Ta, która zaginęła. Detektyw Gina Harte. Tom 11 - Carla Kovach

-
Proszę czekać

?

Rozdział 4

Kobieta ubrana w szary dres opierała się o drzewo.

- Jestem komisarz Harte, a pani to?

- Sybil. Przepraszam, ale mam w domu marudnego bobasa. Czy możemy wejść do środka i porozmawiać, gdy będę go karmić?

- Oczywiście.

- To przez niego nie spałam. Od wieczora chodzę w tę i we w tę, karmię, tulę, śpiewam i kołyszę. Jestem już bardzo zmęczona.

Minęło sporo czasu, odkąd Gina doświadczyła tego ze swoją - w tej chwili już dorosłą - córką Hannah, niemniej bardzo dobrze pamiętała, jak wyczerpująca może być opieka nad maleństwem. Poszła więc za młodą kobietą długim podjazdem, na końcu którego automatycznie włączyło się światło. Dostrzegła, że Sybil miała czarne, proste włosy do ramion, a na bluzie plamę czegoś, co wyglądało jak niemowlęce wymiociny. Gospodyni otworzyła drzwi i zaprowadziła policjantkę do wyłożonego wiktoriańskimi kaflami korytarza, w którym zastała przecierającego oczy mężczyznę. Podał Sybil wydzierający się tobołek.

- Proszę za mną. - Poszła do pokoju, w którym usiadła w fotelu do karmienia. - Proszę spocząć.

- Dziękuję. - Gina zajęła miejsce na wytartej kanapie naprzeciwko dużego, otwartego kominka.

Kobieta rozpięła bluzę, rozpięła koszulę do karmienia, a potem przystawiła dziecko do piersi.

- To powinno uspokoić go na jakiś czas.

- Dziękuję, że zgodziła się pani ze mną porozmawiać. Wiem, że jest pani zmęczona i ma pani pełne ręce roboty, więc postaram się nie zająć zbyt dużo czasu. Czy może mi pani powiedzieć, co pani widziała lub słyszała i kiedy to było?

Dziecko cmokało głośno.

- To miało miejsce zapewne między wpół do jedenastej i wpół do dwunastej dziś w nocy. Przepraszam, że nie wiem dokładnie, ale nie patrzyłam wtedy na zegarek. Mój partner już spał, bo wcześnie rano musi wstać, żeby jechać do Londynu, więc starałam się uśpić dziecko. Usłyszałam ryczący silnik samochodu. Zwykle jest tu cicho, więc zwróciłam na to uwagę. Zobaczyłam błysk, wydawało mi się, że kierowca przystanął i włączył światło w kabinie.

- Gdzie dokładnie zaparkował?

- Po prawej stronie od mojego podjazdu, przy drzewach.

- Może pani opisać osobę w samochodzie?

Sybil pokręciła głową.

- Stąd niewiele widziałam. Mamy długi podjazd. Zaklęłam tylko z powodu tego, że nie zgasił tego ryczącego silnika. Zastanawiałam się, czy nie wyjść, żeby poprosić, by go jednak wyłączył, skoro zamierza tu na kogoś czekać. Pomyślałam, że to może taksówka, którą wezwał sąsiad.

- Co było dalej?

- Kiedy miałam włożyć buty, huk ustał. Potem chodziłam po domu z małym na rękach. Za jakiś czas usłyszałam huk na drodze. Normalnie podeszłabym do okna, żeby to sprawdzić, ale skoro synek nie chciał się uspokoić, miałam ważniejsze rzeczy na głowie. Czy kogoś potrącono?

Gina przytaknęła.

- Tak. Ofiarę zabrano do szpitala. Zaginęła też druga kobieta, która mogła zostać ranna.

- Mam teraz wyrzuty sumienia. Powinnam była wtedy wyjść albo chociaż zadzwonić na policję. Gdybym wiedziała...

- Nie mogła pani tego przewidzieć. To nie pani wina, ale musimy odnaleźć kierowcę tego samochodu. Czy ma pani tu monitoring? Albo może mi pani opisać ten pojazd?

- Nie mamy kamer, a jeśli chodzi o auto... Mogę powiedzieć, że było osobowe. Na pewno nie żaden bus ani żaden z tych wielkich terenowych. Może sedan albo hatchback. Nie SUV, coś znacznie niższego. Ale nie brzmiał też na sportowy, to nie było takie profesjonalne dudnienie. Mam nadzieję, że to w czymś pomoże.

- Tak, bardzo. Dziękuję.

Dziecko wypluło pierś i znów zaczęło płakać. Matka uniosła je na ramię i zaczęła poklepywać po plecach.

- Czy później widziała pani kogoś lub coś słyszała?

Pokręciła głowa.

- Nie. Potem pojawiliście się wy, a ja wyszłam, żeby zobaczyć, co się stało, i rozmawiałam z policjantką. Naprawdę chciałabym pomóc, ale nic więcej nie wiem.

- Dziękuję za to, że poświęciła mi pani swój cenny czas. Jeśli jednak coś pani sobie przypomni, proszę dać mi znać. - Gina położyła wizytówkę na stoliku kawowym.

- Oczywiście. Przepraszam, nie zdołam pani odprowadzić.

Komisarz z uśmiechem pokiwała głową i wstała.

- Mam nadzieję, że ta potrącona z tego wyjdzie.

- Ja również - odparła Gina, starając się nie okazać smutku, i wyszła.

- Szefowo. - Kapoor podbiegła do niej, gdy była w połowie podjazdu.

- Co jest?

- Przyjechały psy, ale niczego nie znalazły. Annabel nigdzie nie ma, więc wygląda na to, że zabrano ją z miejsca wypadku. W dodatku dzwonił Jacob, mówił, że nie może się z tobą skontaktować, więc zatelefonował do mnie.

- Cholera. - Wyjęła komórkę z kieszeni. - Super, nie mam zasięgu. - Przeszła kilka kroków, aż jej telefon powiadomił o nieodebranym połączeniu. Chwilę potem pojawiły się dwie kreski zasięgu i wiadomość. - Co mówił?

- Że Jennifer ma poważny krwotok śródczaszkowy. Znajduje się na szpitalnym oddziale ratunkowym, mają podłączyć ją do respiratora. Nie wygląda to dobrze, szefowo.

Gina przełknęła ślinę na myśl o tym, co w tej chwili musiał przechodzić jej kolega.

- Mamy adres Annabel?

- Tak, w jej torebce znajdują się dokumenty.

