Rozdział II
Tajemniczy powóz
Sirdar Lewis Biggun czekał w dużym salonie, którego wysokie, przeszklone drzwi podzielone na wzór liści koniczyny wychodziły na ogród, gdzie nad drzewa europejskie i egipskie akacje28 wyrastały pnie palm.
Głównodowodzący armii angielsko-egipskiej, wysoki i kościsty, o surowych rysach twarzy okolonej jasnymi bokobrodami ze srebrnymi pasemkami, z radosną miną zacierał ręce, kątem oka wpatrując się w rozłożonego na bujanym fotelu niskiego mężczyznę.
Był on bardzo brzydki, mając łysą głowę, ziemistą cerę i haczykowaty nos zwieńczony niebieskimi okularami. I brudny! Stary surdut, z nieusuwalnymi plamami od pędzla, pokryty na ramionach warstwą szarego pyłu; czarne spodnie, wytarte na kolanach i przystrojone mnóstwem kreseczek wskazujących na zakorzenione u ich właściciela przyzwyczajenie do wycierania o nie nadmiaru atramentu z pióra; ciężkie buty, kiedyś żółte, a teraz wyzbyte kształtu i koloru, dopełniały mało wytworne ubranie tego osobnika. Na podłodze przed sobą położył kapelusz, zmechacony cylinder, wyświechtany od długiego noszenia.
Otworzyły się drzwi i weszła mistress Price, na próżno usiłująca wygiąć swoją korpulentną osobę w pełnego szacunku łuk ukłonu, postawę, jaką powinien przybrać każdy dobrze wyćwiczony służący pojawiający się przed swoim panem.
- Milord29 posłał po mnie - powiedziała, nadal pochylona w ukłonie.
- Tak, droga Price. Chcę wasze oddanie wystawić na próbę...
- Już dwadzieścia lat, milordzie, przechodzi próbę ognia w moim piecu.
- Wiem, Price, wiem; jesteście dobrą istotą. Mieliśmy zjeść śniadanie za dwie godziny...
- Za siedem dwunasta, zgodnie ze zwyczajem Wielmożnego Pana.
- No cóż, dzisiaj pragnę odejść od tego zwyczaju.
Kucharka nagle się wyprostowała i oszołomiona spojrzał na generała.
- Odejść...?
- Zdumiewa to was, Price... Uwierzcie, że jedynie ważne powody skłoniły mnie do przyspieszenia pory posiłku... Lecz przed wszystkim stoi służba Anglii... A zresztą musicie zawsze mieć przygotowane na wszelki wypadek mięso na zimno.
- Mam przygotowane, milordzie.
- Świetnie. Włożycie je do koszy z kilkoma wybranymi butelkami... Żeby wystarczyło do nakarmienia dwóch osób...
Od razu się jednak poprawił:
- Nie, trzech - i uśmiechnąwszy się do mężczyzny w porwanym surducie dodał - Ponieważ doktor Gorgius Kaufmann, który zaszczycił mnie zgadzając się zająć miejsce przy moim stole, ma apetyt dwóch osób...
Kucharka ukłoniła się i nieśmiałym głosem zapytała:
- Dla trzech osób, to łatwe... ale dlaczego... w koszach?
- Dlatego, że was o to proszę, moja droga... Jeszcze jedno, czy macie przy sobie waszych dwóch synów?
- Tak, milordzie.
- Bardzo dobrze. Każcie im zanieść rzeczone kosze do powozu sir Gorgiusa... stoi na wielkim dziedzińcu. Zaczekają tam na moje rozkazy. Idźcie.
Mistress Price zrobiła w tył zwrot i zniknęła.
Sirdar stanął wówczas przed swoim gościem:
- Słyszał pan?
- Tak, panie generale. Nie można było zarządzić lepiej... O mało nie parsknąłem śmiechem, kiedy przypisał mi pan apetyt "dwóch osób".
- A zatem jest pan zadowolony? - pytał nadal lord Biggun, nie okazując radości.
- Całkowicie.
- To dobrze, Niech się pan postara, abym ja też był zadowolony.
- Będzie pan, wielmożny lordzie, będzie.
- Tym lepiej! Jeżeli zakpi pan z Anglii reprezentowanej przez moją osobę, wówczas nie uratuje pana to, że jest uczonym. Sąd wojenny i dwanaście kul plutonu egzekucyjnego...
Mężczyzna w niebieskich okularach nawet nie drgnął.
- Oczywiście - przyznał lekko. - Ale jeśli moje usługi okażą się takie, jak obiecałem...?
- Zobowiązuję się, w imieniu Jej Królewskiej Wysokości, sowicie pana wynagrodzić.
Gorgius wymusił uśmiech.
- W takim razie jestem spokojny.
Bez zwracania odtąd uwagi na swego rozmówcę, dziwaczny osobnik wyjął z kieszeni zatłuszczony zeszyt i na pustej stronie zaczął kreślić liczby.
Mistress Price wróciła do kuchni. Dwa wiklinowe kosze wypełniała tam mięsem na zimno, różnymi przystawkami, butelkami białego i czerwonego wina, likierami i tak dalej, opowiadając przy tym synom o "zachciance" generała, jak ją nazwała.
- To dziwne! Dziwne! - zawołał Jack. - Co strzeliło do głowy lordowi Biggunowi?
Jego brat wzruszył ramionami i zadrwił:
- Ciekawość Francuza, jak zawsze...
Tym razem to Jack zmarszczył brwi:
- Posłuchaj, Johnie, mam dla ciebie bardzo angielską propozycję. Zamiast stale się kłócić, porządnie powalczmy w "box30" i niech się to na tym skończy.
Jego rozmówca pokręcił jednak głową.
- W twoim boksie francuskim, czyli pantoflowym, od razu jestem przegrany.
- Tylko o to chodzi? Nie będę walczył nogami... tylko pięściami...
- To dla mnie za mało. Pokonany, znajdziesz okazję do znalezienia próby rewanżu... Nie zapanuję nad tobą.
- Nie chcesz, żebym spędził życie u twoich kolan?
- Chciałbym, ale to niestety niemożliwe, dlatego nie wdam się w walkę. Wszyscy nasi wielcy ludzie, od Nelsona31 przez Wellingtona32 po Kitchenera33, mówili: rozpoczynać walkę należy tylko wówczas, gdy ma się pewność pełnego i ostatecznego zwycięstwa.
Jack ową monumentalną wypowiedź skwitował uśmiechem. Kosze z jedzeniem były już gotowe, a mistress Price w przesadnej staranności wypełniła je po kabłąki.
Każdy z braci wziął jeden z nich, ale John pospiesznie wyszedł, aby nie musieć towarzyszyć Jackowi.
Ten ze smutkiem odprowadził go wzrokiem. Czyżby rzeczywiście wygasło w ten sposób uczucie, przez dwadzieścia lat łączące go z bratem? Co prawda John nigdy nie okazywał zbytnio czułości; zawsze pod tym względem zachowywał wielką powściągliwość, można to było przypisać jego mało wylewnemu charakterowi i chłodnemu temperamentowi. Tego wszakże dnia zdradzał prawdziwą wrogość. Ale dlaczego? Miłość matki jest bezcennym skarbem, ale nie prowadzi do pożądania jej ani z zaborczością, ani z zawiścią. Wdzięczny za nią syn powinien chcieć, żeby najdroższa matka kochała go najbardziej, jak to tylko możliwe.
Chociaż wskutek tych rozmyślań szedł wolniej, Jack dołączył do brata na dziedzińcu rezydencji i nie tracąc chwili powiedział:
- Głupi jesteś, Johnie... - Jednocześnie po przyjacielsku położył dłoń na jego ramieniu. - Kocham cię, bardzo kocham naszą matkę. Przyjmijmy szczerze sytuację, która nie jest naszym dziełem i uściśnijmy sobie ręce.
Ton jego słów wpłynął zapewne na serce zazdrosnego mężczyzny, ponieważ John odpowiedział:
- Uścisnę twoją rękę, Jacku. Jestem jednak mniej płytki niż ty i w głębi siebie zachowam tę ranę.
Młodzi ludzie wymienili serdeczny uścisk dłoni, a Jack rzekł z uśmiechem:
- Twoja rana się zabliźni, bracie. Ja nie mam żadnej, nie dlatego, że jestem płytki, jak uważasz, ale ponieważ czuję do ciebie tak wielką przyjaźń...; uniemożliwia to żywienie przeze mnie złych myśli. Widzisz, z ciepłym uczuciem jest jak z obfitym posiłkiem... Jeśli wystarczy dla dwojga, to wystarczy i dla trojga.
Zmieniwszy nagle ton, zapytał:
- A właśnie, gdzie jest powóz doktora Gorgiusa Kaufmanna?
- Nie widzę choćby śladu po nim.
- Czy mama nie powiedziała wyraźnie: na dziedzińcu?
- Powiedziała.
- No i...?
Dziedziniec był pusty; mistress Price musiała się pomylić.
Nagle na schodach głównego budynku pojawił się jednak służący w liberii sirdara. Był nim Maltańczyk o przebiegłym wyrazie twarzy.
- Oho! - zawołał Jack. - To Rocko, coś nam powie.
Podszedł do niego i zapytał:
- Rocko, gdzie jest kareta doktora Gorgiusa?
- Wysłano mnie, mistrzu Jacku, żeby pana do niego zaprowadzić.
- Doskonale... pójdziemy za tobą.
Młodzi ludzie podnieśli kosze, które postawili na ziemi.
- Pojazd zabrano na wielką alejkę ogrodu - wyjaśnił Maltańczyk. - Na rozkaz sirdara. Dziwny z niego powóz... zastanawiam się, w jaki sposób tu utknął?
- Co chcesz przez to powiedzieć? - od razu zapytał Jack, zdumiony intonacją służącego.
- A to. Mam wrażenie, że już widziałem ten dziwny powóz.
- Czyżby...? A gdzie?
- Na środku morza Śródziemnego.
Pomimo swojej flegmy John stanął jak wryty, zupełnie jak jego brat.
- Powóz na środku morza...? Niezły żart!
- Żaden żart. Ten pojazd po wodzie jeździ równie dobrze, co i po lądzie.
- Rocko... drwisz sobie z nas?
- Nie, skądże - odpowiedział Maltańczyk. - Spójrzcie na powóz. Tylne koła zaopatrzono w płytki, które zwykle leżą na szprychach, ale mogą być odchylane prostopadle do nich, i wtedy stają się prawdziwymi "łopatkami", a pojazd łodzią.
- Czyli to powóz-barka?
- Właśnie... i do tego elektryczny.
- Co za wielki wynalazca z tego doktora Gorgiusa!
Wskutek uśmiechu służącego jego niepozorną twarz pokryły niezliczone zmarszczki.
- Jedynie spryciarz.
- Spryciarz? Co przez to rozumiesz?
Maltańczyk rzucił dookoła podejrzliwe spojrzenie i zniżonym głosem powiedział:
- Wiecie, że byłem marynarzem. Pływałem na statku, który krążył między Marsylią, Brindisi34 i Aleksandrią.
- I co z tego?
- W czasie jednego z rejsów podjęliśmy z wody dziwną łódź, mającą na pokładzie kilku Francuzów i młodą Greczynkę, właścicielkę jednostki. Nazywała się Anacharsia Taxidi.
- No dalej. Jaki związek ta młoda Greczynka ma...?
- Z moją opowieścią...? Cierpliwości. Jej łódź, której nadała nazwę "Karrovarka35", czyli powóz-barka, została wzięta na hol, zaś pasażerowie weszli na pokład steamera36. Następnej jednak nocy lina łącząca statek z łodzią została odcięta i o świcie "Karrovarki" już nie było, jak i pasażera trzeciej klasy, który jako swoje nazwisko podał Otto Skoppen.
W tej właśnie chwili trzej mężczyźni po okrążeniu narożnika prawego skrzydła rezydencji weszli do ogrodu, na złocisty piasek z lekkim chrzęstem trzeszczący im pod ich stopami. Rocko zamilkł.
- Co z tobą? - zapytał Jack.
Wyraz twarzy Maltańczyka wskazywał, że się wahał, ale nagle jakby podjął decyzję:
- To - odpowiedział głosem słabiutkim jak szept - że w nowym przyjacielu sirdara, w uczonym Gorgiusie Kaufmannie, chyba rozpoznaję Otto Skoppena, i to, że jego pojazd i karrowarka są do siebie podobne jak dwie krople wody.
John ryknął stłumionym głosem. Wolną ręką mocno złapał służącego i nim potrząsnął, mówiąc:
- Śmiesz insynuować, że przyjaciel głównodowodzącego jest złodziejem?
Trzymany w jego uścisku Maltańczyk zbladł.
- Niczego nie insynuuję, mister37 Johnie, ale niech mnie pan puści, bo ściska jak kraba.
Po spełnieniu tej prośby przez młodego człowieka Rocko szybko odsunął się poza zasięg jego rąk i dodał:
- W każdym razie wątpię, żeby na tym świecie znajdowały się dwa podobne do tego pojazdy i podtrzymuję to, co powiedziałem: karrowarka wędrowała środkiem morza Śródziemnego.
W owej chwili wszyscy trzej dotarli do szerokiej alei biegnącej środkiem ogrodu i dzielącej go na dwie połowy. Prowadziła ona do wrót w kształcie kraty, których drewniane części, spojone przez pełnego fantazji stolarza, odtwarzała dziwne linie, jakie 4000 lat temu rzeźbiono na pylonach38 świątyń Hathor39. Są one często naśladowane w Egipcie, owym wyjątkowym kraju, o którym można powiedzieć:
"Nic się tam nie zmienia. Niech tylko zamieszka w nim ktoś nowoczesny, to w krótkim czasie oka jego gusta, jego poglądy, jego rozumowanie staną się gustami, poglądami, rozumowaniami występującymi w epoce faraonów Cheopsa albo Chléphrema40. Nil żywiciel wchłania każdą obcą oryginalność; narzuca wszystkiemu ten sam styl. Jest on nie tylko ojcem Egiptu, ale także jego duszą; i to właśnie owa dusza, której tchnieniem są korony kwiatów lotosu, palące podmuchy wiatru nadciągającego z pustyni, owa dusza, której głos słychać w kołyszącym rytmie wód, w rozwlekłych melopejach41 fellachów42, która widziana jest w błękitnych otchłaniach nieba, ze słońcem płomiennym jak oko43 sprawiedliwie sądzącego Ozyrysa44; owa dusza pochłania duszę zdobywcy i sama ją zdobywa. Wydaje się, że wieczny sfinks45, którego tak mistrzowsko opiewał Georges Fragerolle46, w swej kamiennej postaci uosabia następujące po sobie migracje świata".
Ani jednak Jack, ani jego brat nie snuli bynajmniej podobnych myśli, kiedy przed ich oczami, na środku alei, pojawił się dziwaczny pojazd.
Można go było wziąć za jeden z owych długich wagonów używanych w wielkich europejskich pociągach ekspresowych czy raczej za łódź z dziobem w groźnym kształcie ostrogi.
Wykonany z przymocowanych śrubami arkuszy blachy, wyglądał tajemniczo stojąc nieruchomo na ośmiu potężnych kołach. Pierwsze sześć, o niewielkiej średnicy, były bez wątpienia kołami "nośnymi", ale z tyłu przyciągały uwagę dwa pozostałe o promieniu trzykrotnie większym od pierwszych.
Przypominały one "koła łopatkowe" parowca, których łopatki, przeznaczone do zagarniania wody, były ułożone równolegle do osi szprych.
Rocko je wskazał i powiedział:
- Koła na stałym gruncie, płetwy na wodzie. Im dłużej na nie patrzę, tym mocniejsze odnoszę wrażenie, że rozpoznaję karrowarkę, o której mówiłem wcześniej.
Właśnie wtedy nowe wydarzenie nie pozwoliło, aby młodzi ludzie mu odpowiedzieli.
Lord Lewis Biggun i doktor Gorgius pojawili się na dachu "caru47". Ten drugi trzymał łańcuch zakończony hakiem. Żelazny zaczep opuścił na ziemię i nakazał oschłym głosem:
- Zaczepić kosze.
Młodzi ludzie uczynili to posłusznie. Doktor od razu wciągnął na platformę wiklinowe pojemniki, i z kolei odezwał się sirdar:
- Chłopcy, stańcie na warcie dwadzieścia kroków od tego powozu. Nie pozwalajcie, aby ktokolwiek się zbliżał. Ty, Rocko, wracaj do biura. Nie chcę, aby ktokolwiek pod żadnym pozorem mi przeszkadzał.
Maltańczyk odszedł, rzuciwszy przedtem synom mistress Price wymowne spojrzenia. Jack stanął przed powozem od strony kraty zamykającej aleję, natomiast John przeszedł w kierunku willi i flegmatycznie usiadł na piasku. Odzyskał całą obojętność, jaką zwykle okazywał. Posunął się nawet do przybrania pozycji plecami do "karocy" doktora.
Jack wprost przeciwnie, nie przestawał przyglądać się z lękiem metalowemu potworowi. Zobaczył znikające kosze z jedzeniem, na pewno w luku umieszczonym w górnej platformie; następnie tak samo przepadli sirdar i jego towarzysz. Na całej długości ścian z ostrym trzaskiem opuściły się okiennice, odsłaniając kwadratowe okienka, znajdujące się niestety zbyt wysoko, żeby wścibskie oczy mogły zajrzeć do środka karrowarki. Potem wszystko znieruchomiało, ucichło, było jakby martwe w owym ogrodzie, w którym panował piekący spokój środka dnia.
Stojący w cieniu katalpy48, zżerany zniecierpliwieniem i ciekawością Jack przygryzał wargi.
Co przyszło do głowy sirdarowi, temu wyznaczonemu przez Anglię władcy Egiptu, żeby zamknąć się w tym ruchomym więzieniu i jeść śniadanie z niemieckim doktorem?
Co znaczy to tajemnicze postępowanie? Dlaczego generałowi nie wystarczyły blaszane ściany odcinające od świata i dwóch braci postawił jako wartowników?
Ten nadmiar środków ostrożności jasno wskazywał, że podczas rozmowy padną słowa wyjątkowo ważne; słowa, przed usłyszeniem których przez uszy nastawione zawsze w otoczeniu wysokiego urzędnika nie są w stanie uchronić ani grube obicia ścian apartamentów, ani zamki z Birmingham49, ani rygle z Sheffield50.
Chociaż Jacka złościło, że nie mógł odgadnąć, co się działo, to przyznawał z uśmiechem, że lord Biggun postąpił mądrze, decydując się na tak ścisłe środki ostrożności. Czyż on sam nie wpadł na sposób pozwalający mu niepostrzeżenie uczestniczyć we wszystkich naradach sztabu armii angielsko-egipskiej?
Och, czynił to z czystej ciekawości; nigdy nikomu nie powtórzył tego, co zdołał tak podsłuchać. To samo był jednak w stanie czynić ktoś mający mniej niewinne intencje. Sposób był bardzo prosty.
Nad urządzoną w willi sirdara salą narad znajdowały się strychy o doskonałym przewiewie, na których dbająca o swoją renomę mistress Price przechowywała zapasy owoców, przetworów i innych wyrobów.
Jack zaś, wielce zaintrygowany dużym ruchem ludzi przychodzących i wychodzących po naradzie, odkrył doskonałe pod względem topograficznym położenie strychów. Świdrem przewiercił podwójne deski podłogi i kiedy generał wzywał swoich wojskowych współpracowników, młody człowiek pośpiesznie wspinał się do urządzonej przez jego matkę spiżarni. Tam kładł się plackiem i z okiem przytkniętym do otworu w podłodze przysłuchiwał się uważnie wypowiedziom zebranych na naradzie.
A kiedy trochę później oficerowie sztabowi z głośnym tupotem butów i brzękiem szabel przemierzali zamyśleni dziedzińce willi, Jack udawał równie wielką flegmę, jaką wykazywał jego brat. Tylko on znał dopiero co podjęte decyzje mające na celu utrzymanie przewagi w Egipcie wpływów brytyjskich.
Należy dodać, że choć in petto51 potępiał niektóre kroki polityczne, to jako dobry Anglik cieszył się z sukcesów swoich rodaków.
Jako dobry Anglik! Te słowa, które często powtarzał, chcąc uzasadnić swoją ciekawość, pojawiły się ponownie na jego ustach. Jako dobry Anglik! Czy miał pewność bycia Anglikiem? Czy mógł tak twierdzić po wysłuchaniu historii, którą rano tego dnia opowiedziała jego matka? Wynikało z niej niezbicie, że albo John, albo on sam był synem Francuzki. Gdyby on... wtedy będąc dobrym Anglikiem byłby złym Francuzem!
Otrząsnął się jednak szybko z tej dręczącej go myśli. Obowiązek nie dba o przeszkody, jakie wymyślają ci, którzy nie chcą go spełniać. A jest on prosty, jest jedyny. Jako dziecko adoptowane, przygarnięte przez wielką rodzinę saską, Jack powinien żyć i myśleć jak Anglik. Choćby nawet któregoś dnia pojawił się dowód jego galijskiego pochodzenia, to nie zdoła się wyzbyć sympatii do swojej pierwszej ojczyzny.
- Jestem zresztą szalony - uznał wreszcie. - Gdybym był Francuzem, nie miałbym matki. Nie, nie, bez żadnych takich myśli, bądźmy na zawsze Anglikami, by zachować miłość najlepszej na świecie mam.
To postanowienie wcale go nie uspokoiło.
Opowiedziawszy się za narodowością angielską, Jack poczuł znowu spalającą go ciekawość, a jego rozdrażnienie zdradziło to oto zdanie:
- Co do diabła sirdar robi w tej karrowarce?
Najzręczniejszy ze szpiegów nie umiałby udzielić odpowiedzi na to pytanie młodego człowieka. Blaszane ściany powozu stanowiły przegrodę, przez którą nie było w stanie przeniknąć żadne ludzkie oko.
Nawet promienie rentgenowskie, które dużo sprawniej od dozorców i urzędników potrafiły czytać listy bez ich otwierania albo przenikały do wnętrza mózgu bez przesłuchiwania, odbiłyby się o grube, przykręcone śrubami płyty z metalu.
Wynik tego: trwająca przez bitą godzinę świadoma wściekłość Jacka.
Wreszcie na dachu powozu raz jeszcze zobaczył sirdara Bigguna i doktora Kaufmanna. Składana drabinka, o błyszczących się w słońcu niklowanych stopniach, opadła na ziemię.
Obaj mężczyźni zeszli na ziemię. Drabinka uniosła się automatycznie, zamknęły się przesłony bocznych okien, zaś generał ruchem ręki przywołał synów pani Price i odesłał ich tymi słowy:
- Dziękuję wam. Jesteście już wolni.
Potem skierował się do głównego budynku willi, a za nim szedł niemiecki naukowiec.
- Czy jest pan zadowolony? - zapytał po chwili doktor Kaufmann, dołączając do pytania pytaniu małpi uśmiech.
- Jeszcze nie wiem - odpowiedział lord Lewis Biggun.
- Jak może pan nie wiedzieć po tym, co pan usłyszał?
Anglik powstrzymał go:
- Ustalę to dopiero po naradzie, jaka odbędzie się wieczorem. Wówczas to przekonam się, czy dziwne stwierdzenia, które dotarły do moich uszu, okazały się prawdą.
- Czyli chce pan dokonać eksperymentu na swoich oficerach?
- No oczywiście. Jeśli sprawdzą się wyniki uzyskane na nich, bez wahania uwierzę w całą resztę.
Nowy uśmiech wykrzywił twarz Gorgiusa.
- Dobrze! Dobrze! Jestem spokojny. Służby wywiadowcze nie były nigdy zorganizowane w sposób, którą panu dostarczam. Nilia poprowadzi armię angielską do zwycięstwa!
Sirdar kiwnął głową.
- Chciałbym tego... Byłoby ono dziełem wielkiego kapitana i zasługiwałoby na ten tytuł.
- Przyjmuję go, aby tak było - zawołał Niemiec - i tak jak pan będę odtąd maszerował pod sztandarem kapitan Nilii!
W tym czasie Jack i John wrócili do kuchni.
- Och! - szepnął pierwszy z nich. - Czego bym nie dał za dowiedzenie się, co zaszło w tym powozie z blachy.
John z pogardą spojrzał na brata.
- Mnie to nie obchodzi... Sirdar działa dla dobra Anglii; niepotrzebna mi dalsza wiedza.
Jack nie odpowiedział.
Po tym jednak, jak on także zjadł śniadanie z zacną mistress Price, wyszedł i rozglądał się uważnie po okolicach rezydencji.
Przeczucie mówiło mu, że tajemnicze spotkanie sirdara z doktorem przyniesie poważne skutki.
Miał rację. Niedługo potem willę ogarnęło niebywałe w niej poruszenie. Zaaferowani oficerowie sztabowi krążyli między jej pokojami, wymieniając krótkie słowa i przekazując otrzymane rozkazy.
Następnie wyszli stamtąd i rozbiegli się na różne strony.
Jack zatrzymał jednego z przechodzących Anglików.
- Co się dzieje? - zapytał, udając zdumienie ciekawskiego znajomego.
- Nie wiem - bez zatrzymania się odpowiedział oficer. - Dziś wieczorem o ósmej odbędzie się nadzwyczajna narada; powiadamiamy o niej wszystkich dowódców.
Odszedł już daleko. Jack nie zamierzał go zresztą gonić.
- Narada o ósmej - szepnął - będę na strychu. John może sobie mówić, że sirdar działa dla dobra Anglii... Do licha! Jestem tego pewien... ale nie zaszkodzi dowiedzieć się, jakie dobro szykuje dla mojego kraju!
I nagle urwał:
- Mojego kraju... a może nie jest mój. - W złości machnął ręką. - Ach! - Mówił dalej. - Co za sprawa dla ciekawskiego młodego człowieka! Nie mieć nawet pewności bycia Anglikiem... Jestem jak ów starożytny filozof, który mówił: Na ziemi nie mamy nigdy pewności; nie należy twierdzić: żyję; można jedynie wyrażać wątpliwości tymi słowy: uważam, że żyję. No cóż, muszę poprzestać na stwierdzeniu: uważam, że jestem Anglikiem!
Potem z zabawną rozpaczą Jack zakończył rozważania:
- Uczniowie rzeczonego filozofa porzucili wszakże nurt jego rozumowania i przenieśli się na wykłady jego konkurentów, którzy nauczali innych formułek: cierpienie i myślenie są cechami życia; cierpię, a więc żyję; myślę, a więc jestem. Ja zaś cierpię, myślę i nie wolno mi stwierdzić: a zatem jestem Anglikiem!
Powodowany młodzieńczą beztroską szybko porzucił jednak te gorzkie myśli i dołączył do mistress Price, która z ogromną powagą opatrywała dopiskami jeden z owych podręczników, dzieł literackich przeznaczonych dla kucharzy, znanych pod ogólną nazwą Doskonała kucharka mieszczańska52.
Zacna dama poprawiała błędy autora. Całkowicie oddana swojej sztuce, potajemnie żywiła pragnienie wydania Kucharki mieszczańskiej bardziej kompletnej i doskonalszej od napisanych przez jej poprzedniczki.
Posiadanie niebieskiej szarfy53 przestało jej wystarczać; chciała na swoje krótkie i grube nogi naciągnąć niebieskie pończochy54 pisarek. Marzyła o zostaniu panią Sévigné55, panią de Staël56 piekarników, George Sand57 rondli, baronową Staffe58 dziecinnych i uczciwych przypraw.
28 Akacja senegalska (Acacia senegal) - drzewo z rodziny bobowatych, rośnie w klimacie półpustynnym, w północnej Afryce i Arabii, osiąga do 5 m wysokości, jej soku pozyskuje się gumę arabską.
29 Milord (ang.) - tytuł grzecznościowy przysługujący przedstawicielom brytyjskiej arystokracji, także innym przedstawicielom klas wyższych.
31 Horatio Nelson (1758-1805) - angielski admirał, wybitny dowódca w walkach z Francją, zwycięzca w bitwie pod Trafalgarem, zmarł wskutek odniesionych w niej obrażeń.
32 Arthur Wellesley, książę Wellington (1769-1852) - angielski wojskowy i polityk, oznaczył się w wojnach napoleońskich, zwycięzca w bitwie pod Waterloo, później zajmował się polityką, premier Wielkiej Brytanii w latach 1828-1830 i 1834.
33 Horatio Kitchener (1850-1916) - angielski wojskowy i polityk, pokonał powstanie Mahdiego w Sudanie, dowódca w II wojnie burskiej, po wybuchu I wojny światowej minister wojny.
34 Brindisi - miasto w południowo-wschodnich Włoszech w regionie Apulia, leżący około 100 km na południowy wschód od Bari, naturalny port nad Adriatykiem, ważny port i ośrodek turystyczny, obecnie 82 tys. mieszkańców; w XIX wieku obok Marsylii we Francji i Aleksandrii w Egipcie jeden z głównych portów morza Śródziemnego.
35 Karrovarka - złożone z greckiego ????????? (karotsaki), powóz i ????? (varka) barka.
36 Steamer (ang.) - parowiec, w XIX-wiecznej Francji często używano to słowo angielskie, bo było krótsze od francuskiego bateau a vapeur (dosł. statek na parę).
37 Mister (ang.) - pan jako tytuł grzecznościowy.
38 Pylony - dwie potężne wieże na planie prostokąta, o pochylonych, zwężających się do środka ścianach, stojących z obu stron wejścia do starożytnej świątyni egipskiej.
39 Hathor - w religii starożytnego Egiptu bogini nieba, później miłości, patronka kobiet, przedstawiana jako niebiańska krowa albo kobieta z dyskiem słonecznym na głowie, utożsamiana z Afrodytą i Wenus (boginią i planetą).
40 Cheops - po egipsku Chu-fu, faraon starożytnego Egiptu z IV dynastii, o datach panowania podawanych różnie, ok.2589-ok. 2566 p.n.e., przypisuje mu się wzniesienie wielkiej piramidy w Gizie i świątyni Hathor o Denderze; Chléphrem - przypuszczalnie Chefren (ok. 2572-2546 p.n.e.), władca Egiptu z IV dynastii, syn Cheopsa, zdobywca Nubii, jego piramida jest drugą pod względem wielkości, kazał też zbudować Sfinksa.
41 Melopeja - melodeklamacja, monotonna melodia.
42 Fellachowie - w krajach arabskich, zwłaszcza Egipcie, chłop, rolnik prowadzący osiadły tryb życia.
43 Oko Ozyrysa - dawna, błędna nazwa Oka Horusa, jednego z najważniejszych symboli i amuletów ochronnych starożytnego Egiptu, miało dawać wiedzę, moc, odrodzenie.
44 Ozyrys - jeden z głównych bogów starożytnego Egiptu, według mitów nauczył ludzi kultury, w tym uprawy roli, po zabiciu go przez brata Seta został bogiem śmierci i życia pośmiertnego, sędzią zmarłych, później najważniejsze bóstwo egipskie.
45 Sfinks - postać mitologiczna przedstawiana najczęściej jako leżący lew z głową człowieka, boga lub władcy, w starożytnym Egipcie strażnik świątyń i grobowców, w tym słynny Wielki Sfinks obok piramid w Gizie.
46 Georges Fragerolle (1855-1920) - francuski kompozytor i pianista, autor wielu utworów muzycznych wystawianych jako ilustracje przedstawień teatralnych, tu chodzi o Le Sphinx, epopeję liryczną z roku 1896, jej tekst i muzyka są jego dziełem.
47 Car (ang.) - wagon, wóz, samochód.
48 Katalpa (Catalpa) - surmia, rodzaj roślin z rodziny bognoniowatych, obejmuje gatunki niedużych drzew rosnących w Chinach i Ameryce Północnej, jako drzewo ozdobne w wielu krajach o ciepłym klimacie uprawiana jest surmia bignoniowa (Catalpa bignonioides), o krótkim pniu i rozłożystej koronie, mająca duże, białe kwiaty.
49 Birmingham - miasto w środkowej Anglii, w XIX wieku szybki rozwój jako ośrodek górnictwa i przemysłu, zwłaszcza metalowego, wraz z sąsiednimi miastami tworzy obecnie drugą pod względem ludności metropolię Wielkiej Brytanii, liczącą około 6 milionów mieszkańców.
50 Sheffield - miasto w północnej Anglii, w hrabstwie South Yorkshire, od końca XVIII wieku szybki rozwój jako jeden z najważniejszych ośrodków przemysłu stalowego, obecnie głównie miasto uniwersyteckie, ma 585 tys. mieszkańców.
51 In petto (wł.) - dosł. "w piersi"; w sercu, w myślach; skrycie, w sekrecie.
52 Doskonała kucharka mieszczańska albo dobra kuchnia w mieście i na wsi (La parfaite cuisini?re bourgeoise ou La bonne cuisine des villes et des campagnes) - tytuł książki kucharskiej autorstwa mlle Madeleine (panny Magdaleny) wydanej w Paryżu w roku 1863, z wieloma wydaniami późniejszymi, wcześniej ukazywały się książki o podobnych tytułach, wzorowanych na La cuisini?re bourgeoise, suivie le office Josepha Menona, wydanej po raz pierwszy w roku 1746, wielokrotnie wznawianej.
53 Niebiska szarfa (fr. Cordon bleu) - przed rewolucją francuską oznaka kawalerów orderu Świętego Ducha, najwyższego wtedy, przenośnie najwyższe wyróżnienie w jakiejś dziedzinie, po roku 1814 zwłaszcza kucharzy, od 1895 wychodziło czasopismo kulinarne La Cuisini?re Cordon Bleu, a w 1896 powstała szkoła kucharska Cordon bleu.
54 Niebiskie pończochy (fr. bas bleu) - w XIX wieku francuskie określenie kobiet literatek, zaczerpnięte z angielskiego blue stockings, jak nazywano uczestniczki słynnego salonu literackiego Elisabeth Montagu, we Francji określenie to szybko stało się pejoratywne w ustach mężczyzn nazywających tak kobiety o rzekomo niezasłużonych pretensjach literackich lub intelektualnych.
55 Marie de Rabutin-Chantal, markiza Sévigné (1626-1696) - francuska arystokratka, zasłynęła z listów do córki, które wydane po śmierci autorki zdobyły wielkie uznanie za walory literackie.
56 Anne-Louise Germaine Necker, baronowa de Staël (1766-1817) - pochodząca ze Szwajcarii francuska literatka i publicystka, prowadziła sławny salon.
57 George Sand (1804-1876) - pseudonim literacki Amantine Aurore Dudevant, francuskiej pisarki romantycznej, długoletniej kochanki i opiekunki Fryderyka Szopena, autorki około 60 powieści o różnorodnej tematyce.
58 Baronowa Staffe (1843-1911) - u P. d'Ivoi'a Staaffe, pseudonim literacki Blanche-Augustine-Ang?le Soyer, francuskiej pisarki i dziennikarki, pisała głównie poradniki dla kobiet, wielką popularność zyskał jej podręcznik dobrych manier, Usages du monde: r?gles du savoir-vivre dans la société moderne.