Tajemnica gabinetu restauracyjnego
Pamiętną dla mnie na zawsze postanie noc sylwestrowa 1920 roku. Nie spodziewałem się, że zamiast zabawy całą spędzę na mozolnej pracy i jeszcze kilka tygodni później pozostanie dla mnie niezgłębiona tajemnica dramatu, jaki miał miejsce w gabinecie jednej z pierwszorzędnych restauracji w okolicach Nowego Światu.
Na zegarze ratuszowym już dawno wybiła północ. Bawiłem się wyśmienicie na reducie w sali Teatru Wielkiego, gdy nagle zauważyłem jednego z moich wywiadowców, rozglądającego się po sali. Ujrzawszy mnie, dał znak, bym wyszedł do westybulu. "Masz tobie" - pomyślałem. "Z zabawy już dziś nic nie będzie. Prawdopodobnie zaszło coś poważnego i będę musiał pożegnać towarzystwo, z którym przyjechałem razem na redutę".
- Co się stało, panie K.? - zapytałem wywiadowcę.
- Przed godziną w gabinecie restauracyjnym znaleziono zabitego mężczyznę i naczelnik polecił mi zawiadomić pana, ażeby pan komisarz natychmiast pojechał na miejsce.
Nie pozostało mi nic innego, jak pożegnać towarzystwo i pojechać razem z wywiadowcą. W drodze wypytywałem go, co się stało, lecz nie mogłem się od niego nic dowiedzieć, gdyż będąc dyżurnym w urzędzie śledczym, otrzymał telefoniczne polecenie odszukania mnie i zawiadomienia o wypadku.
Po kilku minutach sanki zatrzymały się przed restauracją. Widocznie nikt nie wiedział jeszcze o dramacie, jaki niedawno miał miejsce w gabinecie, gdyż na ulicy nie było żadnego zbiegowiska. Na sali panował niebywały tłok. Wszystkie stoliki były zajęte. Panie w balowych strojach i dominach, panowie w smokingach i frakach. Naprzeciw mnie wyszedł zarządzający restauracją i zaprowadził korytarzem do gabinetów.
Przed drzwiami gabinetu stał jeden z wywiadowców. Komisarza odnośnego komisariatu zastałem w gabinecie, gdzie leżał nieboszczyk, obok niego pochylony nad trupem klęczał nieznany mi mężczyzna. Był to sprowadzony natychmiast po wypadku doktor.
Po przywitaniu się z komisarzem, przedstawiwszy się doktorowi, rozejrzałem się po gabinecie, gdzie leżał nieboszczyk. Nie zauważyłem nic podejrzanego. Stół był zastawiony trunkami i różnego rodzaju zakąskami. Na stole znajdowało się nakrycie na dwie osoby. Widać było, że nieboszczyk był na kolacji w towarzystwie kobiety, nie wyobrażałem sobie bowiem, by noc sylwestrową spędzał w gabinecie w towarzystwie mężczyzny.
- Pan doktor jest zdania, że zmarły popełnił samobójstwo - odezwał się komisarz. - Obok nieboszczyka leżał na ziemi rewolwer.
- Czy zawiadomieni już zostali prokurator i sędzia śledczy? - zapytałem komisarza. - Nie chcę bowiem bez nich nic ruszać w gabinecie.
- Z pewnością lada chwila przyjadą. Zawiadomiłem już prokuraturę przeszło godzinę temu, ale w noc sylwestrową z pewnością nikogo nie ma w domu.
W tej samej chwili drzwi się otworzyły i na progu stanęli prokuratur oraz sędzia śledczy rewiru, gdzie mieściła się restauracja. Razem z nimi nadszedł i naczelnik urzędu śledczego.
Po uzyskaniu pozwolenia od prokuratora zająłem się wraz z wywiadowcami przede wszystkim zrewidowaniem nieboszczyka.
Był to mężczyzna lat około trzydziestu pięciu, bardzo elegancko ubrany. Na palcu nosił pierścień z dużym brylantem, w kieszeni od kamizelki złoty zegarek z dewizką. W krawacie tkwiła szpilka z brylantem i perłą. W portfelu znalazłem większą sumę pieniędzy w markach polskich, dolarach i milrejsach
brazylijskich.