Ta inna siostra Bennet - Janice Hadlow

-
Proszę czekać

Rozdział 9

Tłum ludzi zebrany przy wej­ściu do sal zgro­ma­dzeń wyda­wał się ogromny - tak groźny i nie­prze­nik­niony, jak się oba­wiała. Mary była popy­chana z jed­nej strony na drugą, nie­mal ogłu­szona okrzy­kami powi­tań, które roz­brzmie­wały ponad jej głową, gdy z tru­dem toro­wała sobie drogę przez sku­pi­sko pod­eks­cy­to­wa­nych gości wypeł­nia­ją­cych kory­tarz. Zde­spe­ro­wana, by nie stra­cić z oczu sióstr -?któ­rych przej­ście, jak zauwa­żyła, śle­dziło wiele peł­nych uzna­nia męskich spoj­rzeń - parła naprzód z całą odwagą, na jaką było ją stać, aż wresz­cie wydo­stała się na otwartą prze­strzeń sali balo­wej.

Przez chwilę stała bez ruchu, zdu­miona tym, co widzi. Stare sale, które tak dobrze znała, stały się nie do pozna­nia. Wszę­dzie paliły się świece -?co prawda nie te naj­droż­sze, przez co w powie­trzu uno­sił się wyraźny zapach łoju -?lecz ich migo­tliwy blask odmie­nił odra­pane ściany i roz­świe­tlił zdo­biące je gałę­zie jesien­nych liści. W głębi, poprzez otwarte na oścież drzwi, dostrze­gła słu­żą­cych przy­go­to­wu­ją­cych stół do wie­cze­rzy i loka­jów, któ­rzy w pośpie­chu wycie­rali łyżki o skraje swych far­tu­chów. Na górze, na bal­ko­nie, muzycy stro­ili instru­menty i dopi­jali ostat­nie kufle piwa przed roz­po­czę­ciem pracy. Na par­kie­cie zaś nie­cier­pliwe pary już zaczęły się gro­ma­dzić, prze­cha­dza­jąc się tam i z powro­tem, gotowe do roz­po­czę­cia tańca.

Kitty i Lydia szybko znik­nęły w tłu­mie. Mary rozej­rzała się wokół, lecz nie dostrze­gła nikogo zna­jo­mego. Przez chwilę roz­wa­żała zało­że­nie oku­la­rów. Się­gnęła do torebki i jej palce zaci­snęły się na nich, lecz zaraz wyobra­ziła sobie trium­fu­jący wyraz twa­rzy Lydii, gdyby zoba­czyła ją w oku­la­rach -?jakby ich widok z nawiązką wyna­gra­dzał jej urazę wobec nowej sukni Mary. Mary pospiesz­nie cof­nęła rękę z torebki i wła­śnie zaczy­nała wpa­dać w panikę, gdy poczuła dotyk Eli­za­beth na swoim ramie­niu.

-?Tędy, Mary, zna­la­zły­śmy miej­sce, gdzie będziemy mogły wygod­nie usiąść.

Lizzy zwin­nie lawi­ro­wała mię­dzy ludźmi, kie­ru­jąc się ku krze­słom pod ścianą. Usta­wiono je z myślą o tych, któ­rzy woleli w spo­koju przy­pa­try­wać się tań­com, nie będąc zmu­szo­nymi do bra­nia w nich udziału. Ich matka zajęła już miej­sce obok swo­jej ser­decz­nej przy­ja­ciółki, lady Lucas. Spę­dzały ze sobą wiele czasu, gdyż każda znaj­do­wała w dru­giej dokład­nie to, czego ocze­ki­wała od towa­rzyszki. Pani Ben­net wyma­gała kogoś, kto by jej wtó­ro­wał, lady Lucas zaś, z natury bojaź­liwa i ule­gła, chęt­nie odna­la­zła się w roli pokor­nej słu­chaczki. Ich przy­jaźń tylko raz zbo­czyła z utar­tego toru. Stało się to wów­czas, gdy pan Lucas, zamożny kupiec, dostą­pił god­no­ści baro­neta. Wyda­wało się wtedy, że ich sto­sunki muszą się zmie­nić, wszak nie przy­stało, by pani Ben­net, osoba bez tytułu, trak­to­wała z góry świeżo upie­czoną lady? Z wielką ulgą pani Ben­net stwier­dziła, że szla­chec­two nie odmie­niło potul­nego cha­rak­teru jej dro­giej towa­rzyszki. Lady Lucas wciąż pokor­nie pod­da­wała się owemu wyż­szo­ścio­wemu tonowi, który był nie­od­łącz­nym ele­men­tem nie­złom­nego przy­wią­za­nia pani Ben­net.

Za krze­słem lady Lucas stała Char­lotte, jej naj­star­sza córka. Była to dziew­czyna o otwar­tej twa­rzy i prze­cięt­nym wzro­ście, któ­rej trudno byłoby przy­pi­sać miano pięk­no­ści. Jej nie­po­zorna powierz­chow­ność sta­no­wiła dla pani Ben­net źró­dło nie­ja­kiej satys­fak­cji, gdyż czę­sto zwra­cała uwagę lady Lucas na kon­trast pomię­dzy skrom­nymi wdzię­kami Char­lotte a przy­mio­tami wła­snych córek. Nie wahała się też roz­wo­dzić, z całą dostępną jej dozą współ­czu­cia, nad roz­cza­ro­wa­niem, jakie jej przy­ja­ciółka musi odczu­wać z powodu tego, iż Char­lotte, mając lat dwa­dzie­ścia sześć, wciąż pozo­staje nie­za­mężna -?tym bar­dziej że tak nie­wiel­kie zda­wały się być widoki na zmianę tego stanu.

Lady Lucas bra­ko­wało śmia­ło­ści, by prze­czyć pani Ben­net, toteż ogra­ni­czała się do pota­ki­wa­nia zre­zy­gno­wa­nym ski­nie­niem głowy. Owa ule­głość natury oka­zy­wała się jed­nak zba­wienna dla jej córki, któ­rej los poską­pił innych atu­tów. Lady Lucas nie miała ani tej ener­gii, ani tej skłon­no­ści do roz­draż­nie­nia, które tak łatwo przy­cho­dziły pani Ben­net, Char­lotte zaś nie była ni­gdy wysta­wiona na wyrzuty i narze­ka­nia, jakie stały się udzia­łem Mary. Być może dla­tego Char­lotte nie spusz­czała głowy ze wsty­dem z powodu braku urody, lecz spo­glą­dała na świat wzro­kiem jasnym i uważ­nym. Nie żywiła złu­dzeń co do swego wyglądu, lecz jej postawa zdra­dzała, iż nie zamie­rza zań prze­pra­szać. Prze­ciw­nie - przyj­mo­wała swą sytu­ację z lekką, iro­niczną pogodą, a ci, któ­rzy nie znali jej dobrze, nie­raz dzi­wili się bystro­ści jej spo­strze­żeń i ostro­ści dow­cipu.

To wła­śnie te przy­mioty zjed­nały jej szcze­gólną przy­chyl­ność Eli­za­beth, która od kilku lat uwa­żała ją za naj­bliż­szą przy­ja­ciółkę. Ku tej wła­śnie życz­li­wej obec­no­ści Char­lotte Lizzy popro­wa­dziła teraz Mary, po czym sama zajęła ostat­nie wolne miej­sce.

-?Cóż za ścisk! Doprawdy, zdaje się, że z każ­dym sezo­nem tłum jest coraz więk­szy! Wkrótce będziemy musiały tań­czyć na zmianę. Orga­ni­za­to­rzy roz­da­dzą wszyst­kim numerki i będą nas wywo­ły­wać parami.

-?A może -?odparła Char­lotte -?nale­ża­łoby dopu­ścić jedy­nie te młode damy, które miały to szczę­ście zapew­nić sobie part­ne­rów na wię­cej niż połowę tań­ców. Reszta mogłaby pozo­stać w kory­ta­rzu niczym nie­chciany bagaż, przy­wo­ły­wana jedy­nie w razie potrzeby.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Smut­nym fak­tem życia jest to, że jeśli młoda kobieta ma pecha przyjść na świat bez jakich­kol­wiek per­spek­tyw, powinna zro­bić wszystko co w jej mocy, by przy­naj­mniej uro­dzić się piękną. Być ubogą i uro­dziwą to już dosta­teczne nie­szczę­ście; lecz być bez gro­sza i pozba­wioną urody -?to doprawdy ciężki los.

Cztery z pię­ciu sióstr Ben­net z Mery­ton w hrab­stwie Hert­ford­shire roz­trop­nie zadbały o to, by być wystar­cza­jąco uro­dzi­wymi, by ucho­dzić za pięk­no­ści w wąskich krę­gach, w któ­rych się obra­cały. Jane, naj­star­sza, była naj­bar­dziej olśnie­wa­jąca, a wdzięk jej twa­rzy i syl­wetki pod­kre­ślała skromna powścią­gli­wość jej cha­rak­teru. Eli­za­beth, druga z kolei, nad­ra­biała dow­ci­pem i żywio­ło­wo­ścią wszel­kie drobne nie­do­statki urody; pod­czas gdy Cathe­rine i Lydia, dwie naj­młod­sze, odzna­czały się całą świe­żo­ścią mło­do­ści, połą­czoną z zami­ło­wa­niem do śmie­chu i flirtu, co czy­niło je nie­zwy­kle atrak­cyj­nymi dla mło­dych męż­czyzn o rów­nie hała­śli­wych i mało wybred­nych upodo­ba­niach. Jedy­nie Mary, córka środ­kowa, nie była obda­rzona ani urodą, ani dow­ci­pem, ani wdzię­kiem, lecz jej sio­stry jaśniały tak bar­dzo, że zda­wały się niwe­lo­wać jej brak zalet, a wręcz cał­ko­wi­cie przy­ćmie­wać jej obec­ność, tak że gdy doro­sły rodzina Ben­netów ucho­dziła za jedną z naj­przy­jem­niej­szych w całej oko­licy.

Powszech­nie jed­nak było wia­domo, że per­spek­tywy panien Ben­net znacz­nie mniej godne były zazdro­ści ani­żeli ich uroda. Na pierw­szy rzut oka rodzina zda­wała się dosta­tecz­nie zamożna. Nale­żeli do naj­zna­mie­nit­szych miesz­kań­ców wio­ski Long­bo­urn, a ich dom, choć solidny i pozba­wiony wszel­kiej pre­ten­sjo­nal­no­ści, wyna­gra­dzał wygodą brak prze­py­chu. Byli słu­żący do poda­wa­nia do stołu, kucharka oraz ogrod­nik, a choć mają­tek pana Ben­neta nie był roz­le­gły, w zupeł­no­ści wystar­czał, by utrzy­mać jego wia­ry­god­ność jako majęt­nego oby­wa­tela. Mało która z zaprzy­jaź­nio­nych rodzin była na tyle zamożna lub dobrze uro­dzona, by pozwa­lać sobie wobec nich na pro­tek­cjo­nal­ność. W oczach opi­nii publicz­nej Ben­netowie ucho­dzili za wybit­nie przy­zwo­ity filar lokal­nej spo­łecz­no­ści.

Lecz na pro­win­cji żadna rodzina nie może naprawdę liczyć na zacho­wa­nie swo­ich spraw wyłącz­nie dla sie­bie, i wszy­scy wie­dzieli, iż ofi­cjalny dobro­byt Ben­ne­tów opiera się na bar­dzo nie­pew­nych pod­sta­wach. Ich mają­tek pod­le­gał ordy­na­cji, która ogra­ni­czała dzie­dzi­cze­nie do męskich spad­ko­bier­ców, a jeśli nie pojawi się syn Ben­ne­tów, posia­dłość przej­dzie osta­tecz­nie w ręce kuzyna pana Ben­neta. Z początku nie wyda­wało się to rze­czą szcze­gól­nej wagi. Gdy bowiem z obie­cu­jącą regu­lar­no­ścią jedno dziecko po dru­gim przy­cho­dziło na świat w Long­bo­urn, zda­wało się jedy­nie kwe­stią czasu, kiedy długo wycze­ki­wany chło­piec z rodu Ben­ne­tów raczy wresz­cie się poja­wić. Lecz gdy liczba córek doszła do pię­ciu, a stało się jasne, iż wię­cej dzieci nie należy się spo­dzie­wać, ordy­na­cja rzu­ciła coraz głęb­szy cień na szczę­ście tej rodziny.

Po śmierci pana Ben­neta wdowa po nim i córki pozo­sta­łyby z niczym wię­cej niż pię­cioma tysią­cami fun­tów ulo­ko­wa­nymi w czte­ro­pro­cen­to­wych papie­rach war­to­ścio­wych oraz z upo­ka­rza­jącą koniecz­no­ścią pole­ga­nia na nie­pew­nej dobro­czyn­no­ści dale­kiego i nie­zna­nego krew­nego. Przy­ja­ciele rodziny nie byli pozba­wieni współ­czu­cia dla ich trud­nego poło­że­nia, lecz by­naj­mniej nie osła­biało to ich cie­ka­wo­ści co do tego, co przy­nie­sie przy­szłość; bo cóż mogło być bar­dziej pocią­ga­ją­cego, niż moż­li­wość obser­wo­wa­nia z bli­ska praw­do­po­dob­nego upadku i roz­kładu całego majątku jed­nej rodziny?

Pan Ben­net nie zamie­rzał dawać sąsia­dom satys­fak­cji, oka­zu­jąc roz­cza­ro­wa­nie okrut­nym zrzą­dze­niem losu, które pozba­wiło jego bli­skich bez­pie­czeń­stwa, jakiego -?wedle jego daw­nych, ufnych nadziei -?mieli zazna­wać. Dla świata pozo­sta­wał tym, kim był zawsze: czło­wie­kiem zdy­stan­so­wa­nym, zabaw­nym i naj­wy­raź­niej pogo­dzo­nym z losem, któ­rego nie mógł zmie­nić. Nawet wobec wła­snej rodziny rzadko oka­zy­wał spe­cjalną tro­skę. Być może pod­czas dłu­gich godzin spę­dza­nych w biblio­tece zma­gał się ze sobą, szu­ka­jąc wyj­ścia z ich trud­nego poło­że­nia; jeśli jed­nak tak było, nie dzie­lił się z nikim ani swym nie­po­ko­jem, ani wnio­skami.

Jego żona nato­miast nie znała podob­nego umiaru. Pani Ben­net nie myślała nie­mal o niczym innym, jak tylko o tru­dach, które cze­kają ją i jej córki po śmierci męża; czę­sto też sły­szano, jak w domu i poza nim uty­skuje na nie­go­dzi­wość ordy­na­cji. Twier­dziła, że jej nerwy nie są w sta­nie znieść napię­cia, jakie wywo­łuje ta nie­for­tunna sprawa. Nie potra­fiła pojąć, jak kto­kol­wiek mógł mieć sumie­nie zapi­sać mają­tek z pomi­nię­ciem wła­snych córek; uwa­żała, że jeśli nic się w tej kwe­stii nie zmieni, czeka ich nie­chybna zguba. Choć była kobietą o ogra­ni­czo­nej inte­li­gen­cji i nie­wiel­kiej wyobraźni, miała znaczne zasoby ener­gii i uporu, które z całym odda­niem poświę­ciła zna­le­zie­niu roz­wią­za­nia. Szybko doszła do prze­ko­na­nia, że w tym mar­nym poło­że­niu ist­nieje tylko jedno wyj­ście: dziew­częta muszą wyjść za mąż, i to jak naj­szyb­ciej i jak naj­ko­rzyst­niej. Skoro ojciec nie mógł zabez­pie­czyć ich przy­szło­ści, musiały szu­kać ratunku u boku mężów.

Moż­li­wość ujrze­nia swych córek z mężami o jedy­nie przy­zwo­itym majątku zdo­ła­łaby uśmie­rzyć wiele obaw pani Ben­net, lecz wyobra­że­nie ich jako żon panów o znacz­nych docho­dach i pokaź­nych posia­dło­ściach napeł­niało ją rado­ścią, któ­rej nie osła­biało czę­ste o tym roz­wa­ża­nie. Nic nie spra­wiało jej więk­szego szczę­ścia niż myśl o nich jako wła­ści­ciel­kach ele­ganc­kich domów i roz­le­głych tere­nów, pew­nych, że ni­gdy wię­cej nie usły­szą tego strasz­li­wego słowa: ordy­na­cja.

Zda­wała sobie oczy­wi­ście sprawę, że zamoż­nych męż­czyzn poszu­ku­ją­cych żon nie­ła­two zna­leźć, a jesz­cze trud­niej zdo­być, zwłasz­cza dla dziew­cząt bez pokaź­nych posa­gów. Nie tra­ciła jed­nak ducha. Jej córki -?jak była prze­ko­nana -?miały prze­wagę, która pozwoli im prze­zwy­cię­żyć wszel­kie trud­no­ści: inne dziew­częta mogły być bogate, lecz jej córki były piękne. To wła­śnie, była pewna, było bło­go­sła­wień­stwem, które zapro­wa­dzi je do dostatku. Ich uroda przy­cią­gnie naj­świet­niej­sze par­tie, olśni ich oczy, zdo­bę­dzie ich serca i skłoni do zlek­ce­wa­że­nia pod­szep­tów chłod­nego, inte­re­sow­nego roz­sądku.

Dla pani Ben­net było to nie­mal prze­ko­na­niem, iż wobec braku dzie­się­ciu tysięcy fun­tów w gotówce piękna twarz sta­nowi naj­cen­niej­szy kapi­tał, jaki może posia­dać młoda kobieta. Jej wła­sne doświad­cze­nie potwier­dzało tę opi­nię, albo­wiem jakieś dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej to wła­śnie mło­dzień­cza uroda pani Ben­net zapro­wa­dziła zako­cha­nego do sza­leń­stwa pana Ben­neta przed ołtarz, prze­zwy­cię­ża­jąc wszel­kie prze­szkody, jakie zda­wały się stać na dro­dze ich związ­kowi. Gdy wpa­try­wał się w jej piękną twarz, nie miało dla niego żad­nego zna­cze­nia, że jej ojciec był jedy­nie pro­win­cjo­nal­nym adwo­ka­tem pro­wa­dzą­cym kan­ce­la­rię w Mery­ton, ani że jej brat miesz­kał w pobliżu wła­snych maga­zy­nów przy Che­ap­side. Był zde­cy­do­wany ją poślu­bić i, wbrew wszel­kim radom prze­ciw­nym temu zamia­rowi, dopiął swego.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, pani Ben­net uwa­żała się za cał­kiem zado­wo­loną z tego mał­żeń­stwa. To prawda, że pan Ben­net był czło­wie­kiem kapry­śnym i drwił z niej czę­ściej, niż uwa­żała za sto­sowne. Lecz jako pani Long­bo­urn wła­dała mająt­kiem dosta­tecz­nie znacz­nym, by zaspo­koić jej próż­ność, a pozy­cja jej męża zapew­niała jej przy każ­dej moż­li­wej oka­zji przy­jem­ność oka­zy­wa­nia pro­tek­cji mniej szczę­śli­wym zna­jo­mym.

Dla pana Ben­neta jed­nak korzy­ści pły­nące z mał­żeń­stwa były znacz­nie mniej widoczne. Jego brak roz­wagi przy oce­nie, czy cha­rak­ter mał­żonki przy­nie­sie mu tyle samo zado­wo­le­nia co jej uroda, miało poważ­niej­sze i trwal­sze kon­se­kwen­cje. Powierz­chow­ność umy­słu pani Ben­net oraz ogra­ni­czony zakres jej zain­te­re­so­wań spra­wiały, że ich zwią­zek ni­gdy nie mógł być part­ner­stwem rów­nych sobie osób. Nie mogła być ani jego towa­rzyszką, ani przy­ja­ciółką. Jej uroda wystar­czyła, by go zdo­być, lecz -?jak pan Ben­net rychło zro­zu­miał -?nie wystar­czyła, by uczy­nić go szczę­śli­wym.

Na szczę­ście dla pani Ben­net nie była ona kobietą skłonną do reflek­sji i jeśli jej mąż żało­wał teraz zasad, jakimi kie­ro­wał się przy wybo­rze żony, ona pozo­sta­wała tego zupeł­nie nie­świa­doma. W rezul­ta­cie jej uprze­dze­nia prze­trwały, nie­pod­dane żad­nej pró­bie. Poza urodą nie ceniła żad­nych przy­mio­tów kobie­cego cha­rak­teru. Dow­cip i rozum, życz­li­wość i pogoda ducha nie miały dla niej żad­nego zna­cze­nia. Dobry wygląd góro­wał nad wszel­kimi innymi zale­tami. Naj­waż­niej­szą war­to­ścią, jaką dostrze­gała w swo­ich cór­kach, była ich umie­jęt­ność wzbu­dza­nia zachwytu.

W przy­padku czte­rech z nich miała pod tym wzglę­dem wszel­kie powody do zado­wo­le­nia. Wobec Jane żywiła naj­wyż­sze nadzieje, gdyż -?jak czę­sto powta­rzała panu Ben­ne­towi -?nie mogła prze­cież uro­dzić się tak piękna bez przy­czyny. Trzy pozo­stałe sio­stry, jeśli nawet nie były tak hoj­nie obda­rzone jak Jane, to jed­nak -?w prze­ko­na­niu pani Ben­net -?odzna­czały się dosta­tecz­nie, by przy­cią­gać uwagę, gdzie­kol­wiek się poja­wiły. Tylko jedna z jej córek zawio­dła jej ocze­ki­wa­nia. Mary popeł­niła ten błąd, że nie odzie­dzi­czyła ani urody, ani wdzięku, które były udzia­łem wszyst­kich pozo­sta­łych kobiet z rodziny Ben­netów. Była to wada, któ­rej -?w oczach pani Ben­net -?nie można było wyba­czyć, o czym sama Mary rychło się prze­ko­nała.

Rozdział 2

Mary nie potra­fiła dokład­nie przy­po­mnieć sobie chwili, w któ­rej odkryła, że bra­kuje jej urody. Nie sądziła, by wie­działa o tym jako bar­dzo małe dziecko, gdy bawiła się szczę­śli­wie z Jane i Eli­za­beth, bie­ga­jąc po ogro­dzie z pla­mami trawy na sukience; ani wtedy, gdy tuliły się razem przed ogniem w pokoju dzie­cię­cym, grze­jąc stopy na meta­lo­wej osło­nie kominka. Nie wyda­wało jej się rów­nież, by była tego świa­doma, kiedy pani Hill, gospo­dyni, co rano myła jej twarz i wią­zała czy­sty far­tu­szek na sukience. Z pew­no­ścią nie wie­działa o tym także wtedy, gdy wraz ze star­szymi sio­strami wpa­dała do kuchni w dni pie­cze­nia, pro­sząc o kawa­łek świe­żego chleba, który zabie­rały ze sobą i zja­dały razem za krze­wami, śmie­jąc się tak, jakby ni­gdy nie miały prze­stać. Wów­czas -?myślała - była szczę­śliwa.

Lecz gdy miała sie­dem lub osiem lat, zaczęła prze­czu­wać, że coś nie jest cał­kiem w porządku. Zauwa­żyła, iż jej matka czę­sto patrzy na nią w spo­sób, w jaki nie patrzyła ani na Jane, ani na Lizzy. Było w tym spoj­rze­niu coś pomię­dzy iry­ta­cją a zakło­po­ta­niem -?Mary nie była pewna co -?lecz nauczyła się je dosko­nale roz­po­zna­wać. Zawsze nastę­po­wało potem wezwa­nie.

-?Chodź tu, dziecko, pokaż się.

Mary scho­dziła z krze­sła i prze­cho­dziła przez salon do miej­sca, gdzie sie­działa pani Ben­net, czu­jąc się nie­swojo pod badaw­czym wzro­kiem matki. Popra­wiano jej wstążki we wło­sach, wią­zano na nowo pasek, wygła­dzano suk­nię to tu, to tam. Lecz cokol­wiek nie­po­ko­iło panią Ben­net, żaden z jej zabie­gów nie przy­no­sił zado­wo­le­nia. Zaci­skała usta i odwra­cała wzrok, ziry­to­wana, w mil­cze­niu odsy­ła­jąc córkę na miej­sce. Mary wie­działa, że zawio­dła matkę, choć jesz­cze nie rozu­miała, w czym dokład­nie oka­zała się nie­do­sta­teczna.

Lecz była dziew­czyną bystrą i rychło pojęła, co zna­czą te wes­tchnie­nia, zmarsz­czone brwi i gesty odpra­wie­nia. Nie mogła nie zauwa­żyć, że pani Ben­net ni­gdy nie mówiła o jej wyglą­dzie z taką przy­jem­no­ścią, z jaką opi­sy­wała urodę star­szych sióstr.

-?Jane jest piękna jak anioł -?mawiała czę­sto jej matka, spo­glą­da­jąc na naj­star­szą córkę z jawną dumą. -?Samo patrze­nie na nią spra­wia przy­jem­ność.

Jane spusz­czała głowę, była bowiem dziew­czyną skromną, a kom­ple­menty przy­pra­wiały ją o rumieńce. Nie patrzyła na Eli­za­beth, która, ile­kroć prze­sadne zachwyty pani Ben­net przy­bie­rały na sile, chwy­tała spoj­rze­nie sio­stry i sta­rała się ją roz­śmie­szyć.

Wygląd Eli­za­beth nie odpo­wia­dał matce w takim stop­niu jak uroda Jane. Jej ciemne oczy i pro­mienny uśmiech zbyt wyraź­nie zdra­dzały żywio­ło­wość jej cha­rak­teru, by mogły zyskać bez­wa­run­kową apro­batę pani Ben­net. Czer­pała zbyt wielką ucie­chę z obser­wo­wa­nia świata, by ucho­dzić za praw­dziwą pięk­ność, lecz mimo wszel­kich zastrze­żeń, bystre oko matki dostrze­gało w Lizzy coś pocią­ga­ją­cego. Choć czę­sto ganiła drugą córkę za zuchwa­łość jej uwag i nie­za­leż­ność ducha, nie czy­niła zarzu­tów jej wyglą­dowi.

W miarę jak dora­stała, Mary z nadzieją ocze­ki­wała, iż pani Ben­net obda­rzy ją podob­nymi sło­wami uzna­nia. Z początku łudziła się, że z bie­giem lat uzna­nie matki przyj­dzie samo i że w końcu doro­śnie do chwili, gdy ona także zazna jej zachwytu. Lecz nawet wtedy, gdy przy­kła­dała szcze­gólną sta­ran­ność do wła­snego wyglądu, dba­jąc, by poń­czo­chy były równo uło­żone, twarz czy­sta, a włosy sta­ran­nie ucze­sane, matka wciąż nie miała dla niej ani jed­nego życz­li­wego słowa.

Mie­sią­cami trwała w ocze­ki­wa­niu, z drże­niem serca wycze­ku­jąc dnia, w któ­rym pani Ben­net zdoła doszu­kać się w niej jakie­goś przy­miotu zasłu­gu­ją­cego na uzna­nie. Może jej oczy okażą się ładne, a może syl­wetka zgrabna. Może włosy staną się jej naj­więk­szym atu­tem. Było jej wszystko jedno, którą część jej osoby matka uzna za wartą uwagi; byle tylko dało jej to spo­sob­ność zająć miej­sce pośród sióstr w bla­sku macie­rzyń­skiej apro­baty.

Mary miała dzie­sięć lat, gdy zro­zu­miała, że to ni­gdy się nie wyda­rzy. Było cie­płe popo­łu­dnie. Pani Ben­net piła her­batę ze swoją sio­strą, panią Phil­lips. Jane i Lizzy znik­nęły natych­miast na dźwięk przy­by­cia ciotki, pozo­sta­wia­jąc Mary samą, sie­dzącą na kana­pie, skrę­ca­jącą końce wło­sów w pal­cach i roz­pacz­li­wie pra­gnącą zna­leźć się gdzie­kol­wiek indziej. Ani matka, ani ciotka nie zwra­cały na nią naj­mniej­szej uwagi. Ich roz­mowa toczyła się bez ładu, obej­mu­jąc wszystko -?od praw­do­po­do­bień­stwa, że kucharka lady Lucas odej­dzie ze służby -?"i to tuż przed sezo­nem prze­two­rów" -?po przy­pusz­cze­nie, iż żona pastora może uro­dzić jesz­cze w tym tygo­dniu. Ale gdy pani Phil­lips ści­szyła głos do szeptu i pochy­liła się, by prze­ka­zać szcze­gól­nie sma­ko­wity kawa­łek plotki, pani Ben­net nagle uświa­do­miła sobie obec­ność córki.

-?Mary, zejdź do kuchni i przy­nieś jesz­cze tro­chę cukru. Weź miseczkę. Już, pro­szę.

Zachwy­cona, że może się odda­lić, Mary prze­cią­gała swoje zada­nie tak długo, jak tylko mogła, ocią­ga­jąc się w dro­dze powrot­nej i kopiąc czub­kami butów o kamienne płyty w kory­ta­rzu, by spraw­dzić, ile kurzu zdoła wznie­cić. Przy drzwiach do salonu zatrzy­mała się, by wygła­dzić sukienkę, gdy nagle, spo­śród przy­ci­szo­nego pomruku roz­mowy, usły­szała wypo­wie­dziane wła­sne imię. Wie­działa, że powinna się ujaw­nić -?pani Hill nie­raz powta­rzała jej, że pod­słu­chu­jący ni­gdy nie sły­szą o sobie niczego dobrego -?lecz nie była w sta­nie się odsu­nąć.

-?Sądzę, że Mary wygląda dziś nieco lepiej -?zauwa­żyła pani Phil­lips. - Jest mniej blada niż zwy­kle.

Pani Ben­net prych­nęła.

-?To bar­dzo uprzejme z two­jej strony, sio­stro, lecz oba­wiam się, że nie mogę się z tobą zgo­dzić. Jak na tak młodą dziew­czynę nie ma w sobie ani krzty świe­żo­ści. Nie to co Jane i Lizzy. O ich uro­dzie zawsze mówi się z zachwy­tem.

-?Doprawdy są bar­dzo ujmu­jące -?przy­znała skwa­pli­wie pani Phil­lips. -?I nie sądzę, by Mary kie­dy­kol­wiek była podzi­wiana tak jak one. Lecz, sio­stro, czy nie jesteś dla niej zbyt surowa w swo­ich osą­dach? Być może cierpi przez porów­na­nia. Gdyby Jane i Lizzy były nieco mniej piękne, może wyda­łaby ci się ład­niej­sza?

-?Och, jakże bym pra­gnęła, żebyś miała rację, lecz oba­wiam się, że porów­na­nia nie mają tu nic do rze­czy. Mary jest po pro­stu bar­dzo zwy­czajna, i tyle. Winię za to rodzinę pana Ben­neta. My, Gar­di­ne­ro­wie, zawsze odzna­cza­li­śmy się urodą.

Pani Phil­lips dolała sobie her­baty i rozej­rzała się za cukier­nicą.

-?Cóż, bar­dzo mi żal tej dziew­czynki. Nie może być łatwo być jedy­nym brzyd­kim kacząt­kiem wśród tylu łabę­dzi.

-?Tak, to dla mnie wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie i ogrom­nie działa mi na nerwy. Ale wystar­czy, że popa­trzę na inne moje dziew­częta, a od razu robi mi się lżej na sercu. Gdzie ona się podziewa z tym cukrem?

Mary wsu­nęła się do pokoju, wbi­ja­jąc wzrok w pod­łogę. Palce zaci­snęła bar­dzo mocno na cukier­nicy, którą posta­wiła na stole. Ciotka uśmiech­nęła się do niej, lecz pani Ben­net nie zwró­ciła naj­mniej­szej uwagi na to, że Mary wymyka się z pokoju.

Gdy zna­la­zła się w kory­ta­rzu, poczuła gwał­towne bicie serca. Słowa matki ude­rzyły ją z siłą nie­mal fizycz­nego ciosu. A więc teraz już wiem - pomy­ślała, wcho­dząc po scho­dach. Teraz rozu­miała. Była zwy­czajna -?jak goto­wany ziem­niak, jak kawa­łek nie­bie­lo­nego per­kalu, jak pła­ski biały talerz.

Weszła do swo­jego pokoju, przy­su­nęła krze­sło do toa­letki i pochy­liła twarz jak naj­bli­żej małego lustra. Szkło było stare i prze­tarte, lecz dawało dosta­teczne odbi­cie, by Mary mogła wyraź­nie zoba­czyć sie­bie. Patrzyła na nią mała twarz -?okrą­gła i blada. Tak, pomy­ślała, talerz. Jej szare oczy pod jasnymi brwiami nie były ani duże i błę­kitne jak u Jane, ani ciemne i bystre jak u Lizzy. Rysy były dość regu­larne, lecz niczym się nie wyróż­niały. Usta miała wąskie, wargi cien­kie. Dostrze­gła w swo­jej twa­rzy jakiś nie­po­kój. Nie suge­ro­wała ona -?jak twarz Lizzy - że w każ­dej chwili może wybuch­nąć śmie­chem. Jej włosy były jasno­brą­zowe. Nie złote i lśniące jak u Jane.

Doszła do wnio­sku, że nie było w niej niczego, co przy­cią­ga­łoby uwagę lub spra­wiało, by kto­kol­wiek patrzył na nią z przy­jem­no­ścią. Matka miała rację; nie pro­mie­niała i nie roz­kwi­tała. Przez chwilę jesz­cze wpa­try­wała się w lustro, wciąż mając nadzieję odna­leźć jakiś jasny rys, jakąś ukrytą zaletę, która mogłaby ją oca­lić. Gdy niczego nie zna­la­zła, się­gnęła po szal wiszący na opar­ciu krze­sła i sta­ran­nie zasło­niła nim lustro.

Jedna łza spły­nęła jej po policzku, ale nawet nie zadała sobie trudu, by ją otrzeć.

Mary nie powie­działa ani Jane, ani Lizzy o tym, co usły­szała. Przy­pusz­czała, że i tak już o tym wie­dzą. Jej zwy­czaj­ność wyda­wała się teraz tak oczy­wi­sta, że nie mogła pojąć, jak sama wcze­śniej tego nie dostrze­gła. Nie spo­dzie­wała się też z ich strony żad­nego współ­czu­cia. Ni­gdy nie zro­zu­mia­łyby, co czuje. Jakże mogłyby? Ich uroda była tak samo nie­od­łączną czę­ścią ich istoty jak ręka czy noga -?nie byłyby w sta­nie wyobra­zić sobie życia bez niej.

Pod jej osłoną będą ska­kać, plą­sać i tanecz­nym kro­kiem wbie­gną w swoją przy­szłość, ona nato­miast będzie mozol­nie brnąć naprzód, sta­wia­jąc ocię­żale krok za kro­kiem, bez cie­nia rado­ści czy wdzięku. Od pani Ben­net nauczyła się, że bez urody nie można osią­gnąć praw­dzi­wego i trwa­łego szczę­ścia. Ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, by podać w wąt­pli­wość to, czego ją nauczono.

Zawsze była dziew­czynką ostrożną i uważną; teraz jed­nak nie myślała o niczym innym jak tylko o tym, jak nie­ko­rzystne wra­że­nie musi wywie­rać na ota­cza­ją­cych ją ludziach. Weso­łość, która nie­gdyś skła­niała ją do zabaw i bie­ga­nia z sio­strami, stop­niowo gasła. Nie miała już do tego serca. Gdy Jane i Lizzy figlo­wały razem lub bie­gały po ogro­dzie, wszy­scy uśmie­chali się i mówili, że wyglą­dają uro­czo, lecz Mary powta­rzała sobie, że gdyby ona uczy­niła to samo, ucho­dzi­łaby za śmieszną.

Nie wyda­wało jej się za sto­sowne oka­zy­wać lek­kość ducha. Powagę uznała za jedyną cechę, jaką dziew­czyna pozba­wiona urody mogła przy­jąć, nie nara­ża­jąc się na drwinę lub litość innych. Stop­niowo przy­wy­kła do tego, aż w końcu uwie­rzyła, że taka wła­śnie jest jej natura -?że ta wiecz­nie poważna, odizo­lo­wana i nie­po­radna dziew­czyna to jej praw­dziwe obli­cze.

Mary z żalem patrzyła, jak Jane i Lizzy stop­niowo się od niej odda­lają. Zanie­chały prób włą­cza­nia jej do wspól­nych zajęć, znie­chę­cone jej smut­kiem. Mary nie była tym zdzi­wiona. Oczy­wi­ście że wolały sie­bie nawza­jem. Jak mogłoby być ina­czej? Nie­ba­wem stwo­rzyły ści­sły, nie­ro­ze­rwalny sojusz, umoc­niony wspól­nymi zwie­rze­niami i szep­ta­nymi uwa­gami na stro­nie. Mary z tru­dem mogła uwie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek było w ich uczu­ciach miej­sce dla jesz­cze jed­nej sio­stry, a tym bar­dziej dla niej samej.

Utratę Jane zno­siła z pewną filo­zo­ficzną rezy­gna­cją. Przy całej sło­dy­czy Jane, Mary zawsze postrze­gała ją jako osobę nieco odle­głą, nie­prze­nik­nioną za swoją dosko­nałą twa­rzą. Lecz prze­paść, jaka otwo­rzyła się mię­dzy nią a Eli­za­beth, spra­wiała jej praw­dziwy ból. Dopiero gdy zaczęły się od sie­bie odda­lać, Mary uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo ją kochała, jak wielką radość czer­pała z jej żywio­ło­wej obec­no­ści. Nikt nie potra­fił roz­śmie­szyć czło­wieka tak jak Lizzy, nikt nie umiał tak prze­kor­nie wpra­wić w dobry nastrój ani z tak swo­bod­nym wdzię­kiem skło­nić do uśmie­chu z samego sie­bie.

Przez pewien czas Mary kur­czowo trzy­mała się nadziei, że to wła­śnie Lizzy ją ocali -?że dostrzeże jej smu­tek i wycią­gnie do niej rękę, poma­ga­jąc wydo­stać się z otchłani przy­gnę­bie­nia, w którą czuła, że powoli się pogrąża. Lecz choć Lizzy spo­glą­dała na nią cza­sem z pew­nym zdu­mie­niem, a nie­kiedy nie­mal z żalem, nie powie­działa ani nie uczy­niła nic, by zatrzy­mać ją przy sobie i wkrótce ich dawna bli­skość stała się jedy­nie wspo­mnie­niem.

Gdy star­sze sio­stry się od niej odda­liły, Mary zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie mogłaby zna­leźć przy­ja­ciółki w któ­rejś z młod­szych. Kiedy były jesz­cze małe, przy­glą­dała się im uważ­nie, pró­bu­jąc dostrzec, czy odzie­dzi­czyły urodę Jane i Lizzy. Nie lubiła przy­zna­wać się do tego, czego w głębi duszy pra­gnęła. Wyda­wało się okrutne życzyć sobie, by pulchne dziecko nie wyro­sło na piękną młodą pannę, lecz Mary nie potra­fiła się od tego uwol­nić. Gdyby któ­raś z nich -?Kitty lub Lydia - oka­zała się zwy­czajna, nie czu­łaby się tak samotna. Dwie nie­ładne sio­stry zro­zu­mia­łyby się nawza­jem. Sta­nę­łyby po jed­nej stro­nie i z pew­no­ścią sta­łyby się przy­ja­ciół­kami.

Nie minęło jed­nak dużo czasu, gdy stało się jasne, że były to płonne nadzieje i nawet Mary dostrze­gła, że nie idą one w jej ślady, lecz podą­żają drogą Jane i Eli­za­beth.

-?To bar­dzo ładne dziew­czynki -?oświad­czyła ich matka z zado­wo­le­niem. - Może nie dorów­nują Jane, ale i tak są nader ujmu­jące. Cztery pięk­no­ści na pięć córek to wynik cał­kiem godny uzna­nia. Jestem pewna, że nikt nie mógłby osią­gnąć lep­szego.

W miarę jak Kitty i Lydia dora­stały, Mary rychło pojęła, że młod­szym sio­strom jest rów­nie mało potrzebna, jak wcze­śniej star­szym. Gdyby Kitty mogła decy­do­wać sama, być może by ule­gła. Była dziew­czyną łagodną, potulną i pra­gnącą zado­wo­lić innych. Być może dałoby się ją skło­nić, by została przy­ja­ciółką Mary. Lecz naj­młod­sza z panien Ben­net była zde­cy­do­wana, by do tego nie dopu­ścić. Już jako dziecko Lydia była uparta, zuchwała i krnąbrna; a gdy raz posta­no­wiła mieć Kitty wyłącz­nie dla sie­bie, Mary nie miała z nią naj­mniej­szych szans.

Nie trzeba było wiele czasu, by Kitty cał­ko­wi­cie ule­gła wpły­wowi Lydii, pod­po­rząd­ko­wana jej nie­ugię­tej woli i posłusz­nie powta­rza­jąca wszyst­kie jej opi­nie. Wkrótce i ona miała dla Mary rów­nie mało czasu jak wszy­scy pozo­stali. Gdy Mary ukoń­czyła czter­na­ście lat, wie­działa już, że nie jest dla żad­nej z sióstr naj­waż­niej­sza. Nie była niczyją powier­nicą ani przy­ja­ciółką. Ani matka, ani ojciec nie darzyli jej żad­nym szcze­gól­nym uczu­ciem. Pośród tak licz­nej rodziny była zupeł­nie sama.

Rozdział 3

Postę­po­wa­nie pani Ben­net tylko pogłę­biało nie­szczę­ście Mary, gdyż przy­jem­ność, jaką czer­pała ze swych czte­rech uro­dzi­wych córek, nie była -?jak się zda­wało -?w sta­nie cał­ko­wi­cie wyna­gro­dzić bra­ków pią­tej; a z każ­dym mija­ją­cym rokiem wygląd Mary coraz bar­dziej draż­nił jej matkę. Pani Ben­net nie miała ani cier­pli­wo­ści, ani ochoty ukry­wać swego roz­draż­nie­nia, wywo­ły­wa­nego przez cały sze­reg drob­nych uchy­bień; lecz nie­wiele rze­czy iry­to­wało ją bar­dziej niż włosy Mary.

Każ­dego wie­czoru, na jej wyraźne pole­ce­nie, zwi­jano je w papi­loty; i każ­dego ranka, gdy pani Hill je roz­cze­sy­wała, oka­zy­wały się rów­nie pro­ste i rów­nie cien­kie jak wcze­śniej. Pani Ben­net nie mogła powstrzy­mać się od trak­to­wa­nia tego codzien­nego roz­cza­ro­wa­nia jako oso­bi­stej znie­wagi.

-?Mary, jestem prze­ko­nana, że robisz to umyśl­nie, by mnie ziry­to­wać.

-?Zapew­niam cię, mamo, że nie. Gdy­bym mogła, spra­wi­ła­bym, żeby się krę­ciły. Może lepiej zacze­sy­wać je do tyłu? Wtedy może nie byłoby tak widać, że się nie kręcą?

Pani Ben­net zmarsz­czyła brwi.

-?Być może wola­ła­byś nosić cze­pek jak jakaś stara mężatka? To by zakryło wiele nie­do­stat­ków!

Po tych sło­wach matka odcho­dziła obu­rzona, pozo­sta­wia­jąc panią Hill, by ta znów się­gnęła po grze­bie­nie i szczotki, gotowa pod­jąć kolejną, bez­na­dziejną próbę osią­gnię­cia nie­moż­li­wego.

Nie­ba­wem Mary zapra­gnęła stać się nie­wi­dzialna. Lepiej było nie przy­cią­gać niczy­jej uwagi, niż sta­wać się przed­mio­tem zrzę­dli­wego nie­za­do­wo­le­nia matki. Robiła wszystko, co w jej mocy, by znik­nąć; wybie­rała suk­nie w naj­bar­dziej nija­kich bar­wach, uszyte w spo­sób tak skromny, by nie dawać naj­mniej­szego powodu do uwag. Gdy pani Hill, która -?jak Mary wie­działa -?lito­wała się nad nią i zachę­cała ją do roz­wa­że­nia żyw­szych kolo­rów i bar­dziej korzyst­nych faso­nów, odma­wiała -?nija­kie sza­ro­ści i beże były wszyst­kim, na co zasłu­gi­wała.

Prze­ko­nana, że nic nie zdoła popra­wić postaci, jaką uka­zy­wała światu, nie brała udziału w roz­mo­wach o kape­lu­szach, pan­to­flach i muśli­nach, które wraz z wie­kiem pochła­niały tak wiele czasu Kitty i Lydii. Lydia miała ostry język, a w swo­ich sądach była rów­nie bez­li­to­sna jak ich matka, i Mary oba­wiała się drwin, które z pew­no­ścią spo­tka­łyby jej nie­zręczne próby włą­cze­nia się do roz­mowy. Łatwiej było mil­czeć.

Gdy sio­stry cho­dziły do Mery­ton, by wyda­wać kie­szon­kowe w małym skle­pie mod­niar­skim, ona pozo­sta­wała na zewnątrz, samotna na ulicy. Nie było sensu wcho­dzić do środka. Cóż zro­bi­łaby z nowym koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem, kolo­ro­wymi wstąż­kami czy słom­ko­wym kape­lu­szem? Takie bła­hostki nie były dla dziew­cząt takich jak ona.

Nie­spo­kojna i osa­mot­niona, szu­kała innych spo­so­bów, by spę­dzać czas, lecz wybór miała nie­wielki. Nie miała talentu do rysunku, a robótki ręczne ją nudziły. Nie potra­fiła malo­wać i nie lubiła kart. Muzyka to jed­nak było coś zupeł­nie innego. Sie­dząc przy for­te­pia­nie, Mary czuła się nie­mal szczę­śliwa, zapo­mi­na­jąc na chwilę o swo­ich nie­do­sko­na­ło­ściach i poraż­kach.

Wszyst­kie sio­stry Ben­net zostały nauczone gry. Pani Ben­net uwa­żała to za ujmu­jącą umie­jęt­ność dla mło­dej damy i nale­gała, by każda z jej córek ją posia­dła, zapew­nia­jąc im nawet nauczy­cielkę. Uprzejma i wiecz­nie prze­cią­żona pracą panna Allen przy­cho­dziła w każdą środę po połu­dniu i udzie­lała lek­cji kolejno każ­dej z sióstr Ben­net. Mary pamię­tała, jak cze­kała na swoją kolej, licząc minuty, aż Lizzy skoń­czy, z zapar­tym tchem pra­gnąc zająć jej miej­sce przy kla­wia­tu­rze.

Począt­kowo była tak mała, że potrze­bo­wała poduszki, by dosię­gnąć kla­wi­szy. Sie­działa na niej, nie­pew­nie balan­su­jąc, wycią­ga­jąc dzie­cięce palce, by grać gamy i pasaże. Od samego początku to kochała, zachwy­cona dźwię­kami, które wydo­by­wała, pod­eks­cy­to­wana, gdy z tygo­dnia na tydzień zaczy­nały coraz bar­dziej przy­po­mi­nać melo­die i utwory. Było to jesz­cze w cza­sach, gdy była bar­dzo młoda, zanim nauczyła się wsty­dzić samej sie­bie.

Gdy przy­swo­iła bole­sną świa­do­mość swo­jej zwy­czaj­no­ści, odwró­ciła się od wielu zajęć, które nie­gdyś spra­wiały jej przy­jem­ność; lecz miłość do muzyki była jedną z nie­wielu pasji, któ­rych dora­sta­jąc, nie porzu­ciła. Grała na­dal, nawet gdy jej sio­stry, jedna po dru­giej, rezy­gno­wały, porzu­ca­jąc lek­cje for­te­pianu tak szybko, jak tylko pani Ben­net na to pozwa­lała. Wkrótce tylko Mary i Lizzy regu­lar­nie korzy­stały z wysłu­żo­nego rodzin­nego instru­mentu.

Coś się jed­nak zmie­niło. Gdy zaczy­nała, muzyka była dla Mary przy­jem­no­ścią, ucieczką od codzien­no­ści, w któ­rej nie­wiele było powo­dów do rado­ści, lecz z chwilą, gdy weszła w wiek dora­sta­nia, prze­stała postrze­gać ją jedy­nie jako miłe zaję­cie. Stop­niowo uświa­do­miła sobie, że gdy tylko zasiada przy kla­wia­tu­rze, uroda nie ma żad­nego zna­cze­nia. Przy for­te­pia­nie nawet naj­zwy­klej­sza kobieta mogła przy­ćmić naj­pięk­niej­szą, jeśli tylko miała ambi­cję i wytrwa­łość nie­zbędne, by tego doko­nać.

Choć świa­doma była swo­ich bra­ków w tak wielu dzie­dzi­nach życia, Mary nie wąt­piła w swoją zdol­ność do wytrwa­ło­ści i pil­no­ści i wyda­wało jej się, że można je wyko­rzy­stać, by nadać sens i poczu­cie osią­gnię­cia jej sza­rej egzy­sten­cji, tak ubo­giej w inne źró­dła satys­fak­cji. Dla­cze­góż by nie skie­ro­wać ich ku opa­no­wa­niu gry na for­te­pia­nie? Wyka­zy­wała już pewne kom­pe­ten­cje. Dzięki wytrwa­ło­ści mogła osią­gnąć jesz­cze wyż­szy sto­pień wykształ­ce­nia. Per­spek­tywa posia­da­nia wła­snego talentu, jakie­goś wyróż­nia­ją­cego ją przy­miotu, napeł­niała ją unie­sie­niem i ani przez chwilę nie żało­wała pracy, jakiej wyma­gało jego zdo­by­cie.

Dobro­wol­nie ska­zy­wała się na odosob­nie­nie w salo­nie, do któ­rego nikt poza nią nie zaglą­dał aż do pory na her­batę, powta­rza­jąc swoje ćwi­cze­nia wciąż od nowa. Z upo­rem dążyła do dosko­na­ło­ści i w końcu została za to nagro­dzona. Pod każ­dym wzglę­dem -?zarówno tech­niki, jak i bie­gło­ści - poczy­niła szyb­kie postępy. Panna Allen oświad­czyła, że jest bar­dzo zado­wo­lona z jej postę­pów, i zapew­niła ją, iż jeśli utrzyma zwy­czaj regu­lar­nych i suro­wych ćwi­czeń, może spo­dzie­wać się dal­szej poprawy.

Mary nie była przy­zwy­cza­jona do pochwał i ten drobny okruch zachęty wystar­czył, by umoc­nić jej posta­no­wie­nie i przy­wią­zać ją do kla­wia­tury na dłu­gie, samotne godziny. Prze­waż­nie nie odczu­wała żalu z powodu czasu spę­dza­nego w odosob­nie­niu przy ćwi­cze­niach, lecz nie­kiedy, pośród prak­tyki, ogar­niał ją smu­tek, któ­rego nie potra­fiła zro­zu­mieć. Dopiero po pew­nym cza­sie pojęła, iż uczu­cie to było tęsk­notą za rado­ścią i unie­sie­niem, jakie nie­gdyś towa­rzy­szyły jej grze.

Nie­ustanna dys­cy­plina, którą sama sobie narzu­ciła, powoli zga­siła nie­mal całą radość, z jaką nie­gdyś zasia­dała do for­te­pianu. Teraz była to praca jak każda inna. Jej wysi­łek i sta­ra­nia przy­nio­sły jej upra­gnioną bie­głość, lecz osią­gnęła ją kosz­tem pro­stej rado­ści, którą nie­gdyś ceniła nade wszystko.

Zazwy­czaj Mary potra­fiła prze­ko­nać samą sie­bie, iż była to cena, którą warto było zapła­cić, że pobła­ża­nie wła­snej rado­ści ma mniej­sze zna­cze­nie niż dosko­na­le­nie talentu. Lecz zda­rzały się chwile, gdy ogar­niały ją wąt­pli­wo­ści co do tego, z czego zre­zy­gno­wała, gdy tęsk­nota za speł­nie­niem i swo­bodą, jakie nie­gdyś dawała jej muzyka, prze­bi­jała się mimo wszel­kich prób jej stłu­mie­nia.

Pew­nego ranka, gdy z nutami pod pachą zmie­rzała do salonu, by roz­po­cząć codzienne ćwi­cze­nia, usły­szała nie­omylny dźwięk for­te­pianu, przy któ­rym sie­działa Lizzy. Roz­po­zna­łaby jej spo­sób gry wszę­dzie -?szybki, pełen śmia­ło­ści, tak pocią­ga­jący, że nie spo­sób było nie odwró­cić głowy i się nie wsłu­chać. Nie­liczne pomyłki, które popeł­niała, w niczym nie umniej­szały przy­jem­no­ści słu­cha­nia. Mary wsu­nęła się cicho do pokoju i obser­wo­wała sio­strę, gdy ta koń­czyła utwór, z głową odchy­loną do tyłu, zamy­ka­jąc go wła­snym, doda­nym dla samej sie­bie ozdob­nym akcen­tem.

Mary usia­dła, nieco oszo­ło­miona ener­gią i bra­wurą, z jaką Eli­za­beth potrak­to­wała pieśń. Wyko­na­nie to w niczym nie przy­po­mi­nało jej wła­snego, pre­cy­zyj­nego i dro­bia­zgo­wego stylu, lecz nie spo­sób było go słu­chać i nie poczuć podziwu.

-?To było bar­dzo dobre, Lizzy! -?zawo­łała. -?Pra­wie nie było fał­szy­wych nut. Gdy­byś tylko ćwi­czyła regu­lar­nie, mogła­byś naprawdę to opa­no­wać.

Z twa­rzą lekko zaró­żo­wioną wysił­kiem gry Eli­za­beth odsu­nęła sto­łek od for­te­pianu, jakby na znak, że zro­biła już to, co chciała, i wię­cej grać nie zamie­rza.

-?To zupeł­nie nie dla mnie. Nie sądzę, bym miała dość cier­pli­wo­ści, by cokol­wiek opa­no­wać do per­fek­cji. Gdy tylko zaczę­łoby to spra­wiać trud­no­ści, natych­miast zna­la­zła­bym sobie inne zaję­cie.

-?Lecz czy nie chcesz roz­wi­jać swo­jego talentu? Szkoda byłoby go zmar­no­wać.

-?Nie jestem pewna, czy go mar­nuję, skoro spra­wia mi przy­jem­ność. - Lizzy pozwo­liła pal­com prze­su­nąć się po kla­wi­szach w pro­stej gamie. - Cza­sem myślę, że mogła­byś czer­pać wię­cej rado­ści, gdy­byś przy­kła­dała się tro­chę mniej.

-?Jak mam grać popraw­nie, jeśli nie będę się przy­kła­dać?

-?Być może -?odparła Lizzy -?popraw­ność i pil­ność nie są jedyną miarą powo­dze­nia.

To było wła­śnie to przy­pusz­cze­nie, które nie­kiedy nie­po­ko­iło także myśli Mary, lecz odsu­wała je od sie­bie, gdyż nie była w sta­nie dopu­ścić go do głosu.

-?Nie mogę uwie­rzyć, by cokol­wiek warte posia­da­nia można było osią­gnąć bez wysiłku i poświę­ce­nia.

-?Być może tak jest -?odparła Lizzy -?a jed­nak wiem, że wola­ła­bym słu­chać utworu gra­nego z rado­ścią i lek­ko­ścią niż całej tej wyćwi­czo­nej do per­fek­cji dosko­na­ło­ści.

-?Wąt­pię, byś chciała słu­chać sze­regu błę­dów -?odpo­wie­działa Mary - choćby wyko­ny­wała je osoba naj­we­sel­sza pod słoń­cem.

Eli­za­beth zebrała nuty i wstała od for­te­pianu.

-?Być może. Lecz doprawdy, wielka to szkoda ogra­bić muzykę z wszel­kiej przy­jem­no­ści. Kilka fał­szy­wych nut to nie­wielka cena w zamian za tę radość.

Wycho­dząc z pokoju, lekko dotknęła ramie­nia Mary. Mary usia­dła i uło­żyła swoje nuty, lecz nie mogła się uspo­koić. Słowa Eli­za­beth poru­szyły ją głę­boko. Nie było nic dziw­nego w tym, że Lizzy mówiła z lek­ce­wa­że­niem o cięż­kiej pracy i wysiłku; jej wszystko przy­cho­dziło z łatwo­ścią. Nie musiała się tru­dzić -?jej urok zawsze ją rato­wał, nawet przy for­te­pia­nie.

Mary ener­gicz­nie poło­żyła zeszyt z nutami na pul­pi­cie. Dla niej było ina­czej. Wypro­sto­wała palce i zaczęła ćwi­czyć gamy.

Rozdział 4

Mary, gdy czuła się zbyt zmę­czona, by dłu­żej sie­dzieć przy kla­wia­tu­rze, miała zwy­czaj wyco­fy­wać się do swo­jej sypialni i odda­wać lek­tu­rze. Stał tam nie­wielki regał, na któ­rym spo­czy­wało kil­ka­na­ście nale­żą­cych do niej ksią­żek. Były jej tak dobrze znane, że potra­fiła całe ich ustępy recy­to­wać z pamięci, mimo to spra­wiało jej przy­jem­ność otwie­ra­nie ich na nowo i powra­ca­nie do zna­jo­mych słów. Nie potra­fiła przy­po­mnieć sobie czasu, w któ­rym czy­ta­nie nie byłoby dla niej zarówno pocie­chą, jak i schro­nie­niem.

W rze­czy samej, nie­kiedy zda­wało jej się, iż wspo­mina sam moment, gdy nawie­dził ją ów wielki zachwyt nad zna­jo­mo­ścią słowa pisa­nego. Sie­działa sku­lona przed ogniem w pokoju dzie­cię­cym, gdy czarne linie na papie­rze, które Lizzy z taką cier­pli­wo­ścią dla niej kre­śliła, prze­stały być przy­pad­ko­wymi kształ­tami i nagle uło­żyły się w litery -?J jak jabłko, K jak kot.

Gdy raz to pojęła, nic nie było w sta­nie jej powstrzy­mać. Robiła bły­ska­wiczne postępy, zamie­nia­jąc książki obraz­kowe na wier­szyki i bajki. Szybko upo­rała się z The History of Lit­tle Goody Two-Shoes, a The Story of the Robins nie zatrzy­mała jej na długo. W owych cza­sach czy­tała w towa­rzy­stwie Jane lub Eli­za­beth; we trzy sie­działy razem w zgod­nej ciszy na górze w pokoju dzie­cię­cym, każda zajęta swoją książką. Lecz gdy dora­stała i sta­wała się coraz bar­dziej nie­szczę­śliwa, a sio­stry odda­lały się od niej, książki prze­stały być wię­zią mię­dzy nimi, a stały się raczej pocie­chą w obli­czu tej straty. Gdy Jane i Eli­za­beth szep­tały mię­dzy sobą, nie dopusz­cza­jąc jej do roz­mowy, gdy zamy­kały drzwi swo­jego pokoju i nie zapra­szały jej, by do nich dołą­czyła -?wów­czas Mary ucie­kała do ksią­żek, znaj­du­jąc w nich odwró­ce­nie uwagi od samot­no­ści, która przy­gnia­tała jej ducha.

Czy­tała tak wiele, że szybko wyczer­pała nie tylko zawar­tość wła­snych pó­łek, lecz także skromne zasoby szkol­nego pokoju w Long­bo­urn. Wkrótce prze­czy­tała wszystko, co się tam znaj­do­wało -?od atla­sów świata po porad­niki gospo­dar­stwa domo­wego, lecz im wię­cej pochła­niała, tym sil­niej­sza sta­wała się potrzeba nowych lek­tur. Się­gała po wszystko, co tylko zna­la­zła w domu, zabie­ra­jąc ze sobą, by stu­dio­wać w wol­nej chwili.

Powie­ści, które pani Ben­net wypo­ży­czała z biblio­teki, zaj­mo­wały ją przez pewien czas, lecz ich piękne boha­terki w opa­łach, przy­stojni i nie­ska­zi­telni boha­te­ro­wie oraz zawi­ło­ści fabuły, pro­wa­dzące ich krok po kroku ku naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nym szczę­śli­wym zakoń­cze­niom, nie znaj­do­wały jej uzna­nia. Uwa­żała je za nie­do­rzeczne i pra­gnęła lek­tury bar­dziej wyma­ga­ją­cej.

Sądząc, iż być może bar­dziej odpo­wiada jej fakt niż fik­cja, się­gnęła po gazety pana Ben­neta, mru­żąc oczy nad drob­nym dru­kiem, lite­ru­jąc sobie nie­znane nazwi­ska i miej­sca, o któ­rych czy­tała, aż wresz­cie bolały ją oczy i odkła­dała je na bok. Czy­tała cza­so­pi­sma rol­ni­cze, które pre­nu­me­ro­wał jej ojciec, zasta­na­wia­jąc się nad ilu­stra­cjami mło­carni i sche­ma­tami pło­do­zmianu. Pod­kra­dała bro­szury przy­no­szone do domu przez służbę, pełne sen­sa­cyj­nych opi­sów strasz­li­wych zbrodni i ostat­nich wyznań ska­zań­ców, stu­diu­jąc pry­mi­tywne czarno-białe ryciny przed­sta­wia­jące powie­szo­nych męż­czyzn i zamor­do­wane kobiety -?aż pani Hill je odkryła i ze zło­ścią wynio­sła z powro­tem do kuchni.

Cza­sami natra­fiała na poważ­niej­sze tomy pozo­sta­wione przez pana Ben­neta i przy­glą­dała się im z wielką cie­ka­wo­ścią; nie śmiała ich jed­nak otwo­rzyć. Książki ojca były rze­czą nie­mal świętą i nikt poza nim nie miał prawa ich doty­kać.

Mając osiem­na­ście lat, Mary zro­zu­miała, że nie może kon­ty­nu­ować nauki w tak cha­otyczny i nie­upo­rząd­ko­wany spo­sób. Pra­gnęła roz­wi­jać swoje zdol­no­ści umy­słowe tak, jak wcze­śniej dosko­na­liła bie­głość muzyczną, lecz wie­działa, że aby to uczy­nić, potrzebne są dwie rze­czy. Po pierw­sze -?musi mieć dostęp do znacz­nie bogat­szego zasobu lek­tur; po dru­gie - potrze­buje pomocy nauczy­ciela. Miała pannę Allen do for­te­pianu. Dla­cze­góż nie mia­łaby mieć podob­nego wspar­cia w roz­wi­ja­niu swo­ich zain­te­re­so­wań inte­lek­tu­al­nych? Z pew­no­ścią można by zna­leźć osobę sta­teczną i uczoną, która pokie­ro­wa­łaby jej czy­ta­niem i nadała kształt jej nauce.

Gdyby była chłop­cem, zapew­niono by jej nauczy­ciela, lecz dla dziew­czyny było to nie do pomy­śle­nia. Nie było też żad­nej nadziei, by wysłano ją do szkoły, gdyż pani Ben­net była świę­cie prze­ko­nana, iż jedze­nie poda­wane pen­sjo­na­riusz­kom jest cięż­ko­strawne i szko­dzi cerze. Pozo­sta­wało zatem tylko jedno roz­wią­za­nie jej trud­no­ści -?zatrud­nie­nie guwer­nantki -?lecz minęło wiele mie­sięcy, zanim zebrała w sobie odwagę, by zapy­tać matkę, czy byłoby to moż­liwe.

Poru­szyła ten temat z wielką ostroż­no­ścią, wie­dząc, że pani Ben­net nie darzy guwer­nan­tek szcze­gólną sym­pa­tią. Istot­nie, jej matka była dumna z tego, że ni­gdy nie zatrud­niała nikogo takiego. Przez lata przez pod­jazd do Long­bo­urn prze­wi­jał się sze­reg nauczy­cieli przy­by­wa­ją­cych, by udzie­lać jej cór­kom lek­cji z tych przed­mio­tów, które -?jak sądziła - nada­dzą ich wykształ­ce­niu osta­teczny szlif. Od nich ona i jej sio­stry zaczerp­nęły odro­binę fran­cu­skiego, nieco rysunku i bar­dzo wiele tańca. Ale w spra­wach ogól­nego wykształ­ce­nia, pani Ben­net uwa­żała wła­sny przy­kład, wsparty przy­zwo­itą liczbą pod­ręcz­ni­ków, za w pełni wystar­cza­jący, by wypo­sa­żyć je we wszystko, co powinny wie­dzieć. Nauczyła swoje córki pro­wa­dzić rachunki, zarzą­dzać domem i szyć rów­nym, sta­ran­nym szwem. Każda z nich czy­tała nader bie­gle, a ich wie­dza z zakresu histo­rii i geo­gra­fii wystar­czała, by w krę­gach towa­rzy­skich nie spra­wiać wra­że­nia osób zupeł­nie ogra­ni­czo­nych.

Pani Ben­net nie zauwa­żyła, by uczo­ność żony była cechą szcze­gól­nie pożą­daną przez męż­czyzn, i nie miała zamiaru powięk­szać trud­no­ści swo­ich córek, obcią­ża­jąc je opi­nią osób nad­mier­nie bystrych. Wszystko to Mary wie­działa, lecz pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia umy­słu prze­wa­żyło nad jej oba­wami i pew­nego popo­łu­dnia, sie­dząc z matką i sio­strami przy her­ba­cie, przed­sta­wiła swoją prośbę tak śmiało i spo­koj­nie, jak tylko potra­fiła.

Pani Ben­net była zasko­czona, jak Mary się tego spo­dzie­wała.

-?Guwer­nantkę? Cóż ty masz na myśli? Po cóż mia­łaby ci ona być potrzebna w twoim wieku?

-?Chcia­ła­bym udo­sko­na­lić swoje wykształ­ce­nie, mamo, roz­sze­rzyć krąg lek­tur i kształ­to­wać wła­sny umysł.

-?Nie potra­fię sobie wyobra­zić, czego jesz­cze powin­naś się nauczyć! - zawo­łała pani Ben­net. -?Masz już głowę pełną bez­u­ży­tecz­nych wia­do­mo­ści. Wąt­pię, by ist­niał kraj, któ­rego sto­licy byś nie znała albo któ­rego głów­nych rzek nie potra­fi­ła­byś wymie­nić. Cze­góż wię­cej mogłaby cię nauczyć guwer­nantka?

-?Mogłaby pomóc mi uczyć się w spo­sób bar­dziej upo­rząd­ko­wany, skie­ro­wać mnie ku książ­kom, które roz­wi­ja­łyby mój inte­lekt. -?Mary poczuła, jak ogar­nia ją oży­wie­nie. -?I nie musia­łaby pra­co­wać wyłącz­nie ze mną. Mogłaby być pomocna nam wszyst­kim i młod­szym dziew­czę­tom. Jestem pewna, że każda z nas sko­rzy­sta­łaby na udo­sko­na­le­niu nawy­ków pil­no­ści.

Lydia, która zazwy­czaj nie zwra­cała naj­mniej­szej uwagi na to, co mówiła Mary, pode­rwała się obu­rzona.

-?Ucho­waj mnie, Boże, od nawy­ków pil­no­ści! A mój umysł i tak jest już wystar­cza­jąco prze­cią­żony, dzię­kuję bar­dzo. Ostat­nia rzecz, jakiej nam potrzeba, to guwer­nantka sie­dząca w salo­nie, pocią­ga­jąca nosem i wyglą­da­jąca na nie­szczę­śliwą, jakaś biedna stara panna z książką kazań w jed­nej ręce i tabaką w dru­giej.

Odwró­ciła się do Kitty, uda­jąc, że trzyma pod nosem szczyptę tabaki, par­sk­nęła, prze­wró­ciła oczami i jęk­nęła. Kitty wybuch­nęła śmie­chem, roz­sy­pu­jąc okruszki cia­sta po stole.

-?Nie potra­fię sobie wyobra­zić niczego gor­szego -?oświad­czyła Lydia -?i Kitty myśli tak samo, jestem tego pewna.

-?Byłoby to straszne, zwłasz­cza to pocią­ga­nie nosem -?dodała posłusz­nie Kitty. -?Pro­szę, mamo, nie rób tego. Jest nam dobrze tak, jak jest.

-?Jestem pewna, że mogły­by­śmy zna­leźć kogoś, kogo wszyst­kie byśmy polu­biły -?nale­gała Mary. -?Jakąś dobrze wycho­waną kobietę bez uciąż­li­wych przy­zwy­cza­jeń. I nie musia­łaby przy­cho­dzić czę­ściej niż kilka razy w tygo­dniu.

-?To i tak o wiele za czę­sto dla mnie -?rze­kła Lydia. -?A może niech nie przy­cho­dzi wcale?

Mary zigno­ro­wała ją, kie­ru­jąc na matkę bła­galne spoj­rze­nie.

-?Doprawdy, mamo, jeśli weź­miesz pod uwagę korzy­ści dla naszych umy­słów...

Lecz było to daremne. Pani Ben­net pod­jęła już decy­zję.

-?Wystar­czy, Mary. Nikt inny nie pra­gnie guwer­nantki, a ja nie zamie­rzam pono­sić takiego wydatku wyłącz­nie dla two­jej korzy­ści. Jeśli chcesz się wię­cej uczyć, to twoja sprawa. W biblio­tece pana Ben­neta jest dość ksią­żek. Możesz się tam udać, tak jak Lizzy, i czy­tać do woli. To wszystko, co mam do powie­dze­nia w tej kwe­stii. Nie życzę sobie, by wię­cej o tym wspo­mi­nano.

Lydia, wielce ura­do­wana, się­gnęła po kolejny kawa­łek cia­sta. Mary wie­działa, że dal­sze nale­ga­nie nie ma sensu. Lecz gdy tak sie­działa, patrząc, jak jej her­bata sty­gnie, zna­cze­nie słów matki zaczęło powoli do niej docie­rać. Ni­gdy dotąd nie przy­szło jej do głowy, że mogłaby mieć pozwo­le­nie na wej­ście do biblio­teki ojca. Czę­sto zaglą­dała tam mimo­cho­dem, prze­cho­dząc obok -?był to jasny, prze­stronny pokój z wyku­szo­wymi oknami wycho­dzą­cymi wprost na ogród, obraz aka­de­mic­kiej atmos­fery. Jego praw­dziwą jed­nak zaletą były książki, które wypeł­niały ściany, półka za półką -?kuszący widok dla spra­gnio­nej czy­tel­niczki, roz­pacz­li­wie pra­gną­cej cze­goś nowego, co mogłoby ją zająć.

Pan Ben­net spę­dzał tam więk­szą część każ­dego dnia, zamknięty w suro­wej ciszy. Natręci -?jak lubił przy­po­mi­nać swo­jej rodzi­nie -?nie byli tam mile widziani.

-?Skoro nie sprze­ci­wiam się ogól­nej atmos­fe­rze nie­do­rzecz­no­ści, jaka panuje w pozo­sta­łych czę­ściach tego domu, nie uwa­żam za nie­roz­sądne, by ist­niało jedno pomiesz­cze­nie, z któ­rego jest ona wyklu­czona.

Ani Kitty, ani Lydia, dla któ­rych półki pełne ksią­żek nie sta­no­wiły żad­nej pokusy, nie prze­jęły się tym oświad­cze­niem. Nie prze­jęła się nim rów­nież pani Ben­net. Nie inte­re­so­wało jej, w jaki spo­sób jej mąż spę­dza czas w swo­jej biblio­tece, i nie przy­szłoby jej do głowy, by to spraw­dzać. Jedy­nie Eli­za­beth od czasu do czasu zaglą­dała tam, by wypo­ży­czyć książkę, z tą samą swo­bodą, która cecho­wała wszystko, co czy­niła. Lecz Lizzy była ulu­bie­nicą pana Ben­neta, a jego zwy­kle iro­niczne spoj­rze­nie spo­czy­wało na niej czę­sto z cie­płem i podzi­wem, któ­rych nie oka­zy­wał młod­szym cór­kom. Mary ni­gdy nie przy­pusz­czała, by ją mogło spo­tkać podobne przy­ję­cie. Pan Ben­net rzadko na nią patrzył i zda­wał się zupeł­nie obo­jętny na jej obec­ność. Nie roz­wa­ża­łaby nawet moż­li­wo­ści wej­ścia do biblio­teki, gdyby matka nie uczy­niła tej suge­stii, lecz teraz per­spek­tywa swo­bod­nego poru­sza­nia się pośród tak wielu ksią­żek prze­zwy­cię­żyła jej obawę przed odmową. Zebrała się na odwagę i odcze­kała, aż jej ojciec będzie w -?jej zda­niem - naj­mniej kapry­śnym nastroju, po czym zatrzy­mała go w kory­ta­rzu i zapy­tała -?bar­dzo nie­śmiało -?czy mogłaby otrzy­mać pozwo­le­nie na korzy­sta­nie z biblio­teki na tych samych zasa­dach co Lizzy.

Zasta­no­wił się przez chwilę, nim odpo­wie­dział.

-?Możesz przy­cho­dzić i szu­kać schro­nie­nia w mojej biblio­tece, jeśli sądzisz, że przy­nie­sie ci to poży­tek. Lecz musisz pamię­tać, że nie jest to miej­sce do roz­mów. Nie życzę sobie, by mnie nie­po­ko­jono jało­wymi pyta­niami. W każ­dej chwili powinna tam pano­wać atmos­fera roz­sądku i ciszy. A każda książka zdjęta z półki ma być odło­żona dokład­nie na to miej­sce, z któ­rego została wzięta. Zasady te są nie­zmienne. Czy sądzisz, że potra­fisz ich prze­strze­gać?

-?Tak, ojcze, potra­fię.

-?W takim razie nie mam nic prze­ciwko temu, byś tam przy­cho­dziła. Możesz zacząć jutro.

Rozdział 5

Naza­jutrz rano Mary pośpiesz­nie upo­rała się ze swymi zwy­kłymi obo­wiąz­kami, pra­gnąc jak naj­szyb­ciej uwol­nić się spod czuj­nego oka matki. Jej zwy­czajne szy­cie zda­wało się trwać dłu­żej niż kie­dy­kol­wiek, igła nie­zli­czoną ilość razy tra­ciła nić, a pani Ben­net nale­gała, by dwa nie­równe pod­wi­nię­cia zostały sprute i wyko­nane na nowo. Wresz­cie jed­nak zna­la­zła się przed drzwiami biblio­teki, zbie­ra­jąc w sobie odwagę, by je prze­kro­czyć.

Gdy zna­la­zła się w środku, wstrzy­mała oddech, zdu­miona, że oto wresz­cie tam jest. Pan Ben­net sie­dział na swoim zwy­kłym miej­scu za biur­kiem. Ski­nął jej krótko i powró­cił do swo­ich zajęć. Roz­glą­da­jąc się dokoła, Mary odczu­wała zara­zem zachwyt i nie­po­kój. Wyobra­żała sobie, że bez trudu znaj­dzie to, czego szuka, lecz sto­jąc w smu­dze świa­tła, w któ­rej uno­siły się dro­biny kurzu, uświa­do­miła sobie, że nie wie, czego wła­ści­wie poszu­kuje ani od czego powinna zacząć.

Pode­szła do półki i pochy­liła się ku książ­kom, sta­ra­jąc się odczy­tać ich tytuły. Ostroż­nie wysu­nęła jedną. Natych­miast dwa tomy z końca rzędu z hukiem spa­dły na pod­łogę. Hałas był ogłu­sza­jący i zupeł­nie zbu­rzył panu­jącą ciszę. Pan Ben­net pod­niósł wzrok. Prze­ra­żona, Mary chwy­ciła dwie naj­bliż­sze książki i pośpiesz­nie się odda­liła.

Na kory­ta­rzu zatrzy­mała się, ści­ska­jąc je mocno przy piersi. Nie tak wyobra­żała sobie zakoń­cze­nie swo­jej pierw­szej wizyty. Gdy nieco się uspo­ko­iła, zanio­sła swoje zdo­by­cze do sypialni i usia­dła, by je obej­rzeć. Otwie­ra­jąc pierw­szy tom, prze­ko­nała się, że jest to histo­ria Anglii. Nie była pewna, czy ją to raduje, czy nie. Lecz gdy przyj­rzała się bli­żej, odkryła, iż dzieło to zostało napi­sane przez kobietę. To ją zdzi­wiło. Wie­działa, że kobiety piszą książki dla dzieci, a także powie­ści; nie przy­pusz­czała jed­nak, by bywały autor­kami poważ­nych prac histo­rycz­nych. Zacie­ka­wiona, pode­szła do swego małego biurka, zro­biła na nim miej­sce i usta­wiła przed sobą książkę. Posta­no­wiła dać pani Catha­rine Macau­lay spo­sob­ność, by wzbu­dziła jej zain­te­re­so­wa­nie.

Mary wciąż prze­by­wała w swoim pokoju, gdy pani Hill odszu­kała ją, by wezwać na obiad.

-?Matka woła panią od dzie­się­ciu minut. Nie jest zado­wo­lona.

Roz­tar­gniona Mary pod­nio­sła wzrok, odło­żyła książkę, po czym powoli zeszła na dół. Pod­czas posiłku pra­wie się nie odzy­wała, cał­ko­wi­cie pochło­nięta myślami o tym, co prze­czy­tała. Nie było to tak łatwe do śle­dze­nia jak prost­sze utwory, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona, lecz by­naj­mniej jej to nie znie­chę­cało. Prze­ciw­nie, czuła, jak nie­uży­wane dotąd siły jej umy­słu zaczy­nają się poru­szać, a cie­ka­wość budzi się w niej na nowo.

Dwa tygo­dnie zajęło jej ukoń­cze­nie pierw­szego tomu pani Macau­lay. Gdy powró­ciła do biblio­teki pana Ben­neta, rozej­rzała się, czy nie ma tam innych ksią­żek histo­rycz­nych napi­sa­nych przez kobiety. Kiedy żad­nej nie zna­la­zła, poczuła gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie. Jej poszu­ku­jąca dłoń zawa­hała się przez chwilę nad dzie­łami histo­rycz­nymi pana Hume'a, lecz nie zdjęła żad­nego z tomów z półki. Nie -?posta­no­wiła kon­ty­nu­ować lek­turę pani Macau­lay, zanim się­gnie po innych auto­rów.

Zabrała ze sobą jesz­cze dwa jej tomy, pod­eks­cy­to­wana myślą, że kobieta mogła posiąść dość wie­dzy i uczo­no­ści, by je napi­sać. Przez następne tygo­dnie pochła­niała je z zapa­łem, wsta­jąc wcze­śnie, by czy­tać rano przed śnia­da­niem, i powra­ca­jąc do nich późno w nocy, gdy reszta domow­ni­ków już spała. Każdą chwilę, którą była zmu­szona spę­dzać z dala od nich, pośród zajęć uzna­wa­nych przez matkę za konieczne, przyj­mo­wała z nie­chę­cią, wier­cąc się przy stole her­ba­cia­nym czy pod­czas uży­tecz­nych robó­tek ręcz­nych.

Pani Ben­net dostrze­gła jej roz­tar­gnie­nie i nie była z niego zado­wo­lona.

-?Ni­gdy nie można cię zna­leźć, kiedy jesteś potrzebna. A gdy już jesteś obecna, nie zwra­casz uwagi na nic, co się do cie­bie mówi.

Mary prze­pro­siła i obie­cała poprawę, lecz wie­działa, że jej przy­rze­cze­nie jest puste. Jej życie, jakie by nie było, toczyło się teraz nie­mal wyłącz­nie mię­dzy kar­tami ksią­żek. Wyda­rze­nia wojen domo­wych, tak jak przed­sta­wiała je pani Macau­lay, dzieje Karola I i Oli­vera Crom­wella stały się dla niej bar­dziej rze­czy­wi­ste niż dni, które mijały nie­zmien­nie w Long­bo­urn.

Książki były dla niej opar­ciem i nic -?nawet gło­śno wyra­żane nie­za­do­wo­le­nie matki -?nie mogło jej od nich odcią­gnąć. Prze­ciw­nie, jej głód wie­dzy rósł z każ­dym ukoń­czo­nym tomem, i w kon­se­kwen­cji jej wizyty w biblio­tece ojca sta­wały się coraz częst­sze i coraz dłuż­sze.

Z więk­szą już pew­no­ścią prze­mie­rzała półki biblio­teki pana Ben­neta, odwa­ża­jąc się wykra­czać poza dzieła histo­ryczne, które sta­wały się jej coraz lepiej znane, i z cie­ka­wo­ścią spo­glą­dała ku księ­gom o filo­zo­fii i teo­lo­gii. Czy ośmieli się się­gnąć po któ­rąś z nich? Nie była tego pewna. Zda­wały się jesz­cze bar­dziej onie­śmie­la­jące niż histo­ria. A od któ­rego autora nale­ża­łoby zacząć?

Pra­gnęła wska­zówki i czę­sto spo­glą­dała tęsk­nie ku ojcu, mając nadzieję, iż ją dostrzeże i zapro­po­nuje pomoc. Lecz on nie oka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia książ­kami, które wybie­rała, ni­gdy nie pyta­jąc, co czyta ani czy podo­bała jej się lek­tura.

Przez pewien czas przy­glą­dała mu się spod opusz­czo­nych powiek, sta­ra­jąc się oce­nić, jak by zare­ago­wał, gdyby się do niego zwró­ciła, lecz osta­tecz­nie zabra­kło jej odwagi. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jak mia­łaby zacząć ani -?gdyby zwró­cił ku niej swoje chłodne, iro­niczne spoj­rze­nie -?co mia­łaby dalej mówić. Kon­ty­nu­owała więc to, co zaczęła, zdana wyłącz­nie na wła­sny osąd.

Tygo­dnie zmie­niały się w mie­siące, a Mary czy­tała bez ustanku. Jane i Lizzy przy­glą­dały się jej z pobłaż­li­wym roz­ba­wie­niem, cie­sząc się, że jest czymś zajęta, choć nie bar­dzo wie­działy, co sądzić o jej nowej pasji. Za to u młod­szych sióstr zami­ło­wa­nie Mary do ksią­żek spra­wiło, że stra­ciła w ich oczach resztki uzna­nia. Wiele było mię­dzy nimi szep­tów i śmie­chów, ile­kroć zasta­wały ją nad lek­turą, a Lydia rychło dopro­wa­dziła do dosko­na­ło­ści naśla­do­wa­nie jej przy pracy -?zgar­bio­nej, z nosem nie­mal zato­pio­nym w jakimś cięż­kim tomie. Mary jed­nak nie dawała się znie­chę­cić. Czuła, że czyni postępy i nie zamie­rzała pozwo­lić, by kpiny czy zawsty­dza­nie odwio­dły ją od celu.

Wresz­cie zebrała dość odwagi, by się­gnąć po nie­które z krót­szych dzieł filo­zo­ficz­nych, i była zain­try­go­wana tym, co w nich odkry­wała. Ważne pyta­nia moralne, któ­rymi się zaj­mo­wały, pochła­niały ją cał­ko­wi­cie, a abs­trak­cyjne roz­wa­ża­nia spra­wiały jej praw­dziwą przy­jem­ność. W zesta­wie­niu z ich wznio­słymi zagad­nie­niami jej wła­sne, pry­watne nie­szczę­ście wyda­wało się rze­czą nie­wiel­kiej wagi -?co przy­no­siło jej oso­bliwe, nieco chłodne pocie­sze­nie. To, co czy­tała, zara­zem ją pobu­dzało i koiło -?i skła­niało do dal­szej wytrwa­ło­ści.

Nauka, jak się zda­wało, nie róż­niła się tak bar­dzo od gry na for­te­pia­nie. Umysł można było wyćwi­czyć, by speł­niał swoją powin­ność, tak jak można było ćwi­czyć palce i dosko­na­lić tech­nikę. Wystar­czała samo­dy­scy­plina i goto­wość do cięż­kiej pracy. Lecz Mary szybko prze­ko­nała się, ku swo­jemu roz­cza­ro­wa­niu, że ist­nieją oko­licz­no­ści, któ­rych nawet jej nie­zwy­kła deter­mi­na­cja nie jest w sta­nie prze­zwy­cię­żyć -?i że nie wszyst­kie aspekty jej natury dają się zmu­sić do posłu­szeń­stwa.

Od pew­nego czasu podej­rze­wała, że jej wzrok nie jest taki, jaki być powi­nien. Wzbra­niała się jed­nak przed uzna­niem fak­tów, które narzu­cały jej się z coraz więk­szą natar­czy­wo­ścią. Drobny druk zawsze spra­wiał jej trud­ność, lecz teraz -?być może wsku­tek dłu­gich godzin spę­dza­nych w biblio­tece -?lek­tura nie­mal każ­dej książki stała się nie­moż­liwa. Tekst zda­wał się falo­wać przed jej oczami, słowa się roz­my­wały. Pró­bo­wała zaci­skać powieki, by lepiej sku­pić wzrok, lecz nie­wiele to poma­gało. Krą­żyła po pomiesz­cze­niu, łapiąc świa­tło na strony tek­stu lub trzy­ma­jąc tom nie­mal przy samej twa­rzy, ale wszystko na nic.

W bla­sku let­niego ogrodu mogła jesz­cze prze­czy­tać jedną czy dwie strony, jeśli słońce miała za ple­cami, a litery nie były zbyt drobne; lecz w domu, a zwłasz­cza gdy nad­cho­dziły coraz ciem­niej­sze wie­czory, z tru­dem była w sta­nie cokol­wiek odczy­tać.

Pew­nego wie­czoru, gdy sie­działa przy biurku, uświa­do­miła sobie, że z tru­dem dostrzega choćby jeden wiersz w swo­jej książce. Zapa­liła jedną świecę, potem drugą, usta­wia­jąc je tak bli­sko stron, jak tylko się odwa­żyła; lecz nie przy­nio­sło to żad­nej poprawy. Ogar­nął ją gniew tak wielki, że miała ochotę krzy­czeć. Wyda­wało się to potwor­nie nie­spra­wie­dliwe, że wła­śnie wtedy, gdy odna­la­zła zaję­cie nada­jące jej życiu sens, miało jej ono zostać ode­brane. Jeśli nie mogła czy­tać, cóż jej pozo­sta­wało?

Zamknęła książkę sta­ran­nie, z opa­no­wa­niem, któ­rego wcale nie czuła, i poło­żyła się na łóżku, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, co powinna uczy­nić.

Przez dwa dni Mary sta­rała się żyć bez ksią­żek. Grała na for­te­pia­nie, spa­ce­ro­wała po ogro­dzie, zry­wała kwiaty do salonu i uda­wała, że szyje. Już po połu­dniu dru­giego dnia wie­działa, że takie życie jest dla niej nie do znie­sie­nia. Jeśli nie miała postra­dać zmy­słów, musiała zapy­tać matkę, czy mogłaby zasię­gnąć porady oku­li­sty.

Nie była to prośba, którą można było wypo­wie­dzieć lek­ko­myśl­nie. Mary wie­działa, że może ona wzbu­dzić w pani Ben­net jesz­cze więk­sze obu­rze­nie niż jej sta­ra­nia o guwer­nantkę, bo cóż mogłoby bar­dziej zaszko­dzić jej skrom­nym wdzię­kom, niż nosze­nie cięż­kich meta­lo­wych oku­la­rów? Lecz Mary nie miała wyboru. Skoro inne roz­wią­za­nie było nie­moż­liwe, nale­żało zadać to pyta­nie. Mogła jedy­nie pocze­kać na chwilę, gdy matka będzie w naj­mniej draż­li­wym nastroju, i zwró­cić się do niej, jak naj­od­waż­niej potra­fiła, licząc na nie­pewną życz­li­wość pani Ben­net.

Mary wresz­cie zebrała się na odwagę i pew­nego popo­łu­dnia pode­szła do matki, gdy ta była zajęta w spi­żarni, spraw­dza­jąc prze­twory przy­go­to­wane jesie­nią, zaglą­da­jąc do sło­jów, by prze­ko­nać się, czy śliwki, morele i ren­klody wciąż są dobre. Ponie­waż było to zaję­cie, które spra­wiało jej przy­jem­ność, pani Ben­net była w dość pogod­nym nastroju -?dopóki Mary nie wyja­śniła, z jaką sprawą przy­szła. Wów­czas jej dobry humor natych­miast pry­snął, a sama prośba wydała jej się nie­roz­sądna.

-?Nie mogę uwie­rzyć, że mówisz poważ­nie. Jeśli to żart, Mary, to w bar­dzo złym guście.

-?To nie żart, mamo, zapew­niam cię. Z tru­dem widzę, co jest napi­sane. Pro­szę, pozwól mi zba­dać wzrok.

-?W jakim celu? Jakim spo­so­bem mia­łoby to pomóc?

-?Jeśli oku­li­sta uzna, że byłoby to dla mnie korzystne, mógłby prze­pi­sać oku­lary. Wów­czas mogła­bym znów czy­tać.

-?Oku­lary! Doprawdy! I była­byś gotowa je nosić? Nara­zić się na takie upo­ko­rze­nie?

-?Jeśli pozwo­li­łyby mi czy­tać tak, jak pra­gnę, to tak, nosi­ła­bym je bez waha­nia.

Pani Ben­net, która wła­śnie zdej­mo­wała z półki duży słój moreli, posta­wiła go na stole z nieco zbyt wiel­kim impe­tem. Na szczę­ście się nie roz­bił, lecz hałas spra­wił, że Mary aż drgnęła.

-?Żaden męż­czy­zna nie spoj­rzy na cie­bie -?oświad­czyła -?a u każ­dej kobiety budzić będziesz jedy­nie litość.

-?Mam nadzieję, że zniosę to, jeśli zaj­dzie taka potrzeba. -?Przez chwilę pani Ben­net nie mogła wydo­być z sie­bie słowa, nie­zdolna pojąć takiej znie­wagi wobec wszyst­kiego, co było jej dro­gie. Lecz Mary zebrała się w sobie i mówiła dalej: -?Jeśli nie czu­jesz się w sta­nie mi pomóc, zapłacę za to sama. Mam tro­chę oszczęd­no­ści z kie­szon­ko­wego. Napi­szę do oku­li­sty i sama popro­szę go o wizytę.

Matka otarła ręce o far­tuch.

-?W takim razie zdaje się, że nie mam tu nic do powie­dze­nia. Niech przyj­dzie ten oku­li­sta, skoro musi. Wielce się na tobie zawio­dłam, Mary. Jestem bar­dzo stra­piona i roz­trzę­siona, a stało się to wyłącz­nie z two­jej winy.

Ruszyła ku drzwiom tak wzbu­rzona, że zosta­wiła słoje na stole, nie­tknięte i nie­spraw­dzone.

-?Nie licz na to, że gdy przyj­dzie, będę przy tym obecna. Pani Hill się tym zaj­mie. Moje nerwy nie zniosą podob­nego cię­żaru.

Pozo­sta­wiona sama w pomiesz­cze­niu, Mary drżą­cymi rękami pod­nio­sła słój moreli i ostroż­nie odsta­wiła go na półkę. Nie przy­po­mi­nała sobie, by kie­dy­kol­wiek wcze­śniej sprze­ci­wiła się matce tak otwar­cie. Opa­dła ciężko na krze­sło.

Lecz osią­gnęła swój cel. Miała zoba­czyć się z oku­li­stą. Oby tylko nastą­piło to jak naj­prę­dzej.

Rozdział 6

Tydzień póź­niej pan Spar­row, postawny męż­czy­zna w tabacz­ko­wym sur­du­cie, sta­wił się w Long­bo­urn. Przy­wiózł ze sobą obszerną teczkę zawie­ra­jącą liczne dru­ko­wane karty, duże, sztywne skó­rzane etui oraz swo­jego syna, Johna, wyso­kiego, mil­czą­cego mło­dzieńca w wieku lat osiem­na­stu.

-?Mam nadzieję, że nie będzie panienka miała nic prze­ciw jego obec­no­ści. Uczy się zawodu i sta­ram się zabie­rać go ze sobą, aby mógł jak naj­wię­cej zoba­czyć na wła­sne oczy.

Mary się zawa­hała. Nie przy­pusz­czała, iż ich czyn­no­ści będą odby­wać się w obec­no­ści świadka. Młody pan Spar­row wyglą­dał jed­nak uprzej­mie i sza­cow­nie, ski­nęła więc w mil­cze­niu głową na znak zgody. Pani Hill wpro­wa­dziła ich do chłod­nego pokoju poran­nego, gdzie w kominku nie palił się żaden ogień, i sta­nęła pod ścianą, by przy­glą­dać się dal­szemu prze­bie­gowi wizyty.

-?Pro­szę usiąść na tym krze­śle, panienko, moż­li­wie pro­sto, z głową unie­sioną i wzro­kiem skie­ro­wa­nym przed sie­bie. Tak, bar­dzo dobrze.

Dał znak synowi, który przy­niósł etui i otwo­rzył je powoli, nie­mal z naboż­no­ścią. Wewnątrz znaj­do­wały się rzędy oku­la­rów, sta­ran­nie ozna­czo­nych i uło­żo­nych w dosko­na­łym porządku.

-?A teraz, panienko -?wyja­śnił pan Spar­row -?każda z tych par ma inne szkła. Popro­szę panią, by zakła­dała je kolejno. John poda pani kartę do obej­rze­nia, a pani powie mi, co widzi. Następ­nie spró­bu­jemy innej pary, a pani znów spoj­rzy i powie, czy znaki na kar­tach wydają się wyraź­niej­sze lub mniej wyraźne. W ten spo­sób będziemy postę­po­wać, aż znaj­dziemy odpo­wied­nie oku­lary.

Nie­po­kój Mary wzrósł, gdy poczuła chłodną meta­lową oprawę na nosie, lecz spo­kojny, pewny ton pana Spar­rowa ją uspo­koił i zaczęła odczu­wać prze­błysk zain­te­re­so­wa­nia jego sta­ranną, wyćwi­czoną metodą. Gdy spoj­rzała na kartę przez pierw­szą parę oku­la­rów, była tak zdu­miona tym, jak znie­kształ­cają litery, że zasko­cze­nie prze­zwy­cię­żyło jej nie­śmia­łość i wykrzyk­nęła gło­śno:

-?Pro­szę pana, zupeł­nie nie mogę niczego roz­róż­nić! Tylko jakieś kształty i zama­zane plamy! Co to zna­czy?

-?To zna­czy, że nie jest to roz­wią­za­nie, któ­rego szu­kamy, choć wska­zuje nam kie­ru­nek dal­szych poszu­ki­wań.

Podał jej kolejną parę i tym razem Mary uznała, że litery są nieco wyraź­niej­sze. Pró­bo­wali raz po raz, z wyni­kami cza­sem lep­szymi, cza­sem gor­szymi. Wbrew sobie tak bar­dzo wcią­gnęła się w cały pro­ces, że jej skrę­po­wa­nie znik­nęło. Zaczęła myśleć o sobie mniej jako o pacjentce pana Spar­rowa, a bar­dziej jako o jego sprzy­mie­rzeńcu, poma­ga­ją­cym mu zna­leźć roz­wią­za­nie jej pro­blemu.

Wresz­cie nało­żył jej na nos parę oku­la­rów, przy któ­rych aż wes­tchnęła ze zdu­mie­nia. Nagle każda litera na kar­cie stała się jasna i wyraźna.

-?Och, panie Spar­row, widzę każdy znak na kar­tach tak wyraź­nie, jak tylko można! Każdą literę, każdą cyfrę! Widzę wszystko!

-?A więc to wła­śnie ta para -?odparł pan Spar­row z uśmie­chem. -?Zawsze miło jest widzieć tak jed­no­znaczną reak­cję. Sądzę, że możemy być pewni, iż zna­leź­li­śmy roz­wią­za­nie. Ten nie­wielki przed­miot -?dodał, pochy­la­jąc się i wyj­mu­jąc szkło z oprawy -?gdy zosta­nie wła­ści­wie przy­go­to­wany, jestem prze­ko­nany, uczyni w pani życiu nad­zwy­czajną róż­nicę.

-?To doprawdy rzecz nie­zwy­kła, pro­szę pana. Czy może mi pan wyja­śnić, jak to działa?

-?Być może popro­szę Johna, by pani to obja­śnił? Prze­ko­nam się wów­czas, jak wiele z tego, czego go uczy­łem, zapu­ściło już korze­nie w jego umy­śle. Joh­nie, jeśli łaska.

Mło­dzie­niec z początku był nie­śmiały i powścią­gliwy, lecz znał się na swoim rze­mio­śle i z każdą chwilą nabie­rał pew­no­ści, gdy opi­sy­wał deli­katne krzy­wi­zny soczewki, jej prze­mie­nia­jący wpływ na ludz­kie oko oraz sta­ran­ność i pre­cy­zję, z jaką musi być szli­fo­wana, by mogła sko­ry­go­wać wadliwy wzrok.

-?Sam uczę się tego rze­mio­sła i był­bym bar­dzo rad... był­bym zaszczy­cony, mogąc mieć udział w wyko­na­niu soczewki dla pani.

Na zakoń­cze­nie spoj­rzał jej w oczy, po czym natych­miast spu­ścił wzrok ku pod­ło­dze, jakby powie­dział zbyt wiele. Ojciec pokle­pał go po ramie­niu, dumny ze swego syna.

-?Zro­bimy to razem i wyko­namy zna­ko­mitą pracę. Ośmie­lam się przy­pusz­czać, panienko, iż będzie pani nader zado­wo­lona z rezul­tatu.

Mary odwró­ciła wzrok, nie­przy­wy­kła do bycia przed­mio­tem takiej uwagi. Nie było to jed­nak nie­miłe. Nie spo­sób było poczuć się ura­żoną przez tych cichych, sku­pio­nych męż­czyzn, któ­rych umy­sły były tak gor­li­wie zajęte zagad­nie­niami ich zawodu. Odda­jąc im oprawę, zwró­ciła się ku nim i się uśmiech­nęła. Pani Hill pode­szła bli­żej i przez chwilę wszy­scy stali razem, zado­wo­leni z tego, co osią­gnęli.

Wtem Mary usły­szała kroki matki na kory­ta­rzu -?i jej twarz natych­miast posmut­niała.

-?A zatem, panie Spar­row! -?wykrzyk­nęła pani Ben­net, wma­sze­ro­wu­jąc do pokoju. -?Jakie wie­ści ma pan dla mnie?

Oku­li­sta pró­bo­wał wyja­śnić swoje usta­le­nia oraz opi­nię o wzroku Mary, lecz pani Ben­net znie­cier­pli­wiona mach­nęła ręką.

-?To wszystko bar­dzo dobrze, pro­szę pana, ale czy możemy przejść do rze­czy? Czy chce mi pan powie­dzieć, że moja córka będzie musiała nosić oku­lary?

-?Tak, pro­szę pani, tak sądzę. Nie wydaje mi się, by mogła z łatwo­ścią wyko­ny­wać jakie­kol­wiek zaję­cia wyma­ga­jące bli­skiego widze­nia bez nich. Przy wszyst­kich czyn­no­ściach, gdzie potrzebna jest ostra ostrość wzroku, będą one nie­zbędne.

-?Lecz nie musi ich nosić poza domem? Można by się bez nich obyć w towa­rzy­stwie lub wszę­dzie tam, gdzie ktoś mógłby ją zoba­czyć?

-?To już powinna oce­nić sama panienka, lecz jestem prze­ko­nany, iż odnie­sie wielką korzyść z moż­li­wo­ści widze­nia wyraź­nie w każ­dej sytu­acji, czy to publicz­nej, czy pry­wat­nej.

Pani Ben­net zmarsz­czyła brwi.

-?Dzię­kuję, panie Spar­row. Może pan napi­sać do pana Ben­neta, który powia­domi pana o naszej decy­zji. Życzę panu dobrego dnia.

Dała znak pani Hill, by odpro­wa­dziła Spar­ro­wów. Mary patrzyła, jak wycho­dzą, żału­jąc, że nie mogła podzię­ko­wać im tak, jak na to zasłu­gi­wali. Gdy tylko ode­szli, matka zwró­ciła się do niej z obu­rze­niem.

-?To bar­dzo roz­cza­ro­wu­jące wia­do­mo­ści, Mary. Zupeł­nie nie takie, jakich się spo­dzie­wa­łam. -?Mary nie ode­zwała się ani sło­wem. Nie chciała bar­dziej roz­gnie­wać matki. -?Zaraz pój­dziemy poroz­ma­wiać o tym z twoim ojcem. Posłu­chajmy, co on na to powie.

Szły do salonu w mil­cze­niu. Gdy dotarły na miej­sce, pani Ben­net gwał­tow­nie otwo­rzyła drzwi i Mary ze smut­kiem spo­strze­gła, że cała rodzina jest już tam zgro­ma­dzona. Miała nadzieję unik­nąć upo­ko­rze­nia, jakim było oma­wia­nie jej sprawy w obec­no­ści wszyst­kich, lecz naj­wy­raź­niej było to nie­moż­liwe. Pani Ben­net, głę­boko wes­tchnąw­szy, usia­dła. Jane i Lizzy pod­nio­sły wzrok znad ksią­żek, Kitty i Lydia odwró­ciły się od ręka­wi­czek, które wła­śnie oglą­dały. Jedy­nie ojciec nie zare­ago­wał, upar­cie wpa­trzony w gazetę.

W końcu pani Ben­net nie mogła dłu­żej mil­czeć.

-?Panie Ben­net, mam ci coś do powie­dze­nia. Oba­wiam się, że to bar­dzo przy­kra wia­do­mość. Chciał­byś wie­dzieć, co to takiego?

Pan Ben­net opu­ścił gazetę i spoj­rzał ponad nią spo­koj­nie na żonę.

-?Nie­za­leż­nie od tego, jakie są moje życze­nia w tej spra­wie, jestem pewien, że zamie­rzasz mi to powie­dzieć.

-?Mary potrze­buje oku­la­rów. Oku­li­sta twier­dzi, że nie widzi bez nich. I co ty na to, panie Ben­net!

Rozej­rzała się dokoła z poczu­ciem, że prze­ka­zała wia­do­mość wiel­kiej wagi i nie­po­ko­ją­cej natury. Jako pierw­sza ode­zwała się Eli­za­beth.

-?Z pew­no­ścią, mamo, dobrze jest wie­dzieć, co można uczy­nić, by pomóc Mary. Skoro potrze­buje oku­la­rów, czy nie powinna ich mieć? Musi to być dla niej bar­dzo trudne, zma­gać się bez nich, jeśli nie widzi tak dobrze, jak powinna.

Pani Ben­net wydała z sie­bie cichy okrzyk obu­rze­nia.

-?Doprawdy, Lizzy, cóż ty wyga­du­jesz? To dla niej straszne nie­szczę­ście! Oku­lary są dla znie­do­łęż­nia­łych star­ców, a nie dla mło­dych osiem­na­sto­let­nich dziew­cząt! Nie przyj­muję do wia­do­mo­ści, że naprawdę ich potrze­buje. W mojej rodzi­nie ni­gdy nie zda­rzyło się nic podob­nego. My, Gar­di­ne­ro­wie, zawsze mie­li­śmy dosko­nały wzrok.

-?Ależ, mamo -?cią­gnęła Eli­za­beth -?tak rzadko wyko­nu­jesz prace wyma­ga­jące bli­skiego widze­nia i tak rzadko czy­tasz, że możesz nawet nie wie­dzieć, czy sama ich nie potrze­bu­jesz.

-?Jak możesz mówić coś podob­nego! Nikt nie czer­pie więk­szej przy­jem­no­ści z ksią­żek niż ja. "Czy­tam rzadko", doprawdy!

-?Zapo­mi­nasz, moja droga, że ja noszę oku­lary -?dodał pan Ben­net. -?Nie chciał­bym uwa­żać się za sta­rego czło­wieka, nie­do­łęż­nego czy też nie, lecz przy­znaję, że bez nich był­bym zupeł­nie nie­zdolny do pracy umy­sło­wej.

-?Drwisz sobie ze mnie, panie Ben­net, lecz wiesz dobrze, że mam rację. Męż­czy­zna może nosić oku­lary, przy­pusz­czam, nawet młody, zwłasz­cza jeśli jest praw­ni­kiem, duchow­nym lub kimś podob­nym, i nikt nie powie o nim złego słowa. Dla mło­dej kobiety to zupeł­nie coś innego. Co ludzie powie­dzą, gdy zoba­czą Mary w oku­la­rach? Kto zechce ją wtedy poślu­bić?

Pan Ben­net zamy­ślił się.

-?Być może któ­ryś z tych panów, o któ­rych wła­śnie wspo­mnia­łaś, sam noszący oku­lary, odważ­nie obo­jętny na szy­der­stwa całej oko­licy, zechce się o nią sta­rać. Istot­nie, może to być wła­śnie to, co ich połą­czy.

-?Łatwo ci żar­to­wać, lecz to wcale nie jest sprawa do śmie­chu. Oku­li­sta twier­dzi, że potrze­buje oku­la­rów do czy­ta­nia, ale ja zapy­tam, po co ma czy­tać tyle ksią­żek?

Na te słowa Eli­za­beth chciała się wtrą­cić, lecz ojciec uniósł rękę.

-?Jeśli Mary nie mogłaby czy­tać, jakie inne zaję­cia jej pozo­stają? Nie ma zami­ło­wa­nia do rysunku, a, jak tak czę­sto mnie zapew­nia­łaś, jej szy­cie jest dla cie­bie wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. Nie jestem znawcą, lecz wydaje mi się, że jej umie­jęt­no­ści z igłą raczej się nie popra­wią, jeśli nie będzie widziała, jak ją nawlec. Przy­pusz­czam, że mogłaby poma­gać w ogro­dzie przy wyko­py­wa­niu zimo­wej kapu­sty.

Dys­ku­sja trwała w naj­lep­sze, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc mil­czącą Mary. Nikt nie ocze­ki­wał, że coś powie. Ona zaś pozwo­liła sobie sku­pić się na życz­li­wych sło­wach Eli­za­beth. Minęło wiele czasu, odkąd sły­szała, by Lizzy mówiła o niej z taką tro­ską. Wie­działa jed­nak aż nazbyt dobrze, że nie ma co liczyć na współ­czu­cie ze strony naj­młod­szej sio­stry.

-?Ja wola­ła­bym raczej oślep­nąć, niż wkła­dać na twarz coś tak ohyd­nego! - zawo­łała Lydia. -?Porzu­ce­nie ksią­żek byłoby nie­wielką ceną, by unik­nąć tak strasz­nego losu. Czego wła­ści­wie można się nauczyć z czy­ta­nia?

Pan Ben­net spoj­rzał na Lydię z wyraźną dez­apro­batą.

-?Wła­śnie tego rodzaju uwagi przy­nio­sły ci opi­nię jed­nej z naj­bar­dziej próż­nych, i pozwolę sobie dodać, także jed­nej z naj­głup­szych i naj­bar­dziej pustych dziew­cząt w całej oko­licy.

-?Dopóki nie jestem przy tym jedną z naj­brzyd­szych, naprawdę wszystko mi jedno, papo.

Przy­no­sząc świeży dzba­nek kawy, pani Hill weszła w samą porę, by usły­szeć nie­miłą uwagę Lydii. Gdy ta ją zoba­czyła, z nadzieją unio­sła fili­żankę, lecz pani Hill zda­wała się tego nie dostrze­gać i zanio­sła dzba­nek jak naj­da­lej od niej, na drugi koniec stołu, gdzie podała go panu Ben­ne­towi.

-?Dzię­kuję ci, Lydio -?rzekł, gdy pani Hill nale­wała mu kawy. -?Nic nie mogło dobit­niej uka­zać mi słusz­no­ści wyboru w tej spra­wie. Nie zamie­rzam sta­wać na dro­dze żad­nemu człon­kowi tej rodziny, który pra­gnie zmniej­szyć ilość głu­poty w tym domu. Mary, jeśli chcesz czy­tać, będziesz miała ku temu środki. Dosta­niesz swoje oku­lary.

Pani Ben­net wyglą­dała, jakby chciała zapro­te­sto­wać, lecz jej mąż miał już dość.

-?Nie, moja droga, sprawa jest zakoń­czona. Nie życzę sobie, by mnie wię­cej tym drę­czono. Będę w biblio­tece aż do obiadu i doma­gam się, aby mi nie prze­szka­dzano.

Mary sie­działa jesz­cze przez chwilę, sta­ra­jąc się nie oka­zać ulgi i zado­wo­le­nia. Nie pamię­tała, by kie­dy­kol­wiek była bar­dziej szczę­śliwa. Gdy pod­nio­sła się z miej­sca, matka upo­rczy­wie uni­kała jej wzroku, lecz dziew­czy­nie wcale to nie prze­szka­dzało. W jej posta­wie poja­wiła się nie­mal lek­kość, gdy opusz­czała salon.

Minęło kilka tygo­dni, zanim pan Spar­row napi­sał, że oku­lary są gotowe i że z przy­jem­no­ścią zjawi się u pani Ben­net w dogod­nym dla niej cza­sie. Matka Mary, prze­ko­nana, iż uczy­niła wszystko, co w jej mocy, by zapo­biec temu wiel­kiemu upo­ko­rze­niu, odmó­wiła obec­no­ści i ponow­nie wysłała w swoim zastęp­stwie panią Hill, pole­ca­jąc jej dopil­no­wać, by w ostat­niej chwili nie doszło do żad­nych nad­użyć.

Gdy wszy­scy znów się zgro­ma­dzili, a Mary sie­działa wypro­sto­wana na krze­śle, pan Spar­row pole­cił synowi otwo­rzyć przy­nie­sioną ze sobą skó­rzaną torbę. Mło­dzie­niec wyjął z niej parę oku­la­rów owi­niętą w miękką tka­ninę, i podał je Mary z god­no­ścią i pewną uro­czy­stą powagą. Mary zało­żyła je, się­gnęła po książkę leżącą na stole, otwo­rzyła ją i wykrzyk­nęła z rado­ścią, gdy zoba­czyła druk w ostrym, wyraź­nym zary­sie.

-?Pro­szę spoj­rzeć, pani Hill! Teraz mogę czy­tać bez naj­mniej­szego trudu!

Pani Hill skrzy­żo­wała ręce na piersi i spoj­rzała na nią uważ­nie.

-?Bar­dzo się z tego cie­szę, lecz nie jestem pewna, co na to powie pani matka.

W jed­nej chwili radość Mary zga­sła. Zdjęła oku­lary i poło­żyła je na kola­nach. Na moment zapo­mniała o cenie, jaką przyj­dzie jej zapła­cić za nowo zdo­bytą zdol­ność widze­nia świata. Szy­der­stwo Lydii zabrzmiało jej w uszach. Teraz mogła widzieć wyraź­niej, lecz sama wyda się przez to jesz­cze bar­dziej zwy­czajna.

-?Och, nie, pro­szę tego nie robić, panienko.

Zdu­miona ujrzała, jak John Spar­row prze­cho­dzi przez pokój i bie­rze od niej oku­lary.

-?Niech się panienka nie znie­chęca. To rzecz wspa­niała, widzieć wyraź­nie, nie musieć wytę­żać wzroku i mru­żyć oczu. - Sta­ran­nie pole­ro­wał szkła miękką ście­reczką, cał­ko­wi­cie pochło­nięty swoją czyn­no­ścią. -?A doprawdy, bar­dzo dobrze panienka w nich wygląda. Gdy się panienka uśmie­cha... bar­dzo panience do twa­rzy.

Oddał jej oku­lary z lek­kim skło­nem głowy i pospiesz­nie wró­cił na miej­sce obok ojca.

-?John ma rację -?przy­znał pan Spar­row -?pod każ­dym wzglę­dem. A gdy przy­wyk­nie panienka do ich nosze­nia, ani pani, ani nikt inny nie będzie już na nie zwra­cał uwagi. Tego może być panienka pewna.

Mary wąt­piła, by jej matka podzie­lała to zda­nie, lecz nie potra­fiła sprze­ci­wić się temu życz­li­wemu, peł­nemu dobrej woli czło­wie­kowi.

-?Dzię­kuję, panie Spar­row. Jestem pewna, że ma pan rację. Sądzę, że będą mi dosko­nale paso­wać i będę nosić je z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

Wzięła oku­lary do ręki i wyszła na kory­tarz. Gdy zamy­kała drzwi, wydało jej się, jakby spoj­rze­nie Johna Spar­rowa podą­żało za nią przez pokój, lecz gdy się nad tym zasta­no­wiła, uznała, że musi się mylić. Stała przez chwilę, słu­cha­jąc, jak pani Hill oma­wia spo­sób i ter­min zapłaty dla Spar­ro­wów. Następ­nie zebrała myśli i szybko ode­szła.

Powinna pójść i wypró­bo­wać oku­lary na ostat­nim tomie pani Macau­lay.

Rozdział 7

Kilka razy w roku w salach zgro­ma­dzeń w Mery­ton odby­wały się publiczne bale. Każdy, kto rościł sobie choćby naj­mniej­sze pre­ten­sje do wyra­fi­no­wa­nego gustu, zwykł był pogar­dzać tymi pro­stymi roz­ryw­kami - sale były zbyt małe, muzyka zbyt gło­śna, a poczę­stu­nek led­wie zno­śny - lecz ni­gdy nie wcho­dziło w rachubę, by na nich nie bywać.

Pierw­szy bal sezonu wycze­ki­wany był z naj­więk­szym pod­nie­ce­niem, tym bar­dziej że choć zawsze przy­pa­dał na jesień, dokładny ter­min rzadko bywał usta­lony wcze­śniej niż na krótko przed samym wyda­rze­niem. Wraz z opa­da­niem liści z drzew i coraz dłuż­szymi wie­czo­rami napię­cie rosło, zwłasz­cza wśród mło­dych, któ­rzy łak­nęli oka­zji do tańca. Jed­nak przez wiele tygo­dni nie spo­sób było uzy­skać żad­nej pew­nej infor­ma­cji o tym, kiedy bal mógłby się odbyć.

Nie­uchron­nie to Lydia, pod­czas jed­nej ze swych bez­tro­skich, plot­kar­skich wypraw do mia­steczka, jako pierw­sza natra­fiła na nie­zbity dowód, że dzień został wresz­cie usta­lony i trium­fal­nie przy­nio­sła tę nowinę do Long­bo­urn. Wpa­da­jąc do holu, z Kitty bie­gnącą tuż za nią, ruszyła pro­sto do pani Ben­net.

-?Bal odbę­dzie się w pierw­szą sobotę przy­szłego mie­siąca! Mam te wie­ści od samego pana Thomp­sona. Prze­cho­dzi­łam obok sal i zoba­czy­łam go, więc zapy­ta­łam, a on powie­dział, że wła­śnie przed chwilą zakon­trak­to­wał muzy­ków, jestem więc abso­lut­nie pierw­szą osobą, która zdo­była tę wia­do­mość.

Usia­dła na krze­śle, wciąż jesz­cze w kape­lu­szu, nie­cier­pliwa, by prze­ka­zać wszyst­kie szcze­góły.

-?Kola­cja jest już zamó­wiona, sale mają zostać wysprzą­tane, a pod­łoga świeżo posy­pana pia­skiem, by chro­nić stopy tan­ce­rzy. Ogło­sze­nie ukaże się jutro w gaze­cie.

Pani Ben­net, nie­mal rów­nie pod­eks­cy­to­wana jak córka, kla­snęła w dło­nie.

-?Dosko­nale, Lydio, jakże spryt­nie z two­jej strony, że się tego dowie­dzia­łaś! Sły­sza­łeś to, panie Ben­net? Bal w Mery­ton został wyzna­czony na sobotę za trzy tygo­dnie.

-?Doprawdy? Skoro sam nie zamie­rzam się na nim poja­wić, moja radość nie może dorów­nać two­jej. Nie jestem jed­nak wro­giem nie­win­nych przy­jem­no­ści. Czy zamie­rzasz pójść, Lizzy?

-?Być może -?odparła Eli­za­beth -?jeśli Jane zechce mi towa­rzy­szyć. Jesz­cze nie jestem pewna.

Lydia spoj­rzała na nią z jaw­nym zdu­mie­niem.

-?"Jesz­cze nie jestem pewna"? Lizzy, jak możesz być tak iry­tu­jąca? Ja chyba bym umarła, gdy­bym tam nie poszła. Z czy­stej fru­stra­cji gotowa była­bym się zadrę­czyć.

-?Powin­naś więc sta­rać się opa­no­wać -?rzekł pan Ben­net spo­koj­nie -?gdyż nie zde­cy­do­wa­łem jesz­cze, czy wolno ci będzie iść. Jane i Lizzy mogą się udać, były już wcze­śniej i nie mam żad­nych obaw co do ich nale­ży­tego zacho­wa­nia. Mary rów­nież może pójść, jeśli zechce, jest dosta­tecz­nie doro­sła i sta­teczna, by można jej zaufać. Lecz ty i Kitty to zupeł­nie inna sprawa.

Mary, sie­dząca w kącie z książką na kola­nach, ni­gdy nie przy­pusz­czała, że jej imię zosta­nie wymie­nione w kon­tek­ście balu. Nie mogła w to uwie­rzyć, że ojciec ją pochwa­lił -?pochwała była wpraw­dzie skromna, lecz poczuła, jak ogar­nia ją cie­pło dumy.

Tym­cza­sem Kitty i Lydia wybu­chły gło­śnym pro­te­stem.

-?Chyba nie mówisz poważ­nie, tato! -?zawo­łała Lydia. -?Naprawdę nie pozwo­lisz mi pójść?

-?Doprawdy, panie Ben­net -?oświad­czyła jego żona -?jestem pewna, że ani Lydia, ani Kitty nie zro­bi­łyby niczego, co mogłoby nas zawsty­dzić.

-?Chciał­bym podzie­lać twoją pew­ność -?odparł. -?Żad­nej z nich nie można nazwać ani roz­tropną, ani skromną. A Lydia jest szcze­gól­nie uparta.

Lydia zerwała się z miej­sca, a do oczu napły­nęły jej łzy.

-?Papo, to nie­go­dziwe z two­jej strony. Nie możesz mi zabro­nić! Muszę tam być, po pro­stu muszę!

Mary zwy­kle wie­działa, że lepiej nie wda­wać się w spór z naj­młod­szą sio­strą, gdy tej odmó­wiono cze­goś, czego pra­gnęła, lecz ośmie­lona pochwałą ojca, odwa­żyła się poprzeć jego zda­nie.

-?Pierw­szemu wystą­pie­niu mło­dej damy w towa­rzy­stwie powinna towa­rzy­szyć naj­wyż­sza dba­łość. Czyha tam wiele pokus i nie­bez­pie­czeństw, które mogą ją przy­tło­czyć, jeśli nie ma dość roz­wagi ani doświad­cze­nia, by się im oprzeć.

Lydia zdjęła kape­lusz, roz­wią­zu­jąc wstążkę powoli i z roz­my­słem wyj­mu­jąc szpilki.

-?Doprawdy? -?odparła chłodno. -?Cóż, możesz być w odpo­wied­nim wieku, by wcho­dzić do towa­rzy­stwa, lecz nie musisz oba­wiać się pokus ani nie­bez­pie­czeństw. Wystar­czy, że zało­żysz swoje oku­lary, a będziesz cał­ko­wi­cie bez­pieczna, zapew­niam cię.

Po tych sło­wach rzu­ciła kape­lusz na zie­mię i wybie­gła z pokoju, a za nią pobie­gły Kitty i matka, mówiąc wszystko, co mogło ją uspo­koić -?że ojciec tylko żar­tuje, że to jego spo­sób bycia, że na pewno zmieni zda­nie.

-?Tak to bywa, gdy roz­drażni się kijem roz­wście­czony rój psz­czół - zauwa­żył sucho pan Ben­net, zwra­ca­jąc się do Mary. - Trzeba się liczyć z użą­dle­niem.

Mary pod­nio­sła się z god­no­ścią, na jaką tylko było ją stać, i udała się na górę do swo­jej sypialni. Tam usia­dła przed toa­letką i wyjęła z kie­szeni oku­lary. Ostroż­nie nało­żyła je na nos i wpa­trzyła się uważ­nie w swoje odbi­cie w lustrze. Obra­cała się z jed­nej strony na drugą, przy­glą­da­jąc się sobie pod każ­dym kątem, nie czy­niąc naj­mniej­szego wysiłku, by na twa­rzy poja­wił się choć cień uśmie­chu. Oczy zaszły jej łzami. Było dokład­nie tak, jak powie­działa Lydia. Ciemne meta­lowe oprawki wyda­wały się cięż­kie na jej drob­nej twa­rzy, a szkła nada­wały jej wygląd sowy -?nieco dziwny. Nikt nie mógłby powie­dzieć, że dzięki nim wygląda lepiej.

Wciąż sie­działa w tym samym miej­scu, gdy po około dwu­dzie­stu minu­tach pani Hill zapu­kała do drzwi. Weszła z narę­czem czy­stej pościeli, lecz Mary wie­działa, że nie to było praw­dzi­wym powo­dem jej wizyty.

-?Sły­sza­łam, co zaszło mię­dzy tobą a panną Lydią. -?Mary mil­czała, nie odry­wa­jąc wzroku od lustra. -?Ma ostry język, gdy ktoś staje jej na dro­dze -?rze­kła pani Hill -?ale to prze­cież już wiesz. -?Odło­żyła pościel, przy­su­nęła krze­sło i usia­dła jak naj­bli­żej Mary. -?Mam nadzieję, że nie weź­miesz tego zbyt do serca -?powie­działa cicho. - Prze­ma­wiał przez nią gniew i upór. To nie czyni tego prawdą.

-?Doprawdy? -?odparła Mary. -?Przy­glą­dam się sobie od pół godziny i w głębi serca nie potra­fię się z nią nie zgo­dzić.

-?Mówiąc zupeł­nie uczci­wie, nie mogę stwier­dzić, by te szkła dzia­łały na twoją korzyść -?przy­znała pani Hill -?lecz nie musisz ich nosić bez prze­rwy. Bez szkieł zaś pre­zen­tu­jesz się nie gorzej niż więk­szość dam. - Mary zwró­ciła się w jej stronę, mru­żąc oczy z powąt­pie­wa­niem. -?Wiem, że mi nie wie­rzysz, ale to prawda. Masz gładką cerę i przy­zwo­itą figurę, nie jesteś ani za chuda, ani za gruba. Twoje oczy są cał­kiem zno­śne, kiedy je widać, a włosy mają cał­kiem ładny, jasno­brą­zowy odcień, choć za nic nie chcą się krę­cić.

-?Jest pani bar­dzo uprzejma, pani Hill, ale nie musi mi pani schle­biać. Lustro nie kła­mie.

-?Być może. Ale rzeknę pani szcze­rze, panienko, że wcale nie postrzega panienka sie­bie taką, jaka jest w rze­czy­wi­sto­ści. Twoje sio­stry prze­sła­niają ci obraz. Żon­kil zdaje się nader pospo­lity, gdy przy­szło mu rosnąć pośród lilii. Jed­nak oglą­dany z dala od nich, uka­zuje swoje wła­sne, szcze­gólne piękno.

-?Tak, przy­pusz­czam, że można by o mnie powie­dzieć, iż jestem wysoka, szczu­pła i żół­tawa -?odparła Mary z gorz­kim uśmie­chem. -?Lecz jeśli chce pani powie­dzieć, że nie dorów­nuję moim sio­strom, wiem o tym od lat.

-?Zasta­na­wiam się, czy nie była­byś szczę­śliw­sza, gdy­byś spę­dzała z nimi mniej czasu, gdy­byś zna­la­zła przy­ja­ciół wyróż­nia­ją­cych się czymś innym niż wygląd.

-?Lizzy jest podzi­wiana tak samo za swój dow­cip, jak za urodę.

-?Tak -?przy­znała pani Hill -?ma to szczę­ście być i bystra, i piękna. Lecz sądzę, że gdy­byś czę­ściej bywała w świe­cie, prze­ko­na­ła­byś się, jak rzadko zda­rza się taki dar. Więk­szość ludzi jest znacz­nie bar­dziej zwy­czajna, wiesz o tym, i prze­ko­na­ła­byś się o tym, pozna­jąc nowe towa­rzy­stwo i wycho­dząc od czasu do czasu.

-?Nie sądzę, bym miała ku temu wielką skłon­ność. Mam mój for­te­pian i moje książki.

-?Nie jestem pewna, czy to wystar­czy dziew­czy­nie w twoim wieku. No, a co z balem w Mery­ton? Mam nadzieję, że się na niego wybie­rzesz. Jeśli panna Lydia ma iść, nie widzę powodu, dla któ­rego ty mia­ła­byś zostać.

-?Ojciec nie wyra­ził jesz­cze osta­tecz­nej decy­zji w tej spra­wie -?zaczęła Mary, lecz wyraz twa­rzy pani Hill zdra­dzał prze­ko­na­nie, że sprze­ciw pana Ben­neta nie oprze się długo zde­cy­do­wa­nym sta­ra­niom jego naj­młod­szej córki i żony. -?Ja sama także jesz­cze nie pod­ję­łam decy­zji -?dodała. - Nie jestem pewna, czy spra­wi­łoby mi to przy­jem­ność.

-?A cze­muż by nie? Może to nie będzie naj­wspa­nial­sze przy­ję­cie, ale będzie muzyka i taniec, wiele śmie­chu i dobrego humoru. Ni­gdy nie byłaś na balu. Czy nie chcia­ła­byś zoba­czyć, jak to wygląda?

-?Nie wiem. Musia­ła­bym się nad tym zasta­no­wić.

-?Mogła­byś mieć nową suk­nię, jeśli szybko się zde­cy­du­jesz. Mogła­bym pójść z tobą wybrać ładny muślin i uszyć z niego coś gustow­nego, nic zbyt jaskra­wego ani krzy­kli­wego. Mogła­bym też ucze­sać ci włosy, nie tak, jak życzy sobie twoja matka, lecz w spo­sób, który bar­dziej odpo­wia­dałby two­jemu gustowi. Cóż ty na to?

-?Nie wiem. Oba­wia­ła­bym się... A jeśli nikt nie poprosi mnie do tańca?

-?W takim razie zjesz mnó­stwo lodów i będziesz się śmiać z ich głu­poty! Dla­czego by nie odło­żyć tej decy­zji do rana? Smutno patrzeć, gdy tak młoda dziew­czyna odwraca się od przy­jem­no­ści i towa­rzy­stwa. Na to przyj­dzie jesz­cze czas w przy­szło­ści, uwierz mi.

Gdy pani Hill wyszła, Mary poło­żyła się na łóżku, patrząc w sufit i roz­my­śla­jąc nad tym, co usły­szała. Entu­zjazm pani Hill roz­bu­dził jej cie­ka­wość i zaczęła kwe­stio­no­wać swoje posta­no­wie­nie, by nie iść na bal. Być może nie­słusz­nie chciała zostać w domu. Może byłoby to eks­cy­tu­jące - wyje­chać w chłodną, jesienną noc, tło­czyć się z sio­strami w wyna­ję­tym powo­zie, pod­ska­ku­ją­cym na wybo­istej dro­dze do Mery­ton.

Ni­gdy nie widziała sal zgro­ma­dzeń nocą, oświe­tlo­nych i ozdo­bio­nych papie­ro­wymi kwia­tami oraz pierw­szymi gałąz­kami zimo­wego ostro­krzewu. Pomy­ślała, że miło byłoby posłu­chać orkie­stry wygry­wa­ją­cej stare, zna­jome melo­die i skoczne tańce, i patrzeć, jak ludzie się bawią. Doprawdy, cze­muż mia­łaby nie pójść? Był to prze­cież tylko wiej­ski bal. Inne dziew­częta w jej wieku bywały na balach i jakoś prze­żyły, a prze­cież nie wszyst­kie były pięk­no­ściami. A czyż nie powia­dano -?choć w tej chwili nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, kto to powie­dział -?że dla umy­słu zdol­nego do reflek­sji żadne doświad­cze­nie nie jest stra­cone?

W ciągu pół godziny nie­mal prze­ko­nała samą sie­bie, że jej obo­wiąz­kiem jest się tam udać. A jeśli miała iść, to czyż nie nale­żało mieć sukni odpo­wied­niej na taką oka­zję? Skoro wcho­dziło się do towa­rzy­stwa, nale­żało prze­strze­gać jego zasad. Po raz pierw­szy, odkąd pamię­tała, pozwo­liła swo­jej wyobraźni podą­żyć ku myślom o pięk­nych tka­ni­nach i ele­ganc­kich stro­jach, o bar­wach, kro­jach i ozdo­bach.

Tuż przed zaśnię­ciem doszła w końcu do wnio­sku, że pani Hill ma cał­ko­witą rację. Nie miało sensu odma­wiać sobie tej spo­sob­no­ści. Zoba­czy odro­binę świata, a nadto postara się zapre­zen­to­wać jak naj­sta­ran­niej, jak naj­zgrab­niej i jak naj­ko­rzyst­niej. Pój­dzie na bal -?i sprawi sobie na tę oka­zję nową suk­nię. Po raz pierw­szy spró­buje cie­szyć się życiem tak, jak widziała to u innych.

Naza­jutrz przy śnia­da­niu dla wszyst­kich było jasne, że pan Ben­net wydał swój wyrok, a trium­falna postawa Lydii nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści, iż roz­strzy­gnął go na jej korzyść. Led­wie mogła powścią­gnąć swoją radość, którą prze­ry­wało -?choć nie cał­kiem powstrzy­my­wało -?jej szyb­kie pochła­nia­nie gorą­cych bułek z masłem.

-?Dzię­kuję, tato, dzię­kuję, dzię­kuję! Przy­się­gam, że odtąd będę cię kochać na zawsze!

Pani Ben­net, cał­ko­wi­cie usa­tys­fak­cjo­no­wana, uśmie­chała się sze­roko do swo­jej ulu­bio­nej córki, lecz jej mąż zacho­wy­wał powagę.

-?Twoja wdzięcz­ność skła­nia mnie do więk­szego namy­słu, niż twoje kaprysy kie­dy­kol­wiek mnie skła­niały. Nie jestem wcale pewien, czy roz­sąd­nie uczy­ni­łem, ustę­pu­jąc ci.

Pan Ben­net był czło­wie­kiem obda­rzo­nym znaczną prze­ni­kli­wo­ścią i nie­wiele było sytu­acji, w któ­rych nie rozu­miałby czego się od niego wymaga, lecz wysi­łek go nużył i rzadko kiedy zada­wał sobie trud, by dzia­łać, nawet wtedy, gdy wie­dział, co jest słuszne. Znacz­nie łatwiej przy­cho­dziło mu drwić ze swych córek, niż podej­mo­wać sta­ra­nia, by popra­wiać ich zacho­wa­nie. Jedy­nie dla Lizzy żywił praw­dziwy sza­cu­nek, co być może tłu­ma­czyło, dla­czego tylko ona odwa­żała się mu sprze­ci­wiać.

-?Dla­czego więc, tato, tak postę­pu­jesz? -?zapy­tała. -?Odro­bina sta­now­czo­ści w tej spra­wie mogłaby uświa­do­mić Lydii, że nie wszystko można zdo­być, czy­niąc zamie­sza­nie.

-?Doprawdy, Lizzy -?zawo­łała pani Ben­net -?brzmisz zupeł­nie jak Mary! A cóż to wła­ści­wie cię obcho­dzi? Ja tam będę, by dopil­no­wać Lydii i Kitty i upew­nić się, że zacho­wują się jak należy.

Pan Ben­net odło­żył nóż i spoj­rzał na stół z gorzką satys­fak­cją.

-?Widzi­cie więc, moje dro­gie, że nie ma powodu do nie­po­koju. Wasza matka, z wła­ściwą sobie ogładą, dopil­nuje, by ani głup­stwa, ani samo­wola nie wzięły góry.

Mary dostrze­gła wzrok Eli­za­beth skie­ro­wany na Jane, i zauwa­żyła, jak mię­dzy nimi prze­mknęło spoj­rze­nie -?pełne nie­po­koju, żalu, bólu -?całej gamy uczuć zawar­tych w jed­nym krót­kim momen­cie. Jej młod­sze sio­stry niczego nie dostrze­gły. Lydii powró­ciła wła­ściwa jej pew­ność sie­bie. Z pogodną miną się­gała po jesz­cze wię­cej her­baty i kon­fi­tur.

-?Kitty też musi iść -?oznaj­miła sta­now­czo Lydia. -?Skoro ja mam iść, byłoby to potwor­nie nie­spra­wie­dliwe, gdyby ona nie mogła.

Kitty przy­tak­nęła z zapa­łem, z ustami peł­nymi jedze­nia, ale zanim zdą­żyła wyra­zić swoje popar­cie, Mary posta­no­wiła sama zabrać głos.

-?Ja rów­nież chcia­ła­bym pójść, tato, jeśli nie ma ku temu żad­nych prze­szkód.

-?Ty chcesz iść?! -?wykrzyk­nęła Lydia z praw­dzi­wym zdu­mie­niem. -?A po co?

-?Sądzę, że nad­szedł czas, bym zoba­czyła tro­chę świata.

Mary posta­no­wiła nie mówić nic wię­cej. Nie zamie­rzała pozwo­lić, by drwiny Lydii zmu­siły ją do gęstego tłu­ma­cze­nia się z powzię­tego zamiaru. Nic na świe­cie nie skło­ni­łoby jej do przy­zna­nia, że zaczęła już nawet z pewną przy­jem­no­ścią wycze­ki­wać tego balu.

-?Oczy­wi­ście, że możesz iść -?odparł pan Ben­net z lekką iry­ta­cją. - Każdy może iść, kto tylko ma na to ochotę, pod warun­kiem że nie będę już musiał wię­cej o tym słu­chać. Lecz pani Ben­net musi zro­zu­mieć, że nie ma sensu zwra­cać się do mnie o środki na zakup nowych stro­jów. Wyłożę pie­nią­dze na parę świe­ci­de­łek, wstą­żek czy pió­rek, dajmy na to, lecz w tym miej­scu moja szczo­dro­bli­wość dobiega kresu. Nie będzie żad­nych nie­umiar­ko­wa­nych wydat­ków na suk­nie, szale, obu­wie i tym podobne.

Lydia, Kitty i ich matka były jed­na­kowo obu­rzone tym oświad­cze­niem, lecz pan Ben­net pozo­stał nie­ugięty.

-?Nie, nie, ani słowa wię­cej. Już raz dałem się namó­wić do dzia­ła­nia wbrew wła­snym prze­ko­na­niom. W tej spra­wie jestem nie­wzru­szony.

-?Mam tro­chę oszczęd­no­ści -?rze­kła Mary zamy­ślona. -?Ni­gdy nie wydaję kie­szon­ko­wego, więc sądzę, że wystar­czy mi na suk­nię, jeśli uda się ją uszyć na czas.

Lydia zmie­rzyła ją wzro­kiem z dru­giego końca stołu.

-?Dobry Boże, jesteś doprawdy naj­bar­dziej nie­zno­śną nudziarą, jaką znam!

-?Może i tak -?odrze­kła Mary, już cał­kiem spo­kojna. -?Ale przy­naj­mniej będę miała tę satys­fak­cję, że będę nudziarą w nowej sukni.

Tego samego ranka Mary i pani Hill udały się do sklepu z tka­ni­nami w Mery­ton, gdzie zna­la­zły wzo­rzy­sty muślin w naj­de­li­kat­niej­szym kre­mo­wym odcie­niu -?biel nazbyt razi­łaby przy cerze panienki, jak twier­dziła pani Hill -?prze­ty­kany deli­katną złotą nicią. Mary uznała go za naj­pięk­niej­szy mate­riał, jaki kie­dy­kol­wiek widziała, i z nabożną nie­mal ostroż­no­ścią prze­su­wała pal­cami po jego deli­kat­nym splo­cie. Gdy tka­ninę zawi­nięto, nie chciała oddać spo­rego pakunku pani Hill, lecz sama nio­sła go do domu, dumna, a zara­zem nieco zalęk­niona, że uczy­niła tak wielki krok.

W swo­jej sypialni omó­wiła z panią Hill spo­sób uszy­cia sukni. Nie mogła zwró­cić się o radę do sióstr. W obec­no­ści Jane lub Eli­za­beth czu­łaby się zbyt skrę­po­wana, a próba pod­ję­cia podob­nego tematu z Kitty lub Lydią dawno już stała się nie­moż­liwa. Wyśmia­łyby jej nie­pewne próby zna­le­zie­nia kroju, który by jej odpo­wia­dał. Poza tym jej gust nie skła­niał się ku fal­ban­kom i marsz­cze­niom, które tak zachwy­cały Lydię. Na niej wyglą­da­łyby sztucz­nie i nie­sto­sow­nie. Naj­le­piej czu­łaby się w pro­stej sukni, która nie rzu­ca­łaby się zbyt­nio w oczy. Być może - pomy­ślała -?pro­stota jest naj­sto­sow­niej­szą ozdobą dla zwy­czaj­nej kobiety?

Po dzie­się­ciu dniach suk­nia była gotowa. Kraw­cowa przy­nio­sła ją o zmierz­chu, odda­jąc -?zgod­nie z życze­niem -?bez­po­śred­nio w ręce pani Hill. Mary nie chciała, by jej sio­stry zoba­czyły ją wcze­śniej. Wbie­ga­jąc po scho­dach do swo­jego pokoju, z panią Hill podą­ża­jącą tuż za nią, Mary aż bra­ko­wało tchu z prze­ję­cia. Gdy zna­la­zły się w środku, zapa­liła świecę, a pani Hill zamknęła drzwi na klucz.

Moco­wała się nie­zdar­nie ze sznur­kiem u zawi­niątka, wkrótce jed­nak udało jej się je otwo­rzyć. Gdy unio­sła suk­nię, mate­riał spły­nął kaskadą po jej ramio­nach, a złota nić roz­bły­sła w bla­sku świec. Tka­nina była zwiewna i deli­katna niczym chmura, zupeł­nie nie­po­dobna do sza­rych i beżo­wych baweł­nia­nych sukien, które Mary zwy­kła nosić. Tak -?była pro­sta, bez ozdób odwra­ca­ją­cych uwagę; lecz w tej pro­sto­cie kryła się czy­stość, a w jej skrom­no­ści -?ele­gan­cja.

-?Bar­dzo się udała -?rze­kła pani Hill. -?Naprawdę bar­dzo dobrze.

Mary przy­ło­żyła suk­nię do sie­bie i uważ­nie przyj­rzała się swo­jemu odbi­ciu w lustrze.

-?Czy nie jest dla mnie zbyt wytworna, jak pani sądzi? Czy nie będę wyglą­dać śmiesz­nie?

-?By­naj­mniej. Jestem prze­ko­nana, że zapre­zen­tuje się panienka w niej nad­zwy­czaj korzyst­nie.

Mary spoj­rzała nie­śmiało na swoje odbi­cie. Nie posu­nę­łaby się aż tak daleko, by nazwać się ładną, lecz sądziła, że nie będzie wyglą­dać ani nie­zręcz­nie, ani dzi­wacz­nie -?a to jej wystar­czało.

Rozdział 8

W wie­czór balu pani Hill była nie­zwy­kle zajęta, krą­żąc z pokoju do pokoju i poma­ga­jąc każ­dej z sióstr przy ostat­nich popraw­kach stroju - przy­pi­na­jąc i pod­kła­da­jąc, przy­ci­na­jąc i wygła­dza­jąc. Naj­wię­cej czasu poświę­ciła jed­nak Mary, ukła­da­jąc jej włosy w spo­sób rów­nie gładki i pro­sty jak jej suk­nia, bez prób two­rze­nia krót­ko­trwa­łych loków. Gdy skoń­czyła, wyjęła z kie­szeni far­tu­cha skrę­cony kawa­łek papieru, ostroż­nie go roz­wi­nęła i poło­żyła na toa­letce, uka­zu­jąc nie­wielką ilość jasno­ró­żo­wego pudru.

-?Czy to róż? -?zapy­tała Mary nie­pew­nie.

-?Ow­szem, poży­czony z szu­flady panny Lydii. Ma go tyle, że nie zauważy tak drob­nego ubytku.

-?Nie chce mi pani powie­dzieć, że powin­nam go użyć?

-?Tylko odro­binę, naj­mniej­szy dotyk, tyle wystar­czy. Pro­szę zanu­rzyć w nim palec, jak naj­de­li­kat­niej, i lekko wetrzeć w poli­czek.

Mary wzięła mały pakie­cik i przyj­rzała mu się z cie­ka­wo­ścią.

-?Pro­szę śmiało -?nale­gała pani Hill. -?Odro­binę. Nikt nie zauważy, obie­cuję.

Zde­cy­do­waw­szy się nagle, Mary musnęła pal­cem puder tak deli­kat­nie, jak tylko mogła, i nanio­sła go na twarz.

-?Na począ­tek bar­dzo nie­wiele -?dora­dziła pani Hill. -?To jak z goto­wa­niem, zawsze można dodać soli, lecz nie spo­sób jej potem odjąć. O, tak, dosko­nale. Ma pani tro­chę koloru, lecz nie wygląda pani sztucz­nie. Czas wło­żyć suk­nię, jeśli nie chcemy się spóź­nić.

Mary wsu­nęła suk­nię przez głowę z gładką, pewną lek­ko­ścią -?i nagle była gotowa. Bała się tego, co ujrzy, lecz zebrała się na odwagę, by spoj­rzeć w swoje odbi­cie w wyso­kim lustrze.

Zoba­czyła wysoką młodą kobietę o zgrab­nej syl­wetce, gład­kich brą­zo­wych wło­sach i łagod­nych, regu­lar­nych rysach, ubraną w lekką i ładną suk­nię. Ogar­nęła ją ulga. Wie­działa, że ni­gdy nie będzie przy­cią­gać spoj­rzeń, gdy wej­dzie do pokoju, jak czę­sto widy­wała to w przy­padku swo­ich sióstr; lecz gdy przyj­rzała się sobie swym zwy­kłym, kry­tycz­nym okiem, uznała, że wygląda lepiej niż kie­dy­kol­wiek do tej pory. To jej wystar­czyło.

-?Bar­dzo ład­nie -?rze­kła pani Hill. -?Wła­śnie tak, jak chcia­ły­śmy. Lecz pozo­staje jesz­cze jedna rzecz do zro­bie­nia.

Po tych sło­wach się­gnęła przez twarz Mary, zdjęła jej oku­lary i poło­żyła je na toa­letce.

-?Teraz jest panienka gotowa. A panna Lydia woła już od dzie­się­ciu minut.

Pozo­sta­wiona sama w pokoju, Mary spoj­rzała na odło­żone oku­lary, nie­pewna, co zro­bić. Po chwili waha­nia pod­nio­sła je jed­nak, wsu­nęła do małej wie­czo­ro­wej torebki i zeszła na dół, by dołą­czyć do sióstr.

W prze­ci­wień­stwie do swo­ich zwy­cza­jów, Mary zeszła ostat­nia. Gdy dotarła do holu, zastała tam już wszyst­kich domow­ni­ków, któ­rzy w ocze­ki­wa­niu na nią ucięli sobie poga­wędkę. Gdy ją ujrzeli, zapa­dła cisza -?każdy chło­nął jej widok. Eli­za­beth pierw­sza prze­rwała mil­cze­nie, obrzu­ca­jąc ją zasko­czo­nym, ale peł­nym apro­baty spoj­rze­niem.

-?To bar­dzo ładna suk­nia. Wyglą­dasz w niej bar­dzo dobrze, Mary.

-?Istot­nie -?przy­tak­nęła Jane. -?Kolor jest w sam raz. Pasuje do cie­bie dosko­nale.

Pani Ben­net odwró­ciła się od lustra w holu, przy któ­rym czy­niła wła­śnie ostat­nie, nie­zbędne poprawki w swoim stroju i wyglą­dzie -?bez któ­rych nie uwa­ża­łaby za sto­sowne opu­ścić domu. Spoj­rzała na Mary chłodno. Od dawna pra­gnęła ujrzeć poprawę w jej wyglą­dzie, lecz ponie­waż sama nie miała udziału w tej prze­mia­nie, nie była skłonna do hoj­nych pochwał.

-?A więc, moja droga panno, oka­zuje się, że potra­fisz się posta­rać, gdy zechcesz. Szkoda tylko, że nie robisz tego czę­ściej.

-?To zadzi­wia­jące, co potra­fią uczy­nić nowe stroje -?zauwa­żyła Lydia z prze­ką­sem. -?Każ­dego upięk­szają. Gdy­bym ja miała nową suk­nię, jestem pewna, że wpra­wi­ła­bym was wszyst­kich w zachwyt!

-?Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści -?odparła Eli­za­beth. -?Z nową suk­nią czy bez niej.

Mary szczel­nie owi­nęła się pele­ryną. Ode­tchnęła z ulgą, że jej wygląd nie wywo­łał gor­szego zamie­sza­nia, niż zakła­dała, i wyszła za sio­strami pro­sto w chłód nocy. Kiedy powóz ruszył, Mary mil­czała, a nikt z towa­rzy­szy nie ode­zwał się do niej ani sło­wem. Jane i Eli­za­beth sze­le­ściły szep­tem, za to Lydia pero­ro­wała na cały głos, rzu­ca­jąc uwagi, które wcale nie potrze­bo­wały komen­ta­rza.

-?Pomyśl tylko, mamo, widzia­łam wczo­raj Dicka Smy­th­sona w Mery­ton i nale­gał, bym zacho­wała dla niego drugi taniec. Na pierw­szy jest umó­wiony z tą nie­zno­śną panną Denny, lecz to jego kuzynka, więc zapewne był zobo­wią­zany. A kapi­tan Car­ter zare­zer­wo­wał mnie na trzeci. Mam nadzieję, że będzie w mun­du­rze, nie uwie­rzy­cie, jak bar­dzo to mu dodaje uroku.

-?Och, ależ wie­rzę -?odparła pani Ben­net. -?Sama kie­dyś darzy­łam pewną sym­pa­tią ofi­cera. Miejmy nadzieję, że spe­cjal­nie dla cie­bie wystąpi dziś w mun­du­rze.

-?A na czwarty -?cią­gnęła Lydia, nie­mal nie zwra­ca­jąc uwagi na słowa matki -?liczę na Wil­liama Digby'ego. Powie­dzia­łam mu, że potem będzie musiał kupić mi lody, bo jestem pewna, że do tego czasu zdążę się już spo­cić.

Eli­za­beth prze­wró­ciła oczami z iry­ta­cją, gdy Kitty wybuch­nęła obu­rzo­nym lamen­tem.

-?Lydio, prze­cież pan Digby pro­sił mnie o czwarty taniec, nie wolno ci go sobie przy­własz­czać. Naprawdę, mamo, powiedz jej, że nie może, to nie­uczciwe...

Wtu­lona w kąt powozu Mary zaczęła roz­wa­żać wła­sne szanse na zna­le­zie­nie part­nera. Znała tak nie­wielu mło­dych męż­czyzn. Nie­wielu miała mło­dych zna­jo­mych. Lydia i Kitty, dzięki swoim codzien­nym wypra­wom do Mery­ton, zdą­żyły poznać rze­szę kawa­le­rów, szcze­gól­nie po przy­jeź­dzie pułku mili­cji przed kil­koma mie­sią­cami. Spo­ty­kały ofi­ce­rów prze­cha­dza­ją­cych się po uli­cach, żar­to­wały z nimi przed skle­pem modystki i wielu z nich uwa­żały za bli­skich zna­jo­mych. Jane i Eli­za­beth były bar­dziej powścią­gliwe, lecz nawet one cza­sem odpo­wia­dały uprzej­mym ski­nie­niem głowy na ukłony dobrze wycho­wa­nych żoł­nie­rzy.

Mary bra­ko­wało owych prze­lot­nych zna­jo­mo­ści, dzięki któ­rym mogłaby z więk­szą swo­bodą wkro­czyć mię­dzy gości na balu. Rzadko towa­rzy­szyła sio­strom w ich wizy­tach w Mery­ton, a gdy już się to zda­rzało, nie miała nic do powie­dze­nia żad­nemu ofi­ce­rowi, któ­rego spo­ty­kały. Nie miała talentu pro­wa­dze­nia cza­ru­ją­cych roz­mów czy swo­bod­nych poga­wę­dek.

Gdy powóz wto­czył się do Mery­ton, jej nie­po­kój wzrósł. Całe pod­nie­ce­nie, które czuła, opusz­cza­jąc dom, zaczęło się ulat­niać na myśl o tym, co ją czeka. Dopóki bal pozo­sta­wał jesz­cze w sfe­rze marzeń, mogła myśleć o nim nie­mal z rado­ścią. Teraz jed­nak, gdy miał się stać rze­czy­wi­sto­ścią, wszystko wyda­wało się zupeł­nie inne.

Kiedy zatrzy­mali się przed salami zgro­ma­dzeń, odwaga zaczęła ją opusz­czać. Co zrobi, jeśli nikt nie poprosi jej do tańca? Sły­szała, jak Jane i Lizzy z uśmie­chem opo­wia­dały o chwi­lach, gdy nie miały z kim zatań­czyć, ale czy­niły to z pogodną auto­iro­nią osób, dla któ­rych było to rzad­kie doświad­cze­nie. Wie­działy dosko­nale, że nie przyj­dzie im długo cze­kać; poja­wie­nie się kolej­nego tan­ce­rza było tylko kwe­stią czasu. Mary miała świa­do­mość, że nie potrafi zdo­być się na taką swo­bodę i wiarę we wła­sne siły, jakie cecho­wały jej sio­stry.

Gdy rodzina z Long­bo­urn zebrała swoje pele­ryny i torebki, gotowa opu­ścić powóz, Mary podą­żyła za matką i sio­strami ku świa­tłu i gwa­rowi balu -?z ser­cem biją­cym aż w gar­dle.