Ta, którą nigdy nie byłam - Majgull Axelsson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wspomnienie

wspo­mnie­nie

Trze­ciej nocy zaczę­łam śnić.

Cho­ciaż wcale nie spa­łam. Sie­dzia­łam z otwar­tymi oczami na krze­śle dla odwie­dza­ją­cych przy łóżku Sver­kera i nagle zoba­czy­łam sie­bie samą pod latar­nią w przy­szpi­tal­nym parku. Posta­wi­łam koł­nierz kożuszka i scho­wa­łam brodę w bia­łym futrze. Strasz­nie zimno. Mój oddech zamar­z­nie, pomy­śla­łam, może zawi­śnie w powie­trzu jak kła­czek waty cukro­wej. W tej samej chwili zoba­czy­łam tę drugą kobietę. Bie­gła przez traw­nik ubrana w zwiewną, let­nią sukienkę - białą w zie­lone groszki - obcasy jej san­da­łów na rze­myki wywier­cały kwa­dra­towe dziurki w śniegu. W pierw­szej chwili jej nie pozna­łam, nie myśla­łam o niej przez wiele lat, ist­niała na mar­gi­ne­sie mojej świa­do­mo­ści, dobrze znana i oczy­wi­sta niczym bli­zny po małych ran­kach dzie­ciń­stwa i podob­nie jak one nie­warta uwagi. Musi mar­z­nąć, pomy­śla­łam, otu­la­jąc się jesz­cze szczel­niej koł­nierzem, nie ma nawet poń­czoch. W tej samej chwili sta­nęła przede mną, spoj­rza­ły­śmy na sie­bie.

- Marie - zapy­ta­łam - to naprawdę ty? Wykrzy­wiła się.

- Mary - powie­działa - czy to naprawdę ja?

- Mary­Ma­rie - zapy­tał stłu­miony głos - nie poło­żysz się? Przy moim krze­śle przy­kuc­nęła pie­lę­gniarka, deli­kat­nie gła­dziła mnie po ramie­niu. Młoda blon­dynka w nie­bie­sko-bia­łym stroju. Świeża jak jabłuszko. Przez chwilę jej się przy­glą­da­łam, potem prze­su­nę­łam czub­kiem języka po zębach. Pokry­wała je war­stwa cze­goś dziw­nego. Kiedy ostat­nio je myłam? Nie mogłam sobie przy­po­mnieć. Kie­dyś.

Pie­lę­gniarka miała na piersi małą tabliczkę z imie­niem. Jen­ni­fer. Cześć, Jen­ni­fer, pomy­śla­łam. Podo­ba­ła­byś się Sver­ke­rowi. Szkoda, że nie może cię poznać. A wła­ści­wie to bar­dzo dobrze. Nie­sa­mo­wite szczę­ście zarówno dla cie­bie, jak i dla mnie.

Jen­ni­fer prze­krzy­wiła głowę, usi­łu­jąc się uśmiech­nąć.

- Potrze­bu­jesz snu, Mary­Ma­rie. Nic się nie polep­szy od tego, że i ty zacho­ru­jesz.

Okle­pane zda­nie, które - jak więk­szość zdań tego typu - zawie­rało prawdę. Nic by się nie polep­szyło, gdy­bym i ja zacho­ro­wała. Z dru­giej strony, nic by się też nie pogor­szyło. Na jedno wycho­dzi.

Kilka sekund cze­kała na odpo­wiedź, a kiedy ta nie nade­szła, zaczęła mnie nama­wiać bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

- Słu­chaj - powie­działa. - Mamy wystar­cza­jąco dużo pacjen­tów na tym oddziale, nie potrze­bu­jemy wię­cej... Teraz wsta­niesz, a ja zapro­wa­dzę cię do łóżka.

Wzięła mnie pod ramię i posta­wiła na nogi. Gwał­towna zmiana pozy­cji spra­wiła, że zakrę­ciło mi się w gło­wie, ale nie sta­wia­łam oporu. Przez kilka chwil sta­łam bez ruchu z zamknię­tymi oczami i cze­ka­łam, aż pod­łoga prze­sta­nie wiro­wać, potem wyśli­zgnę­łam się pie­lę­gniarce. Nie potrze­bo­wa­łam pomocy. Mogłam iść sama. Dodat­kowe łóżko było zresztą bli­sko, wystar­czyło kilka kro­ków, żeby do niego dojść. Kiedy się poło­ży­łam, poczu­łam zmę­cze­nie w całym ciele. Bolały mnie plecy. Kark też był obo­lały. Mimo to wie­dzia­łam, że nie zasnę. Kiedy Jen­ni­fer nakry­wała mnie żółtą piko­waną koł­drą, schwy­ci­łam jej far­tuch. Tyle że stra­ci­łam zdol­ność mówie­nia, w ciągu ostat­niej doby byłam w sta­nie wypo­wie­dzieć zale­d­wie jedno słowo, a to nie star­czyło, by wytłu­ma­czyć, że chcę coś na sen. Na przy­kład pigułkę. Albo strzał pro­sto w czoło. Nie mogłam powstrzy­mać tylko tego jedy­nego słowa, wyta­czało się z moich ust jak małe jajeczko. Bez udziału woli.

- Alba­tros?

W oczach Jen­ni­fer mignął strach, ale szybko go odpę­dziła. Nie ma się czego bać. Jako świeżo upie­czona dyplo­mo­wana pie­lę­gniarka wie­działa, jak radzić sobie zarówno z waria­tami, jak i z ludźmi w sta­nie szoku. Nie zdą­żyła jesz­cze zde­cy­do­wać, do któ­rej kate­go­rii mnie zali­czyć, ale nie miało to aż takiego zna­cze­nia, spo­sób trak­to­wa­nia był i tak jed­na­kowy. Życz­li­wie, lecz zde­cy­do­wa­nie. I oczy­wi­ście spo­koj­nie. Tylko nie­wzru­szony spo­kój.

- Już dobrze - powie­działa.

Nie zro­zu­miała. Przede mną kolejna bez­senna noc. Wes­tchnę­łam.

- Wes­tchnij, serce moje, ale nie pęk­nij - wyre­cy­to­wała Jen­ni­fer. - Ten, kogo kochasz, jest obo­jętny.

Zamru­ga­łam. Co?

Można to było lepiej sfor­mu­ło­wać, ale i tak wystar­czyło. Do Jen­ni­fer dotarło, co powie­działa. Przy­sło­niła usta dło­nią i wytrzesz­czyła oczy.

- Prze­pra­szam - dodała po chwili - bar­dzo mi przy­kro. Jakoś mi się wyrwało. Moja bab­cia zawsze mówiła ten wier­szyk, kiedy ktoś wes­tchnął... Nie mia­łam nic złego na myśli. Czło­wiek peszy się tak tylko wtedy, gdy zorien­tuje się, że nie­chcący powie­dział prawdę. Ten, kogo kochasz, jest obo­jętny. Jak­bym nie wie­działa. Jak­bym nie wie­działa tego od zawsze.

Pokrę­ci­łam głową, żeby ją uspo­koić. Nic się nie stało.

Wycho­dząc, zga­siła lampkę przy moim łóżku. Zdzi­wi­łam się. Jak zorien­tuje się w tych wszyst­kich prze­wo­dach i apa­ra­tach, jeśli w pokoju będzie ciemno? Z dru­giej strony, nie była to kom­pletna ciem­ność, póź­niej to zauwa­ży­łam. Latar­nie na zewnątrz prze­kształ­ciły okno w szary pro­sto­kąt pośrodku ciem­no­ści. Obok łóżka Sver­kera, ponad przy­rzą­dami i pane­lami kon­tro­l­nymi, uno­siła się jasna smuga. Czer­wone i zie­lone świa­tełka. I jesz­cze mały zie­lony punk­cik, koły­szący się ryt­micz­nie na czar­nym moni­to­rze. Ude­rze­nia jego serca.

On żyje, wyszep­tał głos wewnątrz mnie. Jesz­cze żyje. Niemo przy­tak­nę­łam ciem­no­ści. Miała rację. Jesz­cze żył.

Możliwe noty (I)

moż­liwe noty (I)

Pilne.

Amba­sada otrzy­mała dziś infor­ma­cję od władz pał­ru­skich w spra­wie oby­wa­tela szwedz­kiego, Sver­kera Sun­dina, który znaj­duje się w szpi­talu we Vla­di­ście. Leka­rze podają, że oby­wa­tel Sun­din ma skrę­cony kark po upadku z dużej wyso­ko­ści. Jest nie­przy­tomny. Przy­jęto go do szpi­tala w nocy z czwartku na pią­tek, ale amba­sada została o tym powia­do­miona dopiero w ponie­dzia­łek przed połu­dniem. Stało się to po tym, jak Sun­din został ziden­ty­fi­ko­wany przez swo­ich towa­rzy­szy podróży (Andersa Simons­sona i Nic­lasa Rund­berga), któ­rzy wcze­śniej zgło­sili jego zagi­nię­cie.

Wyżej wymie­nieni podają, że Sver­ker Sun­din jest sze­fem sztok­holm­skiej agen­cji rekla­mo­wej Ad Aspera. Jego naj­bliż­szą krewną jest żona Mary Sun­din (UWAGA! Simons­son i Rund­berg nazy­wają ją Mary­Ma­rie, ale wydaje się, że jest to prze­zwi­sko, a nie praw­dziwe imię), redak­tor naczelna dzien­nika "Afton­bla­det", zamiesz­kała na ulicy Treriksvägen 87 w Bromma. UWAGA! Jak naj­szyb­sze poin­for­mo­wa­nie żony o wypadku sta­nowi kwe­stię naj­wyż­szej wagi. Stan Sun­dina jest kry­tyczny.

Sprawy ubez­pie­cze­niowe powinny być nie­zwłocz­nie omó­wione z żoną. Leka­rze pał­ru­scy twier­dzą wpraw­dzie, że prze­wie­zie­nie pacjenta do kraju w naj­bliż­szych dniach jest wyklu­czone, ale sprawa powinna mimo to zostać omó­wiona z SOS Inter­na­tio­nal w Kopen­ha­dze.

Fax do Wydziału Kon­su­lar­nego

Amba­sady Szwedz­kiej we Vla­di­ście,

30 listo­pada 1997

Alba­trosy Dio­me­de­idae - rodzina pta­ków oce­anicz­nych, obej­muje 14 gatun­ków zamiesz­ku­ją­cych wszyst­kie oce­any połu­dniowe, pół­nocny Pacy­fik aż do wysp Gala­pa­gos oraz Hawaje i Japo­nię; prze­miesz­cza­jąc się, docie­rają także do Morza Pół­noc­nego i Ska­ger­rak. U naj­więk­szych oka­zów roz­pię­tość skrzy­deł wynosi ponad 3 metry. Alba­trosy do per­fek­cji dopro­wa­dziły tech­nikę lotu, wyko­rzy­stu­jącą róż­nice w pręd­ko­ści wia­tru, tuż nad powierzch­nią morza lub na więk­szej wyso­ko­ści (...).

Ency­klo­pe­dia Naro­dowa

SZTOK­HOLM (depe­sza TT). Szwed z cięż­kimi obra­że­niami ciała został zna­le­ziony nocą z czwartku na pią­tek we Vla­di­ście. Poli­cja podej­rzewa, że spadł albo został wyrzu­cony z okna kil­ku­pię­tro­wego budynku. Nie­które symp­tomy wska­zują na to, że przed upad­kiem męż­czy­zna został pobity. Zna­le­ziony był ponadto mocno prze­mar­z­nięty - miał na sobie jedy­nie bie­li­znę.

Szweda zna­la­zła idąca do pracy pie­lę­gniarka, która dopil­no­wała, żeby został prze­wie­ziony do szpi­tala. Leka­rze twier­dzą, że jego stan jest kry­tyczny.

Męż­czy­zna razem z dwoma kole­gami odby­wał podróż służ­bową do Vla­di­sty. Wszy­scy trzej miesz­kali w hotelu w innej czę­ści mia­sta. Kole­dzy twier­dzą, że nie wie­dzą, jak męż­czy­zna zna­lazł się na miej­scu wypadku. W czwar­tek kole­dzy męż­czy­zny powró­cili do Szwe­cji.

"Dagens Nyhe­ter", 1 grud­nia 1997

Zagad­kowy zgon

w szpi­talu Karo­lin­ska

"Dagens Nyhe­ter", 16 grud­nia 1997

Dla­tego go zabi­łam

Spo­wiedź mści­wej żony

"Expres­sen", 10 stycz­nia 1998

Kła­ma­li­śmy. Prze­cież tak naprawdę nie opła­ki­wa­li­śmy Sver­kera.

Kiedy nawza­jem pró­bo­wa­li­śmy sobie tłu­ma­czyć, co się stało, drżały nam głosy. Nie rozu­mie­li­śmy. To była zagadka. Bądźmy jed­nak ze sobą szcze­rzy. To nie Sver­kera było nam żal. Nie jego. Pła­ka­li­śmy nad sobą, nad samot­no­ścią, która nas cze­kała.

Pozo­staje zatem stwier­dzić, że w zasa­dzie nie byłam ani odro­binę zdzi­wiona tym, co dało począ­tek owemu łań­cu­chowi nie­szczęść. Sver­ker zawsze miał wyraźną skłon­ność do dzi­wek. A ty...

Brud­no­pis listu od Sis­seli Oscars­son 13 stycz­nia 1998 (ni­gdy nie­wy­słany)

Jest już za późno, Mary­Ma­rie. Nie umiem Cię pocie­szyć.

Cho­ciaż kiedy tej nocy leża­łem i myśla­łem o Tobie, przez chwilę wyda­wało mi się, że na coś wpa­dłem. Pamię­tasz Tęsk­notę za wszech­świa­tem? Mój pierw­szy tomik poezji - to zna­czy byłby nim, gdyby nie został odrzu­cony przez wszyst­kie wydaw­nic­twa. Prze­czy­ta­łaś go kie­dyś i myślę, że zro­zu­mia­łaś, że w jakimś sen­sie mówił o Tobie. Zawsze podej­rze­wa­łem, że podwój­ność nie tyczy się tylko Two­jego imie­nia. Jest tak: każda cząstka ele­men­tarna w kosmo­sie ma swoją anty­cząstkę. Razem two­rzą parę, są iden­tyczne, ale się nie tole­rują. Jeśli zanadto zbliżą się do sie­bie, ule­gają zagła­dzie i zamie­niają się w świa­tło.

Pod­czas naro­dzin wszech­świata cząstki i anty­cząstki nie­ustan­nie powsta­wały i nie­ustan­nie ule­gały uni­ce­stwie­niu. To dla­tego wszech­świat składa się głów­nie ze świa­tła. Tylko jedna miliar­dowa czą­stek wszech­świata to zwy­kła mate­ria, two­rzywo, z któ­rego ule­pieni jeste­śmy Ty, ja i Zie­mia. Ale gdzie jest antymate­ria? Gdzie szu­kać naszego lustrza­nego odbi­cia, tak bar­dzo do nas podob­nego, a zara­zem tak zupeł­nie róż­nego? Nie wiemy. Po pro­stu go nie ma. Znaj­duje się poza zasię­giem naszych myśli i rozu­mie­nia. Cho­ciaż według wszel­kich sza­cun­ków gdzieś być musi.

Wła­śnie to mogę Ci chyba dać na pocie­chę, myśl, że gdzieś jest miej­sce, w któ­rym to się nie zda­rzyło. Życzę Ci, żebyś cza­sem umiała zamknąć oczy i odpo­cząć, zasta­na­wia­jąc się nad tym.

Jed­no­cze­śnie wiem, że to nie­moż­liwe. Co się stało, już się nie odsta­nie, nie można uni­ce­stwić prze­szło­ści...

Brud­no­pis listu od Tor­stena Mats­sona 1 lutego 1998 (ni­gdy nie­wy­słany)

Ciężka próba

ciężka próba

Kiedy dotarli do amba­sady, scho­wała się w toa­le­cie. Naj­pierw nie zapa­liła nawet świa­tła, stała tylko bez ruchu, w ciem­no­ści, z czo­łem przy­tknię­tym do kafel­ków. Może miała zamknięte oczy, nie wiem, wystar­czy, że wokół niej pano­wała taka ciem­ność jak wokół mnie. Ciem­ność uspo­kaja. Daje pocie­chę.

Pra­gnęła też ciszy, ale nie mogła nie sły­szeć gło­sów innych gości. Z dru­giej strony, nie miało to więk­szego zna­cze­nia, ten stłu­miony gwar dobrze wycho­wa­nych gło­sów. Mogła go znieść. Gdyby tylko dało się przez chwilę odpo­cząć w ciem­no­ści, prze­szłoby jej to kłu­cie w języku i lek­kie drę­twie­nie pra­wej ręki. I jesz­cze ból głowy, czy­ha­jący nad pra­wym okiem. Tak, były znaki ostrze­gaw­cze, cho­ciaż nie chciała tego uznać. Nie żeby miało to dla mnie zna­cze­nie. Mary zawsze uwiel­biała swoje ilu­zje, a ja naj­le­piej czu­łam się z nią wła­śnie wtedy, gdy je w sobie pie­lę­gno­wała. Już parę lat temu Mary prze­ko­nała sie­bie samą, że jest bez­pieczna, a to, co kie­dyś stało się z jej umie­jęt­no­ścią mówie­nia, już się nie zda­rzy, nawet nie może się zda­rzyć. Prze­szłość była czymś, co jakoś znio­sła, co minęło, zostało prze­żyte, ode­szło. Teraz wszystko jest ina­czej. Ona jest inna. Kłu­cie i drę­twie­nie nie mają więc spe­cjal­nego zna­cze­nia, a ból głowy, no tak, może dałoby się go wytłu­ma­czyć tym, że w cza­sie lotu nad Bał­ty­kiem H?kan Berg­man sie­dział w tym samym samo­lo­cie co ona. Nie żeby to zauwa­żyła, zwró­ciła na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy już wstała po wylą­do­wa­niu. Sie­dział w rzę­dzie za nią i wyglą­dało na to, że cier­pli­wie czeka na swoją kolej. Nie śpie­szył się, wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego z sytu­acji. Pani mini­ster i jej świta mogli spo­koj­nie zbie­rać swoje papiery i teczki. Kiedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, uśmiech­nął się lekko do Mary i kiw­nął jej ręką.

- Cześć, Mary - powie­dział stłu­mio­nym gło­sem. - Jak się czu­jesz z powro­tem tutaj?

Mary udała, że nie sły­szy, odwró­ciła wzrok i skon­cen­tro­wała się na wkła­da­niu płasz­cza. Czuła, że H?kan nie spusz­cza z niej wzroku.

- Do zoba­cze­nia na kon­fe­ren­cji - dodał. - Jestem cie­kaw two­jego prze­mó­wie­nia. Bar­dzo cie­kaw.

Mru­gam i otwie­ram oczy, znowu czuję się w pełni sobą. Ciem­ność wcale nie jest taka nie­prze­nik­niona, teraz to widzę. Reflek­tory na zewnętrz­nym ogro­dze­niu spra­wiają, że noc wydaje się szara, tak jakby zaraz miało świ­tać. Jest bar­dzo cicho, ale jeśli czło­wiek uważ­nie się wsłu­cha, oka­zuje się, że ciszę wypeł­niają dźwięki. Gumowe pode­szwy szep­czą coś do lino­leum. Brzę­czą klu­cze. Jakieś głosy mru­czą, kiedy Rosita już po raz trzeci tej nocy zostaje wypusz­czona do toa­lety. Od czasu do czasu sły­chać ostry, cichy dźwięk z sąsied­niej celi, w któ­rej sie­dzi Ana­sta­sia. Pła­cze czy śpiewa w swoim języku? Nie potra­fię powie­dzieć.

Już jutro wszystko to będzie poza moim zasię­giem. Wspo­mnie­nie, do któ­rego nie da się dotrzeć. Być może kie­dyś nie będę nawet pewna, czy to prawda, czy naprawdę zda­rzyło się tak, że ja, Marie Sun­din, córka Her­berta i Renate, kie­dyś żona Sver­kera, poza tym redak­tor naczelna i człon­kini Klubu Bilar­do­wego Przy­szłość, spę­dzi­łam prze­szło sześć lat w wię­zie­niu Hin­se­berg. Ska­zana za mor­der­stwo.

Cią­gle nie mogę w to uwie­rzyć. To już ostat­nia noc w wię­zie­niu, a ja wciąż nie mogę w to uwie­rzyć.

