Projekt okładki: Krzysztof Chrząstek
Wszelkie grafiki pochodzą z bezpłatnych źródeł
Wszelkie prawa do książki należą do: Krzysztof Chrząstek
Wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek prawdziwych osób, postaci, miejsc lub wydarzeń jest w tej książce całkowicie przypadkowe. Całość tej powieści opowiada o fikcyjnych wydarzeniach i przygodach grupy ludzi. Ta książka łączy w zgrabną całość wiele faktów, legend, mitów i fragmenty tzw. teorii spiskowych, które od lat ciekawią i nurtują wielu ludzi.
Żadna część tej publikacji lub jej fragment nie może być w jakiejkolwiek formie upubliczniona, kopiowana, powielana, przepisywana, zapisywana, przetwarzana, przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych, tłumaczona ani udostępniana w jakiejkolwiek formie, jakąkolwiek metodą, gdziekolwiek i kiedykolwiek bez pisemnej zgody autora.
Gdy po raz pierwszy ujrzałem to miejsce, z początku pomyślałem, że wszystko mi się jedynie przyśniło. Było ono tak niezwykłe, że aż sam zacząłem wątpić w realność tego doświadczenia. Jednak uwierz mi szanowny czytelniku, że wszystko to szczera prawda. Sam tam byłem i widziałem na własne oczy wszystkie te cudowne niezwykłości, które tutaj opisałem.
Porobiłem też stosowne notatki i szkice, a nawet udało mi się zrobić kilka fotografii, choć mieszkańcy tej krainy wzbraniali się przeciwko temu. Nie znali mnie jednak jeszcze wtedy i nie ufali mi. Dopiero po pewnym czasie obdarzyli mnie zaufaniem, a nawet pomocą i wsparciem.
Dzięki temu mogłem zbliżyć się do nich, zapoznać z ich wynalazkami i spotkać miłość swojego życia. Jakże to cudowne, móc odkryć naraz aż dwa skarby - tak wspaniałą, wysoko rozwiniętą cywilizację i serce, które pokochało mnie szczerą, niewymuszoną miłością...
Teraz, gdy moje życie skłania się już ku końcowi, przekazuję ten manuskrypt swojemu prawnikowi, aby w dwadzieścia lat po mojej śmierci ujawniono go światu, tak, jak przyrzekłem to Radzie Agarthy. Mam nadzieję, że do tego czasu ludzkość dojrzeje do ponownego spotkania z nimi.
Oni są naszą wielką, a być może też i ostatnią nadzieją... Ich wiedza, kultura, etyka, duchowość, technologia, możliwości i umiejętności, a nawet ekologia przewyższają nasze pod każdym względem. Niestety - wtedy, mimo moich dobrych intencji i usilnych starań, nadzieja na spotkanie naszych dwóch światów została niefortunnie zaprzepaszczona... Boleję nad tym wielce i mam nadzieję, że teraz - po latach, wy to nadrobicie, drodzy mieszkańcy Ziemi.
Z nadzieją i życzeniami pomyślności
John T.
John był już stary i schorowany. To wszystko, co wtedy tam przeżył, zawarł w swoich notatkach, które teraz pieczołowicie zapakował do srebrnego pudełka i zamknął na klucz. Jutro miał je odebrać jego prawnik i zdeponować w skarbcu banku.
Niestety, zaledwie po dwóch tygodniach od napisania tych słów, John odszedł z tego świata. Teraz wszystko było w rękach Francisa Jacoba Blooma, który od lat miał własną, dużą kancelarię w tym mieście.
Myślisz może, że wszystko poszło jak z płatka? Że stało się tak, jak chciał tego John? Otóż nie.
Gdy kwiaty na jego grobie zwiędły, a ostatnie zapalone na nim świeczki znikły ponad rok temu, Francis postanowił działać. Przejeżdżał często koło tego miejskiego cmentarza i uważnie go obserwował. Chciał mieć absolutną pewność, że nikt się nim nie interesuje.
Od lat też wyznawał zasadę, że jeśli chcesz, aby coś było dobrze zrobione, to trzeba to było zrobić samemu.
Teraz siedział w swoim Bentleyu i patrzył na niszczejące szczątki na grobie Johna. Przez wiele lat dopilnowywał jego spraw majątkowych i podpisywanych umów dotyczących jego firm i aktywów. Wiedział też, że jego przyjaciel skrywał jakąś tajemnicę.
Pamiętał dokładnie, jak kiedyś, dawno temu, wyjechał on w podróż, w której zniknął na dwa lata. A dokładniej mówiąc, w miesiąc po tym, jak wyruszył, jego telefon przestał działać. Nie odbierał go, albo wyłączył. Co jednak ciekawsze, również w tym czasie nie logował się ani razu na swoją skrzynkę e-mailową. To już Francisa wielce zdziwiło.
John - biznesmen i filantrop nie potrafił żyć bez komputera i internetu. Zawsze miał najlepsze dostępne na rynku zabawki. Gdy więc kolejne telefony Francisa trafiały w próżnię, a maile pozostawały bez odpowiedzi, postanowił to sprawdzić. Wynajął najlepszych ludzi, którzy od lat pomagali mu w rozwikłaniu najtrudniejszych spraw. Ale po dwóch tygodniach szczegółowych poszukiwań, okazało się, że nie było go nigdzie, gdzie mógłby być.
Francis sprawdził to bardzo dokładnie. Poza tym telefon Johna przez cały czas był nieczynny. Ba, ani razu go nie włączał w tym okresie. Był też nie do namierzenia, choć jego ludzie mieli swoje sposoby i potrafili ustalić nawet to, gdzie znajduje się kompletnie wyłączony telefon. Teraz jednak nie byli w stanie tego zrobić. Nic. Zero jakiegokolwiek sygnału. Zupełnie, jakby się zapadł pod ziemię.
Gdy po pół roku od jego zniknięcia nie pokazywał się w domu, nie dzwonił, a nawet nie logował się na swoją skrzynkę internetową (czego to nie można ustalić, jak się ma spore pieniądze i zna odpowiednich ludzi), postanowił sam osobiście sprawdzić, gdzie jest John. Tym bardziej, że jego sekretarz również nie odbierał telefonu i wsiąkł gdzieś jak kamfora. Najwyraźniej byli gdzieś razem.
Okazało się jednak, że nawet on - stary wyga, który prześwietlał miliardowych inwestorów na wylot, a tajemnice finansistów tego miasta miał w małym palcu, nic o nim nie znalazł. Ustalił tylko, że John nie wykupił w tym czasie żadnych biletów lotniczych, ani nawet nie skorzystał ze swojej złotej karty kredytowej. A przecież ludzie na jego poziomie nie mogli bez tego żyć. - Czyżby skrył się w jakiejś pustelni, aby odpocząć od tego zabieganego świata, jak zwykł czasem żartować - zastanawiał się.
Postanowił jeszcze raz to sprawdzić. Miał swoje metody i zaufanych ludzi, po których sięgał w ostateczności. Ci byli w stanie załatwić wszystko. Wystarczyło tylko uregulować rachunek. Ale nawet oni tym razem nic nie wskórali. Ci, których wynajmował do najtrudniejszych zadań, nie byli teraz w stanie ustalić miejsca pobytu Johna, ani jego działań. Dowiedzieli się tylko, że był na krótko w Watykanie i tam spotkał się z niejakim Marco.
To go już nie tyle zaniepokoiło, co zaciekawiło. Dopóki jednak na jego konto wpływało co miesiąc wynagrodzenie za jego usługi, najwyraźniej zlecone wcześniej w banku, nie miał powodów do niepokoju. Zwłaszcza, że ta super ekipa do zdań specjalnych dbała o swoją reputację i zwróciła mu połowę pokaźnej kwoty, którą im wpłacił, gdy okazało się, że nie namierzyli Johna.
Tak minęło jeszcze półtora roku.
A potem, najzwyczajniej w świecie, John pojawił się w mieście i to z nową ukochaną u boku. Najdziwniejsze jednak było to, że tym razem nie chciał barwnie opowiadać mu o swoich przygodach. Wspomniał tylko mimochodem, że był w rajskiej krainie. Cóż... - początkowo Francis wziął to na karb jego miłości, bo Mahika była piękna i urocza. Jej spojrzenie zniewalało słodyczą i świeżością. Żadna kobieta w tym mieście nie miała takiego wdzięku, radości i mądrości, nie tylko w oczach, ale każdym ruchu, spojrzeniu i geście. Nie dziwił się więc, że John zakochał się w niej bez pamięci. Gdy jednak po pół roku nadal, nawet jednym słowem nie chciał mu nic powiedzieć o swej dwuletniej wyprawie, postanowił to sprawdzić.
Niestety, mimo najlepszych chęci, wielu środków, ludzi i ich zaangażowania, tym razem również nic nie zdziałał. Przyjaciel też, mimo wielu pytań zadawanych mu przy różnych okazjach, nie chciał nic na ten temat powiedzieć. Fracisowi pozostało zatem jedynie czekać. Bo tylko czas odkrywa przed nami wszystkie karty, również te głęboko skrywane. Wiedział to aż nazbyt dobrze. W tym biznesie, którym się zajmował, trzeba było być bystrym i mieć nerwy ze stali.
Przyszło mu jednak na to bardzo długo czekać. Aż dwadzieścia pięć długich lat. Francis był wtedy na swoich urodzinach, na które John zaprosił go do swej rezydencji. Rozmawiali, jedli i świetnie się bawili na tarasie przed domem. Mieli stąd piękny widok na wspaniały, okazały ogród z wieloma egzotycznymi roślinami i kwiatami. Francis mógłby nawet przysiąc, że niektórych z nich nigdy wcześniej nie widział. - Zapewne przywiózł je z którejś ze swoich amazońskich wypraw - tłumaczył to sobie, pałaszując wyśmienity tort.
Aż tu nagle, gdy John częstował go kolejnym kawałkiem wybornego ciasta, spojrzał na niego jakoś tak dziwnie i westchnął.
- Wiesz... spotkajmy się jutro, jeśli oczywiście masz czas... - dodał, chcąc wybadać, czy przyjaciel znajdzie w swym bogato wypełnionym kalendarzu lukę dla niego.
Francis od razu wyczuł, że coś się święci i chodzi o coś ważnego. Nie wspomniał mu zatem o spotkaniu z dwoma prezesami wielkich korporacji, tylko powiedział:
- Jasne, pogadamy sobie w cztery oczy.
John przytaknął na te słowa z ulgą. Francis to zauważył. - A zatem chodzi o coś naprawdę ważnego - powiedział sam do siebie i ucieszony pałaszował szarlotkę przygotowaną przez chyba najlepszego cukiernika w tym kraju. Istny raj dla podniebienia. Poza tym dobrze wiedział, że John już od dawna trochę niedomaga i być może nawet rozmyśla o podsumowaniu swojego życia.
Nazajutrz stawił się o umówionej porze w jego willi. Lubił punktualność, zwłaszcza wobec przyjaciół i tych, którzy mu płacili. A tutaj te dwie kwestie zgrywały się w jedno.
- Dzień dobry John - powitał go, gdy ten otworzył mu drzwi.
- Witaj stary druhu - powiedział z uśmiechem.
- Może i stary, ale na szczęście dużo młodszy od ciebie - zażartował. John też się uśmiechnął, choć wcale nie było mu do śmiechu. Poza tym różnica wieku nie była wcale aż taka wielka.
Usiedli wygodnie w jego salonie. Sącząc chłodne, świeżo wyciskane soki, których gospodarz był wielkim fanem, podziwiali nowy obraz Rembrandta, który zakupił. Zachwycali się jego światłem i fakturą dzieła. Dokładnością wykonania i mistrzowską kompozycją dzieła.
Francis lubił tu przychodzić. Czuł się swobodnie, a naturalny wdzięk Johna pozwalał mu na to, aby rozkoszować się życiem, bez tego zadęcia, jakie miało większość tak bogatych ludzi. On nadal pozostał skromnym, naturalnym i życzliwym człowiekiem.
- Pozwoliłem sobie na ten ostatni zakup - zaczął. - Chcę go po mojej śmierci przekazać do muzeum. Niech się nie pałęta po zamkniętych, prywatnych kolekcjach.
Francis pokiwał głową, sącząc pyszny sok.
- Ale spotkaliśmy się dzisiaj w innym celu
Francis nastawił uważnie uszu i patrzył na niego w skupieniu.
- Powierzam ci swój największy sekret - westchnął John, a Francis siedział w bezruchu. Wyczuł, że to może mieć coś wspólnego z jego tajemniczym zniknięciem sprzed wielu lat.
- Otóż, jak wiesz, dawno temu zawieruszyłem się na prawie dwa lata. Wiem, że mnie szukałeś - John uśmiechnął się z lekką nutą przebiegłości, ukazującą się na jego wydatnych wargach. - Cóż... nie mam ci tego za złe, że mnie poszukiwałeś. W innych okolicznościach nawet bym ci za to serdecznie podziękował. Ale wtedy - wierz mi przyjacielu, nie mogłem się z tobą skontaktować. Dałem też słowo wielu znaczącym ludziom, że nie pisnę nikomu ani słowa. Przez dwadzieścia pięć lat sam dźwigałem to brzemię na swych barkach. Tylko moja ukochana wiedziała o tym. Tylko jej mogłem ufać w tym względzie. - John westchnął ciężko i mówił dalej. - Jednak teraz zbliża się czas, gdy będę mógł o tym opowiedzieć.
Francis chłoną w skupieniu każde jego słowo.
- Ale nie osobiście - zaznaczył John. - Nie usłyszysz ode mnie żadnego słowa na ten temat przyjacielu - powiedział do wyraźnie zawiedzionego Francisa. - Ale będziesz mógł je kiedyś przeczytać - o ile dożyjesz - dorzucił z uśmiechem. - Kiedyś musiałem przysiąc grupie osób, że dopiero dwadzieścia lat po mojej śmierci będzie można opublikować te notatki. W nich jest wszystko o mojej wyprawie, cała prawa o ludziach, których spotkałem i ich życiu - westchnął głęboko, jakby coś sobie właśnie przypomniał. - To dziwne - kontynuował, jak wiele mitów i opowieści okazuje się prędzej czy później najzwyklejszą prawdą, odzianą w legendy - westchnął z rozrzewnieniem. - W tej oto skrzynce - wskazał wzrokiem Francisowi wykonany ze srebra kuferek - znajdują się moje notatki, szkice, a nawet kilka fotografii.
Francis już prawie wrzał z ciekawości. Przełknął teraz jednak tylko ślinę i delikatnie oblizał wargi z emocji.
- Proszę cię, abyś przez najbliższe 20 lat strzegł tego skarbu, a potem, zgodnie z moją wolą, którą masz tutaj na piśmie - mówiąc to podał mu podpisany dokument - należy wydać to dzieło i sprzedawać po cenie minimalnej jednego dolara za sztukę. Na wskazanym koncie bankowym jest zdeponowana suma, która z pewnością pokryje wszelkie związane z tym koszty. Resztę, która zostanie, należy wydatkować na sierocińce, bezdomnych i domy opieki. Jutro pojedzie z tobą mój sekretarz i razem zdeponujecie skrzynkę w banku. Przez dwadzieścia lat nikt - nawet ty, nie ma prawa otworzyć skrytki, w której zostanie umieszczona. Tak będzie najlepiej - John westchnął po raz kolejny. - Nie zdziw się też - dodał - jeśli Mahika zniknie bez śladu po mojej śmierci. Tak musi być i o nic jej nie pytaj.
Tego już było Francisowi za wiele. Zagadka goniła zagadkę. - Dlaczego on mi nie ufa - kłębiło mu się w głowie. - Załatwiali razem tysiące spraw wartych miliony, rozmawiali ze sobą o tak poufnych sprawach, że wstydziłby się je wyznać nawet żonie, a teraz - w tej jednej kwestii pozostawał od lat nieugięty. - To musi być jakaś grubsza sprawa - głowił się. - Może jakaś tajemnica, która może zmienić losy świata? - Francis dobrze wiedział o idealizmie swego przyjaciela i jego głębokim dążeniu do poprawy losów tego świata.
Chciał on, aby było to piękne, przyjazne miejsce dla każdego, gdzie wszyscy mają wszelkie środki i możliwości, aby realizować swój prawdziwy, największy potencjał. Chciał dla wszystkich godnego i owocnego życia. Z całych sił starał się przez lata, aby ludzie, firmy i korporacje również to zrozumieli i powoli wprowadzali w życie. Godzinami mógł opowiadać o tym, jak wprowadzenie pewnych wynalazków lub chociażby czerpanie z energii z paneli słonecznych postawionych na pustyniach, zrewolucjonizowałoby nasze życie i zasoby.
Jednak ci, którzy mieli w głowach stary model funkcjonowania świata i byli jeszcze przywiązani do przestarzałych już obecnie technologii opartych tylko na ropie i węglu, opornie przyjmowali jego argumenty. To byli ludzie, którzy mieli wiele ogromnych firm, zarabiających miliardy na dotychczasowym stanie rzeczy. Bronili się więc zaciekle przed zmianami. Nie chcieli wypuścić ze swojej ręki tego, co dawało im zyski, nawet pomimo tego, że zmiany, które by wprowadzili, dałyby natychmiastową wolność i energię wszystkim mieszkańcom Ziemi. To ich przerastało. Oni chcieli zachować swą władzę nad innymi. Nie mogło im się pomieścić w głowach, że ludzie wcale nie musieliby pracować, a większość uciążliwych prac mogłyby już teraz wykonywać za nich inteligentne automaty.
- Ach ci idealiści - skomentował swoje myśli Francis. - Wciąż im się roi, że ludzie mogą być dobrzy, a Ziemia może być rajem dla wszystkich. Westchnął też na wspomnienia, jak to John latami przekonywał go do przejścia na wegetarianizm. - To uratuje świat - zaręczam Ci - mówił mu często.
John podsunął mu przygotowane wcześniej dokumenty. Francis skwapliwie złożył na nich swój podpis. Odtąd był jedynym powiernikiem jego tajemnicy. Oczywiście były tam punkty mówiące o tym, co by mu się stało i jakie poniósłby kary, również finansowe, gdyby złamał warunki tej umowy. Odpowiednie dyspozycje miały zostać wydane również bankowi, w skarbcu którego miała spoczywać srebrna skrzynka. Nikt odtąd nie mógł się do niej dostać przez długie 20 lat.
Ale on nie od dziś był prawnikiem i wiedział, że każdy prawie zapis można podważyć, a podpis zanegować. Wiedział, że John liczył w tym względzie bardziej na ich długoletnią przyjaźń i lojalność, niż jego prawnicze serce, które jest niczym wiatr nocnej pustyni - wieje chłodem i przenika do szpiku kości obawiających się go ludzi.
Porozmawiali jeszcze o sztuce, zdrowym odżywianiu i pięknie życia. John miał tyle planów, ale realizował je już głównie poprzez internetowe eskapady.
- Jak to dobrze, że tyle miejsc można teraz zobaczyć przez internet - cieszył się. - Zresztą większość z nich już i tak zwiedziłem. Z życia trzeba się cieszyć, dopóki trwa - mówił, ale Francis dostrzegł w jego oczach błysk lekkiego zawodu.
To już 25 lat Mahika gościła w tym domu, ale, w odróżnień od Johna, nie dostrzegł na jej twarzy żadnych znamion starzenia się. Wręcz przeciwnie - jej buzia wciąż błyszczała świeżością i radością życia.
Gdy teraz weszła, poczuł, jakby właśnie nastała wiosna.
- Dzień dobry - powitała go swym melodyjnym głosem, niosąc talerz pełny owoców - jagód, porzeczek czarnych i czerwonych, malin, czereśni i wiśni. - Trochę zdrowia dla każdego - powiedziała z czarującym i pełnym wdzięku uśmiechem.
- Witaj Mahika. Jak ty to robisz, że jesteś coraz piękniejsza i młodsza? - zapytał z westchnieniem.
A ona uśmiechnęła się po raz kolejny i odpowiedziała, siadając.
- Może mam dobre geny, albo miłość w sercu do wszystkich i wszystkiego. Powinieneś tego spróbować Francis - powiedziała z rozbawieniem.
- Haha, jeśli polecasz, to od jutra wszystkich pokocham. Przyda mi się kilka dodatkowych lat życia - powiedział radośnie.
- O nie kochany - powiedziała mrużąc oko. - Zrób to już dzisiaj, bo tylko teraz istnieje. Nie ma żadnego jutra, ani wczoraj.
- Zapamiętam to - pokiwał głową, podziwiając jej piękne oczy.
Nie wiedział dokładnie, ile ma lat. Zresztą podobno kobiet się o to nie pyta.
Mahika mu się podobała. John wiedział o tym od pierwszej chwili. Zresztą, podobała się każdemu. Roztaczała wokół siebie jakiś specyficzny rodzaj wdzięku i swoistej magii, która oczarowywała swym aromatem każdego, podobnie, jak barwne kwiaty na łące przyciągają owady. To była aura szczęśliwej, spełnionej kobiety, która jest świadoma swojej wartości, mądrości i piękna. Skrzyła się jak drogocenny klejnot na naszyjniku życia.
Francis czuł się zaszczycony, mogąc z nimi przebywać. - Oto ludzie, którzy przeżyli dobrze, zgodnie i pięknie kawałek swojego życia - cieszył się ich szczęściem. - Iluż ludzi, zamiast doceniać to, co mają i czerpać jak największą radość ze swego istnienia, pogrążało się w smutku, hazardzie, albo szkodliwych namiętnościach. I po co? - dziwił się. - Przecież to im w niczym nie pomagało, a wręcz przeciwnie.
Podziwiał ich spokój i harmonię. Mieli pod ręką wszystko, czego im było trzeba. Wielki, wygodny dom z ogrodem, basenem i lasem. Mnóstwo pieniędzy i udziałów w firmach, z których mogli korzystać do woli. Nic, tylko żyć wiecznie... - pomyślał rozmarzony. - Och - otrząsnął się Francis - czyżbym i ja został przez nich zainfekowany idealizmem - uśmiechnął się do swoich myśli.
- Cóż... - Francis z rozbawieniem skwitował swoje wspomnienia. - To było dawno. A teraz pora działać i ustalić, co to była za tajemnica, którą tyle lat skrywał John - pomyślał, uruchamiając auto. Ruszył powoli i wybrał numer telefonu, aby puścić wreszcie w bieg machinę działania, która czekała na tę ważną chwilę aż tyle lat.
John - ten wytrawny podróżnik i inwestor, nie przypuszczał nawet, ile czasu upłynie, nim jego zapiski ujrzą światło dzienne i jaki będzie ich dalszy los. Najwyraźniej nie znał dobrze tego, w czyje ręce powierzył swój sekret. Gdyby o tym wiedział, być może wybrałby kogoś innego, albo nawet sam je zlecił do druku, łamiąc tym samym słowo, które dał Radzie. Bo to chyba byłoby lepsze, niż trzymanie tych faktów w ukryciu, albo dostanie się ich w niepowołane ręce.
Cóż... jak to się często zdarza, życie czasem pisze dziwne scenariusze i miesza nam nawet najlepsze plany. Tak było i tym razem.
Francis odczekał dogodny moment, kiedy nie było w banku dyrektora, ani jego zastępcy. Jego zaufany, pracujący tu człowiek poinformował go o tym telefonicznie. Spotkali się w umówionym miejscu na tyłach budynku banku. Tamten, używając specjalnej karty magnetycznej, otworzył wyjście awaryjne, którym weszli do środka. Kamery w tym czasie zostały przekierowane tak, że ochroniarze widzieli zapętlony obraz pustych korytarzy, którymi szybko przemknęli. Zadbał o to suto opłacony człowiek.
Poszli prosto do skarbca. Tamten wstukał skomplikowany dwudziesto znakowy kod i dał zeskanować swoje oko czytnikowi. Te dane i tak zostały skasowane przez monitorującego ich fachowca od takich zabezpieczeń.
Obaj mieli na rękach eleganckie, skórzane rękawiczki. Otworzyli wspólnie grube, ciężkie drzwi skarbca i weszli do środka. Dwoma kluczami otworzyli dużą skrytkę. Ale na tym nie koniec. Wysunęła się z niej wykonana z grubej blachy jakby szuflada. Na jej szczycie był panel do wpisania kodu. I znowu człowiek, z którym tu wszedł, wpisał poprawną kombinację znaków. Rozległo się głośne kliknięcie i odskoczyło wieko skrzynki. Francis odetchnął z ulgą i zdjął z twarzy przeciwsłoneczne okulary. Spokojnie, aczkolwiek lekko drżącymi dłońmi, otworzył drzwi skrytki. Gestem pokazał tamtemu, aby się oddalił. Chciał zostać sam. Nie wiedział, czego może się spodziewać. To mogło być coś wielkiego. Podejrzewał, że znajdzie jakiś moduł wyrzutni rakiet, patent na urządzenie darmowej energii, albo diamenty lub nawet o wiele cenniejszy od nich painit lub kaliforn. Rozważał też, że były to wskazówki, jak dotrzeć do jakiejś kopalni złota, albo legendarnego skarbu Majów lub Azteków. Był gotowy na wszystko.
Wewnątrz była czarna, średniej wielkości skrzynka bez zamka. Ostrożnie otworzył jej wieko. W środku była ta sama szkatułka, którą już kiedyś widział u Johna. Gdy uchwycił tę wykonaną ze srebra skrzynkę, zdziwił się, bo była dość lekka. - Czyżby - zastanawiał się - w środku nie było nic? Serce mu zadrżało.
Kluczyk miał od lat przyszykowany. Swoimi sposobami odnalazł konstruktora tego cacka. Okazała suma szybko go przekonała do tego, aby przekazał mu klucze do wszystkich egzemplarzy, jakie wypuścił w ostatnim czasie na rynek. A było ich siedem. Dlatego teraz, trzymając w ręku pęk siedmiu kluczy, szykował się do działania. Wybrał pierwszy z nich i włożył go do dziurki, próbując lekko go przekręcić. Ale on ani drgnął. Zatem wybrał kolejny i powoli włożył go w zamek. Ten również nie zadziałał. Nie zrażony, wybrał trzeci z kolei. Ten, z lekkim oporem, przekręcił się. Francis przełknął ślinę i otworzył wieko z uśmiechem triumfu na twarzy.
Ale to nie trwało długo. W środku było coś płaskiego owiniętego w czarne sukno aksamitu. Sięgnął po to zawiniątko i szczęka opadła mu w dół ze zdziwienia gdy zobaczył, co właśnie trzyma w rękach. To była najwyraźniej jakaś księga i to taka, której nawet on nigdy wcześniej nie widział w całej swojej karierze. A przewertował mnóstwo opasłych tomów i wartościowych starodruków.
Okładka tego cacka wielkości zwykłej księgi była najbardziej niezwykła, jakąkolwiek widział. Na grubej, najwyraźniej okutej warstwą cienkiego złota okładce były misternie oszlifowane i ułożone w przedziwny wzór różnokolorowe kamienie szlachetne. Po środku połyskiwał z pewnością na różowo wielki brylant. Wokół niego było koło z szafirów i szmaragdów. I to wszystko zamknięte było w ośmiokąt wykonany z kamieni, których nigdy wcześniej nie widział. Gdy im się uważniej przyglądał, zauważył, że zmieniały one kolor w zależności od tego, pod jakim kątem na nie patrzył. - Co to jest? - pytał sam siebie. - Najbardziej jednak go zdziwiły cztery sferyczne kryształy, które usadowione były przy rogach tej księgi. Na jej dole znajdowało się kilka rzędów dziwnych symboli.
- Może to jakiś starożytny język? - przemknęło mu przez głowę.
Gdy zajrzał na tylną okładkę, zdziwił się jeszcze bardziej. Tam na złotej blasze wyryty był jakiś dziwny wzór spirali. Tu również znajdowały się jakieś sferyczne kamienie szlachetne przy rogach książki. Na dole dostrzegł te same tajemnicze znaki. Wyglądała poprzez to, jak stara księga przygotowana w zamierzchłych czasach dla jakiegoś króla.
Francis przełknął głośno ślinę i wstrzymując oddech otworzył księgę. Łapczywie zajrzał do środka.
Jego oczom ukazało się równe, odręczne pismo Johna.
Zaczął gorączkowo czytać.
"Gdy po raz pierwszy ujrzałem to miejsce, z początku pomyślałem, że wszystko mi się jedynie przyśniło. Było ono tak niezwykłe, że aż sam zacząłem wątpić w realność tego doświadczenia..."
Gdy doczytał ten wstęp, był zdziwiony. Przyjaciel dał mu wyraźne instrukcje, aby wydać te zapiski w najlepszym wydawnictwie w Nowym Jorku. Zdziwiło go jednak to, że miały być sprzedawane tylko po dolarze za sztukę. - Zatem to nie o pieniądze tu głównie chodziło - namyślał się. - Czyżby zatem były aż tak cenne? - wertował namiętnie kolejne strony. Nagle jego twarz stężała, a dolna szczęka sama opadła mu po raz kolejny tego dnia. Nie mógł uwierzyć w to, co sam przeczytał. - To było niesamowite. - Gdyby to była prawda - mówił do siebie - możnaby...
Rozejrzał się uważnie dookoła i sprawdził, czy człowiek, który go tu wprowadził, nie podgląda.
Wszystko było w porządku. Zamknął księgę i schował ją do swojej czarnej teczki, która nosiła już wcześniej, wiele tajemnic tego świata. Ale nigdy aż takiej. - To będzie hit, prawdziwa sensacja! - cieszył się rozgorączkowany. Nawet jeżeli na każdej książce zarobię, ja i jego spadkobiercy, po 40 centów, to i tak będziemy miliarderami. Każdy chętnie do niej zajrzy i ją przeczyta. Ludzie są spragnieni takich informacji. Już widział swoje nazwisko na pasku wiadomości i planszach najlepszych talk show-ów w kraju.
- A może by tak - dumał - wybrać się tam osobiście? Z kamerami i pokazać wszystko online? - zastanawiał się. - To jest pomysł - uśmiechnął się chytrze. - Wtedy będzie prawdziwy dowód na to, że to prawda. Bo chociaż widział te kilka fotografii, załączonych do księgi, ale przecież na filmie wszystko lepiej widać - uśmiechnął się z miną człowieka, który właśnie odnalazł swoje Eldorado. - W końcu wszyscy jesteśmy coraz bardziej ludźmi oglądającymi, niż czytającymi, nad czym wielokrotnie on, John i wielu ich znajomych szczerze ubolewało, widząc pustkę mentalną i brak ogłady, który to powodowało u wielu ludzi.
Francis zamknął skrzynkę i wsadził ją z powrotem do skrytki. Lekko pchnął jej szufladę, a mechanizm sam się zatrzasnął. Księgę natomiast pieczołowicie owinął w czarny aksamit i z namaszczeniem schował do nesesera.
Oto największa tajemnica jego przyjaciela - prawdziwy, wspaniały skarb, teraz spoczywał w jego rękach - cieszył się, wychodząc z pomieszczenia. Wystarczyło skinienie głową, a ten, który go tu wpuścił, znowu - używając karty magnetycznej dyrektora banku, otworzył mu drzwi na zewnątrz. Nie musiał mu nic mówić. Tamten też wiedział, że nazajutrz na jego koncie pojawi się spora sumka. Francis zawsze dotrzymywał słowa. Jak dotąd nigdy się na nim nie zawiódł. Tamten zatrzasnął za nim drzwi i poszedł zacierać jakiekolwiek ślady ich tu obecności.
Wynajęty spec od systemów komputerowych już uruchomił odpowiednie procedury wymazujące z danych banku jakiekolwiek informacje o tym, co się stało. - Tak, elektronika to wspaniała rzecz. Nie ruszając się z domu, mogę robić cokolwiek i gdziekolwiek zechcę - uśmiechnął się, popijając zimy sok na werandzie swojego domu nad brzegiem morza na Hawajach.
Francis ucieszony zmierzał na miejsce na parkingu, gdzie zostawił swój samochód. Nie wiedział jednak, że nie tylko on czekał na tę okazję.
Gdy dochodził do swego auta, czarny mercedes zajechał mu drogę. Wyskoczyły z niego dwie zamaskowane osoby. Nim zdążył zareagować, zobaczył przed swoimi oczami wycelowany w niego pistolet. Drugi z nich wyszarpnął mu walizkę z ręki i pchnął go na ziemię. Gdy upadał, tamten strzelił w dwie opony jego nowiuśkiego Bentleya i z rozmachem wskoczył razem z tym drugim do auta.
Francis kątem oka widział, jak jego właśnie zdobyty skarb znika za drzwiami mercedesa, który odjeżdżał z piskiem opon. Początkowo przestraszył się, ale ponieważ nic mu się nie stało, szybko się otrząsnął.
Nauczony przez lata obcowania z grubymi rybami tego świata, zachował przytomność umysłu. Wyciągnął telefon i wybrał numer do swojego sprawdzonego człowieka.
- Czarny mercedes, ucieka właśnie na północ! Znajdź go i zabierz mu czarny neseser. Teraz! - wrzasnął do słuchawki. - To ważne!... Jak to!? - warknął wściekły po chwili i rozłączył się. - Na nikogo już nie można liczyć! - denerwował się.
Jego najlepszy człowiek, akurat dzisiaj, był w Oregonie. - Zanim zorganizuję innych ludzi, którzy mogliby to zrobić, tamten zdąży uciec. - Chyba, że... - myślał gorączkowo. Miał jeszcze jeden kontakt. Używał go w ostateczności. To był Greg - przywódca jednaj z grup nowojorskiego półświatka.
Z westchnieniem wstrętu i po dłuższym wahaniu wybrał jego numer.
- Witam, tu... - zaczął.
- A, to ty Francis? - usłyszał głos w słuchawce. - Miło cię słyszeć - dał się wyczuć nieszczery uśmiech tamtego.
- Tak, to ja, mam sprawę. Gdybyś dowiedział się czegoś o czarnym mercedesie, którego dwóch pasażerów skradło dziś o godzinie 11 neseser pewnemu człowiekowi, daj mi proszę znać.
- Oczywiście. Wiesz przecież, że zawsze możesz na mnie liczyć - powiedział wyniośle tamten.
- Dziękuję - bąknął Francis i rozłączył się. Co jak co, ale Greg wiedział o wszystkim w tym mieście. Zanim policja dostała jakiś nakaz lub informację o czymś, a nawet zgłoszenie, on już był dawno o tym poinformowany. Umiał działać szybko. Francis doceniał to, ale nie jego metody.
Greg rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu. Wiedział, co za chwilę nastąpi. Miał czas, aby ułożyć pasjansa.
Po kilku minutach jego ochroniarze wpuścili do gabinetu na ostatnim piętrze drapacza chmur szczupłego mężczyznę. Greg wskazał mu krzesło. Tamten usiadł i położył teczkę na biurku Grega. Co jak co, ale wszyscy tutaj byli bardzo oszczędni w słowach. Tutaj liczyły się tylko twarde działania i mamona.
Greg uśmiechnął się minimalnie, widząc przed sobą czarny neseser. Nabrał głęboko powietrza i rozluźnił palce obu dłoni, jakby miał otwierać zamek szyfrowy "na słuch". Pociągnął za oba zatrzaski walizki. Były zamknięte. Spojrzał na tamtego, który wzruszył tylko ramionami. Najwyraźniej on również nie znał szyfru. Grek uśmiechnął się i sięgnął do szuflady biurka. Wyjął z niej pęk małych wytrychów, robionych ręcznie na zamówienie i wybrał ten, który myślał, że będzie odpowiedni. Nie chciał niszczyć teczki - mogła mu się jeszcze przydać. Przynajmniej na razie - dopóki miał nadzieję na normalne jej otwarcie i nie stracił jeszcze swej anielskiej cierpliwości - krótkiej i gwałtownej.
Włożył cieniutki wytrych i pogmerał nim w zamku. Nie zadziałał. Wybrał więc kolejny. Ten również nie poskutkował. Uważnie przyjrzał się zamkowi i wybrał starannie trzeci wytrych. Tym razem, ledwie go włożył do zamka, ten odskoczył. To samo było z drugim zamkiem. - Więc jednak to prawda, co mówią, że do trzech razy sztuka - uśmiechnął się w myślach.
Ostrożnie otworzył wieko i zajrzał do środka. Podekscytowany oblizał wargi. Ostrożnie wyjął czarne zawiniątko. Zdjął czarny aksamit i oniemiał. Takiego cacka jeszcze nie widział. - Ładna robota - westchnął oglądając uważnie przedmiot z obu stron.
Spojrzał na wyczekującego gościa. Wydął wargi i sięgnął do drugiej szuflady. Tamten zamarł na ułamek sekundy. Rozluźnił się dopiero, gdy Grek powoli wyciągnął z niej książeczkę czekową i położył przed sobą na biurku. Sięgnął po swoje ulubione pióro ze złotą stalówką i wpisał kwotę na blankiecie. Spojrzał uradowany na swój podpis, oderwał czek i wręczył mu go.
Tamten zerknął pośpiesznie na kwotę, uśmiechnął się, widząc dziesięcioprocentowy naddatek i podziękował mu skinieniem głowy.
Greg delikatnym gestem wskazał mu drzwi. Mężczyzna ukłonił mu się nieznacznie, wstał i wyszedł. Z doświadczenia wiedział, że w takich miejscach lepiej być krótko i szybko z nich wychodzić, póki się jeszcze żyje.
Gdy ochroniarze zamknęli za nim drzwi, Greg sięgnął po księgę. Klejnoty przykuły jego uwagę, ale z doświadczenia wiedział, że treść może być o wiele cenniejsza. - W końcu nie ocenia się książki po okładce - uśmiechnął się. On również interesował się tajemnicami, zwłaszcza takimi, na których można było grubo zarobić. A zlecenie na tę księgę dostał aż z zagranicy.
Z zaciekawianiem otworzył księgę. Zdziwił się już pierwszym zdaniem napisanym na wewnętrznej stronie okładki.
"Tylko z tą księgą wejdziesz do królestwa..."
- Co to, biblia jakaś? - zastanawiał się i powoli zaczął wertować księgę. Czytał co poniektóre zdania i dziwił się coraz bardziej. - Czyżby to była prawda? - zastanawiał się, paląc swoje ulubione cygaro. - Nie, to zbyt niesamowite - mówił sam do siebie. - Silniki ante...anty...gra...wita...cyjne - wycedził wreszcie i zmarszczył czoło. - Co to może być?... Niewyczerpana energia próżni... Urządzenia zasilane enterem? Eterem - poprawił się, marszcząc czoło ze zdziwienia. Gdzieś już o tym słyszał... - A, przecież za młodych lat tak się usypiało golonych frajerów - uśmiechnął się. - Ale to chyba nie o to chodzi. Może to jakiś szyfr? Albo jakieś bajki... Albo książka fantastyczna, którą napisał w ostatnich latach? - snuł domysły, puszczając kółka z dymu, które zaczęły unosić się ku sufitowi.
Gdy jednak przełożył kartki na stronę, na której była wklejona fotografia, jego dolna szczęka opadła, a cygaro, które właśnie trzymał w ustach spadło i potoczyło się po podłodze.
W życiu nie widział takich urządzeń, a miał w tym rozeznanie, bo trochę szmuglował sprzętu wojskowego do partyzantów za granicę.
- Steven! - zawołał.
Drzwi się otworzyły i wszedł do środka pokaźnych rozmiarów mężczyzna, który był jego prawą ręką. Podszedł do biurka, za którym siedział.
- Zawiadom Jamesa. Mamy to - powiedział krótko Greg.
- Okej szefie - potwierdził tamten. - A co to? - powiedział, podnosząc z ziemi palące się cygaro.
- Właśnie rzuciłem palenie - powiedział beztrosko Greg. - To bardzo niezdrowy nałóg - przymrużył szelmowsko oko.
- Rozumiem szefie - powiedział Steven i położył cygaro na popielniczce.
- Odwołaj również Jose. Może już wrócić z tego swojego Oregonu - zaśmiał się.
Steven kiwnął głową i wyszedł z pokoju, aby wypełnić polecenia szefa. Dobrze wiedział, gdzie jest tamten i że to na pewno nie był Oregon.
Greg znowu rozsiadł się w fotelu, aby spokojnie dokończyć pasjansa. - Najwyraźniej życie ma jeszcze dla mnie parę niespodzianek - zdumiewał się, układając karty.
James był zadowolony. Właśnie otrzymał telefon od człowieka, który go zapewnił, że "książka" jest w drodze. - To dobrze - pomyślał. - Wszystko się wreszcie zaczyna układać.
Wybrał telefon do Toma i poczekał, aż tamten odbierze.
- Tak? - odezwał się jego niecierpliwy głos.
- Przesyłka w drodze. Powiadom Marco.
- Okej - powiedział tamten gorączkowo i się rozłączył.
Jednak James myślał o czymś innym. Jego chytry plan właśnie miał się zrealizować. Postanowił jednak nieco nagiąć warunki wcześniejszej umowy. Miał im sprzedać ten rękopis. Ale przecież nikomu nie przyrzekał, że w chwili sprzedaży nie może być kogoś jeszcze, chętnego do kupienia go - zachichotał, rozbawiony swoją przewrotną błyskotliwością.
Lubił to małe wynajęte biuro, z którego czasem nadzorował swoje interesy i obserwował rozwój wydarzeń. Wiedział, że jeżeli chce trzymać w tym mieście rękę na pulsie, to musi być właśnie tutaj.
Wyjrzał przez okno na widoczny w oddali plac świętego Piotra. - Tak, to piękne miejsce. Tutaj krzyżują się setki odwiecznych tajemnic - pomyślał, patrząc na tłumy ludzi, którzy beztrosko spacerowali, choć w ich pobliżu była być może największa tajemnica tego świata. Oni jednak uganiali się za gołębiami, patrzyli w chmury, całowali się, albo robili sobie zdjęcia na tle bazyliki.
W tym mieście od wielu lat ludzie poszukiwali prawdy i świętości. Przyjeżdżali tutaj, aby choć raz w życiu zetknąć się z sacrum tego miejsca. Tego przynajmniej chcieli tu zaznać. I piękna, które spoglądało na nich z każdego obrazu, fresku czy rzeźby. Niektórzy byli zauroczeni, inni rozczarowani. - Gdyby tylko wiedzieli naprawdę, co tu się dzieje... - westchnął z ponurym uśmiechem. - Ale oni niewiele wiedzą. Uganiają się za zewnętrznym blichtrem wystawionym na pokaz dla odwrócenia uwagi ludzi... Tego co się faktycznie tutaj dzieje... Jak to w życiu - westchnął Marco, który dowiedział się przed chwilą sms-em od swojego sekretarza, że rękopis, który kiedyś już raz pojawił się w jego życiu, znowu ma okazję wpaść mu w ręce. Szybko mu odpisał "Bogu niech będą dzięki :)". Był teraz na audiencji w dużej grupie i nie mógł rozmawiać. - Jednak ta technika pomaga ludziom - stwierdził, chowając ustawiony na wibracje telefon. - Nie będą nam podburzać ludzi i mieszać im w głowach - pomyślał chytrze. - Ta sprawa musi ucichnąć. Gdyby się ludzie dowiedzieli, chcieliby sami to sprawdzić - dumał. - A wtedy cały porządek świata ległby w gruzach - obawiał się, patrząc przez wielkie okna na różnobarwny tłum, który zachowywał się jak jeden, wielki organizm przetaczający się po ulicach tego wiecznego miasta.
Tymczasem Greg wertował księgę. Nie był biegły w tych sprawach, ale pożółkłe fotografie wyglądały na autentyczne. Powoli zaczął się zastanawiać, czy nie wziął od niego za mało. - Może to jakaś książka, a może... - aż mu się gorąco zrobiło. - W każdej bajce jest trochę prawdy - mówiła mu babcia, gdy opowiadała historyjki na dobranoc. Greg zaciągnął się cygarem i zaczął myśleć.
- Steven! - zawołał.
Drzwi się otworzyły i jego zausznik pokazał się z pytającym wyrazem twarzy.
- Zrób mi z tego dokładne odbitki - powiedział, pokazując księgę. - A tu, tu i tu powiększ... - przekładał kolejne strony, chcąc mu pokazać, o co dokładnie mu chodzi.
- Okej szefie - powiedział tamten i zniknął za progiem drzwi wraz z tomem.
- Tylko, żeby mi żaden kamyk nie zniknął! - rzucił za nim. Tamten tylko skinął głową, nie odwracając się nawet.
Greg intensywnie myślał. - Może to jakaś grubsza afera? W końcu Watykan ma umoczony tyłek w wiele nieciekawych spraw. Popierali Hitlera, mają ogromne udziały w nieruchomościach w Europie i do tego jeszcze swój bank, którego nie wszystkie sprawy są czyste - dumał. - Zobaczymy, jak się ta sprawa rozwinie - zdecydował.
Wszedł Steven i wręczył mu ładnie zbindowane ksero księgi.
- Proszę szefie.
- Dzięki - powiedział Greg. - Słuchaj, mamy jeszcze kontakt do Paolo?
- Jasne, je nam z ręki.
- To dobrze. Poleć mu, aby dyskretnie obserwował Jamesa i ustalił, kim jest ten Marco.
- Szykuje się jakaś robota, szefie? - zapytał z nadzieją w głosie.
Greg spojrzał na niego przenikliwie.
- Dawno nie byłem u mamy w Neapolu - wyznał uczciwie Steven.
- Może i tak... - wycedził Greg. - Bądź przygotowany... A, i w razie czego zrób rezerwację na przyszły tydzień. Ale do Rzymu. Najpierw tam trochę pospacerujesz - powiedział, a tamten delikatnie posmutniał. - Przyda ci się nieco ruchu - dorzucił. - Spasłeś się ostatnio - wskazał wzrokiem na jego zaokrąglony brzuch.
Steven natychmiast się wyprostował i wciągnął przeponę do środka, chcąc wydać się szczupłym na tyle, na ile to było w tej chwili możliwe.
- Nie martw się - mamusia cię podpasie, haha. Po robocie dostaniesz dwa tygodnie wolnego - ledwie dokończył, a na twarzy Stevena zagościł szczery uśmiech pokazujący jego dwa złote zęby.
- A księgę wyślij - dorzucił.
- Tak jak zwykle? - bardziej upewnił się, niż zapytał ucieszony Steven.
Greg kiwnął głową i położył się na kanapie. Chciał powertować jeszcze ksero.
Steven zniknął z pokoju, cicho jak duch. Nauczył się tego jeszcze za młodu.
Marco podczas przerwy dotarł do swego biura. Tom od razu wręczył mu notatki, które porobił w trakcie rozmowy z Jamesem. Pokiwał głową i zabrawszy je, poszedł do swego gabinetu, aby wszystko dokładnie przemyśleć. - W końcu 5 milionów Euro to nie jest mała suma - pomyślał z lekkim zdenerwowaniem. Liczył na kwotę 2-3. Zresztą tyle początkowo tamten sugerował. Ale ponoć miał jakieś dodatkowe wydatki.
Marco westchnął głęboko. Odkąd oddał się na służbę Panu, wciąż musiał załatwiać takie sprawy. Co rusz pokazywały się gdzieś jakieś dokumenty, które mogły skompromitować Watykan, albo zburzyć dotychczasowy porządek świata. A on stał na straży, aby do tego nie dopuścić. Jego podpis znaczył tu wiele. Pieniądze przepływały przez jego ręce, a ład i spokój mogły dzięki temu nadal tu panować.
Marco cieszył się, że mógł w taki sposób służyć ludziom. - W końcu jesteśmy ich pasterzami, a one owieczkami, o które dbamy - uśmiechnął się gorzko. Zawsze czuł ulgę, gdy niewygodne dla kościoła dowody mogły spocząć w zalakowanych kopertach i zamykanych skrytkach tajnych archiwów Watykanu, mieszczących się głęboko pod ziemią. Tam mieli dostęp tylko tacy jak on i archiwariusze, których zadaniem było dokładne opisanie zawartości tego skarbca.
Niewielu wiedziało, że te zbiory dotyczą nie tylko kościoła czy wiary, ale również wielu wynalazków, finansów i niewygodnych dla władzy świata faktów historycznych, o których woleliby zapomnieć, albo je przemilczeć. Było tam też ogromne archiwum dotyczące osób, które mogły zagrozić władzy Watykanu. Bo jego ludzie byli wszędzie i pociągali za odpowiednie sznurki wtedy, kiedy chcieli.
Docelowo nikt poza takimi jak on, zaufanymi ludźmi, nie miał już nigdy więcej oglądać zdeponowanych tu dokumentów czy artefaktów. Jego mentor i przewodnik mówił mu, kiedy podjął się tego zadania, że ich bractwo jest jak oddział reanimacyjny, powołany do utrzymania dobrego zdrowia ludzkości i zachowania wiary.
Marco chodził po pokoju i spoglądał z dumą na wszystkie te nagrody i odznaczenia, które uzyskał przez ostatnie trzydzieści lat służby kościołowi. Oczywiście były one tylko dla niego. Nawet nie wszyscy kardynałowie znali jego misję. Dla większości z nich był tylko biskupem pomocniczym, odpowiedzialnym za konferencje, spotkania i kontakt z mediami. Dla wtajemniczonych był strażnikiem, dbającym o dobre imię kościoła.
A teraz wpatrywał się przez okno w tłum ludzi spacerujących po placu Świętego Piotra i szykował się do kolejnej bitwy. Musiał tylko zebrać odpowiednią do tego amunicję, czyli zasoby finansowe.
Greg tymczasem czytał jego pierwszą od wielu lat książkę. O dziwo, ta pochłonęła go bez reszty. Zapomniał nawet o obiedzie, tylko namiętnie wertował kolejne kartki, ukazujące odręcznie zrobione notatki.
Z początku nie wierzyłem w powodzenie tej ekspedycji. Jednak Chris mnie do tego gorąco namawiał. Wiedziony jakimś szóstym zmysłem, czy też intuicją, podsuwał mi co rusz nowe wątki, odkrycia i wskazówki, które wydatnie posuwały naszą pracę do przodu.
Dowiedział się m.in., że w Watykanie natrafiono na tajne informacje o przejściu, którym można było się dostać do dziwnej, nikomu nie znanej krainy.
- A to ci heca - zaciekawił się Greg i czytał dalej.
"Na szczęście dostęp do niego był wielce utrudniony" - pocieszał się pewien biskup w służbowej notatce.
Jako wytrawny podróżnik i archeolog, Chris od razu się tym zainteresował. Szybko dotarł, przez zaufanych mu ludzi, do dokumentu, na którym niejaki Marco opisywał, że zebrane dowody wskazują jednoznacznie na to, że to, co wydawało się jedynie legendą, może być jednak prawdą. Doradzał, aby zaangażować wszelkie środki do sprawdzenia tego i powstrzymanie ewentualnego rozprzestrzeniania się tych informacji, które mogłyby wprowadzić wśród ludzi nieopisany chaos. No i poważnie zagrozić władzy kościoła. Notatka opatrzona była dopiskiem "Agartha - top secret".
Chris sporo za nią zapłacił, ale było warto. Dzięki temu wiedzieliśmy, że to, co mówił poznany przez niego ksiądz Antoni, było prawdą. Antoni czasem był kurierem i przechodziły przez jego ręce różne ważne dokumenty. Oficjalnie nie miał się z nimi zapoznawać, ale od czasu, gdy postanowił zerknąć, przynajmniej na te niezapieczętowane, przeraził się. Oto okazało się, że instytucja, której ufał i wierzył jako ostoi prawdy i miłości, tropiła i zwalczała niewygodne dla niej fakty. Nie wahała się ona, aby zaangażować spore kwoty pieniędzy w zatuszowanie niektórych informacji, a nawet... - gdy po raz pierwszy o tym przeczytał, aż nim wstrząsnęło - ich niszczenie lub ukrywanie na wieki w podziemnych archiwach.
Kiedy jednak przeczytał, że dwaj, którzy odnaleźli jakieś dokumenty z czasów drugiej wojny światowej, mówiące o finansowaniu przez kościół części kampanii Hitlera, mieli "zniknąć", postanowił działać. Odtąd otwierał wszelkie listy, które trafiały mu w ręce i robił ich kopie. On również był w służbie Pana, a ten przecież mówił wyraźnie, aby żyć w prawdzie i nadziei - podkreślał, robiąc swoje prywatne archiwum prawdy.
Miał nadzieję, że to wszystko kiedyś się przyda tym, którzy naprawdę służą Bogu i społeczeństwu. Cieszył się skrycie ze swojej misji i postanowił poszukać na zewnątrz takich jak on, którzy szukali prawdy i chcieli, aby każdy był poinformowany o tym, co istotne dla życia i ludzkości.
Podziwiałem jego szlachetną postawę i to, że być może naraża się na niebezpieczeństwa lub dymisję w niełasce. Ale bez takich ludzi jak on, ten świat dawno byłby już zniszczony. Odkąd pieniądze decydowały o ludzkich sumieniach, nie było tu prawdy, a tylko wyważone, a właściwie odmierzone monetami i banknotami opinie, które warto było oficjalnie prezentować.
Greg przerzucił kilka kartek do przodu.
W ciągu miesiąca zbierania materiałów na wschodzie, wielokrotnie natrafialiśmy na legendy opisujące tajemniczą krainę, do której dawno temu uciekła wysoko rozwinięta cywilizacja. Schroniła się tam przed wojnami i zdziczeniem reszty ludzkości. Nie mogli wytrzymać panującej tu atmosfery i bezprawia.
Podania opisywały, że znaleźli przejście do nieznanego nikomu obszaru ziemi i tam się ukryli. W ten sposób stracili na wiele lat kontakt z pozostałymi mieszkańcami ziemi.
Czasem się zastanawiałem, czy przypadkiem wydrążone wewnątrz ziemi wielkie tunele, które znajdowano ostatnio w różnych zakątkach świata, nie prowadzą przypadkiem właśnie do nich.
Takie informacje podsyciły wielce moją ciekawość. I odtąd z prawdziwą namiętnością wyszukiwaliśmy podobne informacje i tych, którzy mogli nam coś opowiedzieć o tej dziwnej krainie. Idąc tropem legend i naszych informatorów, dotarliśmy wysoko w góry.
W jednym z klasztorów, umiejscowionym pośród niedostępnych szczytów w Himalajach, pewien bibliotekarz pokazał nam - po wielu namowach i przekonywaniach naszego zaprzyjaźnionego od lat przewodnika, że jesteśmy uczciwi i szukamy tylko prawdy, niczym spragnieni wędrowcy wody - starą, grubą i ręcznie zapisaną księgę. Gdy nam ją podawał, czuło się jego wzruszenie i dałbym nawet słowo, że ujrzałem w jego oczach łzy. Zawierała ona ponoć w jednym rozdziale opis drogi do Agarthy, legendarnej krainy, z której miała kiedyś - według jego słów, nadejść wielka pomoc dla naszej cywilizacji. Tak przynajmniej mówiła legenda.
Nikt w klasztorze nie znał tego starego języka, w którym była zapisana księga. Mnisi mieli tyko strzec tego skarbu po wsze czasy. Tak nakazywała im tradycja, więc robili tak od wielu stuleci. Księga leżała zakurzona i nikt się nią nie interesował.
Zaciekawiony wertowałem ją, bo zawierała również ryciny i szkice. Miałem przeczucie, że tutaj kryje się klucz do rozwiązania naszej tajemnicy. Trzeba było jednak znaleźć kogoś, kto potrafi go odczytać.
Całe dwa tygodnie zajęło mi znalezienie kogoś, kto zna ten dialekt. Musiałem uruchomić wszystkie swoje kontakty. Wysłałem wiadomości do wielu znajomych lingwistów, uniwersytetów i tłumaczy. Okazało się jednak, że to opat klasztoru pomógł mi najbardziej. Wysłał wiadomość do swojego znajomego z Indii, który znał pewnego Tybetańczyka, który teraz mieszkał w Nepalu. Był to wiekowy już człowiek, który był kiedyś w jednym z klasztorów w Tybecie. Potem jednak opuścił go i ruszył wraz z ojcem i rodziną w poszukiwaniu lepszego życia. On kiedyś zgłębiał ten zapomniany język, wraz ze swoimi współbraćmi. Wielu z nich już jednak nie żyło. Być może nawet był on ostatnim, który mógłby odczytać tę księgę.
Po wielu namowach i pokazaniu mu zdjęcia jednej z kart tej księgi, postanowił nam pomóc. Słyszał o niej już kiedyś, ale nigdy jej nie widział. Dotarło do niego nawet przed laty, że na pewno zaginęła. Dlatego był gotowy podjąć tę podróż i spróbować odczytać księgę.
Cieszyłem się na myśl, że nasze prace wreszcie posuną się do przodu. Musiał jednak upłynąć kolejny tydzień, nim w końcu go powitaliśmy w klasztorze. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że chociaż wielu tutejszych mnichów słyszało o tej krainie, to nikt z nich tam nie był. Mówiło się tylko, że... podobno wiele lat temu, jeden z opatów zniknął kiedyś na rok i dopiero po tym okresie wrócił jakiś odmieniony, jakby młodszy i pełniejszy wigoru. Nic jednak nie mówił o okresie, w którym go nie było w klasztorze. Powiedział jedynie, że złożył śluby milczenia, i że nie może, póki co, nic nikomu powiedzieć.
To go już poważnie zaciekawiło. - Być może uda się na tym więcej zarobić - przemyśliwał sprawę, drapiąc się po zarośniętym policzku. Coś mu tu jednak nie pasowało. Postanowił się z tym problemem przespać. Zawsze tak robił i przeważnie dobrze na tym wychodził. Miał ten nawyk jeszcze ze szkoły. Kładł sobie zawsze zeszyt lub książkę pod poduszkę z nadzieją, że nazajutrz będzie wszystko umiał, a wiedza z jakichś tajemniczych powodów, sama przeskoczy mu z podręcznika do głowy. Co prawda nigdy to nie nastąpiło, ale nawyk mu pozostał. W końcu w życiu trzeba mieć jakąś nadzieję. Choć świętej pamięci ojciec powtarzał mu zawsze, że w życiu to trzeba być wytrwałym i twardym.
Dlatego z podziwu godną wytrwałością kładł pomoce naukowe pod głowę, a następnego dnia spokojnie zżynał wszystko od Billa, który zawsze był przygotowany, umiał wszystko, a lekcje miał pięknie odrobione. Temu w szkole zawsze wszystko wychodziło. Co innego jemu. Do czasu jednak, jak ukończył tę szanowną państwowa instytucję. Wtedy wziął sprawy w swoje ręce i otworzył mały interes. Roznosił gazety i sprzedawał również szmuglowane papierosy. Interes nie był legalny, ale za to jakże dochodowy. - Dawne dzieje, ale powspominać miło - rozczulił się na chwilę. W końcu prawie każdy czasem wraca myślami do lat młodości, kiedy w głowie kłębiły się liczne pomysły i marzenia. I tylko one decydowały wtedy o tym, co i kiedy jest możliwe.
Ale teraz miał do przemyślenia małe co nieco.
- W życiu się tyle nie naczytałem. Aż mnie od tego mózgownica rozbolała - pocierał czoło i tył głowy. Schował ksero pod poduszkę na swej ulubionej kanapie i postanowił się nieco zdrzemnąć. Nic go tak nie uspokajało, jak błogie leżenie i pochrapywanie. Liczył, że tym razem znowu mu się przyśni jego słodka Lulu, panie świeć nad jej duszą...
Marco dreptał tam i z powrotem. Zerkał na plac św. Piotra przez okno i nerwowo zagryzał wargi. Ten James zaczynał go wkurzać. Najpierw chciał tylko trzy miliony za rękopis, potem cena podskoczyła do pięciu, a następnie chciał aż osiem, jeśli chcieli go kupić od ręki. Marco wziął głęboki oddech i rozpiął sutannę pod szyją. Najwyraźniej skoczyło mu ciśnienie na myśl o tym wszystkim. Sięgnął nerwowo po ziołowe pastylki uspokajające i zaczął je ssać. Od razu dwie.
Już by nawet przebolał ten wzrost ceny, ale teraz ten gamoń, ten... bandyta, podły James powiadomił Toma, który przekazał mu to drżącym głosem, że nie są jedynymi kupcami, a zostaną tylko zaproszeni do licytacji dokumentu wraz z jakimś tajemniczym panem X. - Nosz kur... - wyrwało mu się z ust, ale w porę powstrzymał się przed tym niezbyt urodziwym słowem, które już prawie zagościło na jego ustach.
- Ważne, że wkrótce te notatki będą moje - ucieszył się szyderczo. Nie sądził, aby ktoś jeszcze mógł ot tak od razu dać 8 milionów za nikomu nieznaną księgę. - Zwyczajną księgę z notatkami nabazgranymi odręcznie - pocieszał się w myślach, ale jakiś cień lęku i niepewności zagościł w jego sercu.
- James - ten wstrętny szakal - duchowny aż zadrżał z wściekłości, powiedział Tomowi, który mu wszystko przekazał, że jutro wezmą udział w telefonicznej licytacji. On i ten pan X będą licytować od 5 milionów. Marco nie był też pewien, czy to nie był jakiś cwany chwyt Jamesa, który może chciał tylko podbić stawkę? - zastanawiał się. - Tylko nie pasowało mu to, że przecież już słyszał jego odpowiedź, że zapłacą mu nawet te 8 milionów, a mimo to, tamten nadal obstawał przy licytacji. - Czyżby liczył na jeszcze więcej od tego tajemniczego pana X? Cieszył się tylko na to, że licytacja miała się zacząć się od kwoty 5 milionów. Miał nadzieję zapłacić mniej niż 8. Co jak co, ale James, przynajmniej do dzisiaj, w kwestiach pieniędzy zawsze dotrzymywał słowa. - W tym porąbanym świecie tylko kasa jeszcze sprawia, że ludzie zachowują się jak ludzie - zamyślił się i przeżegnał. - W końcu wszystko w rękach Boga, którego jesteśmy skromnymi rycerzami - pokiwał głową, patrząc na pałac św. Piotra pyszniący się w pełnym słońcu zbliżającego się wkrótce zmierzchu.
Otworzył okno, aby głębiej odetchnąć świeżym powietrzem. Gwar tego miasta natychmiast wtargnął do jego kancelarii. Marco usiadł w fotelu i zatopił się w głębokiej modlitwie. Paciorki różańca powoli i miarowo przesuwały się mu pomiędzy pulchnymi palcami.
W głowie Grega przewijało się mnóstwo obrazów, myśli i planów. Czytał uważnie tekst z księgi i ustalał, co może z tym zrobić. - A może tak podbić stawkę? - zastanawiał się. - Może tamten zgodzi się ją zapłacić, pomimo wcześniejszych ustaleń? W końcu współpracował z nim już od lat i trochę się znali. Oczywiście wiedział, że tym, co najbardziej znali ludzie w jego środowisku, to był szmal. - Jak to jest, że za pieniądze ludzie są gotowi na różne świństwa - przelatywało mu przez głowę. - Nie, że tacy, jak ja - dodał z krzywym uśmiechem - to oczywiste. Ale dlaczego bogaci, "normalni" ludzie również temu ulegają? Czyżby ich normalność, moralność, czy tam religijność była powierzchowna i płytka na tyle, że trwała tylko do pierwszej lepszej pokusy? - rozważał. - Ech ten świat schodzi na psy... - westchnął, zasypiając. - Ale my go uratujemy - wyszeptała mu do ucha jego słodka Lulu. Greg spojrzał na nią i pogładził po miękkich, pachnących włosach. Zawsze lubił tę ich puszystość. Przyciągnął jej głowę do siebie i już miał ją pocałować, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Odwrócił się w ich kierunku i wtedy otworzył oczy.
- Ech - zasmucił się, że to był tylko sen. - Ale dobre chociaż i to - westchnął.
Po raz drugi usłyszał pukanie do drzwi - tym razem już na jawie.
- Wlazł! - zawołał zły.
Drzwi się uchyliły i do pokoju wszedł Steven.
- Szefie, to może być grubsza sprawa - mówił podekscytowany. - Paolo dowiedział się, że ma być jakaś licytacja pewnego manuskryptu.
- Co ty mówisz? - zaciekawił się, wstając z kanapy Greg.
- Tak, tylko wie szef, od jakiej sumy startują.
- Baaardzo mnie to ciekawi - przeciągnął sylabę i poprawił krawat.
- Od pięciu baniek! - wypalił podniecony.
- No ładnie. A nam chce zapłacić tylko trzy stówy. No bardzo nieładnie - wkurzył się Greg i rozluźnił krawat.
Steven wiedział, że w takich przypadkach lepiej od razu nalać mu szklaneczkę czegoś mocniejszego. Podszedł do barku i nalał do szklanki tego odwiecznego topiciela ludzkich smutków. Podał szefowi szklankę i poczekał, aż przełknie.
- Tak, już ja z nim pogadam... Wykręć mi do niego numer...
- Ale szefie...
Greg utkwił w nim takie spojrzenie, że każdy inny na jego miejscu zrobiłby się malutkim krasnoludkiem wchodzącym pośpiesznie pod szafę. Ale on wytrzymał ten wzrok. Wiedział, że jeżeli nie powie tego teraz, potem może tego gorzko pożałować.
- Już wysłaliśmy z poranną pocztą - powiedział ściszonym głosem.
- Co kur... - zmełł to słowo w ustach, bo uświadomił sobie, co się stało.
- Tak jak szef chciał, wysłaliśmy mu rano paczkę z księgą.
Greg pogładził się po podbródku. - No tak... wszystko na mojej głowie - pomyślał patrząc na Stevena, który gotowy był czmychnąć z pokoju, gdyby szef chciał rzucić w niego szklanką, której teraz w specyficzny sposób się przyglądał.
- Ale on o tym nie wie, prawda? - zadziwiająco trzeźwo zauważył Greg. - To my zagramy z nim va bank. Niech się trochę pomartwi.
Steven się uśmiechnął.
- Szef to ma jaja - ucieszył się.
Greg lekko zmrużył oczy, przyjmując z zadowoleniem ten komplement.
- Zatem, połącz mnie z nim - powiedział.
Jego "prawa ręka" podszedł do stolika z aparatem i wykręcił z pamięci numer. Długo czekał na połączenie. Wreszcie usłyszał głos.
- Tak?
- Szef chce z tobą pogadać.
- To dobrze - rzucił tamten niedbale.
Steven przekazał słuchawkę szefowi. Ten pokazał mu gestem dłoni, że ma wyjść. Steven skinął głową i zamknął drzwi z drugiej strony. Wstrzymał oddech i delikatnie przyłożył ucho do drzwi, próbując co nieco podsłuchać. Poza tym chciał być przecież w pobliżu, gotowy na każde skinienie szefa, gdyby tamten go potrzebował.
Greg rozsiadł się wygodnie w fotelu.
- Wiesz James - zaczął niewinnie - dotarły do mnie wieści o jakiejś licytacji. Słyszałeś coś o tym? - zapytał anielskim głosem, odpalając jednocześnie cygaro.
James przełknął nerwowo ślinę. - Ciekawe kto mnie sypnął i skąd on o tym wie? - zastanawiał się gorączkowo.
- No więc zrobimy tak "panie sprytny" - kontynuował Greg. - Trzeba będzie dorzucić dwie stówy.
- Dobrze - powiedział po namyśle. Nie chciał go drażnić.
- I jeszcze dwa milioniki. Fifry-fifty to czysty układ, nieprawdaż? - wysyczał do słuchawki.
James nabrał więcej powietrza w płuca. Tego się nie spodziewał.
- Jesteś przecież w Watykanie, więc pewnie słyszałeś, że oni wszystkich nawołują, aby się dzielić... Wszystkich, z wyjątkiem siebie, hahaha... - Greg zaśmiał się sam z własnego dowcipu. - Pewnie coś tam jeszcze zarobisz... - cedził Greg, puszczając kółka z dymu. Przez chwilę jedno z nich zatrzymało się nad jego głową i wyglądało to tak, jakby unosiła się nad nim aureola. Ucieszyło go to.
Natomiast James pośpiesznie analizował. - Być może wysłał mi już ten dziennik, a może dopiero zamierza to zrobić. A ja nie mam czasu na wątpliwości. Muszę mieć tę księgę na cito, bo klienci czekają. Nie mogę też go wkurzyć, bo jeśli nie wysłał jeszcze tego rękopisu, to... - wolał nie kończyć tej myśli. Przełknął tylko pośpiesznie ślinę. Dobrze wiedział, że takiego szmalu nie wolno mu było przepuścić. Jednak nim się odezwał, tamten zaczął.
- Wiesz, mam dzisiaj dobry dzień, więc puszczę to w niepamięć, ale na przyszłość nie rób mi już takich numerów... - powiedział to takim tonem, że James zadrżał. - Za godzinę mam mieć te dwie stówy na koncie, a resztę po licytacji, jasne?
- Jasne Greg, trzymaj się - rzucił, chcąc uniknąć dalszej rozmowy, chociaż w głowie już zaświtał mu plan, jak się na nim odegra. Odłożył słuchawkę, nim tamten to zrobił. - Jaki ten świat mały - dziwił się - wszyscy o wszystkim wszystko wiedzą, a wszędzie wokoło tyle tajemnic, niepewności i kłamstwa. Chyba prawdą jest ta opowieść, że jeżeli chce się coś głęboko ukryć, to trzeba to podstawić ludziom bezpośrednio przed oczy, a na pewno tego nie zauważą i pominą. Co za świat... - zaklął cicho. - I jak tu normalny człowiek ma prowadzić interesy... - zapatrzył się w niebo. Zawsze go dziwiło to, że tak niewielu ludzi zauważa te utrzymujące się długo na niebie białe smugi, które teraz zakwitły nad Watykanem. - Na pewno walą jakieś chemiczne gówno z tych samolotów, jak opisują to na niektórych forach. - Wyczytał, że smugi po zwyczajnych samolotach rozwiewały się szybko, po około minucie. - Mam tylko nadzieję, że zanim doszczętnie zniszczą powietrze i ziemię, ktoś ich powstrzyma. Albo sami się zatrują tym paskudztwem - splunął z obrzydzeniem. - Za moich młodych lat z pewnością niebo tak nie wyglądało.
Po godzinie, gdy już się uspokoił, zadzwonił do pana X, który chciał, aby tak go tytułować. Niewiele o nim wiedział, poza tym, że to koneser dzieł sztuki i poszukiwacz tajemnic. Słyszał, że tamten urodził się gdzieś w Egipcie, ale jego rodzina szybko stamtąd wyemigrowała. Najpierw do Hiszpanii, a potem do Włoch. Tam miał swoje interesy, a jak się już dorobił, postanowił zostać poszukiwaczem skarbów i odkrywcą. - Pewnie się naoglądał "Indiany Jonesa" - uśmiechnął się pod nosem James. W każdym razie dobrze, że znakomicie płacił. Tak o nim mówili inni. Dowiedział się też, że prawdopodobnie gdzieś w okolicy Padwy miał swoją bazę, z której wyszukiwał interesujące go kąski. Rzecz jasna przez sieć takich jak on informatorów i inwestorów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i mieli prawie wszędzie swoje wtyki. Dla niego liczyło się to, że jak mu powiedziano - zawsze regulował w terminie swoje należności i był wypłacalny, nawet na największe kwoty. Nie musiał znać jego twarzy, ani imienia.
- Halo... - powiedział, gdy tamten odebrał rozmowę. - ...Tak, to ja. Tak jak się umawialiśmy, jutro o siedemnastej licytacja. Jest dwóch kupców. Mam nadzieję, że pan wygra.
- Ja już wygrałem - odparł tamten tajemniczo i pewnie, jakby pół Włoch do niego należało. W sumie mógłbym zapłacić nawet te 8 milionów od ręki, choćby dziś, bo nie sądzi pan chyba, że ktoś da więcej za te klika kartek? - rzucił, chcąc zbić go z tropu i umocnić swoją pozycję. Ale James znał już od lat tę grę, w której uczestniczyły wszystkie strony jakiegoś biznesu.
- Zobaczymy... - rzucił zwięźle. Czekam zatem na telefon jutro, punktualnie.
- A ja na księgę. Ładnie mi ją zapakuj - powiedział i zakończył rozmowę.
Jednak on nie był wcale taki pewien, w czyje ręce trafi jutro ten manuskrypt, o którym tyle już słyszał. - Ech, gdybym miał więcej czasu, może znalazłbym kolejnych kupców... - rozmarzył się. Rzadko ostatnio trafiały mu się aż tak cenne trofea. Ale dobrze wiedział, że w tym biznesie, równie ważne, jak to, co i komu się sprzedawało, było to, jak szybko się to upłynniało, wymieniając towar na pieniądze. W tym świecie rzeczy czasem zatrważająco szybko zmieniały właścicieli, a ludzie znikali, jak kamienie rzucone w morze przez spacerowiczów podczas letniego wieczoru. Zawsze o wiele lepiej było mieć gotówkę w ręku lub na bezpiecznym koncie i zadowolonego klienta, który jeszcze niejedno mógł od ciebie kupić.
Marco był już mu znany. Sprzedał mu w ubiegłym roku jakieś dwa listy. Wpadły mu one niespodziewanie w ręce przy pewnej akcji. Z początku myślał, że są bezwartościowe. Na uwagę jednak zasługiwała ich data - 1939 r. i okrągła pieczęć ze swastyką. Wystawił je na aukcji na znanym tylko wtajemniczonym osobom portalu. Chętnych było aż siedmiu. Aukcja przebiegła wtedy sprawnie, a Marco przebił wszystkich. Tego klienta już znał, natomiast pan X był nowy, przynajmniej dla niego. Całe szczęcie, że miał dobre referencje i był znany wszystkim, którzy działali podobnie jak on. Ba, był nawet nazywany kotem, bo często dopiero w ostatniej chwili rzucał się na jakąś rzecz na licytacji, niczym kot na mysz i wszystkich przebijał. Facet miał kasę, a to się liczyło teraz najbardziej.
- Chyba pójdę się przejść - powiedział, przeciągając się. Może spotkam Lucynę... - rozmarzył się. Była to nowa kelnerka, która pracowała tam od niedawna. Wnosiła światło do jego ulubionej kafejki na rogu ulicy. Była młoda i powabna, niczym kwiat, który aż się prosił, aby go zerwać i napawać się słodkim aromatem jej płatków.
James westchnął i zaczął się szykować do wyjścia.
Tymczasem Greg, leżąc wygodnie na swej kanapie i zajadając swe ulubione ciasteczka, wertował kolejne strony manuskryptu.
Nasz tłumacz nigdy wcześniej nie widział tej księgi. Gdy wziął ją w ręce, było widać nabożną cześć i uśmiech szczęścia na jego twarzy. Rzadko takie rarytasy trafiają w ręce nawet takich znawców, jak on. Powoli i ostrożnie otworzył jej okładkę. Trzymał ją, niczym największy skarb. Jego oczy zalśniły, gdy ukazały mu się pierwsze litery, a palce delikatnie mu drżały, gdy wodził nimi nad wyblakłymi już nieco znakami. W końcu westchnął głęboko, otworzył swój zeszyt i zaczął powoli systematyczną pracę tłumacza.
Nie było to jednak łatwe. Okazało się, że jest to jeszcze starszy dialekt, niż ten, którym się posługiwał. Ale powoli, krok za krokiem i zdanie po zdaniu, a właściwie wyraz po wyrazie odcyfrowywał znaczenie interesującego nas w tej księdze rozdziału.
My tymczasem rozglądaliśmy się trochę po klasztorze i próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś o wspomnianym wcześniej opacie. W końcu było wielce prawdopodobne, że on tam był, albo przynajmniej wiedział co nieco o tej krainie.
Okazało się, że tuż przed śmiercią zażyczył sobie, aby mógł powrócić w rodzinne strony. Wyruszył tam razem z dwoma młodymi mnichami, którzy mu towarzyszyli. Podobno dotarli do jego rodzinnej wioski, gdzie przywitała ich jego rodzina. I na tym wszelki ślad po nich się urywał. Nikt już nigdy więcej o nim nie słyszał.
Sprawa wydałaby się prosta - w końcu mógł tam umrzeć i zostać pochowanym, ale z tego, co mówił jeden ze starszych mnichów, nikt nie wrócił do klasztoru z tej wyprawy. Również ci, którzy z nim podróżowali, nie powrócili już do swoich kwater. Nikt ich już więcej nie widział. Ponoć zrezygnowali ze wspólnoty i powędrowali do swoich rodzinnych domów. Tak mówił list, który przysłał jeden z nich.
Dosyć niezwykły zbieg okoliczności, jak dla mnie. Postanowiłem to dokładnie sprawdzić.
Greg nienawykły od lat do czytania znowu przysnął. Tym razem Lulu poprowadziła go nad jezioro, gdzie usiedli, jak za młodych lat i napawali się pięknym widokiem.
Dochodziła siedemnasta.
James odebrał rano przesyłkę. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył przed sobą osławioną księgę. Porobił jej kilka zdjęć i wstawił je na swoją stronę, do której dostęp mieli tylko jego zaufani klienci. Widział na bocznym pasku, że zaledwie kilka sekund po wstawieniu fotek, już były wejścia na stronę. Zatem zainteresowani wyczekiwali tej chwili, niczym łowcy swojej zdobyczy.
Ucieszył się tym i w myślach obliczał już, ile więcej, ponad te startowe 5 milionów, zarobi. Dobrze wiedział, że czasem warto zacząć od niższej kwoty, a wtedy ludzie, w ferworze licytacji oferują znacznie większe sumy, niż daliby, gdyby zaczął od wyższej stawki. Na to liczył i tym samym. Chciał też przyciągnąć więcej oferentów. I nie mylił się. Zgłosiło się do niego aż pięć osób, które gotowe były wyłożyć odpowiednią gotówkę na ten przedmiot. O wszystkich z nich co nieco już słyszał.
Oczyma wyobraźni widział już swój nowy dom, gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu, z przepiękną kobietą, która będzie robiła mu drinki i masowała jego naoliwione, wystawione na rozkoszne słońce ciało. - To jest życie - westchnął rozanielony. Zdziwiło go tylko to, że wejść na stronę było aż sześć. - Może ktoś posługuje się dwoma komputerami, albo dodatkowo smartfonem - zastanawiał się, kładąc swój telefon na stole. Już po chwili odezwał się pierwszy z nich.
- Witam serdecznie - powiedział James.
- Dzień dobry - dało się słyszeć głos Marco.
- Jest pan pierwszy. Może to dobra wróżba - uśmiechnął się.
- Z pewnością. Da Bóg, to wygram tę rozgrywkę.
- Powodzenia - odpowiedział James, odbierając równocześnie drugie połączenie.
- Witam - zgłosił się Carlos.
- Jestem - powiedział krótko Big Ben, tak bowiem chciał być nazywany.
- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że nikt nie musiał na mnie czekać - ze śmiechem powiedział pan X.
- Ależ skąd. Jest pan punktualny - ze słodyczą w głosie odpowiedział James, licząc już w myślach grube pliki banknotów.
- Cieszy mnie to niezmiernie - dorzucił dowcipnie X.
Jako ostatnia zgłosiła się Janis. Była jedyną kobieta w tym składzie.
- Zatem panowie... i pani - dodał szybko - do dzieła - zachęcił ich James. - Pięć milionów po raz pierwszy.
- Pięć dwieście - odezwał się Marco.
- Pięć i pół - powiedziała szybko Janis.
- Pięć siedemset - podbił Big Ben.
- Sześć - dało się słyszeć ze słuchawki ze strony X.
- Sześć dwieście - ze złością powiedział Marco.
- Sześć czterysta - zaproponował Carlos.
- Siedem - od niechcenia napomknął X.
- Siedem i pół - warknął do słuchawki Marco.
- Och, myślałem, że znowu usłyszę podbicie o dwieście tysięcy - zadrwił X. - Zaskoczył mnie pan, no, no...
Przez chwilę panowała cisza. W końcu James podjął rozmowę.
- Siedem i pół po raz pierwszy... - czy ktoś daje więcej?
- Owszem... siedem sześćset - uśmiechnął się pod wąsem X, chcąc tamtego rozdrażnić. Wiedział, że takie powolne podbijanie stawki jest najgorsze i denerwujące.
Dało się słyszeć pośpieszne przełykanie śliny po drugiej stronie słuchawki.
- Siedem siedemset - powiedział w końcu Marco.
- Fiu, fiu - zadrwił X. Ponoć siódemka to szczęśliwa liczba. Ale chyba nie dla pana dzisiaj. Daję osiem...
Marco był zaniepokojony. Zbliżali się do kwoty, powyżej której nie był upoważniony. A obawiał się, że stawka szybko może poszybować dużo wyżej. Teraz pojął szatański plan Jamesa z początkowym obniżeniem kwoty. Trzeba było działać. Dał głową znak Tomowi, aby wykręcił numer, którego zasadniczo nie wolno mu było wybierać. Zwłaszcza o tej porze.
Tom w mgnieniu oka zrozumiał, o co chodzi. Z drżeniem rąk odszukał tę osobę, o której z pewnością pomyślał teraz Marco. Pokazał mu ją na wyświetlaczu telefonu, a Marco skinął głową.
- Proszę o pół minuty czasu - odezwał się anielskim głosem.
- Panie Marco... - podjął James. - Zasadniczo, nie udzielam zgody na takie prośby,... ale dzisiaj zrobię wyjątek. Czy nie będziecie mieli państwo nic przeciwko temu? - zapytał, próbując załagodzić ich ewentualną złość.
- Ależ skąd. Nic a nic. Jak zabawa to zabawa - rzucił drwiąco X. - Zresztą - co się odwlecze, to nie uciecze, ha, ha - zaśmiał się krótko.
- Ma pan całkowitą rację panie X - odparł ucieszony James.
- Okej - potwierdziła Janis.
- Dobra - rzucił Big Ben.
- Czekamy, byle szybko - dodał Carlos.
- Zawieszę na chwilę rozmowę i zaraz się włączę ponownie - powiedział Marco.
- Okej, czekamy - zapewnił James.
Marco zawiesił rozmowę na swym telefonie i wziął aparat od Toma. Przełknął ślinę i wybrał numer.
Po dwóch sygnałach odezwał się dobrze mu znany głos.
- Słucham - usłyszał.
- Tu Marco. Eminencja wybaczy, ale potrzebuję szybkiej zgody na dodatkowe środki. Sprawa jest pilna.
- Czy od tego zależy los kościoła? - zapytał krótko, wiedząc, że jeżeli już tamten zdecydował się wybrać jego prywatny, pilnie strzeżony numer, którego nawet większość arcybiskupów i kardynałów nie znała, sprawa była naprawdę poważna.
- Tak - gorączkowo rzucił Marco.
Te dwie sekundy, które czekał, nim usłyszał odpowiedź, wydawały mu się wiecznością.
- Zatem do dzieła - usłyszał.
- Dobrze - powiedział i usłyszał sygnał rozłączonej rozmowy.
Ucieszony Marco czym prędzej powrócił do rozmowy.
- Już jestem - rzucił ucieszony Marco. - Osiem i pół - przebił poprzednią propozycję, mając nadzieję, że tamci odpuszczą.
James był wniebowzięty. Ucieszony spojrzał na siebie w lustrze. Właśnie przed jego nowym, wymarzonym domem na wybrzeżu pojawiła się superszybka, okazała motorówka, za kierownicą której już siebie widział.
- Osiem siedemset - zaproponowała Janis.
- Osiem dziewięćset - przebił Carlos.
- Dziewięć - nie dawał za wygraną X.
- Dziewięć dwieście - dorzucił ostrożnie Marco.
- Dziewięć czterysta - powiedział Big Ben.
Wtedy nagle zadzwonił telefon Jamesa. Zdziwiło go to. Nie znał tego numeru. Ostrożnie zatem odebrał kolejne połączenie.
- Słucham?... - powiedział, gotowy w każdej chwili zakończyć tę rozmowę.
- Dowiedziałem się, że ma pan pewną księgę - powiedział spokojny głos. - Tak się składa, że ona mnie również interesuje. Czy zechce pan ją sprzedać?
- To się akurat dobrze składa, bo trafił pan na licytację tego przedmiotu. A skąd pan ma ten numer? - dociekał James.
- Równie dobrze mógłbym pana zapytać, skąd pan ma tę księgę - powiedział tamten.
James uśmiechnął się krzywo i bezgłośnie.
- Panowie... i pani - mamy kolejnego oferenta. O ile oczywiście pana środki na to pozwalają panie... - zawiesił wyczekująco głos.
- Francis... - może pan już o mnie słyszał - rzucił niby od niechcenia, a Jamesa zmroziło. Chwilę trwało, zanim złapał oddech.
- Witamy panie Francis. W tej chwili stawka wynosi dziewięć czterysta. Nie muszę chyba mówić, że chodzi o miliony.
- Rozumiem - odparł Francis. - Daję dziesięć.
- Jedenaście - wysyczał zbielały na twarzy Marco.
- Jedenaście i pół - dodał X.
- Idę, to nie dla mnie - rzuciła Janis i się rozłączyła.
- Panowie, zakończmy to - trzynaście - podbił Francis.
- Dwanaście - zaproponował rozemocjonowany Carlos.
Marco zrobiło się gorąco. To była górna granica, do której był wypłacalny. Wiedział, że na więcej nawet sam papież by się nie zgodził. Gorączkowo myślał, co dalej.
Natomiast X rozparł się wygodnie w fotelu i oświadczył:
- Piętnaście.
Francis chwilę się wahał. Wydawało mu się, że znał skądś ten głos. Postanowił go nagrać.
- Przepraszam - ile pan postawił? Nie usłyszałem dobrze, to chyba wina połączenia - powiedział uprzejmie.
- Powiedziałem, że daję piętnaście. Ale jak trzeba będzie, dam więcej. Czy teraz mnie pan usłyszał? - zawiesił głos X.
- Tak, wystarczająco dobrze - ucieszył się Francis. Teraz już był prawie pewien, kim był tamten. Kilka lat temu kupował u niego pewien obraz. Dobrze pamięta ton jego głosu. To chyba było gdzieś w Padwie - zastanawiał się. Innych głosów nie mógł sobie skojarzyć.
- Panowie... - piętnaście milionów po raz pierwszy. Kto da więcej? - chciał wiedzieć James.
- Kończę - powiedział Big Ben i się rozłączył.
- Odpadam - rzucił Carlos i też zakończył połączenie.
Marco gorączkowo się zastanawiał. Szukał nowych możliwości. Jednego był pewien. Nie może teraz postawić więcej. Nikt mu też nie wyda bez takiej kwoty tej księgi. - Boże ... - westchnął. Jeśli ludzie się tego dowiedzą, będziemy wszyscy skończeni... - kołatało mu się w głowie. Wreszcie otarł pot z czoła i postanowił, że będzie działał inaczej. - W końcu Bóg wiedzie nas niezbadanymi ścieżkami - ucieszył się na myśl, na którą właśnie wpadł.
Francis też swoje już wiedział.
- Piętnaście po raz drugi... - gorączkował się James, ubijając właśnie interes swojego życia. - Kto da więcej.
Francis zakończył połączenie. Reszta uczestników tego spotkania usłyszała sygnał rozłączonej rozmowy.
- Zostaliśmy zatem we trójkę - wyjaśnił James. - Panowie - jest jeszcze szansa... - przedłużał, jak mógł. Ale więcej nie zdołał nic zrobić.
- Piętnaście milionów po raz drugi... - powtórzył.
Wkurzony Marco postanowił zaryzykować.
- Szesnaście - wycedził, przełykając ślinę z przejęcia, bo nie wiedział, skąd miałby teraz wytrzasnąć taką kwotę.
James aż otworzył usta z przejęcia.
- Osiemnaście - bąknął od niechcenia X.
- Czy daje pan więcej? - James skierował pytanie do Marco. Ten jednak milczał.
- A zatem... osiemnaście po raz pierwszy, po raz drugi i... - chwilę jeszcze odczekał, aby tamten miał szansę podbicia stawki. - ... I po raz trzeci. Sprzedane - powiedział w końcu. Wygrał pan X, gratuluję.
- Dziękuję, mówiłem panu, że wygrałem - cieszył się tamten.
- To prawda - potwierdził James.
Marco się rozłączył.
- Proszę o wpłatę na konto, które ukaże się zaraz na stronie. Na podany poniżej mail proszę wysłać adres, na który ma być dostarczona przesyłka. Wyjdzie zaraz po zaksięgowaniu wspomnianej kwoty na koncie.
- Jasne. Za trzy minuty będzie załatwione.
- Okej, dziękuję i do widzenia. Polecam się na przyszłość - zakończył James. Rozłączył rozmowę i spokojnie rozpostarł się w swoim wygodnym fotelu. Uważnie patrzył na ekran komputera, oczekując na wpłatę.
Marco chodził po pokoju cały rozdygotany. Złożył ręce z tyłu na plecach i niczym Napoleon przed bitwą, zbierał swoje siły.
W końcu stanął. Tom utkwił w niego swoje oczy.
- Zadzwoń do Roberta - powiedział, a Tom pobladł, słysząc te słowa. Widział tego typa dwa razy i to było o kilka za dużo. Tego gościa nie chciałaby oglądać chyba nawet jego własna matka. - A więc sprawa była aż tak poważna - pomyślał, wybierając do niego numer.
- Niestety Tom. Czasami sprawa wymaga poświęceń - powiedział usprawiedliwiająco Marco, widząc jego minę. Tom pokiwał tylko głową. - Cóż, takie czasy - westchnął.
Francis znał już aktualnego właściciela księgi z notatkami Johna. Wiedział też, gdzie go szukać, a nawet - do kogo się zwrócić w tej sprawie.
Wczoraj, gdy się okazało, że Greg nie daje żadnego znaku, postanowił działać. Powoli i systematycznie uruchamiał wszystkie swoje kontakty. Aż wreszcie, pod wieczór trafił na gościa, który coś wiedział. Po wpłacie stu tysięcy na jego konto, rozjaśniło mu się w głowie na tyle, że powiedział, iż we Włoszech ma być jakaś aukcja dla zaufanych. Podał mu nawet jej stronę. Do godziny dwudziestej miał na mailu od niego numer telefonu, na który trzeba było zadzwonić nazajutrz, po godzinie siedemnastej. - Tak, pieniądze potrafią czasem zdziałać cuda - cieszył się Francis. - I nie zawsze ten, kto wygrywa potyczkę, wygrywa potem całą bitwę - uśmiechnął się ucieszony. Znowu wszystko zaczęło się układać. Wchodził z powrotem do gry.
Tymczasem Marco omawiał z Robertem szczegóły działań.
- Tak, macie ustalić, kim jest, gdzie jest i gdzie to trzyma. Zresztą nie interesują nie szczegóły. Płacę ustaloną kwotę i oczekuję szybkich rezultatów - mówił pośpiesznie do telefonu.
- Jasne, zrobi się - było słychać stłumiony głos Roberta.
- No to się cieszę. Zaliczka zaraz będzie na koncie, reszta po pracy, tak jak zawsze.
- Dziękuję eminencjo - zakończył rozmowę tamten.
Marco jeszcze długo chodził w tę i z powrotem po swoim gabinecie. Oto sprawa, która wydawała się prosta, znowu wymykała mu się z rąk. Podobnie było dwadzieścia pięć lat temu, niespełna pięć lat po tym, jak objął ten urząd, a właściwie stanowisko obrony społecznego ładu - jak je czasem nazywał. Wtedy też był blisko zlikwidowania wszelkich śladów, wszystkich dowodów, które mówiły o tym miejscu. Ale mu się to nie udało. Był już o krok, od powstrzymania tamtych ludzi. I wykonałby swoje zadanie, swoją misję, gdyby nie ta ulewa i to, co się stało potem. Do dziś nie wiedział, jak to się mogło stać. - Czyżby Bóg mnie wtedy opuścił? - zastanawiał się. - Nie - to niemożliwe - zaprzeczył swoim wcześniejszym myślom. - A może wystawił mnie na próbę i musiałem czekać aż do dzisiaj, aby teraz naprawić to, co wtedy zepsułem - chodził nerwowo po pokoju, dywagując.
Na twarzy Jamesa wykwitł najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek pojawił się na jego twarzy. Oto zobaczył na własne oczy, jak okrągła suma osiemnastu milionów wpłynęła właśnie na jego tajne konto. Wyrzucił ramiona w górę i głośno krzycząc, odtańczył swój taniec radości. Długo czekał na taką okazję.
Po chwili uspokoił się i jeszcze raz dokładnie sprawdził ilość zer. Wszystko się zgadzało. Wylogował się z systemu i przeszedł na stronę oferującą domy na wybrzeżu. Chciał jeszcze dziś obejrzeć te oferty, które wczoraj niedostępne, dzisiaj już były w zasięgu jego ręki i możliwości. Upajał się tymi fasadami, ogrodami i widokami z salonu, jakie pokazane były na fotografiach. - Wkrótce tam będę - cieszył się, przeglądając kolejne oferty, aż wreszcie jedna przykuła jego uwagę. - To dom godny mnie - zawyrokował, wpatrując się w okazałą rezydencję.
Gdy tylko Greg się obudził, wyjął spod głowy ksero manuskryptu i rozpoczął dalsze czytanie od momentu, w którym przerwał wczoraj.
Niemniej ciekawe, niż sama treść tej księgi, były odręcznie malowane rysunki, grafiki i szkice, które tam widniały. Gdy tłumacz zrobił sobie przerwę na posiłek, przeglądałem jego pośpieszne notatki i porównywałem je z oryginalnym pismem, aby co nieco się nauczyć. Ale ten język przekraczał moje dotychczasowe umiejętności. Jego składnia była dziwna i niejednoznaczna, jakby to był jakiś szyfr. Dałem więc sobie na chwilę spokój z tym pismem i skoncentrowałem się na rysunkach.
Przyglądałem się ich zgrabnym liniom i geometrycznym kształtom, próbując wyczytać z nich ich znaczenie. Pokazałem Chrisowi mapę, widniejącą na jednej ze stron, którą wielce się zainteresował. - To jest coś - powiedział ucieszony i kazał mi zwrócić szczególną uwagę na symbol, który nasz tłumacz jednoznacznie odczytał jako oznaczenie szczęścia i domu jednocześnie. Widniał on aż w dwóch miejscach na tym planie. Jeden, mniejszy znak, był widoczny na samym początku oznaczonej tam drogi, a kolejny, duży na jej końcu. Usytuowany był dokładnie pomiędzy dwoma wzgórzami - większym i odrobinę mniejszym. Niczym dwaj bracia, albo przyjaciele, te góry strzegły jakiejś tajemnicy. Czułem to wyraźnie przez skórę.
Greg przekręcił się na łóżku i spojrzał na zegar. Dochodziła jedenasta. Ze snu wybudził go sms, który dostał od Paolo. Szybko go przeczytał i zdziwił się.
- Steven! - zawołał zniecierpliwiony. - Gdzie moje śniadanie?
Drzwi się otwarły. Ukazał się w nich Steven, trzymając w jednej ręce kubek z gorącą kawą, a w drugiej talerz z jajkami na bekonie i chlebem.
- Szef tak smacznie spał, że nie śmiałem przeszkadzać - powiedział usprawiedliwiająco.
Greg machnął tylko na to ręką.
- Mniejsza z tym. To grubsza sprawa. Chyba będę musiał jednak być tam osobiście.
- Myśli szef, że to prawda? - zaciekawił się.
- Niewykluczone... Poza tym chciałeś chyba odwiedzić rodzinę...
- Jasne - ucieszył się.
- To dobrze. Z Padwy do Neapolu jest przecież blisko...
Steven zdziwił się, słysząc te słowa.
- Samolotem - dokończył rozbawiony Greg.
- A tak - uśmiechnął się Steven, pojmując, o co mu chodzi. - To nie do Rzymu lecimy?
- Dostałem cynk - pokazał na telefon. - Polatamy sobie trochę. Całe szczęście, że Paolo ustalił, kim może być nabywca tej księgi. Może zrobimy wspólny interes... - powiedział i powrócił do wertowania dalej ksera księgi Johna. Steven ulotnił się czym prędzej, woląc go teraz zostawić samego.
Tłumacz pracował zawzięcie, odczytując zawiłą treść dokumentu. Był to opis drogi, jaką należało przebyć, aby dotrzeć do królestwa Agarthy. Była tam dość dokładnie objaśniona trasa, która prawdopodobnie - jak orzekli po naradzie ci mnisi, którzy zgodzili się z nami współpracować, rozpoczynała się gdzieś w okolicach znanej im małej doliny, we wnętrzu której połyskiwało nieduże, czyste jezioro. Tak mogło wynikać z tej dość niewyraźnej mapy. Co ciekawe, wody tego jeziora o dziwo nigdy nie zamarzały. Część pielgrzymów, która szła tamtędy do świętych miejsc wysoko w górach, czasem je odwiedzała, aby nabrać tam sił, obmyć się i nieco wypocząć. Potem ruszali w dalszą drogę.
Mówili, że w dolinie tej często utrzymywało się miłe ciepło, a wiosna trwała tam o wiele dłużej, niż w innych partiach gór. Tutaj też można było zobaczyć dzikie jaki, które przychodziły tam do wodopoju.
To również mnie zainteresowało. Chciałem zobaczyć to miejsce. Gdy jednak wieczorem czytałem rezultaty pracy tłumacza, zdałem sobie sprawę, że to wszystko może być o wiele bardziej skomplikowane, niż na początku przypuszczałem. Zmartwiło mnie to nieco. Ale czyż prawdziwy poszukiwacz skarbów i prawdy nie jest gotowy zmierzyć się z wszelkimi trudami, jakie się przed nim pojawiają? Zarówno tymi na zewnątrz niego, jak i tymi, które napotyka we własnym umyśle. W końcu stawką jest dotarcie do sedna sprawy i odkrycie prawdy. Ja byłem na to gotowy.
Tekst mówił między innymi o tym, że... "jeśli chcesz wkroczyć w tę świętą krainę, musisz najpierw nanizać garść pereł Roraimy, pobłogosławionych iskrą Boga, na klucz Agarthy".
Co to może być? - zastanawiałem się. Tak było napisane przy pierwszym znaku na mapie. Dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawę, że przed tym oznaczonym w Himalajach miejscem widnieje pewien rysunek. Był to dość dokładny zarys góry. Miałem nawet wrażenie, że gdzieś już coś takiego widziałem. Nie byłem sobie jednak w stanie tego przypomnieć. Żaden z moich towarzyszy również nie wiedział, o jaki szczyt może chodzić.
Zrobiłem zatem zdjęcie zarysu tej góry i rozesłałem do znanych mi miłośników wspinaczki wysokogórskiej. Niestety, najwyraźniej i oni nie wspinali się na taki właśnie szczyt.
W końcu dotarło do mnie, żeby samemu sprawdzić, co to takiego ta Roraima. I od razu uśmiech zagościł na mej twarzy. Sprawdziłem jeszcze raz i już nie było żadnych wątpliwości. Roraima to duża, okazała góra, której większość należała do Wenezueli. Nie było najmniejszych wątpliwości, bo właśnie ona ma taki kształt wysokiego wzniesienia z niemal idealnie prostym jak stół szczytem. Przynajmniej tak to wyglądało na rysunku i fotografiach z dalszej odległości.
Zastanawiałem się tylko, jaki związek mogą mieć ze sobą te dwa tak odległe miejsca, rozrzucone na dwóch kontynentach. Jedno z nich było tu - w Azji i Himalajach, a drugie w Ameryce Południowej. Czyżby ktoś specjalnie oddzielił od siebie różne rzeczy, które umożliwiały wejście do tej krainy, aby było to trudne i zniechęcało tych, którzy nie są wystarczająco wytrwali, aby tam dotrzeć? - zastanawiałem się w milczeniu. - Może to jakiś test na wytrwałość? - głowiłem się. - A może to tylko jakaś zmyłka, która ma nas oddalić od wrót Agarthy? - naszły mnie wątpliwości. Przecież nie raz już się spotykałem z tym, że na różnych starych mapach czy planach wprowadzano specjalnie błędy i fałszywe wskazówki, aby zmylić tych, którzy nie byli wystarczająco mądrzy i godni, aby odnaleźć cenny skarb. Przecież nawet Leonardo da Vinci w planach swoich machin umieszczał błędy, aby osoby niepowołane nie mogły ich skonstruować i używać. - Trudno - zadecydowałem w końcu. - Trzeba nam to zbadać...
Postanowiłem zatem skierować tam nasze dalsze kroki. Ustaliliśmy, że część naszej ekipy, wraz z tłumaczem, pozostanie tutaj, nadal w klasztorze, aby pracować dalej nad tekstem, a w wolnej chwili zbadać tę świętą dolinę. Ja natomiast, wraz z Chrisem i dwoma zaufanymi ludźmi, mieliśmy poszukać odpowiedzi na nasze pytania w dalekiej Wenezueli.
Pan X właśnie wyjmował z pudełka swój nowy skarb. Jego informatorzy powiedzieli mu, że może on zaprowadzić go do starożytnej krainy, zapomnianej od wieków, w której ukryte było mnóstwo skarbów. A on bardzo kochał skarby. Odkąd było go stać na to, aby zrealizować każdy swój plan, zainteresował się wydobywaniem złota z galeonów, których jeszcze wiele spoczywało na dnie osławionych Karaibów. Ale ileż można wyjmować tylko złoto, srebro i diamenty?
Po kilku latach sukcesów na tym polu, zapragnął czegoś więcej. Znalazł pewne przedmioty, które zwróciły jego uwagę. Były to tabliczki wykonane z najczystszego złota, na których był szereg rysunków i pismo, którego nikt nie znał. A sporo wydał na różne ekspertyzy dokonywane przez największych specjalistów w tej dziedzinie. W końcu pewien archeolog zasugerował mu, że to może mieć coś wspólnego z mityczną krainą, o której krążyły legendy. Ponoć mieszkały tam ludy przewyższające naszą cywilizację swoją inteligencją, technologią i bogactwem. A X kochał bogactwo. Ale równie mocno, jak je, chciał mieć również mądrość i wiedzę tych starożytnych ludów. Archeolog tłumaczył mu, że z tego, co słyszał, to te ludy miały kiedyś zamieszkiwać w sekretnym miejscu, tworząc tam wspaniałą, szczęśliwą cywilizację. Ale niestety, po tym, jak długotrwałe wojny pomiędzy różnymi narodami, pustoszyły ziemię, oni nagle zniknęli, a wszelki słuch o nich zaginął.
X chłonął jak gąbka informacje o tym, że ponoć wiele tysięcy lat temu mieszkańcy tej zapomnianej krainy latali w powietrzu i prawdopodobnie dysponowali bronią laserową lub czymś podobnym. A gdy się dowiedział, że ostatnio archeolodzy zaczęli natrafiać na miejsca, gdzie skała była zeszklona, czego nie mogła zrobić żadna cywilizacja mniej zaawansowana od naszej, z zachłannością leniwego kocura, czekającego na najsmakowitsze kąski, wyszukiwał wszelkie informacje, potwierdzające te historie. Aż w końcu trafił na wieści o tej księdze zrobionej przez jakiegoś badacza. Wreszcie mógł się przekonać na własne oczy o ich prawdziwości.
Otworzył powoli księgę, delektując się tą wymarzoną chwilą. Jego wzrok padł na sentencję umieszczoną po lewej stronie na okładce.
"Tylko z tą księgą wejdziesz do królestwa..."
- Wejdę z pewnością wejdę - cieszył się jak dziecko z prezentu pod choinkę.
- Tak, nie kłamali - westchnął podekscytowany, oglądając piękną, bogato zdobioną okładkę księgi, a potem przerzucając kartki manuskryptu, który wreszcie spoczywał w jego rękach, niczym czarodziejska różdżka mająca doprowadzić go do wód nieśmiertelności.
Zaczął więc łapczywie czytać.
Nie było dla nas problemem dostanie się samolotem w pobliże góry Roraima. Po wylądowaniu spotkaliśmy się z doświadczonymi przewodnikami i tragarzami, którzy mieli nas bezpiecznie doprowadzić na miejsce. Wolałem mieć przy sobie kogoś, kto dokładnie znał lokalne zwyczaje i plemiona, które tu zamieszkiwały. Poza tym świetnie znali tutejsze języki.
Ruszyliśmy raźno, ale gęsta roślinność uniemożliwiała nam szybkie przemieszczanie się. Mimo to, już pod wieczór byliśmy o krok od podnóża tej góry. Dalej już musieliśmy się mozolnie wspinać po śliskich skałach. Nie było to łatwe, ale jedynie tam mogliśmy się dowiedzieć, co takiego kryją w sobie słowa z książki strzeżonej od lat w himalajskim klasztorze.
Ponieważ już się ściemniało, postanowiliśmy odłożyć dalszą wspinaczkę do jutra. Rozbiliśmy obóz w małej dolince i postanowiliśmy nieco odpocząć.
- Zapowiada się ciekawie - ucieszył się X. - Uwielbiam takie opowieści - emocjonował się. - Wreszcie coś prawdziwego, coś co może doprowadzić mnie do wielkiego bogactwa, wiedzy i... władzy - zacierał chytrze ręce. - Nareszcie się dowiem, jak zapanować nad ludźmi - snuł dalej swoje plany. - Cóż znaczą nawet największe kwoty pieniędzy, jeżeli ludzie cię nie słuchają i robią, co chcą? - rozmyślał. - Te starożytne ludy na pewno odkryły sposób, w jak kierować innymi. Może umieli kodować ich telepatycznie, albo wysyłać jakieś fale, które wpływały na innych? - dywagował.
Słyszał już o takich tajnych badaniach prowadzonych przez niektóre rządy. Wiedział, że jest to największe zagrożenie dla wolności obywateli. - Ale - zastanawiał się - czy ludzie są lub kiedykolwiek byli wolni? Może już nawet nie potrafią być wolni, bo zapomnieli, jak to jest? - ciągnął dalej. - W końcu od lat rządzą nimi reklamy, kreowane sztucznie potrzeby, mody, dogmaty religijne, których nikt nie sprawdził i za bardzo nie może podważać. Do tego dochodzi zniewolenie kredytami, pracą, albo biedą. I nałogami, seksualnym wyuzdaniem czy nadmiernym konsumpcjonizmem.
To wszystko ich powoli, wraz z całą ziemią, wyniszcza. - Ech - macnął ręką. - Najważniejsze, że nam bogatym jest dobrze. Nie słuchamy żadnych autorytetów, bo nawet naukowcy są sponsorowani przez koncerny, nie mówiąc juz o politykach - ucieszył się, zagryzając słodką chałwą. - Gdyby innym zależałoby, ale tak naprawdę na tym, żeby było im dobrze, a w ich rodzinach czy nawet całym kraju panowały zgoda i pokój, to już by dawno tak było... - westchnął, zagłębiając się na powrót w czytaniu.
Okazało się, że poczekamy tutaj jeszcze dwa dni. Po pierwsze dlatego, że mieliśmy tu czekać na eskortę z plemienia, które miało nas bronić przed ewentualnym atakiem jednego z wojowniczych plemion, które zajmowało teren w pobliżu. Zapuszczali się oni także tutaj, ponieważ uważali tę górę za świętą i wierzyli, że mieszkają na niej bogowie, którzy zsyłają na ziemię deszcz i inne podarki.
Po drugie zaś, nasza eskorta nie mogła przybyć wcześniej, bo plemię miało akurat wielkie święto, więc wojownicy musieli zostać w ich wiosce, którą, jak mówił przewodnik, co jakiś czas przenosili w inne miejsca.
Teraz wyszli po nas tylko ci, którzy już praktycznie nie uczestniczyli w jej życiu na co dzień. Były to osoby, do których cywilizacja, ze wszystkimi jej plusami i minusami, dotarła nieco wcześniej.
Trzecim powodem, dla którego tu pozostaliśmy, było to, że mieliśmy przejść rytuał oczyszczenia. Bez niego nikt nie może dostać się na święta górę. Główny przewodnik opowiadał nam, jak kiedyś grupa amerykanów chciała dostać się na szczyt i zlekceważyła ten odwieczny zakaz. Gdy byli już na jej płaskim wierzchołku, rozpętała się taka burza z piorunami, że wszystkich ich poraziło. Nikt nie ocalał, a ich ciała zjadły dzikie zwierzęta.
Postanowiliśmy zatem nie drażnić tutejszych bogów i przejść nazajutrz obrządek oczyszczenia. Jednak zanim się to miało stać, czekała nas długa i dosyć chłodna, jak na to miejsce, noc. Każdy z nas ułożył się wygodnie, na ile to było możliwe w namiotach. Natomiast nasi przewodnicy spali na rozłożonych pomiędzy drzewami matach. Niektórzy też rozwiesili pomiędzy drzewami hamaki.
Przygasiliśmy nieco nasze ognisko i tylko ci, którzy mieli stać na straży, podtrzymywali w nim nikły ognik żaru, na ewentualność, gdyby trzeba było szybko rozpalić ogień.
Zasnąłem wtedy szybko. Śniło mi się, jak jakiś wielki ptak leciał nad górami, a potem zobaczyłem twarz pięknej kobiety, która się do mnie uśmiechnęła. Odwzajemniłem jej uśmiech i wtedy właśnie posłyszałem szelest w pobliskich zaroślach. Wstrzymałem oddech i otworzyłem ostrożnie oczy, chcąc wybadać, co to takiego. Namacałem również broń, która leżała przy mnie.
Nagle dało się słyszeć okrzyki i usłyszałem, jak kilkanaście osób wdziera się do naszego obozu. Wyskoczyłem natychmiast z namiotu i wystrzeliłem w powietrze. Ale to nie zrobiło na nikim wrażenia. Z pomalowanymi w ogniste barwy twarzami, które było widać w blasku wschodzącego właśnie słońca, rzucili się na nas, a w pierwszej kolejności na naszych przewodników. Kątem oka zauważyłem, jak szef naszych tragarzy krzyknął coś do swojej małpki którą niemal stale nosił na swym prawym ramieniu, a ta momentalnie znikła w zaroślach.
Wywiązała się krótka walka wręcz. Niestety przeważali nad nami liczebnie. Nie chciałem też niepotrzebnie pozbawiać nikogo życia. Miałem nadzieję, że uda się jakoś dojść do porozumienia.
Ostatnie jednak, co pamiętam, to to, że jeden z nich zamachnął się na mnie maczugą. Ja wtedy, w odruchu samoobrony wycelowałem w niego swój rewolwer. A potem... straciłem nagle przytomność.
Gdy się ocknąłem, zobaczyłem, jak siedzimy wszyscy na ziemi ze związanymi nogami i rękoma. Byliśmy oparci plecami o drzewa. Tył głowy bolał nie okropnie. Zatem ktoś z nich zdzielił mnie pewnie od tyłu w głowę. Cóż... sytuacja wyglądała tak, że nasz obóz był zajęty przez wrogich nam ludzi, a my byliśmy związani i skazani na ich łaskę.
Próbowałem rozmasować sobie bolące miejsce, ale nie było to zbyt wygodne przy związanych w przegubach rękach. Gdy tylko się poruszyłem, od razu przyskoczyło do mnie i moich towarzyszy kilku z nich z dzidami w dłoniach i groźnymi wyrazami na twarzach.
Nasz przewodnik próbował ich zagadnąć, ale oni go nie słuchali. Rozpaczliwie wołał, żeby dali nam spokój i że ich hojnie obdarujemy. W końcu ich przywódca zaczął spokojnie mówić. Okazało się, że czarownik ich plemienia miał wczoraj wizję, że chcemy stąd zabrać świętego ducha tego miejsca, a nie wolno było tego nikomu robić. Krzyczeli, że bez zgody duchów nie można stąd zabrać nawet jednej, małej gałązki. Wszystko musiało zostać, tak, jak jest. Mówili, że swoim tu przybyciem bardzo rozgniewaliśmy duchy. Nasz przewodnik przetłumaczył nam, że mamy zostać surowo ukarani za to, że zakłócaliśmy spokój tego świętego miejsca, siedliska ich bogów oraz ziemi przodków.
Próbowałem dowiedzieć się przez tłumacza, jaka rzecz lub działanie mogłoby wynagrodzić te ich rzekome krzywdy i zrekompensować nasze wtargnięcie w to miejsce, ale nie odpowiadali. Przekonywałem też, że nic nie zamierzamy stąd zabierać. Ale oni wciąż powtarzali swoje. Wyglądało na to, że nasza sytuacja jest beznadziejna.
- Uff..., mam nadzieję, że im się uda - westchnął X. - W końcu inaczej się nie dowiem, jak dotrzeć do tej krainy - uśmiechnął się, zadowolony, że ma przed sobą jeszcze długą, fascynującą lekturę. - Wreszcie coś innego od tej nudy i sztampy innych, podobnych zapisków - pomyślał. - Tutaj czai się coś niesamowitego, jakaś tajemnica i magia, której wkrótce stanę się udziałem - cieszył się jak dziecko na ulubione smakołyki.
Położył się wygodnie na łóżku i wtedy zadzwonił telefon. Nie znał tego numeru.
- Halo, słucham? - odezwał się.
- Masz coś, co należy do mnie - powiedział ściszony głos.
- Kim pan jest? O co chodzi? - dopytywał.
- Już ty dobrze wiesz... Pewnie teraz masz to w ręku i czytasz, jak to John poszukuje Agarthy... - cedził spokojnie tamten.
X się obruszył.
- Kim pan do cholery jest? - zawołał do słuchawki.
- Masz dwa rozwiązania - powiedział tamten, a X zamienił się w słuch.
- Albo mi to oddasz, albo sam sobie to wezmę. Którą opcję wybierasz? - zakończył sucho.
X rozważał kilka sekund, co ma zrobić, ale w końcu się rozłączył. Wybrał natychmiast numer i zadzwonił do Bena.
- Cześć - słuchaj, sprawdź wszystkie alarmy i podwój od dzisiaj straże. Nikt się nie może nawet zbliżyć do rezydencji. Zrozumiano? - upewniał się.
- Jasne szefie, zrobi się - odpowiedział szybko tamten.
X wyszedł na rozległy taras i rozejrzał się po okolicy. Widział, jak przy bramie dwóch umięśnionych ludzi sprawdza czy wszystko w porządku. Podszedł też do monitora na stole i sprawdzał widoki ze wszystkich kamer na całą posiadłość. Wszystko wydawało się być w porządku. - Może tamten próbował mnie tylko nastraszyć - zastanawiał się. - A może to tylko głupi żart. Kto wie, może to jeden z tych, którzy licytowali ze mną? - zastanawiał się.
Podszedł do szafy i otworzył jej lewe skrzydło. Było tam wiele rodzajów broni. Wybrał krótki, wielostrzałowy pistolet i przeładował go, sprawdzając czy zamek jest sprawny. Działał bez zarzutu.
X wszedł na drugi balkon, z przeciwnej strony budynku i rozejrzał się po okolicy. Kolejni jego pracownicy sprawdzali wszystkie czujniki i kamery. Wszystko wyglądało znakomicie. Jak dotąd nikt się nie dostał nieproszony do jego okazałej rezydencji, choć wielu już próbowało. Ale jak nie zabezpieczenia, to psy szybko ostudzały zapał każdego, który tylko o tym pomyślał.
Był zadowolony, ale stracił już nieco ochotę na dalsze czytanie. Lekko zakłuło go pod sercem. - Ech, znowu ta rana - wyszeptał. - Trzeba będzie wziąć te cholerne pigułki, które mi lekarz ostatnio przepisał.
X sięgnął do szuflady i wyciągnął stamtąd małą, plastikową fiolkę. Otworzył ją i wziął naraz dwie małe tabletki, które pośpiesznie przełknął, popijając wodą. Odetchnął głęboko i postanowił chwilę poleżeć i pogapić się w niebo, na którym widniały piękne, barankowe obłoki przepływające niczym statki po bezkresie oceanu. Po chwili zrobił się senny i oczy zaczęły mu się zamykać. Nawet nie spostrzegł, kiedy zasnął.
Tymczasem tamten obmyślał już swój następny krok. Zadzwonił i wykupił na jutro lot.
Greg był bardzo przejęty przygodami Johna. - Cie choroba - westchnął. - Zupełnie jak czasem u nas na Bronxie. Też się chłopaki tak bawią. - Nalał sobie szklaneczkę i pociągnął sporego łyka, zagłębiając się w lekturze.
Minęło kilka godzin. Szliśmy poprzez gęstą dżunglę, prowadzeni przez naszych oprawców, do ich wioski. Wiedzieliśmy tylko, że o dalszym naszym losie zadecyduje czarownik i duchy, które mają się wypowiedzieć o każdym z nas z osobna.
Byliśmy już dość wyczerpani tą drogą. Mi nawet lekko kręciło się w głowie, bo nic od rana nie piliśmy. Szliśmy pod górę przez gęstwinę, gdy nagle usłyszałem niewielki świst, a po nim kolejny. Nasi wrogowie jeden po drugim padali na ziemię, a inni rzucili się w zarośla. Ktoś strzelał do nich z łuków. Przez chwilę, nie wiedzieliśmy, co się dzieje, jedynie słyszeliśmy odgłosy bitwy. Nagle wszystko ucichło.
Nastawiliśmy trwożliwie uszu, nie wiedząc, co dalej z nami będzie. Nagle dało się słyszeć ciszy szelest pobliskich zarośli. Wlepiliśmy swoje oczy w miejsce, skąd dochodził ten dźwięk. Po chwili naszym oczom ukazała się... małpka szefa tragarzy, który powitał ją z radością. Momentalnie skoczyła mu na ramię i zaczęła się tulić do jego twarzy.
W tym samym czasie z zarośli zaczęła wychodzić grupka Indian. Nasi przewodnicy powitali ich radośnie. Byli to ci, na których czekaliśmy - nasza ochrona. Odetchnęliśmy w końcu z ulgą. Szybko nas rozwiązali i napoili. Część z nich wróciła do wioski, aby jej strzec przed ewentualnym atakiem wrogów. Natomiast reszta zajęła się ukryciem ciał zabitych w gęstym lesie. Gdy to zrobili, rozpoczęliśmy drogę powrotną do naszego obozu. Zadecydowałem, że nie ma na co czekać i choć było już późno, zaczniemy wieczorem wspinaczkę na górę. Nie mieliśmy czasu do stracenia. Poza tym, jak widać, nie byliśmy tu przez wszystkich mile widziani.
- Dzielny chłop - pomyślał Greg. - Mnie tam by się nie chciało ganiać po dżungli, pełnej jadowitych pająków i węży - wzdrygnął się. - No chyba, że za kilka milionów - rozpromienił się na samą myśl o takiej sumie.
Francis sprawdził, czy miał wszystko spakowane. Był gotowy do drogi. Jego czarny neseser, zalśnił w jego dłoni, niczym kopia rycerza szykującego się do boju. W jego środku był jego ulubiony kalendarz, wypełniony notatkami, które niejednego sędziego czy spowiednika przyprawiłyby o zawrót głowy. Ale dla niego był to chleb powszedni. Normalne życie prawnika wielkiej i dobrze znanej w tym mieście i kraju kancelarii, która rozwiązywała problemy ważnych ludzi. Ważnych, czyli mogących uregulować słone rachunki za jego pracę, kontakty i koneksje.
Nie miał z tego powodu jakichś szczególnych wyrzutów sumienia, czy złudzeń. Po prostu taki był ten świat. - Albo takim uczynili go ludzie - dodawał czasem, gdy był w lepszym humorze. Jednak John zaszczepił w nim sporo idealizmu. Przebywanie z nim, zwłaszcza na akcjach charytatywnych, pomogło mu zrozumieć, że życie tylko dla siebie nie ma zbyt wielkiego sensu. Możesz mieć co prawda wiele rzeczy, ale jeżeli brakuje przy tobie kogoś, z kim mógłbyś się nimi cieszyć, wtedy często ich blask szybko blednie, a ilość godzin, które musisz poświęcić, aby je zdobyć, stają się nie warte zachodu.
Tym razem jednak idealizm, a nawet dane przyjacielowi słowo musiały zejść na dalszy plan. Francis był gotowy dowiedzieć się dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło. Chciał ustalić, co to za miejsce i... jak można na tym sporo zarobić. Już widział te okazałe sumy, które wpływają na jego konto. Nie to, że czegoś mu brakowało. Miał wszystko. Ale jak mówią celebryci w Nowym Jorku, jeśli nie masz nic, chcesz cokolwiek, jeśli masz coś, chcesz dużo, a jeśli masz dużo, chcesz wszystkiego. I on właśnie tego chciał. A zwłaszcza interesowały go te przyszłe tantiemy od wynalazków pozyskanych z Agarthy.
Wykonał jeszcze odpowiednie telefony, aby wszystko było gotowe na jego przyjazd. A potem wsiadł do swej limuzyny i ruszył raźno mroźnymi ulicami miasta.
X się przebudził i sięgnął po rękopis. Przetarł senne jeszcze oczy i zaczął czytać.
Szybko pozbieraliśmy swoje rzeczy i zwinęliśmy obóz. Pośpiesznie ruszyliśmy w górę. Pytaliśmy już wcześniej naszych przewodników, czym są "perły Roraimy", ale nie wiedzieli. Najwyraźniej, nikt wcześniej nie posługiwał się tu takim zwrotem. Pokazywali nam dosyć rzadkie minerały, z których robili sobie rytualne naszyjniki, ale to chyba nie było to. Oni znajdowali je u podnóża góry, a jak mówił manuskrypt, można je było znaleźć jedynie na jej szczycie.
Zatem należało się tam wspiąć i na miejscu dopiero rozejrzeć. Nieco martwiło mnie to, że tubylcy nie wiedzą nic o lokalnych perłach, ale kierowany intuicją i wieloletnim doświadczeniem, wiedziałem, że czasem pod latarnią jest najciemniej i ci, co mają coś bezpośrednio przed oczami, najmniej to widzą.
Tak było już wielokrotnie podczas moich wypraw, więc może i tym razem się nam poszczęści. Byłem dobrej myśli, choć droga pod strome wzgórze nie napawała optymizmem, ani nadzieją szybkiego dotarcia na szczyt.
Mimo trudu, jaki mieliśmy przed sobą, potrafiłem się cieszyć wszystkimi oznakami piękna, które mijaliśmy. Podziwialiśmy barwne, kolorowe kwiaty rosnące często wprost z pni drzew. Zachwycałem się też wielobarwnymi ptakami, które co rusz nam się ukazywały. Można powiedzieć nawet, że był to swoisty ptasi raj. Co trochę jakieś papugi, żółtawe kacyki albo obdarzone koroną na głowie hoacyny przelatywały nam nad głowami. Raz nawet posłyszeliśmy swojskie stukanie dzięcioła. Ale prawdziwą rozkosz wzbudzały kolibry, które zlatywały do wypełnionych nektarami kielichów kwiatów i niczym zawieszone w powietrzu bezgłośne elfy, raczyły się swoim wybornym posiłkiem. Ich zwinność, lekkość i piękno było godne zachwytu i podziwu. Porobiłem nawet kilka zdjęć, ale ponieważ czas naglił, tym razem nie skupiałem się aż tak bardzo na pięknie przyrody i innych zaletach tego obszaru.
Niemniej jednak, z każdym krokiem coraz bardziej byłem zauroczony pięknem i dzikością tego miejsca. Czuć było, że tętni ono życiem, jakby jakieś niewidzialne serce pulsowało gdzieś w pobliżu. Może nawet było umiejscowione na szczycie owej świętej góry. Tym bardziej byłem podekscytowany i pośpieszałem swoich utrudzonych towarzyszy. Na szczęście nasz przewodnik miał czujne ucho i rozwinięty zmysł intuicji. On też studził moje zapędy i nakazywał, aby iść jego tempem, człowieka, który wie, jak postępować z duchami tych gór i jak je oswajać.
Niedługo zresztą mieliśmy spotkać jednego z nich. Do dzisiaj jeszcze czuję drżenie serca, gdy o tym pomyślę. A przecież niejedno już w swoim życiu widziałem i przeżyłem. Szliśmy, jak gdyby nigdy nic, gdy nagle nasz przewodnik przykucnął i pokazał nam szybkimi gestami, abyśmy i my uklękli.
Przypadłem do ziemi i rozejrzałem się uważnie. - Czyżby znowu wrogo nastawieni do nas tubylcy mieli nas zaatakować? - zastanawiałem się gorączkowo. Ale prowadzący nas Akawaio wskazał mi w milczeniu na ziemię. Dopiero po chwili zauważyłem tam ledwo widoczne wgłębienie. Pokiwałem głową, że wiem, o co chodzi.
Indianin wskazał mi jeszcze raz na to zagłębienie w ziemi, a potem rozdziawił swe usta, pokazując swe okazałe, śnieżnobiałe zęby. Gdy zastanawiałem się, o co mu chodzi, pokazał na zarośla i zrobił gest ręką, jakby coś się przez nie przekradało. Wskazał mi jeszcze wzrokiem na moją broń, którą natychmiast, delikatnie i najciszej, jak umiałem, odbezpieczyłem.
Rozglądałem się uważnie dookoła. Nie muszę chyba dodawać, że cała nasza gromada była tak cicho, że z pewnością dało się słyszeć bicie naszych serc. Indianin mocniej ścisnął w swym ręku dzidę i leciutko się podniósł, aby się rozejrzeć. Ale to wystarczyło. Nagle zza krzaka skoczył w naszym kierunku potężny jaguar. Przewodnik natychmiast się wyprostował i zamachnął się na niego dzidą.
Ale wtedy zwierzę zatrzymało się w pół ruchu, widząc i czując całą naszą gromadę. Wpatrywałem się uważnie w jego duże, miodowe oczy. Zastanawiałem się, czy wystrzelić, ale równocześnie zdałem sobie sprawę, że nie ma co zdradzać naszego położenia. W tym momencie posłyszałem lekki świst, który natychmiast się powtórzył. Dwie strzały wylądowały tuż obok łap okazałego kota. To wystrzelili klęczący za mną Indianie. Jaguar natychmiast uskoczył w bok, ryknął rozdrażniony i okazałym susem zniknął w zaroślach. Poruszał się bezgłośnie, niczym duch tych gór. On był tu przecież panem tych ziem. To był jego dom.
Dopiero wtedy odetchnąłem. Wstałem i poklepałem po ramieniu przewodnika. Wiedziałem, że jaguar jest ich świętym zwierzęciem, ale również zdawałem sobie sprawę, że gdyby nie jego czujność i nadzwyczajna spostrzegawczość, to niechybnie weszlibyśmy wprost na tego kota, przydeptując mu najpewniej ogon, albo łapy. A wtedy ktoś z nas na pewno by ucierpiał, a może i nawet jego życie byłoby zagrożone.
Na szczęście tak się nie stało.
Jeszcze przez chwilę badałem dokładnie ten trop, który nas uratował. Przyglądałem się niewielkim zagłębieniom, aby później móc łatwiej takie rozpoznawać.
Ruszyliśmy dalej.
Marco chodził znowu po pokoju. Od lat pomagało mu to w podejmowaniu ważnych decyzji. Robert ustalił dwie prawdopodobne osoby, które mogły być obecnie właścicielami rękopisu. Obaj bardzo zamożni, wpływowi i interesujący się takimi zagadnieniami.
Marco był w kropce. Jeden z nich był jego dobrym znajomym z dawnych lat. Łączyły ich wspólne ekspedycje w góry i... - na wspomnienie tamtych chwil aż przełknął ślinę. Ale teraz sentymenty nie mogły się liczyć - kręcił przecząco głową do swoich własnych myśli. Tym razem wiedział, że musi uporać się z tą sprawą. - Muszę w końcu ukręcić łeb tej hydrze, tej idei, która może pomieszać ludziom w głowach, a może nawet wywołać jakąś kolejną aferę, a już nie daj Boże - aż się przeżegnał - jakąś rewolucję - zasmucił się głęboko. - Tyle lat dzierżyliśmy niepodzielnie władzę. Tyle lat - powtarzał jak w transie. - Nie, tego nie można tak zaprzepaścić. To musi przetrwać... Na rany Chrystusa... musi - szeptał.
W końcu stanął i poszedł w róg pokoju, gdzie stał jego prywatny klęcznik. Upadł na niego ciężko, złożył ręce i zatopił się w głębokiej modlitwie.
Greg przełknął kęs swojej kanapki i wziął się za przegląd prasy. Wiedział, że za wiele mądrych informacji tam nie znajdzie, ale jeszcze pozostał mu ten nawyk z czasów, gdy dziennikarze byli uczciwi, a media niezależne, albo bardziej ludzkie, jak to sobie czasem tłumaczył. Rozumiał przecież coraz bardziej, że każdy wpływowy człowiek, mający do dyspozycji ogromne majątki, firmy i koneksje, mógł zrobić dokładnie to, co chciał. Wprowadzić takie prawa, które pomogą mu się bogacić, nawet, jeżeli dotąd to było nielegalne. - Uśmiechnął się pod wąsem. - Ech - przy nich, to ja jestem wzorem cnót obywatelskich i dobroci - uśmiechnął się. Lubił się pocieszać właśnie w ten sposób. Dzięki temu czuł, że matactwa i ciemne interesy, którymi się zajmował, są odrobinę bardziej rozświetlone światłem, a jego ręce chociaż odrobinę czystsze. - Pozytywne myślenie przede wszystkim - mówił sobie czasem i dobrze mu z tym było.
Po posiłku wytarł starannie ręce serwetką i z namaszczeniem sięgnął po złotą księgę, jak ją od niedawna nazywał. Ten ręcznie spisany dokument jakoś dobrze na niego działał. Przypominał mu coś, co już kiedyś czuł. Wydawało mu się też, jakby ukazywał się przed nim obraz człowieka, którego już kiedyś widział. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, skąd to się wzięło i o kogo chodzi.
Mijał już piąty dzień naszej wspinaczki, a przed nami była jeszcze połowa dnia drogi.
Po spotkaniu z jaguarem byliśmy jeszcze bardziej czujni, gdyż jak powiedział mi przewodnik, tutaj mogliśmy spotkać również groźne pumy, które niekiedy w ogóle nie bały się ludzi. My jednak szliśmy ostrożnie zwartą gromadą, uzbrojeni po zęby.
Byliśmy wypoczęci, po noclegu w rozległej jaskini, do której zaprowadzili nas Indianie. Było tam zacisznie i spokojnie. Poza tym, że nietoperze czasem bezgłośnie przelatywały nad naszymi głowami, mogliśmy się rozkoszować prawdziwym wypoczynkiem. Świeża, górska woda również dodawała nam sił.
Udało mi się skontaktować przez telefon satelitarny z resztą naszej grupy, która nadal pracowała nad przetłumaczeniem tekstu mówiącego o wejściu do Agarthy. Okazało się, że zdobycie pereł Roraimy pobłogosławionych iskrą Boga, które należało nałożyć na klucz Agarthy, to jeszcze nie wszystko. Tłumacz odczytał, że należało to zrobić w obecności strażnika, który miał wskazać dalszą drogę do tej świętej krainy.
Nadal niewiele wiedzieliśmy - ani czym są te perły, ani co to takiego iskra Boga. Zachodziłem też w głowę, gdzie mógł się kryć taki strażnik. Być może chodziło o jakiegoś strażnika góry. Może właśnie tej, na którą się wspinaliśmy.
Przez całą marszrutę nasz przewodnik, który dobrze znał legendy tego miejsca, opowiadał mi wszystko, co o nim wiedział. Ponieważ już na samym początku ustaliłem, że nie wie, czym jest to, czego szukamy, zatem pozostało mi jedynie słuchać i próbować wydobyć z tych barwnych opowieści jakąś wskazówkę, która nas dalej zaprowadzi do upragnionego celu.
Niestety, mimo poznania skomplikowanej mitologii Indian, w której co nieco orientował się Chris, nie udało mi się znaleźć czegoś istotnego dla nas. Zacząłem nawet podejrzewać, że przewodnik nas okłamuje, albo próbuje ukryć przed nami prawdę. Ale przecież trzy lata temu pomogłem mu odzyskać ich święty posążek i amulet, który miał strzec nie tylko ich wioski, ale także całego plemienia, bez względu na to, gdzie byli jego członkowie. Nie sądzę więc, żeby on czy inni idący z nami nas okłamywali. Z pewnością też, gdyby nie tamta pomoc, już dawno zostawiliby nas na pastwę losu i tamtego plemienia, które zazdrośnie strzegło wierzchołka tej świętej góry.
- Czyżby zatem - zastanawiałem się - to tutaj miał się kryć owiany tajemnicą strażnik? O nim również nic nie wiedział nasz przewodnik. Może zatem chodziło o jakiegoś ducha, który strzegł tego miejsca? - rozważałem, idąc przez chaszcze wciąż w górę. W końcu według indiańskich wierzeń duchy często strzegą jakiegoś miejsca czy skarbu.
Aż wreszcie ukazała się nam mała polana. Za nią druga i... odetchnąłem z ulgą. Byliśmy na miejscu. Dotarliśmy wreszcie na sam szczyt. Był to rozległy płaskowyż usiany mnóstwem mniejszych i większych skał uformowanych w fantazyjne wzory. Ściana krzewów i drzew była w oddali. Tutaj, gdzie staliśmy, byliśmy wystawieni tylko na wiatr i słońce. Jakże to był piękny widok. Chwilę podziwiałem urok tego miejsca, ale pora było wrócić do rzeczywistości i tego, po co tu przybyliśmy.
Rzuciliśmy swe bagaże i zarządziłem dłuższy postój. W końcu i tak nie wiedzieliśmy ani czego szukamy, ani gdzie to mogłoby być. Napawaliśmy się zatem niesamowitym spokojem i ciszą tego miejsca. Powoli przygotowaliśmy posiłek i szykowaliśmy się do noclegu. Tym razem rozłożyliśmy namioty. Chciałem się dobrze wyspać, aby rano rozpocząć poszukiwania. W końcu nie chciałem spędzić tu całego swojego życia. Jak dotąd szczęście zawsze mi towarzyszyło. - Może to mój amulet - śmiałem się czasami z tego małego zielonego kamyka, który ofiarował mi pewien szaman i mistyk z Cejlonu. Mówił, że sztuki wytwarzania talizmanów ochronnych uczył się u swego mistrza w Indiach.
Ponieważ w swojej społeczności cieszył się powszechnym szacunkiem i tym, że wszyscy wierzyli w każde jego słowo, zwłaszcza, gdy duchy podpowiadały mu, jak leczyć najgorsze choroby, z którymi lekarze nie dawali sobie rady, postanowiłem przyjąć ten prezent i mu zaufać. Poza tym miał bardzo dobre oczy, a to było dla mnie najważniejsze. Już nie raz się o tym przekonałem, że w oczach odbija się całe serce, dusza i charakter człowieka.
Gdy dawał mi ten kamyk, wspomniał, że szczyt świętej góry odmieni kiedyś moje życie, ale nie tak bardzo, jak kobieta spoza mojego świata, z którą połączy mnie prawdziwa miłość.
Zdziwiło mnie to wtedy niezmiernie, ale nic więcej nie chciał czy też nie mógł mi powiedzieć. Lubiłem czasem wspominać tę przepowiednię. Ale ileż to szczytów już odwiedziłem od tamtej chwili. Oczywiście - każdy z nich jakoś mnie zmieniał i kształtował, ale wciąż nie czułem, że to było to coś, o czym mówił. Wiedziałem też, że moje serce powie mi o tym, gdy to się wydarzy.
Zresztą - co tam góra. Nadzieja spotkania swej prawdziwej miłości coraz bardziej mnie korciła i rozpalała moje zmysły. Bo któż nie chciałby spotkać cudownej kobiety, partnerki, z którą rozumie się w pół zdania i której serce bije w jednym rytmie razem z twoim? I takiej, której marzenia i plany splatają się zgodnie z twoimi. Takiej, której pragnie serce i która rozpala twoje zmysły samą swoją obecnością.
Tego było mi trzeba. Ech, te odwieczne marzenia o spełnionej miłości i połówce jednego jabłka - uśmiechałem się na tę myśl, gdy układałem się już do snu. Zresztą - może ten szaman chciał mi tylko taką przepowiednią dodać odwagi, widząc moje umęczone tą kwestią serce? W końcu tyle lat prowadziłem biznes i zawsze świetnie mi się powodziło. Wiele lat poświęciłem również na poszukiwanie skarbów i na tym polu też miałem wiele sukcesów. Ale coś z kobietami mi się dotychczas jakoś nie wiodło. Nie to, że ich nie miałem. Może nawet było ich już za wiele. W końcu lgną one do postawnego mężczyzny, zwłaszcza, jeżeli jest znany i bogaty.
Z żadną jednak los nie połączył mnie na stałe. Owszem - były dłuższe lub krótsze miłostki, ale tej prawdziwej miłości jeszcze nie przeżyłem. Nie licząc tej, która zawładnęła mym sercem tuż po ukończeniu studiów. Myślałem, że to coś na całe życie. Ale... okazało się inaczej.
Greg otarł łzę, która niespodziewanie pociekła mu z oka. Nie spodziewał się tego. Ale zawsze, ilekroć czytał o niespełnionej miłości, oczy mu wilgotniały. Trzymał oczywiście fason przed chłopakami, ale nawet Steven kiedyś widział go, jak się rozkleił w rocznicę jej śmierci. Greg westchnął głęboko i spojrzał na fotografię swej ukochanej Lulu, która odeszła tak pośpiesznie z tego świata. Nie zdążył się nią nawet porządnie nacieszyć. Ta miłość rozpaliła się tak szybko i równie szybko zgasła. - Życie - westchnął cicho, gładząc jej twarz na zdjęciu.
Ta noc jednak nie miała należeć do spokojnych. Gdzieś po dwóch godzinach zerwał się potworny wiatr. Szarpało naszymi namiotami tak, że prawie odfrunęliśmy. Ponieważ nikt już nie spał, obudzony wiatrem, więc pośpiesznie zebraliśmy nasze rzeczy. Musieliśmy znaleźć i to szybko jakąś dolinę lub jaskinię, w której moglibyśmy bezpiecznie doczekać do rana.
Nasz przewodnik mówił, że zna takie miejsce. Ruszyliśmy zatem za nim, smagani prawdziwym orkanem.
Gdzieś po dwudziestu minutach zmagania się z żywiołem, dotarliśmy wreszcie do okazałego wgłębienia w skale. Zmieściliśmy się w nim wszyscy. Był to rodzaj naturalnego dachu, skalnego namiotu, który chronił nas z trzech stron. To tutaj wiele lokalnych plemion składało swe ofiary i zanosiło modły do duchów góry.
Nagle dało się zauważyć światło, które rozbłysło na niebie. To była potężna błyskawica, która swymi korzeniami objęła całe niebo. Chwilę potem usłyszeliśmy potężny grzmot, który rozwibrował powietrze. Zaledwie po kilku sekundach ukazał się na niebie drugi rozbłysk. Tak, szykowała się prawdziwa burza. A my byliśmy prawie na litej skale, skazani na żywioł i... duchy tej krainy.
Francis leciał wygodnie, rozkładając się na swoim miejscu dla VIPów. Od lat latał tą linią i zawsze mógł liczyć na najlepszą obsługę. Zanim wsiadł, wykonał serię telefonów do zaufanych ludzi. Jego pieniądze sprawiały, że działali pośpiesznie. Zatem teraz, całkowicie spokojny, relaksował się i przeglądał prasę. Zaniepokoiła go tylko pewna myśl, w zasadzie sugestia dotycząca tego, z czyich rąk księga dostała się do pośrednika za granicą, a potem rzecz jasna i do nowego właściciela. - Jeżeli to prawda - zazgrzytał zębami, słysząc sprawozdanie tamtego przez telefon - to już on mnie popamięta - powiedział i się rozłączył.
Rozejrzał się po wnętrzu samolotu. Lubił czasem przyglądać się ludziom. Potrafił z ich zachowania, mimiki i gestów zgadywać ich zawód, zainteresowania, a nawet to, czy są wierni swoim małżonkom. To było takie jego hobby, które przydawało mu się już wielokrotnie w jego późniejszej pracy. Musiał pośród setek danych różnych raportów finansowych określić opłacalność inwestycji swoich klientów w różne akcje, aktywa i firmy.
Czasami ta jego umiejętność trafnej i trzeźwej oceny sytuacji w ciągu kilku sekund, ratowała mu i wielu ludziom skórę, a już na pewno wielomilionowe zyski lub straty. Z tego był właśnie znany nie tylko w kraju. Inwestorzy zagraniczni bardzo często to jemu właśnie powierzali swoje inwestycje i u niego zasięgali opinii, co do rentowności jakiegoś przedsięwzięcia.
Lubił to swoje zajęcie. Wiedział co prawda, że większość operacji, którymi się zajmował to były tylko czyste spekulacje, nie mające pokrycia w rzeczywistej wartości towarów, usług czy firm, ale czy właśnie nie na tym polegał geniusz, albo spryt współczesnych biznesmenów, że potrafili sprzedawać kartki papieru z ważnymi podpisami za setki milionów dolarów?
Czasem tylko, w przypływie jakiejś refleksji, albo zbyt długiego pobytu u Johna, który był wyczulony na te sprawy, zastanawiał się głębiej, czy aby na pewno tak miał wyglądać ten świat i czy on uszczęśliwiał ludzi. Nie inwestorów, nie właścicieli akcji, ale ludzi - tych, którzy na nich pracowali. Machał jednak na to szybko ręką. - W końcu, jeżeli już powstały takie możliwości, to warto być na górze tej piramidy - uśmiechał się wtedy smutno do siebie. - W końcu serce prawnika jest jak lokomotywa. Leci do przodu i gwiżdże na wszystko z racji swej masy i uprzywilejowanej pozycji.
Francis zauważył pewną dość młodą kobietę, która wydała mu się znajoma. Może dlatego, że miała rude włosy. Od dawna miał słabość do takich. Niektórzy mówili mu, żeby się ich wystrzegał, bo rude to fałszywe, ale kwitował to wtedy śmiechem, mówiąc, że przecież ciągnie swój do swego.
I ona czasem zerkała na niego. Poprawił się więc nieco, aby wydać się jeszcze bardziej atrakcyjnym i spoglądał czasem od niechcenia na nią, kątem swego przebiegłego oka.
Była młoda, zgrabna i bystra. Oczytana i zawzięta. To wyczuł od razu. Wydało mu się również, jakby go lekko kokietowała, nawijając nieznacznie na swój palec pukiel swoich włosów. A gdy już je lekko przygryzła zębami, mimowolnie westchnął. Wiedział, że ten lot będzie owocny i pełen przyjemności. Delikatnie się do niej uśmiechnął, gdy po pewnym czasie spojrzała przelotnie na niego. A potem ucieszony zamknął oczy i postanowił się zdrzemnąć. Przed nim była jeszcze długa droga.
Chwycił ją za rękę i poszli razem przez łany zbóż. Ona uśmiechała się do niego, jakby widziała wielki skarb. A potem usłyszał głośny zgrzyt, jakby pisk hamulców i mocno nim zatrzęsło.
Otworzył oczy i rozejrzał się nieprzytomnym jeszcze wzrokiem dookoła.
- Proszę zająć miejsca i zapiąć pasy - usłyszał zaspany. - Wpadliśmy w niewielką turbulencję - stewardesa mówiła spokojnie brzmiącym głosem, ale on od razu wyczuł w nim wahanie. Westchnął więc i sprawdził czy ma dobrze zapięte pasy. W samolotach, a latał już tysiące razy, zawsze, jeśli mógł, od razu je zapinał i poza krótkimi wizytami w toalecie, pozostawał przypięty do fotela. Czuł się z tym o wiele bezpieczniej. Przynajmniej do momentu wylądowania.
Rudowłosa kobieta również miała cień strachu wymalowany na swej twarzy, ale dzielnie nadrabiała to opanowaniem.
Jeszcze raz zerknęli na siebie i teraz był już prawie pewien, że gdzieś już ją widział. Tak, te oczy już kiedyś spoglądały na niego. - Tylko gdzie i kiedy? - zachodził w głowę. Ale jego rozmyślania przerwały kolejne turbulencje. Samolot trząsł się jak galaretka. Francis uchwycił mocniej poręcz fotela i głęboko oddychał. Przelatywali przez gęste chmury i zbierało się na porządną burzę. Najczarniejszy obłok był tuż przed nimi. Właśnie w niego wlatywali.
Do pokoju wtargnął nagły podmuch świeżego i chłodnego powietrza. X odłożył księgę. Otwarte drzwi na balkon uderzyły o futrynę. Firanka falowała na wietrze, niczym suknia panny młodej szykującej się do pierwszego tańca. X wstał i wyszedł na balkon. Ściemniało się, choć jeszcze był dzień. Spojrzał w lewo. - No tak - westchnął. - Znowu zbiera się na deszcz. W tym roku pada częściej, niż przedtem. - Zamknął drzwi i włączył komputer. Chciał sprawdzić prognozę pogody na najbliższy czas.
Na jego ulubionej stronie z serwisem prognozy pogody była jak byk zapowiedź dwudniowej ulewy. - Co jest grane? - pomyślał poirytowany. - Przecież nie odłożę wyprawy z powodu jakiegoś przelotnego deszczyku - zakpił, rzucając żywiołowi wyzwanie.
I wtedy właśnie ujrzał oślepiający błysk, a niedługo potem rozległ się głęboki, długi i ponury odgłos grzmotu, od którego zatrząsł się cały budynek. Najwyraźniej nie doceniał siły natury. Olbrzymia burza właśnie nadciągała prosto nad jego dom, spowijając go ciemnością groźnych chmur.
Marco patrzył na tłum ludzi, którzy nagle rozkwitali niczym kwiaty. Oto właśnie zaczęło padać i na placu św. Piotra wyrastały pośpiesznie, jak grzyby, różnobarwne kapelusze parasoli. Jedne miały jaskrawe barwy, niczym płatki storczyków lub pióra kolibrów, inne zaś były stonowane i zachowawcze, a nawet szare, jak mundurek szkolny przyszłego urzędnika lub habity sióstr zakonnych, które poszukiwały tu źródeł swoich inspiracji.
Cieszył go ten spektakl. Lubił patrzeć na te poruszające się w pośpiechu tłumy, które niczym strumienie płynęły tutaj od stuleci. Wiedział, że jest we właściwym miejscu. - To tutaj jest wiedza i najwyższa władza tego świata - cieszył się. - I tak ma pozostać - zacisnął odruchowo pięść.
Ludzie natomiast umykali pośpiesznie przed strugami deszczu, chroniąc się w zacisznych kafejkach, barach i restauracjach. Potężne chmury, które zawisły nad miastem nie wróżyły zbyt szybkiego przejaśnienia. Ale na Marco nie robiło to żadnego wrażenia.
- Niejedną już burzę przetrwał kościół - cieszył się. - Jesteśmy gotowi odeprzeć każdy atak lub chociażby cień podejrzeń, że... - te słowa uwięzły mu w gardle i nie był ich w stanie z siebie wykrztusić - nawet w myślach. Bał się tego, co może po nich nastąpić.
Jego zadumę przerwał potężny grzmot, który rozległ się po całej okolicy. Marco zamknął okno i usadowił się na kanapie. Patrząc przez szybę, zalewaną strumieniami wody, próbował wysnuć z nich boskie plany i najbliższą przyszłość. Wzdrygał się nieco, ilekroć widział błyskawice, które poprzedzały dudniące po nich odgłosy piorunów.
- Dzięki Bogu, jesteśmy tu bezpieczni... - pomyślał, przekładając z przyzwyczajenia paciorki różańca w prawej dłoni. Robił to chciwie i pośpiesznie, ale tak naprawdę cały czas chciałby już tymi palcami, które teraz przekładały te okazałe paciorki z drzewa różanego, uchwycić wreszcie tę przeklętą księgę, który napsuła mu już tyle krwi. Jego twarz była napięta, a szczęki zaciśnięte.
Zastanawiał się, czy przeczekać teraz nieco ulewę, czy pójść do swego apartamentu na noc. Wystarczyło przejść przez wewnętrzny podwórzec. Teraz nie było co prawda pośpiechu, ale zauważył, że po raz kolejny burza i ulewa stają na drodze jego życia, niczym jakaś ściana, która odgradzała go od upragnionego celu. Wahał się jeszcze przez chwilę, czy ma wyruszyć pod parasolem - jak inni, podziwiani przed chwilą przez niego przechodnie, czy też przeczekać tutaj spokojnie przynajmniej pierwsze uderzenie burzy.
Rozbłyski kolejnych piorunów elektryzowały go i hipnotyzowały, niczym zaklinacz węża. Wpatrzony w nie, nie potrafił wykonać żadnego ruchu. A tymczasem wiatr i deszcz wzmagały się, szamocąc ludźmi i ich parasolkami. Strugi wody dobijały się do szyb, chcąc wtargnąć do wnętrza pomieszczenia. Marco zastygł wpatrzony w okno.
Greg wstał i zamknął okno. Jakoś tak chłodno mu się zrobiło. Zauważył też, że nad miastem zbierały się chmury. Patrzył na rozświetlone ulice i reklamy, które górowały nad budynkami, niczym święte relikwie, do których ludzie modlili się o lepszą przyszłość. Wpatrzony w dal dopiero po chwili zorientował się, że już zaczęło kropić. Zaciągnął zasłony i z lubością położył się na kanapie. Z radością zatopił się w lekturze.
Na szczęście wnęka w skale okazała się na tyle duża, że nie padało nam na głowę. Patrzyliśmy jak urzeczeni na okazałe strugi wody, które lały się tuż przed nami i spływały z nawisu skalnego, który nas chronił. Był to istny koncert na rozbłyski i grzmoty, które odbijały się jeszcze echem od skał góry.
Podziwiałem te strumienie ładunku elektrycznego, które w formie świetlistych iskier przeskakiwały z nieba na ziemię. Grzmoty i pioruny, niczym dobrzy znajomi szli ramię w ramię i żaden z nich długo nie chciał ustąpić drugiemu pierwszeństwa.
Czasami było tak jasno, jak w dzień. Woda lała się jak z cebra. Była to typowa burza zwrotnikowa. Szybka i gwałtowna, niczym konie śpieszące do mety i kobiety wypatrujące swego ukochanego, gotowe w każdej chwili pochwycić go w swe objęcia.
My trwaliśmy wtuleni w skałę i oczekując na rychłe zakończenie tej nawałnicy. Wiał silny wiatr, więc była szansa na szybkie przemieszczenie się chmur. Okryci w ciepłe i nieprzemakalne rzeczy, trwaliśmy w milczeniu.
Gdzieś po około godzinie, burza zaczęła słabnąć. Ja przez cały ten czas, poza zachwytem nad iluminacją Roraimy, zastanawiałem się nad słowami z księgi udostępnionej nam w klasztorze. "Jeśli chcesz wkroczyć w tę świętą krainę, musisz nanizać garść pereł Roraimy, pobłogosławionych iskrą Boga, na klucz Agarthy". - Trudna sprawa - pomyślałem. Na razie nawet nie wiedzieliśmy, ani czym są perły Roraimy, ani tym bardziej czym jest iskra Boga, nie mówiąc już o tym, co to takiego klucz Agarthy.
Nagle - podczas kolejnej błyskawicy poczułem, jak szczęka opada mi w dół. Czułem się, jakby coś mnie nagle olśniło. Zobaczyłem w rogu skały pajęczynę, a na niej... lśniły krople deszczu złapane w jej sidła. Spoglądając na wodę, która ściekała kroplami z prawej strony nawisu skalnego, który był naszym dachem, począłem rozpaczliwie poszukiwać termosu. Wreszcie go znalazłem, szybkim ruchem odkręciłem i wylałem całą jego zawartość. Wszyscy patrzyli na mnie, jak gorączkowo się z tym uwijam. Zwłaszcza moi trzej towarzysze nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi.
Ja tymczasem wyskoczyłem jednym susem w otchłań deszczu i uniosłem do góry termos. Rozległ się błysk i kolejny grzmot przeciął powietrze, niczym bicz. Z podniesioną do góry twarzą, omywaną teraz przez obfite strumienie wody i wzniesioną do góry prawą ręką łapałem teraz nasz największy skarb. Okazałe, okrągłe krople deszczu, które rozświetlone błyskawicami wyglądały niczym perły, stukały teraz o wnętrze termosu, napełniając mnie nadzieją. Zrozumiałem, że każdy piorun, niczym wielka iskra od Boga, energetyzował tę wodę.
Chris zrozumiał mnie bez słowa. Znalazł słoik, do którego zamierzał zebrać jakieś ciekawsze okazy rzadkich owadów i wyskoczył z nim na zewnątrz. Zaczął się śmiać, a krople deszczu wskakiwały mu do słoika z głośnymi pluśnięciami.
Po chwili mieliśmy już pełne nasze zbiorniki. Chris zakręcił słój i jak urzeczony parzył na zebraną wodę. Ja również zamknąłem swój termos.
- Patrz! - krzyknął nagle podekscytowany. - Ta woda świeci!
Spojrzałem na wodę w jego słoiku. To, co ujrzałem, wstrząsnęło mną, jakbym miał dreszcze. Ta woda fluoryzowała! Wokół słoika widać było wyraźnie, jak migotały delikatne niczym piórka nitki kolorowych - purpurowych i złotych ogników energii.
- Tak Chris - powiedziałem z namaszczeniem. - Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mamy perły Roraimy pobłogosławione iskrą Boga.
Nasi przewodnicy i tragarze również wpatrywali się jak urzeczeni w słoik i różowo-fioletową mgiełkę wokół niego. - Ta woda żyje - powtarzali i rzucili się na zewnątrz, aby zaczerpnąć wody z utworzonych niedawno kałuż w zagłębieniach skał. Po chwili wszyscy byliśmy nasyceni smakowitą wodą, która z miejsca dodała nam sił.
Nie było najmniejszych wątpliwości. Ta deszczówka działała o wiele lepiej, niż kawa, czekolada czy jakiekolwiek inne używki czy dopalacze. To był prawdziwy akumulator energii. Mieliśmy ochotę tańczyć i śpiewać. Energia w nas wzbierała. Indianie zaczęli klaskać i nucili pieśń ku czci bogów. Dziękowali im za dar życia i błogosławieństwo. Tańczyliśmy wraz z nimi. Czuliśmy się wszyscy braćmi. I choć nie znaliśmy znaczenia wszystkich słów, które wyśpiewywali, dołączyliśmy do nich i powtarzaliśmy wraz z nimi wyrazy na tyle, na ile potrafiliśmy. Dziękowaliśmy pieśnią za tę chwilę, wspólną radość i to piękne doświadczenie. Czuliśmy, jak nasze serca się łączą, a wszelkie różnice wynikające z dzielących nas kultur, kruszą się i nie mają już znaczenia. Byliśmy dziećmi tej samej Matki Natury, która ochrania swoje dzieci, karmi je i hojnie obdarowuje wszelkimi dobrami. Czuliśmy radość i uniesienie. To był moment ekscytacji i szczęścia, który oczyścił nas całkowicie i dał siłę, jakiej nigdy jeszcze w sobie nie czułem...
Szliśmy nieprzerwanie przez kolejne dwa dni. Wracaliśmy, niesieni, jak na skrzydłach. Ta woda naprawdę zdziałała cuda. Nie chciało nam się jeść, spać, ani pić. Nieśliśmy nasze skarby ostrożnie owinięte w ręczniki. Kilkakrotnie sprawdzaliśmy, czy woda nadal świeci tą swoją delikatną poświatą. I za każdym razem byliśmy zdumieni, widząc migoczącą, złotą obwódkę wokół słoika. Ta woda żyła, miała w sobie energię, która dodawała sił, a może nawet i leczyła dolegliwości. To był nasz klucz do nowej epoki. Czułem, jak z każdym krokiem przybliżamy się do rozwikłania być może największej tajemnicy świata.
Żałowaliśmy tylko, że nie mieliśmy przy sobie więcej pojemników na wodę. Ale podczas marszruty wpadł mi do głowy świetny pomysł, który postanowiłem sprawdzić na miejscu. Miałem nadzieję, że zadziała.
Już na trzeci dzień byliśmy przy samolocie. Dotarliśmy dość szybko, jak na te warunki. Byliśmy teraz pełni nadziei i wiary w powodzenie naszych poszukiwań Agarthy. Wreszcie też mogliśmy solidnie odpocząć.
W międzyczasie sprawdziłem w internecie, że ponoć na Roraimie od wielu lat był zamknięty obieg wody, a to oznaczało, że od setek a może i tysięcy lat ta sama woda padała na tę górę, zasilała jej strumienie i pobliskie rzeki, a potem odparowywała z nich lub roślin, które ją wchłonęły. I tak w kółko. Może dlatego była taka niezwykła i miała takie właściwości.
Wkrótce mieliśmy być z powrotem w Himalajach.
Francis wodził oczami po pokładzie samolotu. Zaschło mu w gardle i próbował uspokoić swój oddech. Powoli zbierał myśli. Tych kilkanaście ostatnich minut było najdłuższymi i najcięższymi w jego życiu. Burza rzucała samolotem, jakby był piórkiem. Miotało nim na prawo i lewo. Raz już myślał, że tego nie przeżyją, gdy samolot zaczął gwałtownie spadać w dół jakieś kilkaset metrów. Na pokładzie dało się wtedy słyszeć przeraźliwe krzyki strachu.
Najgłośniej krzyczała "Ruda", jak ją szybko nazwał. Wpiła się paznokciami w oparcie fotela i zaczęła się modlić, choć nie robiła tego od wielu lat. - Po co ja się w to wpakowałam - gorączkowe myśli przelatywały jej przez głowę. - To wszystko przez... - nie dokończyła, bo kolejny wstrząs targnął kadłubem. Spojrzeli na siebie i w oka mgnieniu zrozumiał, że jeśli przeżyją ten lot, zrobi dla niego wszystko.
X ustalał szczegóły ze swoim sekretarzem. Zbierali doborową ekipę do zadań specjalnych, gotową o każdej porze wyruszyć tam, gdzie im powie. Cieszyło go to. Upajał się tym, że pieniądze dają taką władzę i kierują losami ludzi zgodnie z życzeniem tego, który im płacił.
- Wkrótce dorównam tym, którzy rządzą teraz światem - zachwycał się. - Kiedy odnajdę to miejsce, będę miał w ręku niewyobrażalną potęgę, z którą będą musieli się liczyć - emocjonował się i chodził po pokoju, niczym główny bohater filmu "Dyktator". Trzymał lekko w swym ręku osławioną księgę, niczym Charlie Chaplin balon w kształcie ziemi, który następnie podbijał w górę swoją ręką i nogą.
- Wkrótce wszyscy, cała ziemia padnie mi do stóp - chichotał pełen dumy. - Wreszcie będę panem tego miejsca. Królem, który przyniesie tu zbawienie.
X nastawił swoją ulubioną muzykę i kołysząc się lekko, odtańczył swój osobisty taniec zwycięstwa. Tupot jego stóp roznosił się echem po całym piętrze. Jego ludzie czuli, że szykowało się coś wielkiego. Każdy z nich musiał podpisać specjalną umowę w trzech egzemplarzach, mówiącą o tym, że odtąd nie mogą puścić nawet pary z ust na temat miejsca, do którego niedługo wyruszą. Sekretarz zasugerował im, aby w razie czego zostawili jakieś nagrania, lub listy pożegnalne dla najbliższych. Tylko jeden z nich się zawahał i odmówił udziału w tej wyprawie. Sekretarz zastanawiał się, co z nim zrobić, ale po konsultacji z X postanowili go zwolnić. Nie potrzebowali ludzi, którzy się wahają. To była zbyt wielka sprawa, aby otaczać się takimi osobami.
Sebastian zdziwił się, gdy wręczał mu wymówienie i od razu wypłacił zaległe wynagrodzenie.
- Byłem z wami pięć lat, a teraz, gdy nie chcę brać udziału w tej akcji, pozbywacie się mnie, jak śmieci? - zapytał z żalem.
- Przepraszam, ale to decyzja X - zasłonił się tą wymówką sekretarz.
Tamten machnął tylko ręką, wziął kasę i podpisał rezygnację z pełnionego stanowiska osobistej ochrony X. Wiedział, że tutaj decyzji się nie cofa.
X upojony tańcem zatrzymał się i spoglądał w dal przez okno. Zdawało mu się, że jego wzrok sięga daleko, coraz dalej, aż za horyzont.
Burza powoli mijała.
Marco zadzwonił do Toma, ale ten nie miał żadnych nowych wieści od Roberta. Poszedł zatem do domu, aby wypocząć i nieco się przespać. Czuł, że najbliższe godziny mogą być najważniejsze w jego życiu. Być może też zaważą na dalszych losach świata.
Tym razem nie poddał się wiatrowi i parł do przodu, mimo, że szarpało nim i parasolem na wszystkie strony. Szedł krok za krokiem prosto pod wiatr. Mimo, że siła wichury była ogromna i przez chwilę prawie stał w miejscu, nie poddał się. Parł do przodu z grymasem wysiłku i determinacji na twarzy. Aż nagle silniejszy podmuch wiatru przekręcił mu parasol na drugą stronę i Marco stanął w strugach deszczu. Ponownie przypomniała mu się ta przykra chwila sprzed lat. Ale tym razem deszcz i wichura go nie zatrzymały. Zacisnął tylko swe pięści i przemoczony do suchej nitki, ruszył i powoli posuwał się w stronę bramy do domu.
Gdy tylko wszedł do mieszkania, zdjął mokre ubranie w przedpokoju i poszedł rozdygotany do kuchni. Tam nalał sobie odrobinę burbona i wychylił lampkę jednym haustem. Odetchnął głęboko i poszedł do łazienki.
Podczas brania gorącego prysznica, ogarnęły go wątpliwości. Za każdym razem, gdy wynajmował Roberta, nie obywało się bez ofiar. Spojrzał teraz - w strumieniu wody na swoje ręce i namydlił je jeszcze raz. - Ale to wszystko dla kościoła - tłumaczył sobie po raz setny i głośno westchnął.
Wytarł się dokładnie i poszedł do łóżka. Szczelnie się przykrył i chociaż przez kilka godzin chciał być wolny od wszystkich tych spraw.