Tadeusz od spraw zwykłych. Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej - Małgorzata Klunder

-
Proszę czekać

Ojciec Ryan 1

W sobotnie popołudnie ojciec Ryan siedział przy swoim biurku na parterze starego domu w Glenrothes, symulując układanie kazania, i starał się uporządkować myśli.

W listopadzie... jak to dawno, wieki całe! Przyszło wtedy pismo z kurii delegujące ich do tej dziury; wszystko było rzecz jasna napisane pięknie i gładko: że w dowód uznania ich zasług w porozumieniu z proboszczem St Marie's w Kirkcaldy mają objąć nowo erygowaną parafię ze szczególnym uwzględnieniem posługi pielgrzymom podążającym na East Lomond Hill. W sumie mogli się tego spodziewać - już od jakiegoś czasu byli źle postrzegani przez biskupa, kiedy to Philip na prowadzonej przez nich stronie internetowej poświęconej Missa Tridentina bez ogródek wyłożył, co sądzi o nowoczesnych pomysłach kolegi po fachu z Rosyth. Szczególnie się wtedy dostało delikwentowi za komunię pod postacią wina udzielaną wiernym wprost z kielicha samodzielnie przez nich trzymanego, chociaż sporo miejsca zajął też obyczaj głoszenia kazań przez aktywistów parafialnych i otaczanie ołtarza podczas konsekracji. Cóż, Philip miał stuprocentową słuszność, i co z tego, jak nie wziął pod uwagę, że proboszcz z Rosyth jeździł z biskupem na narty, to i skończyło się na tym osobliwym awansie do kapliczki przerobionej ze stodoły, z plebanią pełniącą jednocześnie rolę hostelu dla podróżnych. A przełożony nie miał zamiaru ich bronić, bo bał się interwencji samej góry, więc ratował, co się dało, składając ich w ofierze.

I jeszcze ten gówniarz z St Marie's... Co on sobie wyobrażał, że oni rwali się na te pożal się Boże misje? W Edynburgu mieli swoją małą kaplicę, do której przychodzili ludzie z całego miasta, ci oczywiście, którym zależało na tradycji. Niedużo ich było, ale tworzyli zwartą grupę, która wiedziała, czego chce. A tu nagle przenosiny do tej dziury, i to na same rogatki. Prawda, że biskup czarował ich opowieściami o potrzebie pomocy w pracy duszpasterskiej, o którą proboszcz miał sam prosić: że niby tylu przyjezdnych się tam przewija, że pełno nawróceń i chrztów i właśnie oni się tam przydadzą ze swoim jasnym powołaniem i twardym kręgosłupem. To im pochlebiło, nie da się ukryć, a jednocześnie zdziwili się, wręcz podekscytowali, bo przywykli liczyć wiernych w najlepszym razie na dziesiątki, a tu się mówiło o setkach i - to już chyba przesada! - tysiącach. I te chrzty! Podczas czteroletniego pobytu w Edynburgu raz tylko zdarzyło im się chrzcić dorosłego, z okazji ślubu. O nawróceniach w ogóle nie było mowy, ich wspólnota była wyjątkowo zwarta i oporna na wpływy z zewnątrz, w każdym tego słowa znaczeniu.

A jednak jechał wtedy do Kirkcaldy spięty, niepewny, czy zostaną dobrze przyjęci. Starali się, dali wyraz dobrej woli, koncelebrując z tamtymi Novusa, czego w zasadzie robić nie powinni. Właśnie dlatego nie lubił ich przełożony, bo nigdy nie kryli przekonania, że dla ważnych powodów wolno być elastycznym. No a ten pajac zachowywał się tak, jakby zabierali mu nie wiadomo jaka synekurę, kpiąc sobie z nich w żywe oczy! Te odzywki, to zachowanie! Nie mówiąc już o zalanym smartfonie, który na szczęście można było odratować. I nie da się ukryć, że dość skutecznie postraszył ich wariatami z sąsiedztwa, przez co przynajmniej w ciągu pierwszego miesiąca bardzo starannie zamykali drzwi i okna na noc. Bo o tych nacjonalistach to chyba była ściema od samego początku, chociaż kto wie?... Kiedy raz po zmroku na podwórze zajechał szpaler motocyklistów, Phil już miał w garści telefon i chciał stukać dziewięć dziewięć dziewięć. Ale okazało się, że byli to tylko jacyś pokręceni turyści z Polski, szukający swojego kumpla. Zostali na noc, następnego dnia od rana wzięli udział we mszy i potem wjechali z fasonem na górę, chociaż chyba nie do końca, bez przesady, tylko do parkingu przy stacji przekaźnikowej. W sumie nawet byli fajni, pozostawili po sobie jakąś taką... nostalgię? Pragnienie wędrówki?

Tylko jak można było się poczuć gospodarzami miejsca, skoro ze wszystkich stron czuło się chłodną, milczącą dezaprobatę? I za co? Czy naprawdę nikt nie widział, że oni też są stroną pokrzywdzoną? Zaraz, jak mu się pomyślało? "Też"? Freudyzmy jakieś.

Najpierw ten właściciel, który dał dom i ziemię. Był idealnie grzeczny i co z tego? Codziennie jak w zegarku meldował się rano do kościoła i tylko świdrował ich oczami, a potem przystępował do komunii i na słowa Corpus Domini nostri Iesu Christi... wcinał się z "Amen". Za trzecim razem Ryan nie wytrzymał, zwrócił mu po mszy uwagę:

- Zgodnie z Ordo Missae wierni przyjmują komunię w milczeniu, "Amen" wypowiada kapłan!

- Ach tak - odpowiedział tamten z uprzejmością tak nieskazitelną, że aż obelżywą. - Proszę o wybaczenie... - a brzmiało to jak, nie przymierzając, "pocałuj mnie w ...." - ale dopiero co przyjąłem chrzest i nie do końca pojmuję te wszystkie subtelności. Chrzcił mnie ksiądz Tadeusz - dodał, patrząc mu prosto w oczy, a on nie śmiał nawet skomentować w guście: "pięknie, ale my stosujemy inny mszał...". Sam nie wiedział dlaczego, jakby nagle poczuł wyrzuty sumienia!

Następny był pochmurny młodzieniec, który przyjechał na Calder Court w pierwszą sobotę po ich instalacji. Oparł rower o ścianę i bez słowa zaczął sprzątać kaplicę i obejście. Wyszli do niego, żeby się przywitać i wyjaśnić sytuację, ale on już chyba wiedział, bo popatrzył tak, jakby chciał im na miejscu przegryźć aorty, i powiedział tylko nieprzejednanie:

- Będę tu przychodził w każdy weekend do sprzątania, żeby to, co ksiądz Tadeusz pobudował, nie zapleśniało - i prawie że błysnął zębami.

Fakt, przychodził co tydzień i odwalał robotę, aż miło, tylko to wilcze zachowanie... Ryan próbował się z nim zaprzyjaźnić, spytał, skąd pochodzi, bo słyszał przecież obcy akcent.

- Z Poznania, ze starej parafii księdza proboszcza - zawarczał chłopak. - A religii uczył mnie ksiądz wikary. Przez rok byłem w seminarium, ale przerwałem i teraz studiuję w Edynburgu - dodał złym głosem, a on znowu nie śmiał zapytać dlaczego. To znaczy, dlaczego rzucił seminarium, nie dlaczego jest zły. Tego ostatniego się przecież domyślał.

Byli jeszcze inni, którzy przyjeżdżali, brali udział we mszy, wspinali się na górę. Wszyscy bardzo grzeczni i milczący. Nikt nie chciał się spoufalać. I nikt nie przychodził do nich do spowiedzi.

Philip po trzech miesiącach miał dość. On w sumie też - ile można siedzieć we dwóch, nic nie robiąc, tam, gdzie nawet dla jednego jest za mało pracy? W kraju, gdzie duchownych katolickich trzeba sprowadzać z końca świata, z Afryki, z Polski... Phil nawiązał korespondencję z ich starym profesorem z Nebraski: nie ukrywał, że stara się sobie załatwić wyjście awaryjne, jako wykładowca w Denton, w seminarium Bractwa.

A potem, w kwietniu...

Tamci z St Marie's poprosili o zastępstwo przez tydzień, nie było powodu odmawiać, sami w końcu zaofiarowali się niegdyś z pomocą. On wziął pierwszą część tygodnia; w poniedziałek przybył do Piusa grubo przed czasem, bo bał się spóźnić, a nie miał wyczucia, jak długo się tam jedzie z Calder Court. We wtorek już wiedział, że wystarczy wyjechać dwadzieścia po szóstej. W środę natomiast...

Padało i musiał jechać wolniej. Na rogatkach Kirkcaldy wpadł w korek, bo zderzyły się dwa autobusy. Potem próbował objeżdżać bokami i zabłądził jak idiota. Wreszcie, kiedy brał ostatni zakręt, zahaczył zderzakiem o wystający murek; coś chrupnęło rozpaczliwie, a on już nawet nie patrzył co, zostawił samochód na chodniku i pognał na piechotę. Wpadł w panice do zakrystii niemal dokładnie z wybiciem siódmej. Spocony jak mysz, z zaparowanymi od deszczu okularami i czerwony z zażenowania wydyszał I'm so sorry! zamiast Praised be Jesus Christ!. Na szczęście wysoki, szczupły ministrant miał już wszystko przygotowane; kiedy on z przymkniętymi oczami próbował przywołać spokój ducha, tamten sprawnie go ubierał: szybko ułożył i podciągnął fałdy alby, a potem wręczył i umocował manipularz, stułę i ornat. Wszystko trwało dosłownie minutę, Ryan odwrócił się do wejścia, w biegu wypowiadając Adiutorium nostrum in nomine Domini...

- Qui fecit caelum et terram2 - usłyszał w odpowiedzi spokojny, jasny głos, podniósł zdumiony oczy i osłupiał. Ministrant, ten sam, który tak bardzo profesjonalnie ubrał go do mszy, wygładzając szaty i wiążąc pasek, był dziewczyną. A w dodatku dziewczyną piękną jak cały zastęp anielski.

Nie było czasu, żeby cokolwiek zrobić, już i tak był spóźniony. Zabrzmiał dzwonek i wyszli do kościoła. Dobrze, że z tego wszystkiego zapomniał o birecie, bo przecież ta cudowna altar girl, odbierając go od celebransa, musiałaby ucałować jego rękę. A i tak mąciło się Ryanowi w głowie, kiedy wstępował do ołtarza, a ona uniosła brzeg ornatu.

A nieliczni wierni zachowywali się, jakby niczego nie zauważyli! Jakby to, co się działo, było czymś najzwyklejszym w świecie!

Cicha, zwykła msza trwała raptem dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut, które wstrząsnęły jego światem.

Nie, nie czuł się winien. Nie miał żadnych grzesznych myśli, nie pożądał cieleśnie tej dziewczyny. Po prostu... czuł się jak w niebie. Słuchał jej głosu, kiedy odpowiadała na jego wezwania, i wydawało mu się, że słyszy muzykę anielską, że ulatuje z każdym słowem i składa je u Bożego tronu... Jezu, żeby on, syn zimnokrwistego Szkota i Irlandki tak praktycznej jak Scarlett O'Hara, do tego stopnia stracił rozum! Pierwszy raz w życiu! Takiego uniesienia, takiej euforii jeszcze nie zaznał, ani podczas święceń, ani przez dziewięć lat kapłaństwa. Co się dzieje?!

Kiedy wrócili do zakrystii, zdołał wziąć się w garść i zapytał całkiem normalnym głosem:

- Od dawna służysz do mszy?

- Półtora roku - odpowiedziała rzeczowo. - Ale od października tylko w niedziele i ferie, bo uczę się w Edinburgh College.

O nic już więcej nie pytał, nawet o imię, pozwolił jej odejść, musiał przecież pędzić do auta, uruchomić je jakoś i jechać do St Marie's odprawić drugą mszę. Znał oczywiście oba ryty i od czasu do czasu, choć z rzadka, zdarzyło mu się celebrować Novus Ordo Missae, jeżeli była taka potrzeba. Odwrotnie niż ten cały father John. Modernista! Co on wymyślił? Jasne, że to jego robota!

Ale gdyby nie on i jego pomysły, nigdy by nie zaznał... Czego właściwie?

Postanowił nic nie mówić Philowi, a zresztą, co miałby właściwie powiedzieć: zakochałem się? Nie, to nieprawda. Doznałem iluminacji? To musiałby też przyznać, za czyją sprawą, a współbrat natychmiast wziąłby go na spytki. Aż mu się niedobrze robiło, kiedy wyobraził sobie te dociekliwe pytania. Nie, nic nie powie, zadecydował. Nie było w tym żadnej winy. Była... i jest ciągle... radość.

Więcej jej już zresztą nie zobaczył, drugą połowę tygodnia wziął Philip i nie wspominał o niczym szczególnym, widać przy ołtarzu posługiwali tylko chłopcy. A w sobotę wieczorem wrócili tamci dwaj i od niedzieli wszystko było po staremu. Tylko on był już inny.

Przeczekał cały następny tydzień i w kolejną niedzielę postanowił uderzyć do proboszcza. Proboszcz był w porządku, to tylko ten drugi miał trochę nierówno pod sufitem. Trzeba wyjaśnić, jak to w ogóle jest możliwe, żeby do mszy trydenckiej służyły dziewczyny. Może nawet mu się opowie to i owo. Ci, co przyjeżdżali do Glenrothes, bąknęli raz i drugi, że father Thaddeaus zawsze jest chętny do rozmowy i nikogo nie odprawi z kwitkiem. To oczywiste, że spowiadali się u niego. Tak jakby Philip z Ryanem się nie starali, w tej chałupce o turystycznym standardzie, w której musieli dzielić salon i toaletę z gośćmi...

O osiemnastej podjechał pod St Marie's; wzdłuż całej Reminder Street były zakazy, więc zaparkował za rogiem przy restauracji Giovanni's, skąd miał znakomity podgląd wydarzeń. Jeżeli tamci pojechaliby do Piusa we dwóch, po prostu by odpuścił. Ale nie, po chwili mignęło koło niego auto, w którym siedział tylko tamten świr. Bez zwłoki ruszył do Bank West.

Odniósł wrażenie, że w proboszczu coś się zmieniło od listopada, kiedy to widział go ostatni raz, ale za dużo nie deliberował i od razu przeszedł do sedna:

- Czy mógłbym prosić księdza o rozmowę? Z zachowaniem pełnej dyskrecji, jeżeli można?

Przysiągłby, że gościnny ruch ręką okraszony został leciutkim półuśmiechem. Zbytnio był jednak zdeterminowany, żeby analizować każdy gest, i od razu wystrzelił z grubej rury:

- Ksiądz nie ma nic przeciwko posłudze dziewcząt przy ołtarzu? Dał ksiądz zgodę swojemu wikaremu bez żadnych obiekcji?

- W naszej starej parafii w Polsce też mieliśmy ministrantki - usłyszał spokojną odpowiedź okraszoną kolejnym uśmiechem.

- Ależ, proszę księdza... - zaczął się plątać. - To powoduje niezręczne sytuacje... Kiedy ta dziewczyna...

- Przypuszczam, że Angela - podsunął życzliwie proboszcz.

- Być może - przytaknął automatycznie. - Otóż... Ona przecież ubierała mnie do mszy! - wyrzucił, co mu najbardziej za skórę zalazło. - Wiązała pasek! Formowała fałdy alby!

Proboszcz patrzył na niego przez dłuższą chwilę, a on tym razem z całą pewnością zauważył lekkie drganie ust.

- Would you have preferred that a boy lift your flab parts?3 - usłyszał i aż dech mu zaparło z pomieszania. Ten cudzoziemski ksiądz sam chyba nie był świadomy tego, co właśnie powiedział!4

Musiał mieć minę jak ostatni kretyn, bo stało się coś przedziwnego. Father Thaddeaus nie wytrzymał i parsknął śmiechem, a on... on mu zawtórował! Po prostu zgłupiał, kiedy usłyszał własny śmiech!

A potem siedzieli przy herbacie i on bez skrępowania opowiadał o sobie, jakby miał stuprocentową pewność, że tamten go wysłucha i poradzi. I zachowa pełną dyskrecję.

- ...więc ksiądz sam pojmuje - rozkręcał się z każdym słowem - nie mogłem powiedzieć o tym Philipowi, bo on... on by sobie to źle zinterpretował. Pomyślałby nie wiadomo co. Zacząłby wypytywać o tysiąc szczegółów. Czy czułem podniecenie seksualne i takie tam. I zaraz zacząłby gadać z takim świętym namaszczeniem, że nieważne, że ciągle grzeszymy i upadamy, ważne, żebyśmy umieli się dźwignąć. Ale ja wcale nie zgrzeszyłem! I wcale nie upadłem! Na odwrót, ja... myślę, że mnie ksiądz zrozumie, kiedy powiem, że... wzleciałem...

- Ależ rozumiem - powiedział spokojnie ksiądz Tadeusz. - Spowiadacie się jeden drugiemu? - spytał ni stąd, ni zowąd.

- Tak - potwierdził z lekkim przymusem. - To jest element naszej formacji. Żeby być gotowym wyznać grzechy bratu. Ale... - zawahał się.

- Ale to nie bardzo działa, kiedy bracia są bardziej rywalami niż przyjaciółmi, prawda? - dokończył proboszcz.

Skąd wiedział?!

- Właśnie. - Spojrzał prosto w te dobre, lekko śmiejące się oczy i ośmielił się zapytać: - A jak jest z księdzem i jego wikarym?

- Jeżeli pyta ksiądz o spowiedź, to owszem, spowiadamy się wzajemnie od samego początku - przytaknął tamten. - Chociaż nie ukrywam - ciągnął z lekką kpiną - że najpierw traktowałem to jako metodę wychowawczą, w obie strony. Jak tylko się zjawił u mnie na plebanii, zaraz w pierwszą sobotę poprosiłem go o posługę, żeby dać dobry przykład. I tak już zostało do dziś, prawie cztery lata.

- A... przyjaźnicie się? - chciał jeszcze dopytać, chociaż czuł się trochę głupio za takie wścibstwo.

Znowu ten ciepły, potwierdzający uśmiech.

- Ksiądz musi być szczęśliwym człowiekiem - wyskoczył nagle, zanim zdążył pomyśleć, i raz jeszcze napotkał to życzliwe, pogodne spojrzenie.

- Tak - odpowiedział gospodarz bez wahania. - Bardzo. I codziennie za to szczęście dziękuję Bogu - dodał rozpromieniony, patrząc gdzieś w dal, jakby za okno, na zachodzące słońce.

Ryan czuł jednocześnie zazdrość i podziw. Zaczynało mu coś świtać, już chyba wiedział, skąd wzięło się to przedziwne zachowanie wikarego w tamten listopadowy wieczór. No i nie mógł ukryć przed samym sobą, że w rezultacie poczuł gdzieś w żołądku paskudne, gniotące poczucie winy.

- Ale ksiądz mu nie powie, że tutaj byłem? - palnął jak dzieciak i w tym samym momencie spłonął rumieńcem wstydu.

- Jest jedna niezawodna metoda, żeby opieczętować zarówno treść, jak i formę - pół żartem, pół serio zauważył proboszcz. - To co, jak ksiądz myśli, może rzeczywiście w ten sposób zakończymy? - podsunął, a jeszcze nie wybrzmiała ostatnia głoska, jak Ryan usłyszał swoje "dobrze".

- Pozwól wobec tego, że zamknę drzwi - powiedział proboszcz. - Taką mamy z księdzem wikarym umowę, że jak drzwi zamknięte, to ma nie włazić. Bez strachu, nie wpadniesz na niego - dodał lekko i chyba (czy to możliwe?) mrugnął.

Przez moment, przez małą chwilkę tylko, Ryan bał się, że proboszcz zacznie go wypytywać o ludzi z Glenrothes: czy ich zna, jak im pomaga, co do nich mówi. Bo nie znał nikogo, nikomu nie pomógł i nikt nie chciał go słuchać. Ale zaraz się przemógł, słowa same popłynęły, father Thaddeaus nie musiał o nic pytać...

Tak dobrej spowiedzi nie odbył przez lata całe; wracał do Glenrothes szczęśliwy, powtarzając sobie jego słowa:

- Staraj się na co dzień być pogodny, uśmiechnięty. Poszedłeś do Bractwa, bo zapragnąłeś strzec tradycji, ale uważaj, żeby nie stać się tylko beznamiętnym strażnikiem Białego Drzewa. - W pierwszej chwili nie zrozumiał, co proboszcz miał na myśli, spojrzał zdumiony. - Z Władcy Pierścieni - wyjaśnił tamten, a on już skojarzył, przypominając sobie szkolne lektury. To w Polsce też się czyta Tolkiena?...

- Kapłaństwo to radość - mówił dalej father Thaddeaus - więc potraktuj tamten poranek w St Pius jako promienny dar, żebyś miał co przekazywać innym. Nie może zapalać, kto sam nie płonie... A za pokutę - znowu ten wesoły błysk w oczach! - kiedy wrócisz do domu, przypomnij swojemu towarzyszowi jakieś zabawne wydarzenie z waszych studenckich czasów. I razem pośmiejcie się.

"Tylko że ja nie pamiętam nic śmiesznego z seminarium!" - chciał zaprotestować, ale dał spokój. Jak pokuta, to pokuta. Coś wymyśli.

Po powrocie na Calder Court przy kolacji ni z gruszki, ni z pietruszki wyskoczył z historyjką, jak na pierwszym roku w Denton urwali się do kina na Cast Away. Weszli wtedy w ostatniej chwili, przemykając po ciemku przed ekranem. I wtedy Phil z rozpędu ukląkł na środku i przeżegnał się.

Philipa zatkało.

"Odbiło temu Ryanowi czy co?" - zdawały się mówić jego oczy. "I jeszcze śmieje się drań, jakby było z czego!..."

- Stare dzieje - wyrzekł powściągliwie. - Wiesz, za to pamiętam doskonale - powiedział nagle, niby pchnięty impulsem - jak pierwszy raz służyliśmy do mszy i ty zapomniałeś zadzwonić...

- Celebrans do mnie: Signum! - podchwycił skwapliwie Ryan. - A ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, popatrzyłem na ciebie, pokazałeś mi brodą kierunek...

- A ty złapałeś kadzidło...

- ...zacząłem wywijać...

- ...myślałem, że stary się zadusi! A potem ciebie chciał udusić!...

Siedzieli tak, zaśmiewali się i wspominali do nocy. Po raz pierwszy od czterech lat.

To było w drugiej połowie kwietnia.

Dwa miesiące później wpadł do Bank West, żeby zaprosić proboszcza - ich obu, oczywiście, ale przede wszystkim proboszcza - na drugiego lipca na Lomond Hill. Przy podjeździe minął się z wysokim, chudym facetem, który mruknął Evening! i obrzucił go dziwnym wzrokiem. Zadzwonił, w progu stanął wikary; całkiem był do rzeczy, to musiał mu oddać, nie wygłupiał się, tylko poprosił go do salonu. Proboszcz półleżał na kanapie, ale na jego widok usiadł prosto, przywitał się, a wysłuchawszy, w czym rzecz, powiedział życzliwie:

- Bardzo księdza przepraszam, ale nie miałby ksiądz ze mnie żadnego pożytku, zupełnie jestem nie w formie. Nie dałbym rady wejść na górę nawet z parkingu.

Dawniej pomyślałby, że chcą go w ten sposób spławić, dać nauczkę pod tytułem: "jakeś mnie wygryzł, teraz radź sobie sam!". To kiedyś, teraz już wiedział, że tamten nie kłamie, faktycznie musiał być niezdrowy. Nie siedział wtedy długo, bał się trochę tego drugiego; powiedział Good night!, proboszcz uśmiechnął się do niego porozumiewawczo i już. Wyszedł.

A potem...

W przeddzień nabożeństwa, pierwszego lipca, kiedy rzecz jasna wszystko już mieli z Philem obmyślone i ustalone, przyszła do nich grupa młodzieży z tamtą dziewczyną na czele. A u boku dziewczyny kroczył gniewny eks-kleryk, ten sam, który przychodził w każdy weekend i patrzył, jakby chciał im przegryźć gardło.

- Chcemy zacząć od Koronki do Miłosierdzia Bożego w intencji księdza Tadeusza - zakomunikowali im, tak właśnie: zakomunikowali, nie poprosili. - A potem zaśpiewać wszystkie jego ulubione pieśni.

Philip coś tam próbował perswadować, a on nie mógł wydusić z siebie ani jednego zdania, bo dziewczyna (Angela, tak mówił proboszcz?) trzymała go wzrokiem na uwięzi.

Nie dali sobie nic przetłumaczyć, zrobili dokładnie po swojemu. Nieprofesjonalnie i rozkładając cały misternie przygotowany program. Przy cichym i stanowczym wsparciu pięciu tysięcy pielgrzymów z całego Fife. A im przyszło tylko patrzeć i słuchać.

Zrozumiał, o co tu chodzi, kiedy Angela na samym początku przejęła od niego mikrofon i ogłosiła:

- Modlimy się dzisiaj za umierającego księdza Tadeusza...

Dalej już nic nie słyszał, po prostu przestał rozumieć.

- Co się stało? - zapytał cicho eks-kleryka, bo akurat on był pod ręką. Wypadek, pomyślał sobie.

Mikołaj obdarzył go swoim słynnym spojrzeniem.

- Ksiądz Tadeusz ma raka - wyjaśnił krótko.

- Od... kiedy?... - wyszeptał niemądrze.

- Zdiagnozowano w lutym. - To było prawie warknięcie.

W lutym?! A w kwietniu ten uśmiechnięty człowiek mówił, że jest szczęśliwy i dziękuje za to Bogu?!

Kiedy wrócili na Calder Court, Philip nie krył satysfakcji.

- Zobacz! - mówił z ukontentowaniem. - Ze dwa razy więcej ludzi niż w zeszłym roku!

Ryana aż ręce zaświerzbiły, żeby tak przyłożyć mu prosto w gębę.

- Phil - powiedział twardo. - Przecież to nie nasze dzieło. Ludzie dla niego przyszli, nie dla nas! Myśmy tylko próbowali zdyskontować jego zasługi, ale pokazano nam, i słusznie, gdzie nasze miejsce. On tu był i jest gospodarzem!

Philip tylko prychnął, ale Ryan był już górą, trzymając współbrata na uwięzi surowym spojrzeniem, jak nigdy, bo dotąd zawsze zostawała dla niego pozycja tego gorszego, słabszego.

- Może masz rację - mruknął wreszcie Philip, spuszczając oczy.

Nie dane było im się wyspać, bo w południe Alexander przyszedł z tuzinem innych i zażądał - tak właśnie, zażądał! - wystawienia Najświętszego Sakramentu, bo oni chcą czuwać. A tym razem nawet Phil nie protestował i nie truł, że adoracja to zbyt ważna rzecz, żeby ją robić na gwizdnięcie.

Do wieczora przez kaplicę przewinęły się dziesiątki zupełnie mu nieznanych osób, on z Philipem zmieniali się co dwie godziny. Wreszcie koło wpół do jedenastej zadzwoniła komórka Alexandra; nikt się nie zgorszył, tylko wszyscy z napięciem patrzyli i słuchali, jak ten mówił do aparatu: "tak, rozumiem", a potem pokiwał głową.

Czy to wtedy właśnie poczuł, że jest przypisany do tego miejsca, że dostał zadanie na całe życie? Że zaciągnął dług, który postara się spłacać, ile sił wystarczy?

Tydzień szybko minął, wszyscy krzątali się wokół pogrzebu, a on ciągle zbierał się w sobie i nie wiedział, od czego zacząć. Może następnego dnia powiedzieć na kazaniu coś o księdzu Tadeuszu? Coś od serca? Tylko jak?

Wtedy usłyszał warkot wjeżdżającego na podwórze samochodu, a po chwili dzwonek do drzwi. Poszedł otworzyć.

W progu stał ten porąbany father John z St Marie's, przyjaciel proboszcza.

- Chciałem prosić o spowiedź - powiedział bez żadnych wstępów.

Biskup Joseph 2

W poniedziałek po południu były wikary wyciągnął ze skrzynki list z nadrukiem edynburskiej kurii: tarcza w barwach Szkocji z krzyżem i pastorałem oraz zawołaniem Crux spes unica5. Z leciutkim uśmieszkiem zaczął oddzierać brzeg koperty.

- Synu!... - usłyszał napomnienie.

- Jestem grzeczny do obrzydliwości - pośpieszył zapewnić.

- Nie chrzań - powiedział ksiądz Tadeusz. - Jeszcze nie otworzyłeś listu, a już się głupio chichrasz. Ja cię znam.

- A bo, proszę księdza, przypomniała mi się nasza żeńska schola z Krzesin, jak piszczała: "Tylko w Twoim miłosierdziu"...

- Ty już lepiej nie kończ! - zastopował go ksiądz Tadeusz. - Sam sobie nie zdajesz sprawy, ile heretyka w tobie siedzi!

- Jakiego heretyka?! - żachnął się celebrans nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. - Czy ja nie pokładam w Bogu nadziei?! Ale bez przesady, zostawmy też trochę miejsca na ludzki trud i dzielność osobistą...

- Ja-necz-ku!... - przesylabizował były proboszcz.

- ...a ksiądz to chciałby - kontynuował krnąbrnie Janek - żebym usiadł sobie w fotelu i powtarzał: "Jakim żeś mnie Panie Boże stworzył, takim mnie masz. To teraz zrób coś, bo cała moja nadzieja...".

W tym momencie rąbnął głową w otwarte drzwiczki szafki ściennej, aż mu świeczki w oczach stanęły. Trzeba tu zaznaczyć, że była to szafka stale zamykana, i to na klucz. Do dziś, bo oto stała otworem, i to dokładnie na wysokości czubka głowy osobnika o wzroście metr siedemdziesiąt. Ktoś niższy choć o kilka centymetrów przeszedłby bez uszczerbku na zdrowiu, a znów wyższy zauważył w porę pułapkę.

- Proszę księdza!... - jęknął z bolesnym wyrzutem pyskaty wikary, macając delikatnie ciemię.

- Nie dość, że heretyk, to jeszcze z paranoją - stwierdził z satysfakcją ksiądz Tadeusz.

Jasiek zacisnął zęby i poszedł prosto do kuchni. Wydobył z lodówki ohydnie tłustą golonkę ze skórą, leżącą tam w charakterze zeszłotygodniowych resztek po stypie, i zaczął demonstracyjnie spożywać ją na zimno.

- Your bowels are going to open up like the Red Sea, son - ostrzegł go lojalnie ksiądz Tadeusz6.

W odpowiedzi Janeczek dołożył sobie pół słoiczka majonezu Hellmann's.

- Okej, masz swoje lata, wiesz, co robisz - zawyrokował ksiądz Tadeusz. - To teraz przeczytaj, co pisze zwierzchność.

Jasiek chciał się jeszcze trochę poobrażać albo odpyskować, że przecież szef wie najlepiej, ale rozdarł do końca kopertę i przeczytał:

- "The Most Reverend Joseph Gordon zawiadamia o swojej wizycie roboczej w parafii St Marie's w dniu czternastego lipca o godzinie pierwszej pi em"... Co to znaczy "wizyta robocza" i jak to się ma do wizytacji kanonicznej, proszę księdza?

- To znaczy, że nie musisz ściągać do kościoła wszystkich aktywistów z kółkiem różańcowym na czele - wyjaśnił przejrzyście ksiądz Tadeusz. - Ale mimo wszystko traktowałbym to jako wizytację, nie wizytę. Swoją drogą, niezłe tempo...

- Lunch trzeba będzie przewielebnemu przygotować? - zapytał rzeczowo p.o. i oczy mu się zaświeciły.

- Ani mi się waż! - powiedział surowo ksiądz Tadeusz. - Żadnych móżdżków!

- A schabowy panierowany, a do tego pyry ze skrzykami mogę? - zapytał niewinnie Jasiek. - I surówkę z kiszonej kapusty. Polski ksiądz, Polish food...

- Możesz, ale nie zapomnij wyszorować łazienki - zarządził szef.

- Czyżby ksiądz sugerował, że... - zawiesił głos były wikary i bardzo dokładnie sprawdził, czy aby krzesło, na którym siedzi, nie ma obluzowanej którejś z nóg i zaraz się nie przewróci.

- Ani słowa więcej! - usłyszał na to. - I pamiętaj, co mi obiecałeś!

Do czwartku Bank West zbiorowym wysiłkiem księdza i kilkorga młodzieży płci obojga został odczyszczony na błysk, a na kwadrans przed wyznaczoną godziną smakowite zapachy ciężkostrawnego polskiego lunchu roznosiły się po całej plebanii.

The Most Reverend zajechał bez pośpiechu na Reminder Street dokładnie dwie minuty po czasie. Prawie punktualnie, ale żeby dać odczuć, że to na niego się tu czeka. Mógłby więcej, powiedzmy, kwadrans, ale jakoś tak mu się przyśpieszyło, sam nie wiedział dlaczego. Chyba żeby to już mieć z głowy. Tylko właściwie dlaczego nie zawołał tego młodego księdza do Edynburga, jak w grudniu? No tak, chciał zobaczyć na miejscu... Co właściwie?

W zeszłym roku na jesieni, kiedy pokazali mu wywiad, wkurzył się na proboszcza St Marie's maksymalnie. Jak on mógł wygadywać publicznie takie historie?! Że Kościół katolicki jest najlepszy. Teoretycznie prawda, ale czy on kompletnie nie miał wyczucia, w jakim kraju teraz mieszka? Jak bardzo trzeba uważać, co się mówi i jak się mówi, żeby móc tu funkcjonować?! Nawet określenie, że w każdym wyznaniu znaleźć można okruchy łaski, byłoby niegrzecznością! I że homoseksualizm to grzech. Polak jeden z zaścianka zabitego dechami, nieodrodny wychowanek swojego arcybiskupa, który kardynałów ośmielał się pouczać na synodzie co do poprawności nauki Kościoła!

A z drugiej strony ci paralefebryści. Też jakby nie rozumieli, że Kościół musi otwierać się na świat, nie zamykać. To i posterował wtedy sprawami, żeby ortodoksi zżarli się nawzajem we własnym sosie. Szkopuł w tym, że nie przewidział reakcji tego starego, a właściwie braku reakcji. Spodziewał się próśb, nawet oburzenia. Wtedy by mu pokazał, gdzie jego miejsce.

A tamten nic, posłuchał od razu, bez mrugnięcia okiem, a on musiał przejść do planu B. Tyle tylko, że plan B też nie wypalił, wyrwał mu się z rąk i pożeglował w swoją stronę. I teraz trzeba to poskładać na nowo. No, to do dzieła.

Ku swojemu lekkiemu zdziwieniu skonstatował, że młody polski ksiądz, którego swego czasu próbował wysłać na północ, a w rezultacie zmuszony został do zaoferowania mu stanowiska prorektora w seminarium (jakim seminarium?! Tu nie będzie żadnego seminarium przez najbliższe dwadzieścia lat!), jest sam, bez żadnej asysty parafialnych aktywistów. Samodzielnie podał mu też posiłek, pyszny, to musiał przyznać, choć zabójczy dla przewielebnego układu trawiennego.

Przy herbacie biskup mógł wreszcie przejść do rzeczy. Sięgnął do teczki i wydobył biały prostokąt.

- Mam tutaj list księdza Tadeusza datowany na trzydziestego czerwca - zaczął powoli z lekką dezaprobatą. - Pisze o swojej chorobie. Ale dlaczego, na Boga, tak późno?! - Podniósł głos do zdumionego wysokiego C. No właśnie, dlaczego?! Co tu się działo?!

Janek milczał, patrząc spokojnie i uważnie na rozmówcę, jakby go chciał przewiercić wzrokiem na wylot. "Niech ksiądz się nie boi, nie więcej niż grzeszenie myślą!" - przepowiedział sobie po cichu, więc z powagą, trzymając na wodzy wszelkie emocje, wpatrywał się tylko prosto w oczy biskupa.

I, dziw nad dziwy, biskup nie wytrzymał.

- Father?... - To miało być napomnienie i przynaglenie, a wyszła bezradna trochę prośba.

"Powiedz mu" - zadecydował ksiądz Tadeusz.

"Mogę?" - zdziwił się nie bez satysfakcji Jasiek.

"Możesz, synu, tylko daruj sobie ten uśmieszek" - uciął szef.

- Ksiądz proboszcz był całkowicie samodzielny niemal do samego końca - wyjaśnił wobec tego Janek. - Samodzielny i aktywny, leżał w łóżku zaledwie trzy doby. Jeszcze w czwartek odprawił mszę i spowiadał. Wobec tego polecił mi wysłać do księdza biskupa przygotowany wcześniej list o swoim stanie zdrowia dopiero wtedy, kiedy dokładnie wiedział, ile dni mu zostało. - Raz jeszcze zmierzył biskupa wzrokiem i dokończył beznamiętnie: - Bo przedtem obawiał się, że może zostać uznany za bezużytecznego i jako taki odesłany do Polski...

- Father!... - Teraz z kolei biskup chciał skarcić impertynenta, ale to krótkie wykrzyknienie zabrzmiało jak wymówka ucznia.

- ...a tu był jego dom, Szkocję pokochał całym sercem i tu pragnął spocząć - postawił Jasiek kropkę nad "i", nie odwracając spojrzenia.

- Ależ proszę księdza, skąd ta supozycja? Jak ksiądz może coś podobnego przypuszczać? - przeszedł do ofensywy biskup.

Jasiek znowu zaczął wpatrywać się w niego tym specjalnym, świdrującym, trochę smutnym, a trochę przynaglającym spojrzeniem. Trwało to dobrych kilka minut.

"Bo w poniedziałek czwartego lipca kazałeś sporządzić jego dymisję" - wyczytał mu z oczu ekscelencja i aż go zatchnęło. "Tylko że wasze młyny mielą powoli i mój list z zawiadomieniem o zgonie był pierwszy..."

- Słyszałem, że parafianie modlili się za niego podczas nabożeństwa na Lomond Hill? - zrobił unik biskup. - A potem z niedzieli na poniedziałek czuwali w obu kościołach?

- W czterech - poprawił spokojnie Jasiek. - Także w Glenrothes i w naszym starym kościele w Poznaniu.

- Czyli, jak rozumiem, wiedzieli? - drążył biskup. - Cóż - roześmiał się z przymusem - jestem jak mąż, który dowiaduje się ostatni...

- Tak - potwierdził uprzejmie Janek. - Wszyscy przyjaciele wiedzieli - zawiesił głos na chwilę - tylko proszeni byli o dyskrecję - dokończył i raz jeszcze przewiercił dostojnego gościa spojrzeniem. Mimo wszystko darował sobie frazę: "bo wieści z Kirkcaldy na Strathearn Road biegną szybciej niż wciśnięcie "Enter"", ale i za wersję ocenzurowaną, jak czytelnik słusznie przypuszcza, powinien znaleźć się w trybie ekspresowym na edynburskim lotnisku z pokładówką do Poznania w zębach. Tymczasem...

- Pomówmy o sprawach organizacyjnych - powiedział całkowicie neutralnym tonem biskup. - W swoim liście father Thaddaeus prosi, cytuję: "aby, o ile to możliwe i przynajmniej czasowo niesprzeczne z planami kurii, ksiądz... Naj-zio-leek - wymówił starannie - pozostał w St Marie's jako proboszcz". Co ksiądz na to?

- Pozostaję całkowicie do dyspozycji waszej ekscelencji - odpowiedział spokojnie Jasiek.

- Wobec tego załatwione. - Zwierzchność ucieszyła się w widoczny sposób. - Ma ksiądz ode mnie dyspensę na trynację w niedzielę, jedną mszę proszę na okres wakacyjny zawiesić. Jak najprędzej postaramy się przysłać księdzu nową siłę roboczą... - Roześmiał się, ale Janek ani drgnął. Nie podjął żadnej próby kontaktu, nie wykazał inicjatywy, nie przeszedł po podsuniętym mu moście.

"Jak kamień!..." - pomyślał z irytacją biskup. "A mówili, że taki dowcipny, uśmiechnięty..."

- Chyba że ksiądz potrzebowałby urlopu - podsunął życzliwie. - To dałoby się zorganizować, choćby zaraz. Ksiądz na pewno ma depresję po tym wszystkim...

- Nie mam depresji - sprostował beznamiętnie Jasiek. - Czuję jedynie smutek, będąc uczestnikiem... czy też obserwatorem minionych i obecnych wydarzeń. - I ponownie zwarł się spojrzeniem z biskupem.

Biskup przeszedł się po pokoju. Za trzecim nawrotem przystanął przy konfesjonałowej kratce, pamiętającej dawne czasy, wepchniętej teraz do połowy za regał.

- Father Thaddaeus spowiadał tutaj, prawda? - raz jeszcze spróbował nawiązać zwyczajną rozmowę, a trzeba przyznać, że coś go do niej popychało.

- Tak, dwa lata temu, kiedy złamał nogę - potwierdził obojętnie Jasiek. Nie kontynuował, nie dopowiadał: "ale to był epizod, potem spotykał się z ludźmi na plaży albo starał się ich ściągnąć do kościoła". Zero inicjatywy.

- A... ksiądz też mu się spowiadał tutaj? - chciał wiedzieć biskup. - Bo spowiadaliście się sobie wzajemnie, prawda?

Janek popatrzył uważnie i ekscelencja przysiągłby, że leciutko, leciuteńko westchnął.

- Tak - przytaknął lakonicznie. - Ale po prostu klękałem przy fotelu. - Tym razem do spojrzenia dołożył niewielki ruch ręką, który, jeśliby ktoś zechciał, można było wziąć za zachętę.

- To teraz został ksiądz bez spowiednika - podsunął biskup życzliwym głosem, w którym dało się wyczytać łaskawą propozycję. Ruchu ręki jakby nie zauważył.

- Nie, byłem w sobotę u ojca Ryana w Glenrothes - odpowiedział zimno i uprzejmie Jasiek.

- W Glenrothes?... - zdumiał się biskup. - U braci od świętego Piotra? Ach, tak, rozumiem. - Ale nie rozumiał kompletnie niczego. Czymże ten młody proboszcz tak nagrzeszył, że poszedł do spowiedzi zaraz po tygodniu, i to do swojego konkurenta? Czemu właśnie do niego? Przecież bliżej byli salwatorianie z St Ninian's!

Jak widać, nawiasem mówiąc, pewne schematy myślowe są absolutnie niezależne od wieku, płci i stanu danej osoby.

- No cóż... To w takim razie... - I wtedy owo "coś" popchnęło go ostatecznie i kazało wypowiedzieć te przedziwne słowa: - Może spróbuje ksiądz na mnie?... - Pokrył zażenowanie uśmiechem, jak uczniowie Janka na szlaku do Crianlarich, i teraz on zrobił gest w kierunku kratki.

- Prosisz o spowiedź z potrzeby serca czy chcesz zabezpieczyć się poprzez tajemnicę konfesjonału? - usłyszał w odpowiedzi i aż zatrzymało mu oddech z wrażenia, bo oto został zmuszony do konfrontacji z samym sobą i własnymi kalkulacjami: tak, rzeczywiście, najprościej byłoby zamknąć temu młodzikowi usta przez pieczęć sakramentu.

Gdyby powyższe słowa były zaczepne, prowokacyjne, gdyby dało się w nich słyszeć wyrzut lub pretensję, każdy czytelnik zgodzi się z tym, że father John powinien wylądować na dożywociu na Tasmanii. Nie, tak daleko władza biskupa nie sięgała. No to, powiedzmy, na Orkadach. Na North Ronaldsay. Że co, że ostatni katoprzyczółek to Kirkwall? Nie szkodzi, posłałoby się go na misje do owiec i ich nielicznych pasterzy.

Ale Janek był spokojny i smutny, stanowczy, ale jednocześnie pełen współczucia.

"Perfect!" - powiedział ksiądz Tadeusz.

- Proszę o spowiedź - wydusił z siebie biskup.

- Przejdźmy wobec tego do kościoła - zadysponował obecny proboszcz, a zwierzchność poddała mu się bez mrugnięcia okiem.

Po jakiejś godzinie father John mógł przejść do sfinalizowania sprawy.

- Jaki jest twój stan zdrowia? - zapytał rzeczowo.

- Dobry - odpowiedział ze zdziwieniem, acz prawdomównie, biskup. W końcu to była spowiedź, a nawet ten tłusty lunch nie sprawił mu większej szkody.

- Przynaglają cię w tej chwili jakieś obowiązki? - drążył spowiednik. - Śpieszysz się do Edynburga?

- Nie - odparł jeszcze bardziej zdziwiony penitent.

- Wobec tego za pokutę wejdziesz z Glenrothes na East Lomond Hill w moim towarzystwie - zadysponował spowiednik. - Teraz. Wsiadamy w jeepa i jedziemy.

- Dobrze - szepnął oszołomiony penitent, nie bardzo rozumiejąc w tym momencie, czy pokutą ma być wspinaczka czy towarzystwo tego gołowąsa, to jest spowiednika.

Droga na Calder Court zajęła im raptem dwadzieścia minut. Biskup powolutku dochodził do siebie.

- To ksiądz zdążył zaprzyjaźnić się z ojcem Ryanem? - zagadnął. - Może wobec tego... Przynajmniej chwilowo... Delegować go do St Marie's jako wikarego?

- Jeżeli mogę się ośmielić i poczynić dygresję - powiedział Jasiek barokowym językiem własnego ojca - to proszę łaskawie mieć na względzie, że ojciec Ryan jest ode mnie starszy. Gdyby ksiądz biskup powziął zamiar przeniesienia go z Glenrothes do Kirkcaldy, to niechby on objął funkcję proboszcza.

Biskup miał wyczyszczone sumienie, więc powinien patrzeć na pewne sprawy z czystością i prostotą dziecka, przynajmniej przez dwa kwadranse, ale mimo to aż się zachłysnął. Więc temu Polakowi nie zależy? Oddałby funkcję facetowi, który... No dobrze, powiedzmy to prosto w oczy, w końcu jest po spowiedzi: którego rozgrywał przeciwko tamtym dwóm?!

- Pomyślimy. - Ostatecznie nie musiał decydować teraz, zaraz.

Kiedy zajechali pod stary dom, ojciec Philip, czyli Piotrowin od Zatłuszczonej Sutanny wyjrzał przez okno, z leciutką irytacją skonstatował, że znowu przyjechał zawracać im głowę ten mały impertynent z St Marie's, i mało nie spadł z krzesła zobaczywszy, że z gruchota tego aroganta wysiada ekscelencja.

- Ryan!... - syknął i obaj skoczyli na podwórze przywitać gościa.

- Ja prywatnie! - Biskup zamachał rękami. - Chciałem tylko wejść na East Lomond Hill...

- A czy my... - zawahał się ojciec Ryan - moglibyśmy towarzyszyć księdzu biskupowi?...

- Co ksiądz o tym sądzi? - spytał biskup Janka.

- Nie widzę przeszkód - odpowiedział swobodnie tamten i pierwszy raz tego popołudnia się uśmiechnął. Leciutko, ale uśmiechnął się.

"W porządku, już możesz" - zawyrokował ksiądz Tadeusz. "Trzy sroki za jednym strzałem, czyż nie, synu?..."

Wobec tego p.o. proboszcza (bo narrator już się zgubił i nie wie, czy w końcu biskup go zatwierdził w St Marie's czy nie) uśmiechnął się od ucha do ucha i wszyscy czterej ruszyli w górę. Przy czym biskup nie mógł wyjść ze zdumienia, co tak nagle odmieniło tego irytującego księdza o niemożliwym do wymówienia nazwisku (choć spowiednikiem był, co należało przyznać, doskonałym), że mu się przez calutki czas pysk nie zamykał.

- O, ksiądz biskup raczy spojrzeć - dyrygował Janek z werwą - na skraju posiadłości została postawiona kapliczka Matki Boskiej, Our Lady of Scotland. Drugą miniemy ponad Conland Burn, a trzecią wystawił właściciel Pitkevy Court. Ta ostatnia to wierna replika obrazu Matki Boskiej Łaskawej z rodzinnej wsi matki księdza Wieczorka...

- Father Thaddaeus pewnie z domu wyniósł tę ogromną estymę dla Matki Bożej - zauważył dostojnie biskup. Proweniencja proboszcza nie interesowała go za bardzo, ale chciał zaczerpnąć oddechu przed następną turą, więc miał nadzieję, że father John zacznie opowiadać i przystopuje choć na chwilę.

- O, tak - potwierdził radośnie Janek. - Znam od księdza proboszcza pewną historię, którą mama opowiadała mu od dziecka. Otóż jako piętnastoletnia dziewczyna znalazła się pod koniec wojny razem z młodszą siostrzyczką w sierocińcu prowadzonym przez urszulanki. Bieda była straszna, brakowało wszystkiego, nie było co do garnka włożyć... - gadał ze swadą, ani na chwilę nie zwalniając tempa.

"Skąd on ma taką kondycję?" - pomyślał biskup, zaciskając zęby, żeby nie zostać z tyłu. Coś bardzo podobnego wyrzekł w duchu Philip, Ryan zaś lekko się uśmiechnął. Też w duchu.

- ...młodsza, Jadzia, cały czas zawracała głowę starszej Alicji: "Alunia, ja chcę mleczka!". Ala pracowała z siostrami po równo, zmęczona była i zniecierpliwiona narzekaniem małej, wreszcie burknęła na odczepnego: "Nie ma mleka, bo nie mamy krowy! Pomódl się, poproś Matkę Boską". Jadzia bardzo to sobie wzięła do serca, pomodliła się, ale koniecznie chciała tę modlitwę jakoś wzmocnić. Jako że nie umiała jeszcze pisać, narysowała węglem na kawałku płótna łaciatą krowę, a rysunek wetknęła pod figurę Matki Boskiej Łaskawej, która stała na podwórzu. Tyle że rysować też za bardzo nie umiała i krowa przypominała wszystko, tylko nie krowę...

"Księże biskupie, proszę spojrzeć na panoramę Glenrothes" - chciał powiedzieć Philip, ale ku swojemu zdziwieniu zobaczył, że Ryan dyskretnie kręci głową, dał więc spokój. Zresztą i tak zatykało go z wysiłku, a sutanna plątała mu się między nogami jak nigdy.

- Następnego dnia pod klasztor zajechała niemiecka ciężarówka i wysiadł z niej żołnierz w mundurze Wehrmachtu. Siostry przeraziły się, ale ten tylko sięgnął po kosz i powiedział: "Ewakuujemy się z miasteczka, w związku z tym pan major prosi, żeby siostry były tak miłe i zaopiekowały się jego kotem". I wyjął wielkiego, łaciatego, biało-czarnego kocura.

"Co ten pajac bredzi" - pomyślał Philip. "Kota?! Co to ma do kultu maryjnego?! Przygłup!..."

- Dogorywała właśnie najbardziej okrutna wojna w dziejach, więc zakonnice, widząc niemiecki wóz, spodziewały się najgorszego - perorował Janek, pnąc się na ostatniej prostej jak wiewiórka. Głos miał równy, dźwięczny, zmęczenia nie było po nim znać. - Tym bardziej że w klasztorze znalazło schronienie kilkoro żydowskich dzieci, w tym dwóch obrzezanych chłopców. A tu nagle... kot? "Proszę bardzo", odpowiedziała przeorysza, bo cóż innego mogła powiedzieć. Wtedy żołnierz podszedł do ciężarówki, spuścił klapę, zaimprowizował trap z deski i zaczął wyprowadzać z wnętrza łaciatą holenderkę. "A tutaj pan major dołącza krowę, żeby nie było problemów z mlekiem dla kota", obwieścił, zasalutował i odjechał. W ten sposób klasztor wzbogacił się o krowę, a Alicja podeszła do figury Matki Boskiej i dokładnie przyjrzała się rysunkowi siostry. Stwór był gruby, miał czarne łaty, spiczaste uszy i sterczący w górę ogon. - Jasiek uśmiechnął się do zasapanego towarzystwa, a Ryan odwzajemnił jego uśmiech, tym razem całkowicie jawnie.

- Od tego czasu mama księdza Tadeusza zawsze twierdziła, że Matka Boska nie dość, że jest łaskawa dla każdego, to jeszcze ma poczucie humoru, nawet w najgorszy czas...

"Jaka piękna historia!" - chciał kurtuazyjnie skomplementować biskup Jaśka, ale ten ostatni nie dał mu szansy.

- Ale oto jesteśmy na szczycie! - obwieścił radośnie. - Proszę spojrzeć, to krzyż celtycki posadowiony tu z pomysłu księdza proboszcza. Mamy zatem wszystko pospołu i w doskonałym porządku: krzyż, co przynależy do tej ziemi od tysiąca sześciuset lat, Pannę Łaskawą... i radość: z ludzi i dla ludzi - dokończył i po raz ostatni zajrzał prosto w oczy biskupa.

Biskup patrzył na krzyż ułożony z szarego granitu, na oplatający go bujny ostrokrzew, lśniący i wilgotny od deszczu. Od deszczu? Ależ nie padało od wielu dni, było wyjątkowo ciepło i sucho! Więc skąd te krople rosy na liściach?

I nareszcie zrozumiał, jaki był sens tej niezwykłej pokuty - i dopiero teraz poczuł prawdziwą chęć naprawienia tego, co jeszcze można było naprawić, i prawdziwy żal, że jednak nie wszystko już tejże naprawie podlegało.

- To wobec tego... pomódlmy się za księdza Tadeusza - zaproponował całkiem cicho i niezbyt pewnie.

W powrotnej drodze zaczął się mobilizować z najlepszą wolą porządnego ułożenia wszystkich spraw.

- Ojcze Philipie - zwrócił się do Piotrowina od Zatłuszczonej Sutanny (teraz co prawda była to Sutanna z Zielonymi Plamami od Świeżej Trawy) - w zeszłym tygodniu dostałem pismo z Denton z prośbą, aby oddelegować tam ojca jako profesora liturgiki. Co ksiądz na to?

Philipowi zajarzyły się oczy, ale odpowiedział spokojnie:

- Jeżeli to zgodne z wolą jego ekscelencji, chętnie się tego podejmę.

- W takim razie... - Biskup przeniósł wzrok na Ryana. - Co by ksiądz powiedział na objęcie parafii St Marie's w Kirkcaldy? Zaproponował to obecny tutaj father John.

Ryan podniósł zdumione spojrzenie na Janka, zobaczył jego uśmiech i w tej samej chwili poczuł, że coś popycha go do wypowiedzenia tych prostych słów:

- Z całą pokorą prosiłbym księdza biskupa, aby wolno mi było zostać w Glenrothes i kontynuować dzieło księdza Tadeusza. Ile mi sił i zdolności starczy - dodał jeszcze po małej pauzie.

Philip przysłuchiwał się temu cały oniemiały. Ryan chce tu zostać?! Ale dlaczego?! Przecież jeszcze miesiąc temu...

Biskup też się dziwił, ale ponieważ dzisiaj dane mu było co nieco przemyśleć i zrozumieć, nie dziwił się aż tak bardzo. Raczej... A tak, właśnie - raczej zaczynał się cieszyć. Jeszcze chwila, a też się uśmiechnie, jak ten proboszcz z St Marie's. I niech tak zostanie.

"Dziękuję" - powiedział proboszcz (bo teraz już naprawdę proboszcz) do szefa.

"Twoje dzieło, synu" - odpowiedział z satysfakcją ksiądz Tadeusz. "Dwóch z trzech... A może i ten trzeci tak samo, ale to już Ryan by musiał załatwić do końca".

"Dziękuję za to, że ksiądz mi pary dodawał przy podejściu" - wyjaśnił Janek. "Dostali twardą zaprawę i łatwiej ich było urobić. A biskup nie musi wiedzieć, że normalnie wchodzi się dwa razy dłużej... Nie powie ksiądz, że mam paranoję?" - dodał przekornie.

"A co mam za dużo gadać" - usłyszał w odpowiedzi. "I, tak nawiasem mówiąc, moja matulka ma na imię Kazimiera. Poza tym wszystko inne mogło się wydarzyć..."

Prolog

Była sobota, dziewiąty lipca dwa tysiące szesnastego roku. Ksiądz Jan, pełniący do czasu nowej nominacji obowiązki proboszcza parafii St Marie's przy Reminder Street, jak zawsze w sobotnie popołudnie ukląkł obok krzesła w dużym pokoju.

- Odbija ci, Janeczku? - zapytał dobrotliwie ksiądz Tadeusz.

- Robię tylko rachunek sumienia! - pośpiesznie odpowiedział Janek. - Może być ksiądz spokojny, do spowiedzi pójdę normalnie do Świętego Niniana albo gdzieś...

- A, jak tylko rachunek sumienia, to jazda - zachęcił go były proboszcz.

- Pani Smith tak mnie wkurzyła na pogrzebie księdza, że... - zawahał się odrobinę penitent, to jest bzdury gada narrator, robiący rachunek sumienia, oczywiście.

- Tak?... - z naciskiem dopytywał się ksiądz Tadeusz.

- Podpuściłem Ethana i Adama, żeby... - Oj, nabroił ten były wikary i ciężko mu teraz szło!

- Żeby?... - popędził go ksiądz Tadeusz.

- Wysmarowali jej samochód... - Jasiek nabrał oddechu - ...nieczystościami - dokończył elegancko.

- Znaczy, gównem? - sprecyzował szef. Może już nie proboszcz, ale szefem pozostanie na wieki wieków.

- Tak - potwierdził ze skruchą Janek. Księżowska rutyna tak w nim siedziała, że ani mu w głowie nie postało tłumaczyć swoje postępowanie okolicznościami obiektywnymi. A okoliczności były doprawdy obiektywne: pani Smith najpierw nad grobem zalewała się łzami, przeszkadzając spazmowaniem w obrządku, by potem, nim jeszcze ostatnia garść ziemi spadła na trumnę, zacząć obgadywać proboszcza i rozpuszczać niewiarygodne plotki, że ponoć zostawił po sobie dwustuakrową posiadłość koło Aviemore i ciekawe, komu ją zapisał. Czy aby nie wikaremu i dlaczego właśnie jemu?

- A wiesz, że to podpada pod gorszenie maluczkich? - zapytał surowo ksiądz Tadeusz.

- Wiem - szepnął Janek i pochylił nisko głowę.

- Coś jeszcze? - zapytał szef.

- To, co zawsze. - Janeczek się ożywił. - Opowiadałem na stypie kawał o grabarzu, którego chciał przestraszyć pewien pijak...

- To nie jest nieprzyzwoite - zadecydował ksiądz Tadeusz.

- I o pijaku, do którego przyszła maleńka śmierć... - kontynuował Jasiek.

- Tego nie znam! - wciągnął się były proboszcz.

- Pijak padł na kolana i dalej błagać: "Nie zabieraj mnie jeszcze! Poprawię się! Przestanę pić!".

- I co dalej? - spytał ochoczo ksiądz Tadeusz.

- A śmierć na to: "Zamknij się, ja nie po ciebie, ja po chomika!".

- Jeżeli w miejsce "zamknij się" nie powiedziałeś "spierdalaj", to również nie jest grzech - uznał ksiądz Tadeusz, a Janeczek tylko się spłonił. - Wieczorek przy tym był?

- Specjalnie się przecież do niego dosiadłem - potwierdził Jasiek.

- Pił na stypie? - chciał wiedzieć szef.

- Tak ksiądz pyta, jakby nie wiedział najlepiej! - żachnął się p.o. proboszcza, bo może i był łobuzem, co na stypie po proboszczu pikantne kawały opowiadał, ale wiary nikt mu odmówić nie mógł. - Nie pije od marca i na stypie też wytrzymał!

- W takim razie to dobry uczynek, a nie grzech - zawyrokował ksiądz Tadeusz. - Jeszcze coś? A jak tam biskup?

- Na razie w porządku, niech się ksiądz nie boi, w tej materii poza grzeszenie myślą się nie posunę! - obiecał natychmiast były wikary.

- No dobrze - powiedział z namysłem ksiądz Tadeusz. - To zrobimy tak: za pokutę pójdziesz do spowiedzi do Piotrowinów w Glenrothes...

- Za jaką pokutę?! - oburzył się momentalnie Janek. - Przecież to tylko rachunek sumienia!

- Nie chrzań, synu - usłyszał w odpowiedzi. - Nie musisz latać do nich co tydzień, raz na miesiąc wystarczy. Co tydzień zrób sobie tylko rachunek sumienia. I możesz chodzić raz do jednego, raz do drugiego, na zmianę. Im to też dobrze zrobi - powiedział szef z satysfakcją - bo chociaż raz posłuchają sobie ciekawej spowiedzi, a nie takich pobożnych blubrów1. Poza tym będą ci się musieli zrewanżować, a to też im się przyda. Spowiednikiem jesteś, synu, doskonałym, wiem coś o tym...

- Okej, proszę księdza - uśmiechnął się Jasiek. Po czym wstał, ruszył do jeepa i pojechał prosto do Glenrothes, żeby mu się po drodze nie odechciało.

- Chciałem prosić o spowiedź - powiedział w drzwiach do Piotrowina od Smartfonu.