ROZDZIAŁ 1
Mount Hood, Oregon
Dwadzieścia lat wcześniej
Skrzyyyyp!
Kara otworzyła oczy.
Co to było?
Wytężyła wzrok w ciemności.
- Ani słowa.
Zaczęła krzyczeć.
Ale jakaś dłoń zasłoniła jej usta.
Mocno.
- Ciii!
Marlie? Czy to siostra przycisnęła jej głowę do poduszki?
Zaczęła się szamotać.
- Przestań! Słuchaj i nic nie mów! - Ostrzeżenie wyszeptano wprost do jej ucha. Gorący oddech na skórze. - Słuchaj mnie. - Głos nie pozostawiał wątpliwości. To nie był żart ani wygłupy, do których Kara się przyzwyczaiła dzięki trzem starszym braciom.
"Urwisy", tak nazywała ich mama. "Rozrabiaki", mówił tata.
Teraz jednak była tu tylko Marlie i miała wystraszony głos.
- Rób, co ci mówię - ostrzegła. - Żadnych pytań. Żadnego sprzeciwu. Sprawa jest poważna, Misiaczku, więc ani mru-mru.
Dlaczego?
Jakby czytając w myślach Kary, Marlie dodała:
- Nie ma czasu na wyjaśnienia, więc mi zaufaj. Jesteś mądrą dziewczynką. Tak mówią o tobie w szkole, prawda? Że wyprzedzasz innych uczniów? Więc rób, co ci mówię, okej? No to chodź.
Kara pokręciła głową, jej włosy zaszeleściły na poduszce, a oczy zaczęły przyzwyczajać się do słabego światła. To, co tak przestraszyło Marlie, nie może być aż tak okropne. Mama będzie wiedziała, co zrobić.
- Nie hałasuj, dobrze? Rozumiesz?
Marlie uniosła rękę, a Kara nie mogła się opanować.
- O co...? - zaczęła szeptem, a Marlie znowu zasłoniła jej usta. Mocniej. Wcisnęła Karę w łóżko.
- Posłuchaj wreszcie! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Karę zmroziło, gdy zrozumiała, że siostra nie żartuje. Chociaż mama czasem twierdziła, że starsza z dziewczyn bywa "panikarą", tym razem było inaczej. Marlie zachowywała się inaczej. Była śmiertelnie przestraszona.
Kara to wyczuła i leżała spokojnie.
- Musisz się ukryć. Jak najszybciej.
Ukryć?
- Jak najszybciej. Rozumiesz?
Zaskoczona Kara potaknęła.
- Ale nie tutaj. - Marlie powoli odsunęła dłoń od twarzy Kary.
- Dlaczego? Gdzie jest mama...? - zapytała Kara szeptem. Nie mogła się powstrzymać.
- Cholera! Przestań! Kara, proszę! - Marlie znowu zakryła dłonią usta młodszej siostry. Brutalniej. Wciskając głowę Kary w poduszkę. - Żadnych pytań! Bo cię usłyszą!
Kto? Kto mnie usłyszy?
Serce Kary biło jak szalone. W jej żyłach płynął strach.
- Chodź ze mną i nic nie mów! Nie żartuję, Kara. Są tu źli ludzie. Nie mogą cię znaleźć. Jak znajdą, zrobią ci krzywdę, rozumiesz? - Marlie pochyliła się nad nią, więc nawet w ciemnej sypialni Kara zauważyła, że jej niebieskie oczy ze strachu zrobiły się okrągłe. Była ubrana w dżinsy i bluzę, jasne włosy splotła w warkocz.
Kara gwałtownie pokręciła głową.
- Dobrze. Ostatni raz - ostrzegła Marlie. - Zrozumiałaś?
Kara powoli pokiwała głową. Bała się okropnie.
- Obiecaj, że będziesz cicho.
Kara przełknęła ślinę mimo guli w gardle i ponownie potaknęła.
- Kocham cię, Misiaczku... Przyjdę po ciebie. Obiecuję. - Marlie zawahała się przez sekundę, po czym odsunęła rękę.
Kara się nie odezwała.
- Dobrze. - Marlie popatrzyła za okno, gdzie światło księżyca odbijało się od grubej warstwy śniegu, po czym ujęła Karę za rękę. - Chodź!