- Jadę do jej domu. Rodzina pewnie zachodzi w głowę, co się z nią stało. Muszę osobiście z nimi porozmawiać, dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Wyre już przyjechała?

- Tak, rozmawia ze Smithem.

Gina spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła czarny kucyk Pauli.

- Świetnie, to pojedziemy razem. Co za człowiek wjeżdża w kobiety, które wracają do domu, po czym jedną z nich zostawia na pewną śmierć, a drogą zabiera ze sobą? - Na końcu podjazdu nastąpiła na leżącą na ziemi korę drzewa. Wzdrygnęła się, ocierając mały palec. - Musimy ją odnaleźć. Sprawca zostawił Jennifer, by umarła, więc kto wie, co zrobi Annabel.

?

Rozdział 2

Komisarz Gina Harte siedziała pochylona przy jednym z biurek w centrum koordynacyjnym, wpatrując się w wiszące na ścianie tablice. Zamknęła kolejne śledztwo. Jak zwykle był to długi dzień, więc najbardziej na świecie pragnęła wrócić do domu i przytulić się do swojej kotki. Zdjęła gumkę z włosów i rozpuściła na ramiona świeżo farbowane na brąz fale. Czuła się tak zmęczona, że gdyby głębiej odetchnęła, zasnęłaby z otwartymi oczami.

- Jedziesz do domu? - Nadinspektor Chris Briggs wszedł do sali, włożył marynarkę i zaczął ją zapinać. Włosy opadły mu na czoło, gdy pochylił się po znajdujący się pod stołem neseser.

Gina zastanawiała się, jakim cudem mógł tak łatwo kłamać jej w twarz, skoro przez ostatnie miesiące naprawdę się do siebie zbliżyli.

- Tak, właśnie tu kończę. Muszę się wykąpać i położyć.

Ziewnęła. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, ale nie potrafiła stwierdzić, o czym mógł myśleć. Bardzo mu ufała. Pomógł jej uciszyć reportera, który próbował wydać światu jej najgłębsze tajemnice. Wiedział również, że przed laty przyczyniła się do śmierci męża, bo pomogła Terry'emu spaść ze schodów. Trupy pozostały w szafie, ponieważ Briggs zamknął ją szczelnie na klucz, niemniej to były problemy Giny. Teraz wiedziała, że go traci.

Kilka dni temu, gdy wracała z marketu, widziała, jak wychodził z pubu z jakąś kobietą. Przełknęła ślinę, wiedząc, że nie zdoła zapewnić mu relacji, jakiej pragnie, ale dziś wieczorem nie zamierzała z nim o tym rozmawiać. Może w ten właśnie sposób zakończy się ich trzymany w sekrecie związek.

Westchnęła na myśl o eleganckiej kobiecie o oliwkowej cerze, z którą go wtedy widziała. Wyglądał na wesołego, bardziej beztroskiego niż w jej towarzystwie. Gdyby postanowił od niej odejść, pozostawiłby po sobie pustkę w jej życiu, zwłaszcza że był jedynym człowiekiem na ziemi, który tak dogłębnie ją znał.

Na korytarzu rozległy się kroki, chwilę później przez wahadłowe drzwi wpadł sierżant Driscoll. Gina odchrząknęła i przestała obserwować Briggsa. Jacob przeszedł przez pomieszczenie, a następnie usiadł, nie odrywając telefonu od ucha. Wkrótce jednak opuścił komórkę.

- Jeszcze tu jesteś? - zwróciła się do Jacoba.

Wyrzuciła Briggsa z głowy. Jeśli kogoś się kocha, niekiedy lepiej dać mu odejść. Przynajmniej jedno z nich mogło być szczęśliwe. Tak sobie wmawiała. Jednak skurczony z nerwów żołądek na myśl o tym, że spędzał czas z inną kobietą, to już zupełnie odrębna kwestia.

Jacob pokiwał głową.

- Tak, bo staram się dodzwonić do Jennifer, ale nie odbiera. Zaraz spróbuję raz jeszcze. Muszę dokończyć kilka rzeczy w tym śledztwie, ale przydałoby mi się coś do picia. Komuś kawy?

Gina obserwowała, jak nerwowo poruszał stopą na podłodze. Taki stres nie był dla niego typowy, Jacob zawsze stanowił oazę spokoju. Zawsze wyróżniał się schludną fryzurą. Miał teraz mocno przycięte włosy z tyłu i na bokach. Dobiegał pięćdziesiątki, ale w tym wieku wyglądał znacznie korzystniej niż ona. Rozpięła marynarkę.

- Tak, chętnie napiję się z tobą kawy - powiedziała.

Briggs się uśmiechnął i podszedł do drzwi.

- Ja dziękuję. Do zobaczenia jutro.

Jacob wciąż wpatrywał się w telefon, gdy Briggs machnął im na pożegnanie i otworzył drzwi. Posłała mu wymuszony uśmiech, wiedząc, że prawdopodobnie pojedzie do tamtej kobiety.

Kiedy Jacob wystukiwał coś na ekranie, wyjrzała przez okno na parking, na którym Briggs też coś do kogoś napisał, nim wsiadł do auta. Odjechało kilka radiowozów, w tym czasie też jeden przyjechał. Na murze siedziały wyraźnie podchmielone osoby, paląc papierosy. W sobotni wieczór na posterunku zawsze panował tłok. Odetchnęła głęboko i poczuła zapach cheeseburgera, którego wcześniej jadł tutaj detektyw Harry O'Connor, przez co zaburczało jej w brzuchu.

- Wypijemy dziś tę kawę, Jacobie? Mógłbyś przy okazji sprawdzić, czy O'Connor nie zostawił w kuchni kawałka ciasta czekoladowego? Pani O. ostatnio przesadza z pieczeniem. - Tak, musiała iść pod prysznic, ale jeśli zje coś słodkiego i napije się kawy, z pewnością wytrzyma jeszcze trochę.

Policjant przygryzł wargę i potarł dłonią niewielki zarost na policzku.

- Tak, tylko to wyślę. - Stał pośrodku pokoju, gapiąc się na ekran komórki. - I poszło.

- Dziwnie się zachowujesz.

- To aż tak widać?

- Obawiam się, że tak. Co jest?

- Martwię się o Jennifer. Wyszła z koleżanką.

- I to cię niepokoi?

- Nie. Cóż, nie wiem. Nie pamiętam, czy miałem po nią pojechać, a nie mogę się teraz do niej dodzwonić.

- Może wróciła taksówką. Na pewno nic jej nie jest. Może nadal dobrze się bawi z przyjaciółką.

Zacisnął usta i pokiwał głowa.

- Pewnie masz rację. Wypiję kawę i pojadę do domu. Albo nadal dobrze się bawi, albo leży już w łóżku. Gdyby chciała podwózki albo pizzy na kolację, z pewnością by do mnie zadzwoniła.

- Poszła do jakiegoś eleganckiego miejsca?

- Z koleżanką ze szkoły do Angel Arms. Nie wiem, czy słowo "elegancki" jest odpowiednie, by opisać ten pub. - Zaśmiał się i poszedł do kuchni.

Gina musiała się z tym zgodzić. Nowa właścicielka starała się, żeby lokal był nieco przyjemniejszy, ale nadal wydawał się trochę zaniedbany. Komisarz sięgnęła po swoją torebkę, w której wibrował telefon.

- Harte.

- Tu Jhanvi. Wezwano nas do wypadku samochodowego. Właśnie dotarłam do poszkodowanej. Mamy potrącenie i ucieczkę z miejsca zdarzenia. - W słuchawce rozległy się trzaski, najwyraźniej posterunkowa Kapoor traciła zasięg. Z silnym akcentem z Birmingham kilkakrotnie powtórzyła "halo".

- Wciąż cię słyszę, Jhanvi. Jak mogę pomóc przy wypadku?

- Chodzi o ofiarę.

- Okej. Wiemy, kto to taki?

- To jedna z naszych techniczek, Jennifer. Dziewczyna Jacoba.

- Szlag - rzuciła Gina. Obserwowała sierżanta, który wrócił z dwoma kubkami.

- I jest coś jeszcze.

- Co takiego?

- Na miejscu zdarzenia znaleźliśmy drugą torebkę. Wysnuliśmy teorię, że były tu dwie kobiety i że jedna z nich zaginęła. Przeszukaliśmy teren, ale nikogo nie znaleźliśmy. Wykryliśmy jedynie krew.

- Co z Jennifer? Żyje? - Ginie mocno skurczył się żołądek, gdy Jacob popatrzył na nią, słysząc te słowa.

- Jest w ciężkim stanie. Sanitariusze wiozą ją do szpitala, ale nie wygląda to dobrze. Kiedy przyjechaliśmy, była nieprzytomna. - Kapoor przedstawiła szczegóły obrażeń, jakich doznała ofiara.

- Już jadę. Ogrodź miejsce taśmą, dzwoń po techników. Wprowadź Bernarda w całą sprawę. Możesz mi wysłać pinezkę?

- Jasne. Do zobaczenia.

Jacob przełknął ślinę, ręce zaczęły mu się trząść.

- Coś jej się stało, prawda?

Gina wzięła od niego kubki.

- Naprawdę mi przykro, Jacobie. Jennifer potrącił samochód. Wiozą ją w tej chwili do szpitala w Cleevesford.

- Muszę jechać.

- Jeszcze jedno, wiesz, z kim wyszła?

- Ze swoja przyjaciółką Annabel Braddock. - Zaczerpnął kilka głębszych oddechów. - Muszę jechać do szpitala. Zadzwonię.

- Jedź.

Wybiegł, potrącając przy tym wchodzącego O'Connora. Dokumenty, które trzymał mężczyzna, rozsypały się na podłodze. Gina zadzwoniła do detektyw Pauli Wyre i poprosiła o jej obecność na miejscu zdarzenia. Jacob powinien być teraz ze swoją partnerką, a ona musiała odnaleźć osobę, która skrzywdziła jedną z techniczek. Z trudem przełknęła ślinę. Musiała też poznać losy drugiej kobiety. Kapoor znalazła torebkę i krew. Gdzie podziała się Annabel Braddock? Dlaczego była tą, która zaginęła?

?

Rozdział 5

Gina zaparkowała za Wyre na tyłach dzielnicy przemysłowej. Przy starej drodze, która łączyła się z tą nową, gdzie wznosiły się nowoczesne fabryki i biurowce, stało jedynie pięć domów. Znajdowały się wystarczająco blisko, żeby przejść pieszo z centrum, ale wystarczająco daleko, by nie słyszeć hałasu. Wolnostojące budynki niegdysiejszych rolników wzniesiono jeszcze w dziewiętnastym wieku, a mimo to wciąż prezentowały się uroczo. Gina wyobraziła sobie Jennifer i Annabel w Angel Arms. Wyglądało na to, że po wyjściu z pubu kierowały się właśnie tutaj. Komisarz wysiadła i podchodząc do Wyre, zauważyła, że przy ulicy stał zaparkowany golf Jennifer, która zaledwie kilka godzin wcześniej wyszła z przyjaciółką do baru, co zakończyło się dla niej podłączeniem do respiratora.

Paula stanęła na chodniku.

- Biedna Jennifer. Smith wszystko mi przekazał.

- Trudno uwierzyć, że ktoś tak po prostu zostawił ją na tamtej drodze. Porzucił na pewną śmierć. - Gina zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad całą sytuacją. - Musimy jak najszybciej zaapelować w mediach do świadków, ale najpierw powinnyśmy porozmawiać z rodziną. - Przełknęła ślinę. - Nienawidzę przynosić takich wieści, ale chyba lepiej, jeśli od razu to zrobimy.

Otworzyła furtkę, która sięgała jej do pasa, i podeszła do drzwi domu. Zza zasłon w oknach widać było ciepłe światło. Kiedy się zbliżyły, usłyszały szczekanie psa. Fasadę budynku oplatał bluszcz, wszędzie poustawiano ceramiczne donice z kwiatami. Prawie uderzyła głową o tę wiszącą, gdy się cofnęła, słysząc zgrzyt zamka.

- Przepraszam, nie ten klucz. Zaraz znajdę właściwy! - krzyknęła osoba, która próbowała otworzyć.

Gina spojrzała na Wyre.

- To nie jest mąż lub partner Annabel - powiedziała.

Domownik wiedziałby, którym kluczem otworzyć drzwi. Czekając, spojrzała na schludny ogród.

W końcu zamek ponownie zazgrzytał, a na progu stanął mężczyzna z długim nosem i brązowymi, sterczącymi włosami, trzymając za obrożę pręgowanego psa, który wyglądał jak krzyżówka charta z czymś innym.

- Dobry wieczór - przywitał się, a pies próbował mu się wyrwać. - Milo, spokój.

Pupil jednak wciąż szczekał i merdał ogonem.

- Komisarz Harte, a to detektyw Wyre. Możemy wejść?

- Czy coś się stało?

- Najlepiej będzie, jeśli porozmawiamy w środku. - Nie chciała mówić mężczyźnie o wszystkim, stojąc w wejściu.

Na szczęście się odsunął, wpuszczając je. Kiedy zamknął drzwi, puścił psa, a ten zaczął obwąchiwać stopy Giny. Opuściła rękę i pogłaskała zwierzaka po łbie. Wyłożonym wykładziną korytarzem przeszły do wąskiej kuchni.

- Czy jest pan spokrewniony z Annabel Braddock?

- Nie, jestem jej sąsiadem.

- Czy mieszka sama?

- Nie, z mężem. Grantem.

- Gdzie jest pan Braddock?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Nie mówiła.

- Z jakiego powodu pan tu przebywa? - zapytała Gina z uśmiechem.

- Pilnuję jej córki. Opiekunka nie przyszła, a ja dobrze znam małą. Wieczorem Annabel poprosiła, żebym przypilnował Cally. Już kiedyś się nią opiekowałem. Dobrze znam tę rodzinę, więc nie miałem nic przeciwko temu. Dzwoniłem do Annabel, bo już bardzo późno. Spodziewałem się, że wyjdzie tylko na kilka godzin. Czy możemy przejść do salonu? Nie chcę obudzić Cally. Miała problem, by zasnąć. Ma sporą wyobraźnię. - Uśmiechnął się.

- Oczywiście.

Mężczyzna zaprowadził je do korytarza, a następnie otworzył przed nimi drzwi do salonu. Na głównej ścianie znajdował się duży kominek, nisko zawieszone, ciemne belki sufitowe zmniejszały optycznie całe pomieszczenie. Gina usiadła na kanapie naprzeciwko paleniska.

Sąsiad wziął pilota i wyciszył stary film, a potem zamknął drzwi.

- Proszę się przedstawić - poprosiła Gina.

- Przepraszam. Nazywam się Evan Bryson.

Wyre, która zajęła miejsce obok Giny, wyjęła notes i długopis.

- Panie Bryson...

- Może być Evan.

- Panie Evanie, gdzie pan mieszka?

- Na Stonewall Cottages pod numerem dwa.

- Czy ma pan numer telefonu pana Braddocka?

- Granta? Tak. - Wziął kartkę ze stolika, przewinął listę kontaktów w komórce i zapisał. - Proszę.

Gina podała kartkę Wyre.

- Czy pani Braddock wróciła do domu?

Pokręcił głową.

- Nie, wyszła około dziewiętnastej z koleżanką i od tamtej pory jej nie widziałem. Kilka minut temu do niej dzwoniłem, a potem również do Granta, ale żadne z nich nie odebrało.

- Wcześniej zdarzył się wypadek. Znaleźliśmy przyjaciółkę pani Braddock, ale jej samej nie było na miejscu zdarzenia. Staramy się ustalić miejsce jej pobytu.

- Czy coś jej się stało?

- Uważamy, że mogła zostać potrącona przez samochód, więc naprawdę szybko musimy ją znaleźć.

Mężczyzna bębnił palcami o tylną obudowę telefonu.

- Powinienem iść pomóc jej szukać. Nie może być daleko. Pewnie została ranna. Może ma wstrząs mózgu i zabłądziła? - Wstał, ale nagle się zatrzymał. - Ale nie mogę zostawić Cally.

- Może lepiej, żeby się pan stąd nie ruszał, dopóki nie zlokalizujemy pana Braddocka. Może pan tu zostać?

Przytaknął, a potem przeczesał włosy palcami, mierzwiąc je.

- Tak, oczywiście. Zaczynam naprawdę się martwić.

- My również, ale szuka jej w mieście wielu funkcjonariuszy, przepytują w tej chwili okolicznych mieszkańców. Mamy też na miejscu psy tropiące, więc naprawdę nie ustajemy w wysiłkach, by ją odnaleźć.

Mężczyzna westchnął ciężko i usiadł.

- Możemy zadzwonić do jej męża?

Wyre pokiwała głową, wybrała numer, ale od razu zgłosiła się poczta głosowa. Nagrała się, dyktując swój numer i prosząc, by mężczyzna do niej oddzwonił.

- Nic z tego.

Gina wróciła uwagą do Evana, który drapał się po zarośniętej twarzy.

- Jak dobrze zna pan Annabel?

- Jak sąsiadkę. To małżeństwo nigdy nie sprawiało kłopotów. Dogadujemy się. Przy ładnej pogodzie zaprosili mnie niejednokrotnie do ogrodu na piwo, podobnie zresztą jak innych z okolicy. Jesteśmy tu wszyscy zżyci. Bezkonfliktowi. W zeszłym roku Braddockowie zorganizowali święta, na które wszyscy przyszliśmy. Było miło.

- Zatem przyjaźni się pan z nimi obojgiem?

- Tak. Jak również z bratem Granta, Sethem.

- Mieszka pan sam?

Odchylił się.

- Tak. Mieszkałem z ojcem, ale zmarł kilka lat temu. Zostałem w domu rodzinnym.

Uśmiechnęła się do niego.

- Może mi pan powiedzieć, w jakim nastroju była dziś Annabel, zanim wyszła z domu?

- Normalnym. W żaden sposób nie wydawała się inna. Mówiła, że wychodzi z przyjaciółką. Kiedy przyszedłem, Jennifer już tu była. Annabel chyba wcześniej była u niej z córką, bo Cally mówiła, że jadła słodycze. Tak czy inaczej, Annabel podziękowała mi za pomoc i poszły do pubu. - Zmarszczył brwi, zmienił pozycję na krześle i westchnął. - Udały się do Angel Arms i tyle.

- Mówiła coś jeszcze?

- Nie.

- A jak układało jej się z mężem? - Gina musiała się dowiedzieć, dlaczego uprowadzono tę kobietę. Możliwe, że znała tego, kto ją potrącił.

- Trochę mnie to niepokoi. Wiem, że mają problemy. Jednak Annabel i Grant nie chcieliby, żebym o tym mówił, bo to nie jest moja sprawa. To i tak nie ma nic wspólnego z tym, co się dzisiaj stało. Mówiła pani, że to wypadek.

- Tak myślę. Proszę kontynuować.

- Naprawdę im się nie spodoba, jeśli cokolwiek powiem. - Popatrzył na policjantki. - Ale dobrze. - Ponownie przeczesał włosy palcami. - Pokłócili się i wiem, że wyszedł stąd z torbą. Zapewne cała ulica słyszała tę awanturę.

- O co się kłócili?

- Nie podsłuchiwałem, ale się wydzierali, więc nie sposób było tego nie słyszeć, gdy karmiłem królika w ogrodzie. Grant miał kochankę. Annabel już wcześniej o tym wiedziała, bo wyrzuciła go z sypialni, więc spał w pokoju gościnnym. Ich małżeństwo zmierza do niechybnego końca. Szczerze mówiąc, gdy prosiła mnie o popilnowanie córki, wydawała się zdenerwowana. I nie poprosiła dotychczasowej opiekunki, bo to właśnie z nią zdradzał ją mąż. Musiała się niedawno o tym dowiedzieć, no i się pokłócili. Widziałem, że płakała, ale nic na ten temat nie wspomniałem. To nie moja sprawa. Po prostu zgodziłem się zostać z małą, jak dobry przyjaciel i sąsiad. Jak już mówiłem, wyszła z przyjaciółką około dziewiętnastej trzydzieści i tyle.

- Zna pan tę opiekunkę?

- Niezbyt dobrze. Rozmawiałem z nią tylko przelotnie, gdy widywałem w okolicy. Ma na imię Taylor. Raz podwiozłem ją do domu, gdy oddała samochód do naprawy. W historii nawigacji powinienem mieć jej adres. - Wyjął telefon. - Cherry Drive siedemnaście. - Przygryzł wnętrze policzka, wpatrując się w ciemny kominek. - Chwileczkę.

- Co się stało?

- Nie, to głupie. Właściwie nawet niedorzeczne.

- Pomoże nam pan, ujawniając tę informację, żebyśmy mogli ocenić. - Gina się spięła, zastanawiając się, o czym takim chciał im powiedzieć.

- Około dwudziestej pierwszej pies zaczął szczekać. Cally zbiegła na dół, mówiąc, że miała koszmar. Spała zaledwie od dwudziestu minut. Mówiła, że słyszała kogoś w ogrodzie, a później, że w szafie był duch. Nie powinienem pozwolić jej oglądać Kacpra na dobranoc.

- Sprawdził pan ogród?

- Tak. Przegoniłem lisa. To chyba właśnie na niego szczekał Milo. Zajrzałem też do szafy Cally i przeszukałem resztę domu, ale nie znalazłem żadnego ducha. Położyłem małą z powrotem do łóżka, przeczytałem bajkę, zostawiłem jej włączoną lampkę nocną. Kiedy kwadrans później poszedłem do niej, już smacznie spała.

- Ile ma lat?

- Pięć.

- Jest pan pewien, że nie było nikogo w ogrodzie?

- Nikogo nie zauważyłem. Myśli pani, że ktoś mógł wejść? Czy to ma jakiś związek z Annabel i Grantem?

- W tej chwili pytamy o wszystko. Nie wiemy, gdzie podziała się pani Braddock, musimy również porozmawiać z jej mężem. Może pan poprosić, żeby do nas zadzwonił, gdy tylko zjawi się w domu? - Wyjęła wizytówkę z kieszeni i położyła ją na blacie.

- Tak, oczywiście. Czy mógłbym zadzwonić do ojca Annabel? Cally chyba wolałaby być z dziadkiem, a ja jestem jutro zajęty.

- Tak, ale proszę zapisać nam również jego numer.

- Zostawiła mi go na wypadek, gdyby coś się stało. - Zapisał cyfry i podał kartkę Wyre.

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko, chciałybyśmy się rozejrzeć po ogrodzie.

Wstał, wziął pęk, którego używał do otwarcia drzwi frontowych, i przeprowadził je przez kuchnię. Za piątym razem odnalazł właściwy klucz do tylnych drzwi.

- Proszę. - Otworzył je. - Tutaj z boku jest latarka. - Podał ją Ginie.

Policjantki wyszły na wilgotne podwórze. Zimny wiatr owiał jej szyję Harte, gdy szły ułożoną z płytek ścieżką. Przyświeciła na tył ogrodu. Niewielki żywopłot oddzielał teren Braddocków od łąki za nim. Na końcu dostrzegła budynek, który wyglądał jak wolnostojący garaż. Zauważyła też zamkniętą kłódkę. Poświeciła po ziemi, szukając śladów stóp czy czegoś tropów zwierząt, ale niczego takiego nie zauważyła. Pięciolatka być może naprawdę tylko wyobraziła sobie ducha.

- Ma pan klucz do tej kłódki?

Evan wpatrywał się w pęk, zastanawiając się nad jej pytaniem.

- Nie sądzę, żeby pasował do niej którykolwiek z tych.

Wzięła od niego klucze i spróbowała otworzyć kilkoma mniejszymi. Żaden nie dał się nawet włożyć. Oddała je mężczyźnie, a potem wszyscy skierowali się do kuchni.

- Nie widzę tu nic podejrzanego, szefowo. - Wyre stanęła na kępie trawy.

Gina zerknęła w górę, bo jej uwagę przykuł jakiś ruch. Dostrzegła dziecko, które wyglądało przez okno, nim puściło zasłonę.

- Może zapytamy Cally o to, co tu widziała?

- To mogłoby pomóc. Czy mam zadzwonić do jej dziadka? - zapytała Wyre.

Gina pokiwała głową.

- Tak, musi być obecny przy naszej rozmowie, a potem powinien przejąć opiekę nad dzieckiem. - Ponownie spojrzała na dziewczynkę wyglądającą zza zasłony.

Mała do niej pomachała, więc Gina odpowiedziała podobnym gestem. Wzruszyła się, bo matka tej dziewczynki zaginęła. Komisarz postanowiła zrobić wszystko, co tylko w jej mocy, żeby odszukać tę kobietę.

Copyright ? by Carla Kovach, 2022

First published in Great Britain in 2022 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Copyright for Polish translation ? by Katarzyna Agnieszka Dyrek, 2025

Copyright for this edition ? by Virtualo, 2025

Redakcja: Magdalena Gonta-Biernat | To się WydaKorekta: Zofia Hetmańska | To się WydaSkład i łamanie: Gabriel Gonta | To się WydaProjekt okładki: Małgorzata Drabina | Yellow Room

Wydanie I

Warszawa 2025

ISBN 978-83-272-9390-9

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl

Zobacz nas na

Spis Treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

?

Rozdział 3

Niedziela, 3 IV

Komisarz Harte zaparkowała za sznurem radiowozów. Zobaczyła, że posterunkowy Smith owija taśmą policyjną latarnię uliczną. O pierwszej w nocy wąska droga zazwyczaj pozostawała opustoszała, od czasu do czasu przebiegały nią lisy. Gina się rozejrzała, zastanawiając, czy mogli być jacyś naoczni świadkowie całego zdarzenia. Niedaleko stały domy jednorodzinne, więc może ktoś coś słyszał. Niestety, rosły przed nimi jednak wysokie drzewa, więc nie spodziewała się dobrych wieści. Dalej ta zwężająca się ulica prowadziła na wieś. Gina wyobraziła sobie sprawcę, który pospiesznie pokonywał zakręty, próbując uciec. Może był pijany? Może jechał za szybko? Ale gdzie podziała się Annabel Braddock? Wysiadła i podeszła do Smitha, który wypełniał formularz miejsca zdarzenia. Pozwolił jej przejść pod taśmą.

- Cześć, szefowo. Złe wieści, co?

Pokiwała głową.

- Nie wierzę, że to spotkało akurat Jennifer. Jacob pojechał prosto do szpitala. Sanitariusze coś mówili?

- Tylko tyle, że jest w kiepskim stanie, szefowo. Straciła przytomność. Wspomnieli o możliwym obrzęku mózgu. Zabrali ją na bombach. Zrobiliśmy kilka zdjęć, a potem przyjechał Bernard z ekipą. Przesłałem mu je. - Pokręcił głową.

- Mamy jakichś świadków?

- Raczej na to nie wygląda.

- A ta druga kobieta? Jacob mówił, że Jennifer wyszła z koleżanką. Annabel Braddock. Jakiś ślad po niej?

Pokręcił głową.

- Przeszukaliśmy teren, ale nikogo tu nie ma. Na drodze oznaczyliśmy torebkę i rozsypane rzeczy. Niektóre należą do Jennifer. - W kałuży krwi leżały mieszadła do drinków z papugami i brelok pomalowany jak malina.

- Szukajcie dalej. - Gina odwróciła się i spojrzała na drugą stronę drogi. Naprzeciwko zabudowań znajdował się gęsty zagajnik, a za nim było zachwaszczone pole. - Może odeszła albo się odczołgała? Ale kto zostawiłby przyjaciółkę w tak kiepskim stanie. A może również została potrącona i błąka się teraz w szoku i ze wstrząsem mózgu? Musimy przepytać okolicznych mieszkańców i sprawdzić ich ogrody, bo może gdzieś zemdlała.

- Jest jeszcze coś, szefowo.

- Co takiego?

Pociągnął za kołnierzyk munduru, jakby próbował go poluzować.

- Nieopodal Jennifer znaleziono telefon tej drugiej kobiety. Jest rozbity, jakby ktoś go podeptał.

- Nie podoba mi się to. Lepiej pogadam z Bernardem, być może Keith znalazł już coś ważnego. - Machnęła ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę kierownika techników.

Wzięła od Smitha kombinezon ochronny i rękawiczki. Włożyła go na spodnie i koszulę, nim podeszła do Bernarda Smalla. Stanęła przed wysokim mężczyzną, który częściowo zasłaniał światło z przenośnego reflektora. W oddali pochylał się Keith, szukając na asfalcie dowodów tego, co tu się stało. Od czasu do czasu jęczał z powodu bólu pleców.

- Cześć, Bernard.

Mężczyzna otarł pot z czoła. W jego lekko zmrużonych oczach malował się smutek, gdy patrzył na miejsce, w którym porzucono jego pracownicę.

- Ktokolwiek to zrobił... - Zacisnął dłoń w rękawiczce.

Gina zdawała sobie sprawę z tego, co czuł.

- Znajdziemy go i zapłaci za to. Obiecuję. Co tu mamy? - Miała wielką nadzieję, że zdoła dotrzymać słowa.

- Narysowaliśmy obrys, gdzie leżała Jennifer. To tam ją znaleziono. Obok niej znajdował się telefon, ale nie był jej, bo swój miała w kieszeni, więc ten drugi musiał należeć do jej przyjaciółki. Oba spakowaliśmy jako dowody, nie chcieliśmy, żeby je uszkodzono. Widzisz krew?

Gina spojrzała na dół.

- Tak.

- Część nie należy do Jennifer. Ślady krwi jej przyjaciółki ciągną się z pół metra w tamtą stronę, a potem nagle się urywają. Ofiara albo zakryła ranę i opuściła miejsce zdarzenia, albo została z niego zabrana. Ślad kończy się tam.

Gina przygryzła dolną wargę.

- Biorąc pod uwagę jej zniszczoną komórkę i porzuconą torebkę, wygląda mi to na uprowadzenie. Smith mówi, że jej szukano, ale nie ma po niej śladu. Jennifer wyszła dziś do pubu z przyjaciółką Annabel Braddock. - Zauważyła, że tuż za taśmą stoi Kapoor. - Jhanvi?

- Tak, szefowo?

- Zadzwoń, proszę, na posterunek i ściągnij mi tu psy tropiące. W ten sposób potwierdzimy, czy ślad urywa się na ulicy, czy może ta kobieta leży gdzieś w polu, a my jej nie znaleźliśmy. Nie możemy sobie na to pozwolić.

- Już się tym zajmuję. - Odeszła, żeby zadzwonić.

Gina ponownie popatrzyła na Bernarda.

- Co sądzisz o wypadku?

- Po ułożeniu ciała wnioskuję, że maska samochodu odrzuciła ją jak szmacianą lalkę. Powiedziałbym więc, że ktoś wjechał w nią ze znaczną prędkością. - Zamknął oczy i odetchnął głęboko.

- To będzie trudne śledztwo dla nas wszystkich, ale musimy się skupić, dla Jennifer - oceniła Gina.

- Wiem.

- Mogę zobaczyć zdjęcia?

Bernard rozpiął kombinezon i wyjął komórkę z kieszeni. Pokazał jej fotografię.

Gina gwałtownie wciągnęła powietrze i odwróciła wzrok. Jennifer leżała z zakrwawioną głową. Szkarłat barwił też jej żółtą kurtkę. Obcisłe dżinsy miały plamy błota, a wysokie, skórzane martensy nosiły ślady zadrapań. Leżąca kobieta miała zamknięte oczy, a pod jednym głębokie rozcięcie.

- Wysłałem z nią karetką jednego z twoich ludzi i jednego z moich. W szpitalu zabezpieczą jej ubrania. Mogą być na nich ślady plastiku albo lakieru samochodu.

- Mamy zaginioną kobietę i techniczkę w ciężkim stanie. Czy doszło do przypadkowego potrącenia, czy ktoś to zrobił celowo? Co to jest? - Gina wskazała na zdjęciu na przedmiot leżący obok żółtej tabliczki znacznikowej z numerem jedenaście.

- Strzęp materiału, który spakowano już w torebkę na dowody. Jest na nim farba i plama krwi.

- Mogę go zobaczyć?

Bernard wyjął go z dużej skrzyni na dowody i podał jej. Uniosła torebkę z materiałem do światła i dostrzegła, że to chusteczka do nosa o nierównych krawędziach.

- Czy ta farba jest czarna, czy niebieska?

- Jeszcze nie wiemy. Wygląda na granatową, ale powiem ci po badaniach. Może uda się nam określić jej rodzaj, co pewnie pomogłoby w śledztwie.

Oddała mu torebkę z dowodem.

- Szefowo! - zawołała Kapoor. - Psy już jadą.

- Dzięki. Czy do szpitala przyjęto ostatnio jakąś osobę z ranami wskazującymi na napaść lub potrącenie?

- Sprawdziliśmy to, gdy tylko znaleźliśmy drugą torebkę, ale nie. Tylko Jennifer - wyjaśniła Kapoor, po czym zamilkła na chwilę. - Jedna z tutejszych mieszkanek z tamtego domu chciałaby z tobą porozmawiać.

Gina poczuła, że serce jej przyspiesza.

- Widziała coś?

- Kogoś.

- Pogadamy później, Bernard - rzuciła szybko Gina. - Dzwoń od razu, gdybyś coś miał.

- Jasne. - Szczupły mężczyzna odwrócił się i dołączył do swoich zbierających dowody techników.

Gina jeszcze raz spojrzała na całą ich grupę. Reflektory w centrum zamieszania rozświetlały nicość wokół nich. Wcześniej policjanci przeszukali teren, jednak nie znaleźli nikogo w zagajniku ani na łące. Bernard potwierdził, że na asfalcie była krew, która nie należała do Jennifer, i że jej ślad nagle się urywał. Gina podejrzewała już, że psy tropiące niczego nie znajdą. Annabel została uprowadzona, a osoba, która ją porwała, zostawiła Jennifer na ulicy na pewną śmierć.

?

Rozdział 1

Sobota, 2 IV

Annabel

Mocno trzymam się Jen, gdy zamykają się za nami drzwi pubu Angel Arms. Unoszę głowę, a rozgwieżdżone kwietniowe niebo kręci się nade mną.

- Nie powinnam pić tego ostatniego drinka. Smakował jak szlam i czuję, że się upiłam. - Opuszczam głowę i tracę na chwilę równowagę. - Nigdy więcej.

- Tak, jasne.

Gasną światła w lokalu za naszymi plecami. Właścicielka wyglądała na zadowoloną, że wyszłyśmy, bo mogła zamknąć. Jen chwyta mnie za rękę.

- Annie Bell, zawsze to powtarzasz, a potem i tak to robisz, ale za to też cię uwielbiam. - Jen trzyma mnie mocno za rękę, bym się nie przewróciła. Przy każdym naszym kroku długie włosy koleżanki kołyszą się na boki i uderzają mnie w twarz.

Śmieję się tak, że upuszczam kurtkę przeciwdeszczową.

- Nawet po tylu latach ciągle mówisz na mnie "Annie Bell". Czuję się jak w podstawówce.

Podnosi moje okrycie i podje mi je, chichocząc.

- Moja droga, dla mnie zawsze będziesz Annie Bell. Dobra, chodź do domu.

- Znów to słowo - rzucam, a potem milknę. Nigdy już nie chcę tam wracać, ale chyba muszę zająć się tym problemem, w końcu się z nim zmierzyć. Sytuacja się pogorszyła, a ja nie mogę dłużej skakać wokół niego na paluszkach. Ostatnio jest coraz bardziej pobudzony, wręcz zły. W tej chwili nawet nie wiem, czy zastanę go w domu. Nie rozmawiamy. - Nie mam już męża. - Całą noc zwierzałam się Jen z tej sytuacji, a teraz mam wyrzuty sumienia, że znów do tego wracam.

- Jeśli opiekun małej zgodzi się zostać z nią dłużej, możemy iść do mnie.

- Sąsiad mówił, że mogę siedzieć w pubie, ile chcę, ale już mu napisałam, że wracam. Nie sądzę, żeby Grant był w domu.

To i tak mało prawdopodobne. Nigdy go nie ma.

Wesoły nastrój odchodzi w niepamięć, pozostaje po nim jedyne pustka, która grozi, że mnie pochłonie.

Jen prowadzi mnie główną ulicą miasta, mijamy przystanek autobusowy. Jeśli Grant jest w domu, zamknie się w pokoju gościnnym. Jeżeli go jednak nie ma, to pójdzie do niego, gdy wróci. Kiedy się obudzę, będę gotowa na konfrontację z nim i jego zdradą.

- Dobrze się bawiłyśmy, prawda, Jen?

- No jasne. - Przyjaciółka z uśmiechem bierze mnie pod rękę.

- O czym chciałaś mi wcześniej powiedzieć?

- To nic takiego. Jutro do ciebie zadzwonię.

- Dzięki za wcześniejszą rozmowę u ciebie. - Jestem jej dłużniczką. Uświadomiła mi pewne rzeczy. Nie mogę pozwalać, żeby Grant nadal mnie tak traktował. Zapewne złamię serce Cally, ale mam już naprawdę dość kłamstw.

- Jesteś moją przyjaciółką, więc zawsze ci pomogę. Jeśli po kłótni z nim będziesz musiała się wynieść, jesteście z Cally mile u mnie widziane. - Jen się uśmiecha, ale nie tak szeroko jak zwykle.

Zostawiamy za sobą jasno oświetloną główną ulicę, a mnie przenika chłód. Skręcamy w prawo, bo to najkrótsza trasa do mojego domu, i prawie potykam się na jakiejś dziurze. Na twarzy Jen gości powaga. Być może jestem wstawiona, ale dobrze widzę, że przyjaciółkę coś trapi.

- Co jest?

Kręci głową.

- Nie jestem teraz w nastroju, by o tym mówić.

- Jen coś ukrywa, a ja wiem, że to ważne - nucę jak do mojej małej Cally, czym rozśmieszam swoją towarzyszkę. To lepsze niż grymas na jej twarzy.

- Nie powiem ci, gdy jesteś tak nawalona.

Potykam się na krawężniku i ląduję w rowie.

- Wyciągnij mnie stąd.

Jen chwyta mnie za ręce i sapie głośno, próbując mnie podnieść, ale puszcza, więc ponownie wpadam do rowu. Leżę w nim i rechoczę jak nigdy wcześniej. Po okropnym dniu miałam całkiem przyjemny wieczór. Chcę wycisnąć z niego, ile tylko się da, zanim będę musiała wrócić do swoich problemów.

- Jesteś zabawna. - Kręci mi się w głowie, gdy znów mnie ciągnie. W tej samej chwili wąską drogą obok nas pędzi jakiś samochód, aż od jego podmuchu włosy zasłaniają mi twarz. Słyszę ryk silnika, gdy pojazd jeszcze przyspiesza. - Kutas! - krzyczę, gdy uświadamiam sobie, że mógł nas przejechać.

- Kretyn. - Jen pokazuje środkowy palec, ale już za późno. Odjechał. - Te dzieciaki kiedyś kogoś zabiją.

- Dzięki za ratunek, Jen. - Całuję ją w policzek, a potem prowadzi mnie do domu, przy którym zostawiła swoje auto.

- Było blisko. Patrz, jak serce mi bije. - Chwyta mnie za rękę i przykłada sobie do piersi. Tak, rzeczywiście wali jak młotem.

Przechodzimy obok zmęczonego życiem domu kultury.

- Cally chodziła tu do przedszkola.

- Tęsknisz za tym? - Jen się uśmiecha, patrząc na trawnik przed budynkiem.

- Tak. Strasznie. Była takim słodkim maleństwem, ale teraz jest jeszcze słodsza.

- Trzeba przyznać, że Cally jest wyjątkowo uroczym dzieckiem. Te wielkie, brązowe oczy odziedziczyła po mamie.

Mrużę swoje i wciągam policzki, a Jen parska śmiechem. Przemierzamy wąską drogę, na której się ślizgamy i potykamy, wchodząc na jej nieoświetloną część.

- Nie mogę upaść, nie mogę upaść - powtarzam w kółko, gdy Jen wciąż próbuje mnie utrzymać. - Idę po tym.

- Po tym? - pyta z dezorientacją przyjaciółka.

W tej chwili poruszam się po ścieżce rowerowej. Jen przechodzi na moją drugą stronę. Kiedy mnie puszcza, wyraźnie brak mi podparcia na jej drobnej, aczkolwiek silnej sylwetce. Wkrótce jednak wraca, stając pomiędzy mną a niebezpieczeństwem.

Widzę lampy samochodowe. Reflektory mnie oślepiają i nim udaje mi się zareagować, widzę, jak żółta kurtka Jen leci ponad maską auta, a jej ufarbowane na ciemny rubin włosy rozwiewają się w powietrzu, zanim jeszcze dociera do mnie straszny huk.

- Jen! - Próbuję podbiec, ale nogi mnie nie słuchają.

Podpieram się na masce auta i zataczam wzdłuż niego, zaglądając do wnętrza, gdy mijam drzwi pasażera. Kierowcy nie ma w środku. Na tylnym siedzeniu znajduje się tylko składany rower. Prowadzący musiał wysiąść i ruszyć do mojej przyjaciółki.

Zaczynam pojmować, co się stało.

- Jen! - krzyczę, a łzy spływają mi po policzkach.

Upadam i spieszę ścieżką rowerową na czworakach. Czuję, że kolana mi krwawią, gdy szoruję skórą po asfalcie. Torebka Jen leży tuż obok, wysypała się cała jej zawartość. Dostrzegam ładne mieszadełka do drinków, które prosiłam, żeby zabrała, bo chciałam mieć pamiątkę po dzisiejszym wieczorze. Wszystko wyleciało z jej torebki - nawet kluczyki do auta. Następnie dostrzegam Jen, a na widok krwi mam mdłości. Przyjaciółka otwartymi, martwymi oczami wpatruje się w księżyc. Krzyczę, ale się nie rusza.

Gdzie kierowca? Docieram do Jen i rozglądam się wokół. Chwytam przyjaciółkę i przyciągam ją mocno do siebie. Próbuję wyjąć telefon z kieszeni.

- Proszę, tylko nie umieraj. - Staram się odblokować smartfona, ale ręce mi się trzęsą, a w głowie panuje wielki mętlik. Cała sytuacja jest tak dziwaczna, że mogłaby być snem. Czuję, że ktoś staje za mną. Powietrze się rusza, gdy ten człowiek wyciąga rękę i wyrywa mi telefon. - Muszę zadzwonić na pogotowie. - Widzę, że moja komórka upada na ziemię, a kierowca po niej depcze, aż pęka ekran. - Co robisz? Moja przyjaciółka potrzebuje pomocy!

Rozprasza mnie tablica rejestracyjna. Poznaję ją, ale czy osoba w kominiarce to on?

Dostrzegam, że człowiek w rękawiczkach trzyma w dłoni błyszczący łom. Wzdrygam się, gdy piekący ból rozrywa mi czaszkę. Krew broczy na moje palce, przez chwilę patrzę na świat jednym okiem.

- Proszę. Co robisz? Zostaw nas.

Słyszę trzask, a potem czuję, że dostałam pięścią w twarz. Mogę myśleć jedynie o Cally. Moja mała córeczka. Chcę z nią być, ale boję się, że już nigdy jej nie zobaczę. Być może nie dożyję jutra. Kiedy mężczyzna nadal mnie okłada, chwytam to, co wystaje z jego kieszeni. Zaraz jednak to puszczam, bo cokolwiek to było, zupełnie mi się nie przyda. Świat wokół się rozmazuje. Czuję pod sobą jakiś szorstki materiał, gdy wciska moje kończyny do bagażnika. Ponownie krzyczę do Jen, ale nie przychodzi. Nikt mnie nie słyszy. Łzy moczą mi twarz, zatykają nos. Nie mogę oddychać. Serce bije mi zbyt szybko. Biorę oddech i staram się coś zobaczyć, gdy znów dostaję w głowę. To koniec. Tak właśnie umrę.

- Proszę - jęczę i sapię. - Nie zabijaj mnie.

Słyszę stłumiony przez kominiarkę głos:

- Dlaczego miałbym cię zabić? To dopiero początek. - Napastnik głaszcze mnie po rozczochranych włosach. - Mam dla ciebie niespodziankę.

Cokolwiek to jest, nigdy tego nie zobaczę. Nic nie widzę i tonę. Zatracam się i... nie mogę... oddychać.