Tabula Rasa - Kristen Lippert-Martin

Reflow text when sidebars are open.
- Siadaj - mówi, wskazując krzesło.
Nie chcę siadać. Metalowe krzesło jest zimne jak lód, a ja mam na sobie tylko szpitalną koszulę bez pleców. Stoję więc i wpatruję się w nie bez słowa, aż wreszcie siostra Jenner odchrząkuje.
- Daj spokój, Saro. Nie możemy kazać doktorowi czekać.
Kiedy zobaczyłam to krzesło po raz pierwszy, uznałam je za krzesło elektryczne. Sądziłam, że mnie zabiją.
Ale nie. Wiem, że nie. Kolejny raz sobie o tym przypominam.
Krzesło utrzymuje mnie w pozycji wyprostowanej, by mogli zyskać dostęp do dowolnej części mojej czaszki - przodu, tyłu czy boku. Wspomnienia z pamięci długotrwałej rozproszone są w górnej części mózgu i w zasadzie niemożliwe jest dostanie się do tych właściwych, by można było je zneutralizować. Ale po to dziś właśnie tu jesteśmy. Faza szósta tego, co prawie niemożliwe.
- Sądziłam, że wyznaczono mi termin na przyszły tydzień - protestuję słabo.
- Terminy się zmieniają. Powinnaś być wdzięczna. Przecież to cię znacznie przybliża do rozpoczęcia wszystkiego od nowa.
Ma rację.
Więc siadam.
Siostra Jenner zakłada mi obejmy: najpierw na szyję, potem klamry na kostki i nadgarstki, w końcu pas wokół piersi. Zapina je wszystkie nieco zbyt ciasno, a potem poklepuje mnie dwukrotnie po ramieniu.
- Spróbuj się rozluźnić. Pamiętaj, że to nie twój pierwszy występ na tym rodeo.
Wiem, co teraz będzie się działo, i nienawidzę tego z całego serca. Zablokuje mi głowę w aureoli. To ta metalowa, przypominająca klatkę dla ptaków konstrukcja, która utrzymuje mi głowę w bezruchu, kiedy lekarze robią swoje. Mam w czaszce cztery metalowe gniazda - na czole, na potylicy i nad uszami - w które wskakują sworznie aureoli. Czuję poprzez kości czaszki ciche klik, klik, klik, gdy kończy wpinać wszystkie bolce.
- Co się dzisiaj z tobą dzieje? Cała drżysz.
- Trochę mi zimno.
- Sama rozumiesz, że nie powinnaś się w ogóle ruszać.
- Tak, proszę pani.
Wzdycha ciężko i pospiesznie wychodzi. Chwilę później wraca i owija mi gołe nogi drapiącym kocem. Mierzy mi jeszcze ciśnienie krwi, po czym unosi kciuk w górę, patrząc w kierunku kabiny lekarskiej znajdującej się powyżej sali operacyjnej. Wychodzi. Słyszę zatrzaskujące się za nią drzwi.
No to możemy zaczynać.
Jasne światło reflektora pada na czubek mojej łysej głowy. Kiedy już przestaną mi się ciągle wkłuwać, włosy odrosną, ale teraz przechodzę chemioterapię, która całkowicie mnie ich pozbawiła. Inaczej musieliby mi golić głowę przy każdym zabiegu modyfikacji pamięci. Gdy jestem łysa, jest im łatwiej, a dla mnie nie ma to w gruncie rzeczy znaczenia, bo i tak nie widzę, jak wyglądam. W tym miejscu nie ma ani luster, ani żadnych innych powierzchni odbijających.
W każdym razie nie ma ich zbyt wiele.
Na zewnętrznym spacerniaku jest niewielki staw ze złotymi rybkami i liliami wodnymi. Miłe miejsce, by się odprężyć. A raczej było to miłe miejsce, dopóki jakaś dziewczyna nie wpadła do niego i nie utonęła. Sanitariusz znalazł jej unoszące się na powierzchni wody ciało obrócone twarzą w dół. Poły szpitalnej koszuli rozpostarły się po bokach niczym skrzydła. Siostra Jenner powiedziała później: "Założę się, że wpadła, bo chciała zobaczyć swoje odbicie". Zrozumiałam, co chciała powiedzieć: oto, co się dzieje z tymi, którzy nie przestrzegają zasad.
Lekarze mówią nam, że tak musi być. Przyglądanie się rzeczom z przeszłości - nawet własnej twarzy - może zahamować postępy terapii. Wkładają dużo wysiłku w to, żebyśmy pozostali nieświadomi samych siebie, ale ich przezorność nie powstrzymuje mnie od snucia domysłów. Próbowałam sobie wyobrazić swoje rysy, przesuwając dłońmi po twarzy. Robiłam to już chyba z tysiąc razy, ale nadal nie mam pewności, czy zarys, który powstał w mojej głowie, jest prawidłowy. Dziewczyna, którą widzę oczyma duszy, pozostaje mglistym, na wpół ukształtowanym obrazem.
Jedyną rzeczą, której jestem raczej pewna, jest to, że normalnie mam ciemne włosy. Moja skóra ma odcień oliwkowy, a osoby o ciemniejszej karnacji mają zazwyczaj ciemne, a nie jasne włosy. Podejrzewam, że moje włosy miałyby ciepłą, przyjemną dla oka brązową barwę, gdyby tylko mi się udało trochę powystawiać je na słońce, ale tutaj - gdziekolwiek jesteśmy - niewiele jest słońca. Ze wszystkich stron otaczają nas ostre, zwieńczone śnieżnymi czapami szczyty przypominające rzędy rekinich zębów. Nie wiem, co się za nimi kryje. Może po pokonaniu łańcucha górskiego dochodzisz do punktu, w którym świat się po prostu urywa.
Podobnie jak nasze wspomnienia.
Lada chwila odezwie się do mnie męski głos. Należy do doktora Buckleya. Spotkałam tego człowieka tylko raz, na korytarzu przed gabinetem dyrektora na parterze. Wygląda jak Święty Mikołaj w średnim wieku: brązowa broda upstrzona siwizną, rumiane policzki i iskierki w błękitnych oczach. Teraz znajduje się w kabinie chirurgów za błękitnoszarymi szybami, skąd steruje za pomocą robotycznego ramienia igłami pozwalającymi wkłuć się do mojego mózgu, co zapewnia bezwzględną precyzję.
- Jesteś gotowa, Saro?
No i mamy doktora Buckleya. Ho, ho, ho!
Jego pytanie to czysta formalność. Co mam mu odpowiedzieć? Że nie? A poza tym teraz przychodzi kolej na jedyną miłą część tego zabiegu. Teraz będę rozmawiać z Larrym, asystentem naukowym doktora Buckleya.
Larry odczytuje skany mózgu wykonane metodą tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego, po czym decyduje, gdzie należy dokonać odwiertów w kopalni mojej pamięci. Decyduje, co należy wydobyć, a co pozostawić w spokoju. Jest również specjalistą od hipnozy.
Larry rozmawia ze mną podczas całego zabiegu, w trakcie którego muszę być przytomna i czujna, aby mogli się natychmiast zorientować, czy nie naruszają jakichś ważnych struktur. Podczas gdy doktor Buckley jest zajęty nakłuwaniem mojego mózgu igłami, Larry każe mi odliczać w tył od stu siódemkami albo czyta mi wersy poezji i każe je powtarzać wspak. Czasem opowiada kiepskie dowcipy z cyklu "przychodzi baba do lekarza", a ja muszę tylko we właściwym momencie zapytać: "Co pani jest?". Larry zapewnia, że nie wymaga ode mnie ani nie oczekuje śmiechu po puencie. I dobrze, bo te dowcipy są naprawdę mało zabawne.
- Dzień dobry.
Wzdrygam się na dźwięk głosu Larry'ego. Wydaje się, jakby stał tuż obok mnie, ale wiem, że to nieprawda. Jest w kabinie chirurgów. Nigdy go nie widziałam, a słyszę go tylko podczas zabiegów i tylko przez głośniki.
- Dzisiaj wielki dzień - mówi.
- Naprawdę?
- Jestem pewien, że będziesz gotowa na wszystko, co cię dziś czeka.
To dziwne, wiem. Wydaje się, że rozmawiamy o niczym, a jednak mam poczucie, jakby wszystko, co Larry do mnie mówi, miało ukryte znaczenie. Może to dlatego, że już tylko jego głos powstrzymuje mnie od odpłynięcia myślami z tego miejsca. Czasami - właściwie dość często - chciałabym, żeby jedna z tych igieł zagłębiła się nieco zbyt mocno, w najgorszym możliwym miejscu. Czy to naprawdę byłoby tak źle? Na pewno są gorsze sposoby umierania. Niezliczone.