Dużo bar­dziej praw­do­po­dobne byłoby, gdyby życie podą­żyło swoim usta­lo­nym torem, gdy­bym po okre­sie zagu­bie­nia i roz­pa­czy, a następ­nie tera­pii i wiel­kich porząd­ków psy­chicz­nych, zde­cy­do­wała się na lojalne prze­trwa­nie w mał­żeń­stwie. Być może pogrą­ży­ła­bym się w pracy i moja kariera nabra­łaby przy­śpie­sze­nia, prze­cież już wtedy, gdy to się stało, moje nazwi­sko stale wymie­niano w dys­ku­sjach na temat nowych mini­strów. Ow­szem. I tak to się mogło poto­czyć. Gdy­bym wów­czas nie unio­sła ręki, gdy­bym nie schwy­ciła tam­tego kabla i go nie szarp­nęła, była­bym dziś kimś innym. Na przy­kład kobietą, która stoi z czo­łem przy­ci­śnię­tym do kafel­ków w toa­le­cie amba­sady, gdzieś w świe­cie, panią mini­ster, która wykra­dła sobie chwilę samot­no­ści przed wszyst­kimi cze­ka­ją­cymi ją tego dnia obo­wiąz­kami. Oczy­wi­ście każda minuta jest zapla­no­wana. Naj­pierw lunch w amba­sa­dzie. Następ­nie wyjazd na kon­fe­ren­cję. Cere­mo­nia otwar­cia. Prze­mó­wie­nie pani mini­ster. Inne prze­mó­wie­nia. Wyjazd do hotelu. Zmiana ubra­nia. Kola­cja w ratu­szu w mie­ście, któ­rego nazwy naprawdę przez chwilę nie­po­dobna sobie przy­po­mnieć... Myślę, że pamięć Mary naprawdę nie działa tak, jak powinna, i że budzi to jej nie­po­kój. Sądzi, że to jej wina, że ma zwią­zek z fak­tem, iż celowo usi­ło­wała wyple­nić z sie­bie wspo­mnie­nie tam­tego dnia przed sied­miu laty, kiedy to na progu jej gabi­netu nagle sta­nęła Anna, ta, która całe jej życie podzie­liła na Przed i Po. Wpraw­dzie Mary nauczyła się marsz­czyć twarz w wyra­zie sto­no­wa­nego smutku, kiedy ktoś wspo­mina o tam­tym dniu, ale to tylko gra, uda­wa­nie. Tak naprawdę nawet nie sły­szy, co ludzie mówią, słowa tracą swoje zna­cze­nie na długo przed­tem, nim dotrą do jej błon bęben­ko­wych. Tak samo zde­cy­do­wa­nie odpy­cha wła­sne myśli. Dopiero po paru latach zorien­to­wała się, że decy­zja ta ma swoją cenę. Wcze­śniej mogła zaglą­dać do prze­szło­ści, kiedy przy­szła jej na to ochota, teraz drzwi do niej są zamknięte. Mary nie może już uczy­nić nud­nego zebra­nia bar­dziej zno­śnym dzięki wspo­minaniu Mid­som­mar1 z Klu­bem Bilar­do­wym Przy­szłość, nie sły­szy już śmie­chu i gło­sów innych, nie przy­po­mni sobie, jakie to uczu­cie, kiedy późno w nocy wtu­lasz poli­czek w kłu­jący weł­niany swe­ter, nie wie­dząc nawet, nie dba­jąc wręcz o to, czy nosi go Magnus, Tor­sten, czy Per. Stra­ciła zresztą nie tylko wszyst­kie święta Mid­som­mar. Dzie­ciń­stwo, dora­sta­nie, praca i pierw­sze lata ze Sver­ke­rem nie są już wspo­mnie­niami, jedy­nie suchą wie­dzą. Wie, że wycho­wy­wała się w bia­łym domu, że matka ochrzciła ją Mary, ale ojciec nazy­wał Marie, i że jesz­cze jako nasto­latka bawiła się, że ma dwa życia, że ist­nieje jakieś dru­gie ja, które budzi się, kiedy ona zasy­pia, i zapada w sen, kiedy ona się budzi. Wie też, że jej matka zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym tuż po tym, jak Mary skoń­czyła dwa­dzie­ścia cztery lata, a ojciec, który w tym samym wypadku odniósł cięż­kie obra­że­nia, żył jesz­cze cztery lata. Ale tego nie pamięta. Puste słowa. Całe jej życie zamie­niło się w słowa.

Cho­ciaż może wszystko dąży ku lep­szemu. Dziś rano obu­dził ją nie­po­kój, że nie pozna Pera, kiedy się znów spo­tkają. Pomimo wysił­ków nie mogła sobie przy­po­mnieć, jak on wygląda. Pozo­stał tylko opis: blon­dyn, nie­bie­skie oczy. Mar­twiła się nie­po­trzeb­nie; kiedy jej dele­ga­cja weszła do pokoju VIP-ów na lot­ni­sku, nie miała wąt­pli­wo­ści. Męż­czy­zna w głębi pomiesz­cze­nia, w roz­pię­tym pal­cie i z rękami zało­żo­nymi na ple­cach to na pewno Per. Zmie­nił się. Na­dal ma gęste włosy w kolo­rze zboża, ale od ostat­niego razu spu­chła mu twarz i zwę­ziły się oczy. Dużo whi­sky, pomy­ślała. Dużo whi­sky i cią­gnące się po nocach roz­prawy karne. Upo­rczy­wie się jej przy­glą­dał, ale nie zro­bił kroku. Miało to swoje zna­cze­nie, oboje o tym wie­dzieli, jako amba­sa­dor powi­nien stać tuż przy drzwiach i powi­tać ją pierw­szy. Być może była to jesz­cze jedna kara, dość nie­zręczna i spóź­niona, za to, że zoba­czył, jak razem z Tor­ste­nem pły­wają nago w jezio­rze Hästerumssjön pod­czas ostat­niej nocy Mid­som­mar z Klu­bem Bilar­do­wym Przy­szłość.

- Mary­Ma­rie - powie­dział, kiedy do niego pode­szła.

- Per.

- Dawno się nie widzie­li­śmy.

- Tak.

- Gra­tu­luję nomi­na­cji na mini­stra.

- Dzię­kuję.

- A jak tam Sver­ker?

- Ani lepiej, ani gorzej.

- Niech to szlag.

- Tak.

- Naprawdę, niech to szlag.

- Tak.

- To jedziemy?

- Tak.

Ktoś chrząka dys­kret­nie w kory­ta­rzu przed drzwiami toa­lety i Mary zaczyna się śpie­szyć. Obma­cuje ścianę w poszu­ki­wa­niu kon­taktu. Za chwilę stoi już, mru­żąc oczy ośle­pione halo­ge­nową żarówką. Alba­tros, prze­la­tuje jej przez myśl, cho­ciaż sama nie rozu­mie, o co jej cho­dzi. Roz­gląda się wokół. Sty­lowa mała toa­leta w amba­sa­dzie: na ścia­nach kafelki z bor­diurą kon­tra­stują ze zgrzebną ele­gan­cją pły­tek pod­ło­go­wych. Ktoś - być może Anna - pró­bo­wał zmięk­czyć wra­że­nie tej suro­wej nowo­cze­sno­ści: przy umy­walce roz­ło­żono paste­lowy wachlarz gościn­nych ręcz­ni­ków, ale nie­wiele to pomaga. Blada twarz w lustrze nie czyni obrazu cie­plej­szym. Jest zbyt nie­wy­raźna. Roz­ma­zuje się. Trudno ją zoba­czyć i opi­sać.

Mary nie wie­rzy już wła­snemu odbi­ciu. Cza­sem widuje w gaze­tach swoją twarz, która nie przy­po­mina w niczym tej z lustra w łazience. Twarz z gazety ma wąskie wargi i podejrz­liwe spoj­rze­nie, pod­czas gdy ta z lustra uśmie­cha się nie­mal dziew­częco, a wokół jej oczu jest pełno zmarsz­czek od śmie­chu. Mary bar­dzo nie lubi twa­rzy z gazet, tak bar­dzo, że poin­for­mo­wała wła­sną sekre­tarz pra­sową, że w wycin­kach, które lądują na jej biurku, nie może być zdjęć jej samej. Zorien­to­wała się, że w mini­ster­stwie krążą plotki na ten temat. I dobrze. Nie ma nic prze­ciwko temu. Byłoby gorzej, gdyby wyszło na jaw, że prze­stała już czy­tać gazety codzienne, że nie jest nawet w sta­nie ich otwo­rzyć. Prawda jest taka: nie lubi patrzeć na swoje wydru­ko­wane nazwi­sko. Od paru mie­sięcy bazuje tylko i wyłącz­nie na wia­do­mo­ściach radio­wych. Tak dalej być nie może, zdaje sobie z tego sprawę, ale nie wie, co pora­dzić.

Kolejne chrząk­nię­cie. Mary szyb­kim ruchem wyj­muje z torebki szminkę, maluje górną wargę i przy­ci­ska do dol­nej, prze­cze­suje dło­nią włosy, odkręca kran. Kiedy leci woda, Mary liczy sekundy: tysiąc jeden, tysiąc dwa, tysiąc trzy, na razie nie sięga po mydło. Nie musi myć rąk, ale czło­wiek za drzwiami nie może tego wie­dzieć, więc Mary kom­po­nuje dla niego odgłosy, które towa­rzy­szy­łyby myciu. W ten spo­sób unik­niemy dys­ku­sji, myśli. Jakby za drzwiami stała Renate, gotowa do inter­pre­to­wa­nia, oce­nia­nia i kry­ty­ko­wa­nia postę­po­wa­nia córki. Oczy­wi­ście, to nie ona. Renate od ponad dwu­dzie­stu pię­ciu lat jest pro­chem. To Anna. Kiedy drzwi się otwie­rają, cofa się o krok i roz­kłada ramiona.

- Mary­Ma­rie! - woła. - Jak dobrze cię widzieć.

Kie­dyś Anna była sekre­ta­rzem pra­so­wym Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych i to ona powia­do­miła wszyst­kich, co przy­da­rzyło się Sver­ke­rowi. Wcze­śniej nale­żała do kręgu przy­ja­ciół i w związku z tym - ta myśl prze­myka gdzieś w tyle głowy Mary - z całą pew­no­ścią była obiek­tem uwo­dzi­ciel­skich sztu­czek Sver­kera, przy­naj­mniej przez jakiś czas. Być może Sver­ker odniósł nawet suk­ces. Nie żeby Anna lub on kie­dy­kol­wiek zostali na czymś przy­ła­pani, ist­nieją tylko poszlaki, które nie sta­no­wią wystar­cza­ją­cego dowodu. Przy­naj­mniej nie dla Mary. Spoj­rze­nia się nie liczą. Ani prze­lotna piesz­czota, kiedy mija­jące się w drzwiach osoby myślą, że nikt ich nie widzi. Mogła być prze­cież zwy­kłym przy­ja­ciel­skim gestem. Teo­re­tycz­nie.

Anna jest na­dal pulchna i tak jak kie­dyś ma oczy wie­wiórki, ale coś się w niej zmie­niło. Nie cho­dzi tylko o to, że na szyi zaczęły już odci­skać swoje ślady lata, ale także o coś nowego w spo­so­bie bycia, coś, co ma nie­wiele wspól­nego z Anną, którą Mary pamięta z Klubu Bilar­do­wego Przy­szłość. Nie ma już tam­tej zde­cy­do­wa­nej ide­alistki z potar­ga­nymi wło­sami. Stoi przed nią wyjąt­kowo zadbana żona amba­sa­dora, z fry­zurą na pazia, w mary­narce z aksa­mit­nym koł­nie­rzem. Naresz­cie okieł­znana, myśli Mary, odpy­cha­jąc cień tęsk­noty, który przez nią prze­myka. Anna była czę­ścią jej daw­nego życia, do któ­rego dziś tęskni.

- Och! - mówi, roz­kła­da­jąc ramiona. - Anna!

Anna nawet pach­nie jak żona amba­sa­dora, Mary czuje ten zapach, kiedy cmo­kają powie­trze obok swo­ich policz­ków. Słodko-kwa­śny. Cofają się o krok i przez chwilę przy­glą­dają sobie nawza­jem, potem Anna prze­chyla głowę i ści­sza głos, nim zada nie­unik­nione pyta­nie:

- Jak Sver­ker?

Mary wzru­sza lekko ramio­nami.

- Jest, jak jest.

Anna potrząsa głową.

- To takie smutne - mówi. - Takie potwor­nie smutne.

Oczy­wi­ście jest tak, jak mówi Anna, wła­śnie tak o tym trzeba mówić. Anna zawsze ma pod ręką wła­ściwe słowa, ma nimi wypchane policzki, zupeł­nie jak cho­mik, wystar­czy lekko ruszyć języ­kiem, żeby owe słówka się wysy­pały.

Cie­kawa jestem, jakiego fra­zesu uży­łaby, gdyby mnie teraz zoba­czyła? Pew­nie tego samego, może wypo­wie­dzia­nego ostrzej­szym tonem. Takie smutne. Takie potwor­nie smutne. Cho­ciaż jed­no­cze­śnie, pod powierzch­nią, byłaby dość zado­wo­lona. Anna zawsze prze­li­czała porażki innych kobiet z Klubu Bilar­do­wego Przy­szłość na punkty dla sie­bie. Z dru­giej strony, myślę, że tak naprawdę w jakimś zaka­marku duszy byłaby też zazdro­sna. Zawsze zazdro­ściła tym, któ­rzy kochają i nie­na­wi­dzą.

Zie­lone cyferki na sta­rym radiu z budzi­kiem przy moim łóżku drżą i zmie­niają się. Już po trze­ciej. Za nie­całe cztery godziny prze­kręci się klucz w zamku. Bar­dzo dużo wyda­rzy się rano. Powin­nam jesz­cze zasnąć. Muszę spać.

Tylko że gdzieś pod moimi powie­kami Mary siada przy zasta­wio­nym jedze­niem stole w amba­sa­dzie. Oczy­wi­ście, posa­dzono ją po pra­wej stro­nie Pera, w prze­ciw­nym wypadku byłoby to zbyt wyraźne zła­ma­nie pro­to­kołu. Naj­pierw panuje mię­dzy nimi cisza, potem Mary wciąga głę­boko powie­trze i zaczyna mówić o budynku, w któ­rym odbę­dzie się kon­fe­ren­cja. Czy to prawda, że kie­dyś był to kościół?

- Tak - odpo­wiada Per. - W cza­sach komu­ni­zmu prze­ro­biono go na teatr, a teraz stał się obiek­tem kon­fe­ren­cyj­nym. Naj­lep­szym, jaki mają. Co w rze­czy samej nie­wiele zna­czy.

- Więc ty nie jesteś nim zachwy­cony?

Per odwraca się i udaje, że się jej przy­gląda, choć w grun­cie rze­czy utkwił wzrok w jej lewej skroni. Uśmie­cha się.

- Rzadko mnie coś zachwyca - mówi. - Myśla­łem, że o tym pamię­tasz.

Mary robi zmę­czoną minę. Jedna uszczy­pli­wość przy­jęta i zare­je­stro­wana. Będzie ich wię­cej, zdaje sobie z tego sprawę. Kobiecy suk­ces ma cenę. Sama jest do tego stop­nia ukształ­to­wana przez hie­rar­chię daw­nych lat, iż łapie się na tym, że ma ochotę prze­pro­sić Pera: Prze­pra­szam. Naprawdę nie chcia­łam zro­bić więk­szej kariery niż ty! Przez sekundę kusi ją nawet, żeby wyznać, iż każdy dzień koń­czy się dla niej pra­gnie­niem zszo­ro­wa­nia ze swo­jej skóry wstydu. Powstrzy­muje się od tych zwie­rzeń w ostat­niej chwili: bez sensu, i tak nie pojąłby, o czym mówi. Nawet Tor­sten i Sis­sela, naj­mą­drzejsi człon­ko­wie Klubu Bilar­do­wego Przy­szłość i jedyni, z któ­rymi miała kon­takt w ostat­nich latach, nie rozu­mieją, o co jej cho­dzi, kiedy pró­buje opo­wia­dać im o wsty­dzie, który ją prze­śla­duje, odkąd została mini­strem. Myślą, że ma na myśli nie­chęć do poli­ty­ków, a to nie takie pro­ste. Raczej wstyd zwią­zany z całą współ­cze­sną sferą publiczną, z tym, że od każ­dej osoby, na którą pad­nie świa­tło reflek­to­rów, ocze­kuje się, że w zamian da coś z sie­bie, coś pry­wat­nego, oso­bi­stego, coś głę­boko intym­nego, ze środka. To waru­nek, a ten, kto nie jest gotowy mu spro­stać, musi pogo­dzić się, że zosta­nie uznany za wynio­słego i peł­nego pogardy. Roz­wią­za­niem jest, oczy­wi­ście, kłam­stwo, fra­ter­ni­zo­wa­nie się na niby, cicha zgoda na uprosz­cze­nie, na to, że sta­niesz się czło­wie­kiem, któ­rego całe życie i osoba mogą zostać pod­su­mo­wane w zale­d­wie kilku sło­wach. Mini­ster do spraw pomocy roz­wo­jo­wej. Nie­bie­sko­oka blon­dynka, bar­dzo obo­wiąz­kowa. Nie­zbyt roz­ryw­kowa, ale - Boże mój - nie można wyma­gać zbyt wiele.

Po dru­giej stro­nie stołu cały czas sły­chać głos Anny, unosi się i opada, coraz to zmie­nia­jąc tona­cję, pod­czas gdy Anna roz­sy­puje pośród gości swoje pyta­nia, kom­ple­menty i komen­ta­rze. Więk­szość zapro­szo­nych sta­no­wią kobiety, nie­które ude­rza­jąco skrom­nie ubrane, ich spoj­rze­nia z nie­po­ko­jem krążą wśród sto­ło­wych krysz­ta­łów i sre­ber.

- Orga­ni­za­cje poza­rzą­dowe - wyja­śnia Per i bie­rze do ręki szklankę z wodą. Gestem przed­sta­wia jej kobietę sie­dzącą po lewej stro­nie.

Mary uśmie­cha się i wyciąga rękę. Kobieta ma siwe włosy i szary kostium, jej dłoń jest cie­pła i sucha. Per mówi kilka słów w obcym języku, potem znowu odwraca się do Mary.

- Ta pani jak-tam-ona-się-nazywa jest prze­wod­ni­czącą Sto­wa­rzy­sze­nia na rzecz Osób Zagi­nio­nych. Nie zna angiel­skiego.

- Ale ty możesz z nią roz­ma­wiać? Znasz język?

- Tylko kilka fraz grzecz­no­ścio­wych. Anna jest w tym dużo lep­sza.

Anna, która obser­wuje ich ze swo­jego miej­sca po dru­giej stro­nie stołu, nachyla się teraz w ich kie­runku i pod­kre­śla każde wypo­wia­dane słowo, stu­ka­jąc lekko w obrus paznok­ciem wska­zu­ją­cego palca:

- Sto­wa­rzy­sze­nie na rzecz Osób Zagi­nio­nych naprawdę robi dobrą robotę, żeby­ście wie­dzieli. Lep­szą niż organy pań­stwowe. Pro­wa­dzą wła­sne docho­dze­nia, zaj­mują się dziew­czy­nami, które wra­cają z bur­deli w całej Euro­pie, zała­twiają dla nich miesz­ka­nia, opiekę lekar­ską i pomoc psy­cho­lo­giczną... A mimo to nie dostają pra­wie żad­nych środ­ków finan­so­wych.

Sie­dząca obok Anny kobieta kła­dzie rękę na jej ramie­niu i coś mówi, Anna słu­cha z prze­chy­loną głową, a potem jesz­cze raz odwraca się w kie­runku Mary i szep­cze teatral­nie:

- Wszyst­kie są krew­nymi.

Kobieta obok niej kiwa głową, tak jakby rozu­miała, co Anna powie­działa. Ma bar­dzo duże oczy. Oczy dzi­kiego zwie­rzątka w kociej twa­rzy.

- Co masz na myśli? - pyta Mary.

Anna ści­sza głos, ale każde słowo wyma­wia bar­dzo wyraź­nie:

- Stra­ciły kogoś. Wszyst­kie.

- Yes - mówi nagle kobieta-kot. - Ver­lo­ren. Wir haben alle jemand...

Jej głos zamie­nia się w mam­ro­ta­nie, przez chwilę kobieta patrzy w stół. Kiedy znowu pod­nosi wzrok, patrzy pro­sto w oczy Mary.

- My son - mówi. - Zwölf Jahre...

Anna przy­krywa jej dłoń ręką. Podwójny gest, pocie­sza­jący i uci­sza­jący zara­zem.

- Cztery lata temu stra­ciła swo­jego synka... Miał dwa­na­ście lat.

- Jak to stra­ciła?

- Był na dwo­rze, bawił się... I znik­nął. Po pro­stu go nie ma.

Kobieta-kot pochyla się do przodu. Jej brą­zowe oczy błysz­czą.

- Wir reden nim­mer - mówi. - Never. Ever.

Anna zerka szybko na Pera, a potem zniża głos:

- Jej mąż nie chce o tym mówić. Zacho­wuje się tak, jakby chło­piec ni­gdy nie ist­niał. Nie chce wyma­wiać jego imie­nia...

Kobieta-kot kła­dzie obie dło­nie na bia­łym obru­sie i słu­cha z uwagą, wygląda, jakby zamie­rzała wstać, ale zatrzy­muje się w pół drogi i zamiast tego przy­kłada prawą rękę do piersi.

- Er lebt! - krzy­czy. - I can feel it. In here!

Jej głos prze­cina stłu­miony gwar. Zapada cisza, wszyst­kie spoj­rze­nia kie­rują się w jej stronę. Ona zdaje się tego nie zauwa­żać, sie­dzi bez ruchu, z błysz­czą­cymi oczami i ręką na piersi. Mary odwraca wzrok, nagle zawsty­dzona w imie­niu kobiety i zawsty­dzona tym, że się za nią wsty­dzi. To nie jest świat, w któ­rym wolno obna­żać swoje rany, to świat, w któ­rym mówi się o swoim smutku ści­szo­nym gło­sem, nie patrząc nikomu w oczy. O ile w ogóle się o nim wspo­mina, o ile nie pocho­wało się tego smutku tak głę­boko, że nie da się go już dosię­gnąć.

Per zastygł w bez­ru­chu, ale teraz unosi już kie­li­szek, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nie w kie­runku Anny. Wszystko wska­zuje na to, że tego wie­czoru czeka ją sypial­niana roz­prawa karna. Per uzna, że wyskok kobiety-kota to jej wina. Czy nie powinna być na tyle roz­sądna, by nie sadzać tej nie­zrów­no­wa­żo­nej osoby w pobliżu Mary­Ma­rie? Nie mogła się domy­ślić, że dopro­wa­dzi to do jakiejś żenu­ją­cej sytu­acji?

Wiele razy sły­sza­łam, jak Per pro­wa­dzi sypial­niane roz­prawy karne. Kiedy byli­śmy bar­dzo mło­dzi, każ­dej nocy świę­to­jań­skiej słu­cha­li­śmy ze Sver­ke­rem, jak Per stro­fuje Annę w pokoju obok. Naj­czę­ściej cho­dziło o innych męż­czyzn, o to, że Tor­sten szep­nął jej coś do ucha, a Magnus pogła­skał ją po karku pod­czas tańca. Jed­nak cza­sem to Anna była nie­moż­liwa, za dużo się śmiała, za gło­śno mówiła albo sie­działa cicho z nadętą miną. Tak czy owak, Per musiał się za nią wsty­dzić. Zawsze musiał się wsty­dzić za Annę.

Nie żeby było to widoczne. W obec­no­ści innych ludzi Anna i Per zamie­niali się w parę ide­alną. Już jako dwu­dzie­sto­latka Anna do per­fek­cji opa­no­wała sztukę wsu­wa­nia ręki pod ramię Pera i opie­ra­nia policzka na ręka­wie jego mary­narki w spo­sób, który wyra­żał wzru­sza­jącą ufność, pod­czas gdy on, jakby w przy­pły­wie czu­łego roz­tar­gnie­nia, prze­su­wał war­gami po jej wło­sach. Zajęło mi to nie­mal dzie­sięć lat - zro­zu­mie­nie, że ci dwoje to tak naprawdę wro­go­wie, któ­rzy ście­rają się i poje­dyn­kują ze sobą, że toczy się mię­dzy nimi ukryta walka - walka, w któ­rej bro­nią są szyb­kie spoj­rze­nia, rzu­cane kątem oka, i nie­mal nie­wi­doczne gry­masy twa­rzy. Kiedy Per mówi o potrze­bie reali­stycz­nej szwedz­kiej poli­tyki zagra­nicz­nej, Anna z pogardą wygina wargi - dla­czego Perowi wydaje się, że ludziom impo­nuje jego tani cynizm? Kiedy Anna opo­wiada o arty­kule na temat róż­nych zbrodni prze­ciw pra­wom czło­wieka, Per unosi brwi i spo­gląda w bok. Poli­tycz­nie poprawna bigo­te­ria jest czymś żenu­ją­cym. Nie­sa­mo­wi­cie żenu­ją­cym.

Anna rzadko się odzy­wała, kiedy Per wygła­szał swoje sypial­niane mono­logi, przez cienką ścianę docie­rał do nas jedy­nie jego głos.

- Może Anna śpi - powie­dzia­łam kie­dyś do Sver­kera. - Albo czyta książkę.

Wra­ca­li­śmy wła­śnie do domu po obcho­dach Mid­som­mar. Sver­ker pro­wa­dził.

Jesz­cze nic się nie stało. Jesz­cze nie zaczęło się dziać.

- Nie - odpo­wie­dział Sver­ker. - Nie śpi. Prze­cież potem upra­wiają seks.

Nie zwró­ci­łam na to uwagi, ale rze­czy­wi­ście następ­nego roku, w Mid­som­mar, usły­sza­łam, że to prawda. Sypial­niana roz­prawa karna zakoń­czyła się chwilą ryt­micz­nego skrzy­pie­nia wysłu­żo­nych sprę­żyn. Bar­dzo krótką chwilą. Poza tym nie było sły­chać nic, żad­nych gło­sów, stłu­mio­nych krzy­ków pożą­da­nia lub bólu, żad­nych jęków ani stęk­nięć. A mimo to następ­nego ranka Anna opie­rała głowę na ramie­niu Pera i gła­skała jego ramię w spo­sób, który miał chyba wyglą­dać na sen­su­alne przy­po­mnie­nie o roz­ko­szach nocy.

- Może czyta tę książkę także wtedy, kiedy upra­wiają seks - zauwa­ży­łam w dro­dze do domu.

Sver­ker nie odpo­wie­dział. Bar­dzo długo pano­wała mię­dzy nami cisza.

Ana­sta­sia już nie śpiewa. Ani nie pła­cze.

Mam nadzieję, że zasnęła, wygląda na taką, któ­rej potrzeba dużo snu. Przy­po­mina cień, mały, blady cień z ciem­nymi wło­sami i pasecz­kiem pie­gów na nosie. Może jest po pro­stu nie­do­ży­wiona, prze­cież nic nie je. Rano wypija z nami wszyst­kimi fili­żankę kawy, ale wzdryga się i kręci głową, kiedy ktoś wska­zuje na koszyk z pie­czy­wem albo sok. Ni­gdy nie przy­cho­dzi na lunch ani na kola­cję; gdy tylko dowiozą jedze­nie na nasz oddział, wśli­zguje się do swo­jej celi i zamyka za sobą drzwi. Nikt nie wydaje się zwra­cać na to uwagi.

Cie­kawa jestem, co ona takiego zro­biła?

Pew­nie cho­dzi o jakiś rodzaj prze­mocy. W Hin­se­bergu sta­rają się oddzie­lić ska­zane za mor­der­stwa i zabój­stwa od osa­dzo­nych za kra­dzieże i prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe. Na tym oddziale chyba wszyst­kie kogoś zabiły. Sporo odsia­duje doży­wo­cie, co ozna­cza, że prze­moc, któ­rej się dopu­ściły, była szcze­gól­nie okrutna. Roz­wa­lały czaszki, strze­lały mię­dzy oczy i pod­rzy­nały gar­dła z nie­zwy­kłą bru­tal­no­ścią; spra­wia to, że osoba, która tylko odłą­czyła kabel, może czuć się przy­jem­nie pra­wo­rządna i nor­malna.

Trudno mi jed­nak wyobra­zić sobie, że Ana­sta­sia kogoś zabiła. Nie tylko dla­tego, że jest taka malutka i wiotka, ale także dla­tego, że wydaje się zalęk­niona. Wzru­sza ramio­nami i patrzy w zie­mię, jej postawa zdra­dza, że nawy­kła do bicia i że nie należy do tych, które oddają. Cho­ciaż ni­gdy nie wia­domo. Cza­sami prze­moc może zasko­czyć nawet jej sprawcę. Spy­taj o to mnie. Albo Mary.

Mary stoi teraz przy fran­cu­skim oknie w salo­nie, odwró­cona ple­cami do innych gości. Migrena nasi­liła się, ale Mary nie pozwoli sobie przy­znać się do tego. W ostat­nich latach z pre­me­dy­ta­cją wyparła ze świa­do­mo­ści wszyst­kie pomniej­sze bóle i symp­tomy, które mar­twiły ją w mło­do­ści. Była wtedy pełną lęku osobą, która czę­sto myślała o swo­jej odpor­no­ści immu­no­lo­gicz­nej i zawsze czuła na ple­cach oddech śmierci; teraz nie dostrzega nawet, że boli ją tak bar­dzo, że musi zamknąć jedno oko, kiedy ogląda widok na zewnątrz. Jesień roz­go­ściła się już na dobre, ludzie na ulicy pośpiesz­nie idą w mżawce, a drzewa zaczęły się żół­cić.

- To bomby - mówi Anna za jej ple­cami.

Mary odwraca się i marsz­czy czoło, Anna z uśmie­chem podaje jej fili­żankę kawy.

- Fakt, że jest tu tyle par­ków - wyja­śnia - ma zwią­zek z bom­bar­do­wa­niami w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej. Znisz­czone dziel­nice prze­ro­biono na parki... Dla­tego mia­sto jest dziś takie zie­lone.

- Dobrze ci tutaj?

Anna wzru­sza ramio­nami.

- No cóż. Zawsze lepiej tu niż w Isla­ma­ba­dzie.

- Jak długo tu jeste­ście?

- Rok.

- Czyli zostały wam trzy.

Anna znowu wzru­sza ramio­nami, ale nie odpo­wiada. Zapada cisza, Mary pod­nosi do ust fili­żankę i wypija łyk.

- A jak ty się tutaj czu­jesz? - pyta Anna pół­gło­sem. - Wła­śnie w tym mie­ście?

Mary w odpo­wie­dzi wydaje cichy dźwięk. Wie, na co się teraz zanosi, ale nie wie, jak tego unik­nąć.

- Ostat­nim razem nie zdą­ży­łaś się prze­cież rozej­rzeć. I, szcze­rze mówiąc, byłoby dość dziwne, gdy­byś wybrała się na zwie­dza­nie w cza­sie, gdy Sver­ker...

Mary naj­pierw przy­ta­kuje, a potem kręci głową, ale sama nie wie, co chce przez to wyra­zić. Anna, wpa­tru­jąc się w nią, wypija łyk kawy.

- Myślę, że jesteś wspa­niała - mówi po chwili. - To, że z nim zosta­łaś. Że się nim zaję­łaś. Pomimo wszystko.

Mary spusz­cza wzrok, wpa­truje się w fili­żankę z kawą, nie ma ucieczki.

- Nie wiem, czy ja dała­bym sobie z tym radę - mówi Anna. - Nie sądzę. Chy­ba­bym go zabiła.

Mary rzuca jej spoj­rze­nie, które mówi: wystar­czy już. Anna tego nie dostrzega, może tylko udaje, mie­sza w swo­jej fili­żance i mówi dalej:

- Byłoby ina­czej, gdyby cho­dziło o zwy­czajny romans. Rozu­miesz, romanse miała więk­szość z nas i więk­szość też musiała je zno­sić. Ale to... Prze­pra­szam, że to mówię, ale to było takie...

Tanie! Anna nie koń­czy zda­nia, ale nie­wy­po­wie­dziane słowo pozo­staje pomię­dzy nimi. Język Mary wydaje się spuch­nięty i obcy, kiedy unosi swoją fili­żankę, jak gdyby nic jej nie dotknęło, i upija kolejny łyk kawy. Pozo­stali goście zaczęli już wycho­dzić, tylko kilku ociąga się w ocze­ki­wa­niu na samo­chody, które zawiozą ich do sali kon­fe­ren­cyj­nej.

- Ale ty mu prze­ba­czy­łaś i zosta­łaś - cią­gnie Anna, kła­dąc białą jak ala­ba­ster dłoń na ręka­wie mary­narki Mary. - Uwa­żam, że to wspa­niałe. Zupeł­nie fan­ta­styczne.

Mary odsuwa rękę i zerka na swój zega­rek.

- Och - mówi, bar­dzo sta­ran­nie arty­ku­łu­jąc słowa spuch­nię­tym języ­kiem - trzeba się śpie­szyć.

To dobra wymówka. Jedyna moż­liwa do zaak­cep­to­wa­nia. Może to dla tej wymówki Mary zgo­dziła się zostać mini­strem. Ciężka praca i wypeł­niony kalen­darz to sku­teczna ochrona przed świa­tem. Mimo to czę­sto narzeka na swój prze­ła­do­wany plan dnia i twier­dzi, że brak jej czasu dla innych ludzi. To prawda. W grun­cie rze­czy gotowa jest posu­nąć się bar­dzo daleko po to, by wykrę­cić się od swo­jego życia. Jed­nak cza­sami nie da się uciec. Przed połu­dniem w samo­lo­cie dosię­gło ją dzie­sięć niczym niewypeł­nionych minut, pierw­szych od kilku tygo­dni. Naj­pierw prze­glą­dała kalen­darz i zasko­czyło ją, że w ponie­dzia­łek ma lecieć do Burundi, potem dwa razy prze­czytała swoje prze­mó­wie­nie, popra­wia­jąc lite­rówki i błędy sty­li­styczne, aż dotarło do niej, że tak naprawdę nie ma nic do roboty. Żad­nych nota­tek służ­bo­wych do prze­czytania. Żad­nych pro­ble­mów do roz­wią­za­nia. Żad­nego czło­wieka, z któ­rym trzeba poroz­ma­wiać. To ostat­nie - w pełni celowo. Kiedy weszły na pokład, przy­pil­no­wała, żeby Caro­line, jej sekre­tarz pra­sowa i nie­usta­jąca towa­rzyszka, usia­dła kilka rzę­dów dalej. W zeszłym tygo­dniu pod­czas lotu nad Atlan­ty­kiem Caro­line tro­chę wypiła i zaczęła się jej zwie­rzać. Płacz­liwa opo­wieść o związku, który się wła­śnie roz­pa­dał, wpra­wiła Mary w ogromną iry­ta­cję. Nie ma czasu na sen­ty­men­talne bzdury. Jest w końcu mini­strem do spraw pomocy roz­wo­jo­wej.

Jed­nak teraz sie­dzi w samo­lo­cie i ma przed sobą dzie­sięć pustych minut. Za oknem świeci słońce nad grubą war­stwą chmur, która roz­ciąga się nad hory­zon­tem. Alba­tros, myśli, ale odpy­cha to słowo tak szybko, że nie­mal nie zdąża go sobie uświa­do­mić. Chcia­łaby zacho­wać spo­kój, odpo­czy­wać w nadziei, że świat na dole już nie egzy­stuje. Nie ma już biedy ani prze­mocy, żad­nych ciem­nych zauł­ków, żad­nych kobiet, które nauczono, by sobą pogar­dzały, ani męż­czyzn, któ­rzy zawsze cier­pieli na brak wszyst­kiego. Jedyne, co ist­nieje, to błę­kitne niebo i nie­skoń­czo­ność bia­łych chmur. W następ­nej chwili w jej pamięci bły­ska jesz­cze jeden obraz, widzi Sver­kera takim, jakim był przed wóz­kiem inwa­lidz­kim i respi­ra­to­rem, dużego męż­czyznę o ład­nie zary­so­wa­nych war­gach, wyraź­nych brwiach i z uśmie­chem w spoj­rze­niu. Tęsk­nota ude­rza ją w plecy jak hak rzeź­nika, w samym środku bólu na języku czuje jego imię, leży tam jak jagoda albo inny owoc, na wpół pogry­ziony, pełen sło­dy­czy. Zasko­czyło ją, kiedy usły­szała swój szept: - Ten, któ­rego kocha­łam. Sver­ker.

Prze­wra­cam się na łóżku i wwier­cam głowę w poduszkę. Nie chcę dzie­lić z Mary wszyst­kich jej myśli i wspo­mnień. Zamy­kam oczy, żeby upły­nęła jesz­cze jedna godzina z jej życia. Wcho­dzi teraz do budynku kon­fe­ren­cyj­nego, obok niej idzie Per. Nie patrzy na nią, w rze­czy­wi­sto­ści nie spoj­rzał na nią ani razu, odkąd wylą­do­wała. Być może to także kara, może naprawdę uważa sie­bie za Wice­na­czel­nego Kon­tro­lera Cnoty, tego, który ma prawo, by w imie­niu męża przy­po­mnieć nie­wier­nej żonie o jej winie. Idą w mil­cze­niu po mar­mu­ro­wej pod­ło­dze w kie­runku małej grupy dygni­ta­rzy kraju gosz­czą­cego. Kiedy do nich pod­cho­dzą, rękę Mary chwyta przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze, mija chwila, nim ona uświa­domi sobie, że to mini­ster spraw socjal­nych. Spra­wia jej to radość - naresz­cie praca, naresz­cie może zająć się tym, co bez­pieczne i nie­oso­bi­ste. Uśmie­cha się i tłu­ma­czy, że rząd szwedzki naprawdę doce­nia, iż mini­ster wystą­pił z ini­cja­tywą zwo­ła­nia kon­fe­ren­cji. Prze­cież han­del ludźmi, mówi, popra­wia­jąc pasek torebki, nie jest pro­ble­mem jedy­nie dla tych kra­jów i rodzin, które tracą swoje córki i synów, to co naj­mniej w rów­nym stop­niu pro­blem kra­jów, do któ­rych tra­fiają ofiary. Skoro ludzie w Euro­pie uwa­żają, że mają prawo kupo­wać i sprze­da­wać ludzi, zna­czy to, że posza­no­wa­nie praw ludz­kich jest...

Pstryk! W siat­kówkę tra­fia biała bły­ska­wica i Mary traci wątek, przez chwilę stoi niema i ośle­piona, potem przy­sa­dzi­sty pan bar­dzo ostroż­nie bie­rze ją za łokieć i usta­wia tak, by sto­jąc obok sie­bie, patrzyli na foto­grafa. Młody męż­czy­zna w wytar­tych dżin­sach i z wło­sami na jeża uśmie­cha się i mówi coś w swoim języku, zanim wystrzeli kolejną bły­ska­wicę. Tym razem Mary jest przy­go­to­wana, ale i to nie pomaga. Przez nie­mal pół minuty nie widzi nic poza bia­łymi plam­kami, które wpeł­zły na siat­kówkę. Nie­przy­jemne uczu­cie w żołądku przy­po­mina o czymś, ale nie wie dokład­nie o czym. Mózg odsła­nia przed nią jedy­nie frag­ment, pamięta, że kie­dyś była już tak bez­bronna i ośle­piona bia­łym świa­tłem, ale nie przy­po­mina sobie, kiedy i jak to się stało. Nie wie, że potem przez trzy tygo­dnie mogła powie­dzieć tylko jedno, jedyne słowo - kom­plet­nie bez­sen­sowne, które nie miało nic wspól­nego z czym­kol­wiek w jej życiu. Alba­tros! Dla­czego mia­łaby pamię­tać? Leka­rze powie­dzieli, że to zja­wi­sko jed­no­ra­zowe, reak­cja orga­ni­zmu na trau­ma­tyczne prze­ży­cia. Tamto nie ma nic wspól­nego z jej dzi­siej­szym życiem. Przy­kre uczu­cie musi mieć zwią­zek z twa­rzą, która wypeł­nia nagle całe nie­mal pole jej widze­nia, kiedy odzy­skuje wzrok. H?kan Berg­man staje zawsze odro­binę za bli­sko ludzi, z któ­rymi roz­ma­wia.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś mi - mówi.

Przy­sa­dzi­sty mini­ster do spraw socjal­nych pusz­cza ramię Mary i mru­cząc coś, odwraca się do innych gości. W foyer tło­czą się ich setki, ale Mary zostaje sam na sam z H?kanem Berg­ma­nem. Kie­dyś byli kole­gami. Kilka lat póź­niej została jego sze­fową. Teraz wpa­trują się w sie­bie, sto­jąc na posadzce z dużych mar­mu­ro­wych płyt.

- Słu­cham?

Mary odchyla się tro­chę do tyłu, ale to nie pomaga. Berg­man podąża za nią.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś na moje wcze­śniej­sze pyta­nie.

- Jakie pyta­nie?

- Co to za uczu­cie być tu z powro­tem? Mary odwraca wzrok, ale tylko na chwilę.

- Dzię­kuję. Dobre. Męż­czy­zna unosi brwi.

- Dobre?

- Tak.

- Czy mogę tę odpo­wiedź zacy­to­wać?

To groźba. Bez wąt­pie­nia. H?kan Berg­man upa­trzył sobie blond włosy Mary Sun­din, chce je ucze­pić u paska razem z innymi skal­pami. Pod­ku­piła go inna popo­łu­dniówka, a Mary nie jest już dzien­ni­karką, więc nie może liczyć na kole­żeń­ską lojal­ność innych repor­te­rów, tę samą, która ura­to­wała Sver­kera i ją sie­dem lat temu. Przez sekundę ma wra­że­nie, że widzi roz­kła­dówkę, którą pla­nuje H?kan. Czarne tytuły. Zdję­cie uliczki, na któ­rej zna­le­ziono Sver­kera. Dru­gie przed­sta­wia ją samą na mów­nicy. Trze­cie zde­gu­sto­wa­nego mini­stra spraw socjal­nych. (Tytuł: Nie wie­dzia­łem...)

Z dru­giej strony, nie jest jakoś spe­cjal­nie zasko­czona. Zawsze wie­działa, że ten dzień nadej­dzie, cho­ciaż oczy­wi­ście miała nadzieję, że egze­ku­cję popro­wa­dzi ktoś inny niż H?kan Berg­man. On też ma swoje słabe punkty. To obłudny pseu­do­we­ge­ta­ria­nin, który napy­cha się mię­chem, gdy tylko z pola widze­nia znik­nie jego żona. Ponadto pry­watne finanse H?kana sta­no­wią temat do żar­tów we wszyst­kich sztok­holm­skich redak­cjach. Poży­cze­nie mu pie­nię­dzy jest jed­no­znaczne z wyrzu­ce­niem ich do jeziora. Szkoda nawet wspo­mi­nać o tam­tej histo­rii, kiedy wyko­rzy­stał doda­tek na podróże w wyso­ko­ści trzy­dzie­stu tysięcy koron, nie przy­wo­żąc do domu ani jed­nego kwitka. Dostał potem upo­mnie­nie na piśmie. Być może ma nadzieję, że Mary o tym zapo­mniała. Nie zapo­mniała. Dla­tego prze­krzy­wia teraz głowę i uśmie­cha się dosyć ufnie.

- Myślisz, że posta­ram ci się w tym prze­szko­dzić?

H?kan nie odpo­wiada, ale z kie­szeni zamszo­wej kurtki wyj­muje notat­nik.

- Cie­kawi mnie, co myślisz o poła­wia­czach. Mary uśmie­cha się jesz­cze łagod­niej.

- Doszło chyba do jakie­goś nie­po­ro­zu­mie­nia, H?kan. To nie jest kon­fe­ren­cja na temat pereł, tylko na temat han­dlu ludźmi.

H?kan zastyga z dłu­go­pi­sem w powie­trzu, ale tylko na chwilę.

- Faj­nie, że nie opusz­cza cię poczu­cie humoru. To naprawdę sztuka, gdy się weź­mie pod uwagę, że... Mia­łem jed­nak oczy­wi­ście na myśli poła­wia­czy zmy­sło­wych wra­żeń, ama­to­rów dzi­wek. Klien­tów pro­sty­tu­tek, mówiąc innymi słowy. Język w jej ustach przy­po­mina zwie­rzę. Obce zwie­rzę. Ale Mary nie może beł­ko­tać, musi sta­ran­nie wypo­wia­dać każde słowo.

- Oczy­wi­ście, rozu­miem, co masz na myśli, H?kan. Natu­ral­nie. Pocze­kaj sekundę, to popro­szę sekre­tarz pra­sową, żeby dała ci egzem­plarz mojego prze­mó­wie­nia...

H?kan obnaża zęby w czymś, co mogłoby być uśmie­chem.

- No, wolał­bym bar­dziej oso­bi­sty komen­tarz. Coś na temat two­ich wła­snych doświad­czeń. Bo domy­ślam się, że w prze­mó­wie­niu nie zamie­rzasz wspo­mnieć o swoim mężu...

Alba­tros! To słowo znowu w niej nara­sta; Mary musi mocno zaci­snąć wargi, żeby się nie wymknęło.

- No, co na to powiesz?

Kręci głową, nie ma odwagi zaufać zwie­rzę­ciu w swo­ich ustach.

- Nie zamie­rzasz - mówi H?kan Berg­man. - Szkoda. Wydaje mi się, że mia­łoby duże zna­cze­nie, gdy­byś była gotowa naresz­cie opo­wie­dzieć o tej spra­wie. W tonie oso­bi­stym. Po ludzku.

H?kan milk­nie i prze­rzuca kartki notat­nika.

- I jesz­cze jedna rzecz - dodaje po chwili. - Sły­sza­łem, że nale­żysz do sto­wa­rzy­sze­nia o nazwie Klub Bilar­dowy Przy­szłość?

- Ja? - pyta Mary. - Nie. Nie gram w bilard.

Sama sły­szy, jak to brzmi. Jakby była wsta­wiona. Nie głam w bii­łald... H?kan Berg­man też to usły­szał, unosi brwi, ale nie komen­tuje jej beł­kotu.

- Dziwne - mówi za to. - Sły­sza­łem, że jesteś człon­ki­nią tego klubu.

O, Mary, Mary, Mary. Ty głu­pia, ty! Dla­czego skła­ma­łaś? Dzien­ni­ka­rzom się nie kła­mie. Szcze­gól­nie H?kanowi

Berg­ma­nowi, który uwiel­bia dema­sko­wać i rzu­cać na kolana kłam­ców, obna­ża­jąc światu ich szko­dli­wość. Nie robi tego z miło­ści do prawdy, po pro­stu uwiel­bia trium­fo­wać. Mary powinna o tym wie­dzieć. Prze­cież przez dłu­gie sześć lat była jego redak­tor naczelną.

Poza tym Klub Bilar­dowy Przy­szłość nie jest żadną tajem­nicą, nie ma powodu, by ukry­wać jego ist­nie­nie. To tylko grupa przy­ja­ciół, wiele lat temu stwo­rzona przez sied­mioro lice­ali­stów, z któ­rych każdy był regio­nal­nym zwy­cięzcą w wiel­kim kon­kur­sie na wypra­co­wa­nie Rządy ludu i przy­szłość; grupa, która z cza­sem została wzmoc­niona przez mał­żon­ków i mał­żonki. Dzia­łal­ność? Wszystko, co czyni życie przy­jem­nym. Wszystko z wyjąt­kiem bilardu.

Bra­kuje mi ich. Chcia­ła­bym, żeby wciąż mogli się spo­ty­kać, żeby Sis­sela na­dal orga­ni­zo­wała szam­pań­skie syl­we­stry i żeby Maud co roku w Mid­som­mar nakry­wała stół obok pomo­stu. Chcia­ła­bym tego, cho­ciaż rozu­miem, że ja sama już ni­gdy nie będę mogła uczest­ni­czyć w ich spo­tka­niach. Nikt z nich nie przy­szedł na moją roz­prawę, nawet Tor­sten i Sis­sela. Nikt nie odwie­dził mnie w wię­zie­niu, nie wysłał jed­nej pocz­tówki ani kartki na święta przez wszyst­kie te lata. Mimo to na­dal myślę o nich jak o przy­ja­cio­łach. Moich i Mary.

Stare przy­jaź­nie są jak stare mał­żeń­stwa. Poma­gasz dru­giemu w potrze­bie, choć­by­ście nawet przed chwilą patrzyli na sie­bie wil­kiem i powar­ki­wali. Dla­tego Mary zostaje ura­to­wana przez Pera, który cały czas stał z boku, przy­słu­chu­jąc się jej roz­mo­wie z H?kanem Berg­ma­nem. Per mate­ria­li­zuje się obok Mary i z ujmu­ją­cym uśmie­chem ota­cza ją ramie­niem, w geście, który jest zara­zem przy­ja­ciel­ski i pełen sza­cunku. Ład­nie pach­nie mydłem i męsko­ścią.

- Nie­stety - mówi. - Musimy pań­stwu prze­rwać. Za dwie minuty roz­po­czyna się cere­mo­nia otwar­cia.

Przez kilka sekund Mary pozwala mu się wspie­rać, potem pro­stuje plecy i powścią­gli­wie kiwa głową w kie­runku Berg­mana. Per ma rację. Pani mini­ster nie ma czasu.

Sala kon­fe­ren­cyjna jest ciem­niej­sza, niż Mary się spo­dzie­wała. Musi kilka razy zamru­gać, żeby móc doj­rzeć złoto i rysunki na sufi­cie. Staje przed drzwiami i odchyla głowę do tyłu, ale Per zaraz chwyta ją za łokieć i popy­cha do przodu, nie ma czasu, muszą się śpie­szyć do pierw­szego rzędu. W chwili, w któ­rej opada na swoje miej­sce, przy­sa­dzi­sty mini­ster spraw socjal­nych wcho­dzi na podium i zaj­muje miej­sce na mów­nicy. Ma miły głos, niski, ojcow­ski. Przez sekundę Mary ma ochotę odło­żyć słu­chawki z tłu­ma­cze­niem symul­ta­nicz­nym i słu­chać brzmie­nia tego głosu, ale w ostat­niej chwili opa­mię­tuje się. Musi prze­cież wie­dzieć, co powie­dział gospo­darz, kiedy przyj­dzie kolej na nią.

Mary zaczyna rozu­mieć, że ma talent do poli­tyki. Dziwne, ale nie da się temu zaprze­czyć. Dostrzega otwarte kwe­stie i moż­li­wo­ści kom­pro­misu tam, gdzie inni widzą tylko kon­flikty; gdy trzeba, potrafi nieco kan­to­wać, a zara­zem jest wystar­cza­jąco naiwna, by wie­rzyć, że każdy pro­blem ma swoje roz­wią­za­nie. Poza tym dobry z niej mówca, tak dobry, że cza­sem pozwala się uwieść wła­snym sło­wom. To jej naj­lep­sze chwile.

Jedna z tych chwil zaraz nadej­dzie, więc Mary lekko się uśmie­cha, sie­dząc na swoim wyście­ła­nym czer­wo­nym aksa­mi­tem krze­śle. Za nią sie­dzi jakieś sto osób na takich samych czer­wo­nych krze­słach i już zaraz, za krótką chwilę, będzie miała ich w gar­ści. Będzie stała na mów­nicy z wyostrzo­nymi zmy­słami, zare­je­struje każdy oddech, każde poru­sze­nie wśród słu­cha­czy, wszystko, począw­szy od lek­kiego drże­nia nie­cier­pli­wo­ści, które prze­bie­gnie przez salon, kiedy przy­sa­dzi­sty mini­ster spraw socjal­nych odda jej głos, do głu­chej ciszy, która zapad­nie, kiedy ona już ich porwie. W teczce ma dobre prze­mó­wie­nie. Nie takie, które trak­tuje tylko o tym, że ważne jest osią­gnię­cie jak naj­więk­szej zgod­no­ści w kwe­stii doku­mentu koń­co­wego, ale takie, które spra­wia, że han­del ludźmi staje się czymś żywym, praw­dzi­wym. Opo­wie o Zuza­nie, czter­na­sto­latce, którą sprze­dano za kilka tore­bek hero­iny, o Annie, któ­rej wyda­wało się, że Piękny Ivan naprawdę ją kocha, i o Daivie, któ­rej błąd pole­gał na tym, że jako auto­sto­po­wiczka zła­pała oka­zję na litew­skiej szo­sie. Wszyst­kie osta­tecz­nie wylą­do­wały w Szwe­cji, na jakimś beto­no­wym przed­mie­ściu, zamknięte każda w swo­jej sza­rej kawa­lerce z wyświ­nio­nym mate­ra­cem na pod­ło­dze i rolką papie­ro­wego ręcz­nika...

Teraz skoń­czył mówić przy­sa­dzi­sty. Kolej na nią.

Zwraca się do niej Your Excel­lency. Nad­miar uprzej­mo­ści, ponie­waż Mary nie jest żadną eks­ce­len­cją, ale teraz to bez zna­cze­nia, szy­kuje się już do wej­ścia w rolę bycia sobą, i każda mała zachęta to uła­twia. Nagle nie ma śladu po migre­nie, a język znowu jest jej wła­sno­ścią. Potrząsa lekko wło­sami i chwyta swoje notatki, potem wstaje i szybko wygła­dza spód­nicę. Spód­nica jest krótka, ale nie prze­sad­nie, Mary wło­żyła też buty na wyso­kim obca­sie - jest do tego przy­zwy­cza­jona, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wspina się po schod­kach na scenę, jesz­cze raz się uśmie­cha do przy­sa­dzi­stego i szybko potrząsa jego ręką, a potem staje na mów­nicy i zaci­ska dło­nie na jej brzegu.

- Excel­len­cies - mówi i spo­gląda na zebra­nych. Jej słu­cha­cze są murem ciem­nych postaci. - Mini­ster, ladies and gen­tle­men.

W tej samej chwili zapala się wielki reflek­tor i Mary stoi teraz sama w morzu świa­tła. Przed oczami wirują białe plamki, widzi je i przez chwilę nie może się bro­nić przed tym, czego wcze­śniej w ciągu dnia nie pozwo­liła sobie pamię­tać. Prze­cież to było tutaj. To w tym kraju i w tym mie­ście sie­dem lat temu stra­ciła zdol­ność wypo­wia­da­nia cze­goś innego niż to jedno słowo. Przej­ściowa afa­zja - orze­kli leka­rze po jej powro­cie do domu. Stan przy­po­mi­na­jący migrenę, któ­rego ataki wywo­łuje stres oraz mocne świa­tło. Z ciem­nego kory­ta­rza weszła do cze­goś, co przy­po­mi­nało salę ope­ra­cyjną, tak, tak to było. Białe kafle na ścia­nach i pod­ło­dze. Białe świa­tło olbrzy­miej lampy nad łóż­kiem dla pacjen­tów. Jedno jedyne słowo w krtani: Alba­tros!

Publicz­ność zaczyna się wier­cić. Mary bar­dziej to czuje, niż sły­szy, dociera do niej, że stała w mil­cze­niu o kilka sekund za długo. Zmu­sza się do powrotu do teraź­niej­szo­ści, spo­gląda na swój ręko­pis i czyta szep­tem pierw­szy wers. Zebra­li­śmy się tu, żeby poroz­ma­wiać o nie­wol­nic­twie naszych cza­sów... Ma te słowa na końcu języka. Wciąga powie­trze, gotowa, żeby zacząć.

- Alba­tros! - mówi. - Alba­tros!

Możliwe wiadomości (II)

moż­liwe wia­do­mo­ści (II)

DEPE­SZA PRA­SOWA

Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych

Wydział Pomocy Roz­wo­jo­wej

13 paź­dzier­nika 2004

Mini­ster do spraw pomocy roz­wo­jo­wej, Mary Sun­din, otrzy­mała zwol­nie­nie lekar­skie na czas nie­okre­ślony.

Pod­czas nie­obec­no­ści pani mini­ster jej obo­wiązki służ­bowe przej­mie mini­ster spraw zagra­nicz­nych. Wizyty, mię­dzy innymi w Burundi i Tan­za­nii, które znaj­do­wały się w pro­gra­mie mini­ster Sun­din na naj­bliż­sze tygo­dnie, zostaną prze­ło­żone na póź­niej.

E-mail od Caro­line Svan­tes­son

do sekre­tarz pra­so­wej Leny Abra­hams­son

Mini­ster­stwo Spraw Socjal­nych

Czy wiesz coś na temat afa­zji? I czy to prawda, że Mary miała ją już wcze­śniej? Czy naprawdę można z tego wyzdro­wieć? Według mnie, brzmi to bar­dzo dziw­nie, ale H?kan Berg­man z "Expres­sen" tak twier­dzi. Pra­co­wał w "Afton­bla­det", kiedy Mary była naczelną, ale teraz jest we Vla­di­ście. Strasz­nie męczący typ.

Jeśli cho­dzi o panią mini­ster, to nie można wydo­być z niej sen­sow­nego słowa. Nie sta­nowi to wpraw­dzie wiel­kiej róż­nicy w sto­sunku do tego, jak jest na co dzień, ale teraz odpo­wiedź na wszel­kie pyta­nia brzmi: alba­tros. Prze­sta­łam więc już je zada­wać.

Na co mi była ta cho­lerna praca?

Pozdro­wie­nia Caro­line

Od suszy wszyst­kim język zwiądł,

Krtań uschła, obumarła;

Nikt mówić nie mógł, jakby ktoś

Nam sadzą zapchał gar­dła.

O! biada! Jakież oczy złe

Tłum majt­ków we mnie wbi­jał!

Nie krzyża znak, a mar­twy ptak

Na mojej zawisł szyi2.

Samuel Tay­lor Cole­ridge

E-mail od Anny Gren­berg

do Sis­seli Oscars­son

13 paź­dzier­nika 2004

Droga Sis­selo,

Long time no see. A w zasa­dzie to hear. Nie bez trudu udało mi się zna­leźć Twój adres mailowy. Dla­tego mogę napi­sać, że Mary­Ma­rie w cza­sie wizyty we Vla­di­ście miała nawrót afa­zji, która dotknęła ją po wypadku Sver­kera. Nie jest w sta­nie nic powie­dzieć (z wyjąt­kiem jed­nego słowa, które zdaje się ozna­czać wszystko) i nie mam jasno­ści w kwe­stii, jak dużo rozu­mie. Zatrzy­mała się teraz na parę dni u nas. Jed­nak: w pią­tek jedzie do domu i była­bym Ci bar­dzo wdzięczna, gdy­byś mogła ode­brać ją na lot­ni­sku i zawieźć do leka­rza. Pamię­tasz, kto się nią zaj­mo­wał ostat­nio? Czy mogła­byś już teraz skon­tak­to­wać się z nią/nim?

Prze­pra­szam, że zmu­szona jestem Cię o to pro­sić, ale sama wiesz, jak wygląda sytu­acja ze Sver­ke­rem i jak samotna jest Mary­Ma­rie. Nie ma żad­nych krew­nych, a wy dwie zawsze były­ście sobie bli­skie. Była­bym też ogrom­nie wdzięczna, gdy­byś zechciała prze­zwy­cię­żyć swoją nie­chęć do Sver­kera na tyle, żeby zadzwo­nić do niego (albo do jego asy­stenta) i powie­dzieć, że Mary­Ma­rie zacho­ro­wała, ale nie ma zagro­że­nia dla jej życia. Niech się nie­po­trzeb­nie nie dener­wuje, o to mi cho­dzi. Wie prze­cież, że Mary­Ma­rie już to przecho­dziła i wyzdro­wiała. Na pewno musi po pro­stu odpo­cząć - w dzi­siej­szych cza­sach trudno jest być mini­strem.

A tak przy oka­zji, to tro­chę szkoda, że stra­ci­ły­śmy kon­takt, mia­łam nadzieję, że my z Klubu Bilar­do­wego Przy­szłość będziemy się trzy­mać razem przez całe życie. Poza Mary­Ma­rie jedyną osobą z klubu, którą widy­wa­łam w ostat­nich latach, jest Magnus, który odwie­dził nas tu rok temu, żeby - jak twier­dził - w imię soli­dar­no­ści spor­tre­to­wać to sek­su­alne bagno. Pla­no­wał jakąś wystawę foto­gra­ficzną o pro­sty­tutce. Albo film. Per miał mu to bar­dzo za złe. Jak się domy­ślasz, on nie prze­pada za tym typem soli­dar­no­ści. Poza tym coś takiego psuje jego kon­takty z rzą­dem pał­ru­skim. Za panem Hal­li­nem nie tęsk­nimy tak bar­dzo, jak za wami wszyst­kimi. Wpraw­dzie rozu­miem, że Mary­Ma­rie i Tor­sten byli wście­kli na Pera w tamtą noc w Mid­som­mar, ale nie do końca rozu­miem, dla­czego tak zare­ago­wa­łaś. Jakoś i Ty musisz przy­znać, że to, co zro­biła Sver­ke­rowi, było okrutne...

Myślę jed­nak, że powin­ny­śmy pozwo­lić bygo­nes be bygo­nes i spró­bo­wać ponow­nie się zaprzy­jaź­nić. Per i ja tęsk­nimy za wami. Zwłasz­cza ja.

Twoja przy­ja­ciółka (mam nadzieję, że tak) Anna

ps Sły­sza­łam, że nie jesteś już z tym akto­rem. Szkoda. Naprawdę chcia­ła­bym, żebyś naresz­cie zna­la­zła sobie kogoś na życie. ds

E-mail

od Sis­seli Oscars­son

do Anny Gren­berg

13 paź­dzier­nika 2004

Droga Anno,

dzię­kuję za maila. Zwłasz­cza za to, co w PS. Cie­szę się, że na­dal masz w sobie tak dużo empa­tii i cie­pła. Roz­ma­wia­łam z jed­nym z asy­sten­tów Sver­kera. Był już poin­for­mo­wany, odwie­dził go ktoś z MSZ.

Poza tym obie­cuję, że w pią­tek odbiorę Mary­Ma­rie na Arlan­dzie, pod warun­kiem że napi­szesz, o któ­rej przy­la­tuje, i podasz numer lotu. Zamó­wi­łam już dla niej wizytę u jej neu­ro­loga.

Sis­sela

Cisze

cisze

Miło jest nie móc mówić. Zosta­wiają czło­wieka w spo­koju. Pozwa­lają mu pobyć samemu.

Odwo­łano rezer­wa­cję mojego pokoju hote­lo­wego i odpo­czy­wam w domu Anny i Pera. Pokój gościnny to marze­nie rodem z Pań­stwo­wej Agen­cji Nie­ru­cho­mo­ści. Na pod­ło­dze weł­niany dywan w przy­ga­szo­nej, paste­lo­wej tona­cji. Pod ścianą zło­ta­wo­żółte brzo­zowe biurko. W oknie białe koron­kowe firanki. Na zewnątrz pil­nuje mnie wielki dąb, gotów bić i dusić gałę­ziami, jeśli kto­kol­wiek nie­upo­waż­niony - na przy­kład H?kan Berg­man - odważy się zbli­żyć do rezy­den­cji amba­sa­dora.

W domu jest cicho, ale wiem, że nie jestem sama. Przed chwilą przy­snę­łam, lecz obu­dziły mnie kroki Anny na scho­dach. Być może zeszła do salonu, żeby się zasta­no­wić, co ze mną zro­bić. Nie mogę jechać z powro­tem do Sztok­holmu wcze­śniej niż jutro lub poju­trze. Lekarz, który mnie badał, zale­cił odpo­czy­nek. Skąd wie­dział? Nie mogłam mu prze­cież nic powie­dzieć na temat mojego stanu, jedyne, co z sie­bie wydo­by­łam, to szwedzka nazwa ptaka z rodziny burzy­ko­wa­tych, a to nie na wiele się zdało. Był to jed­nak męż­czy­zna o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu, może zauwa­żył, że pacjentka gwał­tow­nie potrze­buje ucieczki od swo­jego wła­snego życia. Oczy­wi­ście, jeśli nie było tak, że wyczy­tał wszyst­kie tajem­nice mojego mózgu z roze­dr­ga­nej par­ty­tury, którą pro­du­ko­wał apa­rat eeg.

To był ten sam szpi­tal, w któ­rym leżał kie­dyś Sver­ker. Przy­naj­mniej tak mi się wydaje, cho­ciaż wszystko wyglą­dało ina­czej. Teraz pod sufi­tem wisiały praw­dziwe lampy, a nie gołe żarówki, a ściany były świeżo poma­lo­wane, choć na­dal widać na nich wszyst­kie pęk­nię­cia i nie­rów­no­ści. Zasko­czyły mnie jaskrawe kolory: krwi­sto­czer­wony sufit i cytry­no­wo­żółte ściany, nie­bie­ściut­kie kory­ta­rze i wście­kle zie­lone gabi­nety zabie­gowe. Pokój leka­rza był wnę­trzem jasno­nie­bie­skiego sze­ścianu. Akwa­rium, pomy­śla­łam, sie­dząc na fotelu dla pacjen­tów i mru­żąc oczy od świa­tła lampy na biurku. Kiedy zorien­to­wał się, w którą stronę patrzę, zga­sił ją.

Być może był jed­nym z tych leka­rzy, któ­rzy sie­dem lat temu ura­to­wali życie Sver­kera. Oczy­wi­ście, nie mogłam go roz­po­znać, bo leka­rze, któ­rzy w lśniąco bia­łym pokoju stali wtedy wokół jego łóżka, mieli przy­sło­nięte twa­rze i ze mną nie roz­ma­wiali. Sama też nie zwra­ca­łam na nich uwagi, wszyst­kie roz­mowy pro­wa­dził z nimi duń­ski lekarz z SOS Inter­na­tio­nal. Byłam cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wana na Sver­ke­rze, na jego twa­rzy, która wyda­wała się twa­rzą obcego czło­wieka, i na rękach, które pomimo wszyst­kich igieł i rurek na­dal były takie zna­jome, takie zwy­czajne. Nie­świa­do­mie unio­słam jego prawą rękę i dotknę­łam nią swo­ich ust, krę­cone wło­ski na wierz­chu dłoni łasko­tały mi wargi, prze­su­nę­łam języ­kiem wzdłuż palca wska­zu­ją­cego. Poczu­łam kwa­śno-słony smak. Zamknę­łam oczy i zoba­czy­łam ptaka, który szy­bo­wał nad szarą wodą, miał białe skrzy­dła. Alba­tros, pomy­śla­łam po raz pierw­szy, cho­ciaż sama nie rozu­mia­łam, o co mi cho­dzi. Alba­tros, alba­tros, alba­tros!

Teraz jest mi łatwiej myśleć. Wszyst­kie słowa są w gło­wie, nie chcą tylko wydo­stać się na zewnątrz. Poprzed­nim razem w środku wiro­wało od myśli i wspo­mnień, ale gdy tylko pró­bo­wa­łam połą­czyć je w ciąg, nad­la­ty­wał biały ptak i roz­ry­wał je na kawałki. Może miało to zwią­zek z szo­kiem i z tym, że nie mogłam spać. Teraz nie jestem już w sta­nie szoku, wręcz prze­ciw­nie, od dawna nie czu­łam się tak spo­kojna. Moje ciało pod różo­wym kocem jest cie­płe i mięk­kie, co jakiś czas zapa­dam w drzemkę. Może to dzięki zastrzy­kowi, który dosta­łam w szpi­talu. Coś na uspo­ko­je­nie, powie­dział Per, kiedy pie­lę­gniarka ukłuła mnie w ramię. Otwo­rzy­łam usta, żeby wyja­śnić, że nie trzeba mnie uspo­ka­jać, bo naprawdę jestem już cał­ko­wi­cie spo­kojna, ale zaraz je zamknę­łam, uświa­do­miw­szy sobie, co powiem. Przy­mknę­łam oczy, uśmiech­nę­łam się, kiedy poczu­łam igłę. Być może, pomy­śla­łam, w przy­szło­ści będę mogła roz­ma­wiać jedy­nie z orni­to­lo­gami. Może już ni­gdy nie będę musiała mówić z ludźmi pokroju Anny, Pera, Caro­line i H?kana Berg­mana, ani nawet z pre­mie­rem. Przy­jemna myśl. Uspo­ka­ja­jąca. Nie trzeba się bać tych, z któ­rymi nie można roz­ma­wiać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki