Tajemnica Dworu Helmersbruk - Eva Frantz

Kup ebooka

43.00 zł
35.69 zł (36,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału: Hem­li­ghe­ten i Hel­mers­bruk
Text ? Eva Frantz 2021 Il­lu­stra­tions ? Elin Sand­ström Pu­bli­shed ori­gi­nally in Swe­dish by Bon­nier Carl­sen and Schildts & Söder­ströms. Pu­bli­shed by agre­ement with Hel­sinki Li­te­rary Agency and Book/Lab Li­te­rary Agency. ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Wid­no­krąg, Pia­seczno 2023
Prze­kład: Agata Te­pe­rek
Re­dak­torka pro­wa­dząca: Anna No­wacka-De­vil­lard
Re­dak­cja i ko­rekta: Agnieszka Ha­łu­biec
Skład i ła­ma­nie wer­sji pol­skiej: Ma­ria Gro­mek
Opieka pro­duk­cyjna: Mul­ti­print Jo­anna Da­nie­luk
Wy­da­nie I
Sfi­nan­so­wane ze środ­ków UE. Wy­ra­żone po­glądy i opi­nie są je­dy­nie opi­niami au­tora lub au­to­rów i nie­ko­niecz­nie od­zwier­cie­dlają po­glądy i opi­nie Unii Eu­ro­pej­skiej lub Eu­ro­pej­skiej Agen­cji Wy­ko­naw­czej ds. Edu­ka­cji i Kul­tury (EACEA). Unia Eu­ro­pej­ska ani EACEA nie po­no­szą za nie od­po­wie­dzial­no­ści.
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury - pań­stwo­wego fun­du­szu ce­lo­wego. Książka wy­dana w ra­mach pro­jektu "Książki nio­sące na­dzieję"
ISBN 978-83-967960-9-7
Wy­daw­nic­two WID­NO­KRĄG www.wy­daw­nic­two-wid­no­krag.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Pierw­szego grud­nia wy­ru­szyły nad mo­rze. Flora za­wczasu za­pi­sała na czer­wono w ka­len­da­rzu w kuchni: Do Hel­mers­bruk!!! Wy­glą­dało to za­ra­zem od­święt­nie i nieco wście­kle.

Nikt roz­sądny nie jeź­dzi nad mo­rze w środku zimy. Cały sens ta­kich wy­jaz­dów po­lega na tym, że można się pod­czas nich ką­pać, ba­wić na pia­sku i opa­lić so­bie nogi. Mama jed­nak ani tro­chę na to nie zwa­żała. Była świę­cie prze­ko­nana, że mie­siąc nad mo­rzem jest do­kład­nie tym, czego im - Flo­rze i jej - wła­śnie trzeba.

W miej­sce pa­ra­sola sło­necz­nego i stro­jów ką­pie­lo­wych za­pa­ko­wały naj­grub­sze swe­try, weł­niane skar­pety i zi­mowce. Flora miała też wziąć ze sobą pod­ręcz­niki. Na­uczy­cielka dała jej długą li­stę za­dań do wy­ko­na­nia przed świę­tami. Sporo z nich Flora zro­biła jesz­cze w domu, za­nim gdzie­kol­wiek po­je­chały. Na­uka szła jej jak z płatka, je­śli tylko mo­gła przy­siąść do lek­cji w spo­koju i nikt nie rzu­cał w nią ka­wał­kami chrup­kiego pie­czywa, które wpla­tały się jej we włosy, ani nie prze­zy­wał jej Za­smar­kaną Florą.

Mama spa­ko­wała po­ma­rań­czową ma­szynę do pi­sa­nia. Za­mie­rzała pra­co­wać nad ko­lejną książką, kiedy Flora bę­dzie się uczyć. Wie­czo­rami miały pa­lić w ko­minku, jeść ka­napki z kieł­basą i grać w karty, tak w każ­dym ra­zie obie­cy­wała mama.

Je­dze­nie ka­na­pek i pa­le­nie w ko­minku za­po­wia­dało się cał­kiem przy­jem­nie, Flory jed­nak nie opusz­czały wąt­pli­wo­ści. Ma­mie cza­sem coś dziw­nego po­tra­fiło strze­lić do głowy, a te­raz, gdy nie było z nimi taty, który mógłby po­skro­mić jej naj­bar­dziej sza­lone po­my­sły, Flo­rze nie po­zo­sta­wało nic in­nego, jak się temu pod­dać. Cie­szyło ją, że nie bę­dzie mu­siała przy­naj­mniej cho­dzić do szkoły, tylko dla­czego mu­szą wy­bie­rać się aż tak da­leko?

Kiedy wy­sia­dły z au­to­busu, Florę ogar­nęły jesz­cze więk­sze wąt­pli­wo­ści. Hel­mers­bruk? Co to w ogóle za miej­sce? Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, wszę­dzie ciemno i po­nuro. Po od­jeź­dzie au­to­busu ni­g­dzie nie było wi­dać ży­wego du­cha, mimo że znaj­do­wały się po­dobno w cen­trum ma­łego mia­steczka.

- Wszy­scy pew­nie sie­dzą u sie­bie w do­mach i je­dzą ko­la­cję - za­pew­niła ją mama. - Chodź, pój­dziemy do sie­bie.

- Czy to da­leko? - stęk­nęła Flora.

Jej ple­cak wa­żył tonę, a jakby tego było mało, w jed­nej ręce miała dużą siatkę z po­ścielą, a w dru­giej torbę z ubra­niami.

- Nie, rzut be­re­tem - od­parła mama, ale jej głos zdra­dzał, że sama nie ma bla­dego po­ję­cia.

Kiedy tak wle­kły się przed sie­bie, Flora od­nio­sła wra­że­nie, że po­chła­nia je gę­sta, lepka mgła. Za­częło zmierz­chać i pa­lące się la­tar­nie wy­glą­dały jak uno­szące się nad zie­mią, wiel­kie, pa­skudne świe­tliki. Na do­miar złego po pew­nym cza­sie za­częło kro­pić.

Szły i szły. Flo­rze za­częło bra­ko­wać sił w no­gach, a cięż­kie to­bołki wży­nały się jej w ręce do tego stop­nia, że po­zo­sta­wiały na nich za­głę­bie­nia. Flora z tru­dem się ha­mo­wała, żeby w kółko nie py­tać mamy: "da­leko jesz­cze?", jak to ro­bią małe dzieci.

La­tar­nie za­bar­wiały drogę na po­ma­rań­czowo, poza tym wszystko było tu­taj ską­pane w mroku. Cza­sem Flo­rze wy­da­wało się, że po pra­wej stro­nie drogi do­strzega po­je­dyn­cze świa­tła. Może domy? Ża­den z nich nie był jed­nak tym, do któ­rego zmie­rzały.

- Mu­szę chwilę od­po­cząć - wy­bą­kała i po­sta­wiła ekwi­pu­nek na ziemi.

Do­okoła sły­chać było ci­che dud­nie­nie i Flora zo­rien­to­wała się, że stoi na mo­ście. Po obu jego stro­nach znaj­do­wała się ba­rierka, ale gdzieś da­leko w dole ki­piała woda. Flora za­sta­na­wiała się, jak wy­soki może być w za­sa­dzie ten most.

Zo­sta­wiła ba­gaże i po­de­szła do ba­rierki, żeby przez nią wyj­rzeć.

Nic, tylko ciem­ność, Flo­rze nie udało się na­wet doj­rzeć wody. Może stała nad bar­dzo głę­boką prze­pa­ścią?

Szybko ru­szyła, żeby do­go­nić mamę.

- Za­raz po­win­ny­śmy być na miej­scu - po­wie­działa mama, ale nie prze­ko­nała tym ani Flory, ani na­wet sie­bie.

Za mo­stem la­tar­nie były rza­dziej usta­wione, mię­dzy nimi le­d­wie dało się zo­ba­czyć wła­sne stopy. Flora do­my­ślała się jed­nak, że mu­szą być bli­sko mo­rza, bo za­częło po­rząd­nie wiać, a po­wie­trze pach­niało solą i zgni­li­zną.

Mama rap­tow­nie się za­trzy­mała i za­wo­łała:

- Po­patrz, Pas­sa­dva?gen! Mu­simy być już nie­da­leko.

Na­zwa ulicy wid­niała na ta­bliczce za­wie­szo­nej na wy­so­kim ce­gla­nym mu­rze. Przez chwilę szły wzdłuż ogro­dze­nia, po czym zo­ba­czyły do­mek - mały i bar­dzo stary. Po­nie­waż także był zbu­do­wany z ce­gły, nie­mal zle­wał się z ogro­dze­niem.

- Tu mamy miesz­kać? - wy­rwało się Flo­rze.

- Tak mi się wy­daje.

- Jak w ogóle do­sta­niemy się do środka?

- Tam da­lej jest furtka. Chodź, bo za­raz za­mar­znę!

Mama chwy­ciła klamkę nie­wiel­kiej furtki. Naj­pierw spró­bo­wała ją po­cią­gnąć do sie­bie, po­tem pchnąć. Furtka ani drgnęła.

- A niech mnie, co jest do ja­snej cia­snej? - wy­dy­szała.

- Może ja spró­buję?

- Pro­szę cię bar­dzo, mu­siała naj­wy­raź­niej za­rdze­wieć albo coś.

Mama prze­su­nęła się na bok, a Flora chwy­ciła za klamkę.

Furtka otwo­rzyła się z de­li­kat­nym skrzyp­nię­ciem, jakby nie­mal mó­wiła "ha-haa".

Mama par­sk­nęła śmie­chem.

- Jak to zro­bi­łaś?

- Po pro­stu ją po­cią­gnę­łam. Nie mu­sia­łam jej na­wet mocno szar­pać. Ale już chodźmy.

We­szły przez furtkę i okrą­żyły dom. Zna­la­zły nie­wiel­kie schodki pro­wa­dzące do drzwi.

- Może za­pu­kamy? - spy­tała mama.

- No co ty!

Flora nie miała wcale za­miaru pry­chać, ale oka­zało się to sil­niej­sze od niej.

Co też ta mama znów wy­my­śliła? Było tu ciemno, zimno i pa­skud­nie, a dom wy­da­wał się do tego... no cóż, jakby to ująć, po­twor­nie sa­motny. Ema­no­wał od niego smu­tek. Po­waż­nie będą tu miesz­kały cały mie­siąc? W ta­kim ma­łym przy­gnę­bia­ją­cym domku po­śród ogrom­nej, spo­wi­ja­ją­cej wszystko ciem­no­ści?

Kiedy jed­nak drzwi się otwo­rzyły, z wnę­trza domu wy­lało się na schody cie­płe świa­tło. W progu stał ja­kiś męż­czy­zna. Wy­da­wał się po­ważny, ale ani tro­chę nie spra­wiał groź­nego wra­że­nia.

- Ach, tak. No pro­szę - po­wie­dział z za­my­śloną miną.

"Dość oso­bliwy spo­sób po­wi­ta­nia", prze­mknęło przez myśl Flo­rze. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej na­tu­ralne zda­wa­łoby się "Za­pra­szam!" albo "Do­tar­ły­ście bez pro­blemu?". Męż­czy­zna dał znak ręką, żeby we­szły, po czym przy­glą­dał im się za­cie­ka­wiony, kiedy dźwi­gały rze­czy po schod­kach.

Był mały jak na do­ro­słego męż­czy­znę, niż­szy od Flory, cho­ciaż ona miała za­le­d­wie dwa­na­ście lat. Jego kę­dzie­rzawe ja­sne włosy ster­czały na wszyst­kie strony i miał błę­kitne oczy. Trudno było zgad­nąć, ile może mieć lat, ale na pewno był star­szy od mamy. Wy­glą­dał jak krzy­żówka dość po­nu­rego skrzata z wy­ro­śnię­tym dziec­kiem.

- Do­bry wie­czór! - za­wo­łała mama krę­pu­jąco gło­śno.

W domu było cie­pło i pach­niało in­ten­syw­nie, ale przy­jem­nie, tak jak to zwy­kle bywa, kiedy pali się w ko­minku. Z ze­wnątrz dom wy­glą­dał po­nuro, w środku był jed­nak przy­tulny.

Flora upu­ściła cięż­kie to­boły na pod­łogę w sieni i od­sap­nęła.

- Pada, jak wi­dzę - wy­mam­ro­tał męż­czy­zna i po­pa­trzył na ich prze­mo­czone ubra­nia. - Mam na­dzieję, że nie chwyci mróz i nie zrobi się śli­zga­wica.

Mama ścią­gnęła rę­ka­wiczkę i wy­cią­gnęła dłoń w kie­runku męż­czy­zny.

- Miło mi po­znać. To ja na­zy­wam się Linn Win­ter, a to jest Flora.

- Aha, tak. Fri­dolf. Miesz­kam obok.

Flora zdjęła buty i we­szła na pal­cach do ma­łego sa­lonu. Przed ko­min­kiem, w któ­rym trzesz­czał ogień, stały dwa fo­tele. To wła­śnie na nich będą sie­dzieć i za­ja­dać się ka­nap­kami z kieł­basą. Drzwi pro­wa­dziły z sa­lonu do kuchni z cy­try­no­wymi szaf­kami, a z przed­po­koju dało się wejść po scho­dach na pię­tro.

- Ach, ależ tu ład­nie - po­wie­działa mama.

Fri­dolf po­ki­wał głową z po­ważną miną.

- Taaa - przy­znał. - Za­wsze lu­bi­łem tę stró­żówkę.

- Stró­żówkę?

- Taaa. Cho­ciaż stróż nie jest tu dzi­siaj po­trzebny. Ja sam miesz­kam w pralni.

- Dla­czego mieszka pan w pralni? - zdzi­wiła się Flora.

- Eee, to nie jest już pral­nia, prze­bu­do­wa­łem ją na miesz­ka­nie. Stró­żówka była dla mnie za duża. Pral­nia oka­zała się w sam raz.

Flora za­wsze są­dziła, że pral­nie to ta­kie po­miesz­cze­nia, które ewen­tu­al­nie można spo­tkać w sta­rych blo­kach w piw­nicy. Miało to jed­nak sporo sensu, żeby ulo­ko­wać ją w od­dziel­nym bu­dynku.

- Jest tu­taj coś jesz­cze? - spy­tała.

- Taaa. Jest ga­raż i staj­nia. Kilka bu­dyn­ków go­spo­dar­czych i oran­że­ria, no i, rzecz ja­sna, dwór.

Flora aż pod­sko­czyła.

Dwór!

Mama nic nie mó­wiła o tym, że bę­dzie tu ja­kiś dwór!

Flora za­wsze uwiel­biała stare domy. Ma­rzyła o tym, żeby pew­nego dnia za­miesz­kać w ta­kim na­prawdę sta­rym z licz­nymi or­na­men­tami, za­miast ki­sić się w nud­nym miesz­ka­niu w du­żym mie­ście. Może kie­dyś jej się uda, je­śli trafi szóstkę w totka lub coś w tym stylu.

Wpraw­dzie stró­żówka też była stara, ale trudno uznać ją za im­po­nu­jącą. Flora miała na­dzieję, że dwór okaże się na­prawdę duży i piękny. Naj­chęt­niej od razu by tam po­bie­gła, żeby zo­ba­czyć go na wła­sne oczy, ale na ze­wnątrz było zbyt ciemno.

- Czy w tym dwo­rze ktoś mieszka? - spy­tała.

Fri­dolf po­krę­cił głową.

- Neee. W dwo­rze von Hiem­sów nikt już nie mieszka od do­brych pięć­dzie­się­ciu lat.

Fri­dolf znik­nął z mamą w kuchni. Mama gło­śno traj­ko­tała, a on mam­ro­tał coś o ru­rach z wodą i wen­ty­la­cji. "Nie wy­daje się szcze­gól­nie za­do­wo­lony z na­szej obec­no­ści - po­my­ślała Flora. - Po co więc wy­na­jął ten dom, skoro nie chce lo­ka­to­rów?". Za­ra­zem Flora uwa­żała za iry­tu­ją­cych lu­dzi peł­nych sztucz­no­ści, któ­rzy cały czas tylko się uśmie­chają. Z dwojga złego wo­lała już ma­łych i po­nu­rych, ale uprzej­mych, ni­skich dżen­tel­me­nów.

Wspięła się po scho­dach na pię­tro. Z nie­wiel­kiego przed­po­koju od­cho­dziły trzy pary drzwi, otwo­rzyła te naj­bli­żej scho­dów i we­szła do po­koju z ta­petą w kwiaty. W ką­cie stało sta­ro­modne łóżko z fi­ku­śną że­liwną ramą i nie­wielki sto­lik nocny. Pod oknem było biurko i krze­sło, a tuż przy wej­ściu duża, po­ma­lo­wana na biało szafa z lu­strem na drzwiach.

Po­mysł przy­jazdu do Hel­mers­bruk i spę­dze­nia mie­siąca nad mo­rzem za­czął wy­da­wać się jej nieco lep­szy. Za­wsze ma­rzyła o tym, żeby mieć na ścia­nach taką ta­petę. Po­do­bały jej się także białe ko­ron­kowe fi­ranki, na pierw­szy rzut oka rów­nież stare.

"Po­kój w sam raz dla Ani z Zie­lo­nego Wzgó­rza", po­my­ślała i po­ło­żyła czer­wony ple­cak na szy­deł­ko­wej na­rzu­cie. Na krze­sło rzu­ciła czapkę, długi sza­lik i kurtkę.

Po­de­szła do okna i wyj­rzała na po­dwó­rze, ma­jąc na­dzieję, że do­strzeże dwór, ale mimo że przy­warła no­sem do szyby, wi­działa tylko ciem­ność i wła­sne od­bi­cie.

Od­głosy do­bie­ga­jące z sieni wska­zy­wały na to, że Fri­dolf zbiera się do wyj­ścia.

- Te­raz bę­dzie­cie mu­siały ra­dzić so­bie same. Pu­kaj­cie, gdyby coś się działo. Cały czas je­stem w domu.

- Bar­dzo dzię­kuję - po­wie­działa mama.

Fri­dolf po­pa­trzył na Florę, która stała na scho­dach.

Na­gle wy­dał się jej zdzi­wiony. Wle­pił w nią swoje duże błę­kitne oczy wy­sta­jące spod krza­cza­stych brwi.

- Ależ to nie może być... - wy­mam­ro­tał pod no­sem, za­nim jed­nak Flora zdą­żyła go za­py­tać, co ta­kiego, Fri­dolf od­wró­cił się do jej mamy.

- No cóż. Bę­dzie wam tu do­brze. W tym domu miesz­kali po­rządni lu­dzie. Do­bro sie­dzi w ścia­nach. Czu­je­cie?

Te­raz znów po­pa­trzył na Florę.

- Tak - przy­znała Flora, bo na­prawdę wy­czu­wała tu­taj do­brą ener­gię.

Drzwi za­trza­snęły się za Fri­dol­fem z ło­sko­tem. Mama za­chi­cho­tała.

- Nie jest on może ra­do­sny jak skow­ro­nek, ale wy­daje się miły.

- Lu­bię go - od­parła Flora.

- Ja też. No i co po­wiesz, skar­bie? O domu i w ogóle.

- W po­rządku.

- Na pewno? My­ślisz, że bę­dzie nam tu do­brze?

Mama zda­wała się wy­stra­szona. Ry­chło w czas. Było już prze­cież za późno, żeby się roz­my­ślić.

Flora po­sta­no­wiła być jed­nak miła i po­kle­pała mamę po ra­mie­niu.

- Z pew­no­ścią bę­dzie nam tu cu­dow­nie!

Od razu spró­bo­wały się za­do­mo­wić. Po­ście­liły łóżka, mama wy­pa­ko­wała ma­szynę do pi­sa­nia i po­sta­wiła ją na stole w sa­lo­nie, a Flora usta­wiła pod­ręcz­niki w rów­nym rządku w po­koju z ta­petą w kwiaty. Anię z Zie­lo­nego Wzgó­rza i Upiora rodu Can­te­rville'ów po­ło­żyła na sto­liku noc­nym. W sza­fie wi­siało mnó­stwo sta­rych ubrań i tylko jedna półka oka­zała się wolna, ale nie miało to jed­nak więk­szego zna­cze­nia, bo Flora pra­wie nic ze sobą nie przy­wio­zła.

- Chodź na dół coś zjeść - za­wo­łała z kuchni mama.

Flora zga­siła świa­tło w sy­pialni i już miała zejść, kiedy jej wzrok padł przy­pad­kiem na okno.

Dziwne, cho­ciaż był późny wie­czór, miała wra­że­nie, że na ze­wnątrz zro­biło się odro­binę ja­śniej. Może mgła się roz­rze­dziła i wyj­rzał księ­życ?

W tym sa­mym mo­men­cie Flora za­uwa­żyła, że za oknem trze­po­cze coś bia­łego!

Nie tylko coś tam trze­po­tało, roz­legł się też sze­lest. Przy­po­mi­nał szept!

- To ona!

To coś bia­łego znik­nęło tak szybko, że Flora nie zdą­żyła zo­ba­czyć, co to, ale przez kilka upior­nych chwil są­dziła, że zza okna przy­glą­dała się jej i do niej szep­tała ja­kaś blada twarz.

Po­kój znaj­do­wał się jed­nak na pię­trze, nikt więc nie mógł tu prze­cież zaj­rzeć?

Stała w progu jak spa­ra­li­żo­wana.

Czy znaj­dzie w so­bie tyle od­wagi, żeby po­dejść do okna i wyj­rzeć?

Kilka razy prze­łknęła ślinę.

Nie, nie może być tak lę­kliwa. Jak ina­czej wy­trzyma cały mie­siąc w sta­rym domu, skoro za każ­dym ra­zem, gdy zo­ba­czy lub usły­szy coś nie­ocze­ki­wa­nego, bę­dzie tru­chleć ze stra­chu?

Po­de­szła do okna i znów wyj­rzała.

Kiedy wy­tę­żyła wzrok, do­strze­gła w od­dali kilka ga­łęzi. Ni­g­dzie jed­nak nie było wi­dać nic bia­łego.

"Mu­siało mi się coś przy­wi­dzieć - po­my­ślała. - Może było to tylko moje od­bi­cie? A to, co przy­po­mi­nało szept, to mio­tana wia­trem ga­łąź, która prze­je­chała po ścia­nie domu...".

- Idziesz wresz­cie? - za­wo­łała mama.

W domu za­pach­niało pie­czo­nymi kieł­ba­skami i Flora ze­szła na dół.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

KILKA IN­FOR­MA­CJI O PRO­GRA­MIE KRE­ATYWNA EU­ROPA

Unia Eu­ro­pej­ska to wiele państw, które łą­czy wspólna hi­sto­ria i wy­zna­wane war­to­ści, za to róż­nią się zwy­cza­jami, kul­turą, mówi się w nich róż­nymi ję­zy­kami. W każ­dym z kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej żyją ar­ty­ści i ar­tystki, któ­rzy mają nam dużo do opo­wie­dze­nia. Są to opo­wie­ści fa­scy­nu­jące, po­godne lub mroczne, smutne albo we­sołe, ale za­wsze bar­dzo cie­kawe. Warto je po­znać! Dla­tego Unia Eu­ro­pej­ska uru­cho­miła pro­gram Kre­atywna Eu­ropa - by uła­twiać dzie­le­nie się opo­wie­ściami.

CO ROBI PRO­GRAM KRE­ATYWNA EU­ROPA?

- Zbiera in­for­ma­cje o ar­ty­stach, ar­tyst­kach i ich dzie­łach, na przy­kład książ­kach, fil­mach czy or­ga­ni­zo­wa­nych wy­da­rze­niach.

- Po­ka­zuje, że kul­tura róż­nych kra­jów two­rzą­cych Unię Eu­ro­pej­ską jest bar­dzo cie­kawa. Cza­sem w róż­nych kra­jach zu­peł­nie inna, a cza­sem po­dobna.

- Dba o to, by książki, filmy, mu­zyka i różne wy­da­rze­nia były do­stępne dla wszyst­kich. By były przy­go­to­wane w taki spo­sób, aby mo­gły z nich ko­rzy­stać osoby z nie­peł­no­spraw­no­ściami, osoby ży­jące w wiel­kich mia­stach i ma­łych wio­skach.

- Ar­ty­stom i ar­tyst­kom fun­duje na­grody oraz przy­znaje granty, czyli pie­nią­dze, za które mogą na­krę­cić film, na­pi­sać książkę albo stwo­rzyć inne dzieło ar­ty­styczne.

Wśród ar­ty­stek i ar­ty­stów są pi­sarki i pi­sa­rze. Swoje książki pi­szą w swo­ich ję­zy­kach. Pro­gram Kre­atywna Eu­ropa fi­nan­suje tłu­ma­cze­nie ta­kich ksią­żek, tak aby mo­gli je prze­czy­tać miesz­kańcy i miesz­kanki in­nych kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej. Bywa, że tłu­ma­cze i tłu­maczki to też ar­ty­ści i ar­tystki. Czę­sto na­zywa się ich na­wet współ­au­to­rami i współ­au­tor­kami ksią­żek. Mu­szą bo­wiem wło­żyć mnó­stwo pracy, aby książkę na­pi­saną w jed­nym eu­ro­pej­skim kraju mo­gli zro­zu­mieć są­sie­dzi z kraju obok.

Książka, którą trzy­masz w ręku, zo­stała prze­tłu­ma­czona i wy­dana dzięki fi­nan­so­wa­niu wła­śnie z pro­gramu Kre­atywna Eu­ropa.

Do­wiedz się wię­cej o na­szych książ­kach oraz o pro­jek­cie KSIĄŻKI NIO­SĄCE NA­DZIEJĘ: