Ta sama rzeka - Edyta Świętek

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Rok 2004

Cze­rw­co­we upa­ły wy­ga­nia­ły miesz­kań­ców Boch­ni nad po­bli­ską Rabę. Mia­sto du­si­ło się go­rą­cym, fa­lu­ją­cym po­wie­trzem. Ka­mie­ni­ste za­ko­la rze­ki ku­si­ły ochło­dą, a nad­brzeż­ne krze­wy da­wa­ły bal­sa­micz­ny cień. Zresz­tą z dala od be­to­nu i as­fal­tu po­wie­trze spra­wia­ło wra­że­nie lżej­sze­go, bar­dziej rześ­kie­go.

Mał­go­rza­ta Jur­czyk tak­że w piąt­ko­we po­po­łu­dnie przy­je­cha­ła nad wodę ze swo­im dzie­się­cio­let­nim syn­kiem Szy­mo­nem. Sko­rzy­sta­ła z oka­zji, że mąż wy­je­chał na trzy­dnio­we szko­le­nie do sto­li­cy. Piotr miał wró­cić póź­nym wie­czo­rem, więc wol­ny czas za­mie­rza­ła spę­dzić z dziec­kiem.

Chło­pak sta­no­wił do­sko­na­łą wy­pad­ko­wą jej oraz męża. Wi­zu­al­nie przy­po­mniał ojca. Miał te same piw­ne oczy, ciem­ne, tro­chę szcze­ci­nia­ste wło­sy oraz moc­no za­ry­so­wa­ną szczę­kę. Kształt nosa i uszu tak­że do­stał w spad­ku po Pio­trze. Po niej odzie­dzi­czył upodo­ba­nie do li­te­ra­tu­ry oraz cha­rak­ter, nad czym Pio­trek wciąż ubo­le­wał, twier­dząc, że je­dy­nak wy­ra­sta na mię­cza­ka.

Cza­sa­mi mąż pró­bo­wał wpły­nąć na Szym­ka. Za­bie­rał chłop­ca na ryby lub su­rvi­va­lo­we wy­pra­wy w dzicz, lecz za każ­dym ra­zem wra­ca­li w po­nu­rych na­stro­jach i sro­dze roz­cza­ro­wa­ni. Oj­ciec tym, że syn nad mę­skie przy­jem­no­ści przed­kła­dał upodo­ba­nie do ksią­żek, mło­dy tym, że tato zmu­szał go do na­dzie­wa­nia ży­wych, ośli­złych ro­ba­ków na ha­czyk, opra­wia­nia zło­wio­nych ryb, spa­nia w na­mio­cie i spę­dza­nia cza­su w spar­tań­skich wa­run­kach. Nie żeby Szy­mon był aż tak wy­god­nic­ki i mu­siał no­co­wać w luk­su­sach! Po pro­stu dzie­się­cio­la­tek nie znaj­do­wał w tym przy­jem­no­ści. Znacz­nie więk­szy po­ciąg miał do mo­to­ry­za­cji, znał się do­sko­na­le na mar­kach sa­mo­cho­dów oraz ich osią­gach, in­te­re­so­wa­ły go cie­ka­wost­ki zwią­za­ne z ko­lej­nic­twem i do­sko­na­le od­róż­niał zwy­kłe pa­ro­wo­zy od ten­drza­ków. Pa­sjo­no­wa­ły go rów­nież pro­gra­my i fil­my do­ku­men­tal­ne o dru­giej woj­nie świa­to­wej. Były to więc zde­cy­do­wa­nie mę­skie za­in­te­re­so­wa­nia, zresz­tą to ostat­nie znacz­nie prze­kra­cza­ło po­ziom wie­dzy prze­cięt­ne­go dzie­cia­ka w jego wie­ku.

Mał­go­rza­ta z przy­kro­ścią ob­ser­wo­wa­ła na­ra­sta­ją­cy z wol­na roz­dź­więk po­mię­dzy mę­żem a sy­nem, choć już sama nie wie­dzia­ła, czy wo­la­ła­by, żeby Szy­mon za­cho­wał swą in­dy­wi­du­al­ność, czy upodob­nił się do ojca. Pierw­sza opcja była nie­ko­rzyst­na dla chłop­ca - wciąż pod­pa­dał Pio­tro­wi. Dru­ga ozna­cza­ła­by utra­tę oso­bo­wo­ści bę­dą­cej bal­sa­mem dla mat­czy­nej du­szy.

Orzeź­wia­ją­cy nurt przy­jem­nie chło­dził sto­py. Bro­dzi­ła po kost­ki, ostroż­nie stą­pa­jąc po wy­gła­dzo­nych nur­tem ka­mie­niach. Przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­ła zie­lo­ne waż­ki o opa­li­zu­ją­cych skrzy­dłach. Do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ły ma­leń­kie he­li­kop­te­ry. Te praw­dzi­we - duże, sta­lo­we - wzbu­dza­ły ra­czej cie­ka­wość jej syna.

Raz po raz zer­ka­ła na dzie­się­cio­lat­ka ba­wią­ce­go się nad rze­ką. Był za­ję­ty bu­do­wa­niem ka­na­łu ma­ją­ce­go za za­da­nie do­pro­wa­dze­nie wody do przy­go­to­wa­ne­go wcze­śniej doł­ka. Pra­co­wi­cie prze­kła­dał ka­mie­nie, two­rząc z nich dość skom­pli­ko­wa­ną bu­dow­lę. Z jego twa­rzy znik­nął wy­raz na­pię­cia, jaki ostat­nio co­raz czę­ściej do­strze­ga­ła. Chy­ba ro­zu­miał znacz­nie wię­cej, niż moż­na by przy­pusz­czać, i za­czy­nał do­strze­gać w ota­cza­ją­cym go świe­cie spra­wy, od któ­rych wo­la­ła trzy­mać go na dy­stans.

Ko­rzy­sta­jąc z fak­tu, że syn ma za­ję­cie nie­wy­ma­ga­ją­ce jej za­an­ga­żo­wa­nia, usi­ło­wa­ła upo­rząd­ko­wać my­śli ga­lo­pu­ją­ce w gło­wie. Ostat­nie dwa ty­go­dnie były bo­wiem dla niej wy­jąt­ko­wo trud­ne i spra­wi­ły, że czy­nio­ne wcze­śniej pla­ny mo­gły nie­ba­wem wziąć w łeb.

A może jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne? Prze­cież są róż­ne spo­so­by na unik­nię­cie pew­nych zda­rzeń. Czy po­win­na spró­bo­wać uciec przed prze­zna­cze­niem? I czy póź­niej bę­dzie w sta­nie udźwi­gnąć cię­żar wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re by ją bez wąt­pie­nia drę­czy­ły w ta­kim wy­pad­ku? Czy w ogó­le zdo­ła­ła­by wpro­wa­dzić swo­je my­śli w czyn?

Z czu­ło­ścią, na jaką stać tyl­ko mat­ki, zer­k­nę­ła na lśnią­cą w pro­mie­niach słoń­ca głów­kę syna. Ko­cha­ła go naj­bar­dziej na świe­cie. Nic nie mo­gło przy­ćmić tego uczu­cia. Był jej naj­więk­szą ra­do­ścią, skar­bem i mo­ty­wa­cją do dzia­ła­nia. Sama nie wie­dzia­ła, co by z nią było, gdy­by nie Szy­mon. Za­pew­ne daw­no temu ule­gła­by de­pre­sji. Albo zro­bi­ła coś głu­pie­go.

Wy­da­rze­nia ostat­nich dwóch ty­go­dni ode­bra­ły jej na­dzie­ję i moc­no pod­cię­ły skrzy­dła. Cały uło­żo­ny mi­ster­nie plan, do­pra­co­wy­wa­ny przez lata prze­my­śleń i na­pa­wa­ją­cy opty­mi­zmem, ru­nął ni­czym do­mek z kart. Choć może nie tyle ru­nął, ile wy­ma­gał zna­czą­cej ko­rek­ty.

Do­skwie­ra­ło jej złe sa­mo­po­czu­cie. Mia­ła za­wro­ty gło­wy, była roz­bi­ta i osła­bio­na. Za­pew­ne zbyt dłu­go prze­by­wa­ła na słoń­cu. Nie przy­kry­ła gło­wy ani słom­ko­wym ka­pe­lu­szem, ani żad­ną chust­ką, choć do­pil­no­wa­ła, by syn wło­żył czap­kę z dasz­kiem. Wy­mę­czo­ny or­ga­nizm od­ma­wiał Mał­go­rza­cie po­słu­szeń­stwa. Po­drep­ta­ła więc w stro­nę le­ża­ka roz­sta­wio­ne­go w cie­niu tuż obok miej­sca, w któ­rym za­ko­twi­czył Szy­mon.

Chło­piec pod­niósł gło­wę i prze­słał jej uśmiech, a na­stęp­nie wró­cił do swe­go za­ję­cia.

Co ja mam te­raz zro­bić? - wes­tchnę­ła w du­chu, przy­glą­da­jąc się jego bez­tro­skiej za­ba­wie. Umysł pod­po­wia­dał roz­wią­za­nie, któ­re mo­gło ją ura­to­wać, ale wła­ści­wie było nie do przy­ję­cia.

Nie! Z tej sy­tu­acji nie ma do­bre­go wyj­ścia. Na­wet to nie ura­to­wa­ło­by Mał­go­rza­ty.

Od kil­ku ty­go­dni no­si­ła pod ser­cem dziec­ko, któ­re w jej od­czu­ciu nie po­win­no przy­cho­dzić na świat. Wszak pil­no­wa­ła re­gu­lar­ne­go ły­ka­nia pi­gu­łek jak ni­cze­go in­ne­go. Cho­ciaż Piotr bar­dzo chciał dru­gie­go po­tom­ka, ona bro­ni­ła się przed tym rę­ka­mi i no­ga­mi. Nie wi­dzia­ła w swo­im po­gma­twa­nym ży­ciu prze­strze­ni na po­now­ne ma­cie­rzyń­stwo.

Wie­dzia­ła, że po­win­na bez­zwłocz­nie pod­jąć ja­kąś de­cy­zję. Mia­ła do wy­bo­ru dwie opcje, oby­dwie jed­na­ko­wo złe. Po­wie­dzieć Piotr­ko­wi, uro­dzić i po­nieść wszel­kie zwią­za­ne z tym kon­se­kwen­cje albo sko­rzy­stać z nie­le­gal­nie świad­czo­nych usług pod­zie­mia abor­cyj­ne­go, a po­tem kon­se­kwent­nie re­ali­zo­wać swój plan. Co wy­brać: po­świę­ce­nie czy ego­izm?

Co­kol­wiek by za­de­cy­do­wa­ła, cze­ka­ło ją ży­cie w cią­głym kłam­stwie. Kłam­stwo wro­sło w jej na­tu­rę, moc­no za­pusz­cza­jąc ko­rze­nie, i to­wa­rzy­szy­ło na każ­dym kro­ku. Nie mia­ła per­spek­tyw na to, by się od tego uwol­nić.

- Mamo! Zo­bacz! Mam wła­sny ba­sen! - Z za­du­my wy­rwał ją głos dzie­się­cio­lat­ka.

- Je­steś naj­lep­szym in­ży­nie­rem, ja­kie­go znam - od­par­ła.

Z wes­tchnie­niem przy­oble­kła twarz w sztucz­ny uśmiech, opu­ści­ła le­żak i usia­dła na ręcz­ni­ku obok Szym­ka. Stwo­rzo­ne przez nie­go dzie­ło wy­ma­ga­ło grun­tow­ne­go omó­wie­nia. Na mo­ment wy­rzu­ci­ła z gło­wy wszyst­kie przy­kre my­śli, bo i tak nie była ani o włos mą­drzej­sza, i sku­pi­ła uwa­gę na synu. Przez na­stęp­ne pół go­dzi­ny do­ka­zy­wa­ła z nim, jak­by była małą dziew­czyn­ką. Ra­zem prze­le­wa­li wodę, to zno­wu blo­ko­wa­li jej do­pływ. Udo­sko­na­la­li dzie­ło, po­głę­bia­li ko­ry­to i zbior­nik.

Sie­lan­kę za­kłó­cił na­tar­czy­wy dzwo­nek te­le­fo­nu. Mał­go­rza­ta bez spo­glą­da­nia na wy­świe­tlacz wie­dzia­ła, kto dzwo­ni. Już daw­no przy­pi­sa­ła do naj­waż­niej­szych osób wy­bra­ne me­lo­dyj­ki, by w porę od­po­wied­nio na­sta­wić się do roz­mo­wy.

- No gdzie wy je­ste­ście? - usły­sza­ła znie­cier­pli­wio­ny głos męża. - Sto­ję pod klat­ką jak ba­ran. Za­po­mnia­łem klu­czy.

- Już je­steś? - wy­ra­zi­ła zdzi­wie­nie, bo wy­jeż­dża­jąc, wy­raź­nie za­po­wie­dział, że wró­ci póź­nym wie­czo­rem.

- Nie­spo­dzian­ka - rzu­cił cierp­ko. - Dłu­go mam na was cze­kać?

- Będę za dzie­sięć mi­nut, naj­da­lej za kwa­drans. - Do­ło­ży­ła sta­rań, by w jej gło­sie nie za­brzmia­ła pa­ni­ka. Z miej­sca na­wią­za­ła kon­takt wzro­ko­wy z sy­nem i ru­chem gło­wy po­ka­za­ła, by na­tych­miast pa­ko­wał rze­czy.

W oczach dzie­się­cio­lat­ka za­bły­sło roz­cza­ro­wa­nie. Jesz­cze nie zdą­żył na­cie­szyć się za­ba­wą, lecz wie­dział, że gra­nie na zwło­kę jest nie­wska­za­ne. Z ja­kie­goś po­wo­du przed tatą na­le­ża­ło mieć re­spekt gra­ni­czą­cy ze stra­chem, mimo że Piotr nie pod­no­sił na nie­go ręki. Inni ko­le­dzy wspo­mi­na­li cza­sa­mi, że do­sta­li cię­gi od ojca czy klap­sy od mat­ki, gdy zro­bi­li coś ka­ry­god­ne­go. Jego nikt ni­g­dy nie ude­rzył. Mama za­zwy­czaj mó­wi­ła, że spra­wił jej przy­krość, a w jej oczach po­ja­wia­ły się łzy, któ­rym mimo wszyst­ko nie po­zwa­la­ła spły­nąć. Tato na­to­miast uty­ski­wał, że z Szym­ka jest ma­toł, głu­pi dzie­ciuch albo nie­udacz­nik. Spo­glą­dał na nie­go z wy­żyn swo­ich stu osiem­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów, marsz­czył gniew­nie czo­ło, ro­bił sro­gie miny. Cza­sa­mi pod­no­sił głos. I mó­wił. Dużo, ner­wo­wo, zgryź­li­wie. Szy­mon do­sko­na­le znał zna­cze­nie słów "iro­nia" oraz "cy­nizm". Wie­dział, że to jest broń ojca, nie­bez­piecz­na i na­der nie­przy­jem­na, wy­wo­łu­ją­ca dziw­ny ucisk w brzu­chu, spra­wia­ją­ca, że ro­sną­cy ostat­nio jak na droż­dżach chło­piec kur­czył się do roz­mia­rów przed­szko­la­ka. Dru­gą bro­nią były kary: za­kaz wy­cho­dze­nia na po­dwór­ko, oglą­da­nia te­le­wi­zji, sta­nie w ką­cie twa­rzą do ścia­ny - nie­praw­do­po­dob­nie nu­żą­ce i trwa­ją­ce w nie­skoń­czo­ność - czy kon­fi­sko­wa­nie ak­tu­al­nie czy­ta­nej książ­ki.

W cza­sie gdy on szyb­ko zbie­rał swo­je rze­czy, Mał­go­rza­ta od­pie­ra­ła atak te­le­fo­nicz­ny.

- Co tak dłu­go? - uty­ski­wał ślub­ny. - Gdzie cię po­nio­sło?

- Je­ste­śmy w Pro­szów­kach - od­par­ła zgod­nie z praw­dą. - Już się zbie­ra­my.

- No do­brze. Cze­kam - za­koń­czył po­łą­cze­nie bez po­że­gna­nia.

Cha­otycz­nie zgar­nę­ła do tor­by pla­żo­wej wszyst­ko to, co po­mi­nął sy­nek, zło­ży­ła le­żak i na­rzu­ci­ła na bi­ki­ni su­kien­kę. Chwi­lę póź­niej sie­dzie­li w fia­cie se­icen­to, zmie­rza­jąc w stro­nę Boch­ni.

Wjeż­dża­jąc na osie­dle, za­uwa­ży­ła, że mąż fak­tycz­nie cze­ka na ław­ce przed blo­kiem. Miał nie­od­gad­nio­ny wy­raz twa­rzy. Obok tor­by po­dróż­nej le­żał bu­kiet i ko­lo­ro­wa to­reb­ka z pre­zen­tem dla Szy­mo­na. Za­wsze gdy wra­cał z wy­jaz­dów, ob­da­ro­wy­wał żonę kwia­ta­mi, a syna ja­kimś dro­bia­zgiem. Daw­niej były to sa­mo­cho­dy lub kloc­ki, ostat­nio co­raz czę­ściej książ­ki, choć ich te­ma­ty­ką nie tra­fiał w za­in­te­re­so­wa­nia chłop­ca, a ra­czej pró­bo­wał za­cie­ka­wić mło­de­go su­rvi­va­lem i in­ny­mi "mę­ski­mi" spra­wa­mi.

- O, je­ste­ście! - Wy­raź­nie ucie­szył się na ich wi­dok. Jego ton brzmiał zu­peł­nie ina­czej niż przed kwa­dran­sem.

Go­sia nie­znacz­nie ode­tchnę­ła z ulgą. Ży­wi­ła oba­wy, że kil­ka­na­ście mi­nut spę­dzo­nych na ław­ce, choć­by w cie­niu, fa­tal­nie wpły­nie na hu­mor Pio­tra.

Męż­czy­zna nie cze­kał, aż do­trą do miesz­ka­nia. Od razu wrę­czył upo­min­ki, ze­zu­jąc dys­kret­nie, czy jest wi­dzia­ny przez któ­rą­kol­wiek z ko­biet na­le­żą­cych do, jak to okre­ślał, mo­ni­to­rin­gu miej­skie­go.

Mał­go­rza­ta do­brze wie­dzia­ła, że gest zo­stał za­uwa­żo­ny przez Grodz­ką z par­te­ru, któ­ra z całą pew­no­ścią za­dba o do­nie­sie­nie in­nym ku­mosz­kom, że Jur­czyk jak zwy­kle ob­sy­pu­je ślub­ną kwia­ta­mi, a smy­ka pre­zen­ta­mi. Oczy­wi­ście nie po­zo­sta­wi tego bez ko­men­ta­rza, wy­chwa­la­jąc Pio­tra po­nad nie­bio­sa i za­cho­dząc w gło­wę, co też taki wspa­nia­ły męż­czy­zna zo­ba­czył w tej czar­nia­wej my­szy, sko­ro za ka­wa­ler­skich cza­sów mógł prze­bie­rać w pan­nach jak w ulę­gał­kach i wy­brać choć­by jed­ną z jej wspa­nia­łych có­rek.

Do Mał­go­rza­ty do­cho­dzi­ły cza­sa­mi ta­kie plot­ki.

--

Rok 1993

Mąż od za­wsze był da­rzo­ny po­wszech­ną sym­pa­tią przez miesz­kań­ców osie­dla Nie­pod­le­gło­ści. Nie mu­siał ro­bić wie­le w tym kie­run­ku. Wy­star­czy­ło, że był szar­manc­ki i no­sił od­po­wied­nie na­zwi­sko. Swe­go cza­su jego mat­ka, Ja­dwi­ga Jur­czyk, pia­sto­wa­ła bar­dzo wy­so­kie sta­no­wi­sko w apa­ra­cie pań­stwo­wym. Na­le­ża­ła do tych osób, któ­rych wi­zy­tów­ka otwie­ra­ła każ­de drzwi. Wpraw­dzie Piotr za­miesz­kał tu­taj na krót­ko przed ślu­bem, ale już wcze­śniej czę­sto by­wał w oko­li­cy - miesz­ka­nie do­stał w spad­ku po chrzest­nej mat­ce, któ­ra zgi­nę­ła w tra­gicz­nym wy­pad­ku, za­nim Piotr po­znał Mał­go­się. Bie­dacz­ka dość nie­for­tun­nie wy­chy­li­ła się z bal­ko­nu na dru­gim pię­trze i zgi­nę­ła na miej­scu, ude­rza­jąc gło­wą o be­to­no­wy chod­nik.

Przez ja­kiś czas miesz­ka­nie było wy­naj­mo­wa­ne, lecz z chwi­lą gdy Piotr po­pro­sił Mał­go­rza­tę o rękę, wy­po­wie­dział umo­wę naj­mu trzech po­koi z kuch­nią do­tych­cza­so­wym lo­ka­to­rom, a na­stęp­nie zle­cił re­mont fir­mie bu­dow­la­nej.

Na­rze­cze­ni wpro­wa­dzi­li się do świe­żo uwi­te­go gniazd­ka mie­siąc przed ślu­bem. Z miej­sca Mał­go­rza­tę spo­tka­ło spo­re za­sko­cze­nie, po­nie­waż wcze­śniej nie wi­dzia­ła swe­go przy­szłe­go lo­kum. O po­stę­pach w re­mon­cie do­wia­dy­wa­ła się wy­łącz­nie z po­wścią­gli­wych re­la­cji Piotr­ka, któ­ry wciąż pod­kre­ślał, że za­le­ży mu na tym, by zro­bić jej nie­spo­dzian­kę. Nie na­ci­ska­ła więc wcze­śniej na to, by uchy­lił rąb­ka ta­jem­ni­cy.

Naj­pierw z przy­jem­no­ścią obej­rza­ła po­kój dzien­ny, kuch­nię oraz sy­pial­nię, w któ­rej sta­ło praw­dzi­we mał­żeń­skie łoże, a nie tra­dy­cyj­na wer­sal­ka z me­blo­ścian­ką. Zaj­rza­ła do od­świe­żo­nej ła­zien­ki i po­chwa­li­ła wy­bór pły­tek, choć sama po­sta­wi­ła­by ra­czej na inną ko­lo­ry­sty­kę. Nie chcia­ła jed­nak ro­bić przy­kro­ści na­rze­czo­ne­mu, któ­ry wło­żył mnó­stwo za­cho­du w urzą­dze­nie wnętrz. Zresz­tą płyt­ki zo­sta­ły już po­ło­żo­ne, więc ja­kie­kol­wiek sło­wa kry­ty­ki nie mia­ły­by sen­su. W rze­czy sa­mej Go­sia cie­szy­ła się tym miesz­ka­niem jak dziec­ko, po­nie­waż przez całe ży­cie prze­peł­nia­ło ją pra­gnie­nie po­sia­da­nia wła­sne­go domu. Piotr ja­wił się jej jako cu­dow­na od­po­wiedź losu na za­no­szo­ne proś­by.

W osłu­pie­nie wpra­wił ją trze­ci po­kój. Po­miesz­cze­nie było kom­plet­nie urzą­dzo­ne i wy­po­sa­żo­ne, ocze­ki­wa­ło na no­we­go lo­ka­to­ra. Na pa­ste­lo­wej ko­mo­dzie sie­dział na­wet plu­szo­wy miś, a obok zaj­mo­wa­ły miej­sce pam­per­sy uło­żo­ne w rów­ny sto­sik.

Sęk w tym, że nie była w cią­ży. Ślub za­pla­no­wa­ny z Pio­trem nie miał in­nych prze­sła­nek po­nad chęć za­war­cia mał­żeń­stwa przez dwo­je za­ko­cha­nych. Co wię­cej, w roz­mo­wach z na­rze­czo­nym Go­sia po­ru­sza­ła kil­ka­krot­nie te­mat ma­cie­rzyń­stwa, za każ­dym ra­zem pod­kre­śla­jąc, że nie jest na nie go­to­wa i po­trze­bu­je cza­su. Nie­kie­dy na­wet uprze­dza­ła, że nie jest pew­na, czy ten mo­ment kie­dy­kol­wiek na­dej­dzie. Była na wskroś "dzie­cio­opor­na", a Jur­czyk zda­wał się do­sko­na­le to ro­zu­mieć i za­pew­niał, że nie bę­dzie na niej wy­wie­rał żad­nej pre­sji.

- Mo­żesz mi to ja­koś wy­tłu­ma­czyć? - za­py­ta­ła wte­dy, wska­zu­jąc ja­sne me­ble i ta­pe­tę w dość neu­tral­ny dzie­cię­cy wzo­rek.

- To? Ach... Po­my­śla­łem, że sko­ro urzą­dzam miesz­ka­nie na nowo, to od razu zro­bię wszyst­ko jak na­le­ży, że­bym w przy­szło­ści nie mu­siał za­wra­cać so­bie tym gło­wy. Tego po­ko­ju i tak by­śmy nie wy­ko­rzy­sty­wa­li, więc co szko­dzi, żeby był go­to­wy, gdy uznasz, że przy­szedł czas na dziec­ko. Nie je­steś chy­ba zła? - Zro­bił mar­kot­ną minę, spo­glą­da­jąc jej w oczy. - Prze­cież po­wie­dzia­łem, że po­cze­kam tyle, ile bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła.

Nie po­tra­fi­ła się na nie­go gnie­wać. Chciał do­brze. A drzwi od po­ko­ju dzie­cię­ce­go za­wsze moż­na za­mknąć, by wy­po­sa­że­nie nie kłu­ło w oczy.

- Nie. W po­rząd­ku. Nic złe­go się nie sta­ło.

- Całe szczę­ście - od­parł. Ob­jął ją w pa­sie i oparł czo­ło o jej czo­ło. Spo­glą­dał jej w oczy. - Nie wy­ba­czył­bym so­bie, gdy­byś po­wie­dzia­ła, że spra­wi­łem ci przy­krość. Je­steś moją księż­nicz­ką. Ko­cham cię tak bar­dzo, że nie je­steś w sta­nie so­bie tego wy­obra­zić.

- Ja też cię ko­cham - wy­zna­ła, nim ich usta po­łą­czył po­ca­łu­nek.

Uwa­ża­ła, że Piotr jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szym, co spo­tka­ło ją w ży­ciu.

- Czym so­bie za­słu­ży­łam na tak wspa­nia­łe­go męż­czy­znę? - za­gad­nę­ła chwi­lę póź­niej.

- Ni­czym, Mysz­ko - od­parł. - To było po pro­stu prze­zna­cze­nie.

Roz­pie­ra­ło ją szczę­ście. Uko­cha­ny był cie­pły, ro­dzin­ny, a przy tym de­li­kat­ny i tak­tow­ny. Z em­pa­tią pod­szedł do jej ży­cio­wej hi­sto­rii. Nie stwa­rzał sztucz­nych pro­ble­mów. A przede wszyst­kim ją uwiel­biał i oka­zy­wał to na każ­dym kro­ku.

To ona czu­ła się cza­sa­mi ni­kim. Uwa­ża­ła, że nie za­słu­ży­ła na ko­goś ta­kie­go. Cza­sem wręcz drę­czył ją pa­nicz­ny strach na myśl, że pew­ne­go dnia szczę­ście pry­śnie jak bań­ka my­dla­na, po­nie­waż ten wspa­nia­ły czło­wiek może przej­rzeć na oczy. Albo, gdy mi­nie faza pierw­sze­go za­uro­cze­nia, uzna, że po­peł­nił sza­leń­stwo, wpusz­cza­jąc do swo­je­go ży­cia Mał­go­rza­tę.

Ni­g­dy nie wol­no mi za­po­mi­nać, kim je­stem i skąd po­cho­dzę. Nie mogę spra­wić Piotr­ko­wi za­wo­du. Mu­szę do­kła­dać sta­rań, żeby był ze mną szczę­śli­wy i nie ża­ło­wał na­sze­go mał­żeń­stwa.

Cie­szy­ła się z prze­pro­wadz­ki do no­we­go lo­kum. Jesz­cze przed dwie­ma go­dzi­na­mi była miesz­kan­ką Kra­ko­wa, te­raz mia­ła za­cząć nowe ży­cie w zu­peł­nie ob­cym mie­ście. Zwol­ni­ła zaj­mo­wa­ną wcze­śniej ka­wa­ler­kę, zło­ży­ła wy­po­wie­dze­nie w pra­cy. Tuż po ślu­bie mia­ła za­miar po­szu­kać so­bie ja­kie­goś sen­sow­ne­go za­ję­cia w Boch­ni, choć Piotr uspo­ka­jał ją, że nie ma po­śpie­chu. Stać go na to, by za­pew­nić uko­cha­nej god­ny byt, więc na­wet je­śli przez dłuż­szy czas po­zo­sta­nie w domu, nic się nie sta­nie. Na pew­no nie za­brak­nie im pie­nię­dzy. A on bę­dzie szczę­śli­wy, ma­jąc uko­cha­ną Mysz­kę wy­łącz­nie dla sie­bie.

--

Rok 2004

W miesz­ka­niu pa­no­wał za­duch. Nic dziw­ne­go, sko­ro od rana był nie­przy­jem­ny upał. Mał­go­rza­ta otwar­ła okno, by wpu­ścić po­wie­trze. Dwie kon­dy­gna­cje ni­żej Grodz­ka wciąż tkwi­ła z gło­wą wy­sta­wio­ną na ze­wnątrz, ło­wiąc chci­wie wszel­kie od­gło­sy osie­dla. Zwy­kle na pa­ra­pe­cie mia­ła uło­żo­ną po­dusz­kę, o któ­rą opie­ra­ła łok­cie, by nie na­ba­wić się reu­ma­ty­zmu od kon­tak­tu z zim­nym ka­mien­nym pa­ra­pe­tem. Jur­czy­ko­wie zna­li jej upodo­ba­nie do pod­słu­chi­wa­nia, więc przy otwar­tych oknach za­cho­wy­wa­li się ci­cho, nie po­zwa­la­jąc so­bie na­wet na swo­bod­ną roz­mo­wę.

Go­sia wsta­wi­ła kwia­ty do fla­ko­nu.

- Je­steś głod­ny? - za­py­ta­ła jak gdy­by ni­g­dy nic. Mia­ła na­dzie­ję, że Pio­trek nie jest zły z po­wo­du tego ocze­ki­wa­nia.

Wie­dząc, że mąż wró­ci póź­no, za­pla­no­wa­ła po­cząt­ko­wo, że przy­go­tu­je mu cie­pły, świe­ży po­si­łek po po­wro­cie znad rze­ki. Gdy­by przy­je­chał o za­po­wie­dzia­nej po­rze, zdą­ży­ła­by ze wszyst­kim. Nie przy­pusz­cza­ła, że zja­wi się wcze­śniej - za­zwy­czaj był punk­tu­al­ny jak szwaj­car­ski ze­ga­rek. Na szczę­ście w lo­dów­ce mia­ła za­wcza­su przy­go­to­wa­ne go­łąb­ki, któ­re na­le­ża­ło po pro­stu od­grzać. Po­przed­nie­go wie­czo­ru, pod wpły­wem nie­ja­sne­go im­pul­su, po­świę­ci­ła na ich zro­bie­nie tro­chę cza­su. Te­raz w du­chu gra­tu­lo­wa­ła so­bie prze­zor­no­ści, w prze­ciw­nym ra­zie mia­ła­by się z pysz­na.

- Ow­szem - mruk­nął.

Z jego tonu oraz miny wy­wnio­sko­wa­ła, że jed­nak jest nie­za­do­wo­lo­ny, choć wcze­śniej, przy są­siad­kach raj­cu­ją­cych obok trze­pa­ka, nie oka­zy­wał gnie­wu. Wes­tchnę­ła ci­chut­ko, od­cho­dząc do kuch­ni. Prze­wi­dy­wa­ła ra­czej mało przy­jem­ny wie­czór. Piotr­ka ła­two było wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi.

- No to gdzie by­li­ście?

Aż pod­sko­czy­ła, sły­sząc jego głos za ple­ca­mi.

- Już ci mó­wi­łam. W Pro­szów­kach. Jest strasz­nie go­rą­co, nie chcia­łam trzy­mać Szym­ka w domu.

- Wiesz, że nie lu­bię, gdy jeź­dzi­cie sami nad Rabę. Nie umiesz pły­wać. Co byś zro­bi­ła, gdy­by mały za­czął to­nąć?

- W ogó­le nie było ta­kie­go ry­zy­ka, bo nie po­zwo­li­łam mu się od­da­lać.

Kor­ci­ło ją, by do­dać, że w po­bli­żu było spo­ro pla­żo­wi­czów, któ­rzy w ra­zie cze­go mo­gli­by przyjść z po­mo­cą, lecz w porę za­nie­cha­ła wy­gła­sza­nia ry­zy­kow­nych ko­men­ta­rzy. To za­raz po­cią­gnę­ło­by la­wi­nę py­tań o tych lu­dzi, czy był po­śród nich ktoś zna­jo­my i czy do­brze się ba­wi­ła, wie­dząc, że on w tym sa­mym cza­sie ślę­czy na nud­nym szko­le­niu.

Był za­zdro­śni­kiem. Ni­g­dy nie wol­no jej było o tym za­po­mi­nać.

- Wiesz, ja­kie są dzie­ci. Wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi i nie­szczę­ście go­to­we. Nie pa­mię­tasz już, jak przed ro­kiem wlazł do rze­ki po pas i za­czął go cią­gnąć nurt?

- Ależ, Pio­trek! Nic złe­go się nie sta­ło. Szy­mon ba­wił się na brze­gu. Po­trze­bo­wa­li­śmy tro­chę ochło­dy - tłu­ma­czy­ła, prze­kła­da­jąc od­po­wied­nią licz­bę go­łąb­ków z gę­siar­ki do mniej­sze­go ron­del­ka. Od­grze­wa­nie w mi­kro­fa­lów­ce w ogó­le nie wcho­dzi­ło w grę, mąż twier­dził, że psu­je to wa­lo­ry je­dze­nia.

- No nie wiem - burk­nął. - Po­stę­pu­jesz nie­od­po­wie­dzial­nie. Tyle razy ci mó­wi­łem, że­byś tam nie jeź­dzi­ła. Co za przy­jem­ność znaj­du­jesz w tkwie­niu nad Rabą?

- Jest upał - przy­po­mnia­ła. - Nie mogę trzy­mać dziec­ka wśród be­to­nu.

- Trze­ba było włą­czyć kli­ma­ty­za­tor.

- Szy­mon po­wi­nien jak naj­wię­cej prze­by­wać na po­wie­trzu - ob­sta­wa­ła przy swo­jej ra­cji. Nie­po­trzeb­nie. Ostat­nie zda­nie za­wsze mu­sia­ło na­le­żeć do męża.

- W ta­kim ra­zie mo­gli­ście pójść do par­ku. Nie ży­czę so­bie, że­byś jeź­dzi­ła z nim nad rze­kę. Prze­cież wiesz, że to ła­ma­ga. Na rów­nej dro­dze po­tra­fi się po­tknąć i zro­bić so­bie krzyw­dę. Na wi­dok ro­ba­ka do­sta­je spa­zmów. A na obo­zo­wi­sku za­wsze be­czy, że go gry­zą bąki i ko­ma­ry. Po cho­le­rę więc nosi was nad Rabę, sko­ro sie­dzi­cie na brze­gu?

- Nie na brze­gu, tyl­ko na pły­ciź­nie.

- Prze­cież mó­wi­łaś, że nie pu­ści­łaś go do wody - drą­żył.

- Nie pu­ści­łam go na głę­bi­nę. Ba­wił się w miej­scu, gdzie rze­ka się­ga do ko­stek - wy­ja­śni­ła, zła, że nie po­tra­fi uciąć ja­ło­wej dys­ku­sji.

Po­win­nam po­wie­dzieć, żeby prze­stał zrzę­dzić, wes­tchnę­ła w du­chu, mie­sza­jąc sos do go­łąb­ków.

Ni­g­dy nie po­tra­fi­ła ra­dy­kal­nie mu się po­sta­wić. W każ­dej dys­ku­sji miał nad nią prze­wa­gę. Za­wsze dy­go­ta­ła ze stra­chu, że mąż wy­su­nie osta­tecz­ny ar­gu­ment. Spusz­cza­ła więc z tonu, ła­go­dzi­ła kon­flik­ty, póki było to moż­li­we, szu­ka­ła kom­pro­mi­sów, a w osta­tecz­no­ści po pro­stu ustę­po­wa­ła. Pro­blem po­le­gał na tym, że Pio­trek był mi­strzem świa­ta w wał­ko­wa­niu in­te­re­su­ją­cych go kwe­stii. Bez koń­ca po­tra­fił mie­lić ja­kiś te­mat, cze­pia­jąc się de­ta­li. Za­cho­dzi­ła oba­wa, że i tym ra­zem nie od­pu­ści.

- Cza­sa­mi wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi. Jak cię znam, sie­dzia­łaś z no­sem w książ­ce albo roz­my­śla­łaś o nie­bie­skich mig­da­łach. Mamy tyl­ko jed­no dziec­ko, nie po­zwo­lę, by po­szło na zmar­no­wa­nie. Mu­sisz zwra­cać na nie­go wię­cej uwa­gi. A w ogó­le to nie­do­brze, by chło­pak był je­dy­na­kiem. Po­win­naś pójść do le­ka­rza i zro­bić ja­kieś ba­da­nia. Prze­cież to nie­moż­li­we, że­by­śmy po tylu la­tach sta­rań mie­li tyl­ko Szy­mo­na.

Mał­go­rza­ta po­czu­ła nie­przy­jem­ny ucisk w oko­li­cy ser­ca. Na szczę­ście mo­gła szyb­ko od­wró­cić się od Pio­tra pod pre­tek­stem wy­ję­cia ta­le­rzy z szaf­ki.

- Szym­ku! Masz ocho­tę na go­łąb­ki? - za­wo­ła­ła w głąb miesz­ka­nia. Jej głos na­wet nie drgnął emo­cja­mi. Cóż... Była mi­strzy­nią w uda­wa­niu, tę sztu­kę opa­no­wa­ła do per­fek­cji.

- A po co go py­tasz? Na­łóż, niech je. Chu­dy jest jak szcza­pa, do­brze by mu zro­bi­ło, gdy­by zmęż­niał choć tro­chę.

- Prze­cież go nie zmu­szę do je­dze­nia.

- Ale to nie jest nor­mal­ne, żeby chło­pak nie miał ape­ty­tu. Jak by­łem w jego wie­ku, mo­głem po­chło­nąć ko­nia z ko­py­ta­mi. Może Szy­mek za mało bie­ga po świe­żym po­wie­trzu? Tkwi ca­ły­mi dnia­mi z książ­ką w ręce.

- Wła­śnie po to go za­bra­łam nad wodę, żeby nie sie­dział w mu­rach - pró­bo­wa­ła bro­nić swej ra­cji, lecz ar­gu­ment, któ­re­go uży­ła, po­dzia­łał na opak.

- Nie cho­dzi o włó­cze­nie się z nim nad Rabę, tyl­ko o to, by po­go­nił z chło­pa­ka­mi po bo­isku. Ja w jego wie­ku nie lu­bi­łem sie­dzieć w domu. To była naj­więk­sza kara. Spę­dza­łem czas na ze­wnątrz, bie­ga­łem, by­łem ży­wio­ło­wy. Przy­naj­mniej nie wy­glą­da­łem jak ane­mik.

Mał­go­rza­ta w mil­cze­niu na­ło­ży­ła na ta­lerz trzy por­cje i po­la­ła je so­sem. W cza­sie gdy za­no­si­ła ta­le­rze do po­ko­ju, Piotr zdą­żył za­mknąć okno. Wi­dać za­mie­rzał na­dal uty­ski­wać i nie chciał, by ktoś go pod­słu­chi­wał.

Ro­dzi­na za­sia­dła przy sto­le.

Go­łąb­ki nie za­słu­ży­ły na uzna­nie w oczach męża. We­dług nie­go były zbyt su­che, bra­ko­wa­ło im tak­że przy­praw.

- Mało wy­ra­zi­ste - zrzę­dził. - Nie czu­jesz sma­ku? Mo­gła­byś w koń­cu na­uczyć się do­brze go­to­wać. Czy ja na­praw­dę tak wie­le wy­ma­gam? Od je­de­na­stu lat ma­rzę o smacz­nym po­sił­ku, a wciąż do­sta­ję po­tra­wy to przy­pa­lo­ne, to za sło­ne, to bez sma­ku.

- Sta­ram się - wes­tchnę­ła.

- Sta­rasz się, sta­rasz! Je­steś bez­na­dziej­na - stwier­dził. - A ty co? - ofuk­nął syna. - Nie gap się, tyl­ko jedz!

Za­gry­zła war­gę, by nie dać po so­bie ni­cze­go po­znać, bo mia­ła płacz na koń­cu nosa. Cią­ża zde­cy­do­wa­nie źle na nią wpły­wa­ła, czy­niąc płacz­li­wą, bez­wol­ną isto­tą.

Jesz­cze kil­ka dni temu, gdy na­rze­ka­nie męża - bo o sprzecz­kach wła­ści­wie nie było mowy przy nie­mal­że jed­no­stron­nym nada­wa­niu kry­tycz­nych ko­mu­ni­ka­tów - wcho­dzi­ło w moc­no za­awan­so­wa­ne sta­dium, po­cie­sza­ła się w du­chu swo­ją man­trą: Jesz­cze osiem lat. Jesz­cze osiem cho­ler­nych lat. Dam radę. Wy­trzy­mam. Te­raz na­wet tym nie mo­gła so­bie po­móc w trud­nych chwi­lach.

Była na sie­bie wście­kła. Wciąż pró­bo­wa­ła do­ciec, w któ­rym miej­scu po­peł­ni­ła błąd. Czy prze­oczy­ła ja­kąś pi­guł­kę? Prze­cież bar­dzo pil­no­wa­ła re­gu­lar­ne­go za­ży­wa­nia. Mia­ła je w pra­cy i bra­ła co­dzien­nie przy po­ran­nej ka­wie. To był ści­śle prze­strze­ga­ny ry­tu­ał. W week­en­dy się­ga­ła do ko­sme­tycz­ki, gdzie za­wsze trzy­ma­ła dwie ta­blet­ki wło­żo­ne do sa­szet­ki po apa­pie. Zwy­kle uda­wa­ło jej się dys­kret­nie za­żyć każ­dą z nich wte­dy, gdy mąż zaj­mo­wał się po­ran­ną to­a­le­tą. Lata przy­zwy­cza­jeń, we­wnętrz­nej dys­cy­pli­ny i sa­mo­kon­tro­li na każ­dym kro­ku nie po­zwa­la­ły na prze­ocze­nia.

Skąd więc ta cią­ża? Ja­kim cu­dem?

Test jed­nak nie kła­mał. Na wszel­ki wy­pa­dek wy­ko­na­ła trzy, każ­dy od in­ne­go pro­du­cen­ta. Krwa­wie­nie spóź­nia­ło się o dwa ty­go­dnie. Po­win­na pójść do le­ka­rza, żeby po­twier­dzić in­for­ma­cję, ale na ra­zie nie chcia­ła tego ro­bić, po­nie­waż wte­dy tra­fi­ła­by w te cho­ler­ne sta­ty­sty­ki i kar­to­te­ki, któ­re nie po­zwa­la­ją na dys­kret­ne wy­eli­mi­no­wa­nie pro­ble­mu w nie­le­gal­ny spo­sób.

Nie, nie była cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­na na abor­cję. Zwle­ka­ła z pod­ję­ciem de­cy­zji, wie­dząc, że sło­no za to za­pła­ci. I nie cho­dzi­ło o pie­nią­dze - mia­ła za­skór­nia­ki, o któ­rych Piotr nie miał bla­de­go po­ję­cia. Wpraw­dzie za­mie­rza­ła je wy­ko­rzy­stać na coś zu­peł­nie in­ne­go, lecz w tej sy­tu­acji siła wyż­sza uza­sad­nia­ła na­ru­sze­nie oszczęd­no­ści. Nie mo­gła się zde­cy­do­wać, bo z jed­nej stro­ny prze­peł­niał ją strach przed wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, z dru­giej zaś oba­wa o to, że je­śli zre­zy­gnu­je z za­bie­gu, to nie bę­dzie po­tra­fi­ła po­ko­chać no­we­go ży­cia, któ­re tak po­krzy­żu­je jej pla­ny. Że nie znaj­dzie w ser­cu prze­strze­ni na dru­gie dziec­ko, bo nie dość, że w ca­ło­ści wy­peł­nia je Szy­mon, to jesz­cze cho­dzi o ojca istot­ki, któ­ra ro­śnie w jej ło­nie.

Te­raz więc, za­miast po­wta­rzać so­bie, że tyl­ko osiem lat dzie­li ją od daw­no wy­ty­czo­ne­go celu, sku­pi­ła my­śli na ma­leń­stwie w swo­im brzu­chu.

Nie chcę cię. Nie pla­no­wa­łam, że się po­ja­wisz. Le­piej, żeby cie­bie nie było. Wszyst­ko kom­pli­ku­jesz.

Bez ape­ty­tu grze­ba­ła wi­del­cem w ta­le­rzu, czu­jąc na so­bie wzrok męża. Gdy pod­nio­sła spoj­rze­nie, pa­trzył na nią wy­mow­nie.

- No wi­dzisz? Na­wet to­bie ten syf nie sma­ku­je - po­wie­dział cierp­ko.

Nie zdą­ży­ła za­pro­te­sto­wać, gdy za­brzę­czał do­mo­fon.

- Ocze­ku­jesz ko­goś? Za­pra­sza­łaś go­ści pod moją nie­obec­ność?

Po­krę­ci­ła gło­wą. Od daw­na nikt nie od­wie­dzał jej w miesz­ka­niu. Z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Ewą, po­zo­sta­wa­ła od dłuż­sze­go cza­su głów­nie w kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym. Z nie­licz­ny­mi ko­le­żan­ka­mi spo­ty­ka­ła się cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wo na mie­ście. Nie za­glą­da­ły do niej na­wet są­siad­ki, bo ucho­dzi­ła wśród nich za out­si­der­kę, a wręcz dzi­ku­skę. Szy­mon tak­że nie zwo­ły­wał do sie­bie ko­le­gów - ku zmar­twie­niu Gosi wy­ra­stał na nie mniej­sze­go od­lud­ka.

Być może winę za ten stan rze­czy po­no­sił Pio­trek, któ­ry po każ­dej wi­zy­cie chłop­ców wy­py­ty­wał syna o wszyst­ko. Co to za dzie­cia­ki? Czy nic nie zgi­nę­ło pod­czas ich wi­zy­ty? Nie na­ro­bi­li szkód? Kim są i czym się zaj­mu­ją ich ro­dzi­ce? Dla­cze­go Szy­mek tak mi­zer­nie przy nich wy­glą­da? Na pew­no jest o gło­wę niż­szy i dużo szczu­plej­szy od naj­drob­niej­sze­go ko­le­gi. Pew­nie do­ku­cza­ją mu w szko­le i mają go za kla­so­we­go ofer­mę. Czy wy­łu­dza­ją od nie­go pie­nią­dze i za­baw­ki? Zmu­sza­ją go, by od­ra­biał za nich za­da­nia?

Ku za­sko­cze­niu Mał­go­rza­ty z wi­zy­tą przy­by­li te­ścio­wie. Już w przed­po­ko­ju na­ro­bi­li spo­ro ru­chu. Tłu­ma­czy­li, że wpa­dli, bo byli w po­bli­żu. Prze­cież nie będą się za­po­wia­da­li do ro­dzo­ne­go syna te­le­fo­nicz­nie. Nie jest pa­pie­żem, by uma­wiać się z nim na au­dien­cję.

- Sia­daj­cie, pro­szę - za­chę­cił Piotr. - Ma­cie ocho­tę na go­łąb­ki? Mał­go­rza­ta ugo­to­wa­ła, pal­ce li­zać! Ko­cha­nie, za­grzej po dwa dla ma­mu­si i ta­tu­sia - wy­dał jej po­le­ce­nie.

Mia­ła na koń­cu ję­zy­ka stwier­dze­nie, że nie wy­pa­da kar­mić te­ściów sy­fem po­zba­wio­nym sma­ku. Te sło­wa za­pew­ne otwar­ły­by pie­kiel­ne cze­lu­ści, ścią­ga­jąc na jej gło­wę gi­gan­tycz­ną awan­tu­rę. Na sa­mym po­cząt­ku mał­żeń­stwa pró­bo­wa­ła cza­sa­mi ta­kich za­gry­wek w po­tycz­kach z mę­żem, lecz za­wsze się to na niej mści­ło.

Po je­de­na­stu la­tach zdą­ży­ła przy­wyk­nąć do tego, że Piotr ma dwie twa­rze: jed­ną na po­kaz, dru­gą dla do­mow­ni­ków. Przy go­ściach czy zna­jo­mych poza do­mem za­wsze był ude­rza­ją­co miły i szar­manc­ki. Spra­wiał wra­że­nie wciąż za­ko­cha­ne­go żon­ko­sia, któ­ry świa­ta nie wi­dzi poza ślub­ną i go­tów jej nie­ba przy­chy­lić. W za­ci­szu prze­cho­dził me­ta­mor­fo­zę w gbu­ra, któ­re­mu nic nie od­po­wia­da i na każ­dym kro­ku musi zrzę­dzić, choć mie­wał chwi­le, gdy rów­nież na ło­nie ro­dzi­ny by­wał za­ska­ku­ją­co miły. Mał­go­rza­ta daw­no temu opa­no­wa­ła sztu­kę pod­cho­dze­nia do nie­go ni­czym do ty­ka­ją­cej bom­by. Ni­g­dy bo­wiem nie po­tra­fi­ła prze­wi­dzieć ani jego na­stro­jów, ani tym bar­dziej re­ak­cji. Zwłasz­cza że zmie­nia­ły się jak w ka­lej­do­sko­pie.

Bez sło­wa wy­szła więc do kuch­ni, żeby przy­go­to­wać po­czę­stu­nek.

Ka­wał nie­kon­se­kwent­ne­go dra­nia, po­my­śla­ła. Naj­pierw wy­brzy­dza, po­tem chwa­li. Mógł­by się zde­cy­do­wać.

Z po­ko­ju dzien­ne­go do­bie­gał ją gwar roz­mo­wy. Choć nie było to ko­niecz­ne, zo­sta­ła w kuch­ni, cze­ka­jąc, aż go­łąb­ki się pod­grze­ją. Nie cią­gnę­ło jej do go­ści. Sto­sun­ki z te­ścia­mi na­le­ża­ły za­le­d­wie do po­praw­nych i były ra­czej let­nie niż cie­płe. Swe­go cza­su pró­bo­wa­ła po­ża­lić się Ja­dwi­dze Jur­czyk na apo­dyk­tycz­ność Pio­tra, lecz ona nie do­strze­ga­ła pro­ble­mu. Choć w domu te­ścio­wej pa­no­wał układ opar­ty na part­ner­stwie, może na­wet z de­li­kat­ną prze­wa­gą ma­triar­cha­tu, Ja­dwi­ga stwier­dzi­ła, że od tego jest męż­czy­zna, by no­sił spodnie. A Goś­ka po­win­na do­ce­nić męża, któ­ry tra­fił jej się ni­czym los na lo­te­rii, i ro­bić wszyst­ko, by go uszczę­śli­wić. Zwłasz­cza że Pio­truś jest w nią wpa­trzo­ny jak w ob­ra­zek.

Kil­ka mi­nut póź­niej wró­ci­ła do po­ko­ju z dwo­ma do­dat­ko­wy­mi ta­le­rza­mi.

Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­ła, jak go­ście pa­ła­szu­ją go­łąb­ki. Po­zwo­li­ła so­bie na­wet na po­sła­nie Pio­tro­wi miaż­dżą­ce­go spoj­rze­nia. Ot, taka mała woj­na do­mo­wa - bez słów i bez ge­stów.

- Po­wiedz no mi, dziec­ko - te­ścio­wa unio­sła gło­wę znad ta­le­rza - kie­dy uszczę­śli­wi­cie nas dru­gim wnucz­kiem. Nie­do­brze mieć je­dy­na­ka, wiem, co mó­wię. Pio­tru­sio­wi za­wsze bra­ko­wa­ło ro­dzeń­stwa. No ale my z An­drze­jem nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na wię­cej dzie­ci, mie­li­śmy skom­pli­ko­wa­ną sy­tu­ację. Co in­ne­go wy. Pio­trek świet­nie za­ra­bia, ma­cie do­sko­na­łe wa­run­ki. A gdy­by za­bra­kło wam prze­strze­ni, mo­gli­by­ście prze­cież ku­pić dom. Nie po­win­ni­ście się ocią­gać z po­więk­sza­niem ro­dzi­ny, bo czas leci. Nie bę­dziesz co­raz młod­sza - kła­pa­ła nie­mal jed­nym tchem, nie do­pusz­cza­jąc sy­no­wej do gło­su.

Atak był wy­raź­nie skie­ro­wa­ny w stro­nę Goś­ki. Jak zwy­kle. Mał­go­rza­ta nie­na­wi­dzi­ła py­tań o po­więk­sze­nie ro­dzi­ny. Te­ścio­wie wciąż wy­wie­ra­li na nią na­cisk. Przy każ­dej oka­zji po­ru­sza­li ten te­mat. Ja­dwi­ga za­su­ge­ro­wa­ła na­wet, że sy­no­wa po­win­na przejść so­lid­ne ba­da­nia, naj­le­piej u po­le­co­ne­go przez nią spe­cja­li­sty. Bo coś musi być z nią nie tak, sko­ro nie za­cho­dzi po­now­nie w cią­żę.

Ech... Gdy­by wie­dzie­li, że wła­śnie roz­my­ślam nad abor­to­wa­niem upra­gnio­ne­go przez nich wnu­ka! Ni­g­dy w ży­ciu nie po­ję­li­by, cze­mu bio­rę to pod uwa­gę. Uwa­ża­ją, że ni­cze­go mi nie brak do szczę­ścia, pod­czas gdy ja tak na­praw­dę ma­rzę, by uciec jak naj­da­lej stąd.

- Sta­ra­my się - bąk­nął w jej imie­niu Pio­trek. - Ale ja­koś nie wy­cho­dzi.

- Może Go­sia jest za­nad­to ze­stre­so­wa­na? - za­gad­nął teść.

- Czym? - Piotr wzru­szył ra­mio­na­mi. - Ma tu­taj jak u pana Boga za pie­cem.

- Pra­cą cho­ciaż­by - od­par­ła Ja­dwi­ga. - Nie poj­mu­ję, po co tra­cisz czas na cho­dze­nie do biu­ra. Mój syn jest w sta­nie utrzy­mać ro­dzi­nę na god­nym po­zio­mie. Mo­gła­byś zre­zy­gno­wać z po­sa­dy i za­jąć się wy­łącz­nie do­mem. Wszy­scy by na tym sko­rzy­sta­li, bo z tego, co wiem, ko­ko­sów nie za­ra­biasz. Szy­muś był­by może le­piej za­opie­ko­wa­ny, bo ta­kie z nie­go chu­cher­ko, że aż strach! Mia­ła­byś czas na upie­cze­nie cia­sta, nie mu­sia­ła­byś kar­mić ro­dzi­ny go­tow­ca­mi z cu­kier­ni. A i pew­nie prę­dzej za­szła­byś w cią­żę, gdy­byś była bar­dziej zre­lak­so­wa­na i od­prę­żo­na. Znam ży­cie, wiem, że pra­ca za­wsze po­cią­ga za sobą stres. To­bie naj­wy­raź­niej to nie słu­ży.

Mał­go­rza­ta nie­na­wi­dzi­ła po­dob­nych roz­mów. To była jej spra­wa i uwa­ża­ła, że nikt nie ma pra­wa w nią in­ge­ro­wać. Bo­la­ły ją ta­kie na­ci­ski, po­nie­waż jako mło­da dziew­czy­na ma­rzy­ła o licz­nej i szczę­śli­wej ro­dzi­nie. Wraz z do­ro­sło­ścią przy­szedł ra­cjo­na­lizm oraz strach przed ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym, któ­ry mo­gła­by prze­ka­zać po­tom­stwu. A póź­niej do­szła do tego nie­chęć zwią­za­na z nie­uda­nym w jej od­czu­ciu mał­żeń­stwem.

Nikt nie po­wi­nien dyk­to­wać ko­bie­cie, ile dzie­ci musi uro­dzić. Żad­ne te­ścio­we, ciot­ki i życz­li­we ku­zyn­ki. Mogę so­bie wy­obra­zić, jak w ta­kiej sy­tu­acji czu­ją się oso­by, któ­rym za­le­ży na po­więk­sze­niu ro­dzi­ny, lecz nie po­zwa­la na to zdro­wie. Kie­dy po­dej­mo­wa­ne wy­sił­ki idą na mar­ne, a one wciąż są pod­da­wa­ne pre­sji. To musi po­twor­nie do­skwie­rać, roz­my­śla­ła zdru­zgo­ta­na Go­sia. A co mają po­wie­dzieć ko­bie­ty ta­kie jak ja? Tkwią­ce po uszy w bez­na­dziej­nej sy­tu­acji u boku męża ty­ra­na. Pra­gną­ce po­tom­stwa, lecz tłu­mią­ce na siłę in­stynkt ma­cie­rzyń­ski, aby dziec­ko nie sta­ło się kar­tą prze­tar­go­wą w kon­flik­tach...

- Nie je­stem ze­stre­so­wa­na pra­cą - od­rze­kła, za­cho­wu­jąc wcze­śniej­sze prze­my­śle­nia dla sie­bie. Ich wy­gła­sza­nie i tak nie mia­ło sen­su. Na­ra­zi­ła­by się tyl­ko na gniew te­ściów i męża. - Bar­dzo ją lu­bię.

- A może za bar­dzo? - drą­ży­ła te­ścio­wa.

- Nie. W moim ży­ciu wszyst­ko ma od­po­wied­nie miej­sce i jest na­le­ży­cie wy­wa­żo­ne. Może mama być pew­na, że gdy­bym nie była w sta­nie po­go­dzić pra­cy z pro­wa­dze­niem domu, to sko­rzy­sta­ła­bym ze wspa­nia­ło­myśl­no­ści Pio­tra - skła­ma­ła bez mru­gnię­cia po­wie­ką.

Kie­dyś ję­zyk sta­nie mi koł­kiem! - wes­tchnę­ła w du­chu.

Ni­g­dy nie uty­ski­wa­ła na nad­miar obo­wiąz­ków, choć cza­sa­mi fak­tycz­nie by­wa­ło jej cięż­ko i ma­rzy­ła o chwi­li wy­tchnie­nia. Gdy­by przy­zna­ła na głos, że bra­ku­je jej sił, nie daje rady lub jest zwy­czaj­nie zmę­czo­na, za­raz za­czę­ły­by się na­ci­ski, by rzu­ci­ła pra­cę. Tak na­praw­dę wy­po­czy­wa­ła w biu­rze, gdyż tam był czas i na ogar­nię­cie do­ku­men­tów, i na re­laks z fi­li­żan­ką kawy, i na po­ga­dusz­ki z resz­tą per­so­ne­lu. Po po­wro­cie do domu wpa­da­ła w kie­rat: pra­ła, go­to­wa­ła, sprzą­ta­ła, od­ra­bia­ła lek­cje z Szy­mo­nem. Nic dziw­ne­go, że bra­ko­wa­ło jej cza­su na pie­lę­gno­wa­nie ja­kich­kol­wiek za­in­te­re­so­wań. Nie­licz­ne wol­ne chwi­le spę­dza­ła w to­wa­rzy­stwie Ewy lub z żo­na­mi swo­ich współ­pra­cow­ni­ków - to były jej je­dy­ne ko­le­żan­ki.

Rozdział 2

Mężo­wi nie moż­na od­ma­wiać. Goś­ka le­ża­ła na ple­cach z moc­no za­ci­śnię­ty­mi po­wie­ka­mi. Po­mię­dzy jej uda­mi uwi­jał się Piotr, po­sa­pu­jąc. Na szczę­ście cza­sy, gdy ocze­ki­wał od niej znacz­nie więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia, mi­nę­ły. Na­sy­cił zmy­sły wy­star­cza­ją­co. A może po pro­stu nie krę­ci­ło go to samo co kie­dyś? Zma­la­ły jego pra­gnie­nia i jur­ność? Był od niej star­szy o osiem lat. Gdy do­cho­dzi­ło do zbli­że­nia, co­raz szyb­ciej się mę­czył, a na jego skro­ni pul­so­wa­ła żył­ka, któ­rej daw­niej nie za­uwa­ża­ła. Ow­szem, cza­sa­mi na­dal miał ocho­tę ro­bić to przy włą­czo­nej lamp­ce noc­nej, ale znacz­nie rza­dziej na­cho­dzi­ły go róż­ne dzi­kie fan­ta­zje.

Za­sad­ni­czo od dłuż­sze­go cza­su seks był czyn­no­ścią czy­sto me­cha­nicz­ną, po­prze­dzo­ną je­dy­nie mi­ni­mum gry wstęp­nej. Kie­dy Pio­trek ją brał, le­ża­ła po­tul­nie, roz­chy­la­jąc uda mak­sy­mal­nie sze­ro­ko. Cza­sa­mi na­wet od­czu­wa­ła na­miast­kę pod­nie­ce­nia, lecz jej my­śli błą­dzi­ły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku. Przy ta­kich oka­zjach wspo­mi­na­ła ja­kieś biu­ro­we plot­ki albo fan­ta­zjo­wa­ła o su­kien­ce, któ­rą chcia­ła­by so­bie spra­wić. Ewen­tu­al­nie sku­pia­ła uwa­gę na tym, co po­win­na ugo­to­wać na­za­jutrz. W sto­sow­nym mo­men­cie za­czy­na­ła uda­wać nad­cią­ga­ją­cy or­gazm. Te­raz była mi­strzy­nią w tej dzie­dzi­nie, choć przed laty każ­de fi­gle z mę­żem zwień­cza­ły spa­zmy roz­ko­szy.

- Roz­luź­nij się - syk­nął Piotr w pew­nym mo­men­cie. - Je­steś strasz­nie spię­ta.

Ba! Żeby to było ta­kie pro­ste. Niby nie bo­la­ło, lecz nie było też przy­jem­nie. Daw­niej lu­bi­ła z nim ba­rasz­ko­wać, a ich swa­wo­lom to­wa­rzy­szy­ło znacz­nie wię­cej piesz­czot i czu­ło­ści.

Cza­sa­mi drę­czy­ło ją po­czu­cie winy, że tak bar­dzo zo­bo­jęt­nia­ła. W grun­cie rze­czy nie był ta­kim strasz­nym mę­żem, mo­gła tra­fić o wie­le go­rzej. Ni­g­dy nie wra­cał do domu pi­ja­ny, nie pod­no­sił na nią ręki, ob­sy­py­wał ją pre­zen­ta­mi i na­wet jego za­bor­czość dało się znieść.

A że nie­ustan­nie gde­rał i by­wał przy tym nie­przy­jem­ny, wręcz cham­ski?

Za­pew­ne wie­lu mę­żów tak ma.

Do Piotr­ka za­wsze mu­sia­ło na­le­żeć ostat­nie zda­nie, był upar­ty, czę­sto zło­śli­wy. Ale ko­chał ją nad ży­cie, po­wta­rzał to przy każ­dej oka­zji. To ona jest nie­udacz­ni­cą, któ­ra nie dość, że nie do­ce­nia mał­żeń­skie­go szczę­ścia, to jesz­cze rze­czy­wi­ście kiep­sko wy­wią­zu­je się ze swo­ich po­win­no­ści.

Na­wet świę­ty stra­cił­by do mnie cier­pli­wość, prze­mknę­ło jej przez myśl. Nic dziw­ne­go, że po­żą­da­nie Pio­tra za­czę­ło słab­nąć.

Kie­dyś Mał­go­rza­ta go­to­wa była sko­czyć za nim w ogień. Speł­nia­ła każ­dą za­chcian­kę ślub­ne­go, byle go przy so­bie za­trzy­mać. Po­tra­fi­ła wy­czu­wać jego na­stro­je i być wy­uz­da­na wów­czas, gdy tego ocze­ki­wał. Nie mo­gła znieść my­śli, że mógł­by ją za­stą­pić inną ko­bie­tą: może młod­szą, może ład­niej­szą, może bar­dziej na­mięt­ną. A może po pro­stu taką, któ­ra by­ła­by lep­szą pa­nią domu.

Gdy po­zna­ła Pio­tra, była ni­kim, on na­to­miast miał już usta­bi­li­zo­wa­ną sy­tu­ację ży­cio­wą, atrak­cyj­ną pra­cę i nie­złe miesz­ka­nie. Ksią­żę z baj­ki, ot co.

Na mo­ment po­wró­ci­ła my­śla­mi do cza­sów, gdy seks z Piotr­kiem do­pro­wa­dzał ją do sza­leń­stwa.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej