużywania trunków, ale otwartą i rozumną. Niski był raczej, niż wysoki, i okrągły przytem jak aniołek, oczy miał niebieskie, gęste włosy jasne, kędzierzawe, nosił małe wąsy i faworyty. Ubrany był czysto.
Sędziowie przypatrywali się twarzy tego człowieka, który w całej dzielnicy cieszył się dobrą reputacją i wydała im się sympatyczną.
- Bynajmniej was nie oskarżają, mój przyjacielu - odezwał się Gibray głosem, w którym wcale nie było surowości.
- A przecież mnie aresztowano - odrzekł żywo Cadet - nie po to chyba, żeby mi dać nagrodę za cnotę.
- To byłą tylko przezorność, ażeby was nikt nie wypytywał przed nami.
- Wypytywał! - powtórzył Cadet. - A o co? Przecie nie zrobiłem nic złego.
- Jesteśmy o tem przekonani.
- Wiec o czem panowie chcecie się dowiedzieć?
- Jakeście swój czas spędzili wczoraj wieczorem.
- Jak czas spędziłem?
- Tak, coście porabiali? Myślę, że przecie powinniście to z łatwością powiedzieć.
- Z łatwością... No, nie tak bardzo?
- Dlaczego?
- Bom się wczoraj uraczył... a to może mi się przez to trochę pomieszało. Ale pomyślawszy dobrze, może sobie przypomnę... Najprzód pojechałem....
Gibray przerwał woźnicy.
- Zaczekajcie - rzekł - odpowiadać będziecie na pytania moje, ale musimy zacząć po porządku.
- Jak łaska pana sędziego.
- Jak się nazywacie?
- Klaudiusz Leonard Cadet.
- Gdzieście się urodzili?
- W dzielnicy tutejszej.
- Na której ulicy?
- Saint Moulin nr. 10.
- Rodzinę macie?
- O! niech mi pan o niej nie wspomina!... Ojciec, matka, siostra i trzech braci, żadne już nie żyją. Sierota ja, biedny sierota i kawaler.
- Chętniebym się ożenił, ale cóż, kiedy wszyscy wiedzą, że lubię kieliszek i mamusie wcale nie mają do mnie przekonania.
- Ile macie lat?
- Trzydzieści pięć.
Sekretarz komisarza policyjnego, zastępując pisarza sędziego śledczego, notował wszystkie pytania sędziego i odpowiedzi Cadeta.
Gibray mówił dalej:
- Wyście wczoraj jeździli karetką nr. 2384, należącą do pana Bieneta, waszego gospodarza?
- Ja. Karetka wyborna. Koń pędzi jak wiatr. U naszego pana koniom dobrze jeść dają.
VIII. PASAŻEROWIE.
- Co robi! wasz pasażer, kiedyście przyjechali na kolei? - zapytał sędzia śledczy.
- Wysiadł z karetki, poszedł do sali, gdzie się czeka na przyjazd podróżnych. O pierwszej zagwizdała lokomotywa. Potem za minutę pasażer mój wrócił z drugim mężczyzną, wsiedli obaj do karetki i wtenczas - jak już panu sędziemu mówiłem - kazał mi pojechać na ulicę Montorgueil.
- Możecie opisać drugiego pasażera?
- O nie! Cały się okrył ogromnym szalem białym, tak, że mu twarzy nie było widać. Jedno tylko pamiętam.
- Cóż takiego?
- Lewą rękę miał na temblaku.
- Wiecie to napewno? - zapytał żywo de Gibray.
- Napewno.
- Dobrze, i mam jeszcze zadać wam kilka pytań. Postarajcie się zebrać swe wspomnienia, a przedewszystkiem mówcie otwarcie.
- Ja też otwarcie mówiłem dotąd - odpowiedział woźnica z miną pełną godności - nie kłamię wcale i dzięki Bogu. nie mam po co kłamać. Jeżeli sobie podpiję, na tem tylko moja kieszeń cierpi, a to nie przeszkadza być uczciwym człowiekiem i dobrze powozić. Niech pan sędzia zapyta mego pana.
- Pijaństwo bardzo brzydki nałóg, robiący z człowieka bydle i radzę wam bardzo poprawić względnie, przyznaję jak najzupełniej, że z was człowiek uczciwy, o czem zresztą wszyscy tu mówią, a o czem ja także dotychczas nie mam prawa wątpić.
Cadet zaczerwienił się jak rak.
- Pan o mnie tak mówi, to mi pochlebia - szepną! - dziękuję panu.
- Proszę was, przypomnijcie sobie tylko dobrze. Kiedyście przyjechali na ulicę Montorgueil, zadzwoniono na was, ażebyście stanęli przed hotelem, jak to przed chwilą mówiliście?
- Tak, panie sędzio.
- Czy obaj pasażerowie wysiedli?
- Musieli wysiąść, kiedy przyjechaliśmy przecie.
- Czyście widzieli, jak wyszli z karetki?
- Nie, ale to wszystko jedno, jestem pewny, że wyszli.
- Nie zupełnie was rozumiem. Wytłómaczcie to lepiej. Czy byliście tak pijani, że nie mogliście widzieć, jak z karetki waszej wysiadło dwóch ludzi?
- Zaraz pan sędzia zrozumie. Kiedy stanąłem, pasażer blondyn, ten, którego zabrałem w Saint Mande wysiadł pierwszy i odezwał się do swego towarzysza:
- Zaczekaj pan z łaski swej, muszę wziąć resztę od woźnicy.
Następnie podał mi czterdziestofrankówkę i rzekł:
- Zadowolony z ciebie jestem, dobrze nas wiozłeś, weź sobie dziesięć franków.
- Zapłata była hojna, ale nie miałem przy sobie trzydziestu franków reszty. Powiedziałem mu to, a on odrzekł, że również nie ma drobnych, ale że zapewne będę mógł zmienić pieniądze w jakim otwartym jeszcze szynku. Płacił mi dziesięć franków zamiast sześciu, jakże mu więc nie było usłużyć. Zlazłem też z kozła i poszedłem zmieniać pieniądze do znajomej mi bawarji przy Montmartre, która przez całą noc jest otwartą. Kiedy przyszedłem z powrotem, pasażer czekał na mnie przy bramie hotelu.
- Prędzej! - odezwał się do mnie - zmokłem, co się zowie, a i śnieg zaczyna padać.
- Rzeczywiście, śnieg chłostał mnie po twarzy. Odliczyłem mu pieniądze i dodałem:
- A pański przyjaciel nie wysiądzie?
On zaśmiał się o odpowiedział:
- Mój przyjaciel dawno już wyszedł. Bywajcie zdrowi!
- I znikł w hotelu, zamknąwszy za sobą furtkę. Karetka moja była zamknięta. Śnieg padał coraz większy, wlazłem na kozieł i ruszyłem do domu, dokąd przyjechałem około drugiej, jak już panu sędziemu mówiłem.
- Czy poznacie hotel, dokąd zawieźliście tych dwóch ludzi?
- Cóż znowu. A dlaczegożbym nie miał poznać. Cały Paryż znam jak moją kieszeń. Mogę pana sędziego tam zawieźć, jeśli zechce.
- Od kolei północnej do ulicy Montorgueil daleko?
- Kawał jest.
- W czasie jazdy, czyście nie słyszeli - w karecie waszej jakiej gorącej sprzeczki, kłótni lub krzyku?
Po chwilowym namyśle odpowiedział Cadet:
- Głowa oczywiście ciążyła mi na karku i w uszach szumią - to; może być, że słyszałem, jak kto krzyczał, ale nie pamiętam.
- Pasażer, któregoście zabrali z kolei, czy nie miał żadnych pakunków - spytał Jodolet, agent policji śledczej.
- Żadnych.
- Nawet torby podróżnej?
Pytanie te i odpowiedzi, chociaż nie należały do oficjalnego badania, zostały również zapisane w protokóle.
- Pan sędzia pozwoli mi zwrócić uwagę na jeden punkt - odezwał się Martel, drugi agent.
- Mówcie!...
- Jest jeden szczegół, którymby należało się zająć.
- Co za szczegół?
- Ten, który zapłacił za jazdę, powiedział do swego towarzysza: "czekaj pan z łaski swej chwilkę, mam wziąć resztę od woźnicy". Pojmuje pan sędzia naturalnie, jak ważnnem byłoby się upewnić, czy te słowa były rzeczywiście wymówione.
- Mogę przysiądz - zawołał Cadet. - Kiedy pasażer blondyn wysiadł, powiedział do mnie te tylko słowa, nic więcej.
- Czy cios mógł być zadany podczas jazdy od kolei na ulicę Montorgueil - mówił dalej Martel - czy też w tym czasie, kiedy woźnica poszedł na ulicę Montmartre zmienić pieniądze.
Cadet słuchał, rozdziawiwszy usta i wytrzeszczywszy oczy, nie wiedząc jeszcze, że w karecie jego znaleziono trupa zamordowanego człowieka, nie zrozumiał, co znaczy to zapytanie, ale zaczął się już domyślać, że w tem, co było jeszcze dlań tajemnicą, kryje się coś okropnego.
Na uwagę agenta odpowiedział Gibray:
- Mojem zdaniem zbrodnia spełniona została podczas jazdy i to wykazuje dziwnie zimną krew zabójcy wobec trupa jego ofiary. ale ma to drugorzędne tylko znaczenie. Trzeba jeszcze wyjaśnić inną okoliczność.
I zwróciwszy się do Cadeta zapytał:
- Czyście nie zauważyli, ażeby jakim odróżniającym się akcentem mówił ten pasażer, którego zawieźliście pod "Kratę zieloną" i który wam zapłacił na ulicy Montorgueil?
- I owszem, mówił nie tak, jak my.
- A jak?
- Jakby jaki Hiszpan.
- To bardzo dobrze wiedzieć, może to być bardzo użytecznem. Więc tego człowieka moglibyście lepiej poznać po głosie, niż z twarzy?
- A tak, bo głos jego słyszałem dobrze, a twarz bardzo kiepsko widziałem.
- Teraz powiem wam, dla czego byliście chwilowo aresztowani i dla czego badani jesteście.
- O! bardzo mi przyjemnie będzie nareszcie się dowiedzieć - odpowiedział Cadet zaciekawiony.
- W karetce waszej popełniono zbrodnię!
Cadet zbladł!
- Zbrodnię! - wyjąkał. - Zbrodnię w mojej karetce! To być nie może!
- Ale tak jest! na nieszczęście. Z dwóch pasażerów, których wieźliście tej nocy na ulicę Montorgueil, jeden drugiego zamordował.
- Boże miłosierny, co pan mówi? - zawołał przerażony woźnica.
Gibray mówił dalej;
- A wy sami o tem nie wiedząc, przywieźliście w nocy trupa ofiary.
Bladym już był Cadet, ale teraz zsiniał.
- Mój Boże! i mnie podejrzewano, żem zabił tego nieszczęśliwego!
- Nie podejrzewano was - odparł sędzia śledczy - bo mieszkacie wśród ludzi, którzy znają was dobrze i mają dobrą o was opinię. Prócz waszego brzydkiego nałogu do trunków nikt wam nie może nic złego zarzucić. Nie lękajcie się wcale. Ód tej chwili jesteście już wolni, tylko nie wyjeżdżajcie z Paryża i bądźcie gotowi na wezwanie sądu, który was będzie jeszcze potrzebował.
- O! - zawołał Cadet. - Sąd może ze mną robić, co chce! Niechaj mnie wezmą na tydzień, dwa, trzy - a nawet więcej tygodni, to nawet rad będę, byleby tylko znaleziono tego zbrodniarza, co to nawet zrobił. Kiedy sobie pomyślę, że niegodziwiec zabił człowieka w mojej karetce, a ja nic nie słyszałem, nic nie podejrzywałem, bo pijany, bytem jak bydlę, włosy rwałbym sobie z głowy! O! co to za nauczka dla mnie. Niech mnie konie stratują, jeżeli odtąd łyknę choć kropelkę!
- Bardzo to dobrze, że macie taki zamiar - rzekł z uśmiechem de Gibray - winszuję wam. ale czy dotrzymacie?
- Tak, przysięgam panu!
- Tem dla was lepiej, jeżeli nie złamiecie przysiegi.
- Pisać umiecie?
- Umiem...
- Podpiszcie, ten protokół.
TOM I
Krwawa noc
I. NA CMENTARZU.
Dwudziestego grudnia 1877 roku o godzinie ósmej z rana termometr inżyniera Cheralies wskazywał dziesięć stopni poniżej zera. Wiatr dosyć silmy dął od strony północno-wschodniej. Pogoda była chmurna, ponura. Cienka warstwa śniegu, spadłego nocą, pokrywała dachy i skrzypiała pod stopami przechodniów. Stan nieba i drobne płatki, unosząc-e się w powietrzu, zapowiadały widocznie, że warstw a ta wkrótce zgrubieje. Godzina ósma z rana w zimie, to pora, kiedy robotnicy idą do swych zatrudnień.
Pięciu zuchów ręce założywszy w kieszenie, czapki nasunąwszy na uszy, dolną część twarzy zasłoniwszy szerokim szalikiem, wchodziło właśnie prędkimi krokiem na cmentarz Pere Lachaise przez bramę naprzeciw ulicy Roquette, "wielkie wejście" jak ją nazywają karawaniarze i wszyscy żałobnicy. Po długich, białych bluzach, włożonych na ubranie, możną było poznać na pierwszy rzut oka, że to są kamieniarze lub polerownicy marmurów.
Przy bramie stał stróż zziębnięty, przestępował z nogi na nogę, chociaż od zimna bronił się grubym płaszczem z podwójnym kołnierzem, i dozorował dwóch robotników, którzy zmiatali śnieg z drogi i osypywali chodnik piaskiem, dla zapobiegnięcia nieszczęśliwym wypadkom. Zobaczywszy pięciu idących, stróż zaczął się śmiać.
- A wy co to robicie? - zawołał - czy to dzisiaj robota, Cabirolu?
Idący przystanęli, a ten, którego stróż nazwał Cabirolem odpowiedział:
- Na taki czas pracować, panie Paskalu, albo to kto może? cement tak marznie, że ani go weź, a dłóto przylgnie ci w jednej chwili do palców.
- Więc po co u licha tu idziecie?
- Przyszliśmy pookrywać rogożami naszą robotę i pochować narzędzia. Zobaczysz pan, że śnieg zaraz będzie padał.
- Idźcie, moje dzieci, ja sam pójdę rozgrzać się póki nie nadejdzie Sak; pogrzeb.... brrr! jakie zimno!
Stróż kazał to i owo zrobić zamiatającym śnieg, którzy miotłami wywijał; zawzięcie, co parę minut w ręce chuchając, poczem wszedł do swej komórki opalanej małym żelaznym piecykiem. Robotnicy tymczasem podążyli dalej.
Cmentarz Pere Lachaiise znany jest wszystkim; miejsce to spoczynku umarłych rozległe, a we wszystkich "przewodnikach" wskazują je za jedną z głównych osobliwość Paryża.
Któż też z Paryżan nie był na tym cmentarzu podzielonym żelaznemi kratami i sztachetam i drewnianemi na niezliczone cząstki, w których mieszczą się groby lub mogiły?
Kto z ciekawością nie przyglądał się tym pomnikom grobowym, większym i mniejszym, bogatszym i skromniejszym, z napisami, godłami, ozdobami i herbami tym pomnikom wszelakiego stylu i prostym, skromnym, wzruszającym i przesadą swoją do śmieszności dochodzącym.
Dokoła grobów mnóstwo nieśmiertelników, mnóstwo świeżego i zwiędłego kwiecia, bluszczu smętnego, cyprysów melancholicznych, cały gaj krzewów.
Całun nieskazitelnej białości powlekał siedzibę śmierci. Drzewa ogołocone z liści, wyciągały po nad grobami gałęzie obciążone szronem.
Na cmentarzu panowała cisza uroczysta.
O godzinie tak wczesnej nikt po alejach nie chodził, żadna istota ludzka nie klęczała, nie modliła się przy mogile.
Mylimy się... Była jedna, ale tylko jedna...
Był to człowiek lat pięćdziesięciu, który co tylko przyszedł z wiankiem w ręku i dążył przez wielką aleję, prowadzącą do kaplicy w górnej części cmentarza.
Szal w czarne kratki z białemi zakrywał mu część twarzy od dołu.
Od kapelusza niskiego z szerokiemi skrzydłam i cień padał na policzki. Na sobie miał szeroki paletot, obszyty futrem.
Pięciu robotników, którzy przed kilku minutami rozmawiali w bramie, ze stróżem, udało się prawą aleją, ciągnącą się obok słynnego grobu Abelarda i Heloizy.
Szli tą aleją aż do placyku, gdzie stoi pomnik Berryera z posągiem znakomitego grobu Abelarda i Heloizy.
Tu ziemia spuszczać się zaczynała na dół, a przy placyku schodzi się kilka aleji, prowadzących do dolnego cmentarza.
Zamiast pójść jedną z alei, robotnicy nasi weszli na niewielkie schódki, ułożone wśród mogli i znałeźli się na ścieżce biegnącej między pomnikami.
Tu mieścił się oddział dziewiętnasty.
Człowiek, którego stróż nazwał Cabirolem, był podmistrzem w owym warsztacie, gdzie pracowali jego towarzysze.
Szedł naprzód, inni za nim gęsiego.
Nagie zatrzymał się naprzeciw wielkiego grobowca w stylu gotyckim, do którego prowadziły drzwi z otworem w kształcie trójliścia i krzyknął przeraźliwie.
- Co takiego - spytał robotnik, który szedł tuż za nim.
Podmistrz rękę wyciągnął ku ziemi.
- Patrz...
- odezwał się głosem drżącym.
- Cóż to? - mówił dalej robotnik - a to jakby krew?
- A tak - prędko odpowiedział Cabirol - to krew, ale skąd?
Trzeci robotnik zbliżył się do grobowca.
- Stąd! - wykrzyknął, wskazując na próg z czarnego marmuru, przy którym widać było strugę skrzepniętej krwi.
- Co to znaczy? - szepnęło dwóch ozy trzech robotników.
- Niech diabli mnie porwą, jeśli wiem, ale musimy się dowiedzieć - powiedział Cabirol i w spiąwszy się na palce, przyłożył oczy do drzwi żelaznych grobowca.
- Widzicie tam co? - zapytały ciekawe głosy.
- Nic, nic.
- A jednak to stamtąd.
- Widzę tę ścianę naprzeciw, może z drugiej strony będzie lepiej...
- Poszukajmy...
Mówiąc to, robotnicy otoczyli grobowiec dokoła.
Grobowiec był dość wysoki, rozmiarów majestatycznych i zajmował przestrzeń około dwudziestu ośmiu do trzydziestu łokci kwadratowych. Ściany boczne, tak samo, jak i drzwi, zaopatrzone były w otwory, lecz otwory te znajdowały się tak wysoko, że zajrzeć w nie nawet olbrzym nie mógłby. Jednak łatwo było dać sobie z tem radę.
- Podstawiajcie plecy! - rozkazał Cabirol.
Jeden z robotników, ciekawością pałający, czem prędzej stanął przy ścianie i podstawił grzbiet. Podmistrz wlazł na tę zaimprowizowane schody, uchwycił się za płaskorzeźbę i dosięgnąwszy otworu przesunął przezeń głowę. Nagle wykrzyknął, rzucił się w tył i padł blady jak śmierć, wargi mu drżały, twarz wyrażała zgrozę...
Robotnicy otoczyli go natychmiast, a na widok tak wyraźnego przestraszenia, sami stali zastraszeni. Strach wysoce jest zaraźliwy, sami bali się, nie wiedząc czego. Nareszcie jeden z nich spytał niepewnym głosem:
- Cóż tam jest?
- Kobieta.
- Kobieta? - powtórzyli czterej robotnicy.
- Tak.
- Nieżywa... zabita!...
Ostatnie to słowo wzmogło do szczytu wzruszenie i przestrach. Robotnicy lękliwie obejrzeli się dokoła, jakby im jakieś niewidzialne niebezpieczeństwo groziło. Pierwszy Cabirol odzyskał zimna krew.
- Prędzej! prędzej! - zawołał, trzeba wyjaśnić tę straszną historję, która jest dla mnie niepojętą. Ale może kto lepiej zobaczy odemnie. Niech jeden z was zawiadomi dozorcę, a my tutaj poczekamy...
- Idę! - odezwał się najmłodszy z robotników.
I pobiegł do dozorcy, którego kancelarja znajdowała się po prawej stronię od wejścia obok cmentarza żydowskiego. Przez drogę powtarzał sobie ciągle:
- Co za zdarzenie! mój Boże, co za zdarzenie!
Trzech robotników i podmistrz chodzili przed grobowcem, czekając na przybycie swego towarzysza z dozorcą.
- Kobieta zamordowana wewnątrz - rzekł jeden - to nie tak łatwo zrozumieć.
- A juści! - jakże to sobie wytłomaczyć - Zapytał drugi - łeb sobie łamię, a nic nie mogę wymyślić.
- Może też wcale nie było zabójstwa - wtrącił trzeci - kobieta ta mogła wczoraj wejść do grobowca, ażeby się pomodlić, poślizgnęła się na schodkach, upadła, w głowę się uderzyła i zemdlała.
- To niemożebne! - odezwał się podmistrz.
- Dlaczego?
- Bo w takim razie klucz byłby w zamku i nicby nami nie przeszkodziło drzwi otworzyć.
- To prawda!
- Mamy przed sobą zbrodnię, ani wątpić o tem - zresztą dowiemy się zaraz, co mamy myśleć.
W tejże chwili na skraju ścieżki, prowadzącej do grobowca, ukazał się człowiek, którego widzieliśmy już na cmentarzu, w paltocie obszytym futrem i w kapeluszu z szerokiemi skrzydłami. W ręce wciąż jeszcze trzymał wianek z nieśmiertelników. Na widok robotników drgnął z lekka i zatrzymał się, jakby szukał mogiły. Zobaczywszy jakąś, na której Wystawało drewienko do wianków, podszedł ku niej, powiesił swój upominek na trójkącie, osłoniętym z góry daszkiem śnieg pokrywający kamień, strzepnął chusta od nosa i ukląkł.
Spostrzegł go jeden z robotników.
- To ci wcześnie przyszedł i nie boi się mrozu! - zawołał.
- E! stary odparł Cabirol - uczucie nie zna godziny i krzty bólu w sercu, nie zważasz - czy ciepło, czy zimno.
- Człowiek ten opłakuje może syna lub córkę.
- Albo żona go odumarła.
- Tylko nie teściowa, bo nie przyszedłby modlić się na jej grobie.
- A może prosi nieboszczkę, żeby nie wracała.
Żart ten chociaż bardzo płaski, zwłaszcza na cmentarzu, wywołał wybuch śmiechu. Teściowe bowiem nie bardzo są lubiane.
Wesołość przerwały dolatujące głosy czyjeś i prędkie kroki.
- To zapewne Piton powraca z dozorcą - rzekł Cabirol.
Nie mylił się. Dozorca cmentarza Pere Lachaise szedł prędko, a towarzyszyło mu trzech stróży i dwóch robotników.
Człowiek z wiankiem zdawał się być zatopiony w swej modlitwie i żałości, lecz może w rzeczywistości nie tak, jak z pozoru sądzićby można, bo usłyszawszy głosy i kroki, szybko się obejrzał. Gdy zobaczył przybyłych, wyraźny niepokój odbił się na jego twarzy, przepuścił ich obok siebie, potem zaraz wstał i wolnym krokiem, jakby dając się powodować nieprzezwyciężonemu pociągowi, skierował się ku grobowcowi, który otaczano.
W tej chwili, kiedy trzecią część drogi przeszedł dozorca, nachyliwszy się nad wielką plamą czerwoną, zwracającą uwagę na śniegu, zawołał:
- To krew!
I zwróciwszy się do podmistrza, dodał:
- Toś pan widział ciało tej kobiety w środku grobowca?
Cabirol skłonił się i odrzekł:
- Tak, panie dozorco! - kolega nadstawił mi plecy i zajrzałem przez otwór w ścianie boczne!
- Wiem... wiem....
- Biedna kobieta leży na wznak w poprzek drzwi.
- Panowie - rzekł dozorca głosem drżącym ze wzruszenia - dwadzieścia pięć lat tu już jestem i ani razu nie podobnego nie wydarzyło się na cmentarzu Pere Lachaise! Przypuszczać ani sposób, żeby to był przypadek. Zbrodnię spełniono, zbrodnię dziwną, tajemniczą, niepojętą. Mam praw o oczywiście drzwi te natychmiast otworzyć, lecz uważam, że lepiej to uczynić przy komisarzu. Z resztą przyjdzie on wkrótce, bo jak mi tylko powiedziano, zaraz po niego posłałem.
- Co pan każe, panie dozorco? - spytał jeden ze stróżów.
- Czekając na komisarza, powinniście tym czasem pomyśleć, jakby potem przenieść ciało. Idź z dwoma robotnikami po nosze.
Stróż oddalił się.
- Nie mamy klucza od tego grobowca - mówił dalej dozorca - trzeba iść po narzędzia, do złamania zamku.
- Zaraz znajdę wszystko, co potrzeba, w tym grobie, który stawiamy - odezwał się Cabirol - pobiegnę zaraz i przyniosę.
I już się odwrócił, ale dozorca powstrzymał go temi słowy:
- Nie, zostań pan, lepiej poczekać na zlecenia komisarza. Zawołaj raczej ślusarza Franciszka Ferrot - dodał, zwracając się do jednego ze stróżów - idź do niego na ulicę Roquette i poproś, ażeby tu przyszedł z kluczami i wytrychami. Ani słowa nikomu nie piśnij o tem, coś tu słyszał. Nawet Ferrot niech się o tem dowie tutaj dopiero... zabezpieczymy się od gapiów, bo nic nieznośniejszego niema nad tych natrętów.
- Możesz pan być spokojny, panie dozorco.
Drugi stróż odszedł w tę samą stronę, co pierwszy.
- Ja mogę dostarczyć obcęgów i młotka - rzekł Cabirol - może się to przyda.
- Masz pan słuszność, przezorność większa nie zawadzi. Poślij pan którego ze swych robotników po narzędzia, na wszelki przypadek, gdyby trzeba było łamać zamek.
Jeden z robotników odłączył się od gromadki i pobiegł ku nowo wybudowanemu grobowi.
- A to dopiero przykra awantura - mówił dalej dozorca, zwracając się do otaczających go ludzi, a raczej na głos mówiąc do nich - cmentarz naturalnie pilnowany jest dobrze, dyżurni chodzą przez całą noc, no i widzicie, co się stało. Nie mamy nic sobie do zarzucenia, sumienie nasze czyste, ale to nie przeszkodzi sędziom oskarżyć nas o opieszałość! Bardzo niemiła awantura, bardzo niemiła!
Jakkolwiekbądź wolno szedł człowiek z wiankiem nieśmiertelników, zrównał się wreszcie ze stojącymi. Zbliżywszy się do gromadki, skłonił się wszystkim i zapytał grzecznie z nieśmiałą miną:
- Co się tutaj stało?
- Ot, mamy już jednego gapia - pomyślał dozorca. Nie przeszkodziło mu to jednak wywzajemnić się ukłonem i odpowiedzieć, wprawdzie raczej paltotowi, obszytemu futrem, niż pytającemu:
- Stała się tu rzecz bardzo przykra...
- Przykra? - powtórzył nieznajomy.
- Tak, panie... nocy dzisiejszej spełnione zostało morderstwo na cmentarzu Pere Lachaise, na cmentarzu tak dobrze strzeżonym!
- Prawda, widzę na śniegu coś czerwonego - rzekł człowiek w paltocie futrzanym - czyżby to była krew?
- Tak, to krew.
- Skądże się wzięła?
- Z tego grobowca... spojrzyj pan, pode drzwiami krwawa kałuża.
- Więc zbrodnię popełniono po za temi drzwiami?
- Tak, i gdyby żelazo było przezroczyste, ujrzałbyś pan trupa kobiety, leżącego na płytach.
Człowiek w paltocie futrzanym po raz drugi drgnął. Nerwowy dreszcz przebiegł mu po twarzy. Powieki opuściły się na oczy, a warga dolna zatrzęsła się z lekka. Wzruszenie to objaśnić było można zdziwieniem i zgrozą.
- Trup kobiecy - zawołał nieznajomy - to bardzo dziwne, to okropne!
- Tak panie! to bardzo dziwne i okropne... Niepojęta zagadka.
Do rozmowy wmieszał się podmistrz.
- Niepojęte - powtórzył - a może nie tak znów zupełnie panie dozorco.
- Jakto?
- Przedewszystkiem potrzeba wiedzieć, do jakiej rodziny należy ten grobowiec... czy panu to wiadomo?
Dozorca spojrzał na grobowiec. Żadnego napisu nie było na ścianie, tylko herb z koroną hrabiowską.
- W tej chwili nie wiem - odrzekł - ale się dowiem, kiedy zechcę, który numer?
Stróż obszedł grobowiec dokoła, przeczytał cyfry wyryte na kamieniu i wrócił.
- I cóż? - zapytał dozorca.
- Numer 3727 - odpowiedział tenże - 15. stycznia. 1853. Ustąpiono na zawsze.
- Zapisz to w swej książeczce. Wiadomości te będą nam zaraz potrzebne.
- Zapisałem.
W tejże chwili nadszedł jednocześnie stróż z dwoma robotnikami, niosącymi nosze i komisarz policyjny z trzema agentami.
Zobaczywszy tych ostatnich, człowiek w paltocie futrzanym jeszcze głębiej wcisnął kapelusz na oczy i zwolna odłączył się od gromadki, która ani myślała nim się zajmować.
W tymże czasie z dwóch stron przeciwnych nadbiegł ślusarz, sprowadzony przez stróża, i robotnik posiany przez Cabirola, po obcęgi i młotek.