Ciężka próba
ciężka próba
Kiedy dotarli do ambasady, schowała się w toalecie. Najpierw nie
zapaliła nawet światła, stała tylko bez ruchu, w ciemności, z czołem
przytkniętym do kafelków. Może miała zamknięte oczy, nie wiem,
wystarczy, że wokół niej panowała taka ciemność jak wokół mnie. Ciemność
uspokaja. Daje pociechę.
Pragnęła też ciszy, ale nie mogła nie słyszeć głosów innych gości. Z drugiej strony, nie miało to większego znaczenia, ten stłumiony gwar
dobrze wychowanych głosów. Mogła go znieść. Gdyby tylko dało się przez
chwilę odpocząć w ciemności, przeszłoby jej to kłucie w języku i lekkie
drętwienie prawej ręki. I jeszcze ból głowy, czyhający nad prawym okiem.
Tak, były znaki ostrzegawcze, chociaż nie chciała tego uznać. Nie żeby
miało to dla mnie znaczenie. Mary zawsze uwielbiała swoje iluzje, a ja
najlepiej czułam się z nią właśnie wtedy, gdy je w sobie pielęgnowała.
Już parę lat temu Mary przekonała siebie samą, że jest bezpieczna, a to,
co kiedyś stało się z jej umiejętnością mówienia, już się nie zdarzy,
nawet nie może się zdarzyć. Przeszłość była czymś, co jakoś zniosła, co
minęło, zostało przeżyte, odeszło. Teraz wszystko jest inaczej. Ona jest
inna. Kłucie i drętwienie nie mają więc specjalnego znaczenia, a ból
głowy, no tak, może dałoby się go wytłumaczyć tym, że w czasie lotu nad
Bałtykiem H?kan Bergman siedział w tym samym samolocie co ona. Nie żeby
to zauważyła, zwróciła na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy już wstała po
wylądowaniu. Siedział w rzędzie za nią i wyglądało na to, że cierpliwie
czeka na swoją kolej. Nie śpieszył się, wyglądał na bardzo zadowolonego
z sytuacji. Pani minister i jej świta mogli spokojnie zbierać swoje
papiery i teczki. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się
lekko do Mary i kiwnął jej ręką.
- Cześć, Mary - powiedział stłumionym głosem. - Jak się czujesz z powrotem tutaj?
Mary udała, że nie słyszy, odwróciła wzrok i skoncentrowała się na
wkładaniu płaszcza. Czuła, że H?kan nie spuszcza z niej wzroku.
- Do zobaczenia na konferencji - dodał. - Jestem ciekaw twojego
przemówienia. Bardzo ciekaw.
Mrugam i otwieram oczy, znowu czuję się w pełni sobą. Ciemność wcale nie
jest taka nieprzenikniona, teraz to widzę. Reflektory na zewnętrznym
ogrodzeniu sprawiają, że noc wydaje się szara, tak jakby zaraz miało
świtać. Jest bardzo cicho, ale jeśli człowiek uważnie się wsłucha,
okazuje się, że ciszę wypełniają dźwięki. Gumowe podeszwy szepczą coś do
linoleum. Brzęczą klucze. Jakieś głosy mruczą, kiedy Rosita już po raz
trzeci tej nocy zostaje wypuszczona do toalety. Od czasu do czasu
słychać ostry, cichy dźwięk z sąsiedniej celi, w której siedzi
Anastasia. Płacze czy śpiewa w swoim języku? Nie potrafię powiedzieć.
Już jutro wszystko to będzie poza moim zasięgiem. Wspomnienie, do
którego nie da się dotrzeć. Być może kiedyś nie będę nawet pewna, czy to
prawda, czy naprawdę zdarzyło się tak, że ja, Marie Sundin, córka
Herberta i Renate, kiedyś żona Sverkera, poza tym redaktor naczelna i członkini Klubu Bilardowego Przyszłość, spędziłam przeszło sześć lat w więzieniu Hinseberg. Skazana za morderstwo.
Ciągle nie mogę w to uwierzyć. To już ostatnia noc w więzieniu, a ja
wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Dużo bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby życie podążyło swoim ustalonym
torem, gdybym po okresie zagubienia i rozpaczy, a następnie terapii i wielkich porządków psychicznych, zdecydowała się na lojalne przetrwanie
w małżeństwie. Być może pogrążyłabym się w pracy i moja kariera
nabrałaby przyśpieszenia, przecież już wtedy, gdy to się stało, moje
nazwisko stale wymieniano w dyskusjach na temat nowych ministrów.
Owszem. I tak to się mogło potoczyć. Gdybym wówczas nie uniosła ręki,
gdybym nie schwyciła tamtego kabla i go nie szarpnęła, byłabym dziś kimś
innym. Na przykład kobietą, która stoi z czołem przyciśniętym do
kafelków w toalecie ambasady, gdzieś w świecie, panią minister, która
wykradła sobie chwilę samotności przed wszystkimi czekającymi ją tego
dnia obowiązkami. Oczywiście każda minuta jest zaplanowana. Najpierw
lunch w ambasadzie. Następnie wyjazd na konferencję. Ceremonia otwarcia.
Przemówienie pani minister. Inne przemówienia. Wyjazd do hotelu. Zmiana
ubrania. Kolacja w ratuszu w mieście, którego nazwy naprawdę przez
chwilę niepodobna sobie przypomnieć... Myślę, że pamięć Mary naprawdę nie
działa tak, jak powinna, i że budzi to jej niepokój. Sądzi, że to jej
wina, że ma związek z faktem, iż celowo usiłowała wyplenić z siebie
wspomnienie tamtego dnia przed siedmiu laty, kiedy to na progu jej
gabinetu nagle stanęła Anna, ta, która całe jej życie podzieliła na
Przed i Po. Wprawdzie Mary nauczyła się marszczyć twarz w wyrazie
stonowanego smutku, kiedy ktoś wspomina o tamtym dniu, ale to tylko gra,
udawanie. Tak naprawdę nawet nie słyszy, co ludzie mówią, słowa tracą
swoje znaczenie na długo przedtem, nim dotrą do jej błon bębenkowych.
Tak samo zdecydowanie odpycha własne myśli. Dopiero po paru latach
zorientowała się, że decyzja ta ma swoją cenę. Wcześniej mogła zaglądać
do przeszłości, kiedy przyszła jej na to ochota, teraz drzwi do niej są
zamknięte. Mary nie może już uczynić nudnego zebrania bardziej znośnym
dzięki wspominaniu Midsommar1 z Klubem Bilardowym Przyszłość,
nie słyszy już śmiechu i głosów innych, nie przypomni sobie, jakie to
uczucie, kiedy późno w nocy wtulasz policzek w kłujący wełniany sweter,
nie wiedząc nawet, nie dbając wręcz o to, czy nosi go Magnus, Torsten,
czy Per. Straciła zresztą nie tylko wszystkie święta Midsommar.
Dzieciństwo, dorastanie, praca i pierwsze lata ze Sverkerem nie są już
wspomnieniami, jedynie suchą wiedzą. Wie, że wychowywała się w białym
domu, że matka ochrzciła ją Mary, ale ojciec nazywał Marie, i że jeszcze
jako nastolatka bawiła się, że ma dwa życia, że istnieje jakieś drugie
ja, które budzi się, kiedy ona zasypia, i zapada w sen, kiedy ona się
budzi. Wie też, że jej matka zginęła w wypadku samochodowym tuż po tym,
jak Mary skończyła dwadzieścia cztery lata, a ojciec, który w tym samym
wypadku odniósł ciężkie obrażenia, żył jeszcze cztery lata. Ale tego nie
pamięta. Puste słowa. Całe jej życie zamieniło się w słowa.
Chociaż może wszystko dąży ku lepszemu. Dziś rano obudził ją niepokój,
że nie pozna Pera, kiedy się znów spotkają. Pomimo wysiłków nie mogła
sobie przypomnieć, jak on wygląda. Pozostał tylko opis: blondyn,
niebieskie oczy. Martwiła się niepotrzebnie; kiedy jej delegacja weszła
do pokoju VIP-ów na lotnisku, nie miała wątpliwości. Mężczyzna w głębi
pomieszczenia, w rozpiętym palcie i z rękami założonymi na plecach to na
pewno Per. Zmienił się. Nadal ma gęste włosy w kolorze zboża, ale od
ostatniego razu spuchła mu twarz i zwęziły się oczy. Dużo whisky,
pomyślała. Dużo whisky i ciągnące się po nocach rozprawy karne.
Uporczywie się jej przyglądał, ale nie zrobił kroku. Miało to swoje
znaczenie, oboje o tym wiedzieli, jako ambasador powinien stać tuż przy
drzwiach i powitać ją pierwszy. Być może była to jeszcze jedna kara,
dość niezręczna i spóźniona, za to, że zobaczył, jak razem z Torstenem
pływają nago w jeziorze Hästerumssjön podczas ostatniej nocy Midsommar z Klubem Bilardowym Przyszłość.
- MaryMarie - powiedział, kiedy do niego podeszła.
- Per.
- Dawno się nie widzieliśmy.
- Tak.
- Gratuluję nominacji na ministra.
- Dziękuję.
- A jak tam Sverker?
- Ani lepiej, ani gorzej.
- Niech to szlag.
- Tak.
- Naprawdę, niech to szlag.
- Tak.
- To jedziemy?
- Tak.
Ktoś chrząka dyskretnie w korytarzu przed drzwiami toalety i Mary
zaczyna się śpieszyć. Obmacuje ścianę w poszukiwaniu kontaktu. Za chwilę
stoi już, mrużąc oczy oślepione halogenową żarówką. Albatros,
przelatuje jej przez myśl, chociaż sama nie rozumie, o co jej chodzi.
Rozgląda się wokół. Stylowa mała toaleta w ambasadzie: na ścianach
kafelki z bordiurą kontrastują ze zgrzebną elegancją płytek podłogowych.
Ktoś - być może Anna - próbował zmiękczyć wrażenie tej surowej
nowoczesności: przy umywalce rozłożono pastelowy wachlarz gościnnych
ręczników, ale niewiele to pomaga. Blada twarz w lustrze nie czyni
obrazu cieplejszym. Jest zbyt niewyraźna. Rozmazuje się. Trudno ją
zobaczyć i opisać.
Mary nie wierzy już własnemu odbiciu. Czasem widuje w gazetach swoją
twarz, która nie przypomina w niczym tej z lustra w łazience. Twarz z gazety ma wąskie wargi i podejrzliwe spojrzenie, podczas gdy ta z lustra
uśmiecha się niemal dziewczęco, a wokół jej oczu jest pełno zmarszczek
od śmiechu. Mary bardzo nie lubi twarzy z gazet, tak bardzo, że
poinformowała własną sekretarz prasową, że w wycinkach, które lądują na
jej biurku, nie może być zdjęć jej samej. Zorientowała się, że w ministerstwie krążą plotki na ten temat. I dobrze. Nie ma nic przeciwko
temu. Byłoby gorzej, gdyby wyszło na jaw, że przestała już czytać gazety
codzienne, że nie jest nawet w stanie ich otworzyć. Prawda jest taka:
nie lubi patrzeć na swoje wydrukowane nazwisko. Od paru miesięcy bazuje
tylko i wyłącznie na wiadomościach radiowych. Tak dalej być nie może,
zdaje sobie z tego sprawę, ale nie wie, co poradzić.
Kolejne chrząknięcie. Mary szybkim ruchem wyjmuje z torebki szminkę,
maluje górną wargę i przyciska do dolnej, przeczesuje dłonią włosy,
odkręca kran. Kiedy leci woda, Mary liczy sekundy: tysiąc jeden, tysiąc
dwa, tysiąc trzy, na razie nie sięga po mydło. Nie musi myć rąk, ale
człowiek za drzwiami nie może tego wiedzieć, więc Mary komponuje dla
niego odgłosy, które towarzyszyłyby myciu. W ten sposób unikniemy
dyskusji, myśli. Jakby za drzwiami stała Renate, gotowa do
interpretowania, oceniania i krytykowania postępowania córki.
Oczywiście, to nie ona. Renate od ponad dwudziestu pięciu lat jest
prochem. To Anna. Kiedy drzwi się otwierają, cofa się o krok i rozkłada
ramiona.
- MaryMarie! - woła. - Jak dobrze cię widzieć.
Kiedyś Anna była sekretarzem prasowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych i to ona powiadomiła wszystkich, co przydarzyło się Sverkerowi. Wcześniej
należała do kręgu przyjaciół i w związku z tym - ta myśl przemyka gdzieś
w tyle głowy Mary - z całą pewnością była obiektem uwodzicielskich
sztuczek Sverkera, przynajmniej przez jakiś czas. Być może Sverker
odniósł nawet sukces. Nie żeby Anna lub on kiedykolwiek zostali na czymś
przyłapani, istnieją tylko poszlaki, które nie stanowią wystarczającego
dowodu. Przynajmniej nie dla Mary. Spojrzenia się nie liczą. Ani
przelotna pieszczota, kiedy mijające się w drzwiach osoby myślą, że nikt
ich nie widzi. Mogła być przecież zwykłym przyjacielskim gestem.
Teoretycznie.
Anna jest nadal pulchna i tak jak kiedyś ma oczy wiewiórki, ale coś się
w niej zmieniło. Nie chodzi tylko o to, że na szyi zaczęły już odciskać
swoje ślady lata, ale także o coś nowego w sposobie bycia, coś, co ma
niewiele wspólnego z Anną, którą Mary pamięta z Klubu Bilardowego
Przyszłość. Nie ma już tamtej zdecydowanej idealistki z potarganymi
włosami. Stoi przed nią wyjątkowo zadbana żona ambasadora, z fryzurą na
pazia, w marynarce z aksamitnym kołnierzem. Nareszcie okiełznana, myśli
Mary, odpychając cień tęsknoty, który przez nią przemyka. Anna była
częścią jej dawnego życia, do którego dziś tęskni.
- Och! - mówi, rozkładając ramiona. - Anna!
Anna nawet pachnie jak żona ambasadora, Mary czuje ten zapach, kiedy
cmokają powietrze obok swoich policzków. Słodko-kwaśny. Cofają się o krok i przez chwilę przyglądają sobie nawzajem, potem Anna przechyla
głowę i ścisza głos, nim zada nieuniknione pytanie:
- Jak Sverker?
Mary wzrusza lekko ramionami.
- Jest, jak jest.
Anna potrząsa głową.
- To takie smutne - mówi. - Takie potwornie smutne.
Oczywiście jest tak, jak mówi Anna, właśnie tak o tym trzeba mówić. Anna
zawsze ma pod ręką właściwe słowa, ma nimi wypchane policzki, zupełnie
jak chomik, wystarczy lekko ruszyć językiem, żeby owe słówka się
wysypały.
Ciekawa jestem, jakiego frazesu użyłaby, gdyby mnie teraz zobaczyła?
Pewnie tego samego, może wypowiedzianego ostrzejszym tonem. Takie
smutne. Takie potwornie smutne. Chociaż jednocześnie, pod powierzchnią,
byłaby dość zadowolona. Anna zawsze przeliczała porażki innych kobiet z Klubu Bilardowego Przyszłość na punkty dla siebie. Z drugiej strony,
myślę, że tak naprawdę w jakimś zakamarku duszy byłaby też zazdrosna.
Zawsze zazdrościła tym, którzy kochają i nienawidzą.
Zielone cyferki na starym radiu z budzikiem przy moim łóżku drżą i zmieniają się. Już po trzeciej. Za niecałe cztery godziny przekręci się
klucz w zamku. Bardzo dużo wydarzy się rano. Powinnam jeszcze zasnąć.
Muszę spać.
Tylko że gdzieś pod moimi powiekami Mary siada przy zastawionym
jedzeniem stole w ambasadzie. Oczywiście, posadzono ją po prawej stronie
Pera, w przeciwnym wypadku byłoby to zbyt wyraźne złamanie protokołu.
Najpierw panuje między nimi cisza, potem Mary wciąga głęboko powietrze i zaczyna mówić o budynku, w którym odbędzie się konferencja. Czy to
prawda, że kiedyś był to kościół?
- Tak - odpowiada Per. - W czasach komunizmu przerobiono go na teatr, a teraz stał się obiektem konferencyjnym. Najlepszym, jaki mają. Co w rzeczy samej niewiele znaczy.
- Więc ty nie jesteś nim zachwycony?
Per odwraca się i udaje, że się jej przygląda, choć w gruncie rzeczy
utkwił wzrok w jej lewej skroni. Uśmiecha się.
- Rzadko mnie coś zachwyca - mówi. - Myślałem, że o tym pamiętasz.
Mary robi zmęczoną minę. Jedna uszczypliwość przyjęta i zarejestrowana.
Będzie ich więcej, zdaje sobie z tego sprawę. Kobiecy sukces ma cenę.
Sama jest do tego stopnia ukształtowana przez hierarchię dawnych lat, iż
łapie się na tym, że ma ochotę przeprosić Pera: Przepraszam. Naprawdę
nie chciałam zrobić większej kariery niż ty! Przez sekundę kusi ją
nawet, żeby wyznać, iż każdy dzień kończy się dla niej pragnieniem
zszorowania ze swojej skóry wstydu. Powstrzymuje się od tych zwierzeń w ostatniej chwili: bez sensu, i tak nie pojąłby, o czym mówi. Nawet
Torsten i Sissela, najmądrzejsi członkowie Klubu Bilardowego Przyszłość
i jedyni, z którymi miała kontakt w ostatnich latach, nie rozumieją, o co jej chodzi, kiedy próbuje opowiadać im o wstydzie, który ją
prześladuje, odkąd została ministrem. Myślą, że ma na myśli niechęć do
polityków, a to nie takie proste. Raczej wstyd związany z całą
współczesną sferą publiczną, z tym, że od każdej osoby, na którą padnie
światło reflektorów, oczekuje się, że w zamian da coś z siebie, coś
prywatnego, osobistego, coś głęboko intymnego, ze środka. To warunek, a ten, kto nie jest gotowy mu sprostać, musi pogodzić się, że zostanie
uznany za wyniosłego i pełnego pogardy. Rozwiązaniem jest, oczywiście,
kłamstwo, fraternizowanie się na niby, cicha zgoda na uproszczenie, na
to, że staniesz się człowiekiem, którego całe życie i osoba mogą zostać
podsumowane w zaledwie kilku słowach. Minister do spraw pomocy
rozwojowej. Niebieskooka blondynka, bardzo obowiązkowa. Niezbyt
rozrywkowa, ale - Boże mój - nie można wymagać zbyt wiele.
Po drugiej stronie stołu cały czas słychać głos Anny, unosi się i opada,
coraz to zmieniając tonację, podczas gdy Anna rozsypuje pośród gości
swoje pytania, komplementy i komentarze. Większość zaproszonych stanowią
kobiety, niektóre uderzająco skromnie ubrane, ich spojrzenia z niepokojem krążą wśród stołowych kryształów i sreber.
- Organizacje pozarządowe - wyjaśnia Per i bierze do ręki szklankę z wodą. Gestem przedstawia jej kobietę siedzącą po lewej stronie.
Mary uśmiecha się i wyciąga rękę. Kobieta ma siwe włosy i szary kostium,
jej dłoń jest ciepła i sucha. Per mówi kilka słów w obcym języku, potem
znowu odwraca się do Mary.
- Ta pani jak-tam-ona-się-nazywa jest przewodniczącą Stowarzyszenia na
rzecz Osób Zaginionych. Nie zna angielskiego.
- Ale ty możesz z nią rozmawiać? Znasz język?
- Tylko kilka fraz grzecznościowych. Anna jest w tym dużo lepsza.
Anna, która obserwuje ich ze swojego miejsca po drugiej stronie stołu,
nachyla się teraz w ich kierunku i podkreśla każde wypowiadane słowo,
stukając lekko w obrus paznokciem wskazującego palca:
- Stowarzyszenie na rzecz Osób Zaginionych naprawdę robi dobrą robotę,
żebyście wiedzieli. Lepszą niż organy państwowe. Prowadzą własne
dochodzenia, zajmują się dziewczynami, które wracają z burdeli w całej
Europie, załatwiają dla nich mieszkania, opiekę lekarską i pomoc
psychologiczną... A mimo to nie dostają prawie żadnych środków
finansowych.
Siedząca obok Anny kobieta kładzie rękę na jej ramieniu i coś mówi, Anna
słucha z przechyloną głową, a potem jeszcze raz odwraca się w kierunku
Mary i szepcze teatralnie:
- Wszystkie są krewnymi.
Kobieta obok niej kiwa głową, tak jakby rozumiała, co Anna powiedziała.
Ma bardzo duże oczy. Oczy dzikiego zwierzątka w kociej twarzy.
- Co masz na myśli? - pyta Mary.
Anna ścisza głos, ale każde słowo wymawia bardzo wyraźnie:
- Straciły kogoś. Wszystkie.
- Yes - mówi nagle kobieta-kot. - Verloren. Wir haben alle jemand...
Jej głos zamienia się w mamrotanie, przez chwilę kobieta patrzy w stół.
Kiedy znowu podnosi wzrok, patrzy prosto w oczy Mary.
- My son - mówi. - Zwölf Jahre...
Anna przykrywa jej dłoń ręką. Podwójny gest, pocieszający i uciszający
zarazem.
- Cztery lata temu straciła swojego synka... Miał dwanaście lat.
- Jak to straciła?
- Był na dworze, bawił się... I zniknął. Po prostu go nie ma.
Kobieta-kot pochyla się do przodu. Jej brązowe oczy błyszczą.
- Wir reden nimmer - mówi. - Never. Ever.
Anna zerka szybko na Pera, a potem zniża głos:
- Jej mąż nie chce o tym mówić. Zachowuje się tak, jakby chłopiec nigdy
nie istniał. Nie chce wymawiać jego imienia...
Kobieta-kot kładzie obie dłonie na białym obrusie i słucha z uwagą,
wygląda, jakby zamierzała wstać, ale zatrzymuje się w pół drogi i zamiast tego przykłada prawą rękę do piersi.
- Er lebt! - krzyczy. - I can feel it. In here!
Jej głos przecina stłumiony gwar. Zapada cisza, wszystkie spojrzenia
kierują się w jej stronę. Ona zdaje się tego nie zauważać, siedzi bez
ruchu, z błyszczącymi oczami i ręką na piersi. Mary odwraca wzrok, nagle
zawstydzona w imieniu kobiety i zawstydzona tym, że się za nią wstydzi.
To nie jest świat, w którym wolno obnażać swoje rany, to świat, w którym
mówi się o swoim smutku ściszonym głosem, nie patrząc nikomu w oczy. O ile w ogóle się o nim wspomina, o ile nie pochowało się tego smutku tak
głęboko, że nie da się go już dosięgnąć.
Per zastygł w bezruchu, ale teraz unosi już kieliszek, rzucając szybkie
spojrzenie w kierunku Anny. Wszystko wskazuje na to, że tego wieczoru
czeka ją sypialniana rozprawa karna. Per uzna, że wyskok kobiety-kota to
jej wina. Czy nie powinna być na tyle rozsądna, by nie sadzać tej
niezrównoważonej osoby w pobliżu MaryMarie? Nie mogła się domyślić, że
doprowadzi to do jakiejś żenującej sytuacji?
Wiele razy słyszałam, jak Per prowadzi sypialniane rozprawy karne. Kiedy
byliśmy bardzo młodzi, każdej nocy świętojańskiej słuchaliśmy ze
Sverkerem, jak Per strofuje Annę w pokoju obok. Najczęściej chodziło o innych mężczyzn, o to, że Torsten szepnął jej coś do ucha, a Magnus
pogłaskał ją po karku podczas tańca. Jednak czasem to Anna była
niemożliwa, za dużo się śmiała, za głośno mówiła albo siedziała cicho z nadętą miną. Tak czy owak, Per musiał się za nią wstydzić. Zawsze musiał
się wstydzić za Annę.
Nie żeby było to widoczne. W obecności innych ludzi Anna i Per
zamieniali się w parę idealną. Już jako dwudziestolatka Anna do
perfekcji opanowała sztukę wsuwania ręki pod ramię Pera i opierania
policzka na rękawie jego marynarki w sposób, który wyrażał wzruszającą
ufność, podczas gdy on, jakby w przypływie czułego roztargnienia,
przesuwał wargami po jej włosach. Zajęło mi to niemal dziesięć lat -
zrozumienie, że ci dwoje to tak naprawdę wrogowie, którzy ścierają się i pojedynkują ze sobą, że toczy się między nimi ukryta walka - walka, w której bronią są szybkie spojrzenia, rzucane kątem oka, i niemal
niewidoczne grymasy twarzy. Kiedy Per mówi o potrzebie realistycznej
szwedzkiej polityki zagranicznej, Anna z pogardą wygina wargi - dlaczego
Perowi wydaje się, że ludziom imponuje jego tani cynizm? Kiedy Anna
opowiada o artykule na temat różnych zbrodni przeciw prawom człowieka,
Per unosi brwi i spogląda w bok. Politycznie poprawna bigoteria jest
czymś żenującym. Niesamowicie żenującym.
Anna rzadko się odzywała, kiedy Per wygłaszał swoje sypialniane
monologi, przez cienką ścianę docierał do nas jedynie jego głos.
- Może Anna śpi - powiedziałam kiedyś do Sverkera. - Albo czyta książkę.
Wracaliśmy właśnie do domu po obchodach Midsommar. Sverker prowadził.
Jeszcze nic się nie stało. Jeszcze nie zaczęło się dziać.
- Nie - odpowiedział Sverker. - Nie śpi. Przecież potem uprawiają seks.
Nie zwróciłam na to uwagi, ale rzeczywiście następnego roku, w Midsommar, usłyszałam, że to prawda. Sypialniana rozprawa karna
zakończyła się chwilą rytmicznego skrzypienia wysłużonych sprężyn.
Bardzo krótką chwilą. Poza tym nie było słychać nic, żadnych głosów,
stłumionych krzyków pożądania lub bólu, żadnych jęków ani stęknięć. A mimo to następnego ranka Anna opierała głowę na ramieniu Pera i głaskała
jego ramię w sposób, który miał chyba wyglądać na sensualne
przypomnienie o rozkoszach nocy.
- Może czyta tę książkę także wtedy, kiedy uprawiają seks - zauważyłam w drodze do domu.
Sverker nie odpowiedział. Bardzo długo panowała między nami cisza.
Anastasia już nie śpiewa. Ani nie płacze.
Mam nadzieję, że zasnęła, wygląda na taką, której potrzeba dużo snu.
Przypomina cień, mały, blady cień z ciemnymi włosami i paseczkiem piegów
na nosie. Może jest po prostu niedożywiona, przecież nic nie je. Rano
wypija z nami wszystkimi filiżankę kawy, ale wzdryga się i kręci głową,
kiedy ktoś wskazuje na koszyk z pieczywem albo sok. Nigdy nie przychodzi
na lunch ani na kolację; gdy tylko dowiozą jedzenie na nasz oddział,
wślizguje się do swojej celi i zamyka za sobą drzwi. Nikt nie wydaje się
zwracać na to uwagi.
Ciekawa jestem, co ona takiego zrobiła?
Pewnie chodzi o jakiś rodzaj przemocy. W Hinsebergu starają się
oddzielić skazane za morderstwa i zabójstwa od osadzonych za kradzieże i przestępstwa narkotykowe. Na tym oddziale chyba wszystkie kogoś zabiły.
Sporo odsiaduje dożywocie, co oznacza, że przemoc, której się dopuściły,
była szczególnie okrutna. Rozwalały czaszki, strzelały między oczy i podrzynały gardła z niezwykłą brutalnością; sprawia to, że osoba, która
tylko odłączyła kabel, może czuć się przyjemnie praworządna i normalna.
Trudno mi jednak wyobrazić sobie, że Anastasia kogoś zabiła. Nie tylko
dlatego, że jest taka malutka i wiotka, ale także dlatego, że wydaje się
zalękniona. Wzrusza ramionami i patrzy w ziemię, jej postawa zdradza, że
nawykła do bicia i że nie należy do tych, które oddają. Chociaż nigdy
nie wiadomo. Czasami przemoc może zaskoczyć nawet jej sprawcę. Spytaj o to mnie. Albo Mary.
Mary stoi teraz przy francuskim oknie w salonie, odwrócona plecami do
innych gości. Migrena nasiliła się, ale Mary nie pozwoli sobie przyznać
się do tego. W ostatnich latach z premedytacją wyparła ze świadomości
wszystkie pomniejsze bóle i symptomy, które martwiły ją w młodości. Była
wtedy pełną lęku osobą, która często myślała o swojej odporności
immunologicznej i zawsze czuła na plecach oddech śmierci; teraz nie
dostrzega nawet, że boli ją tak bardzo, że musi zamknąć jedno oko, kiedy
ogląda widok na zewnątrz. Jesień rozgościła się już na dobre, ludzie na
ulicy pośpiesznie idą w mżawce, a drzewa zaczęły się żółcić.
- To bomby - mówi Anna za jej plecami.
Mary odwraca się i marszczy czoło, Anna z uśmiechem podaje jej filiżankę
kawy.
- Fakt, że jest tu tyle parków - wyjaśnia - ma związek z bombardowaniami
w czasie drugiej wojny światowej. Zniszczone dzielnice przerobiono na
parki... Dlatego miasto jest dziś takie zielone.
- Dobrze ci tutaj?
Anna wzrusza ramionami.
- No cóż. Zawsze lepiej tu niż w Islamabadzie.
- Jak długo tu jesteście?
- Rok.
- Czyli zostały wam trzy.
Anna znowu wzrusza ramionami, ale nie odpowiada. Zapada cisza, Mary
podnosi do ust filiżankę i wypija łyk.
- A jak ty się tutaj czujesz? - pyta Anna półgłosem. - Właśnie w tym
mieście?
Mary w odpowiedzi wydaje cichy dźwięk. Wie, na co się teraz zanosi, ale
nie wie, jak tego uniknąć.
- Ostatnim razem nie zdążyłaś się przecież rozejrzeć. I, szczerze
mówiąc, byłoby dość dziwne, gdybyś wybrała się na zwiedzanie w czasie,
gdy Sverker...
Mary najpierw przytakuje, a potem kręci głową, ale sama nie wie, co chce
przez to wyrazić. Anna, wpatrując się w nią, wypija łyk kawy.
- Myślę, że jesteś wspaniała - mówi po chwili. - To, że z nim zostałaś.
Że się nim zajęłaś. Pomimo wszystko.
Mary spuszcza wzrok, wpatruje się w filiżankę z kawą, nie ma ucieczki.
- Nie wiem, czy ja dałabym sobie z tym radę - mówi Anna. - Nie sądzę.
Chybabym go zabiła.
Mary rzuca jej spojrzenie, które mówi: wystarczy już. Anna tego nie
dostrzega, może tylko udaje, miesza w swojej filiżance i mówi dalej:
- Byłoby inaczej, gdyby chodziło o zwyczajny romans. Rozumiesz,
romanse miała większość z nas i większość też musiała je znosić. Ale
to... Przepraszam, że to mówię, ale to było takie...
Tanie! Anna nie kończy zdania, ale niewypowiedziane słowo pozostaje
pomiędzy nimi. Język Mary wydaje się spuchnięty i obcy, kiedy unosi
swoją filiżankę, jak gdyby nic jej nie dotknęło, i upija kolejny łyk
kawy. Pozostali goście zaczęli już wychodzić, tylko kilku ociąga się w oczekiwaniu na samochody, które zawiozą ich do sali konferencyjnej.
- Ale ty mu przebaczyłaś i zostałaś - ciągnie Anna, kładąc białą jak
alabaster dłoń na rękawie marynarki Mary. - Uważam, że to wspaniałe.
Zupełnie fantastyczne.
Mary odsuwa rękę i zerka na swój zegarek.
- Och - mówi, bardzo starannie artykułując słowa spuchniętym językiem -
trzeba się śpieszyć.
To dobra wymówka. Jedyna możliwa do zaakceptowania. Może to dla tej
wymówki Mary zgodziła się zostać ministrem. Ciężka praca i wypełniony
kalendarz to skuteczna ochrona przed światem. Mimo to często narzeka na
swój przeładowany plan dnia i twierdzi, że brak jej czasu dla innych
ludzi. To prawda. W gruncie rzeczy gotowa jest posunąć się bardzo daleko
po to, by wykręcić się od swojego życia. Jednak czasami nie da się
uciec. Przed południem w samolocie dosięgło ją dziesięć niczym
niewypełnionych minut, pierwszych od kilku tygodni. Najpierw przeglądała
kalendarz i zaskoczyło ją, że w poniedziałek ma lecieć do Burundi, potem
dwa razy przeczytała swoje przemówienie, poprawiając literówki i błędy
stylistyczne, aż dotarło do niej, że tak naprawdę nie ma nic do roboty.
Żadnych notatek służbowych do przeczytania. Żadnych problemów do
rozwiązania. Żadnego człowieka, z którym trzeba porozmawiać. To ostatnie
- w pełni celowo. Kiedy weszły na pokład, przypilnowała, żeby Caroline,
jej sekretarz prasowa i nieustająca towarzyszka, usiadła kilka rzędów
dalej. W zeszłym tygodniu podczas lotu nad Atlantykiem Caroline trochę
wypiła i zaczęła się jej zwierzać. Płaczliwa opowieść o związku, który
się właśnie rozpadał, wprawiła Mary w ogromną irytację. Nie ma czasu na
sentymentalne bzdury. Jest w końcu ministrem do spraw pomocy rozwojowej.
Jednak teraz siedzi w samolocie i ma przed sobą dziesięć pustych minut.
Za oknem świeci słońce nad grubą warstwą chmur, która rozciąga się nad
horyzontem. Albatros, myśli, ale odpycha to słowo tak szybko, że
niemal nie zdąża go sobie uświadomić. Chciałaby zachować spokój,
odpoczywać w nadziei, że świat na dole już nie egzystuje. Nie ma już
biedy ani przemocy, żadnych ciemnych zaułków, żadnych kobiet, które
nauczono, by sobą pogardzały, ani mężczyzn, którzy zawsze cierpieli na
brak wszystkiego. Jedyne, co istnieje, to błękitne niebo i nieskończoność białych chmur. W następnej chwili w jej pamięci błyska
jeszcze jeden obraz, widzi Sverkera takim, jakim był przed wózkiem
inwalidzkim i respiratorem, dużego mężczyznę o ładnie zarysowanych
wargach, wyraźnych brwiach i z uśmiechem w spojrzeniu. Tęsknota uderza
ją w plecy jak hak rzeźnika, w samym środku bólu na języku czuje jego
imię, leży tam jak jagoda albo inny owoc, na wpół pogryziony, pełen
słodyczy. Zaskoczyło ją, kiedy usłyszała swój szept: - Ten, którego
kochałam. Sverker.
Przewracam się na łóżku i wwiercam głowę w poduszkę. Nie chcę dzielić z Mary wszystkich jej myśli i wspomnień. Zamykam oczy, żeby upłynęła
jeszcze jedna godzina z jej życia. Wchodzi teraz do budynku
konferencyjnego, obok niej idzie Per. Nie patrzy na nią, w rzeczywistości nie spojrzał na nią ani razu, odkąd wylądowała. Być może
to także kara, może naprawdę uważa siebie za Wicenaczelnego Kontrolera
Cnoty, tego, który ma prawo, by w imieniu męża przypomnieć niewiernej
żonie o jej winie. Idą w milczeniu po marmurowej podłodze w kierunku
małej grupy dygnitarzy kraju goszczącego. Kiedy do nich podchodzą, rękę
Mary chwyta przysadzisty mężczyzna w ciemnym garniturze, mija chwila,
nim ona uświadomi sobie, że to minister spraw socjalnych. Sprawia jej to
radość - nareszcie praca, nareszcie może zająć się tym, co bezpieczne i nieosobiste. Uśmiecha się i tłumaczy, że rząd szwedzki naprawdę docenia,
iż minister wystąpił z inicjatywą zwołania konferencji. Przecież handel
ludźmi, mówi, poprawiając pasek torebki, nie jest problemem jedynie dla
tych krajów i rodzin, które tracą swoje córki i synów, to co najmniej w równym stopniu problem krajów, do których trafiają ofiary. Skoro ludzie
w Europie uważają, że mają prawo kupować i sprzedawać ludzi, znaczy to,
że poszanowanie praw ludzkich jest...
Pstryk! W siatkówkę trafia biała błyskawica i Mary traci wątek, przez
chwilę stoi niema i oślepiona, potem przysadzisty pan bardzo ostrożnie
bierze ją za łokieć i ustawia tak, by stojąc obok siebie, patrzyli na
fotografa. Młody mężczyzna w wytartych dżinsach i z włosami na jeża
uśmiecha się i mówi coś w swoim języku, zanim wystrzeli kolejną
błyskawicę. Tym razem Mary jest przygotowana, ale i to nie pomaga. Przez
niemal pół minuty nie widzi nic poza białymi plamkami, które wpełzły na
siatkówkę. Nieprzyjemne uczucie w żołądku przypomina o czymś, ale nie
wie dokładnie o czym. Mózg odsłania przed nią jedynie fragment, pamięta,
że kiedyś była już tak bezbronna i oślepiona białym światłem, ale nie
przypomina sobie, kiedy i jak to się stało. Nie wie, że potem przez trzy
tygodnie mogła powiedzieć tylko jedno, jedyne słowo - kompletnie
bezsensowne, które nie miało nic wspólnego z czymkolwiek w jej życiu.
Albatros! Dlaczego miałaby pamiętać? Lekarze powiedzieli, że to
zjawisko jednorazowe, reakcja organizmu na traumatyczne przeżycia. Tamto
nie ma nic wspólnego z jej dzisiejszym życiem. Przykre uczucie musi mieć
związek z twarzą, która wypełnia nagle całe niemal pole jej widzenia,
kiedy odzyskuje wzrok. H?kan Bergman staje zawsze odrobinę za blisko
ludzi, z którymi rozmawia.
- Nie odpowiedziałaś mi - mówi.
Przysadzisty minister do spraw socjalnych puszcza ramię Mary i mrucząc
coś, odwraca się do innych gości. W foyer tłoczą się ich setki, ale Mary
zostaje sam na sam z H?kanem Bergmanem. Kiedyś byli kolegami. Kilka lat
później została jego szefową. Teraz wpatrują się w siebie, stojąc na
posadzce z dużych marmurowych płyt.
- Słucham?
Mary odchyla się trochę do tyłu, ale to nie pomaga. Bergman podąża za
nią.
- Nie odpowiedziałaś na moje wcześniejsze pytanie.
- Jakie pytanie?
- Co to za uczucie być tu z powrotem? Mary odwraca wzrok, ale tylko na
chwilę.
- Dziękuję. Dobre. Mężczyzna unosi brwi.
- Dobre?
- Tak.
- Czy mogę tę odpowiedź zacytować?
To groźba. Bez wątpienia. H?kan Bergman upatrzył sobie blond włosy Mary
Sundin, chce je uczepić u paska razem z innymi skalpami. Podkupiła go
inna popołudniówka, a Mary nie jest już dziennikarką, więc nie może
liczyć na koleżeńską lojalność innych reporterów, tę samą, która
uratowała Sverkera i ją siedem lat temu. Przez sekundę ma wrażenie, że
widzi rozkładówkę, którą planuje H?kan. Czarne tytuły. Zdjęcie uliczki,
na której znaleziono Sverkera. Drugie przedstawia ją samą na mównicy.
Trzecie zdegustowanego ministra spraw socjalnych. (Tytuł: Nie
wiedziałem...)
Z drugiej strony, nie jest jakoś specjalnie zaskoczona. Zawsze
wiedziała, że ten dzień nadejdzie, chociaż oczywiście miała nadzieję, że
egzekucję poprowadzi ktoś inny niż H?kan Bergman. On też ma swoje słabe
punkty. To obłudny pseudowegetarianin, który napycha się mięchem, gdy
tylko z pola widzenia zniknie jego żona. Ponadto prywatne finanse H?kana
stanowią temat do żartów we wszystkich sztokholmskich redakcjach.
Pożyczenie mu pieniędzy jest jednoznaczne z wyrzuceniem ich do jeziora.
Szkoda nawet wspominać o tamtej historii, kiedy wykorzystał dodatek na
podróże w wysokości trzydziestu tysięcy koron, nie przywożąc do domu ani
jednego kwitka. Dostał potem upomnienie na piśmie. Być może ma nadzieję,
że Mary o tym zapomniała. Nie zapomniała. Dlatego przekrzywia teraz
głowę i uśmiecha się dosyć ufnie.
- Myślisz, że postaram ci się w tym przeszkodzić?
H?kan nie odpowiada, ale z kieszeni zamszowej kurtki wyjmuje notatnik.
- Ciekawi mnie, co myślisz o poławiaczach. Mary uśmiecha się jeszcze
łagodniej.
- Doszło chyba do jakiegoś nieporozumienia, H?kan. To nie jest
konferencja na temat pereł, tylko na temat handlu ludźmi.
H?kan zastyga z długopisem w powietrzu, ale tylko na chwilę.
- Fajnie, że nie opuszcza cię poczucie humoru. To naprawdę sztuka, gdy
się weźmie pod uwagę, że... Miałem jednak oczywiście na myśli poławiaczy
zmysłowych wrażeń, amatorów dziwek. Klientów prostytutek, mówiąc innymi
słowy. Język w jej ustach przypomina zwierzę. Obce zwierzę. Ale Mary nie
może bełkotać, musi starannie wypowiadać każde słowo.
- Oczywiście, rozumiem, co masz na myśli, H?kan. Naturalnie. Poczekaj
sekundę, to poproszę sekretarz prasową, żeby dała ci egzemplarz mojego
przemówienia...
H?kan obnaża zęby w czymś, co mogłoby być uśmiechem.
- No, wolałbym bardziej osobisty komentarz. Coś na temat twoich własnych
doświadczeń. Bo domyślam się, że w przemówieniu nie zamierzasz wspomnieć
o swoim mężu...
Albatros! To słowo znowu w niej narasta; Mary musi mocno zacisnąć
wargi, żeby się nie wymknęło.
- No, co na to powiesz?
Kręci głową, nie ma odwagi zaufać zwierzęciu w swoich ustach.
- Nie zamierzasz - mówi H?kan Bergman. - Szkoda. Wydaje mi się, że
miałoby duże znaczenie, gdybyś była gotowa nareszcie opowiedzieć o tej
sprawie. W tonie osobistym. Po ludzku.
H?kan milknie i przerzuca kartki notatnika.
- I jeszcze jedna rzecz - dodaje po chwili. - Słyszałem, że należysz do
stowarzyszenia o nazwie Klub Bilardowy Przyszłość?
- Ja? - pyta Mary. - Nie. Nie gram w bilard.
Sama słyszy, jak to brzmi. Jakby była wstawiona. Nie głam w biiłald...
H?kan Bergman też to usłyszał, unosi brwi, ale nie komentuje jej
bełkotu.
- Dziwne - mówi za to. - Słyszałem, że jesteś członkinią tego klubu.
O, Mary, Mary, Mary. Ty głupia, ty! Dlaczego skłamałaś? Dziennikarzom
się nie kłamie. Szczególnie H?kanowi
Bergmanowi, który uwielbia demaskować i rzucać na kolana kłamców,
obnażając światu ich szkodliwość. Nie robi tego z miłości do prawdy, po
prostu uwielbia triumfować. Mary powinna o tym wiedzieć. Przecież przez
długie sześć lat była jego redaktor naczelną.
Poza tym Klub Bilardowy Przyszłość nie jest żadną tajemnicą, nie ma
powodu, by ukrywać jego istnienie. To tylko grupa przyjaciół, wiele lat
temu stworzona przez siedmioro licealistów, z których każdy był
regionalnym zwycięzcą w wielkim konkursie na wypracowanie Rządy ludu i przyszłość; grupa, która z czasem została wzmocniona przez małżonków i małżonki. Działalność? Wszystko, co czyni życie przyjemnym. Wszystko z wyjątkiem bilardu.
Brakuje mi ich. Chciałabym, żeby wciąż mogli się spotykać, żeby Sissela
nadal organizowała szampańskie sylwestry i żeby Maud co roku w Midsommar
nakrywała stół obok pomostu. Chciałabym tego, chociaż rozumiem, że ja
sama już nigdy nie będę mogła uczestniczyć w ich spotkaniach. Nikt z nich nie przyszedł na moją rozprawę, nawet Torsten i Sissela. Nikt nie
odwiedził mnie w więzieniu, nie wysłał jednej pocztówki ani kartki na
święta przez wszystkie te lata. Mimo to nadal myślę o nich jak o przyjaciołach. Moich i Mary.
Stare przyjaźnie są jak stare małżeństwa. Pomagasz drugiemu w potrzebie,
choćbyście nawet przed chwilą patrzyli na siebie wilkiem i powarkiwali.
Dlatego Mary zostaje uratowana przez Pera, który cały czas stał z boku,
przysłuchując się jej rozmowie z H?kanem Bergmanem. Per materializuje
się obok Mary i z ujmującym uśmiechem otacza ją ramieniem, w geście,
który jest zarazem przyjacielski i pełen szacunku. Ładnie pachnie mydłem
i męskością.
- Niestety - mówi. - Musimy państwu przerwać. Za dwie minuty rozpoczyna
się ceremonia otwarcia.
Przez kilka sekund Mary pozwala mu się wspierać, potem prostuje plecy i powściągliwie kiwa głową w kierunku Bergmana. Per ma rację. Pani
minister nie ma czasu.
Sala konferencyjna jest ciemniejsza, niż Mary się spodziewała. Musi
kilka razy zamrugać, żeby móc dojrzeć złoto i rysunki na suficie. Staje
przed drzwiami i odchyla głowę do tyłu, ale Per zaraz chwyta ją za
łokieć i popycha do przodu, nie ma czasu, muszą się śpieszyć do
pierwszego rzędu. W chwili, w której opada na swoje miejsce,
przysadzisty minister spraw socjalnych wchodzi na podium i zajmuje
miejsce na mównicy. Ma miły głos, niski, ojcowski. Przez sekundę Mary ma
ochotę odłożyć słuchawki z tłumaczeniem symultanicznym i słuchać
brzmienia tego głosu, ale w ostatniej chwili opamiętuje się. Musi
przecież wiedzieć, co powiedział gospodarz, kiedy przyjdzie kolej na
nią.
Mary zaczyna rozumieć, że ma talent do polityki. Dziwne, ale nie da się
temu zaprzeczyć. Dostrzega otwarte kwestie i możliwości kompromisu tam,
gdzie inni widzą tylko konflikty; gdy trzeba, potrafi nieco kantować, a zarazem jest wystarczająco naiwna, by wierzyć, że każdy problem ma swoje
rozwiązanie. Poza tym dobry z niej mówca, tak dobry, że czasem pozwala
się uwieść własnym słowom. To jej najlepsze chwile.
Jedna z tych chwil zaraz nadejdzie, więc Mary lekko się uśmiecha,
siedząc na swoim wyściełanym czerwonym aksamitem krześle. Za nią siedzi
jakieś sto osób na takich samych czerwonych krzesłach i już zaraz, za
krótką chwilę, będzie miała ich w garści. Będzie stała na mównicy z wyostrzonymi zmysłami, zarejestruje każdy oddech, każde poruszenie wśród
słuchaczy, wszystko, począwszy od lekkiego drżenia niecierpliwości,
które przebiegnie przez salon, kiedy przysadzisty minister spraw
socjalnych odda jej głos, do głuchej ciszy, która zapadnie, kiedy ona
już ich porwie. W teczce ma dobre przemówienie. Nie takie, które
traktuje tylko o tym, że ważne jest osiągnięcie jak największej
zgodności w kwestii dokumentu końcowego, ale takie, które sprawia, że
handel ludźmi staje się czymś żywym, prawdziwym. Opowie o Zuzanie,
czternastolatce, którą sprzedano za kilka torebek heroiny, o Annie,
której wydawało się, że Piękny Ivan naprawdę ją kocha, i o Daivie,
której błąd polegał na tym, że jako autostopowiczka złapała okazję na
litewskiej szosie. Wszystkie ostatecznie wylądowały w Szwecji, na jakimś
betonowym przedmieściu, zamknięte każda w swojej szarej kawalerce z wyświnionym materacem na podłodze i rolką papierowego ręcznika...
Teraz skończył mówić przysadzisty. Kolej na nią.
Zwraca się do niej Your Excellency. Nadmiar uprzejmości, ponieważ Mary
nie jest żadną ekscelencją, ale teraz to bez znaczenia, szykuje się już
do wejścia w rolę bycia sobą, i każda mała zachęta to ułatwia. Nagle nie
ma śladu po migrenie, a język znowu jest jej własnością. Potrząsa lekko
włosami i chwyta swoje notatki, potem wstaje i szybko wygładza spódnicę.
Spódnica jest krótka, ale nie przesadnie, Mary włożyła też buty na
wysokim obcasie - jest do tego przyzwyczajona, zdecydowanym krokiem
wspina się po schodkach na scenę, jeszcze raz się uśmiecha do
przysadzistego i szybko potrząsa jego ręką, a potem staje na mównicy i zaciska dłonie na jej brzegu.
- Excellencies - mówi i spogląda na zebranych. Jej słuchacze są murem
ciemnych postaci. - Minister, ladies and gentlemen.
W tej samej chwili zapala się wielki reflektor i Mary stoi teraz sama w morzu światła. Przed oczami wirują białe plamki, widzi je i przez chwilę
nie może się bronić przed tym, czego wcześniej w ciągu dnia nie
pozwoliła sobie pamiętać. Przecież to było tutaj. To w tym kraju i w tym
mieście siedem lat temu straciła zdolność wypowiadania czegoś innego niż
to jedno słowo. Przejściowa afazja - orzekli lekarze po jej powrocie do
domu. Stan przypominający migrenę, którego ataki wywołuje stres oraz
mocne światło. Z ciemnego korytarza weszła do czegoś, co przypominało
salę operacyjną, tak, tak to było. Białe kafle na ścianach i podłodze.
Białe światło olbrzymiej lampy nad łóżkiem dla pacjentów. Jedno jedyne
słowo w krtani: Albatros!
Publiczność zaczyna się wiercić. Mary bardziej to czuje, niż słyszy,
dociera do niej, że stała w milczeniu o kilka sekund za długo. Zmusza
się do powrotu do teraźniejszości, spogląda na swój rękopis i czyta
szeptem pierwszy wers. Zebraliśmy się tu, żeby porozmawiać o niewolnictwie naszych czasów... Ma te słowa na końcu języka. Wciąga
powietrze, gotowa, żeby zacząć.
- Albatros! - mówi. - Albatros!