Pociągnęła, lecz Karze nie potrzeba było dalszej zachęty. Wygramoliła się ze skotłowanej pościeli. Cichutko przeszły obok łóżka Marlie, na którym pomimo ciemności Kara zobaczyła schludnie ułożone kupki ubrań na pomiętej kołdrze. Stały tam nawet buty Marlie. Teraz, podobnie jak Kara, dziewczyna szła boso.
Nie będzie słychać jej kroków.
Karę zmroziło. Coś tu było nie tak. I to bardzo. Nastąpiła na jakąś zabawkę, chyba but Barbie, ale trzymała język za zębami. Tymczasem Marlie uchyliła drzwi na korytarz.
Razem z zapachem dymu z dopalającego się kominka dobiegł ją z dołu nikły odgłos kolędy.
Cicha noc...
Marlie wyjrzała w ciemność.
Święta noc...
Zrobiwszy głęboki wdech, Marlie ścisnęła dłoń Kary i wyszeptała:
- Chodźmy. - Po czym pociągnęła młodszą siostrę w ciemny, wąski korytarz. Minęły zamknięte drzwi pokoju chłopców i skierowały się ku schodom wiodącym na parter, skąd dochodziło światło i gdzie tuż za barierką znajdowały się duże drzwi do sypialni mamy i taty.
Pokój niesie...
Przez chwilę Kara miała nadzieję, że Marlie zabiera ją do mamy, ale nie. Zatrzymała się przy ostatnich drzwiach przed schodami, tymi, które zawsze były zamknięte na klucz, bo prowadziły na strych i do nieużywanych pomieszczeń na górze.
Co?
NIE!
Ludziom wszem...
Kara stanęła jak wryta. Nie wejdzie tam! Nie, nie, nie!
Zaczęła protestować, ale Marlie zmroziła ją spojrzeniem.
Bim!
Kara podskoczyła, jej serce dudniło.
Ale to tylko stary zegar przy drzwiach wejściowych wybijał godzinę i zagłuszał muzykę.
- Jezu - wyszeptała Marlie pod nosem i pociągnęła Karę na schody.
Bim!
- Nie, Marlie - powiedziała cicho Kara, czując, że im wyżej znajdują się na wąskich, drewnianych schodach, tym bardziej spada temperatura.
- Nie mamy wyboru! - warknęła Marlie cicho, gdy dotarły na drugie piętro.
Nie włączyła górnego oświetlenia, lecz wyjęła z kieszeni małą latarkę, która rzucała cienki snop światła na przykryte prześcieradłami meble i kartony, zapomniane lampy i stosy książek, otwarte torby z nieużywanymi ubraniami. Rodzina wykorzystywała to dodatkowe miejsce jako schowek na rzeczy, chociaż według mamy dawniej były tam pokoje służących.
- Życzę sobie - dodała mama, zapalając papierosa, gdy ostrzegła cały swój "patchwork", że tamta strefa jest zakazana i uznana za niebezpieczną - żebyście nigdy tam nie wchodzili. Bo czeka was długi szlaban. Słyszycie? Długi.
Oczywiście, że jej groźba nie podziałała.
Oczywiście, że wszyscy się tam zakradali i eksplorowali pomieszczenia.
Chociaż to piętro miało pozostać poza ich zasięgiem, jej bracia zawsze tam wchodzili, a Kara kręciła się po niewielkich, połączonych ze sobą pomieszczeniach na tyle często, żeby wiedzieć, jak się stamtąd wydostać. Ale dzisiaj, w ciemności, lodowate pokoje wydawały jej się złowieszcze i groźne, a zamknięte drzwi postrzegała jak strażników strzegących wąskiego korytarza.
Bom!
- Gdzie mama? - zapytała ponownie, walcząc z paniką.
Marlie zerknęła na nią i pokręciła głową. Położyła palec na ustach, przypominając Karze o zachowaniu ciszy, po czym pociągnęła ją po gołej podłodze w głąb korytarza.
To nie było w porządku.
Bardzo nie w porządku.
Na samym końcu znajdowała się jeszcze jedna klatka schodowa, znacznie węższa. Wręcz ciasna. Schodziła aż do kuchni. Przez jedną ulotną sekundę Kara myślała, że wrócą nią na dół, co wydawało się jej głupie, skoro dopiero co weszły na górę, ale Marlie miała inny plan. Zatrzymała się tuż przed schodami, przy małym, niczym drzwiczki kredensu, wejściu na strych.
Kara miała coraz gorsze przeczucia.
- Co chcesz...?
Marlie wyjęła klucz z przedniej kieszeni dżinsów i wsunęła go do zamka. Po sekundzie drzwiczki otworzyły się ze skrzypieniem.
- Chodź.
Kara się cofnęła i pokręciła głową.
- Nie chcę. - Przecież Marlie by nie...
- Mam to gdzieś. - Marlie na siłę przeciągnęła ją przez ciasne wejście i zamknęła za nimi drzwi.
- Co to, do cholery, ma znaczyć?
- Nie przeklinaj.
- Ale...
- Słuchaj. Próbuję cię uratować. Nas. - Rozległo się głośne kliknięcie, gdy próbowała włączyć światło. Nic się nie wydarzyło.
- Kurde - burknęła Marlie, gdy tak stały w ciemności.
- Nie przeklinaj - odpyskowała Kara. - Przed czym nas ratujesz?
- Ciii. Cicho. Nie chcesz wiedzieć.
- Tak! Tak, chcę! Powiedz!
- To... skomplikowane. - Marlie się zawahała.
- I straszne.
- Tak, naprawdę straszne. - Ponownie włączyła latarkę, żeby oświetlić wiodące na górę, kręte schody. Stopnie były strome i tak wąskie, że ledwie mieściła się na nich stopa Kary, i prowadziły na poddasze ze spadzistym sufitem. Było tam bardzo zimno i ciemno jak w studni.
- Nie pójdę tam.
- Ależ pójdziesz. Chodź.
Niedobrze.
Kara miała gęsią skórkę i chociaż aż ją korciło, żeby zaoponować, nie zrobiła tego. Ton głosu Marlie, tak do niej niepodobny, sprawił, że zawsze zbuntowana Kara posłuchała i zaczęła wchodzić na górę. Marlie trzymała małą latarkę, która rzucała słabe światło.
Na szczycie schodów, pod skośnym dachem, gdzie Kara spodziewała się zobaczyć śpiące nietoperze, Marlie się zatrzymała i zawahała, stojąc jeden stopień niżej. Kara weszła już na strych, więc mogły spojrzeć sobie w oczy. Starsza siostra oświetliła latarką swoją twarz od dołu, przez co jej oblicze wyglądało jak zdeformowane. Mały dołeczek na jej brodzie znalazł się w cieniu, wyglądała teraz, jakby założyła straszną maskę, podobnie jak jej brat Jonas, kiedy opowiadał historie o duchach i dla spotęgowania efektu podświetlał sobie twarz od dołu.
Jednak dzisiaj było inaczej.
Dzisiaj to nie była zabawa. Kara nie miała wątpliwości.
- Musisz tu zostać i czekać, aż po ciebie wrócę.
- Nie!
- Tylko na chwilę.
Kara pokręciła głową.
- Chcę do mamy.
- Wiem, ale już ci mówiłam, że nie ma szans.
- Dlaczego? - Ogarniała ją panika. - Nie zostawiaj mnie samej.
- Tylko na chwilę.
- Nie!
- Kara...
- Nie zostanę tutaj. Dlaczego w ogóle tak mówisz? - dopytywała.
- Muszę mieć pewność, że jesteś bezpieczna, dobrze...?
- Nie, nie dobrze.
- Potem po ciebie przyjdę. Przyrzekam.
- Bezpieczna przed czym? - Kara płakała ze strachu. Ile razy jej rodzeństwo coś jej przyrzekało, okazywało się to kłamstwem. - Powiedziałaś, że są tu źli ludzie. Kto?
- N-nie wiem.
- Co robią?
- Nie... Ja nie... Nie jestem pewna, ale wiem, że coś złego... dzieje się coś złego, Kara.
- Co... co złego?
- Nie wiem.
- I to tutaj.
- Ja... tak... proszę, rób, co ci mówię.
Kara podejrzewała, że jej siostra celowo zataiła prawdę.
- Gdzie mama i tatuś?
Chwila milczenia.
- Na dworze.
- Kłamczucha. - Dlaczego Marlie ją okłamywała?
- Kara...
- A Jonas, Sam i Donner? - pytała z paniką.
Jej starsi przyrodni bracia. Wszyscy tu dzisiaj byli. Widziała ich przy kolacji i później. Donner i Sam słuchali muzyki i grali w gry wideo, może nawet pili, a Jonas, samotnik, siedział u siebie w pokoju i ćwiczył ruchy ninja czy co tam zwykle robił. Sam się z nim drażnił, nazywając go Jonas Joe-Judo. Czego Jonas nienawidził.
- Nie ma ich.
- Wyszli? - W Wigilię? To było dziwne. - To czego się boisz?
Marlie nerwowo oblizała usta. Mówiła najcichszym szeptem.
- Tak jak mówiłam, ktoś tu jest. Ktoś inny. Ktoś zły.
- Kto? Skąd wiesz? - To jakieś wariactwo. - Ale powiedziałaś, że wszyscy są na zewnątrz, a teraz... Przez ciebie się boję.
- Dobrze.
- Chcę do mamy.
- Powiedziałam ci, że tu jej nie ma! - Marlie wciąż szeptała, ale teraz z trudem panowała nad gniewem. Jak mama, kiedy się wkurzała na braci Kary. - Po prostu mnie słuchaj, dobrze? Zostaniesz tu na chwilę, dopóki nie będzie bezpiecznie, a potem wrócę i...
- Nie! - Marlie chciała ją tu zostawić, samą w środku nocy?
- Tylko na chwilę - powtórzyła Marlie, ale Kara wciąż energicznie kręciła głową.
- Nie, nie! Nie możesz. Nie zostawiaj mnie! - Panicznie wczepiła się w siostrę. Dlaczego Marlie to robiła? Dlaczego? Kara miała siedem lat i nie rozumiała, dlaczego musi zostać. Sama. W ciemności, na okropnym zakurzonym strychu, gdzie śmierdziało stęchlizną i gdzie na pewno mieszkały pająki, szczury i osy, i każda inna ohydna rzecz, jaka istniała na świecie. - Nie zostanę tu sama, Mar...
- Ciii. Bądź cicho! - Marlie mocniej zacisnęła dłonie na przedramionach Kary.
- Proszę...
- Słuchaj! - powiedziała Marlie ostro, choć szeptem, który zabrzmiał jak ostrzegawcze syczenie węża.
Potrząsnęła siostrą. Jej palce mocno wbiły się długie rękawy piżamy Kary.
- Auć!
- Ani słowa, Misiaczku. Cicho. Słyszysz? Mówię poważnie.
- Ale nie możesz mnie tu zostawić. - Nie w tym zimnym, pełnym przeciągów miejscu pod belkami spadzistego dachu. - Zamarznę!
- Nieprawda.
To było nie w porządku. Kara może i miała niecałe osiem lat, ale wiedziała, że to było złe. Całkiem złe.
- Kłamiesz!
Marlie złapała ją za rękę tak silnie, że Kara upuściła latarkę, która stoczyła się po schodach.
- Do diabła - przeklęła. - Choć raz, Kara, zrób to, co ci każę. - A potem zbiegła po schodach, niemal potykając się o latarkę.
Kara ruszyła za nią, ale była krok z tyłu, więc Marlie dopadła drzwi pierwsza, przeszła przez nie i zamknęła je za sobą.
Klik.
Kara złapała za klamkę, ale ta ani drgnęła.
Zamknięte? Drzwi są zamknięte? Marlie to zrobiła?
Zapłonął w niej gniew i strach, gdy dotarł do jej uszu dźwięk szybkich kroków oddalającej się dziewczyny.
Nie, nie, nie!
- Marlie! - Szarpała klamkę i waliła w drzwi, po chwili jednak zastanowiła się nad swoją sytuacją i złość trochę jej minęła. To nie były żarty. Działo się coś złego. Bardzo złego. Coś... potwornego. Stłumiła strach i otarła łzy, które popłynęły jej ze złości. Ręce bolały ją w miejscach, gdzie siostra je ściskała.
Miała ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, walić pięściami w drzwi, żeby ktoś ją usłyszał, żeby móc uciec z tego więzienia pod spadzistym dachem i znowu zacząć oddychać.
Opanowała się jednak. Przypomniała sobie słowa Marlie, wyszeptane niczym tchnienie śmierci: "To skomplikowane... I naprawdę straszne".
Drżąc, przygryzła wargę i patrzyła na drzwi, ciemną barierę oddzielającą ją od reszty świata. Nie mogła tak tu tkwić i czekać.
A jeśli ten ktoś, kto według Marlie przyszedł do domu, wejdzie na schody i ją znajdzie?
A jeśli skrzywdzi Marlie? A jak ją zabije? Serce Kary zamarło.
Ponownie zapragnęła być przy mamie i tacie. Wiedzieliby, co zrobić. Ale według Marlie odeszli, nie skłamałaby. Nie w tej sprawie.
A może?
Szczękając zębami, z szaleńczo bijącym sercem, Kara podniosła latarkę i drżąc, patrzyła na drzwi, próbowała coś usłyszeć, cokolwiek poza dzikim biciem swojego serca. Miała ciarki.
Usiadła na najniższym stopniu, włączała i wyłączała malutką latarkę, patrząc, jak jej żółtawe światło na sekundę oświetla drzwi, po czym znowu pochłania je ciemność.
Światło.
Ciemność.
Światło.
Klik, klik, klik.
Po każdym włączeniu światło było słabsze. Nie mogła tak siedzieć i czekać, gdy baterie się wyczerpywały. A jeśli Marlie nigdy po nią nie wróci?
Kara miała ochotę wrzeszczeć i walić w drzwi. Ponownie sięgnęła ręką, jej palce zacisnęły się na zimnej klamce. Ale zdołała się powstrzymać. Nic dobrego z tego nie będzie. Tylko zwróci na siebie uwagę, a tego nie chciała. Nie, musi być sprytna. Musi znaleźć inną drogę ucieczki.
Z wielką determinacją wspięła się po chybotliwych schodach na strych, gdzie znajdowało się okrągłe okno, było wysoko, wpadało przez nie słabe światło księżyca i oświetlało zakurzone, zapomniane kartony. Kartony i skrzynki ktoś opisał, niektóre słowa Kara umiała przeczytać: Książki. Ubrania. Biuro. Gdzieniegdzie widniały imiona. Sam jr. Jonas. Donner. Marlie. Jej siostra i bracia. Nie było kartonu dla niej, najmłodszej, jedynego wspólnego dziecka mamy i taty. Jeszcze nie. Usłyszała jakiś szelest, w odległym kącie było coś żywego. Malutkie pazurki stukały w podłogę. Wiewiórka? Albo mysz... lub szczur?
Zadrżała, przeglądała zawartość jednego kartonu, gdy to usłyszała - okropny, mrożący krew w żyłach krzyk dochodzący z niższego piętra.
- AAAUUUUU!
Kara podskoczyła. Prawie się posikała. Wstrzymała oddech, gdy straszne wycie odbijało się echem po domu.
Co to było? Kto to był?
Marlie?
Mama?
A może ktoś inny?
Łup!
Dom się zatrząsł.
Upadło coś naprawdę dużego.
Karze zaschło w ustach, zamrugała, żeby się nie rozpłakać.
Czy to ciało?
Komuś stała się krzywda, więc krzyknął, a potem upadł?
Marlie?
- Mama - wyszeptała, tłumiąc szloch.
Nie bądź dzieckiem.
Walił jej puls, strach ją paraliżował, lecz zmusiła się do omiecenia kartonów snopem światła z latarki. Znalazła ten z napisem Biuro. Był zamknięty, tekturowe skrzydła nachodziły na siebie, ale trochę odstawały. Oświetliła wnętrze i zobaczyła pożółkłe papiery, stary zszywacz, koperty, taśmę klejącą i zakurzone nożyczki. Wyjęła nożyczki i spinacz, który spinał jakieś dokumenty, po czym cichutko zeszła na dół i stanęła przy drzwiach.
Widziała, jak Jonas to robił przy zamkniętych drzwiach łazienki, gdy go podglądała. Wzięła spinacz, wyprostowała go najlepiej jak umiała, po czym wsunęła w małą dziurkę pod klamką. Już raz to zrobiła w pokoju Sama juniora i Donnera, wtedy się udało, a teraz... kręciła drucikiem w zamku, gdy usłyszała inny dźwięk dochodzący zza drzwi.
Dalej, dalej, powtarzała w duchu. Wyjęła drucik, po czym znowu wsunęła go do dziurki i delikatnie przekręciła... wyczuła, że coś się porusza. Zamek poddał się z cichym kliknięciem, a ona, walcząc ze strachem, zrobiła głęboki wdech, chwyciła nożyczki i pchnęła drzwi.