2022
- Buongiorno, Caterina! - wykrzyknął wysoki, szczupły mężczyzna na widok mamy Julki i Franka.
Rodzina pół godziny temu wylądowała na lotnisku w słynącym z krzywej wieży włoskim mieście Piza, zdążyła odebrać bagaże, po czym wpadła na uśmiechniętego Włocha.
- Buongirono, Marco! - odpowiedziała mama i pocałowała nieznajomego w oba policzki. - To mój mąż - dodała po angielsku, wskazując na tatę. - I dzieci, Julka i Franek.
Tata i Julka również zostali wycałowani, jakby przyjaźnili się z Marco od lat. Tylko Franek uniknął tych czułości, odsuwając się najdalej, jak to możliwe, i podając mężczyźnie wyciągniętą dłoń.
- Gotowi na wspaniały wypoczynek? - spytał Marco, wyrywając mamie i Julce ich walizki.
- Jest taki miły i przyjazny - westchnęła dziewczynka do brata. Słyszała, że Włosi są bardzo otwarci, i miała nadzieję, że syn Marco, Luca, okaże się równie entuzjastycznie nastawiony do ich przyjazdu.
- Raczej natarczywy - burknął Franek.
Nie lubił rozmawiać z obcymi, a tym bardziej być przez nich dotykanym, przytulanym i całowanym. Miał piętnaście lat i nawet wobec rodziców rzadko pozwalał sobie na takie okazywanie uczuć. Poza tym przerażały go obce miejsca i ludzie mówiący w języku, którego nie rozumiał.
Julka zaś była podekscytowana wakacjami we Włoszech. Co roku z rodziną wyjeżdżała do Francji, gdzie mieszkała ich babcia. Tym razem było to niemożliwe z powodu remontu. Francuska willa babci miała ponad sto lat i wymagała gruntownej renowacji dachu. Babcia długo odkładała naprawę, na którą nie było jej stać, na szczęście w ostatnie wakacje dzięki swoim wnukom zdobyła odpowiednie fundusze. I choć Julka tęskniła za babcią i ukochaną Francją, jednocześnie cieszyła się, że kłopoty starszej pani się skończyły.
Rodzice nie bez powodu ze wszystkich włoskich miejscowości na urlop wybrali Sienę - miasteczko położone w centrum Toskanii. To właśnie tam mieszkała Agnieszka - żona Marco i przyjaciółka mamy ze studiów.
Wiele lat temu Marco przyjechał z jednym plecakiem do Polski na wymianę studencką - Erasmusa.
Kilka lat później wrócił do Włoch z trzema walizkami, żoną i synkiem.
Droga do Sieny zajęła niecałe dwie godziny - zanim się obejrzeli, z obsadzonej drzewami autostrady, z której ku rozczarowaniu Julki i mamy nie było żadnych widoków na okolicę, Marco skręcił w wąską drogę prowadzącą do centrum miasta.
- Trochę tu ciasno - jęknął Franek, gdy Marco przemierzał labirynt uliczek tworzących kaniony między dwupiętrowymi kamienicami.
Mężczyzna musiał niemal stawać za każdym razem, gdy z naprzeciwka mijał ich inny samochód, aby nie zahaczyć o niego lusterkiem. Franek nie lubił ciasnych pomieszczeń, wąskich korytarzy i ciemnych zaułków.
- Zaraz będziemy - pocieszała chłopca mama, pełna podziwu dla umiejętności Marco. Sama zapewne zaklinowałaby się w którejś z uliczek, gdyby przyszło jej prowadzić auto.
- Tak, tak, już wysiadamy! - entuzjastycznie zakrzyknął Marco, zatrzymując się pod bladożółtą kamienicą z czerwonymi okiennicami i płaskorzeźbą z wizerunkiem gęsi widniejącą przy drzwiach.
Julka poczuła się nieco zawiedziona, stojąc z walizką na tej smutnej, ciasnej, szarobrązowej uliczce, na której nie było żadnej zieleni (nie licząc kaktusa zwisającego z okna na pierwszym piętrze). Oprócz okiennic jedynym kolorowym akcentem w zasięgu wzroku były niebieskie, pomarańczowe i żółte skarpetki wiszące na sznurkach w jednym z okien. Budynki nie miały balkonów, a z niektórych odpadł tynk, ukazując brązowoszare cegły.
To było zupełnie inne miasteczko niż pełne kwiatów, zieleni, ogrodów i pięknych willi wyglądających jak małe pałacyki Dinard, gdzie mieszkała babcia. Tutaj, w Sienie, powietrze było suche i gorące, pozbawione ożywczej morskiej bryzy. Marco mówił, że najbliższa plaża znajduje się sto pięćdziesiąt kilometrów stąd.
- Wspaniałe miejsce, nie? - bardziej stwierdził niż spytał Włoch, kładąc dłoń na ramieniu Franka.
- Yhy - odparł niepewnie chłopak. Zastanawiał się, co będzie robić przez dwa tygodnie wakacji we Włoszech. Jeśli wnętrza tych kamienic są równie ciasne, co uliczki, zapewne dostanie pokój z siostrą i nawet przez chwilę nie będzie miał spokoju.
- Mieszkamy tu od niedawna, ale ten budynek ma kilkaset lat! - ekscytował się Marco.
- To widać... - stwierdził tata, wyraźnie oszołomiony podróżą.
Marco chciał jeszcze coś dodać, ale nagle zielone drzwi do budynku uchyliły się i stanęła w nich szczupła, opalona blondynka oraz wysoki, ciemnowłosy nastolatek.
- Agnieszka! - pisnęła mama, rzuciła walizkę na ziemię, nie zważając na znajdujący się w środku słoik ogórków kiszonych, i podbiegła do przyjaciółki. - Tak dawno się nie widziałyśmy! Wyglądasz pięknie! - powiedziała mama. Zazdrościła koleżance domu w pięknej okolicy w Toskanii, krainie pełnej winnic, gajów oliwnych i smukłych cyprysów, o której obejrzała tyle filmów. Jej zdaniem Agnieszka musiała się czuć jak na niekończących się wakacjach.
Luca stał niepewnie krok za mamą. Był rok starszy od Julki i dwa lata młodszy od Franka, ale już dorównywał mu wzrostem. Miał falowane czarne włosy do ramion zaczesane na bok i ciemną karnację. Julka mimowolnie pomyślała, że jest przystojny. Franek zaś ucieszył się, że chłopak nie jest równie wylewny, jak jego ojciec.
Gdy wszyscy się przywitali, Marco otworzył drzwi i zaprosił gości do środka. Kamienica była wąska, dwupiętrowa i w całości należała do ich rodziny. Na drugim piętrze znajdowały się pokoje, które Marco wynajmował turystom - to właśnie tam miała spać rodzina Julki. Na szczęście dziewczynka i jej brat dostali osobne sypialnie, mieli dzielić tylko łazienkę.
Julka wyobrażała sobie, że wnętrze budynku również będzie stare i szare. Okazało się jednak jasne i nowoczesne. Podłoga była wyłożona kolorowymi płytkami ułożonymi w mozaikę, a na białych ścianach wisiały obrazy przedstawiające toskańskie pejzaże. Sufit był pokryty ciemnobrązowymi, potężnymi legarami.
Pokój, który dostała, pomalowano na słoneczny, żółty kolor. Znajdowały się w nim duże łóżko, szafa i stolik. Julka zostawiła walizkę w progu i podeszła do okna. Otworzyła je, wyjrzała i aż wstrzymała oddech z wrażenia - okno wychodziło na ukryte od ulicy patio, wprost tonące w zieleni. Jedną ze ścian porastała kwitnąca na biało bugenwilla, dziewczynka zauważyła też kilka niewysokich oliwek, figowiec i jukę. Pośrodku pod parasolem stały stół i krzesła, a do jednej ze ścian przyklejona była półokrągła fontanna.
Okno w pokoju rodziców również wychodziło na patio. Natomiast Franek dostał pokój z widokiem od strony ulicy - jego okno wychodziło wprost na mieszkanie właściciela kolorowych skarpetek. Gdy przez nie wyjrzał, zobaczył wbity w siebie wzrok bardzo starego mężczyzny z papierosem w ustach i wielkim złotym sygnetem na palcu.
- Świetnie - mruknął chłopiec i zasunął zasłony.
***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki