Tak naprawdę, kiedy mój stary był w powstaniu, wcale nie był jeszcze stary. Przeciwnie, był całkiem młody - tak młody, że już młodszym być nie można. Mój stary po prostu się w czasie powstania urodził. Babcia zajmowała wtedy pokój w mieszkaniu jakichś znajomych w trzypiętrowej kamienicy na Woli. Kiedy pierwszego sierpnia rozpoczęły się walki, myślała głównie o tym, że mój stary powoli zaczyna szykować się do wyjścia, a kiedy na głowę lecą bomby, walą się sufity i pół miasta stoi w płomieniach, to nie jest najlepszy moment na przychodzenie na świat. Ale mój stary był jeszcze wtedy tak młody, że w ogóle nie rozumiał się na tych rzeczach i nie dał sobie nic wytłumaczyć. Odsiedział swoje dziewięć miesięcy w brzuchu u mojej babci i koniecznie chciał już się rodzić.
- Poczekaj może, aż powstanie się skończy - przemawiała do niego babcia, ale on już wtedy był bardzo uparty.
Urodził się drugiego czy trzeciego dnia powstania i zrobił to tak szybko, że lekarz zdążył dopiero na przecinanie pępowiny. Pierwszym dźwiękiem, jaki mój stary usłyszał w życiu, był świst lecących bomb i straszny huk wybuchów. W pokoju na górze nie dało się mieszkać. To było zbyt niebezpieczne - piętro mogło w każdej chwili przestać istnieć. Mieszkańcy kamienicy przenieśli się do piwnic. Mury tam były grubsze i bomby pod ziemią nie latały. Jacyś dobrzy ludzie pomogli babci znieść na dół materac i zawiniątko ze starym. Znaleźli dla nich najlepszą miejscówkę w całej piwnicy. W najdalszym kącie stał przy ścianie pogrążony w półmroku prosty regalik zbity z nieheblowanych desek, na którym w dobrych czasach ustawiano pewnie słoiczki z powidłami, kiszonymi ogórkami i maślaczkami w occie. Teraz na półkach upchnięte były stosy rozmaitych przedmiotów, które lokatorzy piwnicy poznosili ze swoich mieszkań na górze. Najniższa półka, umocowana dość wysoko nad ziemią, tworzyła jakby daszek częściowo osłaniający od góry ciemny zaciszny zakamarek. Stało w nim kilka worków ziemniaków, które jakiś przezorny szczęściarz zgromadził na czarną godzinę. Po przestawieniu worków pod regałem powstała maleńka komórka, w której jeden z sąsiadów ułożył materac babci. To tam w tej ciemnej piwnicy mój stary spędził pierwszy dzień swojego życia.
Na Woli powstanie nie bardzo się udało. Nieliczne polskie oddziały wypchnięto do innych dzielnic, a na ich miejsce przyszli Niemcy. Rozpełźli się po ulicach i placach. Wlewali się na podwórka, wpadali do domów... Robili straszne rzeczy.
W piwnicy mojego starego ludzie wiedzieli, że przyjdą i do nich. Słyszeli strzały, wrzaski, lamenty... Ale przecież na Woli było tyle podwórek! Tyle piwnic na każdym podwórku! Przecież Niemcy nie musieli przyjść do każdej! Przecież o którejś mogli zapomnieć! Gdyby tylko mój stary tak się nie darł!
- Pani coś zrobi z tym dzieckiem! - syczeli wystraszeni sąsiedzi, więc babcia tuliła starego, kołysała, śpiewała, szeptała, aż trochę się uspokajał.
Przyszli i tak. Na schodach rozległ się tupot nóg i jakaś ciemna, przerażona postać wpadła do piwnicy.
- Idą! - zawołała i przez chwilę zrobiło się strasznie cicho.
- Pani się schowa w tym kącie! - ktoś szepnął babci do ucha i delikatnie popchnął ją w stronę zagraconego regału.
Babcia ułożyła starego na materacu. Jak najbliżej ściany. Jak najdalej od wejścia. Sama skuliła się przy nim, jakby chciała go własnym ciałem odgrodzić od świata. Na chwilę jeszcze odwróciła głowę i na tle bladej poświaty świeczki zobaczyła, jak czyjeś dobre ręce przenoszą w jej stronę worki kartofli. Potem zapadła ciemność. Stary zaniepokojony nagłym brakiem światła zaczął się wiercić i pochlipywać. Babcia wyszukała ustami jego maleńkie uszko i szepnęła błagalnie:
- Ciiiiicho, malutki, cichutko, proszę, to ważne, bądź mądrym chłopcem, cichutko!
Po drugiej stronie kartofli ktoś strasznie głośno krzyczał, ktoś biegał, ktoś płakał, ktoś się szarpał, ktoś strzelił, ktoś upadł. Szeptane prośby babci najwyraźniej pieściły starego w uszko, bo przestał się ruszać i zamruczał jak mały kotek. Babcia, chociaż śmiertelnie przerażona, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Odgłosy z piwnicy ucichły - może wszyscy umilkli, a może nikogo już tam nie było. Przez długie, ciemne minuty zza grubych murów słychać było tylko głuche, odległe pomruki powstania.
I wtedy drgnęła ściana z ziemniaków. Jeden z worków odłączył się od reszty i trochę światła wśliznęło się pod regał. Akurat tyle, żeby babcia dostrzegła niewyraźną kratkę nietynkowanych cegieł, a tuż przed oczami wątłe, jasne kłaczki nad uchem starego. Dziurę po worku i sprawcę dziury, i całą piwnicę miała za plecami, ale nie próbowała się odwracać. Nawet nie drgnęła. Wstrzymała oddech i czekała, co będzie. Słyszała ciężkie kroki, ale były coraz cichsze - najwyraźniej się oddalały. Potem zapadła cisza. Babcia leżała jeszcze przez dłuższą chwilę, szepcząc coś staremu do uszka. Dopiero po kilku minutach odważyła się poruszyć. Obróciła się ostrożnie na materacu, wyjrzała przez wyrwę w workach i zamarła. Z przeciwnej strony patrzyła na nią czarna lufa i dwoje oczu spod ciemnozielonego niemieckiego hełmu.
- Łaaaaaaa! - zawyło za plecami babci, tak głośno i tak niespodziewanie, że żołnierz nerwowo podniósł wyżej karabin.
Potem bardzo powoli, małymi ostrożnymi kroczkami zbliżył się do regału. Nie powiedział ani jednego słowa, tylko przyglądał się babci uważnie. Nie spuszczając z niej wzroku, wyciągnął z kieszeni latarkę i wycelował snop światła w czarną czeluść za jej plecami. Z jasnego kręgu spojrzała na niego czerwona, pomarszczona, bezzębna buzia mojego starego.
Żołnierz niepewnie obejrzał się za siebie, a potem znów popatrzył na babcię. W końcu schylił się nad otworem kryjówki, chwycił jeszcze jeden worek kartofli i zni-knął bez słowa, zatrzaskując za sobą ciężkie drewniane drzwi.
Babcia i stary zostali sami w zupełnie pustej piwnicy. Chociaż właściwie nie pustej - rzeczy sąsiadów walały się po całej podłodze. Pościel, rozprute materace, miednica, grzebień, książka - tylko sąsiedzi gdzieś zniknęli.