ROZDZIAŁ V
PANI HABLETON ZWIERZA SIĘ
Pani Hableton była damą z pretensjami, o czym szybko przekonywał się każdy, kto się z nią zetknął. Beaconsfield napisał w jednej ze swoich powieści, że ci, którzy wiele o sobie mówią, są ludźmi interesującymi; według tego twierdzenia pani Hableton była nad wyraz fascynującą osobą dlatego, że nigdy nie mówiła o niczym innym jak tylko o sobie. Mówiąc o zagrożeniu rosyjską inwazją, trzymała się tak długo tematu, jak długo dotyczył jej osobistej krzywdy taką inwazją - tylko raz pozwoliła sobie na odstępstwo - gdy uczestniczyła w jakiejś dyskusji na zupełnie błahe tematy dotyczące kolonii.
Pani Hableton nieustannie żaliła się na brak pieniędzy. Nie dotyczyło to w szczególności braku dochodów, co można było jej wypomnieć, ale odpowiadała na to zgryźliwie, że "wie o tym, ale niektórzy nie lubią innych". Później, w samą porę, ktoś rozszyfrował, co miała przez to na myśli. Wyjechała do kolonii we wczesnych latach - w latach, gdy dorabianie się znacznych pieniędzy było łatwiejsze niż obecnie. Mając złego męża, nie zdołała ich zachować. Zmarły pan Hableton - z długami - był uzależniony od alkoholu i w tym czasie, kiedy powinien zarabiać pieniądze, zwykle przebywał w dzielnicy slumsów, trwoniąc pieniądze żony na pijaństwach z przyjaciółmi. Te nieustające pijaństwa w gorącym klimacie Wiktorii wkrótce go wykończyły i gdy pani Hableton zobaczyła, że bezpiecznie spoczywa w ziemi na cmentarzu w Melbourne, wróciła do domu, żeby dokonać analizy własnej sytuacji i zastanowić się, jak mogłaby ją poprawić. Zebrała resztki roztrwonionego przez męża majątku i kupiła tanią działkę w St. Kilda, na której wybudowała dom. Zaczęła dorabiać sprzątaniem, szyciem, a nawet pracowała jako pielęgniarka opiekująca się chorymi. Mając tyle zajęć, nieźle zarabiała i mogła żyć względnie dobrze.
Ale prawdę mówiąc, pani Hableton nie miała łatwego życia - w czasie gdy powinna odpoczywać i korzystać z owoców swej dotychczasowej pracy, która niegdyś pozwoliła jej zgromadzić pokaźny, lecz już nieistniejący majątek, teraz była zmuszona bardziej harować niż kiedykolwiek. Jedynym dla niej (chociaż niewielkim) pocieszeniem był fakt, że była jedną z wielu kobiet, które muszą ciężko pracować, mając mężów nic nierobiących, będących tylko ciężarem dla żon i rodziny. Nic dziwnego, że pani Hableton całą swą wiedzę o płci męskiej wyrażała jedną gorzką sentencją: "Mężczyźni to gnojki!".
Willa Possum była budynkiem bezpretensjonalnym, z jednym oknem wykuszowym i niewielką werandą od frontu. Otaczał ją mały ogródek, w którym rosły kwiaty - sprawiające szczególną radość pani Hableton. Wiązała na głowie starą chustę i wychodziła do ogrodu, żeby pielić i podlewać ukochane kwiaty, aby ostatecznie te przemęczone i doprowadzone do rozpaczy uciążliwą pielęgnacją rośliny wysiliły się, rosły i kwitły.
Po tygodniu nieobecności lokatora wyszła do ogródka i oddała się ulubionemu zajęciu, jednocześnie zastanawiając się, gdzież mógł on zniknąć.
- Mogłabym się założyć, że pewnie leży gdzieś spity w pubie - mówiła, ze złością wyrywając chwasty. - Pewnie traci pieniądze na zapijaniu się piwskiem... ach, mężczyźni to prawdziwe gnojki, bydlaki...
W chwili gdy to mówiła, na jej ogródek padł cień i gdy uniosła wzrok, ujrzała mężczyznę przechylonego przez płot i spoglądającego na nią.
- Odejdź! - rzuciła ostro, podnosząc się z kolan i machając w stronę intruza łopatą. - Nie chcę dziś jabłek, bez względu na to jak są tanie.
Pani Hableton najwyraźniej uznała, że mężczyzna stojący przy jej płocie jest domokrążcą, ale gdy dostrzegła stojącą za nim dwukółkę, zaczęła mieć wątpliwości.
- Czy ogląda pan ten dom, planując, jak go obrabować? - zapytała. - Nie musi się pan wysilać, tam nie ma nic cennego; srebrne łyżki po moich rodzicach już dawno przepił mój mąż, a ja nie mam pieniędzy i nie kupiłam innych. Żyję tu samotnie, przez takich łotrów jak pan porzucona niczym bezdomna kotka. Więc dzięki Bogu zostań tam za płotem, który postawiłam za moje ciężko zarobione pieniądze, a potem wynoś się.
Pani Hableton na moment przerwała, nabrała powietrza i potrząsając łopatą, zaczęła dyszeć jak ryba wyjęta z wody.
- Droga pani - rzekł mężczyzna stojący za płotem - pani jest...
- Nie, nie jestem - od razu padła riposta ze strony pani Hableton - nie jestem ani członkiem Parlamentu, ani nauczycielką szkolną, żeby już odpowiedzieć na pańskie pytanie. Natomiast jestem kobietą płacącą podatki, nie mam długów i nie plotkuję, ani też nie czytam tych wszystkich szmatławych gazet, nic mnie nie obchodzą Rosjanie, więc spływaj pan.
- Nie czyta pani gazet? - powtórzył mężczyzna z zadowoleniem. - Och! To dlatego!
Pani Hableton patrzyła na niego podejrzliwie. Był to mężczyzna krzepki o jowialnej, rumianej twarzy, gładko ogolony, a jego przenikliwe, szare oczy błyszczały jak gwiazdy. Był dobrze ubrany, w jasnym garniturze ze sztywno wykrochmaloną białą kamizelką ozdobioną zwisającym w poprzek złotym łańcuszkiem. Chociaż w pierwszej chwili pani Hableton odniosła wrażenie, że był domokrążcą, teraz zaczęła się zastanawiać, czego właściwie od niej chce.
- Czego pan chce? - zapytała nagle.
- Czy mieszka tu pan Oliver Whyte? - zapytał obcy.
- I tak, i nie - odparła zwięźle. - Nie widziałam go od tygodnia, więc przypuszczam, że gdzieś się spił, jak to mężczyzna, więc podałam coś do gazety, żeby go tu szybko ściągnąć i żeby wiedział, że jeśli się nie zjawi, straci pokój i żeby pan, jeżeli jest jego przyjacielem, powiedział mu ode mnie, że jest bydlakiem i że tylko tyle się po nim spodziewałam, ponieważ jest mężczyzną.
Obcy cierpliwie wysłuchał tego exposé i gdy kobieta przerwała, aby nabrać powietrza, szybko wtrącił:
- Czy mogę z panią przez chwilę porozmawiać?
- A kto pana powstrzymuje? - zapytała buntowniczo. - Pytaj pan, nie żebym od mężczyzny spodziewała się usłyszeć prawdę, ale pytaj pan.
- Ależ, doprawdy... - mężczyzna spojrzał na bezchmurne niebo i otarł twarz krzykliwie czerwoną jedwabną chustką - ale tu jest bardzo gorąco, no wie pani...
Pani Hableton nie dała mu czasu, żeby dokończył, tylko podeszła do furtki i otworzyła ją jednym szarpnięciem.
- Użyj pan swoich nóg i wejdź - powiedziała i gość posłuchał, a ona zaprowadziła go do domu, a potem do małego schludnego saloniku, który zdawał się przeładowany pokrowcami, poduchami, makatkami, wełnianymi dywanikami i sztucznymi kwiatami. Na gzymsie kominka stał rząd jaj emu, na ścianie wisiał kordelas i półka z rzędem brudnych, zniszczonych małych książeczek, zapewne służących jako ozdoba, albowiem najwyraźniej dawno nikt ich nie czytał.
Meble miały poduszki wypchane końskim włosiem, wszystko było twarde i błyszczące, więc gdy przybysz usiadł w lśniącym fotelu, który pani Hableton pchnęła ku niemu, pomyślał, że nafaszerowano go kamieniami, taki był twardy i zimny. Gospodyni usiadła naprzeciwko, na równie twardym krześle, zdjęła z głowy chustę, starannie ją złożyła i położyła na kolanach, a potem siedziała, patrząc prosto w oczy przybysza.
- A teraz - zaczęła, poruszając wargami tak żywo i tak szybko, że sprawiało to wrażenie, jakby były poruszane sznurkami niczym u marionetki - niech mi pan powie, kim pan jest? Co pan robi? I czego pan chce?
Gość włożył czerwoną chustkę do kapelusza, położył go na stole i odpowiedział ostrożnie:
- Nazywam się Gorby. Jestem detektywem. Szukam pana Olivera Whyte.
- Tutaj go nie ma - odparła pani Hableton, myśląc, że Whyte ma jakieś kłopoty i grozi mu aresztowanie.
- Wiem o tym - rzekł pan Gorby.
- No więc gdzie jest?
Pan Gorby szybko odpowiedział, obserwując efekt.
- Nie żyje.
Pani Hableton zbladła i oparła się.
- Nie! - krzyknęła. - On by nigdy tego nie zrobił... zrobił to?
- Czego nigdy by nie zrobił? - natychmiast zapytał pan Gorby.
Wyraźnie pani Hableton wiedziała więcej, niż zamierzała powiedzieć i gdy z wysiłkiem otrząsnęła się z doznanego szoku, odparła wymijająco:
- On nigdy by się nie zabił.
Pan Gorby spojrzał na nią bacznie. Pani Hableton odwzajemniła mu się buntowniczym spojrzeniem.
"Chytre", mruknął do siebie detektyw. "Wie więcej, tylko nie chce mówić, ale ja z niej to wycisnę". Przez moment milczał, a potem ciągnął spokojnie:
- O nie! On nie popełnił samobójstwa; skąd to pani przyszło na myśl?
Pani Hableton nie odpowiedziała, tylko wstała z krzesła i podeszła do błyszczącego kredensu, z którego wyjęła butelkę brandy i małą szklaneczkę do wina. Napełniła ją do połowy, szybko wypiła i wróciła na krzesło.
- Zwykle nie piję - usprawiedliwiała się, widząc, że detektyw patrzy na nią z ciekawością - ale tak pan mną zakręcił, że musiałam coś wziąć na uspokojenie nerwów. Czego pan chce ode mnie?
- Aby mi pani powiedziała wszystko, co wie - oznajmił pan Gorby, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.
- Gdzie pan Whyte został zabity? - zapytała.
- Zamordowano go w dorożce na St. Kilda Road.
- Na środku ulicy? - zapytała z przerażeniem.
- Tak, na środku ulicy.
- Ach! - westchnęła głęboko i zagryzła wargi.
Pan Gorby milczał. Wiedział, że kobieta zastanawia się, czy mówić, czy nie i każde jego słowo mogłoby zapieczętować jej usta, więc jako że był człowiekiem mądrym, milczał. Nagrodę otrzymał szybciej, niż się spodziewał.
- Panie Gorby - w końcu zaczęła mówić. - Całe życie musiałam ciężko walczyć o byt przy boku złego męża, który był gnojkiem i pijakiem. Ale tylko Bóg wie, że nigdy nie pomyślałabym o morderstwie. - Zadrżała, chociaż w pokoju było gorąco. - Nigdy bym o tym nie pomyślała.
- W związku z kim?
- Z panem Whyte, oczywiście - szybko odpowiedziała.
- I z kim jeszcze?
- Nie wiem.
- Zatem nikogo więcej nie było?
- No... nie wiem, nie jestem pewna.
Detektyw był zaskoczony.
- Co pani ma na myśli? - zapytał.
- Chcę panu powiedzieć wszystko, co wiem - oświadczyła pani Hableton - i jeżeli on jest niewinny, niech mu Bóg pomoże.
- Jeżeli kto jest niewinny?
- Powiem panu wszystko, od początku - wyznała pani Hableton - niech pan sam osądzi.
Pan Gorby chętnie się na to zgodził, zatem rozpoczęła:
- Zaledwie przed dwoma miesiącami zdecydowałam się wziąć lokatora. Szycie to ciężka praca dla oczu. Jako samotna kobieta, niegdyś brutalnie traktowana przez obecnie nieżyjącego już męża, chociaż sama byłam dla niego dobrą żoną, pomyślałam, że lokator będzie mógł mi trochę pomóc, więc dałam ogłoszenie do gazety i dwa miesiące później zjawił się pan Oliver Whyte i zamieszkał u mnie.
- Jaki on był?
- Niezbyt wysoki, o ciemnej twarzy, bez bokobrodów i wąsów, no, w każdym calu dżentelmen.
- Coś szczególnego?
Pani Hableton przez moment zastanawiała się.
- Tak... - powiedziała w końcu - miał na lewej skroni pieprzyk, ale zakrywał go włosami i ludzie go nie widzieli.
"Tak, to nasz człowiek - mruknął do siebie Gorby - jestem na dobrym tropie".
- Pan Whyte mówił, że dopiero co przybył z Anglii - ciągnęła kobieta.
"Dlatego morderca liczył - myślał Gorby - że ciało nie zostanie rozpoznane przez jego przyjaciół".
- Wynajął pokoje i oznajmił mi, że zostanie u mnie przez sześć miesięcy. Zapłacił z góry za tydzień, a potem płacił regularnie jak przyzwoity człowiek, z takich, w których ja osobiście nie wierzyłam, że jeszcze istnieją. Mówił, że ma wielu przyjaciół i co wieczór wychodził.
- Kim byli jego przyjaciele?
- Tego nie mogę panu powiedzieć, ponieważ był bardzo skryty i kiedy wychodził, nigdy nie wiedziałam, dokąd i z kim idzie - w ogóle sprawiali wrażenie, że idą do pracy, a wyszło na to, że znajdowano ich w piwiarni. Pan Whyte powiedział mi, że żeni się ze spadkobierczynią dużej fortuny.
- Ach! - wtrącił pan Gorby nagle oświecony.
- Poznałam tylko jednego przyjaciela pana Whyte'a, pana Morelanda, który przychodził do niego i zachowywał się, jakby był jego rodzonym bratem.
- Jak wyglądał pan Moreland?
- Dość atrakcyjny - odparła kwaśno pani Hableton - ale już zachowanie nie było takie ładne jak twarz, zwykły przystojniak, jak to ja mówię.
"Zastanawiam się, czy on coś wie o tej sprawie", myślał Gorby.
- Gdzie mógłbym znaleźć pana Morelanda? - zapytał.
- Tego nie wiem - odparła gospodyni. - Bywał tu regularnie, ale ostatnio go nie widziałam. Od jakiegoś tygodnia.
- Dziwne! Bardzo! - Pan Gorby potrząsnął głową. - Chciałbym się spotkać z tym panem Morelandem. Myśli pani, że jeszcze panią odwiedzi?
- Myślę, że odwiedzi, choćby z przyzwyczajenia - stwierdziła kobieta - może tu wpaść o każdej porze, ale najczęściej przychodził wieczorami.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej