Tajemna wspólnota. Cykl Księga Prochu. Tom 2 - Philip Pullman

-
Proszę czekać

1. Księżyc świeci, krew się leje

1 Księżyc świeci, krew się leje

Pantalaimon - dajmon Lyry Belacquy, obecnie znanej jako Lyra Złotousta - leżał na parapecie okna w jej pokoiku w Kolegium Świętej Zofii w stanie jak najdalej posuniętego niemyślenia. Był świadomy zimna ciągnącego od nieszczelnego podnoszonego okna, ciepła lampy naftowej stojącej na biurku, zgrzytu pióra Lyry i ciemności panującej na dworze. W tej chwili najbardziej pragnął właśnie zimna i ciemności. Leżąc na parapecie, obracał się w taki sposób, by przeciąg ziębił mu na przemian to brzuch, to grzbiet, aż w końcu pragnienie wyjścia na zewnątrz stało się silniejsze niż niechęć do rozmowy z Lyrą.

- Otwórz okno - powiedział w końcu. - Chcę wyjść.

Pióro Lyry znieruchomiało. Odsunęła krzesło i wstała. Pantalaimon spojrzał na jej odbicie w szybie, zawieszone ponad oksfordzką nocą. Widział malujący się na jej twarzy wyraz buntowniczego niezadowolenia.

- Wiem, co chcesz powiedzieć - dodał. - Oczywiście, że będę ostrożny. Nie jestem głupi.

- Pod pewnymi względami jesteś - odparła.

Sięgnęła ręką ponad jego grzbietem, podniosła połówkę okna do góry i podparła ją pierwszą z brzegu książką.

- Nie... - zaczął Pantalaimon.

- Wiem, wiem, mam nie zamykać okna, tylko siedzieć tu i marznąć, aż zechcesz wrócić do domu. Ja naprawdę nie jestem głupia. No już, wynocha.

Wymknął się płynnym ruchem na dwór i przepadł w bluszczu porastającym mury kolegium. Do uszu Lyry dobiegł ledwie uchwytny szelest, a i to tylko przelotnie. Pantalaimonowi nie podobało się to, jak ze sobą rozmawiają, a właściwie jak nie rozmawiają. Poza tą krótką wymianą zdań przez cały dzień w ogóle się do siebie nie odzywali, ale żadne z nich nie wiedziało, co na to poradzić.

Schodząc po murze, złowił mysz w ostre jak igiełki zęby; zastanawiał się przez chwilę, czy by jej nie zjeść, ale ostatecznie postanowił zrobić jej niespodziankę i ją wypuścił. Przycupnął na grubej gałęzi bluszczu, rozkoszując się napływającymi zapachami, kapryśnymi podmuchami powietrza, otaczającą go zewsząd nocą.

Musiał być ostrożny - z dwóch powodów. Pierwszym z nich była plama kremowo-białego futra na szyi, nadzwyczaj niefortunnie kontrastująca z resztą jego rudobrązowej sierści. To jednak nie był wielki problem, wystarczyło spuścić łebek albo po prostu szybko biec, żeby plama nie rzucała się w oczy. Za to drugi powód do ostrożności był znacznie poważniejszy: ktokolwiek zobaczyłby Pantalaimona, nawet przez moment nie wziąłby go za zwykłą kunę leśną. Owszem, z wyglądu absolutnie niczym się od niej nie różnił, był jednak dajmonem i choć trudno byłoby stwierdzić, na czym dokładnie polega różnica, każda istota ludzka w świecie Lyry natychmiast rozpoznałaby w nim dajmona z taką samą łatwością, z jaką rozpoznawała zapach kawy albo kolor czerwony.

A człowiek bez dajmona albo dajmon, którego człowieka nigdzie w pobliżu nie było widać, byli czymś niepokojącym, upiornym, niemieszczącym się w głowie. Przeciętny człowiek nie był w stanie oddalić się zbytnio od swojego dajmona (chociaż mówiło się, że wiedźmy to potrafią). Wyróżniająca Lyrę i Pantalaimona umiejętność - za którą osiem lat wcześniej, w krainie umarłych, przyszło im zapłacić wysoką cenę - była zatem czymś absolutnie niezwykłym i wyjątkowym. Od powrotu z tamtej niezwykłej wprawy do Oksfordu nikomu o tym nie mówili i nadzwyczaj pieczołowicie strzegli swojego sekretu. Zdarzało się jednak - ostatnio coraz częściej - że po prostu czasem musieli od siebie odpocząć.

Dlatego teraz Pan trzymał się w cieniu, przemykając wśród krzewów i wysokiej trawy na obrzeżach schludnie wykoszonego Parku Uniwersyteckiego. Poruszał się bezszelestnie, ze spuszczonym łebkiem, i chłonął noc wszystkimi zmysłami. Po wcześniejszym deszczu ziemia była miękka i wilgotna. Natrafiwszy na placek błota, przykucnął i wytarzał pierś i szyję w brudnej brei, żeby zamaskować zdradziecką kremowo-białą plamę.

Wyszedł z parku i przebiegł na drugą stronę Banbury Road - wybrał moment, w którym na chodniku nie było przechodniów, a w oddali majaczył jeden samotny pojazd - po czym wśliznął się do ogrodu przed jednym ze stojących tam dużych domów. Przeciskał się przez żywopłoty, przeskakiwał murki, czołgał się pod parkanami i przemykał po trawnikach, kierując się w stronę odległego o kilka przecznic Jericho i kanału.

Na błotnistej ścieżce holowniczej poczuł się bezpieczniej: miał tu pod dostatkiem krzaków i wysokich traw, żeby się ukryć, a także drzew, po których potrafił się wspinać równie szybko jak płomyk po loncie. Tę właśnie na wpół dziką część miasta lubił najbardziej. Znał na wylot wszystkie szlaki wodne przecinające Oksford wzdłuż i w poprzek; zdarzało mu się pływać nie tylko w kanale, ale także w samej Tamizie, jej dopływie Cherwell i rozlicznych mniejszych strumieniach oddzielonych od głównego nurtu rzeki, by napędzać młyny czy zasilać ozdobne stawki. Niektóre z nich zapadały się pod ziemię i znikały na pozór bez śladu, by ponownie objawić się za murem jakiegoś kolegium, cmentarza albo browaru.

W miejscu, gdzie jeden z tych strumyków płynął równolegle do kanału, oddzielony od niego tylko ścieżką holowniczą, Pan przeszedł po żelaznym mostku na jego drugą stronę i dalej, wzdłuż jego biegu, aż dotarł na rozległy otwarty teren ogródków działkowych. Na północ od niego znajdował się teraz teren targu bydlęcego zwany Oxpens, na zachód zaś ulokowana przy dworcu kolejowym sortownia pocztowa.

Księżyc był w pełni, pośród pędzących po niebie pasm chmur migotały gwiazdy. Światło mogło nieść ze sobą zagrożenie, ale Pan uwielbiał tę jego chłodną, srebrzystą jasność. Błądził po działkach, prześlizgiwał się pomiędzy łodygami brukselki, pękami szczypioru cebuli, liśćmi szpinaku i główkami kalafiorów, aż dotarł do szopy na narzędzia. Wskoczył na górę i wyciągnął się na płask na twardym, wyłożonym papą dachu, skąd ponad rozległą połacią łąk wzrok sięgał aż do sortowni.

Sortownia była jedynym miejscem w mieście, które o tej porze tętniło życiem. Nieraz przychodzili tu z Lyrą, by patrzeć, jak pociągi przybywają z północy i południa i zatrzymują się przy peronie w kłębach pary, a pracownicy poczty wyładowują z nich worki listów i paczek, przekładają je do wielgachnych koszy na kółkach i przewożą do ogromnej hali o metalowych ścianach, skąd przesyłki adresowane do Londynu i dalej, na kontynent, trafiały na pokład pierwszego porannego zeppelina. Unieruchomiony statek powietrzny czekał nieopodal, kołysząc się i szarpiąc w porywach wiatru, przeprowadzone z dziobu i rufy cumy trzeszczały z wysiłku i dźwięcznie tłukły się o maszt. Wszędzie świeciły się lampy: na peronie, na maszcie cumowniczym, nad wrotami sortowni. Przetaczane wagony turkotały na bocznicy. Gdzieś niedaleko trzasnęły zamykane stalowe drzwi.

Coś poruszyło się na działkach z prawej strony i Pantalaimon bardzo wolno obrócił łebek w tym kierunku. Przez grządkę kapusty lub brokułów skradał się kot, mając na oku mysz. Zanim jednak zdążył się na nią rzucić, cichy biały kształt, większy od Pantalaimona, spadł z nieba, porwał mysz i natychmiast wzbił się poza zasięg kocich pazurów. Skrzydła zatrzepotały bezgłośnie i sowa wróciła na jedno z drzew przy Paradise Square. Kot przysiadł na chwilę, jakby musiał przemyśleć tę sytuację, po czym wrócił do łowów w warzywniku.

Księżyc wspiął się tymczasem wysoko na niebo i świecił bardzo jasno, prawie w ogóle niezasłonięty przez chmury. Ze swojego punktu obserwacyjnego Pan doskonale widział każdy szczegół ogródków działkowych i targu bydlęcego: szklarnie, strachy na wróble, zrobione z ocynkowanych prętów zagrody dla bydła, beczki z wodą, płoty (spróchniałe i grożące runięciem, ale także te stojące prosto i świeżo pomalowane), pęki powiązanych tyczek do grochu przypominające nagie szkielety indiańskich tipi - a wszystko to nieme jak scena przygotowana na występ widmowej trupy teatralnej.

- Co się z nami stało, Lyro? - mruknął szeptem.

Nikt mu nie odpowiedział.

Rozładunek pociągu pocztowego dobiegł końca. Lokomotywa gwizdnęła krótko, szarpnęła i pociąg ruszył. Zamiast jednak kierować się na tor biegnący na południe, na drugi brzeg rzeki, tuż przy granicy działek, podjechał kawałek do przodu, po czym wolniutko, z donośnym szczękiem i klekotem wagonów, wycofał się na bocznicę. Zimny wiatr rwał na strzępy otulające lokomotywę obfite kłęby pary.

Zza rzeki, widoczny pomiędzy drzewami, nadjeżdżał już kolejny pociąg - zapewne podmiejski z Reading, domyślił się Pan. Nie przewoził poczty i zamiast zatrzymać się przy sortowni, pokonał kolejne trzysta jardów, wjechał na peron dworca i dopiero tam stanął wśród odległego syczenia pary i przytłumionego pisku hamulców.

Poruszało się coś jeszcze.

Na lewo od Pantalaimona, gdzie przez rzekę przerzucony był żelazny most, jakiś człowiek szedł jej brzegiem wśród gęsto rosnącego sitowia. Poruszał się dziarskim krokiem, w wyraźnym pośpiechu.

Pan w mgnieniu oka ześliznął się z dachu i bezszelestnie pomknął w stronę intruza, przecinając grządki cebuli i równe szeregi kapusty. Przecisnął się przez ogrodzenie, przeczołgał pod rdzewiejącym zbiornikiem na wodę i znalazł się na skraju ogródków działkowych, skąd - przez dziurę w płocie po wyłamanej sztachecie - miał widok na rozpościerającą się dalej łąkę.

Mężczyzna kierował się w stronę sortowni. W miarę przybliżania się do celu zwalniał kroku i szedł coraz ostrożniej, aż w końcu przystanął obok wierzby w odległości około stu jardów od furtki, niemal dokładnie naprzeciw przycupniętego pod płotem Pantalaimona. Nawet bystre ślepia kuny ledwie były go w stanie wyśledzić w półmroku; gdyby Pan na chwilę odwrócił wzrok, straciłby nieznajomego z oczu.

Nagle - nicość. Jakby tamten po prostu zniknął. Upłynęła minuta, druga... Za plecami Pana, w mieście, dzwony zaczęły wybijać godzinę, po dwa uderzenia: pół do pierwszej.

Przeniósł wzrok dalej, na drzewa nad rzeką. Odrobinę na lewo od wierzby rósł stary dąb, nagi i surowy w swojej zimowej bezlistności. Na prawo zaś...

Na prawo od wierzby samotna sylwetka wspinała się właśnie na furtkę sortowni od jej wewnętrznej strony. Zeskoczyła na ziemię i pośpieszyła wzdłuż rzeki w stronę wierzby, gdzie czekał pierwszy z intruzów.

Chmura przesłoniła księżyc. Korzystając z gęstszego mroku, Pan prześliznął się pod ogrodzeniem i sadząc w mokrej trawie wielkie susy, popędził w stronę dębu. Starał się przy tym zbytnio nie wychylać, bo miał w pamięci nie tylko czającego się w ukryciu nieznajomego, ale też wielką białą sowę. Dopadł do drzewa, dał susa w górę, wczepił się pazurami w korę i wspiął na gałąź, z której dobrze widział wierzbę - zwłaszcza że w tej akurat chwili księżyc znów wyjrzał zza chmur.

Człowiek z sortowni szybko zbliżał się do wierzby, był już prawie przy niej. Zwolnił kroku i przepatrywał cienie, gdy z półmroku znienacka wynurzył się pierwszy nieznajomy i powiedział coś półgłosem. Ten z sortowni odpowiedział mu w podobny sposób i obaj przepadli w ciemności. Byli za daleko, żeby Pan mógł podsłuchać, co mówią, ale po tonie głosów dało się poznać, że jest to umówione spotkanie dwójki wspólników.

Obaj mieli psie dajmony: jeden przypominał mastyfa, drugi był mniejszy i miał krótkie łapy. Psy nie mogły wspiąć się na drzewo, ale mogły zwęszyć Pantalaimona. Przywarł do swojego konara i zupełnie się na nim rozpłaszczył. Słyszał szepty mężczyzn, nadal jednak nie rozumiał ani słowa.

Pomiędzy okalającym sortownię wysokim ogrodzeniem z siatki i rzeką biegła ścieżka, prowadząca z łąki obok działek ku dworcowi kolejowemu - naturalna droga na dworzec od strony St Ebbes i domów stłoczonych przy wąskich uliczkach w pobliżu gazowni. Siedzący na dębie Pantalaimon miał lepszy widok niż spiskujący na dole mężczyźni i wcześniej od nich zauważył, że od strony dworca ktoś się zbliża: kolejny samotny mężczyzna w kurtce z postawionym kołnierzem.

- Ćśś - dobiegło z cienia wierzby. Spiskowcy również zauważyli intruza.

***

Wcześniej tego samego dnia w eleganckim siedemnastowiecznym domu nieopodal katedry Świętego Piotra w Genewie spotkali się dwaj mężczyźni. Rozmawiali w pełnym książek pokoju na piętrze, którego okna wychodziły na cichą uliczkę skąpaną w surowym świetle zimowego popołudnia. Na długim mahoniowym stole leżały notatniki, podkładki z suszkami, pióra i ołówki, stały też szklanki i karafki z wodą, ale rozmówcy rozsiedli się na wygodnych fotelach po bokach kominka, w którym płonął ogień.

Gospodarzem był Marcel Delamare, sekretarz generalny organizacji zawdzięczającej swoją nieoficjalną nazwę budynkowi, w którym spotkanie się odbywało: La Maison Juste. Delamare miał nieco ponad czterdzieści lat, był zadbany, elegancki, nosił okulary i znakomicie skrojony ciemnoszary garnitur pod kolor włosów. Jego dajmon - siedząca na oparciu fotela sowa śnieżna - utkwił spojrzenie żółtych ślepi w drugim dajmonie, szkarłatnym wężu oplatającym palce i dłonie jego rozmówcy. Pierre Binaud - sześćdziesięcioparoletni surowy mężczyzna w księżej koloratce - był Najwyższym Sędzią Sądu Konsystorskiego, głównego urzędu Magisterium odpowiedzialnego za bezpieczeństwo i egzekwowanie dyscypliny.

- Słucham - powiedział Binaud.

- Zaginął kolejny członek personelu naukowego z ośrodka nad Łob-nor - odparł Delamare.

- Co się stało? Co wasz agent ma na ten temat do powiedzenia?

- Oficjalna wersja jest taka, że zaginiony wraz ze swoim towarzyszem zabłądzili wśród okresowych łożysk rzecznych; tamtejsze rzeki zmieniają swój bieg raptownie i bez uprzedzenia. To nadzwyczaj niewdzięczna okolica. Każdy, kto wyrusza na wyprawę poza ośrodek, musi wziąć ze sobą przewodnika. Ponoć zapuścili się na pustynię po drugiej stronie jeziora, tak przynajmniej twierdzi nasz agent. Tamtejsze legendy o złotym...

- Do diabła z tamtejszymi legendami! To byli teologowie doświadczalni, botanicy, ludzie wykształceni; mieli szukać róż, nie złota. Ale, ale... Powiedziałeś, że zaginął tylko jeden z nich. Co z drugim?

- Wrócił do ośrodka, po czym natychmiast wyruszył w drogę do Europy. Nazywa się Hassall. Wspomniałem ci o nim przed tygodniem, ale może byłeś zbyt zajęty, żeby to zarejestrować. Mój agent uważa, że Hassall przywiezie próbki róż oraz obszerną dokumentację.

- Przechwyciliśmy go już?

Prawie było widać, jak Delamare najwyższym wysiłkiem woli narzuca sobie spokój.

- Nie wiem, czy pamiętasz, Pierre, ale zamierzałem zlecić zatrzymanie go w Wenecji. Wasi ludzie się temu sprzeciwili; kazano nam zaczekać, aż znajdzie się na terytorium Brytonii, a następnie śledzić go, by odkryć, dokąd zmierza. Otóż jest już w kraju i dziś wieczorem zostanie zatrzymany.

- Poinformuj mnie, gdy tylko przechwycicie te materiały. A teraz przejdźmy do drugiej sprawy. Co wiecie na temat tej młodej kobiety?

- Alethiometr...

- Nie, nie, nie. Staroświecki, niegodny zaufania, podatny na spekulacje i domysły. A mnie interesują fakty, Marcelu.

- Mamy nowego specjalistę, który...

- Wiem, słyszałem o nim, stosuje ponoć jakąś nową metodę. I co, jest lepszy od poprzednika?

- Czasy się zmieniają. Wraz z nimi muszą się zmieniać nasze horyzonty.

- Co masz na myśli?

- Odkryliśmy pewne związane z dziewczyną fakty, z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Jest chroniona, zarówno z prawnego punktu widzenia, jak i w inny sposób. Chciałbym na początek usunąć otaczającą ją obronną sieć, dyskretnie, po cichu, rzec by można: niepostrzeżenie. Gdy zostanie pozbawiona tej ochrony, wtedy przyjdzie czas, by działać. A do tego momentu...

- Ostrożność. - Binaud wstał. - Przesadzasz z ostrożnością, Marcelu, a to poważna wada. Brakuje ci zdecydowania. Działaj! Znajdź ją, zatrzymaj i sprowadź tutaj. Załatw to, jak chcesz. Tym razem nie będę ci niczego narzucał.

Delamare również wstał, uścisnął dłoń gościa i odprowadził go do wyjścia. Kiedy został sam ze swoim dajmonem, sowa przysiadła mu na ramieniu i razem stanęli przy oknie, odprowadzając wzrokiem śpieszącego się Najwyższego Sędziego. Jeden z asystentów niósł mu aktówkę, drugi trzymał nad nim parasol. Właśnie sypnęło śniegiem.

- Bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi przerywa, gdy mówię - powiedział Delamare.

- Chyba nie zauważył - odparł dajmon.

- Pewnego dnia się nauczy, ręczę za to.

***

Nieznajomy zbliżający się od strony dworca szedł szybkim krokiem i dotarcie w okolice wierzby zajęło mu niespełna minutę. Ledwie się tam znalazł, dwaj czyhający w zasadzce mężczyźni zaatakowali.

Pierwszy wyskoczył z cienia i grubym kijem uderzył go po nogach. Zaskoczony przybysz stęknął i upadł, a wtedy drugi z napastników dopadł go i zaczął okładać krótką pałką po głowie, ramionach i rękach.

Wszystko odbywało się bez słów. Dajmon ofiary, drobny jastrząb, wzbił się w powietrze, pokrzykując przejmująco i bezradnie trzepocząc skrzydłami, ale opadał coraz niżej i niżej, w miarę jak jego człowiek słabł pod kolejnymi ciosami.

Nagle światło księżyca zalśniło na ostrzu noża, przybysz z sortowni krzyknął rozdzierająco i upadł. Drugi napastnik nie zniechęcił się jednak: uderzał raz za razem, aż w końcu ofiara znieruchomiała. Pantalaimon wyraźnie słyszał każdy cios.

Przybysz zginął. Drugi z napastników wstał i spojrzał z góry na swojego towarzysza.

- Co ci zrobił? - zapytał półgłosem.

- Przeciął mi ścięgno pod kolanem, skurczybyk. Widzisz? Krwawię jak zarzynane prosię.

Dajmon rannego, ten mastyfopodobny, skamlał i wił się na ziemi obok niego.

- Dasz radę wstać? - Zabójca mówił chrapliwie, niewyraźnie, jakby miał zatkany nos. Miał liverpoolski akcent.

- A jak myślisz?

Oba głosy były niewiele głośniejsze od szeptu.

- Możesz się w ogóle ruszać?

Ranny spróbował dźwignąć się z ziemi i aż jęknął z bólu. Dopiero kiedy zabójca podał mu rękę, zdołał wstać, ale było oczywiste, że jedną nogę ma całkowicie niewładną.

- Co zrobimy? - zapytał.

W blasku księżyca wszyscy byli doskonale widoczni: zabójca, jego niemogący chodzić kompan i zabity mężczyzna. Serce Pantalaimona waliło jak młotem, nie rozumiał, jak tamci mogą go nie słyszeć.

- Nie widziałeś, że ma nóż, palancie?! - złościł się zabójca.

- Był dla mnie za szybki...

Ranny przekuśtykał jeden krok, drugi. Zabójca złapał tymczasem trupa za kostki nóg i, zwrócony tyłem do rzeki, wciągnął go w sitowie. Po chwili wynurzył się z gąszczu i skinął niecierpliwie na swojego towarzysza.

- Chodź - powiedział - wesprzyj się na mnie. Chociaż prawdę mówiąc, chętnie bym cię tu zostawił. Będziesz mnie tylko spowalniał. Muszę tu potem wrócić sam i posprzątać, a ten cholerny księżyc świeci coraz jaśniej. Gdzie jego torba? Nie miał torby?

- Nie miał. W ogóle nic nie miał.

- Musiał mieć. Psiakrew!

- Weźmiesz sobie Barry'ego do pomocy.

- Nerwus z niego. W dodatku niepotrzebnie hałasuje. No, daj rękę, pośpieszmy się.

- Na Boga, ostrożnie... Uff, boli...

- Guzik mnie to obchodzi. Morda w kubeł i przebieraj żwawo kulasami.

Ranny objął zabójcę ramieniem i pokuśtykał obok niego. Przeszli pod dębem i zaczęli się oddalać nadrzeczną ścieżką. Z góry Pan widział plamę krwi na trawie. Lśniła czerwono w blasku księżyca.

Odczekał, aż mężczyźni znikną mu z oczu, po czym zaczął się szykować do zejścia na dół. Zanim jednak zdążył choćby drgnąć, coś poruszyło się w sitowiu, gdzie spoczęły zwłoki, i wynurzyło się stamtąd coś małego, bladego, wielkości ptaka: podfruwało, opadało na ziemię i znów podfruwało. Ostatkiem sił zmierzało prosto w stronę Pantalaimona.

On zaś, sparaliżowany grozą, bał się poruszyć. Przecież tamten człowiek nie żył! Ten dajmon też wyglądał jak martwy, co wobec tego należało zrobić? Pan był gotowy czmychnąć, walczyć albo zemdleć, ale tymczasem jastrzębica już wylądowała na gałęzi obok niego. Z trudem się na niej utrzymywała i byłaby spadła, gdyby nie przytrzymał jej łapą. W dotyku była lodowata i żywa, ale ledwie, ledwie. Czyli jej człowiek jeszcze żył.

- Pomocy - wyszeptała chrypliwie. - Pomóż nam...

- Dobrze - odparł Pan. - Pomogę...

- Pośpiesz się!

Jastrzębica spadła z drzewa i, podfruwając, wpadła w sitowie. Pan ześliznął się po pniu dębu i w podskokach podążył za nią. Kiedy ją znalazł, tuliła się do policzka półżywego człowieka leżącego w gęstwinie.

- Dajmon... - usłyszał jej słowa Pan - ...bez człowieka...

Mężczyzna odwrócił lekko głowę i jęknął. Zachrobotały połamane kości.

- Bez człowieka? - powtórzył.

- Tak - potwierdził Pantalaimon. - Nauczyliśmy się to robić...

- Mój szczęśliwy dzień. Kieszeń... od wewnątrz... - Mężczyzna z najwyższym wysiłkiem uniósł dłoń i dotknął kurtki na piersi. - Wyjmij - wyszeptał.

Próbując nie zrobić mu krzywdy i zmagając się z wielkim tabu zabraniającym dotykania ciała innego człowieka, Pan nosem odgarnął połę kurtki. W wewnętrznej kieszeni tkwił portfel.

- Tak, dobrze - szepnął mężczyzna. - Weź go, nie może wpaść w ich ręce... Teraz wszystko zależy od ciebie i... od twojego...

Pan pociągnął, ale portfel nie chciał wyjść: leżący mężczyzna przygniótł kurtkę swoim ciężarem, a nie był w stanie się poruszyć. Dopiero po krótkiej szarpaninie Panowi udało się wydobyć portfel i położyć go na ziemi.

- Zabierz go... zabierz, szybko... zanim wrócą...

Bledziutka jastrzębica była ledwie widoczna, ot, strzęp białego cienia, z trzepotem skrzydeł tulący się do ciała człowieka. Pan nie znosił widoku umierających ludzi właśnie przez to, co działo się wtedy z ich dajmonami: rozwiewały się jak zdmuchnięty płomyk świecy. Chciał pocieszyć i ukoić nieszczęsne stworzenie, które wiedziało, co je czeka, wiedziało, że musi zniknąć i w tej chwili chciało już tylko po raz ostatni poczuć ten ciepły dotyk, który przez całe życie znajdowało w ciele swojego człowieka. Mężczyzna jeszcze raz zaczerpnął tchu, zarzęził, a potem jego śliczny dajmon zniknął bez śladu.

Panowi nie pozostało nic innego, jak zanieść portfel mężczyzny do pokoju Lyry w Kolegium Świętej Zofii. Złapał go w zęby i wygramolił się na twardszy grunt przy brzegu.

Portfel nie był ciężki, był natomiast nieporęczny i - co znacznie gorsze - przesiąknięty zapachami innego człowieka: wonią potu, ziela fajkowego i wody kolońskiej. Bliskość kogoś, kto nie był Lyrą, była nieznośna.

Pan doniósł go do ogrodzenia działek, zanim musiał odpocząć. Nie zamierzał się śpieszyć. Noc była jeszcze młoda.

***

Z kamiennego snu obudził Lyrę gwałtowny wstrząs, jakby fizycznego uderzenia albo upadku. Co to mogło być? Wyciągnęła po omacku rękę w poszukiwania Pantalaimona, zanim przypomniała sobie, że go przy niej nie ma. Czy zatem to jemu coś się stało? Nie pierwszy raz zdarzyło się, że kładła się do łóżka bez niego, ale wciąż tak samo nie cierpiała tego robić. Te jego samotne włóczęgi... Jakież to było niemądre z jego strony! Ale nie chciał jej słuchać i nie zamierzał rezygnować ze swoich eskapad. Pewnego dnia oboje za to zapłacą.

Przez minutę leżała tak, nie śpiąc, ale gdy sen znów zaczął gęstnieć wokół niej, w końcu poddała mu się i zamknęła oczy.

***

Oksfordzkie zegary biły godzinę drugą, gdy Pan wśliznął się do pokoju. Położył portfel na stole, trochę rozruszał obolałe szczęki, a potem wyciągnął książkę, którą Lyra podparła otwarte okno. Znał tę książkę - była to powieść zatytułowana Hiperchorezmijczycy - i uważał, że Lyra poświęca jej stanowczo zbyt wiele uwagi. Zrzucił ją na ziemię, starannie wyczyścił swoje futerko, a na koniec schował portfel na regale, tak że ten zniknął pomiędzy książkami.

W końcu dał susa na poduszkę. Przykucnął w promieniu księżycowego blasku sączącego się przez szczelinę w zasłonach i zapatrzył się na twarz Lyry.

Miała zarumienione policzki, jej ciemnozłote włosy były wilgotne od potu. Usta, które tak często do niego szeptały, całowały go, całowały także i Willa, w tej chwili zaciskały się kurczowo. Czoło na przemian to marszczyło się lekko, to się rozpogadzało, jak niebo przesłaniane pędzonymi przez wiatr chmurami. Wszystkie te sygnały dowodziły, że coś jest nie w porządku; że Lyra coraz bardziej oddala się od Pantalaimona - tak jak i on od niej.

Nie miał pojęcia, co na to poradzić. Mógł tylko położyć się obok niej i przycisnąć do jej ciała, które pozostało - jak zawsze - ciepłe i życzliwe. Przynajmniej oboje jeszcze żyli.

2. Ich ubrania pachniały różami

2 Ich ubrania pachniały różami

Lyrę obudziło bicie uczelnianego zegara: była ósma. Przez pierwszych parę minut wynurzania się na powierzchnię snu, zanim wtrąciła się jakaś świadoma myśl, odbierała same przecudne wrażenia - wśród nich ciepło ciała dajmona owiniętego wokół jej szyi. Ta zmysłowa wzajemna czułość stanowiła część jej życia, odkąd sięgała pamięcią.

Leżąc tak, usilnie starała się nie myśleć, ale myśli były jak nieuchronnie napierający przypływ. Napływające ze wszystkich stron strużki świadomości - trzeba dokończyć esej, zrobić pranie, jak najszybciej zejść na śniadanie, bo po dziewiątej nie będzie czego szukać w jadalni - nieubłaganie podmywały piaskowy zamek rozespania. I największa, najgłębsza fala: Pantalaimon i ich narastające wyobcowanie. Coś ich rozdzieliło i żadne z nich nie wiedziało, co to takiego. Problem polegał na tym, że mieli tylko siebie nawzajem, żeby zwierzać się ze swoich trosk - i dokładnie tego nie mogli w tej chwili zrobić.

Odrzuciła przykrycie i wstała. Zadrżała z zimna - w Świętej Zofii oszczędzano na ogrzewaniu. Szybko ochlapała się w małej misce w odrobinie ciepłej wody, która długo tłukła się i zapierała w rurach, zanim łaskawie raczyła chlupnąć z kranu, po czym włożyła tartanową spódniczkę i jasnoszarą bluzę - praktycznie jedyne czyste rzeczy, jakie jej zostały.

Przez cały ten czas Pan leżał na poduszce i udawał, że śpi. Kiedy byli młodsi, nigdy się tak nie zachowywał. Nigdy.

- Pan - odezwała się znużonym głosem Lyra.

Musiał z nią iść - i wiedziała, że w końcu to zrobi. Wstał, przeciągnął się i pozwolił się posadzić na jej ramieniu.

Lyra wyszła z pokoju i zaczęła schodzić na parter.

- Udawajmy, że ze sobą rozmawiamy - zasugerował szeptem Pan.

- Nie jestem przekonana, czy udawanie to dobry pomysł na życie.

- Lepszy taki niż żaden. Chcę ci opowiedzieć, co widziałem w nocy. To ważne.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu po powrocie?

- Bo spałaś.

- Wcale nie spałam. Nie bardziej niż ty w tej chwili.

- W takim razie jak to możliwe, że nie wiedziałaś, że mam ci coś ważnego do powiedzenia?

- Wiedziałam. Poczułam, że coś się wydarzyło, ale spodziewałam się, że będę się musiała wykłócać z tobą, żebyś mi powiedział, więc sam rozumiesz...

Pantalaimon milczał. Lyra dotarła na dół i wyszła z budynku. Owionął ją wilgotny chłód poranka. Ze dwie inne dziewczyny szły w stronę jadalni, znacznie więcej stamtąd wracało - po śniadaniu, dziarskie i gotowe do pracy, rozchodziły się do biblioteki i na zajęcia.

- Ech, sama nie wiem... - mruknęła Lyra. - Męczy mnie ta cała sytuacja. Powiesz mi po śniadaniu.

Weszła po schodach do jadalni. Nałożyła sobie płatków owsianych, przeszła z miseczką do wolnego miejsca przy jednym z długich stołów i zasiadła do posiłku. Otaczały ją rówieśniczki, które właśnie kończyły swoją jajecznicę, owsiankę albo grzanki. Niektóre były radośnie rozgadane, inne znudzone, zmęczone lub zamyślone, kilka czytało listy lub po prostu statecznie spożywało śniadanie. Wiele z nich znała z imienia, część tylko z widzenia; niektóre traktowała jak przyjaciółki, ceniąc ich życzliwość lub inteligencję; inne mogłaby nazwać zaledwie znajomymi; były też i takie - snobistyczne, aroganckie lub oschłe - których nie uważała może za nieprzyjaciółki, lecz była absolutnie pewna, że nigdy ich nie polubi. W tej akademickiej społeczności, wśród inteligentnych, pracowitych i rozplotkowanych studentek, czuła się bardziej w domu niż gdziekolwiek indziej. Powinna być szczęśliwa.

Dolewając mleka i mieszając owsiankę, zwróciła uwagę na dziewczynę siedzącą naprzeciwko. Miriam Jacobs była ładną brunetką, wystarczająco inteligentną i bystrą, żeby przy minimalnym nakładzie sił całkiem nieźle radzić sobie z odbębnianiem obowiązków akademickich. Była nieco próżna, ale zarazem dostatecznie pogodna i dobroduszna, by cierpliwie znosić kpiny z tej cechy charakteru. Jej dajmon - wiewiórka imieniem Syriax, wczepiona w jej włosy - wyglądał na wstrząśniętego. Miriam, pochłonięta czytaniem listu, pobladła i zakryła dłonią usta.

Nikt inny tego nie zauważył.

Dziewczyna odłożyła list na stół.

- Miriam? - zagadnęła ją Lyra, pochyliwszy się nad stołem. - Co się stało?

Miriam zamrugała, westchnęła ciężko, jakby budziła się z głębokiego snu, i zepchnęła sobie list na podołek.

- To list z domu - wyjaśniła. - Nic takiego.

Dajmon przegramolił się na jej kolana, a ona podjęła misterną próbę udawania przed koleżankami, że zupełnie nic się nie stało. Jej wysiłek poszedł na marne, bo i tak nikt nie patrzył w jej stronę.

- Na pewno nie mogę ci jakoś pomóc? - zapytała Lyra.

Pan dołączył do Syriaksa pod stołem. Dziewczęta wyczuwały, że ich dajmony rozmawiają, i wiedziały, że cokolwiek Syriax powie Pantalaimonowi, Lyra wkrótce się o tym dowie. Miriam posłała jej bezradne spojrzenie. Była o krok od wybuchnięcia płaczem.

Lyra wstała od stołu.

- Chodź ze mną - powiedziała.

Miriam była w stanie, w którym każdy okruch determinacji, obojętne skąd pochodzący, był jak kamizelka ratunkowa na wzburzonym morzu. Wyszła za Lyrą z jadalni pokornie jak jagnię za matką, tuląc dajmona do piersi i nie zadając żadnych pytań.

- Robi mi się niedobrze od owsianki, zimnych grzanek i przesmażonej jajecznicy - powiedziała Lyra. - W takiej sytuacji możemy zrobić tylko jedną rzecz.

- Jaką? - zainteresowała się Miriam.

- Idziemy do George'a.

- Ale ja mam wykład...

- Nie. To wykładowca ma wykład, nie ty. I nie ja. Mam ochotę na jajka na bekonie. Chodź, idziemy. No, ruszaj się. Byłaś w harcerstwie?

- Nie.

- Ja też nie. Nie wiem, dlaczego o to zapytałam.

- Muszę napisać esej...

- Znasz kogoś, kto nie musi? Tysiące młodych dam i dżentelmenów mają zaległe eseje do napisania, wręcz nie wypada takowego nie mieć. A George czeka. Poszłybyśmy do Cadeny, ale jest jeszcze zamknięta. Pośpieszmy się, zimno jest. Chcesz wziąć płaszcz?

- Tak, chętnie... Tylko szybko.

Wbiegły na górę, żeby zabrać wierzchnie ubrania. Płaszczyk Lyry - zielony, przymały i wymemłany - prezentował się zupełnie inaczej niż idealnie skrojony, granatowy, kaszmirowy płaszcz Miriam.

- Gdyby ktoś pytał, dlaczego nie byłaś na wykładzie, seminarium czy gdzieś tam jeszcze, możesz powiedzieć, że byłaś przygnębiona i twoja przemiła przyjaciółka Lyra zabrała cię na spacer - powiedziała Lyra.

Wyszły przez portiernię.

- Nigdy nie byłam u George'a - przyznała Miriam.

- Nie gadaj... To niemożliwe.

- Wiem, gdzie to jest, ale... Sama nie wiem, chyba po prostu myślałam, że to nie miejsce dla nas.

Znajdująca się na Krytym Bazarze restauracja George'a cieszyła się ogromną popularnością wśród handlarzy i robotników z całej okolicy.

- Bywam tam od dziecka - odparła Lyra. - Naprawdę od dziecka. Kręciłam się przy drzwiach tak długo, aż ktoś mi dał bułkę, żeby mnie spławić.

- Poważnie? Nie żartujesz?

- Bułkę albo fangę w nos, zależy. Trochę tam nawet pracowałam: zmywałam naczynia, parzyłam kawę i herbatę. Miałam wtedy jakieś... dziewięć lat?

- I twoi rodzice ci na to... O Boże, przepraszam. Bardzo cię przepraszam.

Znajomi Lyry wiedzieli o jej rodzicach tylko tyle, że oboje wywodzili się ze znamienitych rodów i zmarli, gdy była dzieckiem. Domyślano się, że ich śmierć była dla niej wstrząsem, było więc całkowicie zrozumiałe, że Lyra nie chce o tym rozmawiać - co tylko sprzyjało snuciu domysłów.

Miriam była skrajnie zakłopotana.

- To było później, już kiedy byłam w Kolegium Jordana - odparła pogodnie Lyra. - Gdyby tamci się dowiedzieli, ludzie z Jordana, znaczy, byliby pewnie zaskoczeni, ale szybko by o tym zapomnieli i mogłabym dalej tam pracować. Właściwie i tak robiłam, co chciałam.

- To znaczy, że nikt nie wiedział, co robisz?

- Tylko pani Lonsdale, gospodyni. No, ona była groźna. Stale mnie rugała, chociaż wiedziała, że nie na wiele się to zda. A ja, kiedy musiałam, umiałam być bardzo grzeczna.

- Jak długo byłaś... To znaczy, ile miałaś lat... Nie, przepraszam. Nie chciałam być wścibska.

- Pierwsze wspomnienie, jakie mam, to kiedy trafiłam do Kolegium Jordana. Nie wiem, ile mogłam mieć wtedy lat, chyba byłam jeszcze niemowlęciem. Przyniósł mnie wysoki mężczyzna. Był środek burzowej nocy, waliły pioruny, grzmiało i lało jak z cebra. Mężczyzna jechał konno, a mnie zawinął w połę swojego płaszcza. Załomotał pistoletem w drzwi. Drzwi się otworzyły, za nimi było ciepło i jasno i mężczyzna komuś mnie oddał. Wydaje mi się, że jeszcze mnie pocałował na pożegnanie, a potem dosiadł konia i odjechał. To był pewnie mój ojciec.

Miriam była pod wrażeniem. Prawdę mówiąc, Lyra nie miała pewności co do udziału konia w całej historii, ale spodobał jej się ten wątek.

- Jakie to romantyczne... - zachwyciła się Miriam. - To naprawdę twoje pierwsze wspomnienie?

- Tak. Najdawniejsze. Od tamtej pory po prostu... mieszkałam w Jordanie. A ty? Co pamiętasz z dzieciństwa?

- Zapach róż - odparła bez zastanowienia Miriam.

- W jakimś ogrodzie?

- Nie, w fabryce mojego ojca, takiej, w której robi się mydło i inne rzeczy. Siedziałam tacie na barana, byliśmy w rozlewni. Ten zapach był tak słodki, tak intensywny... Kiedy ubrania robotników nim nasiąkły, ich żony musiały je potem prać, żeby się go pozbyć.

Lyra wiedziała o tym, że Miriam wywodzi się z bogatej rodziny, która swoją zamożność zawdzięcza mydłu, perfumom i innym tego rodzaju dobrom. Miriam zawsze miała pokaźną kolekcję perfum, wonnych olejków i szamponów, a jej przyjaciółki chętnie wypróbowywały wszystkie nowe specyfiki.

Nagle dotarło do niej, że Miriam płacze. Przystanęła i ujęła ją pod rękę.

- Miriam, co się dzieje? Chodzi o ten list?

- Tata zbankrutował! - wyszlochała roztrzęsiona Miriam. - To koniec. O tym właśnie napisali mi w liście. Teraz już wiesz.

- To okropne!

- Nie mamy... nie mogą... muszą sprzedać dom, a ja będę musiała przerwać studia... Nie stać ich na...

Miriam nie była w stanie dłużej mówić. Lyra objęła ją ramionami i zapłakana przyjaciółka wtuliła się w nią z wdzięcznością. Czując w nozdrzach zapach szamponu, Lyra zastanawiała się, czy on również zawiera róże.

- Ćśś... Wiesz przecież, że są różne stypendia, zapomogi dla studentów... Wcale nie będziesz musiała rezygnować ze studiów, zobaczysz!

- Ale wszystko się zmieni! Rodzice będą musieli wszystko sprzedać i przeprowadzić się do... nie wiem dokąd... Danny będzie musiał rzucić studia w Cambridge i... To będzie straszne!

- Na pewno brzmi to gorzej, niż faktycznie wygląda - zapewniła przyjaciółkę Lyra. Kątem oka widziała, że Pan szepcze coś do ucha Syriaksowi, i wiedziała, że próbuje go pocieszyć w podobny sposób. - Oczywiście masz pełne prawo być wstrząśnięta, dowiedziałaś się o tym niespodziewanie, przy śniadaniu, z listu... Ale uwierz mi, ludzie wychodzą z gorszych opresji, naprawdę. I czasem sprawy ostatecznie przybierają znacznie lepszy obrót, niżby się można spodziewać. Założę się, że nie będziesz musiała przerywać studiów.

- Ale wszyscy się dowiedzą...

- I co z tego? Nie ma się czego wstydzić. Wszyscy mamy krewnych, którym od czasu do czasu przydarzają się różne rzeczy i nie ma w tym naszej winy. Za to jeżeli wykażesz się odwagą w obliczu przeciwności losu, ludzie będą cię podziwiać.

- W sumie to nie taty wina.

- No właśnie - potaknęła Lyra, chociaż nie miała pojęcia, jak wygląda prawda. - Pamiętasz, jak uczyli nas na historii ekonomii o cyklach w gospodarce? Takim rzeczom człowiek nie jest w stanie się oprzeć.

- To się po prostu wydarzyło. - Miriam grzebała w kieszeni. - Nikt nie mógł tego przewidzieć. - Wyjęła zmięty list i zaczęła czytać na głos: - "Dostawcy okazali się skrajnie nieodpowiedzialni. Tato co rusz jeździł do Latakii, ale nie udało mu się znaleźć nowych źródeł zaopatrzenia. Wygląda na to, że wielkie koncerny medyczne wykupują całe zapasy i nic nie można na to poradzić. To naprawdę okropne...".

- Dostawcy czego? - zainteresowała się Lyra. - Róż?

- Tak. Skupują róże od tamtejszych ogrodników, żeby je potem destylować czy coś... Żeby uzyskiwać olejek. Tak, olejek różany.

- Angielskie róże by im nie wystarczyły?

- Zdaje się, że nie. To muszą być róże stamtąd.

- A lawenda? Lawendy jest przecież w bród.

- Ale oni... Nie wiem, nie znam się na tym!

- Ludzie zapewne stracą pracę - mówiła Lyra, gdy naprzeciwko Biblioteki Bodlejańskiej skręciły w Broad Street. - Ci, których ubrania pachniały różami.

- Najprawdopodobniej tak. Jejku, to okropne!

- Owszem, okropne, ale dasz sobie radę. Zaraz sobie usiądziemy i spokojnie się zastanowimy, nakreślimy plan działania, przemyślimy wszystkie możliwości. Od razu lepiej się poczujesz, zobaczysz.

U George'a Lyra zamówiła jajka na bekonie i pół kwarty herbaty. Miriam upierała się, że tylko napije się kawy, ale Lyra kazała George'owi przynieść jeszcze drożdżówkę z dżemem porzeczkowym.

- Jeśli ona jej nie zje - zapowiedziała - ja zjem.

- Nie karmią was w ogóle w tym kolegium, czy jak? - spytał George.

Jego ręce poruszały się z niewiarygodną prędkością - Lyra nie znała drugiego człowieka, który by tak szybko kroił, smarował, nalewał, solił i rozbijał jajka. W młodości zachwycała się jego umiejętnością równoczesnego wbicia trzech jaj na patelnię jedną ręką bez uronienia choćby kropli białka, uszkodzenia żółtka albo wrzucenia okrucha skorupki. Kiedyś sama spróbowała tej sztuki: zmarnowała dwa tuziny jaj i dostała lanie, na które - musiała to uczciwie przyznać - zasłużyła. Od tamtej pory minęło sporo czasu i George traktował ją z większym szacunkiem, chociaż nadal nie nauczyła się tej sztuczki.

Pożyczyła teraz od niego ołówek i kartkę papieru, którą podzieliła na trzy kolumny. Pierwszą zatytułowała: "Co trzeba zrobić", drugą: "Czego trzeba się dowiedzieć", a trzecią: "Czym się nie martwić". Następnie wspólnie z Miriam i oboma dajmonami zaczęli wypełniać rubryki różnymi pomysłami, które przychodziły im do głowy przy jedzeniu. Miriam zjadła drożdżówkę i jeszcze zanim zapełniły kartkę wyraźnie się ożywiła.

- Widzisz? - powiedziała Lyra. - Zawsze warto wpaść do George'a. Śniadania w Kolegium Świętej Zofii są takie... szlachetne. W Jordanie...

- Na pewno nie były takie skąpe jak u nas.

- Kedgeree, cynaderki na ostro albo solone śledzie, wszystko serwowane w wielgachnych srebrnych garach. Trzeba szanować nawyki młodych dżentelmenów. Taka dieta jest nawet w porządku, ale nie na co dzień.

- Dziękuję ci, Lyro, miałaś rację - powiedziała Miriam. - Już mi lepiej.

- Co teraz zamierzasz?

- Spotkam się z doktor Bell. Potem napiszę list do domu.

Doktor Bell - moralistka Miriam, pełniąca rolę jej mentorki i przewodniczki duchowej - była kobietą szorstką w obejściu, lecz w gruncie rzeczy życzliwą. Z pewnością będzie wiedziała, na jaką pomoc ze strony kolegium można liczyć.

- Świetnie - powiedziała Lyra. - Powiesz mi później, co z tego wynikło.

- Na pewno - obiecała Miriam i wyszła.

Lyra posiedziała jeszcze chwilę, pogadała z George'em, z przykrością odrzuciła złożoną przez niego ofertę pracy podczas ferii świątecznych, dopiła herbatę. W końcu zostali z Pantalaimonem sami.

- Co ci powiedział? - zapytała Lyra, mając na myśli dajmona Miriam.

- Miriam przejmuje się głównie tym, co pomyśli jej chłopak. Nie wie, jak mu powiedzieć, boi się, że przestanie ją lubić, kiedy się okaże, że nie jest bogata. To jakiś arystokrata, studiuje w Kolegium Kardynalskim.

- Tyle czasu przegadałyśmy, a ona ani słowem nie wspomniała mi o tym, co ją najbardziej martwi? To mi się nie podoba. - Lyra zgarnęła swój sfatygowany płaszcz. - A jeśli on naprawdę tak właśnie myśli, to nie jest jej wart. Przepraszam cię, Pan - dodała, czym zaskoczyła zarówno dajmona, jak i siebie samą. - Chciałeś mi opowiedzieć o tym, co widziałeś w nocy, ale wcześniej nie miałam dla ciebie czasu.

Pomachała George'owi na pożegnanie.

- Byłem świadkiem morderstwa - powiedział Pantalaimon.

3. Bagaż z przechowalni

3 Bagaż z przechowalni

Lyra stanęła jak wmurowana. Znajdowali się przed sklepem z kawą, przy wejściu na Kryty Bazar. Powietrze było przesycone wonią świeżo palonej kawy.

- Co powiedziałeś?

- Widziałem, jak dwóch mężczyzn napadło i zabiło trzeciego. Przy działkach, niedaleko sortowni pocztowej...

Ruszyli powoli Market Street, kierując się z powrotem do kolegium. Pantalaimon opowiedział Lyrze całą historię.

- Ten zamordowany musiał wiedzieć o możliwości rozdzielenia człowieka i jego dajmona - dodał na zakończenie. - Jego dajmon potrafił się od niego oddalić. Musiał mnie chyba zauważyć, jak przysiadłem na gałęzi, bo podfrunął prosto do mnie... Nie poszło mu łatwo, był ranny, ale w ogóle się nie bał ani nic. Jego człowiek też się nie bał, że widzi samego dajmona. Tak jakby wiedział.

- Mówiłeś coś o jego portfelu... Gdzie teraz jest?

- Na regale z książkami, obok słownika niemieckiego.

- A co ten człowiek dokładnie powiedział?

- Powiedział tak: "Weź go, nie może wpaść w ich ręce... Teraz wszystko zależy od ciebie i... od twojego...". I skonał.

- Wszystko zależy od nas, tak? - mruknęła Lyra. - Musimy go obejrzeć.

***

Znalazłszy się w jej pokoju w kolegium, włączyli grzejnik gazowy, usiedli przy stole i zapalili małą lampkę jantaryczną, bo pod poszarzałym niebem niewiele zostało dziennego światła.

Lyra wzięła portfel z półki. Wyglądał całkiem zwyczajnie: składany, bez zatrzasku, niewiele większy niż jej dłoń. Tłoczona skóra musiała dawniej przypominać marokin, ale z czasem wytarła się i nabrała tłustawej gładkości; pierwotnie była też chyba brązowa, lecz z wiekiem sczerniała, a teraz w kilku miejscach nosiła dodatkowo ślady zębów Pantalaimona. Miała też wyraźny zapach: delikatny, trochę cierpki, trochę korzenny... Jak połączenie męskiej wody po goleniu i woni potu. Pan aż zamachał łapką przed nosem. Lyra starannie obejrzała portfel w poszukiwaniu monogramu, ale niczego takiego nie znalazła.

Otworzyła go. W środku na pierwszy rzut oka też wszystko wyglądało normalnie. Znalazła cztery banknoty - łącznie sześć dolarów i sto franków, a więc kwotę niezbyt wielką. Z sąsiedniej przegródki wyjęła powrotny bilet kolejowy z Paryża do Marsylii.

- Był Francuzem? - podsunął Pantalaimon.

- Jeszcze nie wiem. Patrz, jest zdjęcie.

W następnej przegródce tkwił wymacany i wybrudzony dokument tożsamości z fotogramem przedstawiającym mężczyznę w wieku około czterdziestu lat, z czarnymi kręconymi włosami i cienkim wąsikiem.

- To on - powiedział Pan.

Dokument został wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Jego Królewskiej Mości niejakiemu Anthony'emu Johnowi Roderickowi Hassallowi, obywatelowi brytyjskiemu, którego data urodzin wskazywała, że ma trzydzieści osiem lat. Fotogram dajmona przedstawiał niedużego ptaka drapieżnego, podobnego do jastrzębia. Pan patrzył na oba zdjęcia z wielkim zainteresowaniem i żalem.

Następny przedmiot z portfela Lyra rozpoznała z łatwością, ponieważ sama nosiła taki w torebce: była to karta czytelnika z Biblioteki Bodlejańskiej.

- Wygląda na to, że był z uniwersytetu - zdumiał się Pan. - A to co takiego?

Kolejna karta, wydana przez Wydział Botaniki, potwierdzała, że doktor Roderick Hassall jest pracownikiem Katedry Roślinoznawstwa.

- Dlaczego go napadli? - spytała Lyra, nie oczekując wcale odpowiedzi. - Wyglądał na bogatego? Miał coś przy sobie? O co im chodziło?

- Mówili... - Pantalaimon wytężył pamięć. - Jeden z nich, ten, który go zabił, był zaskoczony, że zabity nie miał przy sobie torby. Tak jakby spodziewał się ją przy nim znaleźć. Ale tego drugiego, tego, który został ranny, zupełnie to nie zainteresowało.

- A ten zamordowany miał przy sobie torbę czy nie? Albo walizkę? Aktówkę? Cokolwiek...

- Nie. Nic nie miał.

Lyra wyjęła z portfela wielokrotnie składany i rozkładany karteluszek, podklejony taśmą na zgięciach i opatrzony napisem laissez-passer.

- Co to? - zainteresował się Pan.

- Chyba coś w rodzaju paszportu...

Dokument, wydany przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego Wysokiej Porty Imperium Osmańskiego z siedzibą w Konstantynopolu, stwierdzał (po francusku, angielsku i anatolijsku) że Anthony John Roderick Hassall, botanik z Oksfordu w Brytonii, ma prawo swobodnie podróżować po terytoriach królestw Imperium Osmańskiego, a przedstawiciele wszelkich władz są zobowiązani - gdyby zaszła taka konieczność - do udzielenia mu pomocy i zapewnienia ochrony.

- Jak duże jest Imperium Osmańskie? - spytał Pantalaimon.

- Ogromne. Obejmuje Turcję, Syrię, Liban, Egipt, Libię i sięga jeszcze tysiące mil na wschód. Tak mi się wydaje. Patrz, jest jeszcze jeden papier...

- I jeszcze jeden, tam obok.

Pierwszy z dokumentów wydał Chanat Turkiestanu obejmujący Baktrię i Sogdianę, drugi zaś prefektura Sin Kiang w Niebiańskim Cesarstwie Kitaju. Oba w podobny sposób stwierdzały mniej więcej to samo co osmański laissez-passer.

- Oba już straciły ważność - zauważyła Lyra.

- Ten z Sin Kiangu ma wcześniejszą datę niż turkiestański. To znaczy, że jechał z tamtej strony i zajęło mu to... trzy miesiące. Szmat drogi.

- Jest tu coś jeszcze...

Palce Lyry wymacały kolejną karteczkę, ukrytą w wewnętrznej przegródce portfela. Kiedy wyjęła ją i rozłożyła, zobaczyła coś zupełnie innego od wcześniejszych dokumentów: anglojęzyczną ulotkę reklamową linii żeglugowej zachwalającą rejs do Lewantu na pokładzie SS Zenobia. Imperial Orient Line obiecywała wizytę w "romantycznej krainie wiecznego słońca".

- "...w świecie jedwabi i perfum" - czytał dalej Pan - "dywanów, słodkich przysmaków i damasceńskich mieczy, błysku pięknych oczu pod gwiaździstym niebem...".

- "Zatańcz przy romantycznej muzyce Carlo Pomeriniego i jego Salonowej Orkiestry Serenadowej" - podjęła Lyra. - "Zobacz, jak szepczący blask księżyca kładzie się na spokojnych wodach Morza Śródziemnego, i poczuj upojny dreszcz...". Jak niby blask księżyca miałby szeptać? "Rejs do Lewantu z Imperial Orient to twoja przepustka do świata cudów...". Zaraz. Pan, spójrz na to!

Na odwrocie znajdował się rozkład rejsów, w którym podano daty przybicia do brzegu w różnych portach i wypłynięcia z nich w morze. Statek miał wypłynąć z Londynu w czwartek 17 kwietnia, by w sobotę 23 maja wrócić do Southampton, zaliczywszy po drodze czternaście miast. Ktoś zakreślił kółkiem poniedziałek 11 maja, dzień, w którym Zenobia miała przybyć do Smyrny. Prosta kreska łączyła kółeczko wokół tej daty z nagryzmolonymi obok słowami: "Café Antalya, plac Sulejmana, godz. 11.00".

- Umówione spotkanie! - wykrzyknął Pantalaimon.

Przeskoczył ze stołu na półkę nad kominkiem i tam stanął słupka, wsparty przednimi łapkami o ścianę, żeby spojrzeć na zawieszony na ścianie kalendarz.

- Czekaj, to nie ten rok, dni tygodnia się nie zgadzają... To ma być w przyszłym roku! Tego spotkania jeszcze nie było! Co zrobimy?

- Hm... - mruknęła Lyra. - Powinniśmy iść z tym na policję. Chyba nie ma co do tego wątpliwości, prawda?

- Słusznie. - Pan zeskoczył z powrotem na stół. Obrócił dokumenty, żeby wygodniej mu się je czytało. - Nic więcej nie ma w portfelu?

- Chyba nie. - Lyra jeszcze raz przeszukała portfel, wciskając palce w głąb przegródek. - A nie, zaczekaj... coś tu jest... Jakaś moneta?

Odwróciła portfel do góry nogami i potrząsnęła. Ze środka wypadła jednak nie moneta, tylko klucz z okrągłą przywieszką opatrzoną numerem 36.

- To wygląda jak... - zaczął Pan.

- Tak. Widzieliśmy już takie. Nawet sami taki mieliśmy. Kiedy to było?

- W zeszłym roku... na dworcu kolejowym...

- Przechowalnia bagażu! Zostawił coś w skrytce na bagaż.

- Torbę, którą tamci spodziewali się przy nim znaleźć!

- I która pewnie nadal tam jest.

Spojrzeli po sobie szeroko otwartymi oczami.

Lyra pokręciła głową.

- Powinniśmy pójść z tym na policję - powtórzyła. - Zrobiliśmy to, co każdy by zrobił na naszym miejscu: sprawdziliśmy, do kogo należał portfel. A teraz... teraz...

- Moglibyśmy też zanieść go do Ogrodu Botanicznego, do Katedry Roślinoznawstwa. Ktoś stamtąd powinien znać tego człowieka.

- To prawda, ale my już wiemy, że on nie żyje. Dlatego to sprawa dla policji. Nie mamy wyboru, Pan.

- Mhm. Chyba masz rację.

- Nie widzę jednak powodu, dla którego nie mielibyśmy sobie zapisać paru rzeczy, które odkryliśmy: dat rejsu, dnia spotkania w Smyrnie...

Lyra zanotowała szczegóły.

- To już na pewno wszystko? - zapytał Pantalaimon.

- Tak. Postaram się teraz powkładać wszystko na miejsce, a potem pójdziemy na posterunek.

- Po co to robimy, zapisujemy te rzeczy? Po co, tak naprawdę?

Lyra spojrzała przeciągle na Pana, zanim znów skupiła się na portfelu.

- Z ciekawości - odparła. - To wszystko nie nasza sprawa. Tylko że wiemy, skąd portfel wziął się w sitowiu, więc to jednak jest nasza sprawa.

- Poza tym ten człowiek powiedział, że teraz wszystko zależy od nas.

Lyra schowała portfel do kieszeni, wyłączyła grzejnik, zamknęła drzwi na klucz i udali się na główny posterunek policji przy St Aldate's.

***

Dwadzieścia pięć minut później czekali w recepcji. Sierżant dyżurny obsługiwał akurat mężczyznę, który ubiegał się o pozwolenie na wędkowanie i nie dawał sobie wytłumaczyć, że takie dokumenty wydaje straż rzeczna, a nie policja. Wykłócał się o swoje z takim uporem, że Lyra przysiadła na jedynym krześle i przygotowała się na to, że będzie tak czekać do obiadu.

Siedzący jej na kolanach Pantalaimon rozglądał się bacznie. Kiedy dwóch innych policjantów wyszło z pokoju w głębi budynku i zatrzymało się w recepcji na pogawędkę, Lyra nagle poczuła wbijające się jej w dłoń pazurki.

Nie zareagowała, wiedząc, że Pan za chwilę i tak jej powie, co się stało. I rzeczywiście: płynnym ruchem wspiął się jej na ramię i szepnął do ucha:

- To tego człowieka widziałem w nocy. To zabójca. Jestem pewien.

Miał na myśli wyższego i bardziej barczystego z dwójki rozmówców.

- Nie, normalne nadgodziny - mówił właśnie do kolegi. - Wszystko oficjalnie, w zgodzie z przepisami. Ręczę.

Miał nieprzyjemny głos, chrapliwy, lekko bełkotliwy i mówił z liverpoolskim akcentem.

- Skoro jest pan najzupełniej pewien - powiedział w tej samej chwili wędkarz do sierżanta dyżurnego - to chyba nie mam wielkiego wyboru. Ale chcę to mieć na piśmie.

- Proszę przyjść po południu, wtedy mój kolega na dyżurze wystawi panu stosowny dokument - odparł sierżant i mrugnął porozumiewawczo do pozostałej dwójki.

- Tak właśnie zrobię. Nie odpuszczę.

- Absolutnie. Tak trzymać. Panienko? - Sierżant zwrócił się do Lyry. - W czym mogę pomóc?

Patrzył na Lyrę. Dwaj stojący w recepcji policjanci również jej się przyglądali.

- Nie wiem, czy dobrze trafiłam - odparła, wstając - ale skradziono mi rower.

- Bardzo dobrze pani trafiła. Proszę wypełnić ten formularz. Zobaczymy, co da się zrobić.

Lyra wzięła podany jej dokument.

- W tej chwili trochę się śpieszę... Mogę go wypełnić i przynieść później?

- Kiedy tylko sobie pani zażyczy.

Sprawa skradzionego roweru nie wydała się sierżantowi szczególnie interesująca, odwrócił się więc do kolegów i włączył do ich rozmowy o nadgodzinach. Chwilę później Lyra i Pantalaimon znaleźli się z powrotem na ulicy.

- To co teraz? - zapytał dajmon.

- Jak to, co teraz? Idziemy do przechowalni bagażu!

***

Najpierw jednak Lyra postanowiła rozejrzeć się nad rzeką. Idąc przez Carfax w stronę zamku, jeszcze raz szczegółowo omówili z Panem całą sprawę. Byli przy tym uprzedzająco grzeczni i słuchali siebie nawzajem z wręcz przesadną uważnością. Przechodnie na ulicy, klienci w sklepach, rozmówcy Lyry na Krytym Bazarze - wszyscy zachowywali się zupełnie naturalnie w towarzystwie swoich dajmonów. Dajmon George'a, właściciela restauracji, był ekscentryczną szczurzycą, która siedziała w kieszeni na piersi jego fartucha i zgryźliwie komentowała wszystko, co działo się dookoła. Lyra zapamiętała ją już z dzieciństwa, zawsze taka była - i zawsze doskonale dogadywała się z George'em. Tylko Lyra i Pantalaimon byli ze sobą nieszczęśliwi.

Starali się więc ze wszystkich sił. Poszli na działki, obejrzeli furtkę w ogrodzeniu sortowni, przez którą przegramolił się drugi z napastników, prześledzili ścieżkę, którą od strony dworca przybyła ofiara. Był dzień targowy, więc oprócz szczęku przetaczanych na bocznicach wagonów i wizgu wiertarki albo szlifierki w budynku poczty, gdzie ktoś prowadził jakieś naprawy, było słychać także dobiegające z odległych zagród porykiwanie bydła. Wszędzie kręcili się ludzie.

- Ktoś może nas obserwować - zauważyła Lyra.

- To nie jest wykluczone.

- Chodź, przespacerujmy się. Jakbyśmy bujali w obłokach.

Rozejrzała się bez pośpiechu. Znajdowali się pomiędzy ogródkami działkowymi i rzeką, na rzadko koszonej łące, gdzie latem ludzie wyprawiali się na przechadzki i pikniki, grali w piłkę albo przychodzili wykąpać się w rzece. Lyra nie znała tych okolic zbyt dobrze, wychowała się pół mili dalej na północ w towarzystwie urwisów i rozrabiaków z Jericho. Stoczyła wiele bitew z gangami tubylców z St Ebbes, zanim jeszcze wyprawiła się w głąb Arktyki, a potem do innego świata. Nawet teraz - jako dwudziestoletnia wykształcona kobieta i studentka Świętej Zofii - odczuwała atawistyczny lęk przed przebywaniem na terytorium wroga.

Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, przez gąszcz traw, nad rzekę, usiłując sprawiać wrażenie, jakby robiła wszystko, tylko nie szukała miejsca zbrodni. Przystanęli na widok pociągu z węglem, który wolniutko toczył się z prawej strony w kierunku drewnianego mostu nad rzeką - pociągi nie jeździły tędy zbyt szybko. Węglarki zaturkotały na moście i pociąg zjechał na lewo, na lokalną linię prowadzącą do gazowni, a z niej na bocznicę przy głównym gmachu, w którym dniem i nocą huczały piece.

- Pan? - zagadnęła Lyra. - Gdyby nie został napadnięty, to dokąd by dotarł? Dokąd prowadzi ta ścieżka?

Stali na południowym skraju ogródków działkowych, w miejscu, z którego Pantalaimon pierwszy raz zobaczył napastników ukrywających się w cieniu wierzby. Oba drzewa - wierzba i dąb - znajdowały się w tej chwili jakieś sto jardów od nich, pomiędzy nimi a rzeką. Gdyby mężczyzna nie padł ofiarą napaści, przeszedłby nadbrzeżną ścieżką dalej, gdzie rzeka zakręcała w lewo. Nie roztrząsając tego dłużej, Lyra i Pan ruszyli w tę stronę, ciekawi, co znajdą.

Ścieżka prowadziła do przerzuconej nad rzeką kładki. Po jej drugiej stronie rozciągało się St Ebbes, gąszcz zabudowanych szeregowcami wąskich uliczek wokół gazowni.

- A więc to tam się udawał - odezwał się Pan.

- Mógł nawet o tym nie wiedzieć, po prostu szedł ścieżką.

- I pewnie stamtąd przyszedł ten drugi, ten, który nie przybył z sortowni.

- Dalej można iść, dokąd tylko zechcesz, można przepaść bez śladu w St Ebbes albo pójść dalej, na St Aldate's, Carfax... Wszędzie.

- Nie dowiemy się, dokąd szedł. Nie mamy szans zgadnąć.

Oboje dobrze wiedzieli, dlaczego stoją przy wejściu na kładkę i rozmawiają w ten sposób: żadne z nich nie wyrywało się do oglądania miejsca, w którym zamordowano tego człowieka.

- Mimo wszystko powinniśmy to zrobić - powiedziała w końcu Lyra.

- Powinniśmy - zgodził się z nią Pan. - Chodźmy.

Zawrócili i ruszyli z powrotem wzdłuż rzeki w stronę wierzby i dębu, gdzie sitowie gęstniało, a ścieżka stawała się błotnista. Lyra rozglądała się od niechcenia, ale nigdzie nie widziała niczego groźnego ani złowieszczego. Nieco dalej nad rzeką bawiły się dzieci, parę osób pracowało na działkach, a z naprzeciwka szło dwoje starszych ludzi: trzymali się za ręce i nieśli siatki z zakupami.

Minęli się ze starszym państwem, którzy uśmiechem i skinieniem głowy odpowiedzieli na "Dzień dobry" Lyry, i znaleźli się w cieniu dębu. Pantalaimon przeskoczył z ramienia Lyry na pień i dalej, na gałąź, na której przycupnął w nocy, po czym zeskoczył na ziemię i zaczął przemykać w trawie w stronę wierzby. Lyra ruszyła za nim, wypatrując na ziemi śladów walki. Wszędzie widziała tylko trawę i zdeptane błoto, niczym nieróżniące się od trawy i błota na innych odcinkach ścieżki.

- Nikt nie idzie? - zapytała.

Pan wskoczył jej na ramię i rozejrzał się.

- Kobieta z dzieckiem i siatką z zakupami przechodzi w tej chwili przez kładkę. Nikogo więcej nie widać.

- Rozejrzyjmy się w sitowiu. To było mniej więcej tutaj, zgadza się?

- Tak. Dokładnie w tym miejscu.

- Potem zabójca zaciągnął ofiarę do wody, tak?

- Właściwie w gąszcz sitowia, nie do samej wody. W każdym razie nie od razu, nie kiedy patrzyłem. Bo potem jeszcze mógł wrócić.

Lyra zeszła ze ścieżki na zarośniętą nabrzeżną pochyłość. Sitowie rosło tu wysokie, stromizna była spora i zboczywszy zaledwie na sześć stóp ze ścieżki, Lyra straciła z oczu całą łąkę. Ślizgała się okropnie, wiedziała, że buty będzie miała potwornie ubłocone, ale w końcu złapała równowagę, przykucnęła i spojrzała na ziemię z bliska. Sitowie było częściowo wygniecione i połamane: coś tu ciągnięto po błocie. Coś wielkości dorosłego człowieka.

Nigdzie jednak nie było widać ciała.

- Nie możemy za długo się tu kręcić - zauważyła, wspiąwszy się z powrotem na ścieżkę. - Ktoś mógłby nabrać podejrzeń.

- W takim razie chodźmy na dworzec.

Kiedy przechodzili obok sortowni, wielki dzwon Kolegium Kardynalskiego wybił jedenastą, a Lyra przypomniała sobie o rozpoczynającym się właśnie wykładzie - ostatnim w tym trymestrze - na którym powinna być. Wiedziała jednak, że Annie i Helen na pewno na niego pójdą, więc później pożyczy od nich notatki. A może ten nieśmiały przystojniak z Kolegium Magdaleny znów usiądzie z tyłu, tak jak przedtem? Mogłaby jednak pójść, usiąść obok niego i zobaczyć, co z tego wyniknie. Wszystko wróciłoby do normy.

Tyle że dopóki miała w kieszeni klucz do skrytki, nie mogło być mowy o normalności.

- Dawniej to ty byłaś impulsywna, a ja musiałem cię hamować - zauważył Pantalaimon. - Zmieniliśmy się.

Lyra pokiwała głową.

- Świat się zmienia... Moglibyśmy zaczekać, aż tamten policjant skończy służbę, i wrócić na St Aldate's. Na przykład wieczorem, koło szóstej. Nie mogą przecież wszyscy na posterunku być w zmowie, na pewno znajdzie się jakiś uczciwy funkcjonariusz. Tu nie chodzi o jakąś drobną kradzież w sklepie, tylko o morderstwo.

- Wiem. Widziałem.

- Może niepotrzebnie utrudniamy śledztwo i pomagamy mordercy? To by było złe.

- Jest coś jeszcze - powiedział Pantalaimon.

- Tak?

- Kiedyś byłaś optymistką, uważałaś, że cokolwiek zrobimy, ostatecznie wyjdzie nam na dobre. Nawet pobyt na północy cię nie zmienił. A teraz jesteś ostrożna, zalękniona... Stałaś się pesymistką.

Lyra wiedziała, że Pan ma rację, ale nie powinien mówić tego takim oskarżycielskim tonem, jakby doszukiwał się w tym jakiejś jej winy.

- Byłam młoda - odparła, nie znajdując lepszych słów.

Nie odpowiedział.

Nie odzywali się do siebie, dopóki nie znaleźli się na dworcu - wtedy Lyra zawołała Pantalaimona, który od razu wskoczył jej na ręce. Posadziła go sobie na ramieniu.

- Patrz do tyłu - powiedziała - i miej oczy szeroko otwarte. Ktoś może nas obserwować.

Pan odwrócił się i usadowił wygodnie. Lyra weszła na schody prowadzące do wejścia.

- Nie idź od razu do skrytek - poradził jej półgłosem. - Zajrzyj do kiosku, przejrzyj czasopisma. Ja będę czuwał. Przekonamy się, czy ktoś patrzy.

Skinęła głową i zaraz za drzwiami skręciła w lewo, do stoiska z prasą. Kartkowała kolejne pisma ilustrowane, a Pantalaimon przyglądał się wszystkim mężczyznom i kobietom stojącym w kolejkach po bilety, pijącym kawę przy stolikach, oglądającym rozkłady jazdy i rozpytującym o coś w biurze informacji.

- Wszyscy są czymś zajęci - zameldował w końcu. - Nie widzę nikogo, kto by się kręcił po próżnicy.

- Mogę iść? - spytała Lyra. Klucz do skrytki miała pod ręką, w kieszeni.

- Idź. Ale nie śpiesz się, staraj się zachowywać naturalnie. Po drodze spójrz na zegar albo na tablicę przyjazdów i odjazdów...

Lyra odłożyła przeglądane czasopismo i odwróciła się tyłem do stoiska. Miała wrażenie, że spoczęła na niej chyba z setka par oczu, ale z udawaną nonszalancją przeszła na drugą stronę hali kasowej, do skrytek bagażowych.

- Na razie wszystko gra - powiedział Pan. - Nikt nie patrzy. Działaj!

Skrytka numer 36 była umieszczona na wysokości talii. Lyra przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwiczki. W środku leżał sfatygowany płócienny plecak.

- Oby nie był za ciężki - mruknęła.

Wyjęła plecak ze schowka. Klucz zostawiła w drzwiach.

- Szkoda, że nie umiemy robić tego, co Will - dodała.

Pan wiedział, co miała na myśli: Will Parry potrafił na zawołanie stawać się niewidzialny. Swoją umiejętnością zaskoczył nawet wiedźmy z dalekiej północy, które stosowały tę samą technikę: do tego stopnia ograniczały i tłamsiły wszystko, co było w nich interesującego, że ludzie przestawali je zauważać. Will ćwiczył się w tej sztuce przez całe życie. Dzięki temu uchodził uwagi policjantów i pracowników opieki społecznej, którzy mogliby się zainteresować, dlaczego nie jest w szkole, a wtedy puszczone przez nich w ruch procedury doprowadziłyby do rozdzielenia Willa z ukochaną matką, dręczoną przez przeróżne urojone lęki i obsesje.

Kiedy opowiedział Lyrze o tym, jak wygląda jego życie i jak trudno jest pozostać niezauważonym, w pierwszej chwili nie mogła się nadziwić, że ktoś w ogóle jest w stanie żyć tak samotnie. Jego odwaga poruszyła ją do głębi, w ogóle natomiast nie zdziwiła się Lyra na wieść o tym, że wiedźmy nadzwyczaj wysoko oceniają tę jego umiejętność.

Zastanawiała się - często jej się to zdarzało - co w tej chwili robi Will, jak teraz wygląda, czy jego matka jest bezpieczna...

- Na razie wszystko w porządku - mruknął uspokajająco Pantalaimon - ale lepiej przyśpiesz trochę. Na schodach stoi jakiś mężczyzna i się nam przygląda.

Wyszli na dziedziniec przed dworcem, gdzie taksówki i autobusy wysadzały pasażerów i zabierały nowych. Myśląc o Willu, Lyra nie zwróciła uwagi, gdzie się znaleźli.

- Jak wygląda? - spytała półgłosem.

- Wysoki. W czarnej wełnianej czapce. Jego dajmon wygląda jak mastyf.

Lyra przyśpieszyła kroku, kierując się w stronę Hythe Bridge Street i centrum miasta.

- Co teraz robi?

- Nadal nas obserwuje...

Najszybciej wróciłaby do Jordana najkrótszą drogą, to było zrozumiałe, ale droga najkrótsza byłaby zarazem najbardziej niebezpieczna: przez całą Hythe Bridge Street, a potem także George Street Lyra byłaby stale na widoku.

- Widzi nas?

- Teraz nie, hotel nas zasłania.

- Trzymaj się mocno.

- Co zamierzasz...

Lyra przebiegła znienacka przez ulicę i zgięta w pół przecisnęła się pod barierką odgradzającą pirsy, przy których rozładowywano barki z węglem. Nie zwracając uwagi na ludzi, którzy się za nią odwracali, okrążyła żuraw parowy, obiegła od tyłu siedzibę Zarządu Dróg Wodnych, przebiegła na drugą stronę wąskiej uliczki i zanurkowała w głąb George Street Mews.

- Nie widzę go - poinformował Pan, wykręciwszy szyję.

Lyra wypadła na Bulwarks Lane - zaułek pomiędzy dwoma wysokimi murami był tak wąski, że wyprostowanymi rękami mogłaby dotknąć obu ścian jednocześnie. W tym miejscu była całkowicie niewidoczna; nikt by jej tu nie pomógł, gdyby wpadła w tarapaty. Dotarła jednak bez przeszkód do końca uliczki i skręciła ostro w lewo, w kolejną wąską dróżkę, biegnącą na tyłach kościoła Świętego Piotra i wychodzącą na New Inn Hall Street, przez którą przewalały się tłumy kupujących z okolicznych sklepów.

- Świetnie nam idzie - powiedział Pantalaimon.

Hop przez ulicę i nura w Sewy's Lane, zawilgocony zaułek przy hotelu Clarendon. Jakiś mężczyzna bez szczególnego pośpiechu wysypywał śmieci do dużego pojemnika; jego dajmon, maciora, leżał obok na ziemi i ogryzał rzepę. Kiedy biegnąca Lyra przeskoczyła nad świnią, mężczyzna zatoczył się w tył i wypuścił trzymany w zębach niedopałek papierosa.

- Ej, ty! - zawołał, ale Lyra zdążyła już wybiec na Cornmarket, główną ulicę handlową w mieście, pełną pieszych i pojazdów dostawczych.

- Rozglądaj się - poleciła bez tchu Pantalaimonowi.

Przebiegła na drugą stronę Cornmarket i wpadła w uliczkę obok Golden Cross Inn, prowadzącą na Kryty Bazar.

- Muszę odsapnąć - powiedziała. - Ten plecak jest diabelnie ciężki.

Spokojnym krokiem przeszła przez bazar, obserwując wszystkich ludzi przed sobą i zostawiając Pantalaimonowi pilnowanie tyłów. Już niedaleko: do Market Street, pięćdziesiąt jardów dalej w lewo w Turl Street i tam będzie Kolegium Jordana. Została niespełna minuta drogi. Panując nad każdym mięśniem z osobna, nieśpiesznie podeszła do portierni.

Ledwie znaleźli się z Panem w środku, ze stróżówki wychynęła jakaś postać.

- Lyra! Witaj. Jak ci się studiuje?

Był to krzepki, rumiany i zawsze życzliwy doktor Polstead, historyk. Nie miała ochoty z nim rozmawiać. Kilka lat temu odszedł z Jordana i przeniósł się do Kolegium Durham, po drugiej stronie Broad Street, czasem jednak miał do załatwienia jakieś sprawy w swojej starej placówce.

- Dobrze, dziękuję - odparła beznamiętnym tonem.

Przez portiernię przechodziła akurat grupa studentów w drodze na wykład lub ćwiczenia. Lyra udała, że ich nie widzi, oni zaś wszyscy bez wyjątku się na nią obejrzeli - czego zresztą się spodziewała. Zaniemówili nawet na moment, jakby onieśmieleni jej widokiem.

Jeszcze zanim na dobre zniknęli, doktor Polstead znudził się oczekiwaniem na bardziej wyczerpującą odpowiedź ze strony Lyry i wdał się w rozmowę z portierem. Lyra wyszła.

Dwie minut później siedzieli z Panem w jej pokoiku na szczycie klatki schodowej numer jeden. Sapnęła z ulgą, odęła policzki, zrzuciła plecak na podłogę i zamknęła drzwi na klucz.

- No - powiedział Pantalaimon - klamka zapadła.

4. Kolegialne srebra

4 Kolegialne srebra

- Co się stało? - zapytał Marcel Delamare.

Znajdował się w swoim gabinecie w La Maison Juste, a osobą, do której zwracał się z żądaniem wyjaśnień, był młody, całkiem zwyczajnie ubrany mężczyzna o ciemnych włosach, szczupłej, zdradzającej napięcie sylwetce i posępnej twarzy, który rozsiadł się wygodnie na sofie z wyciągniętymi do przodu nogami i rękami w kieszeniach. Jego dajmon, krogulec, patrzył spode łba na Delamare'a.

- Kiedy zatrudniasz partaczy...

- Odpowiedz na pytanie.

Gość wzruszył ramionami.

- Spaprali sprawę. Okazali się niekompetentni.

- Czy on nie żyje?

- Na to wygląda.

- Ale nic przy nim nie znaleźli. Nie miał przy sobie... torby? Teczki jakiejś?

- Aż takich szczegółów nie widzę, ale nie wydaje mi się.

- Spójrz jeszcze raz. Wysil się.

Młody człowiek machnął leniwie ręką, jakby odpędzał od siebie ten pomysł. Miał półprzymknięte oczy, lekko zmarszczoną minę i cieniutką warstewkę potu na białym czole.

- Źle się czujesz? - spytał Delamare.

- Wiesz, jak ta nowa metoda na mnie działa. To duże obciążenie dla nerwów.

- Dlatego tak dużo ci płacimy. Zresztą przecież zabroniłem ci z niej korzystać. Nie ufam jej.

- Dobrze, spojrzę, niech ci będzie. Spojrzę, tylko nie w tej chwili. Najpierw muszę trochę dojść do siebie. Ale jedno ci powiem od razu: ktoś widział.

- Co widział, naszą akcję? Kto?

- Nie mam pojęcia. Naprawdę nie umiem powiedzieć. Wiem tylko, że ktoś tam jeszcze był i wszystko widział.

- Nasi sprawcy się zorientowali?

- Nie.

- Coś jeszcze możesz mi powiedzieć?

- Nic więcej nie wiem. Nie sposób wiedzieć coś więcej. Chociaż...

Młodzieniec zamilkł. Sekretarz generalny, przyzwyczajony do jego kaprysów, czekał cierpliwie.

- Chociaż myślę, że to mogła być ona - podjął w końcu jego gość. - Ta dziewczyna. Nie widziałem jej, zaznaczam, ale to mogła być ona.

Mówiąc to, obserwował Delamare'a, który usiadł przy biurku, skreślił zdanie albo dwa na papierze z firmowym nagłówkiem, po czym złożył kartkę i nałożył skuwkę na pióro.

- Proszę, Olivierze - powiedział. - Zanieś to do banku. Potem odpocznij. Podjedz trochę. Musisz mieć siłę.

Młody mężczyzna rozłożył kartkę i przeczytał, co na niej napisano, a następnie schował ją i wyszedł bez słowa. Zauważył jednak coś, czego nigdy przedtem nie widział: na wzmiankę o dziewczynie wargi Marcela Delamare'a zadrżały.

***

Lyra odłożyła plecak na podłogę i opadła ciężko na stary fotel.

- Dlaczego się schowałeś, kiedy pojawił się pan Polstead? - zapytała.

- Wcale się nie schowałem - zaoponował Pantalaimon.

- Schowałeś się. Na dźwięk jego głosu natychmiast czmychnąłeś mi pod płaszcz.

- Po prostu nie chciałem przeszkadzać. Dalej, otwórzmy go i zobaczmy, co jest w środku - powiedział Pan, oglądając plecak z bliska i szturchając nosem sprzączki. - Na pewno należał do niego, to ten sam zapach. Zupełnie inny niż woda kolońska od ojca Miriam.

- Teraz nie możemy się tym zająć - zauważyła Lyra. - Mamy dwadzieścia minut, żeby wrócić do Świętej Zofii na spotkanie z doktor Lieberson.

Spotkanie z opiekunem naukowym, obowiązkowe dla każdego studenta pod koniec trymestru, miało być okazją do oceny jego postępów, upomnienia go, by bardziej przykładał się do obowiązków, pochwalenia za dobrą pracę oraz przedstawienia zalecanych lektur na ferie świąteczne. Lyra nigdy jeszcze nie przegapiła takiego spotkania, ale jeżeli teraz się nie pośpieszy...

Wstała. Pan ani drgnął.

- Powinniśmy go ukryć - powiedział.

- Co ty gadasz? Tu będzie bezpieczny, nikt tu nie przychodzi.

- Mówię serio. Pomyśl o tym człowieku z ubiegłej nocy: komuś tak bardzo zależało na tym plecaku, że był gotowy dla niego zabić.

Lyra musiała mu przyznać rację. Odwinęła wytarty dywan: pod deskami podłogi była nieduża pusta przestrzeń, w której już wcześniej zdarzało im się chować różne rzeczy. Dziura była dość ciasna, ale w końcu udało im się wepchnąć w nią plecak i nakryć podłogę dywanem. Kiedy Lyra zbiegała po schodach, zegar Kolegium Jordana wybijał za kwadrans dwunastą.

***

Dotarła na spotkanie minutę przed czasem i musiała się poddać ocenie doktor Lieberson zgrzana i zarumieniona. Wyglądało na to, że pracowała solidnie i zaczynała rozumieć zawiłości śródziemnomorskiej i bizantyjskiej polityki, aczkolwiek zawsze istniało niebezpieczeństwo pomylenia powierzchownej znajomości faktów z fundamentalnym rozumieniem reguł rządzących owymi faktami. Lyra, która całkowicie zgadzała się z doktor Lieberson, z zapałem kiwała głową; sama lepiej by tego nie ujęła.

Jej opiekunka - młoda kobieta o krótko przyciętych włosach, z dajmonem w ciele szczygła - posłała jej sceptyczne spojrzenie.

- Nie zaniedbaj lektur - ostrzegła ją. - Frankopan jest niezły. Hughes-Williams ma świetny rozdział o handlu w Lewancie. I nie zapominaj...

- Właśnie, pani doktor, handel w Lewancie... Przepraszam, że pani przerwałam, ale czy tam zawsze handlowano różami, perfumami i tym podobnymi towarami?

- Także zielem fajkowym, odkąd tylko zostało odkryte. W średniowieczu głównym źródłem olejku różanego była Bułgaria. Handel z Bułgarią ucierpiał jednak na skutek wojen bałkańskich, a następnie ceł nałożonych przez Imperium Osmańskie na wszelkie towary przewożone przez Bosfor. Poza tym klimat nieco się zmienił, bułgarscy ogrodnicy zaczęli mieć kłopot z uprawą najlepszych odmian i tak oto centrum handlu różami stopniowo odsunęło się na wschód.

- A wie pani, z czego wynikają obecne problemy tej branży?

- Nie wiedziałam, że ta branża ma problemy.

Lyra pokrótce streściła rozmowę z Miriam, włącznie z informacją o kłopotach z dostawami dla fabryki jej ojca.

- Ciekawe - przyznała doktor Lieberson. - Sama widzisz, że historia trwa bez przerwy. Dzieje się na naszych oczach. Przypuszczam, że źródłem dzisiejszych kłopotów są lokalne uwarunkowania polityczne, ale zainteresuję się tym bliżej. A tobie życzę miłej przerwy świątecznej.

***

Zakończenie pierwszego trymestru, zwanego Michaelmas, świętowano tradycyjnymi obrzędami, które różnie wyglądały w różnych kolegiach. W Świętej Zofii generalnie krzywo patrzono na wszelkie rytuały, a gdy odrobina pompy była absolutnie nie do uniknięcia, jakby z łaski serwowano nieco bardziej uroczystą kolację niż na co dzień. Zupełnie inaczej wyglądało to w Kolegium Jordana, gdzie na koniec trymestru wydawano wystawną Ucztę Fundatorską. Za młodu Lyra zawsze niecierpliwie jej wyczekiwała - nie dlatego, że była na nią zaproszona (bo nie była), ale dlatego, że mogła przy okazji zarobić parę gwinei za polerowanie sreber. Zadanie to stało się tradycją samą w sobie, więc po szybkim obiedzie z przyjaciółkami w Świętej Zofii (Miriam wyraźnie odzyskała dobry humor), Lyra pośpieszyła do Jordana i tamtejszej spiżarni, gdzie pan Cawson, kamerdyner, przygotowywał naczynia na ucztę - wykładał z kredensów misy, talerze, puchary i wielką puszkę proszku do czyszczenia sreber.

Pan Cawson - przełożony całej służby w Jordanie - nadzorował przebieg wszystkich ceremonii w kolegium, odpowiadał za organizację uroczystych kolacji, pilnował przygotowania srebrnej zastawy, dbał także o palarnię i dostępne w niej luksusy. Kiedyś przerażał Lyrę bardziej niż ktokolwiek inny w Oksfordzie, ostatnio jednak coraz częściej przejawiał oznaki zgoła nieoczekiwanego człowieczeństwa.

Usiadła przy wyłożonym zielonym suknem stole, zanurzyła wilgotną szmatkę w puszce z proszkiem i polerowała misy, talerze i puchary tak długo, aż ich powierzchnia zdawała się rozpływać w świetle lamp naftowych.

- Dobrze ci idzie - pochwalił ją pan Cawson, obracając w dłoniach jedną z mis i podziwiając jej nieskazitelny blask.

- Ile jest warta ta cała zastawa? - zagadnęła Lyra. Wzięła do ręki największe z naczyń, płaski półmisek o średnicy dwóch stóp z miseczkowatym zagłębieniem pośrodku.

- Jest bezcenna - odparł kamerdyner. - Nie do zastąpienia. Dziś nie można już kupić takich rzeczy, bo się ich po prostu nie produkuje. Utracono umiejętność ich wytwarzania. To, na przykład - wskazał trzymany przez Lyrę półmisek - ma trzysta czterdzieści lat i grubość dwóch gwinei. Nie sposób mu przypisać wartości monetarnej. - Westchnął ciężko. - Zresztą dzisiejsza uczta to prawdopodobnie ostatnia okazja, żeby go użyć.

- Naprawdę? A do czego on w ogóle służy?

- Nigdy nie byłaś na całej Uczcie Fundatorskiej, Lyro, mam rację? Wiele razy jadałaś w auli, zasiadałaś przy głównym stole, ale nigdy nie uczestniczyłaś w Uczcie od początku do końca. Zgadza się?

- Nikt mnie nie zapraszał, to by było niestosowne - odparła z namaszczeniem Lyra. - Zresztą i tak nie wpuszczono by mnie później do palarni.

- Hm - mruknął pan Cawson. Jego twarz niczego nie wyrażała.

- Dlatego nigdy nie widziałam, żeby ten wielgachny półmisek się do czegoś przydał. Co się na nim podaje, trufle na deser?

- Spróbuj go postawić.

Lyra położyła półmisek na zielonym suknie. Przekrzywił się na zaokrąglonym dnie i znieruchomiał w niezręcznie koślawej pozycji.

- Wydaje się mało praktyczny - zauważyła.

- Bo nie stawia się go na stole, tylko trzyma w rękach. To naczynie na wodę różaną.

- Na wodę różaną? - Zaciekawiona Lyra podniosła wzrok na kamerdynera.

- Otóż to. Po podaniu mięs, a przed zmianą talerzy na deserowe, obchodzimy salę z misami napełnionymi wodą różaną. Mamy cztery takie naczynia, to jest z nich najpiękniejsze. Dżentelmeni i ich goście mogą zanurzyć w pachnącej wodzie chusteczki, opłukać palce, cokolwiek zechcą... Sęk w tym, że nie możemy już nigdzie dostać wody różanej. Na tegoroczną Ucztę jeszcze nam wystarczy, ale na tym koniec.

- Ale dlaczego nie można jej kupić? Przecież róże rosną dosłownie wszędzie, w ogrodzie mistrza jest ich pełno! Moglibyście sami robić wodę różaną, to nie może być trudne.

- Nie zrozum mnie źle, angielskiej wody różanej jest na rynku pod dostatkiem - odparł pan Cawson. Zdjął masywną butlę z półki nad drzwiami. - Ale to rzadzizna, brakuje jej charakteru. Najlepsza woda różana pochodzi z Lewantu i krain leżących jeszcze dalej na wschód. Proszę, powąchaj.

Odkorkował butlę. Lyra pochyliła się nad nią i odkryła skoncentrowany aromat wszystkich róż, jakie kiedykolwiek rozkwitły na świecie, słodycz tak potężną i obezwładniającą, że przekraczała wszelkie granice słodyczy i z wielkiej złożoności przechodziła płynnie w królestwo prostoty, czystości i piękna. To był zapach światła słonecznego.

- Ach! - zachwyciła się. - Teraz rozumiem, co ma pan na myśli. Tylko tyle zostało?

- To wszystko, co udało mi się zdobyć. Chociaż wydaje mi się, że pan Ellis, szambelan w Kolegium Kardynalskim, ma jeszcze kilka butelek. Pan Ellis to bardzo skryty i ostrożny człowiek, ale spróbuję wkraść się w jego łaski.

Pan Cawson miał zwyczaj przemawiać tonem tak oschłym, że Lyra nigdy nie była pewna, kiedy żartuje, a kiedy mówi serio. Sprawa wody różanej wydała jej się jednak zbyt intrygująca, by łatwo odpuścić.

- A jak pan powiedział, że skąd pochodzi ta naprawdę dobra woda różana?

- Z Lewantu, głównie z Syrii i Turcji, o ile mi wiadomo. Podobno można je jakoś odróżnić, ale ja tego nie potrafię. To nie wino, z tokajem czy porto jest inaczej: każdy kieliszek skrywa wielkie bogactwo smaku i kiedy człowiek nauczy się je rozpoznawać, nigdy nie pomyli nawet roczników, nie mówiąc już o marce wina. Tylko że w przypadku wina mamy do dyspozycji język i kubki smakowe, prawda? Całe usta biorą w tym udział. A w przypadku wody różanej jest tylko zapach... Mimo to nie wątpię, że są tacy, którzy potrafią je rozróżniać.

- Dlaczego brakuje olejku na rynku?

- Przypuszczalnie przez mszyce. No dobrze, Lyro, wszystko wypolerowałaś?

- Jeszcze tylko ten lichtarz mi został. Niech mi pan powie, panie Cawson, kto jest waszym dostawcą wody różanej? U kogo się zaopatrujecie?

- U Sidgwicka, tak się nazywa firma. A skąd u ciebie to nagłe zainteresowanie?

- Mnie wszystko interesuje.

- Istotnie, zapomniałem już... No dobrze, dam ci coś. - Kamerdyner wyjął z szuflady flakonik wielkości małego palca Lyry i podał go jej. - Odkorkuj - polecił - i trzymaj nieruchomo.

Wykonała jego polecenie, a wtedy on z absolutnym spokojem i najwyższą ostrożnością napełnił flakonik wodą różaną z butli.

- Proszę bardzo. Tyle na pewno możemy odżałować. Należy ci się, zwłaszcza że nie jesteś zaproszona na ucztę i nie masz wstępu do palarni.

- Dziękuję panu!

- No, a teraz zmykaj. Aha, jeszcze jedno: gdybyś chciała się dowiedzieć czegoś więcej o Lewancie, Oriencie i tym podobnych, zwróć się do doktora Polsteada z Kolegium Durham.

- Dobry pomysł. Dziękuję, panie Cawson.

Wyszła ze spiżarni wprost w zimowe popołudnie i bez szczególnego entuzjazmu spojrzała w stronę Kolegium Durham po drugiej stronie Broad Street. Doktor Polstead na pewno był u siebie; mogłaby przejść przez ulicę, zapukać do niego, a on przyjąłby ją życzliwie, zaprosił, żeby usiadła, i zaczął niekończącą się opowieść o zawiłościach lewantyńskiego handlu. Po pięciu minutach zaczęłaby żałować, że do niego przyszła.

- To jak? - spytała Pantalaimona.

- Nie - odparł. - Kiedy indziej do niego pójdziemy. A o plecaku i tak nie możemy mu powiedzieć. Kazałby nam odnieść go na policję, my byśmy się upierali, że nie możemy i...

- Pan? O co chodzi?

- Ale z czym?

- Co przede mną ukrywasz?

- Nic. Chodźmy do domu, zajrzyjmy do plecaka.

- Nie teraz, to może poczekać. Nie zapominaj, że mamy konkretną robotę do wykonania. Jeżeli dziś zaczniemy, później będziemy mieli mniej pracy.

- No to chociaż zabierzmy plecak ze sobą.

- Nie! Zostanie tam, gdzie jest. To bezpieczna kryjówka. Niedługo i tak wrócimy do Jordana na przerwę trymestralną, a gdybym trzymała go w Świętej Zofii, stale byś mnie nagabywał, żeby w nim grzebać.

- Ja cię nie nagabuję.

- Żałuj, że się nie słyszysz.

Kiedy wrócili do Kolegium Świętej Zofii, Pantalaimon udał, że kładzie się spać, a Lyra sprawdziła bibliografię do swojego ostatniego eseju. Trochę jeszcze podumała nad plecakiem, a potem włożyła ostatnią czystą sukienkę i zeszła na kolację.

Przy duszonej baraninie przyjaciółki usiłowały ją namówić na wspólne wyjście na koncert w ratuszu, gdzie młody, niezwykle przystojny pianista miał grać Mozarta. W innych okolicznościach byłaby to propozycja niezwykle kusząca, Lyrze jednak co innego zaprzątało głowę. Zjadła jeszcze pudding ryżowy, po czym wymknęła się z jadalni, włożyła płaszcz i poszła na Broad Street, do pubu White Horse.

Młode damy rzadko same chadzały do pubów, ale Lyrze w obecnym stanie daleko było do damy. Poza tym szukała kogoś - i właśnie w pubie dość szybko go znalazła. Sala barowa w White Horse była mała i wąska, więc Lyra - chcąc się upewnić, że poszukiwany przez nią człowiek jest na miejscu - musiała przepchnąć się przez wieczorny tłum urzędników na sam koniec lokalu, do znajdującej się tam małej, zacisznej salki. W okresie regularnej nauki na uniwersytecie pub byłby pełen studentów, ponieważ (w odróżnieniu od niektórych innych lokali) w White Horse miasto swobodnie mieszało się z uczelnią. Trymestr miał się jednak ku końcowi i studenci poznikali, by wrócić dopiero w połowie stycznia. Tego wieczora Lyra nie reprezentowała jednak uczelni, lecz miasto. W stu procentach.

W salce siedział już Dick Orchard w towarzystwie Billy'ego Warnera i dwóch nieznanych Lyrze dziewczyn.

- Cześć, Dick - powiedziała Lyra.

Rozpromienił się na jej widok. Był całkiem przystojny. Miał czarne, kręcone, lśniące włosy, duże oczy o ciemnych tęczówkach i bardzo białych białkach, wyraziste rysy i zdrową skórę o złotawym odcieniu. Taka twarz doskonale prezentowałaby się na fotogramie, nie byłoby w niej nic niewyraźnego ani zamazanego. Poza tym za każdym przyjmowanym przez nią wyrazem kryła się naturalna skłonność do śmiechu albo przynajmniej rozbawienia. Szyję miał - na gipską modłę - przewiązaną niebiesko-białą apaszką w grochy. Jego dajmonem była mała, szczupła lisica, która z wyraźną przyjemnością wstała na widok Pantalaimona: ci dwoje zawsze się lubili. Kiedy Lyra miała dziewięć lat, podziwiała Dicka - podówczas przywódcę gangu chłopców kręcących się przy bazarze - za to, że umiał pluć najdalej ze wszystkich. Całkiem niedawno zaś wdali się w krótki, lecz namiętny romans, który - co ważne - zakończyli na przyjacielskiej stopie. Jego widok sprawił jej ogromną przyjemność, której jednak, rzecz jasna, nie zamierzała okazywać w obecności innych dziewcząt.

- Gdzieś ty się podziewała? - zagadnął Dick. - Od tygodni cię nie widziałem.

- Załatwiałam różne sprawy, spotykałam się z ludźmi, czytałam.

- Cześć, Lyro - odezwał się Billy, sympatyczny chłopak, który kręcił się przy Dicku, odkąd razem chodzili do podstawówki. - Co słychać?

- Cześć, Billy. Znajdzie się tam dla mnie miejsce?

- Kto to? - zainteresowała się jedna z dziewczyn.

Pozostali udali, że jej nie słyszą. Billy posunął się na ławce, robiąc miejsce Lyrze.

- Ej! - odezwała się druga z dziewcząt. - Co ty sobie wyobrażasz, że się tak wtrącasz?

Lyra także i jej słowa puściła mimo uszu.

- Nie pracujesz już na bazarze, Dick? - zapytała.

- Nie. Chrzanić taką robotę, całe to przewalanie kartofli i układanie główek kapusty. Zahaczyłem się w sortowni pocztowej. Co ci wziąć, Lyro?

- Badgera - odparła, bardzo z siebie zadowolona. Nie pomyliła się co do nowego miejsca pracy Dicka.

Dick wstał i przecisnął się obok jednej z dziewczyn.

- Co ty robisz, Dick? Co to za jedna?

- Moja dziewczyna - odparł Dick z czymś na kształt leniwego rozbawienia w oczach.

Lyra nie spuściła wzroku, wytrzymała jego spojrzenie z dumą, spokojnie, jakby przyznając się do winy. Kiedy Dick odszedł od stolika, dziewczyna, która go zagadnęła, zabrała swoją torebkę i ruszyła za nim, biadoląc płaczliwym tonem. Lyra nie zaszczyciła jej nawet jednym spojrzeniem.

- Jak on cię nazwał? - zainteresowała się druga z dziewcząt. - Laura?

- Lyra.

- To jest Ellen - przedstawił swoją towarzyszkę Billy. - Pracuje w centrali telefonicznej.

- Aha - powiedziała Lyra. - A co u ciebie, Billy?

- Zaczepiłem się u Acotta na High Street.

- Sprzedajesz fortepiany? Nie wiedziałam, że umiesz grać.

- Nie umiem. Ja je tylko dźwigam. Dzisiaj, na przykład, jest koncert w ratuszu. Mają tam fatalny fortepian, więc wypożyczyli od nas inny, lepszy. We trzech go taszczyliśmy, ale cóż, jakość kosztuje. A co tam u ciebie, egzaminy pozdawane?

- Jeszcze nie.

- Jakie egzaminy? - zainteresowała się druga dziewczyna. - Ty studiujesz?

Lyra skinęła głową. Wrócił Dick z półkwaterką badgera. Druga z dziewcząt zniknęła.

- Małe? Ależ dziękuję ci, Dicku - żachnęła się Lyra. - Gdybym wiedziała, że masz kłopoty finansowe, poprosiłabym o szklankę wody.

- Gdzie Rachel? - zapytała Ellen.

Dick usiadł.

- Wziąłem ci małe - powiedział - bo czytałem niedawno taki artykuł, z którego wynikało, że kobiety nie powinny pić za dużo na raz. Ale jest dla nich zbyt mocne, mąci im w głowach i budzi w nich szalone żądze.

- Rozumiem - odparła Lyra. - Mógłbyś sobie ze mną nie poradzić.

- Ja to jeszcze pół biedy, ale bałem się o przypadkowych świadków.

- Rachel wyszła? - dopytywała się dziewczyna, próbując wypatrzeć przyjaciółkę w tłumie.

- Wyglądasz dziś jak rasowy Gipcjanin - powiedziała Lyra do Dicka.

- Jak się ma atuty, to trzeba je eksponować.

- Tak to nazywasz?

- Pamiętasz, że mój dziadek jest Gipcjaninem? Giorgio Brabandt. Też przystojniak, jak ja. Pod koniec tygodnia będzie w Oksfordzie, mogę was sobie przedstawić.

- Mam tego dość - powiedziała dziewczyna do Billy'ego.

- Daj spokój, Ellen...

- Wychodzę z Rachel. Możesz iść z nami albo zostać, jak wolisz.

Dajmon dziewczyny, siedzący jej na ramieniu szpak, zatrzepotał skrzydełkami, gdy wstała od stołu. Billy spojrzał pytająco na Dicka, a kiedy ten odpowiedział wzruszeniem ramion, również wstał.

- To na razie, Dick. Cześć, Lyro - powiedział i wyszedł w ślad za Ellen.

- Popatrz, popatrz... - powiedział Dick. - Zostaliśmy sami.

- Opowiedz mi o tej sortowni. Co tam robisz?

- To główna sortownia na całą południową Anglię. Przesyłki przyjeżdżają pociągami pocztowymi w opieczętowanych workach. My te worki otwieramy i sortujemy przesyłki według regionów. Potem wrzuca się je do kolorowych skrzynek, każdy region ma swój kolor, i ładuje je do innych pociągów albo do zeppelinów pocztowych do Londynu.

- I tak przez cały dzień?

- Dniem i nocą, non stop. Dlaczego cię to interesuje?

- Mam swoje powody. Może ci je zdradzę, a może nie. Na której jesteś zmianie?

- W tym tygodniu na nocki. Zaczynam o dziesiątej.

- Czy pracuje u was taki mężczyzna, wysoki, barczysty... W poniedziałek, to znaczy wczoraj, pracował na nocnej zmianie i coś mu się stało w nogę...

- Osobliwe pytanie. Pracują u nas setki ludzi, zwłaszcza o tej porze roku.

- No tak, domyślam się...

- Tak się jednak składa, że chyba wiem, o kogo może ci chodzić. Jest taki jeden skurczybyk, paskudny jak cię mogę. Nazywa się Benny Morris. Ktoś dzisiaj mówił, że Benny spadł z drabiny i złamał nogę. Szkoda, że nie kark. Ale owszem, pracował wczoraj na nockę, przynajmniej przez pierwsze pół zmiany, bo potem się zmył. Tak przynajmniej myślę, po północy nikt go już nie widział. A dziś po południu słyszałem, że złamał nogę czy coś...

- Łatwo jest niepostrzeżenie wymknąć się z sortowni?

- Nie przez główną bramę, tam na pewno ktoś by cię zobaczył. Ale zawsze można przeskoczyć przez ogrodzenie albo przeleźć przez jakąś dziurę. O co ci chodzi, Lyro?

Bindi, dajmon Dicka, bez wysiłku wskoczyła na ławkę i teraz wpatrywała się w Lyrę błyszczącymi czarnymi ślepiami. Pan siedział na stole, tuż obok jej łokcia. Oba dajmony z uwagą śledziły rozmowę ludzi.

Lyra pochyliła się nad blatem.

- Wczoraj w nocy, właściwie już dzisiaj, bo było po północy, jakiś mężczyzna przelazł przez furtkę w ogrodzeniu sortowni od strony działek - zaczęła, zniżając głos. - Zszedł nad rzekę, gdzie spotkał się z drugim mężczyzną, ukrytym w cieniu drzew. Kiedy ścieżką od strony dworca nadszedł trzeci, tamci dwaj rzucili się na niego, zabili go i ukryli zwłoki w sitowiu. Dziś rano ciała już nie było; wiem, bo poszliśmy sprawdzić.

- Skąd o tym wszystkim wiecie?

- Widzieliśmy to na własne oczy.

- To dlaczego nie poszliście z tym na policję?

Cały czas patrząc Dickowi w oczy, Lyra pociągnęła solidny łyk piwa. Odstawiła szklankę.

- Nie możemy tego zrobić - odparła - i mamy ku temu dobry powód.

- Ale co wyście w ogóle robili w takim miejscu w środku nocy?

- Podkradaliśmy pasternak. To nieważne, grunt, że tam byliśmy i wszystko widzieliśmy.

Bindi spojrzała na Pana, który odpowiedział jej obojętnym spojrzeniem niewiniątka, jakiego Lyra by się nie powstydziła.

- Widzieli was? Tamci dwaj, o których mówiłaś...

- Gdyby nas zobaczyli, dopadliby nas i też próbowali zabić. Ale do czego zmierzam: nie spodziewali się, że napadnięty mężczyzna im się postawi, tymczasem on wyciągnął nóż i ciął jednego z nich w nogę.

Dick aż zamrugał z zaskoczenia i wyprostował się lekko.

- I mówisz, że widzieliście, jak tamci zepchnęli zwłoki do rzeki?

- Może nie do rzeki, ale w gąszcz sitowia. Potem poszli w stronę kładki przy gazowni. Ten zdrowy pomagał rannemu iść.

- Skoro tylko zepchnęli ciało w sitowie, to musieli potem wrócić i pozbyć się go na dobre. Każdy mógłby je tam znaleźć: nad rzeką bawią się dzieci, co rusz ktoś przechodzi ścieżką... Przynajmniej za dnia.

- Woleliśmy nie czekać, aż wrócą.

- Oczywiście.

Lyra dopiła piwo.

- Jeszcze jedno? - zapytał Dick. - Tym razem przyniosę ci duże.

- Nie, dziękuję. Zaraz będę musiała iść.

- A ten drugi mężczyzna, nie ten napadnięty, tylko ten, który czekał w zasadzce... Widzieliście, jak wyglądał?

- Nie, nie za dobrze. Ale słyszeliśmy jego głos. I właśnie dlatego - Lyra rozejrzała się i upewniła, że w dalszym ciągu nikt im się nie przygląda - nie możemy iść na policję. Słyszeliśmy, jak jeden policjant z kimś rozmawiał, i to był ten sam głos! Dokładnie ten sam. To policjant zabił tamtego człowieka.

Dick złożył usta jak do gwizdnięcia, ale nie wydał żadnego dźwięku. Napił się.

- Rozumiem - przyznał. - Niezręczna sytuacja.

- Nie wiem, co robić, Dick.

- Najlepiej nic nie rób. Po prostu zapomnij o całej sprawie.

- Nie mogę.

- To dlatego, że cały czas o niej myślisz. Spróbuj pomyśleć o czym innym.

Lyra pokiwała głową. Lepszej rady od Dicka nie dostanie.

Nagle coś przyszło jej do głowy.

- W okresie świątecznym sortownia zatrudnia pracowników tymczasowych, prawda?

- Owszem. A co, szukasz zajęcia?

- Może.

- No to idź do biura i zapytaj. Praca fajna, chociaż ciężka, uprzedzam. Nie będziesz miała czasu na zabawę w detektywa.

- Nie o to chodzi, chciałabym po prostu poczuć atmosferę tego miejsca. Zresztą to i tak by było tylko na krótko.

- Na pewno nie chcesz się jeszcze napić?

- Na pewno.

- A jakie masz plany na resztę wieczoru?

- Sprawy do załatwienia, książki do przeczytania...

- Zostań, będzie fajnie. Przepłoszyłaś tamte dziewczyny i teraz co, zostawisz mnie samego?

- Wcale ich nie przepłoszyłam!

- Daj spokój, spietrały się, że hej!

Zakłopotana Lyra zaczęła się rumienić. Ze zgrozą przypomniała sobie, jak bardzo była niemiła dla tamtych dwóch dziewcząt. A przecież tak łatwo byłoby się z nimi zaprzyjaźnić.

- Kiedy indziej, Dick - odparła, choć mówienie chwilowo przychodziło jej z trudem.

- Obiecanki cacanki - mruknął Dick.

W jego głosie nie było jednak żalu ani urazy. Wiedział, że znalezienie innej dziewczyny na wieczór nie zajmie mu wiele czasu - dziewczyny, która nie miała powodów do wstydu i dobrze się czuła ze swoim dajmonem. I rzeczywiście będzie fajnie, tak jak zapowiedział.

Przez chwilę Lyra zazdrościła tej nieznanej dziewczynie: Dick był świetnym, uprzejmym, miłym towarzyszem, do tego naprawdę ponadprzeciętnie przystojnym. Zaraz jednak przypomniała sobie, że już po kilku tygodniach bliższej znajomości zaczęła czuć, że ją ogranicza. Były takie sfery jej życia, które dla niej miały ogromne znaczenie, dla niego zaś zdawały się nie istnieć, tak wielką okazywał im obojętność. Wiedziała, na przykład, że nigdy nie będzie mu mogła opowiedzieć o Pantalaimonie i o tym, jak zostali rozdzieleni.

Wstała, ale zanim wyszła, pochyliła się do Dicka i go pocałowała - czym zupełnie go zaskoczyła.

- Nie będziesz musiał długo czekać - powiedziała.

Uśmiechnął się. Bindi i Pan szturchnęli się nosami, a potem Pan wskoczył Lyrze na ramię, przeszli przez bar i wyszli na zimną ulicę.

Lyra odruchowo skręciła w lewo, ale zawahała się, zastanowiła i przeszła na drugą stronę ulicy, kierując się do Kolegium Jordana.

- Co teraz? - spytał Pantalaimon, gdy pomachała portierowi w oknie.

- Plecak.

Bez słowa weszli na górę, do swojego starego pokoju. Lyra zamknęła drzwi na klucz, włączyła grzejnik, odwinęła dywan i podważyła deskę. Wszystko wyglądało tak, jak kiedy stąd wychodzili.

Wyciągnęła plecak ze skrytki, przeniosła go na fotel, bliżej lampy, i zaczęła odpinać sprzączki. Pantalaimon przycupnął obok na małym stoliku. Lyra miała ochotę mu powiedzieć, jak nieswojo się czuje, dręczona wyrzutami sumienia przemieszanymi ze smutkiem i niepohamowaną ciekawością, ale rozmawianie stało się takie trudne...

- Komu o tym powiemy? - zapytał.

- To zależy od tego, co znajdziemy w środku.

- Dlaczego?

- Sama nie wiem, może to nie będzie miało żadnego związku. Po prostu...

Lyra zawiesiła głos.

Odrzuciwszy klapę plecaka, znalazła na wierzchu schludnie złożoną koszulę, która niegdyś była biała, i sweter ze zgrzebnej granatowej wełny - jedno i drugie mocno sfatygowane. Pod nimi leżały sandały na sznurkowej podeszwie, również bardzo znoszone, oraz metalowe pudełko wielkości sporej Biblii, owinięte dwiema grubymi gumkami. Było ciężkie, a gdy obracała je w dłoniach, jego zawartość nie przemieszczała się w środku i nie wydawała żadnych dźwięków. Pierwotnie puszka zawierała tureckie ziele fajkowe, ale namalowany na niej fabryczny deseń prawie zupełnie się wytarł.

Otworzywszy ją, Lyra znalazła kilka niedużych buteleczek i zalakowanych tekturowych pudełek gęsto obłożonych watą bawełnianą.

- Pewnie jakieś próbki botaniczne - domyśliła się.

- To wszystko? - spytał Pantalaimon.

- Nie, jest jeszcze jakaś jakby... kosmetyczka...

Wyblakła płócienna kosmetyczka zawierała brzytwę, pędzel do golenia i prawie pustą tubkę pasty do zębów.

- Jest tam coś jeszcze. - Pan zajrzał do plecaka.

Lyra namacała książkę... nie, dwie książki. Wyjęła je i z rozżaleniem stwierdziła, że zostały napisane w językach, których nie zna. Jedna z nich, sądząc po ilustracjach, mogła być podręcznikiem do botaniki, druga zaś - gdyby oceniać po układzie tekstu na stronicach - jakimś długim poematem.

- To nadal nie wszystko - upierał się Pan.

Lyra wyjęła leżący na samym dnie plecaka plik papierów. Były w nim trzy lub cztery nadbitki artykułów z periodyków botanicznych, mały sfatygowany notatnik, który na pierwszy rzut oka zawierał nazwiska i adresy ludzi z całej Europy i nie tylko, oraz niewielki plik zmiętych, poplamionych, zapisanych ołówkiem kartek. Artykuły były napisane po niemiecku i po łacinie, za to odręczne zapiski sporządzono po angielsku.

- To jak? - zapytał Pantalaimon. - Czytamy?

- Oczywiście. Ale nie tutaj, tu jest fatalne światło. Nie mam pojęcia, jak kiedyś mogliśmy tu pracować.

Lyra złożyła kartki i schowała je do wewnętrznej kieszeni na piersi. Odłożyła rzeczy do plecaka, a plecak do schowka pod podłogą, po czym otworzyła drzwi, gotowa do wyjścia.

- Ja też będę mógł je przeczytać? - zapytał Pantalaimon.

- Pan, na litość boską!

W drodze powrotnej do Świętej Zofii nie odzywali się do siebie.

5. Dziennik doktora Straussa

5 Dziennik doktora Straussa

Lyra przyrządziła sobie gorący chocolatl i usiadła przy stoliku obok kominka. Przysunęła lampkę i zaczęła przeglądać wyjęty z plecaka rękopis. Składało się nań kilkanaście kartek poliniowanego papieru, zapisanych ołówkiem i najprawdopodobniej wydartych z zeszytu. Pan usiadł na stole - demonstracyjnie daleko od ręki Lyry, a zarazem dostatecznie blisko, żeby swobodnie czytać.

Z DZIENNIKA DOKTORA STRAUSSA

Taszbułak, 12 września

Czen, poganiacz wielbłądów, twierdzi, że był kiedyś na Karamakan i dotarł do samego serca pustyni. Zapytałem go, co tam jest. Odparł, że tego miejsca strzegą kapłani. Takiego właśnie słowa użył, było jednak widać, że szuka innego, które lepiej by wyrażało ich naturę. Jak żołnierze, powiedział, ale kapłani.

Czego strzegli? Budowli. Czen nie umiał powiedzieć, co było w środku, nie wpuścili go.

Co to była za budowla? Jak wyglądała? Jakie miała rozmiary? Duża, odparł, jak ogromna wydma piaskowa, największa na świecie, zbudowana z czerwonego kamienia i bardzo stara. Nie wyglądała na dzieło człowieka. Jak wobec tego wyglądała, jak wzgórze? Jak góra? Nie, miała regularne kształty. Jak budowla. Z czerwonego kamienia. Ale nie jak dom. Jak świątynia zatem? Wzruszył ramionami.

W jakim języku rozmawiali strażnicy? We wszystkich, odparł Czen. (Przypuszczam, że ma na myśli wszystkie języki, które sam zna, a tych jest wcale niemało: podobnie jak wielu innych poganiaczy wielbłądów porozumiewa się w tuzinie języków, z perskim i mandaryńskim włącznie).

Taszbułak, 15 września

Znów widziałem się z Czenem. Zapytałem go, po co zapuścił się na Karamakan. Odpowiedział, że od dziecka słyszał opowieści o legendarnych skarbach, jakie można tam znaleźć. Wielu próbowało, ale większość szybko się poddawała, zanim jeszcze na dobre zagłębiła się w pustynię, z powodu bólu podróży akterrakeh - tak to wymawiają.

Zapytałem, jak on radził sobie z bólem. Myślałem o złocie, odparł.

I co, zapytałem, znalazłeś złoto?

Spójrz na mnie, powiedział wtedy. Spójrz na nas.

Jest chudy jak szczapa. Ma zaklęśnięte policzki i głęboko zapadnięte oczy okolone setką zmarszczek. Pustynny pył wgryzł mu się w skórę dłoni. Jego ubrania powstydziłby się nawet strach na wróble. Jego dajmon, szczur pustynny, jest prawie bezwłosy, a jego nagą skórę pokrywają sączące się liszaje. Inni poganiacze unikają Czena, jakby się go bali, jemu zaś samotność wyraźnie odpowiada. Ostatnio poganiacze zaczęli unikać także i mnie, prawdopodobnie przez to, że utrzymuję z nim kontakt. Wiedzą o jego umiejętności rozdzielania się z dajmonem, budzi to w nich lęk i niechęć.

Zapytałem, czy nie boi się o swojego dajmona. Co by zrobił, gdyby szczurzyca zaginęła?

Szukałby jej w Al-Chan al-Azraq. Słabo znam arabski. Hassall wyjaśnił mi, że znaczy to "Błękitny Hotel". Zdumiałem się, ale Czen obstawał przy swoim: zgadza się, powiedział, Al-Chan al-Azraq, Błękitny Hotel. Gdzie znajduje się ten Błękitny Hotel, zapytałem więc, ale nie umiał mi powiedzieć. To miejsce, do którego udają się dajmony, wyjaśnił. Był zresztą przekonany, że szczurzyca wcale by tam nie poszła, bo pragnęła złota nie mniej niż on sam. To chyba był żart, bo przy tych słowach wybuchnął śmiechem.

Lyra spojrzała na Pantalaimona i stwierdziła, że ten w skupieniu wpatruje się w stronicę. Wróciła do lektury.

Taszbułak, 17 września

Im dłużej je badamy, tym bardziej prawdopodobne jest, że Rosa lopnoriae jest odmianą macierzystą, a pozostałe, R. tajikiae i inne, odmianami potomnymi. Interesujące nas zjawiska optyczne zdecydowanie najsilniej występują w przypadku ol. R. lopnoriae, której trudność uprawy rośnie wraz z oddalaniem się od Karamakan. Nawet kiedy postaraliśmy się w innym miejscu odtworzyć wszystkie warunki uprawy - tj. skład gleby, temperaturę, wilgotność itd. - w sposób praktycznie identyczny jak na K., okazy R. lopnoriae nie rozwijają się prawidłowo i wkrótce usychają. Coś nam umyka. Inne odmiany musiały zostać uzyskane w drodze intensywnego krzyżowania, żeby zachować choć część zalet R. lop po przeniesieniu uprawy w inne miejsca.

Pojawia się pytanie, w jaki sposób należy to wszystko opisać. Oczywiście pierwsze ukażą się artykuły w periodykach naukowych, ale nie wolno nam przeoczyć innych, bardziej dalekosiężnych implikacji. Gdy tylko wiedza na temat róż się upowszechni, rozpoczną się gorączkowe poszukiwania i próby wykorzystania ich potencjału, a wtedy my z naszą małą placówką badawczą w najlepszym razie zostaniemy zepchnięci na margines, w najgorszym zaś - znikniemy bez śladu. Podobny los czeka wszystkich okolicznych hodowców róż. Nie koniec na tym: zważywszy na naturę objawienia obserwowanego w procesie optycznym, należy się spodziewać zaognienia sytuacji religijnej i politycznej, paniki i fali prześladowań. Jest to równie pewne jak fakt, że po dniu nastaje noc.

Taszbułak, 23 września

Poprosiłem Czena, żeby był moim przewodnikiem na wyprawie w głąb Karamakan. Obiecałem mu złoto. Rod Hassall pójdzie z nami. Lękam się tej ekspedycji, lecz nie sposób jej już uniknąć. Spodziewałem się, że trudno będzie przekonać Cartwrighta do wydania zgody na tę podróż, ale udzielił mi gorącego poparcia. Równie dobrze jak my zdaje sobie sprawę, jaka jest stawka w tej grze. Zresztą sytuacja na miejscu i tak jest dramatyczna.

Taszbułak, 25 września

Doszły nas plotki o zamieszkach w Chulanszanie i Akdżarze, zaledwie 150 kilometrów na zachód stąd. Tamtejsze ogrody różane zostały spalone lub rozkopane przez ludzi z gór - tak się przynajmniej mówi. Do tej pory myśleliśmy, że tego rodzaju turbulencje ograniczają się do Azji Mniejszej, ale skoro sięgnęły tak daleko... To zła wiadomość.

Jutro ruszamy na Karamakan, o ile tylko będzie to możliwe. Cariad błaga mnie, bym tego nie robił, dajmon Hassalla również. Boją się, to zrozumiałe. Na Boga, ja też się boję.

Karamakan, 26 września

Ból jest przeokrutny, nie do opisania, przytłaczający i bezlitosny - ale też nie do końca jest po prostu bólem. To raczej coś na kształt przeszywającej serce udręki i smutku, choroba, strach i śmiertelna rozpacz w jednym. Wszystkie te aspekty łączą się i mieszają z różną intensywnością. Ból czysto fizyczny zelżał po mniej więcej półgodzinie; nie sądzę, bym był w stanie dłużej go znieść. Jeśli zaś chodzi o Cariad... To zbyt bolesne, nie potrafię o tym mówić. Co ja najlepszego zrobiłem? Co zrobiłem jej, mojej duszy? Te jej szeroko otwarte, wstrząśnięte oczy, kiedy się na nią obejrzałem...

Nie. Nie dam rady o tym pisać.

To najgorsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu - i zarazem najkonieczniejsza. Oby istniała jakaś przyszłość, w której znów będziemy mogli być razem. I oby Cariad mi wybaczyła.

To był koniec strony. Zaczytana Lyra poczuła jakiś ruch tuż obok opartej na stole ręki: to Pantalaimon odsunął się od niej i położył na samym krańcu stołu, zwrócony do niej tyłem. Ścisnęło ją w gardle, tak że nie byłaby w stanie wykrztusić ani słowa - nawet gdyby wiedziała, co powiedzieć.

Przymknęła na chwilę oczy, a potem czytała dalej:

Zapuściliśmy się na 4 kilometry w głąb pustyni. W tej chwili odpoczywamy, żeby nabrać nieco sił. Iście piekielne miejsce. Hassall z początku bardzo cierpiał, ale otrząsnął się szybciej ode mnie. Za to Czen jest wesoły jak skowronek, tyle że dla niego oczywiście to nie jest pierwszy raz.

Krajobraz skrajnie surowy. Ogromne wydmy, z których szczytu widać tylko następne wydmy, a za nimi kolejne. Koszmarne gorąco. Miraże majaczą na obrzeżach pola widzenia, a wszystkie dźwięki w jakiś sposób ulegają wzmocnieniu. Dujący nad pustynią wiatr wydaje nieznośne skrzypienia i chroboty, jakby miliony insektów żyły tuż pod cieniutką górną warstwą piasku, a także pod naszą skórą. Kiedy człowiek nie patrzy, mrowie tych odrażających stworzeń gryzie, żuje, szarpie i rozdziera nie tylko nasze trzewia, ale samą materię świata. Ale w rzeczywistości nie ma tu żadnego życia, zwierzęcego ani roślinnego. Tylko nasze wielbłądy pozostają niewzruszone.

Miraże - jeśli tym rzeczywiście są - znikają, kiedy spojrzy się prosto na nie, po czym natychmiast się odtwarzają, gdy tylko odwrócimy wzrok. Przywodzą na myśl wizerunki rozjuszonych bogów albo diabłów zastygłych w groźnych pozach. Trudno to wytrzymać. Hassall też cierpi. Czen powtarza, że powinniśmy prosić te bóstwa o przebaczenie; w tym celu próbował nas nauczyć odpowiedniej modlitwy wyrażającej skruchę i przeprosiny. Twierdzi, że miraże to aspekty Simurgha, jakiegoś monstrualnego ptaka. Bardzo trudno go zrozumieć.

Czas ruszać w dalszą drogę.

Karamakan, później

Posuwamy się bardzo wolno. Zatrzymaliśmy się na noc, wbrew radom Czena, który zalecał dalszy marsz. Zwyczajnie nie mamy siły, musimy odpocząć, dojść do siebie. Czen ma nas obudzić przed świtem, żebyśmy mogli wędrować w najchłodniejszej porze dnia. Ach, Cariad, Cariad...

Karamakan, 27 września

Okropna noc. Prawie nie spałem, dręczony koszmarami o torturach, rozczłonkowywaniu i wypruwaniu wnętrzności; zmuszony byłem patrzeć na te potworności, niezdolny uciec, zamknąć oczy ani pomóc. Co rusz budził mnie mój własny krzyk, a wtedy bałem się ponownie zasnąć - i nic nie mogłem poradzić na to, że jednak zasypiałem. Mój Boże, mam tylko nadzieję, że Cariad tak nie cierpi. Hassall jest w podobnym stanie jak ja. Czen obruszył się i położył spać dalej od obozowiska, żebyśmy go nie budzili.

Obudził nas, gdy zapowiedź świtu ledwie, ledwie rozjaśniła wschodni widnokrąg. Na śniadanie zjedliśmy suszone figi i paski suszonego wielbłądziego mięsa. Wyruszyliśmy, zanim zrobiło się gorąco.

To tam, powiedział w południe Czen.

Pokazywał na wschód, gdzie, jak mniemam, znajduje się sam środek pustyni Karamakan. Zmrużyliśmy z Hassallem oczy, osłoniliśmy je przed słońcem, wytężyliśmy wzrok, ale niczego nie zobaczyliśmy.

Jest popołudnie, najgorętsza pora dnia. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Hassall zbudował z koców improwizowane schronienie, wszyscy leżymy w uzyskanym w ten sposób skrawku cienia. Czen również. Pospałem trochę. Bez snów. Wielbłądy podkulają nogi, zamykają oczy i z niezmąconym spokojem zapadają w drzemkę.

Zgodnie z zapewnieniami Czena ból się zmniejszył, pozostała jednak głęboka, sięgająca serca rana, źródło nieustannych cierpień ducha. Czy to się kiedyś skończy?

Karamakan, 27 września, wieczór

Znowu w drodze. Piszę, siedząc na grzbiecie wielbłąda. Czen nie jest już pewien, czy podążamy we właściwym kierunku, a gdy go zapytać, dokąd, odpowiada, dalej, przed siebie. Mówi, że od wczoraj tego nie widział; kiedy pytam, co ma na myśli, nie umie dokładnie powiedzieć. Przypuszczam, że chodzi mu o czerwoną budowlę, ale ani ja, ani H. jej nie widzieliśmy. W ogóle niczego nie widzieliśmy poza nieskończoną, nieznośną monotonią piasku.

Nie sposób ocenić przebyty przez nas dystans, z pewnością nie jest zbyt duży, ale jeszcze dzień drogi i na pewno znajdziemy się w samym środku tego pustkowia.

Karamakan, 28 września

Noc lepsza, chwała Bogu. Sny skomplikowane, pomieszane, ale mniej krwawe. Spałem jak zabity, dopóki Czen nie obudził nas przed świtaniem.

Teraz ją widzimy. Z początku wyglądała jak miraż, mieniła się, falowała, unosiła nad horyzontem, ale w końcu wyrosła jej lita podstawa i teraz budowla mocno stoi na ziemi. Jej obecność jej niepodważalna. Przypomina twierdzę albo hangar na ogromny statek powietrzny. Z tej odległości nie widać szczegółów, żadnych drzwi, okien, umocnień, nic: to po prostu ogromny prostopadłościan w kolorze ciemnoczerwonym. Piszę te słowa tuż po południu. Wczołgaliśmy się do postawionego przez H. tymczasowego schronu, szukamy wytchnienia od potwornego upału. Teraz drzemka, a po przebudzeniu ostatni etap.

Karamakan, 28 września, wieczór

Dotarliśmy do budowli i napotkaliśmy kapłanów/żołnierzy/strażników. Zdają się pełnić wszystkie te trzy funkcje naraz. Nie noszą broni, ale są muskularni i sprawiają groźne wrażenie. Nie wyglądają na Europejczyków, Chińczyków, Tatarów ani Moskwian. Jasna skóra, czarne włosy, okrągłe oczy. Najwięcej chyba mają z Persów. Nie mówią po angielsku, w każdym razie nie zareagowali, gdy z Hassallem próbowaliśmy ich zagadnąć. Czen porozumiewa się z nimi bez przeszkód w języku, który dla mnie brzmi jak tadżycki. Są ubrani w proste koszule i luźne spodnie z ciemnoczerwonej bawełny w takim samym odcieniu jak budowla. Noszą skórzane sandały. Wydają się nie mieć dajmonów, ale obaj z Hassallem zbyt wiele już przeszliśmy, żeby nas to przerażało.

Za pośrednictwem Czena zapytaliśmy, czy możemy wejść do budynku. Natychmiastowe, bezwzględne NIE. Zapytaliśmy więc, co jest w środku. Naradzili się i odpowiedzieli, że nam nie powiedzą. Zadaliśmy jeszcze kilka pytań, na które usłyszeliśmy kolejne nic niewnoszące odpowiedzi, ale w końcu uzyskaliśmy pewną wskazówkę, gdy jeden z nich, bardziej rozmowny od swoich kompanów, wygłosił dłuższą, bo trwającą całą minutę, i pośpieszną przemowę skierowaną do Czena. W wartkim potoku słów wyłowiliśmy z Hassallem powtarzający się kilkakrotnie wyraz gül, który w wielu środkowoazjatyckich językach oznacza różę. Podczas tej tyrady Czen kilkakrotnie spoglądał na nas, ale po jej zakończeniu powiedział tylko: Nic z tego. Nie możemy tu zostać. Nic z tego.

Co tamten powiedział na temat róż?, zapytaliśmy. Czen tylko pokręcił głową.

Mówił w ogóle o różach?

Nie. Nic z tego. Musimy stąd odejść.

Strażnicy przyglądali się nam bacznie, patrzyli na przemian to na nas, to na Czena.

Wpadłem na pomysł, żeby spróbować innego podejścia. Pomny faktu, że Rzymianie dotarli przecież do Azji Środkowej, zacząłem się zastanawiać, czy przetrwały tu jakieś szczątki ich języka. Nie chcemy skrzywdzić was ani waszych ludzi, powiedziałem po łacinie. Chcielibyśmy się dowiedzieć, czego tu strzeżecie.

Natychmiastowe zrozumienie i reakcja. Ten wygadany od razu odpowiedział mi w tym samym języku: Co przywozicie jako zapłatę?

Nie wiedzieliśmy o konieczności zapłaty, odparłem. Niepokoimy się, ponieważ nasi przyjaciele zaginęli. Przypuszczamy, że mogli przybyć tutaj. Czy widzieliście tu innych podróżnych takich jak my?

Widujemy wielu podróżnych. Jeżeli przybywają akterrakeh i mają czym zapłacić, mogą wejść. Tylko wtedy jest to możliwe. Ale jeżeli wejdą, nie mogą już wyjść.

Możecie nam zatem powiedzieć, czy nasi przyjaciele są w tym czerwonym budynku?, zapytałem.

Na co on odparł: Jeżeli są tutaj, nie ma ich tam, a jeśli są tam, nie ma ich tutaj.

Brzmiało to jak rutynowa formułka, która przez częste powtarzanie straciła wszelki sens, ale przynajmniej dowiedziałem się, że inni zadawali już podobne pytania. Drążyłem więc dalej.

Wspomniałeś o zapłacie, powiedziałem. Za róże?

A za cóżby innego?

Może za wiedzę?

Nasza wiedza nie jest przeznaczona dla was.

Jaka zapłata byłaby odpowiednia?

Życie, brzmiała niepokojąca odpowiedź.

Jeden z nas musi umrzeć?

Wszyscy umrzemy.

Niezbyt mi to pomogło, rzecz jasna. Zadałem więc inne pytanie.

Dlaczego nie da się hodować waszych róż poza tą pustynią?

Jedyną odpowiedzią było wzgardliwe spojrzenie. Potem strażnik odszedł.

Słyszałeś o kimś, zwróciłem się do Czena, kto wszedł do środka?

Był taki jeden człowiek, odparł. Nie wrócił. Nikt nie wraca.

Sfrustrowani wycofaliśmy się z Hassallem do naszego małego schronu, żeby się naradzić. Odbyliśmy dyskusję bezowocną, przykrą i monotonną. Ograniczały nas dwa wyraziste imperatywy: z jednej strony, musieliśmy koniecznie zbadać te róże, z drugiej zaś - zbadanie ich było absolutnie niemożliwe bez wejścia do budowli i pozostania w niej na zawsze.

Przeanalizowaliśmy więc problem z większą starannością. Z czego wynika konieczność zbadania róż? Z tego, co mogą nam powiedzieć o naturze Prochu. Jeżeli Magisterium dowie się o tym, co jest na Karamakan, zrobi wszystko, by powstrzymać upowszechnienie tej wiedzy. Przybędzie tutaj i zniszczy czerwoną budowlę wraz z całą zawartością, a z pewnością ma wystarczająco dużo żołnierzy i uzbrojenia, żeby tego dokonać. Niedawne kłopoty w Chulanszanie i Akdżarze to bez wątpienia ich dzieło. Są coraz bliżej.

Dlatego właśnie musimy to zrobić. Jeden z nas musi w tym celu wejść do środka, drugi zaś wrócić z wiedzą, którą do tej pory zgromadziliśmy. Innego wyjścia nie ma. A jednak to nie wchodzi w grę.

W dalszym ciągu nigdzie nie ma śladu naszych dajmonów. Zapasy pożywienia i wody są na wyczerpaniu. Nie możemy tu zbyt długo tkwić.

Dopisek na samym końcu został skreślony innym charakterem pisma:

Tego samego wieczora, nieco później, wróciła Cariad Straussa: wyczerpana, przerażona, wstrząśnięta. Następnego dnia weszli ze Straussem do czerwonej budowli, a ja i Czen wróciliśmy. Nadciągają kłopoty. Zgodziłem się z Tedem Cartwrightem, że powinienem natychmiast wyruszyć w drogę powrotną, zabierając ze sobą wszelką zgromadzoną wiedzę. Modlę się do Boga, żebym odnalazł Strellę. I żeby mi wybaczyła. R. H.

Lyra odłożyła kartki na stół. Kręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, jakby mignęło jej przed oczami jakieś dawno zapomniane wspomnienie, rzecz niezwykłej wagi pogrzebana pod tysiącami dni zwyczajnego życia. Co mogło tak na nią podziałać - wizja czerwonej budowli? Otaczająca ją pustynia? Strażnicy mówiący po łacinie? To coś tkwiło w niej tak głęboko, że nie miała nawet pewności, czy to fakt, czy sen, czy może tylko wspomnienie snu albo nawet wspomnienie bajki, którą tak bardzo uwielbiała w dzieciństwie, że dopominała się, by raz za razem opowiadano ją jej na dobranoc, a potem w pewnym momencie po prostu o niej zapomniała. W każdym razie wiedziała coś o tej czerwonej budowli na pustyni - i nie miała pojęcia, co to takiego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki