ROZDZIAŁ II
DZIEKAN, A TAKŻE KAPITUŁA KATEDRY
Jeżeli ktoś obserwował kiedyś gawrona, tego opanowanego i klerykalnego ptaka, może zauważył, że kiedy kieruje się on o zmroku do domu w poważnym i klerykalnym towarzystwie, wtedy dwa inne gawrony odłączają się nagle od reszty stada, przez jakiś czas podążają za nim, a potem unoszą się wyżej i pozostają w tyle, wzbudzając w zwykłych ludziach przekonanie, iż ma to dla całego stada jakieś tajemne znaczenie, że ta przemyślna para zdaje się zrywać kontakt z resztą ptaków.
W podobny sposób, po zakończeniu nieszporów w starej katedrze o czworobocznej wieży, chórzyści pośpiesznie się rozpraszają; poszczególne szacowne osoby, niczym gawrony, oddalają się, zaś ich kroki dudnią echem wewnątrz zamkniętego podwórca.
Kończy się nie tylko dzień, lecz i cały rok. Słońce, zachodzące za ruiny klasztoru płonie, lecz jest zimne, a z pokrywającego ściany katedry dzikiego wina opadła już na chodnik połowa ciemnoczerwonych liści. Tego popołudnia padało; przez kałuże powstałe na spękanych, nierównych kamiennych płytach chodnika przebiegają drobnymi zmarszczkami lodowate dreszcze, które wstrząsają również olbrzymimi wiązami, ociekającymi strumieniami łez. Ich opadłe liście ścielą się grubą warstwą. Niektóre bojaźliwie szukają schronienia pod niskim lukiem drzwi katedry, ale dwóch wychodzących mężczyzn wykopuje je na zewnątrz butami, a potem jeden z nich zamyka drzwi solidnym kluczem, drugi zaś pyta, machając zeszytem nutowym:
- Czy był pan Jasper, Tope?
- Tak, księże dziekanie.
- Długo?
- Tak, księże dziekanie. Zostałem potem przy nim, wasza wielebność. Ostatnio trochu niedomaga.
- Mówi się "trochę", Tope, zwracając się do księdza dziekana - cicho przerywa mu młodszy gawron tonem nagany, jakby chciał powiedzieć: "Możesz mówić niegramatycznie do osób świeckich albo do niższych duchownych, ale nie do księdza dziekana".
Pan Tope, główny kościelny i mistrz ceremonii, przywykły do traktowania grupowych wycieczek z góry i wewnętrznie przekonany o swej wyższości, nie dopuszcza do świadomości faktu, że jakiekolwiek pouczenie może dotyczyć jego osoby.
- A zatem od kiedyż to i jak zaczął pan Jasper trochę... No cóż, lepiej, jak stwierdził pan Crisparkle, mówić "trochę"... - zauważa ksiądz dziekan. - A więc od kiedyż to i jak pan Jasper zaczął trochę...
- Trochę, księże dziekanie - z szacunkiem mruczy Tope.
- ...niedomagać, Tope?
- No więc, proszę księdza, pan Jasper tak ciężko dychał...
- Nie powiedziałbym "dychał", Tope - przerywa pan Crisparkle tym samym tonem co poprzednio. - Nie jest to dobra angielszczyzna w obecności księdza dziekana.
- On oddychał z trudem - ksiądz dziekan (najwyraźniej pochlebiony tym pośrednim objawem szacunku) dorzuca z wyższością - byłoby właściwszym określeniem.
- Oddech pana Jaspera był tak szczególnie krótki - tym razem pan Tope zręcznie omija rafy - kiedy wchodził, że po prostu nie mógł wyciągnąć nut, i to zawsze z tego powodu, wkrótce potem dostał czegoś w rodzaju ataku. Jego umysł uległ zamroczeniu. - Pan Tope, nie spuszczając oczu z wielebnego Crisparkle'a, wyrzuca z siebie to słowo tak, jakby chciał zwrócić uwagę, by go poprawić. - A ten rodzaj zamroczenia i zawrót głowy były tak straszne, że w życiu jeszcze czegoś takiego nie widziałem; chociaż on sam szczególnie się tym nie przejął. Niemniej trochę wody i czasu sprawiło, że zamroczenie minęło. - Pan Tope powtarza to słowo z naciskiem, jakby chciał powiedzieć: "Jak już raz mi się udało, to i drugi raz się uda".
- A więc przed pójściem do domu pan Jasper zupełnie doszedł do siebie? - pyta dziekan.
- Wasza wielebność, on poszedł do domu zupełnie zdrów. Po deszczu zrobiło się dość chłodno, więc cieszę się, że rozpalił w kominku. Dziś po południu w katedrze czuło się wilgoć, a on się bardzo trząsł.
Cała trójka patrzy w stronę starego kamiennego domu zamykającego podwórzec katedry, w którym znajduje się sklepiona lukiem brama.
W oknie z szybkami w drobnej kratownicy ramek widać połyskujące światło ognia, które żwawo przebija się przez gęstniejący mrok. Ogień pogrąża teraz w głębokim cieniu zbitą masę zwisającego bluszczu i pnączy okrywających frontową ścianę budynku. Tych, którzy stoją w oddali, przenika dreszcz. Kiedy głęboki dźwięk dzwonu katedry wybija godzinę, ten dostojny dźwięk niby echo rozlega się w grobowcu i w wieży, przewala się poprzez zniszczone nisze, aby w końcu odbić się o pomnik bez głowy i otaczające dziedziniec budynki.
- Czy u pana Jaspera jest jego siostrzeniec? - pyta dziekan.
- Nie, proszę księdza - odpowiada kościelny - ale spodziewa się jego przybycia. Pomiędzy tymi dwoma oknami widać tylko jeden samotny cień; tam, pomiędzy tym od naszej strony i tym, które wychodzi na High Street. Właśnie zaciąga zasłony.
- No tak, tak - rzuca od niechcenia dziekan, jak intruz wkraczający innym w dyskusję. - Mam nadzieję, że pan Jasper nie przywiązał się za bardzo do swego siostrzeńca. Nasze uczucia, choćby nawet chwalebne, nigdy nie powinny panować nad nami w tym przemijającym świecie; przeciwnie, to my powinniśmy nimi kierować. Słysząc te dzwony, z przyjemnością myślę o zbliżającej się kolacji. Może zechce pan, panie Crisparkle, przed pójściem do domu zajrzeć do Jaspera?
- Oczywiście, księże dziekanie. Czy oznajmić mu, że ksiądz był łaskaw zainteresować się jego stanem zdrowia?
- Tak, tak... zrób pan to, zrób. Oczywiście. Chciałbym wiedzieć, jaki jest stan jego zdrowia. Ze wszech miar życzę sobie wiedzieć, jakże się teraz miewa.
Z wyrazem zadowolenia na twarzy ksiądz dziekan przekrzywia swój osobliwy kapelusz o tyle, o ile to uchodzi dziekanowi, gdy jest w dobrym nastroju, i kieruje swe kroki w stronę promieniującej ciepłem jadalni przytulnego starego domu z czerwonej cegły, obecnie stanowiącego "rezydencję" zarówno dla niego, jak i jego żony i córki.
Pan Crisparkle, kanonik mniejszy, rumiany blondyn, nieustannie rzuca się głową naprzód w wielką, głęboką, bieżącą miejscową wodę. Pan Crisparkle, kanonik mniejszy... to ranny ptaszek - jest muzykalny, klasyczny, wesoły, uprzejmy, pogodnego usposobienia, towarzyski, zadowolony z życia, bardzo chłopięcy; pan Crisparkle, kanonik mniejszy i dobry człowiek, awansowany przez swego mecenasa (z wdzięczności za dobrze wykształconego syna) do obecnie zajmowanego stanowiska na polu działalności chrześcijańskiej, pełni ostatnio funkcję przewodnika na głównych szlakach pogaństwa. W drodze na podwieczorek rusza w stronę domu z bramą.
- Z przykrością usłyszałem, jak Tope mówił, że nie czujesz się dobrze, Jasper.
- Och, to nic takiego, nic takiego!
- Wyglądasz na trochę zmęczonego.
- Ja? O, nie sądzę. A co więcej, wcale tak się nie czuję. Podejrzewam, że Tope mocno przesadza. Jak wiesz, on lubi przesadzać we wszystkim, co dotyczy katedry.
- Mogę zatem przekazać księdzu dziekanowi, przed chwilą z nim się rozstałem, że miewasz się już dobrze?
Odpowiedź nadchodzi z nikłym uśmiechem:
- Czuję się zupełnie normalnie; przekaż też księdzu dziekanowi wyrazy uszanowania i podziękowania.
- Cieszę się, że spodziewasz się młodego Drooda.
- Tak, oczekuję tego drogiego młodzieńca w każdej chwili.
- Ach! On może ci pomóc bardziej, Jasper, niż jakikolwiek lekarz.
- On mi więcej pomoże niż tuzin lekarzy. Szczerze bowiem kocham tego chłopca, a nie lubię lekarzy i tych ich metod leczenia.
Pan Jasper to brunet około czterdziestu sześciu lat, z bujnymi, połyskującymi, dobrze ułożonymi, czarnymi włosami i bokobrodami. Wygląda na starszego niż jest, jak to często bywa u brunetów. Ma głęboki, miły głos, ładną twarz i zgrabną figurę, ale w zachowaniu jest może nazbyt poważny. Jego pokój również odznacza się nadmiarem powagi, a nawet ponurości, i ma to może wpływ na sposób jego zachowania. Większa część tego pokoju pogrążona jest w mroku. Nawet gdy słońce jasno świeci, jego promienie rzadko padają na duże pianino, na nuty na podstawce lub półki z książkami, czy też na wiszący nad kominkiem nie dokończony portret dziewczyny w kwiecie wieku; jej opadające na ramiona kasztanowe włosy opasuje błękitna wstążka, olśniewa urodą z tym dziewczęcym, niemal dziecinnym wyrazem rozkapryszenia na twarzy, oddanym w tak zabawny sposób. (Portret nie ma najmniejszej wartości artystycznej, to zwykły kicz, ale widać wyraźnie, że malarz dał w nim wyraz swemu rozbawieniu - można nawet złośliwie twierdzić, że ukazał styl samej modelki.)
- Będzie nam ciebie dziś wieczorem brakować, Jasper, na naszej Muzycznej Środzie, ale z pewnością lepiej jeśli zostaniesz w domu. Dobranoc! Niech cię Bóg ma w swojej opiece! Powiedzcież mi pasterze, po-o-wiedzcie mi, p-owiedzcie mi-i-i, czy widzieliście (czy widzieliście, czy widzieliście, czy widzieliście) przechodzącą tędy mo-o-o-ją Flo-o-o-orę?! - Muzykalny kanonik mniejszy, wielebny Septimus Crisparkle, w ten oto sposób wyraża siebie na zewnątrz poprzez muzyczny rytm; jego miła twarz znika wkrótce za drzwiami, a on sam oddala się po schodach.
U podnóża schodów słychać głos witającego się z kimś wielebnego Septimusa. Pan Jasper nadsłuchuje, zrywa się z krzesła i chwytając w ramiona młodego człowieka, wykrzykuje:
- Drogi Edwinie!
- Drogi Jacku! Jakże się cieszę, że cię widzę!
- Zdejmij płaszcz, kochany chłopcze, i siadaj w swoim ulubionym kącie. Nie przemoczyłeś nóg? Ściągnij buty. No, dalej, ściągaj buty.
- Ależ, drogi Jacku, jestem suchy jak pieprz. Kochany, nie rozczulaj się tak nade mną. Nie znoszę niepotrzebnego rozczulania się.
Kiedy wybuch jego entuzjastycznych uczuć zostaje w ten niezbyt uprzejmy sposób pohamowany, Jasper, nieruchomiejąc, przygląda się z uwagą, jak młodzieniec pozbywa się płaszcza, kapelusza, rękawiczek i tak dalej. Od tej chwili na twarzy Jaspera maluje się wyraz napiętej uwagi. Pochłaniająca go, naznaczona wyczekiwaniem, czujna i zarazem pełna oddania miłość pojawia się na niej zawsze wtedy, gdy Jasper odwraca się w jego stronę. I kiedykolwiek jego twarz zwraca się ku niemu, przy tej i wszystkich innych okazjach, nigdy nie wyraża powątpiewania lub roztargnienia - zawsze jest skupiona.
- No, Jack, teraz już wszystko w porządku, mogę zasiąść w moim kąciku. Będzie jakaś kolacyjka?
Pan Jasper otwiera drzwi po drugiej stronie pokoju, ukazując następny, mniejszy, przyjemnie oświetlony i odpowiednio przygotowany pokój, w którym schludna kobieta właśnie nakrywa do stołu.
- Wspaniały staruszek Jack! - wykrzykuje młodzieniec, klaszcząc w dłonie. - Ale, ale, Jack, powiedz, czyje to dziś mamy urodziny?
- W każdym razie ja wiem, że nie twoje - odpowiada Jasper, zastanawiając się przez chwilę.
- Ty wiesz, że nie moje? No oczywiście, przecież ja też wiem, że nie moje! To urodziny Kici!
Skupione na młodzieńcu uważne spojrzenie ma jakąś dziwną właściwość - potrafi skoncentrować się jednocześnie na szkicu wiszącym nad gzymsem kominka.
- To urodziny Kici, Jack! Musimy wypić jej zdrowie. Chodź, wuju, i prowadź swego posłusznego i zgłodniałego siostrzeńca do stołu.
Kiedy chłopiec (bo przecież jest jeszcze prawie chłopcem) kładzie rękę na ramieniu Jaspera, ten serdecznie i radośnie kładzie swoją na jego ramieniu i marszowym krokiem udają się na kolację.
- O mój Boże! To przecież pani Tope! - woła chłopiec. - Piękniejsza niż zwykle!
- Proszę przestać, paniczu Edwinie - gani go żona kościelnego. - Sama potrafię o siebie zadbać.
- Na pewno nie, jest pani zbyt ładna. Całusek z okazji urodzin Kici.
- Dałabym panu Kicię, młodzieńcze, gdybym była Kicią, jak ją pan nazywa - odpowiada pani Tope, rumieniąc się po takim powitaniu. - Wszystko przez to, że pański wuj zbytnio się panem przejmuje. Tak pana rozpuścił, że według mnie wyobraża pan sobie, iż na skinienie palca zbiegłoby się do pana tuzin takich jak Kicia.
- Zapomina pani, pani Tope - wtrąca Jasper, siadając z uprzejmym uśmiechem przy stole - i ty, Ned, też zapominasz, że słowa "wuj" i "siostrzeniec" są, za ogólną zgodą, zakazane w tym miejscu. Podziękujmy Bogu za Jego dary!
- Jakby to powiedział sam ksiądz dziekan! Świadkiem Edwin Drood! Jack, proszę cię, zacznij kroić pieczeń, bo ja nie potrafię.
Po tym wstępie podano kolację. Podczas jedzenia mówiono niewiele lub wcale. Wkrótce zniknął obrus i na stole pojawiło się naczynie z włoskimi orzechami oraz karafka z ciemną sherry.
- No wiesz, Jack! Powiedz mi - zagaduje młodzieniec - czy naprawdę szczerze uważasz, że może nas dzielić podkreślanie naszego pokrewieństwa? Bo ja tak nie uważam.
- Ned, wujowie z reguły są o tyle starsi od siostrzeńców - brzmi odpowiedź - że czują to instynktownie.
- Z reguły! Ach, być może! Ale co to za różnica - około sześciu lat? Niektórzy wujowie w licznych rodzinach bywają młodsi od siostrzeńców. Do licha, chciałbym, aby tak było w naszym wypadku.
- Dlaczego?
- Bo gdyby tak było, to ja pouczałbym ciebie, Jack, i byłbym tak mądry jak nudna Troska - niech przepadnie! - która sprawia, że młodzieniec siwieje; jak nudna Troska - niech przepadnie! - która sprawia, że starzec zmienia się w proch...
Hej, Jack! Nie pij jeszcze.
- Dlaczego?
- I on w dniu urodzin Kici pyta, dlaczego ma nie pić! Przecież jeszcze nie wzniesiono z tej okazji toastu. Kicia, Jacku, niech nam żyje i niech się weseli! - Kładąc rękę na wyciągniętej dłoni chłopca, tak jakby to była jego głowa, w której zaszumiało i jego beztroskie, wesołe serce, pan Jasper w milczeniu spełnia toast. - Hip, hip, hip, dziewięć razy po dziewięć i jeszcze raz na koniec! Hura, hura, hura! A teraz, Jack, porozmawiajmy trochę o Kici. Masz dwa dziadki do orzechów? Daj mi jeden, a sobie weź drugi. - Chrup. - Jak Kicia sobie radzi, Jack?
- Z muzyką? Całkiem nieźle.
- Strasznie z ciebie sumienny koleżka, Jack. Jednak już ja cię znam, niech cię Bóg ma w swojej opiece! Nie uważa, czy tak?
- Jeżeli zechce, wszystkiego potrafi się nauczyć.
- Jeżeli zechce! Zgadza się. A jeżeli nie zechce? - Chrup! - rozlega się od strony pana Jaspera. - Jack, jak ona teraz wygląda?
Kiedy pan Jasper odpowiada, jego skupiony wzrok znowu kieruje się na portret.
- Jest bardzo podobna do twojego szkicu.
- W pewnym sensie. Jestem z niego dumny - odpowiada młodzieniec, spoglądając z zadowoleniem na szkic. Potem mrużąc jedno oko i patrząc na portret z lepszej perspektywy ponad uniesionymi w powietrzu niczym most dwoma dziadkami do orzechów, dodaje: - Jak na szkic z pamięci... jest całkiem niezły. Nic dziwnego, że uchwyciłem właściwy wyraz twarzy, bowiem dość często taki właśnie widuję.
Chrup! - dobiega od strony Edwina Drooda.
Chrup! - rozlega się od strony pana Jaspera.
- Tak naprawdę - podejmuje z wyrazem rozbawienia pierwszy, po milczącym gmeraniu w łupinach orzechów - zawsze go widuję, kiedy się spotykam z Kicią. Jeżeli nie odnajduję na jej twarzy tego wyrazu, to zostawiam go na niej, odchodząc... Wiesz, że tak jest, panno Przemądrzała Śmieszko - macha dziadkiem do orzechów w stronę portretu.
Chrup, chrup, chrup - powoli od strony pana Jaspera.
Chrup! - ostro od strony Edwina Drooda.
Cisza po obu stronach.
- Zapomniałeś języka, Jack?
- A ty odnalazłeś swój, Ned?
- Nie, ale doprawdy... Czy to nie jest, no wiesz, mimo wszystko...
Pan Jasper unosi pytająco ciemne brwi.
- Czy to nie kłopotliwe, gdy w tego rodzaju sprawie jest się pozbawionym możliwości wyboru? Pomyśl, Jack! Mówię ci, że gdybym miał wybierać spośród wszystkich dziewcząt na tym świecie, wybrałbym Kicię.
- Ale nie musisz wybierać.
- Właśnie. Dlatego narzekam. Mój nieboszczyk ojciec i zmarły ojciec Kici nie powinni byli nas swatać. Dlaczego, do diabła - chciałbym zapytać, gdyby nie obrażało to ich pamięci - nie zostawili nas w spokoju?
- No, no, drogi chłopcze - przerywa pan Jasper tonem łagodnej nagany.
- No, no? Ach, Jack, tobie dobrze tak mówić. Ty to wszystko przyjmujesz lekko. Twoje życie nie zostało dokładnie wyznaczone, wytyczone i zaplanowane, niczym jakiś projekt architektoniczny. Ciebie nie dręczy podejrzenie, że się komuś narzucasz, ani nikt nie podejrzewa, że może się narzucać tobie. Ty możesz wybierać. Twoje życie jest jak owoc w naturalnym kolorze, który nie został wytworzony sztucznie, specjalnie dla ciebie...
- Nie przerywaj, drogi chłopcze. Mów dalej.
- Zraniłem twoje uczucia, Jack?
- Dlaczego miałbyś je zranić?
- Wielkie nieba, Jack, wyglądasz jakbyś był bardzo chory! Widzę, jak ci oczy zachodzą mgłą.
Jasper z wymuszonym uśmiechem wyciąga prawą rękę, jakby pragnąc go tym gestem uspokoić, a jednocześnie zyskać na czasie, aby dojść do siebie. Po chwili mówi słabym głosem:
- Brałem opium dla uśmierzenia bólu...
Strasznego bólu... który czasem mnie atakuje. Skutki stosowania tego lekarstwa nachodzą mnie jak jakaś mgła lub chmura, a potem mijają. Właśnie jesteś świadkiem, że mijają; to zaraz przejdzie. Przeminą szybciej, jeżeli nie będziesz zwracał na nie uwagi.
Przestraszony młodzieniec spuszcza wzrok, patrząc na popiół w kominku. Starszy mężczyzna nie koi oczu widokiem ognia, ale kurczowo zaciska dłonie na poręczach krzesła, siedzi przez jakiś czas nieruchomo, a potem - z kroplami potu na czole, głęboko zaczerpnąwszy powietrza - wraca do siebie. I kiedy wreszcie opada na oparcie krzesła, siostrzeniec delikatnie i cierpliwie pomaga mu, aż w końcu zupełnie wraca do poprzedniego stanu. Kiedy Jasper odzyskuje pełną przytomność, kładzie łagodnie rękę na ramieniu siostrzeńca i głosem spokojniejszym niż treść wypowiedzianych słów - a nawet w pewnym sensie żartobliwie - zwraca się do niego:
- Powiadają, że w każdym domu gdzieś kryje się szkielet, a ty, mój drogi Nedzie, myślałeś, że w moim nie ma żadnego.
- Jako żywo, Jack, tak myślałem. Jednak kiedy sobie wyobrażę, że nawet w domu Kici... jeżeli ona będzie go miała... I w moim... jeżeli ja będę go miał...
- Chciałeś powiedzieć (mimo woli nie mogłem się opanować, żeby ci nie przerwać), że prowadzę tu w pewien sposób spokojne życie. Wokół mnie nie ma żadnego zamętu ani hałasu. Żadnych interesów, żadnych kalkulacji lub ryzyka, zmian miejsca... Jestem oddany uprawianej sztuce, a praca stanowi dla mnie przyjemność.
- Rzeczywiście, chciałem powiedzieć coś w tym rodzaju, Jack, ale widzisz, ty, jeśli już mówimy o tobie, prawie zawsze opuszczasz wiele z tego, co ja chciałbym powiedzieć. Na przykład podkreśliłbym, że jesteś bardzo poważny jako świecki kantor albo jako świecki członek kapituły, czy jak to zwą, tej katedry; że cieszysz się sławą dokonywania cudów z tutejszym chórem; że sam dobierasz sobie towarzystwo; że dana ci jest niezwykle niezależna pozycja w tym dziwnym starym miejscu... Podkreśliłbym też twój talent nauczyciela (no cóż, nawet Kicia, która nie lubi się uczyć, zawsze mówi, że nigdy jeszcze nie miała takiego nauczyciela!) i twoje koneksje.
- Tak... domyślałem się, że do czego zmierzasz. Ale nie znoszę tego wszystkiego.
- Nie znosisz, Jack? - pyta wielce zdumiony Edwin.
- Tak, nie znoszę tego. Wyczerpuje mnie ta krępująco monotonna egzystencja. A jak według ciebie brzmi nasz chór?
- Pięknie! Wprost niebiańsko!
- Według mnie często brzmi wprost szatańsko. Jestem już tym znużony. Echo mojego własnego głosu pod łukami sklepień zdaje się szydzić z mojej codziennej harówki. Żaden nieszczęsny mnich, który przede mną strawił życie w tym ponurym miejscu, nie był nim bardziej znużony niż ja. On mógł tu znaleźć wytchnienie, co czynił często, rzeźbiąc jakieś demony w stallach, na ławkach i pulpitach. A co ja mam robić? Czy mam rzeźbić demony we własnym sercu?
- A ja byłem pewien, że znalazłeś sobie zaciszną niszę w życiu, Jack - odpowiada Edwin zdumiony, patrząc na niego z niepokojem i pochylając się na krześle, aby współczująco położyć rękę na kolanie Jaspera.
- Wiem, że byłeś o tym przekonany. Wszyscy tak myślą.
- No cóż, chyba tak - mówi Edwin, głośno myśląc. - Kicia też tak uważa.
- Kiedy ci to powiedziała?
- Ostatnim razem, gdy tu byłem. Pamiętasz kiedy. Przed trzema miesiącami.
- Jak to ujęła?
- O, powiedziała tylko, że została twoją uczennicą i że jesteś stworzony do swego powołania.
Młodzieniec rzuca okiem na portret. Nie umyka to uwagi starszego.
- W każdym razie, drogi Nedzie - kontynuuje Jasper, potrząsając głową z uroczystą radością - ja muszę się dostosować do mego powołania, co pozornie sprowadza się do tego samego. Teraz już za późno zmieniać zawód. Ale to tak między nami.
- Będę strzegł tej tajemnicy, Jack.
- Zawierzyłem ci, ponieważ...
- Zapewniam cię, że rozumiem, o co ci chodzi. Ponieważ jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i ponieważ kochasz mnie i ufasz tak, jak ja ciebie kocham i tobie ufam. Podaj mi ręce, Jack.
I stoją tak, patrzą sobie w oczy, a wuj, trzymając przez chwile ręce siostrzeńca w swoich dłoniach, odzywa się:
- Teraz chyba już wiesz, że nawet biednego, nudnego chórzystę i zaharowanego muzyka może w jego niszy nękać jakaś dziwaczna ambicja, jakieś aspiracje, niepokoje, niezadowolenia, sam doprawdy nie wiem, jak moglibyśmy to nazwać.
- Tak, wiem, drogi Jacku.
- I będziesz o tym pamiętał?
- Drogi Jacku, mogę cię tylko zapytać, czy potrafiłbym zapomnieć o tym, co mi powiedziałeś z głębi serca?
- Zatem przyjmij to jako ostrzeżenie.
Uwalniając ręce i postępując krok do tyłu, Edwin przez chwilę zastanawia się nad znaczeniem ostatnich słów, po czym mówi wzruszony:
- Obawiam się, że może jestem zbyt powierzchowny, Jack, i że mój umysł nie należy do najbystrzejszych. Jednak nie potrzebuję się tłumaczyć moją młodością i być może w miarę jak będę się starzał, nie stanę się gorszy. W każdym razie mam nadzieję, że w jakimś stopniu wniknęło to we mnie i czuję, głęboko czuję, bezinteresowność twego bolesnego uzewnętrznienia, traktując je jako coś w rodzaju ostrzeżenia. - Twarz i cała postać pana Jaspera są tak cudownie nieruchome, że wydaje się, iż przestał oddychać.
- Jack, nie mógłbym nie dostrzec, ile cię to kosztowało, jak bardzo jesteś poruszony i jak bardzo twój obecny stan różni się od poprzedniego, normalnego stanu. Oczywiście wiedziałem, że bardzo mnie lubisz, ale nie byłem przygotowany na to, że uczynisz dla mnie aż tak osobistą ofiarę, jeśli wolno mi to w ten sposób określić.
Pan Jasper znowu staje się normalnie oddychającym człowiekiem, bez przejściowego stanu pomiędzy dwoma krańcowo różnymi stanami, unosi ramiona, śmieje się i macha prawą ręką.
- Nie, nie, nie zmieniaj nastroju, Jack, nie rób tego, proszę. Ja jestem zupełnie poważny. Nie mam wątpliwości, że temu niezdrowemu stanowi umysłu, który z tak wzruszającą mocą opisałeś, towarzyszy jakieś prawdziwe, trudne do zniesienia cierpienie. Pragnę cię jednak uspokoić, że nie ma szans, aby coś podobnego groziło mnie. Nie sądzę, aby to mogło nastąpić. Jak wiesz, za kilka miesięcy, mniej niż za rok, zabiorę Kicię ze szkoły jako panią Drood. Potem zajmę się inżynierią na Wschodzie, a Kicia będzie tam ze mną. I chociaż zdarzają się obecnie drobne sprzeczki wywołane tą oczywistą nudą towarzyszącą naszemu romansowi, ponieważ finał został już przecież ustalony, to jednak nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że gdy nadejdzie czas, wszystko doskonale się ułoży i nie będzie już można nic zmienić. Krótko mówiąc, Jack, aby powrócić do słów starej piosenki, jaką swawolnie śpiewałem przy kolacji (a któż lepiej od ciebie zna te stare piosenki?) moja żona będzie tańczyć, a ja, wesoło się bawiąc, będę śpiewał. Kicia niewątpliwie jest piękna... A jeżeli do tego będziesz grzeczna, Zuchwała Panienko - znowu zwraca się do portretu - wtedy spalę tę twoją śmieszną podobiznę i namaluję twemu nauczycielowi muzyki inny portret.
Pan Jasper podpiera podbródek z wyrazem dobrotliwego zamyślenia na twarzy i uważnie obserwuje wszystkie towarzyszące tym słowom ruchy i spojrzenia. Słuchając, pozostaje w tej samej pozie, jakby zafascynowany tak bardzo przez siebie ukochanym młodzieńczym entuzjazmem. Potem odzywa się z łagodnym uśmiechem:
- A zatem nie przyjmujesz mojego ostrzeżenia?
- Nie, Jack.
- Nie pozwolisz się ostrzec?
- Nie, Jack, nie przez ciebie. Poza tym nie sądzę, aby groziło mi jakieś niebezpieczeństwo. Nie lubię stawiać siebie w tego rodzaju sytuacji.
- Pójdziemy się przejść po cmentarzu?
- Z chęcią. Nie masz nic przeciwko temu, abym na chwilkę wskoczył do Domu Zakonnic i zostawił tam paczkę? To tylko rękawiczki dla Kici; tyle par, ile dziś kończy lat. Poetyckie, prawda, Jack?
Pan Jasper, nie zmieniając pozy, mruczy:
- Trudno wyobrazić sobie coś bardziej rozczulającego, Ned.
- O tu, w płaszczu, mam tę paczkę. Muszę ją dostarczyć dzisiaj, inaczej bowiem przepadnie cała poezja. Regulamin nie pozwala, abym o tej porze tam wchodził, ale paczkę mogę zostawić. Jestem gotów, Jack!
Pan Jasper wstaje i wychodzą razem.