ZAMIAST WSTĘPU
ONA, CZYLI LENA
Z pozoru twardzielka, choć wnętrze, jak sama twierdzi, ma miękkie i głupie. Do tej pory miota się po życiu, częściej pod wozem niż na wozie. Oczywiście próbuje zawsze być na wierzchu, jednak nie za każdym razem to się udaje.
Znajdujemy się w pierwszej tercji jej życia, które zmienia się i układa nie tak, jak by chciała.
Na imię ma Lena. Jest kobietą około trzydziestoletnią. Tak postanowiła i tak zostanie, dopóki... dopóki nie zmieni zdania. A do zmiany zdania zawsze musi mieć konkretny powód. W tym przypadku dobrym powodem może być na przykład jakiś ON. Cóż, do tej pory taki ON jeszcze jej się nie trafił. Nie znaczy to oczywiście, że różnych "onych" nie spotykała, każdy z nich zawsze jednak był tylko "onym". ON jeszcze na nią czeka. Ona na niego nie, nie musi czekać, doskonale wie, że jest. I dziś, jutro lub za tydzień się spotkają. Będzie blondynem z półdługimi włosami, opadającymi na kołnierz marynarki. Bo marynarki nie odpuści. Uwielbia mężczyzn w marynarkach, choć może to być też skórzana kurtka. Jego zawód? Ach, to przecież nie ma znaczenia, jednak jakieś tam środki do życia powinien posiadać. Bogaczem być nie musi, ona luksusów nie wymaga. Ot, tak tylko, żeby starczyło na życie. Wiecie, takie zwyczajne. Opłaty za kilkupokojowe mieszkanie. Oraz na wyżywienie, zwykłe, na średnim poziomie, powiedzmy, śródziemnomorskie, a golonka tylko od czasu do czasu. Że golonka? A tak, cóż to, kobieta nie może lubić czegoś takiego? No to ona właśnie lubi i nie ma zamiaru przestać. Książki, dużo książek, kupowanie nowości, nawet gdyby się okazało, że są do niczego (a jest takich coraz więcej) i nie nadają się do postawienia na półce. Nic to, oddaje je do biblioteki.
Dalej - co tam jeszcze? Ciuchy? Tak, owszem, dużo ciuchów. Nie takich najmodniejszych, snobką przecież nie jest, takich po prostu, które jej się podobają. Podobają się jej - na niej oraz podobają się jej - na nim. Bo przecież ON nie może chodzić wyłącznie w marynarce lub skórzanej kurtce.
Poza tym różne gadżety, drobiazgi, magnesiki, figurki kotów. I serduszka. Mnóstwo serduszek. Z rozmaitych tworzyw, nie tylko ze złota. Bo ONA za złotem wcale zresztą nie przepada. Ale za duperelkami tak, bardzo.
No i jeszcze jedno - dwa, może trzy, no tak do pięciu razy w roku jakiś wypadzik w ciekawe miejsce. Słońce, plaża, ciepłe morze, las, las, dużo lasu. I jakieś zabytki. Dużo pięknych miejsc do spacerowania i liczenia kroków (wiecie, te krokomierze...).
Dobrze, przedstawiła się wszystkim. Wstępnie. Bo dokładniej poznają ją państwo w historii, która jest w tej opowieści.
Będzie różnie. Ale prawdziwie. No, może nie tak zupełnie. Bo - jak mawia jej przyjaciel - pisarze zawsze kłamią.
Jaki będzie akt pierwszy, już się domyślacie. Na wstępie zaznaczyć należy, że ONA jest pisarką. I to, ku swojemu niebotycznemu zdziwieniu, ale i zachwytowi, bardzo poczytną.
MAMA ONEJ, CZYLI ALICJA
- Córeczko, nie płacz - usłyszała, gdy tylko nacisnęła klawisz odbioru. A przecież to nie ona płakała. Szloch dało się słyszeć, zanim zdążyła przycisnąć telefon do ucha.
- Mamo! Mamuśku! Co jest?
Pytała, choć niepotrzebnie. Wiedziała. Mamie wymknęło się kilka dni temu, że jedzie na mammografię. Nie przejęła się tą informacją, obydwie robiły sobie to badanie co pewien czas. U niej zawsze wszystko było w porządku. U mamy zresztą też. Tylko, że teraz... mama płacze?! Jej mama nie była płaczliwą niewiastą. W zasadzie chyba nigdy... Nigdy? Tak. Nigdy. Nie widziała, by matka płakała. Nawet gdy zmarł tata. Być może wtedy płakała, tak naprawdę to tego nie wie, jeśli jednak tak, to nie przy niej. W przeciwieństwie do niej, beksy na zawołanie, która łkała nawet wtedy, gdy zarżnięto Berbecia. A tak, nie wiecie, kto zacz. Otóż był to kurczak ich gospodyni z Zalesia, u której kiedyś spędzały z mamą jeden z letnich miesięcy. Sto lat temu. Potem płakała na kilku pogrzebach cioć, wujków, znajomych i znajomych znajomych. Gdy umarł jej tata, też ryczała, kilka dni. Potem już długo, długo nie.
Jednak teraz...
- Wiesz, kochanie, on jest czwartego stopnia. Z przerzutami do węzłów chłonnych lewej pachy. Wczoraj odebrałam wyniki biopsji i teraz siedzę przed gabinetem chirurga onkologa w przychodni przy Wawelskiej. Jestem już po różnych wstępnych badaniach i czeka mnie operacja. Miałam nic ci nie mówić, ale przecież jesteśmy umówione na mój urodzinowy bal.
- Mamo. Czekaj. Jadę tam do ciebie. Zaraz będę. - Nie mogła być zaraz. Samochód stał u mechanika, coś w nim grzechotało, nie piliła o natychmiastową naprawę, bo doskonale dawała sobie radę, poruszając się na piechotę lub środkami komunikacji miejskiej (wszędzie miała blisko). Tramwajem od niej na Wawelską jechało się trochę ponad pół godziny (to nie takie "zaraz"). I mama doskonale to wiedziała.
- Ależ, skarbie, nigdzie nie przychodź. Ja tu ustalę, co trzeba, i przyjadę do ciebie, jeśli nie będę przeszkadzać. Wszystko ci opowiem.
Alicja Lisowska, z domu Małecka, urodziła się kilka lat po wojnie, w Warszawie. Rodzice mamy do 1939 roku mieszkali w pałacu Krasińskich w Radziejowicach. Gdy miejsce, w którym żyli, przeszło w ręce niemieckie, wyjechali do dalekiego kuzyna taty do Grodziska Mazowieckiego. Ojciec Alicji przed wojną był zarządcą w radziejowickim pałacu. Gdy po wkroczeniu Niemców urządzono tam szpital dla żołnierzy niemieckich, większość zatrudnionych w nim Polaków po prostu stamtąd uciekła, rodzice Alicji także.
Kuzyn pana Małeckiego, kolejarz, mieszkał wraz z rodziną w niewielkim domku blisko grodziskiego dworca. Krewniacy zostali przyjęci z wielką życzliwością. Po wojnie, którą szczęśliwie wszyscy przeżyli, Florentyna i Marceli Małeccy zdołali urządzić się w Warszawie. Pan Marceli zdobył pracę jako nauczyciel geografii w szkole podstawowej, jego żonę zatrudniono tam jako kucharkę.
Małeccy byli małżeństwem od dwunastu lat i choć bardzo tego pragnęli, przez ten czas nie poczęli dziecka. Kiedy się okazało, że Florentyna jest w ciąży, ich radość nie miała końca.
Córka Alicja nie miała pojęcia, że jej mama nosi w zanadrzu pewną tajemnicę, a Florentyna ciągle odkładała chwilę, w której przekaże ją swojemu dziecku. Jedynemu dziecku. Dziecko rosło, uczyło się, studiowało, aż wreszcie założyło rodzinę i za chwilę miało urodzić swoje dziecko. A dwa miesiące przed tym szczęśliwym wydarzeniem zmarli rodzice Alicji, najpierw tata na udar, niedługo po nim mama, na zawał. Po zgonie mamy Alicja stwierdziła, że była to po prostu śmierć z rozpaczy, jej rodzice nigdy - od dnia ślubu - nie spędzili ani jednego dnia osobno.
Ala została właścicielką czteropokojowego mieszkania na Żoliborzu oraz wszystkich mebli, sprzętów i wyposażenia odziedziczonego po rodzicach. Czas na zajmowanie się tym spadkiem nie był najlepszy, dziecko chyba za bardzo zdenerwowało się smutnymi wydarzeniami poprzedzającymi jego przyjście na świat i nieco "awanturowało się" tam, gdzie w tym czasie przebywało. Lekarz zalecił przyszłej mamie spokój, odpoczynek i ograniczenie wszelkich wysiłków.
- Powolne spacery, pani Alicjo, witaminy i właściwe odżywianie.
Mieszkanie państwa Małeckich zostało zamknięte na cztery spusty i nikt tam niczego nie ruszał. Jedynie Witold Lisowski, przyszły tata oczekiwanego dziecka, raz w tygodniu chodził tam i próbował zwalczyć cały kurz osiadający w pustym mieszkaniu. Walkę, jak łatwo się domyślić, najczęściej przegrywał.
Po narodzinach córeczki jej szczęśliwi rodzice postanowili sprzedać swoje dotychczasowe mieszkanie na Woli i przenieśli się na Żoliborz, oczywiście po gruntownym remoncie i przemeblowaniu mieszkania odziedziczonego przez Alicję.
Co mogli, sprzedali, co mogli, rozdali, wiele rzeczy po prostu wyrzucili. Ala sprzeciwiła się tylko likwidacji różnych papierów, dokumentów, zapisków i bóg-wie-czego, przechowywanych w wielkich szufladach opasłego ojcowego biurka.
- Kiedyś to przejrzę, zostaw - mówiła Witoldowi, który chciał opróżnić biurko, bo nie miał już miejsca na swoje dokumenty.
W ten sposób tajemnica Florentyny pozostawała w dalszym ciągu tajemnicą.
ONA (CZYLI LENA) - CD.
Lena Lisowska ukończyła studia prawnicze, choć nie zdołała dojść tam, gdzie chciała. Marzyła, że zostanie prokuratorem i będzie oskarżać, oczywiście skutecznie, największych łotrów i bandytów. Przez chwilę zresztą chciała być najdoskonalszym adwokatem, ale szybko zrozumiała, że w takim przypadku musiałaby bronić największych łotrów i bandytów. Wolałaby ich oskarżać. Nic jednak nie wyszło z tych prawniczych marzeń, po drodze na szczyt potknęła się o aplikacje. Pioruńsko trudne egzaminy wstępne i takie tam. A potem następne trzy lata nauki. Oszacowała, że nie ma na to siły. Zresztą już pod koniec studiów stwierdziła, że właściwie źle wybrała kierunek edukacji. Prawo? Ej, myślicie, że to ciekawe?? Nie macie pojęcia, ile trzeba się nawkuwać czegoś, co od dawna jest martwe, a jeśli nawet jeszcze żyje, jutro lub pojutrze się zmieni. Bo może ktoś, kto aktualnie jest u władzy, uzna, że nic z tego, co kiedyś było wiążące, dzisiaj już takie być nie musi. Ech, szkoda gadać...
- Ale wiesz - powiedziała kiedyś najlepsza przyjaciółka Leny, Miłka (a dokładniej - Ludmiła) - wcale nie musisz być prawnikiem. Mogłabyś na przykład zostać posłem.
Miłka była o kilka lat od Leny starsza, poznały się kiedyś przypadkiem, w bibliotece. Obydwie namiętnie czytały książki i okazało się, że mają identyczny gust literacki. Ludmiła pracowała w laboratorium chemicznym, gdzie przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty na syntetykach, za każdym razem inne. Zawsze panował tam ruch, często wymieniano sprzęt i ludzi, praca była ciekawa, choć stresująca, ale Miłce odpowiadała, bo nigdy się tam nie nudziła.
Przyjaciółki prawie zawsze miały takie samo zdanie na każdy temat, ale tą swoją propozycją Ludmiła zaszokowała drugą kobietę.
- Posłem? - Lena spojrzała na nią z wielkim zdziwieniem. - Chyba oszalałaś!
I nagle spostrzegła, że dziewczyna pęka ze śmiechu.
Lena oczywiście natychmiast popukała się w głowę. To raczej ja oszalałam, pomyślała. Bo jak mogła choć przez chwilę sądzić, że Ludmiła, jej alter ego, mówi na serio.
Choć, gdyby tak się zastanowić, ten pomysł nie był wcale nierealny. Prawnik, świeżo po studiach, naprawdę mógłby zrobić dużo dobrego w miejscu, w którym prawo powstawało. Ale... no cóż, tych "ale" było tyle, że nawet nie warto ich wymieniać.
- Zastanowię się nad twoją propozycją, gdy już skompletuję odpowiednią liczbę wielce przydatnych znajomych - odparła wyniośle i nawet nie musiała wtedy "puszczać oczka".
Oficjalną edukację wyższą zakończyła zdobyciem dyplomu prawnika i rozpoczęła karierę urzędniczą. Po kilku latach takiej sobie pracy i takiej sobie płacy, z których to lat wyniosła fajne kontakty, miała miłych znajomych (nie żeby zdobywała komplet popleczników, gotowych ją poprzeć w ewentualnej karierze politycznej, bo - jak już wiemy - tak naprawdę w ogóle jej nie planowała) i zdobyła sporo życiowego doświadczenia, następnie wyszła za mąż za ogrodnika. Prywatnego przedsiębiorcę z dorobkiem, który nie był blondynem, nie miał półdługich włosów i nie chodził w marynarkach. Kurtkę skórzaną miał, nawet dwie czy trzy. Lena była pewna, że do marynarek go przekona, niestety nie zdążyła, mąż zmarł bowiem nagle i niespodziewanie na straszną odmianę glejaka. Została sama, z całą firmą na głowie. Bogdan Starosz nie miał żadnej rodziny, była więc jedyną osobą, która odziedziczyła cały interes. I tak szybko, jak tylko się udało, sprzedała to wszystko.
- Koniecznie córeczka, dobrze? - prosił mąż, gdy tylko o dzień lub dwa opóźniał jej się okres.
Jasne, koniecznie córeczka, choć wiedziała, że synka powitałaby na świecie równie gorąco.
Nie było to jednak im dane...
Śmierć małżonka przeżyła bardzo ciężko. Nie zdążyli powołać na świat wymarzonej córeczki, nie zdążyli wyjechać na safari (fotograficzne, rzecz jasna) do Kenii, popłynąć przełomem Jangcy Xiang, pobawić się z lemurami na Madagaskarze - a o tym wszystkim marzyli. Dwa lata tkwiła w czarnej rozpaczy, aż kiedyś, ot tak, po prostu, wystukała kilka zdań na klawiaturze komputera. I na ekranie zaczęły snuć się losy młodej kobiety, która...
A potem odważyła się nadać numery rozdziałom i napisać tom drugi. Raptem... była poczytną autorką powieści obyczajowych podbijających serca czytelniczek. A nawet również czytelników.
Z pracy zawodowej wymiksowała się bardzo szybko. Pisanie było bardziej lukratywne i o wiele ciekawsze. Miała więcej swobody i tylko czasami dokuczała jej samotność.
Nazwiska po mężu nie chciała nosić. Nie zdążyła się z nim zespolić, a ilekroć je słyszała, jej rozpacz się pogłębiała.
Musiała żyć sama, tak jak przed Bogdanem. Pierwszą książkę wydała pod nazwiskiem panieńskim: Lisowska. W umowę wydawniczą wpisała je jako pseudonim. Ale gdy książka zaczęła odnosić sukces i jej pseudonim zaczął pojawiać się na wystawach księgarń oraz w internecie, doszła do wniosku, że gdyby zamiast Lisowska wszędzie widniało Starosz, o wiele trudniej byłoby jej pogodzić się ze stratą, jaką była śmierć męża. Wystąpiła zatem o zmianę nazwiska na poprzednie i już tylko zmieniła stosowny zapis w umowie wydawniczej. Wciąż tej samej, bo cały czas współpracowała z jednym wydawnictwem.
Miłka wyszła za mąż i wyprowadziła się do Gdyni. Właściwie Lena ucieszyła się z tego, bo mąż jej przyjaciółki był bardzo sympatycznym i dobrym człowiekiem, a poza tym uzyskała pewność, że częściej będzie jeździć do Trójmiasta, które bardzo lubiła. Skończyło się na kilku dniach pobytu, przed weselem przyjaciółki i tuż po nim. Później każdy miał swoją pracę, swoje sprawy, swoje problemy. I cóż, jak to najczęściej bywa w życiu, plany pozostały planami. Kropka. Oczywiście nie zerwały kontaktu, w dobie internetu i komórek to raczej trudne. Tylko że... coraz mniej miały wspólnych spraw, wspólnych tematów do obgadania, wspólnych książek do przeczytania. I - Miłka miała dziecko... A Lena była sama. Wiecie, kobieta około trzydziestki, wdowa, bezdzietna z wyboru. Choć to ostatnie było najdalsze od prawdy. Ale czyż na wszystko nie było za późno? Choć może nie, dobrze pamiętała, że ON gdzieś tam na nią czeka. Widocznie ONYM nie był Bogdan, mąż, aczkolwiek żałowała tego. Zapowiadało się przecież...
Ten ON, jaki ma być, dobrze wiedziała - obieżyświat, opoka, dąb i skała, a w rzeczywistości czuły wrażliwiec, który potrafi się wzruszyć i zapłakać nad losem biednego i słabego. Tak naprawdę dębem, skałą i lwem byłby, gdyby zaszła potrzeba obrony kogoś bardzo mu bliskiego.
Mimo miłości, jaką czuła do Bogdana, i ogromnego żalu po jego śmierci, wiedziała jednak, że to nie ON, choć był przecież jej mężem.
Tak, jest jak jest, musi po prostu przeczekać.
Dobra, da radę, życie trwa, tyle że obecnie przygotowało dla niej kolejnego kopniaka. Glejak Bogdana to był tylko wstęp. Teraz nowotwór czwartego stopnia wlazł na Leny mamę. Jak ma, jak one obydwie mają z tym walczyć?