Rozdział 1
1
Peter Martinez jak zwykle się nudził.
Jednak po odsłużeniu dwudziestu pięciu lat w Korpusie Piechoty Morskiej
Armii Stanów Zjednoczonych, w których trakcie odbył dwie misje w Wietnamie, i dosłużeniu się rangi starszego sierżanta, nie narzekał na
spokojną pracę ochroniarza na luksusowym prywatnym osiedlu. Saint Malo
Beach w kalifornijskim mieście Oceanside składało się z ponad
osiemdziesięciu domów, wartych wiele milionów dolarów i malowniczo
położonych przy samej plaży. Martinez szczególnie upodobał sobie te
noce, w których trakcie nic nie zakłócało mu spokoju. Mógł całymi
godzinami przesiadywać w stróżówce, wsłuchując się w monotonny szum
pobliskiego oceanu.
Mimo że miasteczku Oceanside nie sposób odmówić uroku, większość
podróżujących autostradą międzystanową numer 5 się tutaj nie
zatrzymywało - wybierali cieszące się większą popularnością San Diego,
oddalone o zaledwie dwadzieścia minut jazdy. San Diego przyciągało nie
tylko plażami, ale też odwiedzanym przez tłumy turystów parkiem rozrywki
SeaWorld. A ponieważ Oceanside nie było nawet widoczne z autostrady,
turyści, a wraz z nimi kłopoty, zasadniczo trzymali się z daleka.
Martinez był uzbrojony. Jako zawodowy żołnierz nosił u pasa pistolet -
zwyczaj ten pielęgnował od osiemnastego roku życia. Ale przez ostatnie
osiem lat, które przepracował jako ochroniarz w Saint Malo Beach, ani
razu nie miał okazji wyciągnąć broni z kabury.
Mimo to zamarł, gdy tuż przed 2 w nocy 14 stycznia 2003 roku ciemność
przecięły snopy przednich reflektorów nadjeżdżającego samochodu.
Oldsmobile intrigue, rocznik 2000, zatrzymał się parę domów od
stróżówki, ale Martinez i tak dostrzegł, jak dwie osoby, które wysiadły
z auta, wyciągają z bagażnika jakiś worek. Musiał sporo ważyć, bo z najwyższym trudem nieznajomi dźwignęli go nad głowy. Szykowali się, by
wrzucić go do wysokiego na ponad dwa metry kontenera na śmieci,
stojącego przed zadbanym dwukondygnacyjnym budynkiem mieszkalnym o numerze 2041 przy South Pacific Street.
"Jakiś cwaniaczek próbuje pod osłoną nocy pozbyć się śmieci" - pomyślał
Martinez. Jako że miało to miejsce na terenie prywatnego osiedla, musiał
interweniować. Ruszył w stronę samochodu, zamierzając w sposób uprzejmy,
lecz kategoryczny upomnieć intruzów.
Zbliżył się do wysokiego, mierzącego ponad sto osiemdziesiąt centymetrów
mężczyzny i niższego chłopaka, wyglądającego na nastolatka, gdy obaj
wciąż siłowali się z workiem.
- Co tam macie? - spytał.
Nigdy się nie dowiemy, dlaczego to pytanie tak zmroziło Jasona Bautistę.
Może dlatego, że jako dwudziestolatek wciąż miał zwyczaj słuchania
starszych. A może zareagował tak, ponieważ odchodził od zmysłów ze
strachu i nie wiedział, co robić.
W każdym razie Jason upuścił worek na ziemię i zamarł. Matthew Montejo,
jego piętnastoletni przyrodni brat, poszedł za jego przykładem. Obaj
młodzieńcy wlepili wzrok w Martineza. Na twarzy młodszego z nich,
którego ochroniarz momentalnie uznał za pomocnika starszego, odmalował
się strach.
- Po prostu wyrzucamy śmieci - wyjaśnił Jason.
- Tutaj nie możecie - poinformował Martinez. - Zabierajcie ten worek i jedźcie gdzie indziej.
- Przepraszamy - bąknął Jason, po czym zwrócił się do Matthew: - Pomóż
mi, musimy zanieść go z powrotem do samochodu.
W tym czasie doświadczony pracownik ochrony dokładniej przyjrzał się
workowi. W trakcie późniejszego przesłuchania powie, że przypominał
worek na zwłoki, jakie widywał wiele razy, gdy służył w wojsku. W rzeczywistości był to ciemnobrązowy śpiwór. Martinez oczywiście nie
wiedział, co kryje się w środku. Ale coś w nim było. Kiedy chłopcy,
chwyciwszy z obu końców, podnieśli go z ziemi, jego środkowa część się
zapadła.
Matthew posłusznie wykonywał polecenia starszego brata. Chłopcy
spróbowali unieść worek jeszcze raz i wtedy Martinez zobaczył, jak
spośród fałd śpiwora wysuwa się ludzka stopa.
Ten widok nim wstrząsnął. Wpatrywał się w dyndającą w powietrzu stopę, a w głowie miał pustkę. Przez chwilę łudził się, że to część lalki albo
manekina. Ściśnięty żołądek podpowiadał mu jednak coś zgoła innego.
- Ejże! - zawołał. - Stójcie, odłóżcie ten worek na ziemię! Chcę zerknąć
do środka.
Ale Jason miał inne plany.
- Nie - odparł krótko, po czym wrzucił worek do bagażnika i zatrzasnął
klapę. - Nie zrobisz tego.
Instynktownie Martinez sięgnął po pistolet kaliber .357 i wycelował w podejrzanych.
- Nie ruszać się! - zawołał.
- Spierdalaj! - odpyskował Jason. - Jesteś zwykłym ochroniarzem. Gówno
mi zrobisz.
Po tych słowach zamknął bagażnik i usiadł za kierownicą.
Martinez stał bez ruchu, mierząc z pistoletu. Koniec końców nie
pociągnął za spust, uznawszy, że tej nocy dość już było przemocy.
Zamiast tego, kiedy samochód się oddalał, postarał się zapamiętać numer
rejestracyjny. Po powrocie do stróżówki wzburzony przedzwonił na
posterunek policji w Oceanside. Już po chwili kojący szum fal został
zagłuszony przez głos dyspozytorki.
Dnia 14 stycznia o 8.30 Andre Spencer, detektyw z wydziału zabójstw w biurze szeryfa okręgu Orange, spoglądał w dół jaru o stromych zboczach
przy autostradzie Ortega. Zgłoszenie, odebrane wcześniej tego dnia od
kierowcy podróżującego autostradą międzystanową numer 5, dotyczyło
zauważonych przezeń ludzkich szczątków leżących na polu na wysokości
znacznika 79 mili. Jako że Spencer pełnił dyżur tego dnia, to jemu
przypadło prowadzenie dochodzenia w tej sprawie. Przez trzynaście lat
służby policyjnej zdążył przywyknąć do śmierci. Mimo to, gdy teraz
lustrował przez lornetkę wyjątkowo spadzisty teren na poboczu szosy,
widok zwłok był dla niego wstrząsem: mniej więcej pięćdziesiąt metrów
niżej ujrzał ludzki tułów; pozbawiony głowy i dłoni korpus białej
kobiety, ubranej jedynie w figi. Trup był upiornie blady, ponieważ
zabójca zadał sobie trud, żeby pozbawić go większości krwi.
Dla Spencera od razu stało się jasne, że to będzie twardy orzech do
zgryzienia. "Gdyby ciało było kompletne, gdyby miało głowę albo dłonie,
pobralibyśmy odciski palców albo wykonalibyśmy odlew zębów" - pomyślał.
W tej sytuacji pozostawało jedynie pobranie wymazów z nadzieją, że uda
się zidentyfikować zwłoki na drodze analizy DNA. Umysł detektywa
pracował na przyspieszonych obrotach: Spencer musiał się dowiedzieć, co
to za kobieta i jak to się stało, że spotkał ją tak makabryczny koniec.
Dopiero po siedmiu dniach na jego biurko trafił numer rejestracyjny
zapisany przez ochroniarza Petera Martineza, co później pozwoliło
ustalić, że tułów odnaleziony na dnie jaru należał do
czterdziestojednoletniej Jane Bautisty. Jak się okazało, kobieta
obsesyjnie lękała się, że na jej życie dybią jacyś bezimienni
nieznajomi. Koniec końców zginęła z ręki jedynych ludzi, którym
pozwalała się do siebie zbliżyć - swoich synów: Jasona i Matthew.
Rozdział 2
2
W młodości miała opinię atrakcyjnej
kobiety. Szczupła, wysoka - mierzyła sto siedemdziesiąt centymetrów - o bladej karnacji, na której tle tym efektowniej prezentowały się jej
olśniewające, długie, rude włosy. Mówiono, że nie istnieje mężczyzna,
który byłby w stanie się oprzeć spojrzeniu jej błękitnych oczu. Oto jak
opisał ją jeden z sąsiadów: "Nie nosiła się w krzykliwym stylu. Nie
należała do kobiet, które nakładają tapetę na twarz. Była zwyczajna, ale
ładna". Zapewne mogła przebierać w facetach, ale zakochała się w prostej
złotej rączce z Belize. Armando Bautista poznał Jane, gdy studiowała na
University of Wisconsin-Parkside i marzyła o tym, by zostać
nauczycielką. Miała dziewiętnaście lat, gdy w 1981 roku pojechała z Armandem do jego domu w Corozal, miasteczku zarabiającym głównie na
eksporcie homarów, położonym na północnym wybrzeżu Belize, i tam
przyjęła jego oświadczyny. Do ślubu założyła różową sukienkę, pożyczoną
od siostry Armanda, która bawiła się w niej na studniówce. Jane
przyrzekła swojemu wybrankowi, że odtąd już zawsze będzie go kochać,
szanować i troszczyć się o niego.
Rodzina Armanda nie zapałała sympatią do jego żony. Jane szybko zyskała
opinię snobki. Podpadła nowym teściom już na samym początku, gdy uparła
się, żeby Armando na czas ich pobytu w Corozal wynajął dla nich pokój
hotelowy, mimo że jego rodzina proponowała, by zatrzymali się u nich.
Szczególnie dotknięta, a potem wściekła, była Elida Centeno, matka
Armanda. Ale dla pana młodego najbardziej liczyło się teraz dogadzanie
żonie, dlatego pożyczył pieniądze od matki, by pokryć wydatki na hotel i posiłki z hotelowej restauracji.
Nie ulega wątpliwości, że państwo młodzi stanowili dość oryginalną czy
wręcz kontrowersyjną parę. Jane pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny
pobożnych białych chrześcijan. U boku swojego ubogiego imigranckiego
narzeczonego wyglądała dość osobliwie. Jak wspominali sąsiedzi, ta
dziewczyna zawsze miała jednak duszę buntowniczki. Jej starsza siostra
była spokojniejsza i nigdy nie sprawiała rodzicom kłopotów, za to Jane
błyszczała, a zarazem cechowała ją krnąbrność, która czyniła z niej
czarną owcę w rodzinie. Szczególnie trudne relacje łączyły ją z matką,
Nellie Osborne.
Jane Marie Osborne urodziła się 18 grudnia 1961 roku w małym podmiejskim
szpitalu w Waukegan w stanie Illinois. Była wnuczką Benjamina Cloyce'a Funderburka, założyciela odnoszącej duże sukcesy firmy budowlanej
Funderburk Builders. Firma ta miała znakomitą renomę; miejscowi agenci
nieruchomości wiedzieli, że jeżeli nieruchomość została "zbudowana przez
Funderburka", to mogą wystawić ją po wyższej cenie. Rodzinny majątek
sprawił, że Jane ani starszej od niej o sześć lat Deborze niczego nie
brakowało. Dzieciństwo spędzane w małym miasteczku upływało im
spokojnie. Nellie i Don Osborne ubierali córki elegancko, posyłali je do
drogich prywatnych szkół, a charakterystyczne dla Illinois mroźne zimy
spędzali na wakacjach w Meksyku, najchętniej w kurorcie Acapulco.
Kiedy Jane uczęszczała do szkoły podstawowej, rodzice przeprowadzili się
z małego miasteczka Zion do jeszcze mniejszej miejscowości Winthrop
Harbor, też znajdującej się w stanie Illinois, w której nawet obecnie
liczba mieszkańców nie przekracza sześciu tysięcy siedmiuset. Mimo
majątku rodziny i znajomości w branży budowlanej państwo Osborne
zamieszkali w skromnym, jednokondygnacyjnym ceglanym domku, z garażem na
dwa auta i dużym trawnikiem od frontu, na działce o powierzchni około
dwóch tysięcy metrów kwadratowych. Podwórko za domem nie było może
przesadnie duże, ale przestrzeni wystarczyło, by postawić rodzinny stół
piknikowy i urządzić grilla. Przez większą część życia Jane jej
dziadkowie mieszkali w niedużym domu na sąsiedniej działce tej samej
wielkości, przy Russell Avenue.
Winthrop Harbor skupia zagorzałych baptystów, a kościołów jest tu więcej
niż sklepów. Jak łatwo się domyślić, mieszkańcy mają poglądy
konserwatywne i patriotyczne. Na werandach większości domów można
zobaczyć dumnie powiewającą flagę amerykańską. To nie przypadek, że przy
Sheridan Road, głównej ulicy miasteczka, najbardziej rzuca się w oczy
placówka Veterans of Foreign Wars, organizacji zrzeszającej weteranów
armii amerykańskiej, a także sklep Outdoorsman, w którym można
zaopatrzyć się w strzelby i artykuły wędkarskie. Jest tu również parę
restauracyjek - rodzinnych biznesów - między innymi Gyros-N-Heros, od
frontu ozdobiona flagami konfederatów i wielkim szyldem z hasłem
"Bohaterowie są mile widziani". Nieopodal można natknąć się na
konkurencję w postaci Stone Creek Grill, lokalu będącego własnością
klanu Funderburków. Ta specjalizująca się w stekach restauracja cieszy
się taką renomą, że przyciąga klientów nawet z Wisconsin, choć to wbrew
pozorom nic nadzwyczajnego, jako że Winthrop Harbor leży przy samej
granicy Illinois i Wisconsin. W letnich miesiącach miejscowy port
zapełnia się łódkami i jachtami urlopowiczów z sąsiedniego stanu.
- To zawsze była zabita dechami dziura. I tak już zostanie - powiedział
jeden ze starych mieszkańców Winthrop Harbor. - Od lat zabiegamy, żeby
Target albo Walmart otworzyły tu swoje markety. Ale nic z tego. Jesteśmy
po prostu za mali i im się nie opłaca.
Ojciec Jane, Don Osborne, nie chciał pracować w rodzinnym biznesie i zamiast tego zatrudnił się w lokalnej firmie produkującej łodzie, jako
specjalista do spraw odlewania ciśnieniowego. Zarabiał wystarczająco
dużo, by Nellie mogła realizować się jako pani domu i mama. Jeśli
wierzyć sąsiadom państwa Osborne'ów, aż do przesady pilnowała porządku w domu i była świetnie zorganizowaną i zdyscyplinowaną kobietą.
- Nellie była szczera do bólu i zawsze chciała szefować - wspominała
wieloletnia sąsiadka i przyjaciółka rodziny. - Ogólnie rzecz biorąc,
była dobrą matką, chociaż jak na mój gust zbyt apodyktyczną.
Na porządku dziennym dochodziło do spięć Nellie z córką, obdarzoną
równie silną osobowością. Zdaniem sąsiadów i przyjaciół Jane z dzieciństwa awantury wybuchały o to, co zwykle bywa kością niezgody
między rodzicami a nastolatkami: o szlabany, o chłopaków, o obowiązki
domowe. Miejscowi twierdzili, że nawet gdyby konflikty zahaczały o coś
poważniejszego, mało prawdopodobne, by ktokolwiek z sąsiadów się o tym
dowiedział:
- Matka Jane przywiązywała dużą wagę do tego, co inni myślą na temat
niej samej i jej rodziny. To nie był typ człowieka, który publicznie
pierze swoje brudy.
W dzieciństwie Jane miała opinię miłej dziewczynki, która bez problemu
nawiązywała nowe znajomości w szkole. Była wesoła, towarzyska i często
wiodła prym w zabawie. Zapisała się nawet do skautów, a sąsiedzi nadal
pamiętają, jak niesamowicie prezentowała się w zielonym mundurku i z burzą rudych włosów. Ale już wtedy dała się poznać swoim rówieśnikom
jako uparta i wybuchowa. Jak wspomniała jedna z jej ówczesnych
koleżanek:
- Kiedy raz jej podpadłaś, było po sprawie. Potrafiła bardzo szybko
odsunąć się od osoby, która zalazła jej za skórę.
Przez jakiś czas uczęszczała do liceum w Zion-Benton, jednak nie
zabawiła tam długo; po tym, jak na dziedzińcu szkolnym zaczęło dochodzić
do bójek, Nellie postanowiła posłać córkę do prywatnego liceum
chrześcijańskiego w Grayslake, w stanie Illinois. Szkoła ta była
oddalona o trzydzieści minut jazdy od ich domu. W Westlake Christian
Academy obowiązywały dwa egzaminy wstępne - jeden sprawdzający wiedzę,
drugi wiarę, tak by upewnić się, że kandydat na ucznia jest pobożnym
chrześcijaninem. Oba testy Jane zdała bez najmniejszego wysiłku. Jak
wyjawił ojciec w wywiadzie dla gazety udzielonym po śmierci córki, przez
krótki czas dziewczyna była do tego stopnia zafascynowana naukami
kościelnymi, że zastanawiała się, czy przypadkiem jej powołaniem nie
jest życie zakonne. Ambicje te poszły jednak w zapomnienie, gdy zdała na
studia. Jako dwudziestolatka obiecała sobie, że nigdy więcej nie otworzy
Biblii.
Na początku jej rozwoju duchowego mogła liczyć na wsparcie rodziny,
która z chęcią płaciła tysiąc dolarów czesnego rocznie i zapisała Jane
na lekcje związane z religią, między innymi teologię. Dziewczyna zawsze
miała opinię wyjątkowo bystrej uczennicy i nie zmieniły tego nawet
bardzo surowe porządki panujące w prywatnej szkole ani obowiązkowe
codzienne uczestnictwo w nabożeństwie w kaplicy.
Sąsiadka Joyce Yonke poznała Jane w drugiej klasie liceum. Dziewczęta
chętnie nocowały to u jednej, to u drugiej.
- Czasami trudno było się domyślić, co siedzi w jej głowie - wspominała
Joyce. - Ale spotykałyśmy się wtedy w grupce przyjaciół i z Jane często
dobrze się bawiliśmy.
Na tym etapie swojego życia Jane była otwarta i towarzyska. Uwielbiała
kibicować podczas szkolnych meczów koszykówki albo wieczorami krążyć z koleżankami samochodem po mieście, słuchając muzyki. Małe miasteczko nie
miało zbyt wiele do zaoferowania spragnionym rozrywki nastolatkom, ale
dziewczęta bawiły się jak umiały. Jane sprawiała wrażenie szczęśliwej.
Nawet spośród grupy przyjaciółek wyróżniała się wynikami w nauce.
- Była bardzo dobrą uczennicą. Ponieważ ze mnie był raczej przeciętniak,
chodziłyśmy razem na niewiele lekcji - opowiadała Joyce. - Spotykałyśmy
się na zajęciach wychowania fizycznego i w kaplicy, ale już lekcje
matematyki i przedmiotów ścisłych miałyśmy osobno, bo byłyśmy na różnych
poziomach. Jane zawsze chodziła do klas z rozszerzonym programem
nauczania, po prostu przyswajała wiedzę szybciej od innych. Ale ponieważ
to była bardzo mała szkoła, wszyscy i tak się znali.
To wtedy przylgnęło do niej przezwisko "Matka Jane", które zawdzięczała
swojej skłonności do udzielania rad. Sprawiała wrażenie osoby dojrzałej
i mądrej, czym zaskarbiała sobie zaufanie koleżanek. Joyce prowadziła z nią wielogodzinne rozmowy telefoniczne, w których trakcie zwierzała się
ze swoich rozterek sercowych, i zawsze bardzo ceniła wskazówki, jakich
udzielała jej Jane.
Jane uwielbiała słuchać o problemach przyjaciółek. Ale, co ciekawe, sama
bardzo niechętnie opowiadała o sobie, i to do tego stopnia, że uchodziła
za skrytą. Joyce podejrzewała co prawda, że jest chłopiec, który podoba
się przyjaciółce, ale nie miała pewności, czy są parą, czy po prostu
tylko się przyjaźnią, a główna zainteresowana nie pomagała jej
rozstrzygnąć tego dylematu.
Jeszcze mniej chętnie opowiadała o matce, ojcu, siostrze, a nawet
uwielbianej przez siebie babce.
- I to właśnie dlatego tak trudno było mi ją rozgryźć - stwierdziła
Joyce. - Jane była pierwsza do udzielania rad innym, ale ja nawet nie
wiedziałam, jak blisko żyje ze swoją babką... Niewiele zdradzała na swój
temat. Chyba po prostu trudno jej się było zdobyć na zaufanie. Robiła na
mnie wrażenie osoby, która wiecznie ogląda się przez ramię.
Liceum, z ocenami celującymi, ukończyła rok wcześniej od rówieśników. Z dokumentów szkolnych wynika, że w klasie z rozszerzonym materiałem
uplasowała się na piątym miejscu w rankingu.
Po maturze, jesienią 1979 roku, rozpoczęła studia na University of
Wisconsin-Parkside, mniej więcej godzinę jazdy na północ od Winthrop
Harbor. W tym okresie Jane wspominała, że chciałaby zostać nauczycielką.
Najbardziej lubiła naukę języków obcych. Mówiła już niemal płynnie po
hiszpańsku, co w dużej mierze było zasługą częstych wakacji w Acapulco.
Na studiach jednak passa sukcesów naukowych Jane się skończyła. Na
zajęciach pojawiała się od przypadku do przypadku. W rezultacie studia
zajęły jej z przerwami niemal dekadę, od 1979 do 1988 roku. Jak jednak
wiemy z dokumentacji akademickiej, nigdy nie uzyskała tytułu magistra.
Babka Jane twierdziła, że od obrony dyplomu wnuczkę dzieliły trzy
miesiące, gdy ostatecznie rzuciła szkołę.
Po maturze pogorszeniu uległy również relacje Jane z matką. Dziewczyna
była przekonana, że Nellie faworyzuje jej siostrę Deborę, i miała o to
do niej wielki żal.
Napięcie w relacjach z Nellie sięgnęło zenitu pewnego wieczoru w 1980
roku, gdy Jane miała dziewiętnaście lat. Postanowiła, że pożyczy od mamy
samochód, bo chciała zabrać znajomych na przejażdżkę po mieście. Nellie
zazwyczaj chętnie użyczała córce auta, żeby ułatwić jej przemieszczanie
się między uczelnią a domem albo gdy Jane wybierała się do miasta z koleżankami. Tego wieczoru jednak, jako że sama potrzebowała samochodu,
nie zgodziła się. Jane wpadła w szał. Wrzeszczała tak głośno i tak
długo, że matka zaczęła się jej bać. Kiedy spróbowała objąć Jane, żeby
ją uspokoić, to tylko dodatkowo sprowokowało dziewczynę. Jane zaczęła
okładać matkę pięściami po głowie i brzuchu. Nellie próbowała ją
powstrzymać, ale ostatecznie odniosła tak poważne obrażenia, że
niezbędna okazała się wizyta w szpitalu, gdzie opatrzono jej liczne rany
i stłuczenia. Nellie nie zgłosiła pobicia na policję; będąc osobą
ceniącą prywatność, wolała rozwiązać ten problem dyskretniej. Zapewne
wychodziła z założenia, że obecność policyjnych radiowozów pod domem
wzbudziłaby sensację wśród wścibskich sąsiadów.
Był to pierwszy wyraźny sygnał, że z Jane dzieje się coś niedobrego. W tej wesołej, towarzyskiej i atrakcyjnej dziewczynie ujawniała się druga,
mroczniejsza strona. W miarę jak wzrastała jej wybuchowość, odsuwały się
od niej bliskie osoby. W tamtym momencie nikt nie przypuszczał, że jej
zachowanie mogło być rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Jane ukojenia szukała w ramionach swojej babki. Charlie Mae Funderburk
zawsze ze zrozumieniem wysłuchiwała utyskiwań wnuczki na matkę. Nawet
jeśli nie we wszystkim zgadzała się z Jane, starsza pani o łagodnym
głosie umiała jak nikt inny uspokoić porywczą dziewczynę. Na przestrzeni
lat Jane spędzała u dziadków nie mniej czasu niż w domu rodziców. Często
oferowała dziadkom pomoc w sprzątaniu. W podzięce Mae czasami dawała
swojej ulubionej wnuczce trochę pieniędzy.
- To dla mojej ukochanej wnusi - mawiała.
Rozdział 3
3
Już na początku studiów Jane poznała
mężczyznę, który miał w zasadniczy sposób wpłynąć na jej późniejsze
życie. Armando Bautistę po raz pierwszy spotkała w domu swojej
koleżanki. Przybył do USA z Belize i został miejscową złotą rączką.
Teoretycznie nie był typem faceta, którym mogłaby się zainteresować
dziewczyna z dobrego domu pokroju Jane. Co prawda miał smykałkę do
naprawiania elektryki, dzięki czemu dostawał wiele zleceń, lecz brak
wykształcenia powodował, że zazwyczaj był spłukany. Do Stanów
Zjednoczonych przyjechał razem z siostrą w poszukiwaniu lepszego życia.
A kiedy spodobał się Jane Osborne, pomyślał, że w końcu los się do niego
uśmiechnął.
Zdaniem Joyce Yonke tych, którzy znali wcześniejsze romanse Jane,
związek z Armandem raczej nie powinien dziwić. Mimo że sama wychowała
się w środowisku białych, ciągnęło ją do mężczyzn o ciemniejszym kolorze
skóry.
- Można było odnieść wrażenie, że podobają jej się wyłącznie Latynosi.
Ewidentnie pociągali ją bardziej od innych.
Co ciekawe, z reguły jej partnerzy nie dorównywali jej pod względem
intelektualnym. Być może dobierała ich celowo, dzięki czemu z łatwością
mogła dominować w związku, a może jedynie słabsi mężczyźni gotowi byli
potulnie znosić jej napady złości. W każdym razie wzorzec ten miał
towarzyszyć jej przez całe życie.
W marcu 1981 roku, po niespełna roku randkowania, Jane i Armando wzięli
ślub. Ceremonia odbyła się na północnym wybrzeżu Belize w obecności
krewnych Armanda. Na ślubie nie pojawił się nikt z rodziny Jane.
- Ona po prostu nie była związana z matką - tłumaczyła sąsiadka. - Z kolei jej siostra Debora świetnie się dogadywała z Nellie, czego Jane
nie umiała zaakceptować. W efekcie z siostrą też nie utrzymywała
bliskich kontaktów.
Kiedy jednak nowożeńcy przylecieli z powrotem do kraju, na chicagowskim
lotnisku czekał na nich Don Osborne. Sąsiedzi zapamiętali, jak dużym
zaskoczeniem było dla nich odkrycie, że Jane nagle wróciła do domu jako
żona niewykształconego i ledwo wiążącego koniec z końcem imigranta.
- Ta dziewczyna mogła mieć każdego faceta - wspominała jedna z sąsiadek.
- Była zdolna i miała te olśniewające rude włosy. Jej wybór mógł dziwić.
Jane wydawała się szczęśliwa i chętnie pokazywała się z mężem. Sąsiedzi
w końcu zaakceptowali parę. Rodzice, jak się zdawało, również. Ale
związek Jane i Armando bynajmniej nie należał do udanych. Pierwsze
problemy pojawiły się niemal natychmiast po ślubie.
Mimo że wywodziła się z zamożnej rodziny, Jane jako mężatce przyszło
wieść życie niemal w ubóstwie. Rodzice wspomagali ją finansowo w niewielkim stopniu bądź wcale. Świeżo upieczona żona mogła natomiast
liczyć na pomoc ze strony babki Mae. Podobnie jak w dzieciństwie, Jane
przychodziła do niej ze wszystkimi problemami, również wtedy, gdy
brakowało jej pieniędzy. Zwyczaj ten miał zresztą towarzyszyć jej do
końca życia.
Ponieważ Armando nie mógł znaleźć stałej pracy w charakterze złotej
rączki, para przeprowadziła się do Waukegan, miejscowości oddalonej o szesnaście kilometrów na południe od Winthrop Harbor. Waukegan, z populacją około dziewięćdziesięciu tysięcy, mogło się wydawać metropolią
w porównaniu z maleńkim Winthrop Harbor. Marne zarobki, jakie z dorywczych fuch przynosił do domu Armando, skazały parę na zamieszkanie
w Hickory Manor Apartments, usytuowanym przy szosie Continental Drive
kompleksie tanich budynków mieszkalnych, oferującym obskurne jedno- i dwupokojowe mieszkania.
Jane znalazła pracę biurową w pobliskiej elektrowni Cherry Electric.
Problemy finansowe pary stawały się jednak coraz poważniejsze. Osiem
miesięcy po ślubie Jane zaszła w ciążę.
25 sierpnia 1982 roku w szpitalu Waukegan urodził się Jason Victor. Nie
wiemy, co Jane czuła w dniu, który teoretycznie powinien należeć do
najszczęśliwszych w jej życiu. Osoby, które ją znały, wspominały, że
bezpośrednio przed porodem i po nim rzadko się pokazywała. Zresztą, z wieloma znajomymi z liceum już wcześniej zerwała kontakt. Jeżeli nawet
zorganizowała baby shower, to jej ówcześni znajomi nie zostali
zaproszeni.
Wkrótce po urodzeniu Jasona Jane w końcu odezwała się do swojej
przyjaciółki z liceum Joyce Yonke, żeby podzielić się z nią radosną
nowiną. Joyce wówczas też była już mężatką i zajmowała się wychowaniem
dziecka. Dlatego gdy Jane wspomniała, że potrzebuje kogoś, kto
zaopiekowałby się Jasonem, podczas gdy ona i Armando są w pracy, Joyce
ochoczo zgodziła się pomóc. Niestety już po paru dniach, w których
trakcie zajmowała się Jasonem, u chłopca wystąpiła wysypka od mokrej
pieluchy. Joyce zapewniła przyjaciółkę, że przewijała Jasona tak samo
często jak własne dziecko, u którego nie zaobserwowała żadnej wysypki.
- W porządku - powiedziała Jane. - Wcale się na ciebie nie gniewam. Po
prostu uważam, że lepiej będzie, jeśli Jasonem zajmie się ktoś inny.
Jane odezwała się do Joyce ponownie dopiero po ponad roku, gdy wydarzyła
się tragedia.
Radość macierzyństwa mąciły problemy małżeńskie. Jeszcze przed
pierwszymi urodzinami Jasona Jane odeszła od Armanda. W sierpniu 1983
roku zabrała synka i wyprowadziła się do innego niskobudżetowego
dwupokojowego mieszkania na terenie tego samego miasta. Co prawda cena
wynajmu opiewała na około dziewięćset piętnaście dolarów, jednak Jane z własnej kieszeni wykładała tylko dwadzieścia siedem dolarów miesięcznie,
co oznacza, że korzystała z pomocy socjalnej. W ramach lokalnych
programów mieszkalnictwa komunalnego władze okręgu pokrywały większość
kosztów wynajmu osobom samotnie wychowującym dzieci i o niskich
zarobkach.
Dla Armanda rozpad małżeństwa był wielkim ciosem. Popadł w depresję i wielokrotnie próbował się pogodzić z Jane. Mimo częstych gwałtownych
awantur nie wyobrażał sobie życia bez swojej rodziny, o czym starał się
teraz przekonać swoją żonę. Jane jednak odrzucała jego przeprosiny i powtarzała, że to koniec. Twierdziła, że już go nie kocha.
Armando nie zamierzał jednak zaakceptować decyzji żony.
W dniu 3 kwietnia 1984 roku złożył Jane wizytę, podczas której zażądał,
żeby do niego wróciła. Zapewniał, że mimo problemów finansowych wspólnie
sobie poradzą. Jane z właściwym dla siebie uporem zignorowała jego
nalegania. Dała mu do zrozumienia, że nie traktuje go już poważnie.
Rozmowa szybko przerodziła się w kłótnię. Po jakimś czasie doszło do
przepychanek. Jane zagroziła, że zgłosi zachowanie męża na policję.
Twierdziła, że jeśli będzie chciała, doprowadzi do jego deportacji. Blef
poskutkował i przestraszony Armando salwował się ucieczką.
Już parę dni później Armando postanowił udowodnić Jane, jak wielka jest
jego desperacja. Bez żony i nowo narodzonego syna uważał się za
mężczyznę, który nie ma nic do stracenia.
Było spokojne popołudnie 7 kwietnia 1984 roku. Jane załatwiała sprawunki
z małym Jasonem u boku. Przed godziną 18 jechali na zachód Sunset
Avenue, kierując się do mieszkania. Po drodze mijali biuro Jane w Cherry
Electric. Kobieta zwróciła wówczas uwagę na stojącego na parkingu
Chevroleta Monte Carlo rocznik 1975. Od razu rozpoznała w nim samochód
Armanda. Ale czego właściwie były partner szukał w jej zakładzie pracy?
Poirytowana zjechała na parking, żeby zorientować się, o co chodzi.
Zaparkowała obok chevroleta, ale w pierwszej chwili nie zauważyła w środku Armanda. Dopiero gdy podeszła bliżej i zajrzała przez okno po
stronie kierowcy, dostrzegła męża - jego ciało bezwładnie osunęło się na
bok, tak że głowa leżała na fotelu pasażera. Mężczyzna miał na piersi
otwartą krwawą ranę. Jane rzuciła się biegiem do drzwi po stronie
pasażera. Otworzyła je i wyciągnęła rękę do Armanda, żeby nim
potrząsnąć. Dopiero wtedy kątem oka zarejestrowała leżący na podłodze
wozu rewolwer kalibru .357, z którego mężczyzna się zastrzelił. Kula
przeszyła jego ciało na wylot i utkwiła głęboko w oparciu fotela.
Jane pognała do dyżurki stróża na terenie firmy i opowiedziała, co się
stało. O godzinie 18.27 na parkingu roiło się już od śledczych z komendy
policji oraz biura koronera. Z początku trudno było jednoznacznie
stwierdzić, kiedy nastąpił zgon, ale specjaliści z wydziału zabójstw
szacowali, że mężczyzna nie żył od kilku godzin.
Jak tłumaczył podkomisarz Mark Stevens z wydziału policji z Waukegan po
powtórnym zapoznaniu się z raportem policyjnym w sprawie podejrzenia
samobójstwa:
- Jako że w pojeździe było dużo krwi i cała zdążyła wsiąknąć w fotele,
denat musiał przebywać tam już pewien czas.
- Poza tym doszło już do stężenia pośmiertnego - zauważył Jim Wipper,
zastępca koronera okręgu Lake. Jego zdaniem, jako że ciało Armanda
zaczynało już sztywnieć, od momentu śmierci musiały upłynąć co najmniej
trzy godziny. - Przy niskich temperaturach mniej więcej tyle czasu musi
upłynąć, zanim dojdzie do stężenia - dodał. - A tutaj w kwietniu bywa
jeszcze dość chłodno. Dlatego obstawiałbym te trzy godziny.
Cała ta scena musiała być niezwykle poruszająca - mężczyzna zrozpaczony
z powodu rozpadu małżeństwa odbiera sobie życie w miejscu pracy swojej
żony. Co gorsza, nie dość, że to właśnie żona znajduje ciało, to jeszcze
ma ze sobą ich synka. Na szczęście Jason był wtedy tak mały, że raczej
nic z tego nie zapamiętał.
W ostatnim akcie desperacji - lub okrucieństwa, zależy z której strony
spojrzeć - Armando zostawił dwustronicowy list pożegnalny, w którym winą
za swoje samobójstwo obarczył żonę.
- List był zaadresowany do Jane - powiedział Wipper. - Armando powtarzał
w nim raz za razem, że nie może bez niej żyć. Używał innych słów, ale
sens był ten sam: pisał, jak bardzo kocha ją i syna i że nie umie bez
nich żyć.
Oto co napisał Armando: "Tobie, Jasonowi, całej mojej rodzinie i bliskim
życzę szczęścia. Mój doczesny dobytek przekazuję tobie i Jasonowi. Życie
bez was nie ma sensu, równie dobrze mogę umrzeć. Pogodziłem się już ze
sobą i zaakceptowałem to, że szczęśliwe życie bez ciebie jest dla mnie
niemożliwe". O swojej matce, żyjącej w Belize, pisał, że jakoś
przeboleje stratę syna: "Wiara jej pomoże". Co do Jasona, który miał
wychowywać się bez ojca, stwierdził: "Pewnego dnia zrozumie". Informował
też w liście, że czynsz za mieszkanie jest opłacony, więc Jane nie musi
się o to martwić. List skończył kolejnymi deklaracjami miłości i wyznaniem, że życie bez Jane nie ma dla niego sensu. "Jesteś wszystkim,
o czym marzyłem".
Ilekroć ktoś umiera, a przyczyna śmierci nie jest naturalna - nie jest
to zawał, wylew ani tym podobne - policja wszczyna dochodzenie. Mimo że
przy nieboszczyku znaleziono list pożegnalny, tym razem również nie
obeszło się bez śledztwa. Policjanci nie mogli zbyć milczeniem faktu, że
ciało odnalazła akurat żona denata, która wcześniej od niego odeszła.
Jane opowiedziała na komendzie o tym, jak trudny był ich związek. Nie
omieszkała wspomnieć, że parę dni przed samobójstwem Armanda doszło
między nimi do szarpaniny. Nasuwało się pytanie: czy to możliwe, żeby
feralnego dnia miał miejsce dalszy ciąg tamtej kłótni, która zakończyła
się morderstwem? Jakim cudem trup przesiedział kilka godzin niezauważony
w otwartym aucie na środku zapełnionego parkingu, dopóki nie odkryła go
Jane?
- Jak dla mnie, kiedy teraz analizuję tamten raport, wygląda to dość
podejrzanie - przyznał Stevens. - Wokół tej śmierci jest sporo
niejasności. Ale ostatecznie nie udało się powiązać Jane z ewentualnym
zabójstwem.
Mimo to ludzie gadali. Sąsiedzi zwrócili uwagę na te same dwuznaczności
co policja. Dla nich nie miało znaczenia, że stróże prawa oczyścili Jane
ze wszystkich podejrzeń, ani nawet to, że Armando przed śmiercią napisał
długi przejmujący list. Plotkowali i tak.
Cała ta sytuacja - śmierć męża, znalezienie jego ciała, a potem również
rzucane szeptem przez sąsiadów oskarżenia pod jej adresem - była dla
Jane ogromnym wstrząsem. Kobieta stała się kłębkiem nerwów.
Parę dni po śmierci Armanda ni stąd, ni zowąd zdumiona Joyce odebrała
telefon od przyjaciółki z liceum. Jane nie chciała wtajemniczać jej w szczegóły. Oświadczyła wymijająco, że jej mąż zmarł.
- Była w kiepskim stanie - wspominała Joyce. Mimo że ich rozmowa trwała
krótko i dotyczyła w głównej mierze szczegółów pogrzebu Armanda, Joyce
słyszała cierpienie w głosie przyjaciółki. - Od razu się zorientowałam,
że źle znosi śmierć męża.
Joyce, która w tamtym czasie spodziewała się drugiego dziecka,
zamierzała pojawić się na pogrzebie. Ostatecznie jednak na niego nie
dotarła, pokonana przez bardzo uciążliwe poranne mdłości. Nigdy nie
znała Armanda; Jane go jej nie przedstawiła, zresztą podobnie jak innym
przyjaciołom z liceum. Teraz, jako wdowa, jeszcze bardziej odsunęła się
od znajomych. Wprawdzie mieszkała jeszcze przez kilka lat w Waukegan,
jednak nigdy więcej nie odezwała się do Joyce.
- Czasami, gdy na ulicy spotykałam naszych wspólnych znajomych, pytałam,
czy mieli z nią jakiś kontakt - wspominała Joyce. - Odpowiedź zawsze
była ta sama: nie odezwała się do nikogo. Jane po prostu zapadła się pod
ziemię.
Rozdział 4
4
Jane nadal pracowała w biurze, a dodatkowo
od czasu do czasu uczęszczała na zajęcia uniwersyteckie. Wiązała jakoś
koniec z końcem dzięki zastrzykom gotówki od babki. Po śmierci Armanda
mogła też liczyć na zasiłek - jako dziecku, które straciło ojca,
Jasonowi aż do ukończenia osiemnastego roku życia przysługiwały
świadczenia z tytułu ubezpieczenia społecznego.
Stosunki Jane z rodziną męża pozostawały napięte, ale udawało jej się
spędzić trochę czasu z siostrą Armanda, Quirią, która nadal żyła w Illinois. Quiria nie cierpiała Jane, którą obwiniała za śmierć brata,
ale godziła się na spotkania, tylko po to, by jej rodzina całkiem nie
straciła kontaktu z Jasonem; odcięcie się od Jane byłoby równoznaczne z porzuceniem jedynego potomka Armanda. Dlatego Quiria tolerowała bratową
i od czasu do czasu zapraszała ją do siebie na obiad.
Ludzie, którzy porzucili ojczyznę, mają w zwyczaju trzymać się blisko
tych, którzy pokonali tę samą drogę co oni. Stąd w domu Quirii zawsze
pełno było imigrantów. Jednym z jej częstych gości byli Jose Montejo
oraz jego matka, przybyli z Belize. W ten sposób wczesną wiosną 1986
roku w trakcie małego piątkowego przyjęcia Jose Montejo poznał Jane. Z jasną skórą i burzą rudych włosów niewątpliwie się wyróżniała. Montejo,
dwudziestoczteroletni blacharz, nie potrafił oderwać od niej wzroku.
Kiedy matka zauważyła jego reakcję, momentalnie próbowała go zniechęcić.
- Niedawno straciła męża - powiedziała. - I wszyscy odnoszą się do niej
nieufnie. Trzymaj się od niej z daleka, zrozumiano?
- Wszyscy mi powtarzali: "Lepiej na nią uważaj" - wspominał Jose. - Te
ostrzeżenia brały się stąd, że ludzie podejrzewali ją o zabójstwo męża.
Ale ja nie zwracałem uwagi na ich gadanie. Nie wierzyłem w te plotki.
Byłem dorosłym facetem. Matce zapowiedziałem, że będę robić, na co mam
ochotę.
Jose zdawał sobie sprawę, że siostra Armanda jest bardzo rozżalona po
śmierci brata i szuka winnego, a Jane była łatwym celem. Quiria
przekonywała wszystkich, że jej brat nigdy nie odebrałby sobie życia;
zresztą, nawet jeżeli to on pociągnął za spust, i tak wina leżała po
stronie Jane, ponieważ to ona doprowadziła go do stanu niepoczytalności.
W jej oczach bratowa była morderczynią i nic nie mogło tego zmienić. Ale
Jose to nie powstrzymało - zignorował wszystkie ostrzeżenia i zaprosił
Jane na randkę.
- Potrafiła być naprawdę zabawna - wspominał Montejo. - Dużo się śmiała
i żartowała. Razem bardzo miło spędzaliśmy czas. Przy sprzyjającej
pogodzie chodziliśmy na plażę z Jasonem. Wydawało mi się, że jest
szczęśliwa.
Mimo że nadal wynajmowała tanie mieszkanie i pracowała na niepełny etat
jako recepcjonistka, nigdy nie narzekała na brak pieniędzy. Zazwyczaj
miała więcej gotówki od Jose, dlatego to ona płaciła podczas wspólnych
wypadów na miasto.
- Była taka życzliwa i hojna - twierdził Jose. - Dowiedziałem się od
niej, że jej rodzina dorobiła się na biznesie budowlanym. Wspomniała
też, że finansowo pomaga jej babka.
Jose od lat nadużywał alkoholu, ale odkąd poznał Jane, ograniczył picie.
A gdy bardziej się do niej zbliżył, a potem również do jej synka,
całkowicie rozstał się z nałogiem.
- To była jej zasługa - oświadczył. - Przy niej nie musiałem już dłużej
pić, bo razem byliśmy szczęśliwi.
Najlepiej wspominał momenty, gdy zostawali w domu. Wtedy wszyscy razem
wylegiwali się na kanapie i oglądali telewizję.
- Przez cały czas pękaliśmy ze śmiechu. Kiedy ją poznałem, nie było w niej tej bezwzględności, z której potem zasłynęła. Ale tak naprawdę to
jeszcze jej wtedy nie znałem.
Trzy miesiące później Jose wprowadził się do mieszkania Jane i Jasona.
Miał nadzieję, że za jakiś czas wezmą ślub, może nawet doczekają się
własnych dzieci. Ale Jane się nie spieszyło. Zdaniem Jose miało to
związek z tym, że korzystała z pomocy społecznej; w momencie ponownego
zamążpójścia utraciłaby prawo do zasiłku, ponieważ do jej dochodów
wliczałyby się wówczas również zarobki męża. Tak czy inaczej, niedługo
potem Jose sam miał już własny powód, by wstrzymać się z oświadczynami.
- Jane miała porywczy charakter - powiedział. - Bardzo łatwo wpadała w złość.
Jose większą część życia spędził w Stanach Zjednoczonych, lecz mimo to
nie opanował języka angielskiego w sposób, który umożliwiałby mu płynną
komunikację. Kiedy opowiadał o pierwszych miesiącach życia z Jane pod
jednym dachem, nie potrafił znaleźć wystarczająco mocnych angielskich
słów na opisanie jej napadów gniewu. Po chwili zastanowienia stwierdził:
- To tak, jakby była dwiema różnymi osobami. W jednej chwili potrafiła
być bardzo serdeczna, ale już dwie sekundy później zmieniała się w monstrum z piekła rodem i nie dało jej się w żaden sposób ugłaskać. Po
takim wybuchu zaczynała się nad sobą użalać. Płakała wtedy i mówiła:
"Pomóż mi. Proszę, pomóż mi".
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że stan psychiczny Jane
stopniowo się pogarszał. Jose, imigrant władający jedynie dość
prymitywną angielszczyzną, mógł do końca nie rozumieć, co się z nią
dzieje. Jane raz była cudowna, raz przerażająca, a jeszcze kiedy indziej
żałosna. Jose nie miał jednak pojęcia, co z tym począć.
Na początku uznał, że być może nie docenił tego, jak wielkim szokiem dla
Jane było samobójstwo męża. Kobieta nie pozwalała partnerowi ani innym
osobom ze swojego otoczenia wspominać imienia nieżyjącego Armanda. Wcale
jednak nie chodziło o to, że nadal opłakiwała jego śmierć.
- Nienawidzę tego skurwiela - mówiła. Nawet świadomość, że jego szczątki
spoczywają teraz w grobie, nie ostudziła w niej tej niechęci.
Momentami Jane wyładowywała złość na Jose, który nie zawsze wiedział,
czym właściwie podpadł. Zdarzało się, że po prostu spędzał czas z Jasonem, bawił się z nim albo go karmił, gdy ni stąd, ni zowąd Jane
dostawała ataku szału. Wrzeszczała wtedy: "Jesteś taki sam jak on!
Niczym się nie różnisz od tego pieprzonego Armanda!".
Z czasem Jose odkrył pewną prawidłowość rządzącą tymi wybuchami: Jane
wściekała się, ilekroć poświęcał uwagę Jasonowi. Mimo że nie był
biologicznym ojcem chłopca, pokochał malucha i chętnie się z nim bawił.
Z jakiegoś powodu to doprowadzało Jane do szewskiej pasji. Najwidoczniej
nienawidziła nie tylko Armanda, ale też ich syna.
- Jason był wtedy mały. To nie była jego wina - wspominał Jose. -
Czasami wystarczyło, że leżałem obok niego, by Jane zaczęła się na mnie
wydzierać: "Co ty wyprawiasz? Przecież on nie jest twoim synem!".
Czasami Jose, mimo że kiepsko zarabiał, kupował Jasonowi zabawkę albo
zabierał go na hamburgera, ulubione danie chłopca.
- Czemu to robisz? - pytała Jane. - Po co wydajesz na niego pieniądze?
Niczego mu nie kupuj!
Jane nie była typem kobiety, która przechwalałaby się swoim maleństwem.
Nigdy też nie okazywała mu uczuć. Nie należała do tych mam, które przy
byle okazji zasypują swoje dziecko buziakami i je przytulają. Mimo to
potrafiła zapewnić chłopcu należytą opiekę: Jason nigdy nie chodził
głodny, zawsze był czysty i zdrowy. Jose starał się zaspokoić inne
potrzeby dziecka, na które jego matka pozostawała głucha. Wspominał
potem, że Jason był nerwowym, niespokojnym, bardzo wrażliwym dzieckiem -
sprawiał zawsze wrażenie, jakby zaraz miał się rozpłakać. Najbardziej
oczywistym sygnałem, że coś jest z nim nie w porządku, było ciągłe
moczenie nocne. Wprawdzie chłopiec miał wówczas dopiero trzy lata,
jednak jego przypadłość była dla Jane zawstydzająca. I wywoływała jej
gniew. Za każdym razem, gdy Jason budził się rano w mokrej pościeli,
dostawał lanie.
- Prała go po tyłku z całej siły - wspominał Jose. - Nie miała litości
dla tego chłopca. Lała go czym popadnie: drewnianymi łyżkami, pasami,
tym, co tylko wpadło jej w ręce.
Jeszcze bardziej obrywał, gdy matka uznała, że dotykał się w nieprzyzwoity sposób.
- Był wtedy jeszcze bardzo mały - opowiadał Jose. - Dzieci w tym wieku
są bardzo ciekawe swojej anatomii. I zdarzało się, że Jason bawił się
siusiakiem. Pamiętam jedną sytuację, gdy Jane go na tym przyłapała.
Dostał wtedy tęgie lanie, potem związała te jego maleńkie rączki, a na
koniec postawiła do kąta, w którym miał spędzić cały dzień.
Jose nie krył, że sam również bywał wybuchowy. Najgorsze awantury
wybuchały o postępowanie Jane wobec Jasona. W Belize, kiedy ojciec Jose
wracał w nocy do domu pijany, często szukał zwady. Jeżeli nie spotkał na
ulicy żadnego faceta, z którym mógłby spróbować swoich sił, frustracje
wyładowywał na rodzinie. Zazwyczaj wybierał sobie jedynego
sparingpartnera, który nie był w stanie przed nim uciec - Jose. Kiedy
więc teraz Jose patrzył, jak Jane pastwi się nad Jasonem, budziło to w nim najgorsze wspomnienia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki