1
Trup na dobry początek
Dom najprawdopodobniej był nawiedzony. Do niedawna Nina nie wierzyła w takie rzeczy, nawet by jej to nie przyszło do głowy... zanim trafiła w to miejsce. Trzeba przyznać, że okoliczności przyrody i sam budynek wzięły sobie za punkt honoru, by nawrócić ją na wiarę w nawiedzone domiszcza.
Próbowała ignorować wicher za oknem, przez który okoliczne drzewa i cała bryła domu wydawały się trzeszczeć w posadach. Usiłowała zasnąć. Była potwornie zmęczona po jednym z najtrudniejszych dni w swoim życiu.
Nawet zresztą zasnęła. Potem jednak coś ją obudziło, a teraz spłoszony sen nie chciał wrócić. Trzymał się, biedaczek, z daleka, wystraszony okolicznościami. Za to wyobraźnia galopowała, podsuwając coraz to absurdalniejsze wyjaśnienia szmerów, skrzypnięć i stuknięć.
Nina leżała w ciemności, owinięta kołdrą jak kokonem, i liczyła owce, te jednak z jakiegoś powodu szybko zmieniły się w koty. A liczenie kotów brykających w wysokiej trawie na nikogo jeszcze nie sprowadziło senności.
Próbowała nie nasłuchiwać dźwięków wydawanych przez dom, ale trudno było je ignorować. Skrzypienia, trzeszczenia, pomrukiwania... Stare legary wydawały się prowadzić pogawędkę ze schodami i z podłogami, futryny okien pracowały w ścianach, a rynny zgrzytały o dach, poruszane podmuchami wiatru.
Choć piec chodził od ładnych paru godzin, rozgrzanie starego, wielkiego domu nie było łatwe. Do tego nadciągał front. Wiatr hulał, gwiazd i księżyca nie było widać zza gęstych chmur, a wilgoć wydawała się tylko czekać na znak, że już czas przypuścić atak.
Niezły sposób, by sprawdzić szczelność dachu, o której zapewniał prawnik Luli...
Mogła się założyć, stawiając na to swój złamany w dzieciństwie obojczyk, że nim wzejdzie słońce, rozlegną się grzmoty. Jakby ten dom potrzebował burzy, by wystraszyć ją jeszcze bardziej.
- Efekciarz - mruknęła, wciskając głowę pod poduszkę, którą zaraz odrzuciła, nie mogąc oddychać.
Prawie wyskoczyła ze skóry, gdy nagle coś łupnęło o szybę. Gałęzie, niczym rozcapierzone palce, uderzały w okno. Wiatr wył w kominie jak dusze czyśćcowe. Mimo całej kakofonii Nina słyszała też bicie własnego serca. Paradoksalnie, wbrew tym wszystkim hałasom, dom był... za cichy. Brakowało jej normalnych dźwięków miasta, do których przywykła. Gdyby słyszała samochody, syreny karetek, postukiwanie śmieciarek czy monotonne buczenie latarni ulicznych, czułaby się bezpieczniej. Ale w okolicy był tylko las, żadnych latarni, żadnych sąsiadów czy ruchu ulicznego, do domu prowadziła bowiem droga szutrowa. Budynek i otaczające go gęsto drzewa tonęły w ciemności, której nie przebijał nawet księżyc, ukryty za gęstymi, burzowymi chmurami.
Pojawiło się za to mnóstwo nowych dźwięków. Czy to puszczyk? Chyba tak. Nigdy wcześniej nie słyszała puszczyka. Poza tym miała szczerą nadzieję, że ten dziwny piskliwy chichot wydaje lis, a nie żadne piekielne stworzenie, które czyha na jej duszę.
- To tylko wiatr, stary budynek i nadmiar wyobraźni - wyszeptała, jakby w obawie, że duchy poznają jej opinię.
I wtedy nagle rozległo się coś, czego nie dało się wytłumaczyć skrzypieniem starych legarów, drzew za oknem czy porozsychanych schodów:
- Kurwa mać! - Przyciszone, ale bardzo wyraźne.
Poprzedził je odgłos uderzenia, a potem posypało się więcej przekleństw i rozbrzmiało ciche sapanie, coraz głośniejsze, jakby ten, kto je wydawał, zbliżał się do schodów na piętro, gdzie na łóżku siedziała kompletnie spanikowana Nina.
Ktoś był w domu. W domu, w którym poza nią nie powinno być nikogo, bo tylko ona miała klucze...
Ciaśniej owinęła się kołdrą i wstała. Skradała się cicho w kudłatych skarpetkach, omijając ledwie widoczne w ciemności meble i własną rozbebeszoną walizkę.
Gdy przed kilkoma godzinami wywaliło korki, nie chciała dzwonić do prawnika z pytaniem, gdzie znajdzie skrzynkę. Uznała, że zlokalizuje ją sama, w świetle dnia, a tymczasem po prostu się położy. Teraz tego żałowała. Latarka została w torbie, a ta - na parterze, Nina miała tylko aplikację latarki w komórce. Ale jeśli ją włączy, czy zdoła dość szybko zadzwonić na numer alarmowy, który wybrała już z listy kontaktów?
Ciemność dawała jej przewagę zaskoczenia. Czy ten, który tarabanił się po schodach, wiedział, że tu jest, i szedł właśnie po nią? Jeszcze wczoraj - tak jak przez ostatnie, plus minus, dziesięć lat - dom stał pusty. Czy to przypadek, że ledwie się wprowadziła, miała niezapowiedzianą nocną wizytę?
Może ktoś wiedział, że w opuszczonym domu w lesie nocuje dziś samotna dziewczyna, której nikt tu nie zna? Obejrzała w życiu wystarczająco dużo dokumentów kryminalnych, by wiedzieć, że jest w grupie wysokiego ryzyka - klasyczna ofiara seryjnego zabójcy czy napaści na tle seksualnym.
Przeszła przez sypialnię i ostrożnie wychyliła się na korytarz. Miała widok na schody. Na parterze ewidentnie znajdowało się jakieś ruchliwe źródło światła. Dobiegały też stamtąd odgłosy przekleństw i rabanu, jakby ktoś czegoś szukał, rozbijał się między meblami... Stopnie zaskrzypiały głośno pod czyimś ciężarem.
Nina zignorowała myśl, że najrozsądniej byłoby się zamknąć w łazience i zadzwonić po policję. To był jej dom, do jasnej cholery! Ruszyła naprzód. Ręce jej się trzęsły, ale ściskała w nich komórkę, zastanawiając się: latarka czy numer alarmowy? Zastraszenie i zaskoczenie, zdecydowała. Nie widziała twarzy zbliżającego się osobnika, bo snop światła latarki skierował w dół, na zakurzone stopnie i dolną część swojej masywnej sylwetki.
Wciąż ciasno owinięta kołdrą, przystanęła niczym wielka kwiecista Buka, wychyliła się nad balustradą. Zaświeciła włamywaczowi latarką prosto w oczy i wrzasnęła:
- Co, do cholery, robisz w moim domu?!
Facet zamarł w pół kroku. Nina trzęsła się pod kołdrą, ale napędzała ją zimna determinacja.
- Policja jest już w drodze! Radziłabym wypierdalać w podskokach i nigdy więcej się tu nie pojawiać! - zawołała.
Nie był wystarczająco rozsądny, by jej posłuchać. Nagle ocknął się z szoku (albo dotarło do niego, że wrzeszczy na niego młoda kobieta okutana w kołdrę) i ruszył w jej stronę. Złe intencje miał wypisane na twarzy, więc Nina zrobiła jedyne, co jej przyszło do głowy.
Rzuciła się w stronę intruza z wrzaskiem, niczym obłąkana harpia. Na przemian przytrzymywała powiewającą kołdrę i wymachiwała rękami, niczym małe zwierzę, które próbuje dodać sobie wzrostu w oczach drapieżnika, i nawet na chwilę nie przestawała się wydzierać.
Facet zamarł. A potem cofnął się, odruchowo, próbując zwiększyć dystans między sobą a stworzeniem z piekła rodem, które wykonywało złowrogie podskoki (w wyniku zsuwania się skarpet i potykania o kołdrę - o tym jednak nie musiał wiedzieć). Szedł tyłem, po omacku. Upuścił latarkę, a ta potoczyła się w dół schodów. Cofał się, aż napotkał opór balustrady. Nina chciała krzyknąć, żeby trzymał się bliżej ściany, ale ugryzła się w język. Nie była tu specjalistką od BHP, tylko samotną, wystraszoną kobietą, uwięzioną z napastnikiem w ciemnym domu. Jeśli dom zechce jej pomóc...
W tej samej sekundzie, w której to pomyślała, usłyszała głośny trzask. Balustrada oderwała się, a schody zaczęły się aktywnie dezintegrować! Nagle stały się ruchome w kompletnie nieoczekiwany i niewłaściwy sposób, a entropia układała z nich coś zupełnie nowego... na przykład stos pogrzebowy.
Facet wrzasnął, próbował się złapać barierki, ale ona leciała w przepaść z impetem, pociągając za sobą jego i deski stopni. Nina obserwowała, jak spada, niczym w zwolnionym tempie, wymachując ramionami i krzycząc coś bez sensu, i mimo woli pomyślała o Kojocie Wilusiu. Odruchowo zerknęła w górę, jakby z sufitu na intruza miał jeszcze spaść fortepian.
Na szczęście dom nie miał instrumentu na stanie. Kiedy opadły kurz i ostatnia drzazga, znów zrobiło się cicho. Ekstremalnie cicho. Nina słyszała jedynie swój przyśpieszony oddech. Z rumowiska, na którym leżał włamywacz, nie dobiegał nawet pojedynczy dźwięk.
Niedobrze.
Nina zamarła na szczycie schodów, które teraz kończyły się raptem dwa stopnie poniżej tego, na którym stała. Potem, poniżej półpiętra, znów się zaczynały, ale tam, gdzie chwilę temu były drewniane deski z piękną toczoną balustradą, teraz ziała ciemność. Kobieta wycofała się ostrożnie ze schodów-pułapki. Kolana ugięły się pod Niną i nagle siedziała na podłodze korytarza. Zaświeciła komórką w pustkę i w rozbłysku światła zobaczyła czerwień. Mnóstwo czerwieni. I coś wystającego z szyi faceta, który włamał się do jej domu w środku nocy.
- Żyjesz?! - zawołała. Gardło jej się ścisnęło, przez co kołdrzasta buka zyskała drżący głos wiewiórki z kreskówki.
Ręka trzymająca komórkę też drżała, więc facet na dole to pojawiał się, to znikał w tańczącej po rumowisku plamie światła.
Odpowiedziała jej cisza. Ani pół sapnięcia, przekleństwa czy urywanego oddechu. Mężczyzna był nieruchomy w sposób, który wyobraźnia Niny zidentyfikowała bezbłędnie.
Miała trupa w domu.
Musiała coś zrobić... Coś. Mózg chwilowo jej się zawiesił. Zęby dzwoniły o siebie, z zimna lub szoku. A potem między zwojami przeskoczył impuls elektryczny i znów kontaktowała. Wyłączyła latarkę w komórce i wybrała numer alarmowy. Przez kilkanaście sekund czekała na połączenie, mając nadzieję, że dwie kreski zasięgu i dwie kreski baterii wystarczą. I gdy wreszcie po drugiej stronie usłyszała spokojny głos dyspozytorki, powiedziała:
- Dobry wieczór, nazywam się Nina Rawicz, jestem w starym domu Uklejów, w lesie, zaraz przy osadzie Zapadłe. - Nie była pewna, czy jej rozmówczyni zna tę okolicę, więc dodała: - Trzy kilometry od Ustki, powiat słupski...
- Czy coś się stało, Nino? - zapytała dyspozytorka, spokojna jak saper, któremu ręka nigdy nie zadrży, gdy przecina odpowiednie kabelki bomby.
Coś w jej głosie budziło zaufanie Niny. Jakby znały się od lat i mogła jej się ze wszystkiego zwierzyć. Jakby tamta potrafiła na odległość rozwiązać wszystkie jej aktualne problemy.
Dziewczyna odetchnęła więc głęboko i wyrzuciła z siebie:
- Ktoś się włamał do mojego domu. A teraz nie żyje. Tak sądzę. Jest nieruchomy. I stracił dużo krwi. Myślę, że się na coś nadział. Niekoniecznie na pal, ale całkiem skutecznie, bo nawet nie jęknie.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
- Czy możesz mi powiedzieć coś więcej o tej osobie? Czy możesz sprawdzić, czy oddycha?
- Nie mogę, ugrzęzłam na piętrze, on jest na parterze.
- Jesteś uwięziona? Czy jesteś związana?
- Nie, ale nie mogę zejść na parter. Schody się zawaliły. Mój prawnik mówił, że są stare i koniecznie muszę znaleźć fachowca i nie dotykać balustrady. Włamywacz o tym nie wiedział i się o nią oparł. - Nie wspomniała, że miała w tym swój mały udział.
- Rozumiem. Zawaliły się schody, a on na nich był. Czy ty też na nich byłaś? Czy jesteś ranna?
- Nie, wszystko okej. Wystraszyłam się, poza tym czuję się nieswojo w ciemności i w towarzystwie trupa, ale to nic, z czym nie poradzą sobie herbata, relanium i kilka miesięcy terapii - zapewniła Nina, wciąż dygocząc w środku.
- Rozumiem - odparła operatorka i brzmiała, jakby faktycznie tak było. To dobrze, bo Nina nadal nie rozumiała nic a nic. - Czy jesteś bezpieczna? Czy włamywacz przyszedł sam?
- O Boże, mam nadzieję! - zawołała dziewczyna i zaczęła się trząść na samą myśl, że gdzieś tam czai się wspólnik draba.
Czy nie wszedłby, słysząc rumor? A może tu jest i się czai? Czy trafiła do jednej z tych wiosek z angielskich seriali, gdzie trup ściele się gęsto, a młode dziewczęta padają jak muchy?
Wiedziała, że to wszystko jest za piękne, by mogło być prawdziwe. Dostaje w spadku dom, a chwilę potem kończy jak martwa dziedziczka. Jakiś policjant będzie kręcił wąsa nad jej zwłokami, zastanawiając się, kim jest ta dziewczyna znikąd. Zacznie szukać jej krewnych, by poinformować ich o jej zgonie, i oczywiście ich znajdzie, bo nie zmieniła nazwiska. Tym sposobem matka i ojciec dowiedzą się, gdzie jest. Nina była absolutnie pewna, że wybraliby jej do trumny najkoszmarniejszą kieckę. Coś nietwarzowego, w stylu lat osiemdziesiątych, tylko dlatego, że wiedzieliby, jak bardzo byłaby wściekła na samą myśl.
- Jeśli mnie zabiją, proszę nie szukać mojej rodziny, nie mam żadnej, jestem sierotą - skłamała w desperacji.
Kobieta milczała jakiś ułamek sekundy dłużej, niż przewiduje skrypt telefonu alarmowego, a potem powiedziała pokrzepiającym, opanowanym tonem:
- Wysyłam do ciebie pomoc, nikt cię nie zabije, Nino. Potencjalny napastnik nie dostanie się do ciebie na piętro, prawda?
- Prawda - odetchnęła z ulgą - przecież nie przyniesie ze sobą drabiny. Chyba że przyniesie broń palną, wtedy nie będzie musiał podchodzić bliżej...
- Nino, wszystko będzie dobrze, komisariat w Ustce dostał już zgłoszenie, pomoc jest w drodze.
- Niedługo tu będą? - upewniła się Nina.
- Bardzo niedługo. Czy chcesz, żebym została z tobą na linii? - zapytała ciepło dyspozytorka.
Nina się zawahała.
- Nie. Nie trzeba, dziękuję - powiedziała w końcu. - Duchy dotrzymają mi towarzystwa.
- Słucham? Możesz powtórzyć?
- Nie, nic, nadmiar wyobraźni - przyznała dziewczyna i westchnęła. - Nic mi nie jest. Wystraszyłam się tylko. Poczekam na policję.
Brzmiała dość przekonująco i sama niemal uwierzyła, że to nawet dobrze, że schody się zawaliły, a ona jest uwięziona poza zasięgiem rąk potencjalnych wspólników włamywacza. Przesunęła się do ściany i przywarła do niej plecami, po czym usiadła, podciągnęła kolana pod brodę i owinęła się szczelnie kołdrą. Czy powinna zadzwonić jeszcze raz i poprosić, by patrol przywiózł ze sobą drabinę, czy to raczej oczywiste? Przecież wspominała o zawalonych schodach, prawda?
Była taka zmęczona! Teraz pewnie zasnęłaby w mig, gdyby tylko przyłożyła głowę do poduszki. Zamiast tego oparła czoło o kolana i czekała na policję.
Niezły początek, nie ma co. Jakieś sześć godzin temu dostała klucze do tego domu, a już trafił jej się trup, prawdziwy gratis od losu! Powinna iść rano do kolektury i wysłać totka. Jeśli to fart - trafi szóstkę, jeśli pech - nawet jedynki nie uświadczy. Bo potrafiła zobaczyć obie strony tej sytuacji.
I pomyśleć, że jeszcze godzinę temu uważała, że najgorsze, co ją spotka tego dnia, to atrakcje zapewniane przez Polskie Koleje Państwowe oraz wizyty w dworcowych toaletach.