Rozdział 9
Tłum ludzi zebrany przy wejściu do sal zgromadzeń wydawał się ogromny -
tak groźny i nieprzenikniony, jak się obawiała. Mary była popychana z jednej strony na drugą, niemal ogłuszona okrzykami powitań, które
rozbrzmiewały ponad jej głową, gdy z trudem torowała sobie drogę przez
skupisko podekscytowanych gości wypełniających korytarz. Zdesperowana,
by nie stracić z oczu sióstr -?których przejście, jak zauważyła,
śledziło wiele pełnych uznania męskich spojrzeń -
parła naprzód z całą odwagą, na jaką było ją stać, aż wreszcie wydostała
się na otwartą przestrzeń sali balowej.
Przez chwilę stała bez ruchu, zdumiona tym, co widzi. Stare sale, które
tak dobrze znała, stały się nie do poznania. Wszędzie paliły się świece
-?co prawda nie te najdroższe, przez co w powietrzu unosił się wyraźny
zapach łoju -?lecz ich migotliwy blask odmienił odrapane ściany i rozświetlił zdobiące je gałęzie jesiennych liści. W głębi, poprzez
otwarte na oścież drzwi, dostrzegła służących przygotowujących stół do
wieczerzy i lokajów, którzy w pośpiechu wycierali łyżki o skraje swych
fartuchów. Na górze, na balkonie, muzycy stroili instrumenty i dopijali
ostatnie kufle piwa przed rozpoczęciem pracy. Na parkiecie zaś
niecierpliwe pary już zaczęły się gromadzić, przechadzając się tam i z powrotem, gotowe do rozpoczęcia tańca.
Kitty i Lydia szybko zniknęły w tłumie. Mary rozejrzała się wokół, lecz
nie dostrzegła nikogo znajomego. Przez chwilę rozważała założenie
okularów. Sięgnęła do torebki i jej palce zacisnęły się na nich, lecz
zaraz wyobraziła sobie triumfujący wyraz twarzy Lydii, gdyby zobaczyła
ją w okularach -?jakby ich widok z nawiązką wynagradzał jej urazę wobec
nowej sukni Mary. Mary pospiesznie cofnęła rękę z torebki i właśnie
zaczynała wpadać w panikę, gdy poczuła dotyk Elizabeth na swoim
ramieniu.
-?Tędy, Mary, znalazłyśmy miejsce, gdzie będziemy mogły wygodnie usiąść.
Lizzy zwinnie lawirowała między ludźmi, kierując się ku krzesłom pod
ścianą. Ustawiono je z myślą o tych, którzy woleli w spokoju
przypatrywać się tańcom, nie będąc zmuszonymi do brania w nich udziału.
Ich matka zajęła już miejsce obok swojej serdecznej przyjaciółki, lady
Lucas. Spędzały ze sobą wiele czasu, gdyż każda znajdowała w drugiej
dokładnie to, czego oczekiwała od towarzyszki. Pani Bennet wymagała
kogoś, kto by jej wtórował, lady Lucas zaś, z natury bojaźliwa i uległa,
chętnie odnalazła się w roli pokornej słuchaczki. Ich przyjaźń tylko raz
zboczyła z utartego toru. Stało się to wówczas, gdy pan Lucas, zamożny
kupiec, dostąpił godności baroneta. Wydawało się wtedy, że ich stosunki
muszą się zmienić, wszak nie przystało, by pani Bennet, osoba bez
tytułu, traktowała z góry świeżo upieczoną lady? Z wielką ulgą pani
Bennet stwierdziła, że szlachectwo nie odmieniło potulnego charakteru
jej drogiej towarzyszki. Lady Lucas wciąż pokornie poddawała się owemu
wyższościowemu tonowi, który był nieodłącznym elementem niezłomnego
przywiązania pani Bennet.
Za krzesłem lady Lucas stała Charlotte, jej najstarsza córka. Była to
dziewczyna o otwartej twarzy i przeciętnym wzroście, której trudno
byłoby przypisać miano piękności. Jej niepozorna powierzchowność
stanowiła dla pani Bennet źródło niejakiej satysfakcji, gdyż często
zwracała uwagę lady Lucas na kontrast pomiędzy skromnymi wdziękami
Charlotte a przymiotami własnych córek. Nie wahała się też rozwodzić, z całą dostępną jej dozą współczucia, nad rozczarowaniem, jakie jej
przyjaciółka musi odczuwać z powodu tego, iż Charlotte, mając lat
dwadzieścia sześć, wciąż pozostaje niezamężna -?tym bardziej że tak
niewielkie zdawały się być widoki na zmianę tego stanu.
Lady Lucas brakowało śmiałości, by przeczyć pani Bennet, toteż
ograniczała się do potakiwania zrezygnowanym skinieniem głowy. Owa
uległość natury okazywała się jednak zbawienna dla jej córki, której los
poskąpił innych atutów. Lady Lucas nie miała ani tej energii, ani tej
skłonności do rozdrażnienia, które tak łatwo przychodziły pani Bennet,
Charlotte zaś nie była nigdy wystawiona na wyrzuty i narzekania, jakie
stały się udziałem Mary. Być może dlatego Charlotte nie spuszczała głowy
ze wstydem z powodu braku urody, lecz spoglądała na świat wzrokiem
jasnym i uważnym. Nie żywiła złudzeń co do swego wyglądu, lecz jej
postawa zdradzała, iż nie zamierza zań przepraszać. Przeciwnie -
przyjmowała swą sytuację z lekką, ironiczną pogodą, a ci, którzy nie
znali jej dobrze, nieraz dziwili się bystrości jej spostrzeżeń i ostrości dowcipu.
To właśnie te przymioty zjednały jej szczególną przychylność Elizabeth,
która od kilku lat uważała ją za najbliższą przyjaciółkę. Ku tej właśnie
życzliwej obecności Charlotte Lizzy poprowadziła teraz Mary, po czym
sama zajęła ostatnie wolne miejsce.
-?Cóż za ścisk! Doprawdy, zdaje się, że z każdym sezonem tłum jest coraz
większy! Wkrótce będziemy musiały tańczyć na zmianę. Organizatorzy
rozdadzą wszystkim numerki i będą nas wywoływać parami.
-?A może -?odparła Charlotte -?należałoby dopuścić jedynie te młode
damy, które miały to szczęście zapewnić sobie partnerów na więcej niż
połowę tańców. Reszta mogłaby pozostać w korytarzu niczym niechciany
bagaż, przywoływana jedynie w razie potrzeby.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Smutnym faktem życia jest to, że jeśli młoda kobieta ma pecha przyjść na
świat bez jakichkolwiek perspektyw, powinna zrobić wszystko co w jej
mocy, by przynajmniej urodzić się piękną. Być ubogą i urodziwą to już
dostateczne nieszczęście; lecz być bez grosza i pozbawioną urody -?to
doprawdy ciężki los.
Cztery z pięciu sióstr Bennet z Meryton w hrabstwie Hertfordshire
roztropnie zadbały o to, by być wystarczająco urodziwymi, by uchodzić za
piękności w wąskich kręgach, w których się obracały. Jane, najstarsza,
była najbardziej olśniewająca, a wdzięk jej twarzy i sylwetki
podkreślała skromna powściągliwość jej charakteru. Elizabeth, druga z kolei, nadrabiała dowcipem i żywiołowością wszelkie drobne niedostatki
urody; podczas gdy Catherine i Lydia, dwie najmłodsze, odznaczały się
całą świeżością młodości, połączoną z zamiłowaniem do śmiechu i flirtu,
co czyniło je niezwykle atrakcyjnymi dla młodych mężczyzn o równie
hałaśliwych i mało wybrednych upodobaniach. Jedynie Mary, córka
środkowa, nie była obdarzona ani urodą, ani dowcipem, ani wdziękiem,
lecz jej siostry jaśniały tak bardzo, że zdawały się niwelować jej brak
zalet, a wręcz całkowicie przyćmiewać jej obecność, tak że gdy dorosły
rodzina Bennetów uchodziła za jedną z najprzyjemniejszych w całej
okolicy.
Powszechnie jednak było wiadomo, że perspektywy panien Bennet znacznie
mniej godne były zazdrości aniżeli ich uroda. Na pierwszy rzut oka
rodzina zdawała się dostatecznie zamożna. Należeli do najznamienitszych
mieszkańców wioski Longbourn, a ich dom, choć solidny i pozbawiony
wszelkiej pretensjonalności, wynagradzał wygodą brak przepychu. Byli
służący do podawania do stołu, kucharka oraz ogrodnik, a choć majątek
pana Benneta nie był rozległy, w zupełności wystarczał, by utrzymać jego
wiarygodność jako majętnego obywatela. Mało która z zaprzyjaźnionych
rodzin była na tyle zamożna lub dobrze urodzona, by pozwalać sobie wobec
nich na protekcjonalność. W oczach opinii publicznej Bennetowie
uchodzili za wybitnie przyzwoity filar lokalnej społeczności.
Lecz na prowincji żadna rodzina nie może naprawdę liczyć na zachowanie
swoich spraw wyłącznie dla siebie, i wszyscy wiedzieli, iż oficjalny
dobrobyt Bennetów opiera się na bardzo niepewnych podstawach. Ich
majątek podlegał ordynacji, która ograniczała dziedziczenie do męskich
spadkobierców, a jeśli nie pojawi się syn Bennetów, posiadłość przejdzie
ostatecznie w ręce kuzyna pana Benneta. Z początku nie wydawało się to
rzeczą szczególnej wagi. Gdy bowiem z obiecującą regularnością jedno
dziecko po drugim przychodziło na świat w Longbourn, zdawało się jedynie
kwestią czasu, kiedy długo wyczekiwany chłopiec z rodu Bennetów raczy
wreszcie się pojawić. Lecz gdy liczba córek doszła do pięciu, a stało
się jasne, iż więcej dzieci nie należy się spodziewać, ordynacja rzuciła
coraz głębszy cień na szczęście tej rodziny.
Po śmierci pana Benneta wdowa po nim i córki pozostałyby z niczym więcej
niż pięcioma tysiącami funtów ulokowanymi w czteroprocentowych papierach
wartościowych oraz z upokarzającą koniecznością polegania na niepewnej
dobroczynności dalekiego i nieznanego krewnego. Przyjaciele rodziny nie
byli pozbawieni współczucia dla ich trudnego położenia, lecz bynajmniej
nie osłabiało to ich ciekawości co do tego, co przyniesie przyszłość; bo
cóż mogło być bardziej pociągającego, niż możliwość obserwowania z bliska prawdopodobnego upadku i rozkładu całego majątku jednej rodziny?
Pan Bennet nie zamierzał dawać sąsiadom satysfakcji, okazując
rozczarowanie okrutnym zrządzeniem losu, które pozbawiło jego bliskich
bezpieczeństwa, jakiego -?wedle jego dawnych, ufnych nadziei -?mieli
zaznawać. Dla świata pozostawał tym, kim był zawsze: człowiekiem
zdystansowanym, zabawnym i najwyraźniej pogodzonym z losem, którego nie
mógł zmienić. Nawet wobec własnej rodziny rzadko okazywał specjalną
troskę. Być może podczas długich godzin spędzanych w bibliotece zmagał
się ze sobą, szukając wyjścia z ich trudnego położenia; jeśli jednak tak
było, nie dzielił się z nikim ani swym niepokojem, ani wnioskami.
Jego żona natomiast nie znała podobnego umiaru. Pani Bennet nie myślała
niemal o niczym innym, jak tylko o trudach, które czekają ją i jej córki
po śmierci męża; często też słyszano, jak w domu i poza nim utyskuje na
niegodziwość ordynacji. Twierdziła, że jej nerwy nie są w stanie znieść
napięcia, jakie wywołuje ta niefortunna sprawa. Nie potrafiła pojąć, jak
ktokolwiek mógł mieć sumienie zapisać majątek z pominięciem własnych
córek; uważała, że jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, czeka ich
niechybna zguba. Choć była kobietą o ograniczonej inteligencji i niewielkiej wyobraźni, miała znaczne zasoby energii i uporu, które z całym oddaniem poświęciła znalezieniu rozwiązania. Szybko doszła do
przekonania, że w tym marnym położeniu istnieje tylko jedno wyjście:
dziewczęta muszą wyjść za mąż, i to jak najszybciej i jak
najkorzystniej. Skoro ojciec nie mógł zabezpieczyć ich przyszłości,
musiały szukać ratunku u boku mężów.
Możliwość ujrzenia swych córek z mężami o jedynie przyzwoitym majątku
zdołałaby uśmierzyć wiele obaw pani Bennet, lecz wyobrażenie ich jako
żon panów o znacznych dochodach i pokaźnych posiadłościach napełniało ją
radością, której nie osłabiało częste o tym rozważanie. Nic nie
sprawiało jej większego szczęścia niż myśl o nich jako właścicielkach
eleganckich domów i rozległych terenów, pewnych, że nigdy więcej nie
usłyszą tego straszliwego słowa: ordynacja.
Zdawała sobie oczywiście sprawę, że zamożnych mężczyzn poszukujących żon
niełatwo znaleźć, a jeszcze trudniej zdobyć, zwłaszcza dla dziewcząt bez
pokaźnych posagów. Nie traciła jednak ducha. Jej córki -?jak była
przekonana -?miały przewagę, która pozwoli im przezwyciężyć wszelkie
trudności: inne dziewczęta mogły być bogate, lecz jej córki były piękne.
To właśnie, była pewna, było błogosławieństwem, które zaprowadzi je do
dostatku. Ich uroda przyciągnie najświetniejsze partie, olśni ich oczy,
zdobędzie ich serca i skłoni do zlekceważenia podszeptów chłodnego,
interesownego rozsądku.
Dla pani Bennet było to niemal przekonaniem, iż wobec braku dziesięciu
tysięcy funtów w gotówce piękna twarz stanowi najcenniejszy kapitał,
jaki może posiadać młoda kobieta. Jej własne doświadczenie potwierdzało
tę opinię, albowiem jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej to właśnie
młodzieńcza uroda pani Bennet zaprowadziła zakochanego do szaleństwa
pana Benneta przed ołtarz, przezwyciężając wszelkie przeszkody, jakie
zdawały się stać na drodze ich związkowi. Gdy wpatrywał się w jej piękną
twarz, nie miało dla niego żadnego znaczenia, że jej ojciec był jedynie
prowincjonalnym adwokatem prowadzącym kancelarię w Meryton, ani że jej
brat mieszkał w pobliżu własnych magazynów przy Cheapside. Był
zdecydowany ją poślubić i, wbrew wszelkim radom przeciwnym temu
zamiarowi, dopiął swego.
Ogólnie rzecz biorąc, pani Bennet uważała się za całkiem zadowoloną z tego małżeństwa. To prawda, że pan Bennet był człowiekiem kapryśnym i drwił z niej częściej, niż uważała za stosowne. Lecz jako pani Longbourn
władała majątkiem dostatecznie znacznym, by zaspokoić jej próżność, a pozycja jej męża zapewniała jej przy każdej możliwej okazji przyjemność
okazywania protekcji mniej szczęśliwym znajomym.
Dla pana Benneta jednak korzyści płynące z małżeństwa były znacznie
mniej widoczne. Jego brak rozwagi przy ocenie, czy charakter małżonki
przyniesie mu tyle samo zadowolenia co jej uroda, miało poważniejsze i trwalsze konsekwencje. Powierzchowność umysłu pani Bennet oraz
ograniczony zakres jej zainteresowań sprawiały, że ich związek nigdy nie
mógł być partnerstwem równych sobie osób. Nie mogła być ani jego
towarzyszką, ani przyjaciółką. Jej uroda wystarczyła, by go zdobyć, lecz
-?jak pan Bennet rychło zrozumiał -?nie wystarczyła, by uczynić go
szczęśliwym.
Na szczęście dla pani Bennet nie była ona kobietą skłonną do refleksji i jeśli jej mąż żałował teraz zasad, jakimi kierował się przy wyborze
żony, ona pozostawała tego zupełnie nieświadoma. W rezultacie jej
uprzedzenia przetrwały, niepoddane żadnej próbie. Poza urodą nie ceniła
żadnych przymiotów kobiecego charakteru. Dowcip i rozum, życzliwość i pogoda ducha nie miały dla niej żadnego znaczenia. Dobry wygląd górował
nad wszelkimi innymi zaletami. Najważniejszą wartością, jaką dostrzegała
w swoich córkach, była ich umiejętność wzbudzania zachwytu.
W przypadku czterech z nich miała pod tym względem wszelkie powody do
zadowolenia. Wobec Jane żywiła najwyższe nadzieje, gdyż -?jak często
powtarzała panu Bennetowi -?nie mogła przecież urodzić się tak piękna
bez przyczyny. Trzy pozostałe siostry, jeśli nawet nie były tak hojnie
obdarzone jak Jane, to jednak -?w przekonaniu pani Bennet -?odznaczały
się dostatecznie, by przyciągać uwagę, gdziekolwiek się pojawiły. Tylko
jedna z jej córek zawiodła jej oczekiwania. Mary popełniła ten błąd, że
nie odziedziczyła ani urody, ani wdzięku, które były udziałem wszystkich
pozostałych kobiet z rodziny Bennetów. Była to wada, której -?w oczach
pani Bennet -?nie można było wybaczyć, o czym sama Mary rychło się
przekonała.
Rozdział 2
Mary nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie chwili, w której odkryła,
że brakuje jej urody. Nie sądziła, by wiedziała o tym jako bardzo małe
dziecko, gdy bawiła się szczęśliwie z Jane i Elizabeth, biegając po
ogrodzie z plamami trawy na sukience; ani wtedy, gdy tuliły się razem
przed ogniem w pokoju dziecięcym, grzejąc stopy na metalowej osłonie
kominka. Nie wydawało jej się również, by była tego świadoma, kiedy pani
Hill, gospodyni, co rano myła jej twarz i wiązała czysty fartuszek na
sukience. Z pewnością nie wiedziała o tym także wtedy, gdy wraz ze
starszymi siostrami wpadała do kuchni w dni pieczenia, prosząc o kawałek
świeżego chleba, który zabierały ze sobą i zjadały razem za krzewami,
śmiejąc się tak, jakby nigdy nie miały przestać. Wówczas -?myślała -
była szczęśliwa.
Lecz gdy miała siedem lub osiem lat, zaczęła przeczuwać, że coś nie jest
całkiem w porządku. Zauważyła, iż jej matka często patrzy na nią w sposób, w jaki nie patrzyła ani na Jane, ani na Lizzy. Było w tym
spojrzeniu coś pomiędzy irytacją a zakłopotaniem -?Mary nie była pewna
co -?lecz nauczyła się je doskonale rozpoznawać. Zawsze następowało
potem wezwanie.
-?Chodź tu, dziecko, pokaż się.
Mary schodziła z krzesła i przechodziła przez salon do miejsca, gdzie
siedziała pani Bennet, czując się nieswojo pod badawczym wzrokiem matki.
Poprawiano jej wstążki we włosach, wiązano na nowo pasek, wygładzano
suknię to tu, to tam. Lecz cokolwiek niepokoiło panią Bennet, żaden z jej zabiegów nie przynosił zadowolenia. Zaciskała usta i odwracała
wzrok, zirytowana, w milczeniu odsyłając córkę na miejsce. Mary
wiedziała, że zawiodła matkę, choć jeszcze nie rozumiała, w czym
dokładnie okazała się niedostateczna.
Lecz była dziewczyną bystrą i rychło pojęła, co znaczą te westchnienia,
zmarszczone brwi i gesty odprawienia. Nie mogła nie zauważyć, że pani
Bennet nigdy nie mówiła o jej wyglądzie z taką przyjemnością, z jaką
opisywała urodę starszych sióstr.
-?Jane jest piękna jak anioł -?mawiała często jej matka, spoglądając na
najstarszą córkę z jawną dumą. -?Samo patrzenie na nią sprawia
przyjemność.
Jane spuszczała głowę, była bowiem dziewczyną skromną, a komplementy
przyprawiały ją o rumieńce. Nie patrzyła na Elizabeth, która, ilekroć
przesadne zachwyty pani Bennet przybierały na sile, chwytała spojrzenie
siostry i starała się ją rozśmieszyć.
Wygląd Elizabeth nie odpowiadał matce w takim stopniu jak uroda Jane.
Jej ciemne oczy i promienny uśmiech zbyt wyraźnie zdradzały żywiołowość
jej charakteru, by mogły zyskać bezwarunkową aprobatę pani Bennet.
Czerpała zbyt wielką uciechę z obserwowania świata, by uchodzić za
prawdziwą piękność, lecz mimo wszelkich zastrzeżeń, bystre oko matki
dostrzegało w Lizzy coś pociągającego. Choć często ganiła drugą córkę za
zuchwałość jej uwag i niezależność ducha, nie czyniła zarzutów jej
wyglądowi.
W miarę jak dorastała, Mary z nadzieją oczekiwała, iż pani Bennet
obdarzy ją podobnymi słowami uznania. Z początku łudziła się, że z biegiem lat uznanie matki przyjdzie samo i że w końcu dorośnie do
chwili, gdy ona także zazna jej zachwytu. Lecz nawet wtedy, gdy
przykładała szczególną staranność do własnego wyglądu, dbając, by
pończochy były równo ułożone, twarz czysta, a włosy starannie uczesane,
matka wciąż nie miała dla niej ani jednego życzliwego słowa.
Miesiącami trwała w oczekiwaniu, z drżeniem serca wyczekując dnia, w którym pani Bennet zdoła doszukać się w niej jakiegoś przymiotu
zasługującego na uznanie. Może jej oczy okażą się ładne, a może sylwetka
zgrabna. Może włosy staną się jej największym atutem. Było jej wszystko
jedno, którą część jej osoby matka uzna za wartą uwagi; byle tylko dało
jej to sposobność zająć miejsce pośród sióstr w blasku macierzyńskiej
aprobaty.
Mary miała dziesięć lat, gdy zrozumiała, że to nigdy się nie wydarzy.
Było ciepłe popołudnie. Pani Bennet piła herbatę ze swoją siostrą, panią
Phillips. Jane i Lizzy zniknęły natychmiast na dźwięk przybycia ciotki,
pozostawiając Mary samą, siedzącą na kanapie, skręcającą końce włosów w palcach i rozpaczliwie pragnącą znaleźć się gdziekolwiek indziej. Ani
matka, ani ciotka nie zwracały na nią najmniejszej uwagi. Ich rozmowa
toczyła się bez ładu, obejmując wszystko -?od prawdopodobieństwa, że
kucharka lady Lucas odejdzie ze służby -?"i to tuż przed sezonem
przetworów" -?po przypuszczenie, iż żona pastora może urodzić jeszcze w tym tygodniu. Ale gdy pani Phillips ściszyła głos do szeptu i pochyliła
się, by przekazać szczególnie smakowity kawałek plotki, pani Bennet
nagle uświadomiła sobie obecność córki.
-?Mary, zejdź do kuchni i przynieś jeszcze trochę cukru. Weź miseczkę.
Już, proszę.
Zachwycona, że może się oddalić, Mary przeciągała swoje zadanie tak
długo, jak tylko mogła, ociągając się w drodze powrotnej i kopiąc
czubkami butów o kamienne płyty w korytarzu, by sprawdzić, ile kurzu
zdoła wzniecić. Przy drzwiach do salonu zatrzymała się, by wygładzić
sukienkę, gdy nagle, spośród przyciszonego pomruku rozmowy, usłyszała
wypowiedziane własne imię. Wiedziała, że powinna się ujawnić -?pani Hill
nieraz powtarzała jej, że podsłuchujący nigdy nie słyszą o sobie niczego
dobrego -?lecz nie była w stanie się odsunąć.
-?Sądzę, że Mary wygląda dziś nieco lepiej -?zauważyła pani Phillips. -
Jest mniej blada niż zwykle.
Pani Bennet prychnęła.
-?To bardzo uprzejme z twojej strony, siostro, lecz obawiam się, że nie
mogę się z tobą zgodzić. Jak na tak młodą dziewczynę nie ma w sobie ani
krzty świeżości. Nie to co Jane i Lizzy. O ich urodzie zawsze mówi się z zachwytem.
-?Doprawdy są bardzo ujmujące -?przyznała skwapliwie pani Phillips. -?I nie sądzę, by Mary kiedykolwiek była podziwiana tak jak one. Lecz,
siostro, czy nie jesteś dla niej zbyt surowa w swoich osądach? Być może
cierpi przez porównania. Gdyby Jane i Lizzy były nieco mniej piękne,
może wydałaby ci się ładniejsza?
-?Och, jakże bym pragnęła, żebyś miała rację, lecz obawiam się, że
porównania nie mają tu nic do rzeczy. Mary jest po prostu bardzo
zwyczajna, i tyle. Winię za to rodzinę pana Benneta. My, Gardinerowie,
zawsze odznaczaliśmy się urodą.
Pani Phillips dolała sobie herbaty i rozejrzała się za cukiernicą.
-?Cóż, bardzo mi żal tej dziewczynki. Nie może być łatwo być jedynym
brzydkim kaczątkiem wśród tylu łabędzi.
-?Tak, to dla mnie wielkie rozczarowanie i ogromnie działa mi na nerwy.
Ale wystarczy, że popatrzę na inne moje dziewczęta, a od razu robi mi
się lżej na sercu. Gdzie ona się podziewa z tym cukrem?
Mary wsunęła się do pokoju, wbijając wzrok w podłogę. Palce zacisnęła
bardzo mocno na cukiernicy, którą postawiła na stole. Ciotka uśmiechnęła
się do niej, lecz pani Bennet nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że
Mary wymyka się z pokoju.
Gdy znalazła się w korytarzu, poczuła gwałtowne bicie serca. Słowa matki
uderzyły ją z siłą niemal fizycznego ciosu. A więc teraz już wiem -
pomyślała, wchodząc po schodach. Teraz rozumiała. Była zwyczajna -?jak
gotowany ziemniak, jak kawałek niebielonego perkalu, jak płaski biały
talerz.
Weszła do swojego pokoju, przysunęła krzesło do toaletki i pochyliła
twarz jak najbliżej małego lustra. Szkło było stare i przetarte, lecz
dawało dostateczne odbicie, by Mary mogła wyraźnie zobaczyć siebie.
Patrzyła na nią mała twarz -?okrągła i blada. Tak, pomyślała, talerz.
Jej szare oczy pod jasnymi brwiami nie były ani duże i błękitne jak u Jane, ani ciemne i bystre jak u Lizzy. Rysy były dość regularne, lecz
niczym się nie wyróżniały. Usta miała wąskie, wargi cienkie. Dostrzegła
w swojej twarzy jakiś niepokój. Nie sugerowała ona -?jak twarz Lizzy -
że w każdej chwili może wybuchnąć śmiechem. Jej włosy były jasnobrązowe.
Nie złote i lśniące jak u Jane.
Doszła do wniosku, że nie było w niej niczego, co przyciągałoby uwagę
lub sprawiało, by ktokolwiek patrzył na nią z przyjemnością. Matka miała
rację; nie promieniała i nie rozkwitała. Przez chwilę jeszcze wpatrywała
się w lustro, wciąż mając nadzieję odnaleźć jakiś jasny rys, jakąś
ukrytą zaletę, która mogłaby ją ocalić. Gdy niczego nie znalazła,
sięgnęła po szal wiszący na oparciu krzesła i starannie zasłoniła nim
lustro.
Jedna łza spłynęła jej po policzku, ale nawet nie zadała sobie trudu, by
ją otrzeć.
Mary nie powiedziała ani Jane, ani Lizzy o tym, co usłyszała.
Przypuszczała, że i tak już o tym wiedzą. Jej zwyczajność wydawała się
teraz tak oczywista, że nie mogła pojąć, jak sama wcześniej tego nie
dostrzegła. Nie spodziewała się też z ich strony żadnego współczucia.
Nigdy nie zrozumiałyby, co czuje. Jakże mogłyby? Ich uroda była tak samo
nieodłączną częścią ich istoty jak ręka czy noga -?nie byłyby w stanie
wyobrazić sobie życia bez niej.
Pod jej osłoną będą skakać, pląsać i tanecznym krokiem wbiegną w swoją
przyszłość, ona natomiast będzie mozolnie brnąć naprzód, stawiając
ociężale krok za krokiem, bez cienia radości czy wdzięku. Od pani Bennet
nauczyła się, że bez urody nie można osiągnąć prawdziwego i trwałego
szczęścia. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by podać w wątpliwość to,
czego ją nauczono.
Zawsze była dziewczynką ostrożną i uważną; teraz jednak nie myślała o niczym innym jak tylko o tym, jak niekorzystne wrażenie musi wywierać na
otaczających ją ludziach. Wesołość, która niegdyś skłaniała ją do zabaw
i biegania z siostrami, stopniowo gasła. Nie miała już do tego serca.
Gdy Jane i Lizzy figlowały razem lub biegały po ogrodzie, wszyscy
uśmiechali się i mówili, że wyglądają uroczo, lecz Mary powtarzała
sobie, że gdyby ona uczyniła to samo, uchodziłaby za śmieszną.
Nie wydawało jej się za stosowne okazywać lekkość ducha. Powagę uznała
za jedyną cechę, jaką dziewczyna pozbawiona urody mogła przyjąć, nie
narażając się na drwinę lub litość innych. Stopniowo przywykła do tego,
aż w końcu uwierzyła, że taka właśnie jest jej natura -?że ta wiecznie
poważna, odizolowana i nieporadna dziewczyna to jej prawdziwe oblicze.
Mary z żalem patrzyła, jak Jane i Lizzy stopniowo się od niej oddalają.
Zaniechały prób włączania jej do wspólnych zajęć, zniechęcone jej
smutkiem. Mary nie była tym zdziwiona. Oczywiście że wolały siebie
nawzajem. Jak mogłoby być inaczej? Niebawem stworzyły ścisły,
nierozerwalny sojusz, umocniony wspólnymi zwierzeniami i szeptanymi
uwagami na stronie. Mary z trudem mogła uwierzyć, że kiedykolwiek było w ich uczuciach miejsce dla jeszcze jednej siostry, a tym bardziej dla
niej samej.
Utratę Jane znosiła z pewną filozoficzną rezygnacją. Przy całej słodyczy
Jane, Mary zawsze postrzegała ją jako osobę nieco odległą,
nieprzeniknioną za swoją doskonałą twarzą. Lecz przepaść, jaka otworzyła
się między nią a Elizabeth, sprawiała jej prawdziwy ból. Dopiero gdy
zaczęły się od siebie oddalać, Mary uświadomiła sobie, jak bardzo ją
kochała, jak wielką radość czerpała z jej żywiołowej obecności. Nikt nie
potrafił rozśmieszyć człowieka tak jak Lizzy, nikt nie umiał tak
przekornie wprawić w dobry nastrój ani z tak swobodnym wdziękiem skłonić
do uśmiechu z samego siebie.
Przez pewien czas Mary kurczowo trzymała się nadziei, że to właśnie
Lizzy ją ocali -?że dostrzeże jej smutek i wyciągnie do niej rękę,
pomagając wydostać się z otchłani przygnębienia, w którą czuła, że
powoli się pogrąża. Lecz choć Lizzy spoglądała na nią czasem z pewnym
zdumieniem, a niekiedy niemal z żalem, nie powiedziała ani nie uczyniła
nic, by zatrzymać ją przy sobie i wkrótce ich dawna bliskość stała się
jedynie wspomnieniem.
Gdy starsze siostry się od niej oddaliły, Mary zaczęła się zastanawiać,
czy nie mogłaby znaleźć przyjaciółki w którejś z młodszych. Kiedy były
jeszcze małe, przyglądała się im uważnie, próbując dostrzec, czy
odziedziczyły urodę Jane i Lizzy. Nie lubiła przyznawać się do tego,
czego w głębi duszy pragnęła. Wydawało się okrutne życzyć sobie, by
pulchne dziecko nie wyrosło na piękną młodą pannę, lecz Mary nie
potrafiła się od tego uwolnić. Gdyby któraś z nich -?Kitty lub Lydia -
okazała się zwyczajna, nie czułaby się tak samotna. Dwie nieładne
siostry zrozumiałyby się nawzajem. Stanęłyby po jednej stronie i z pewnością stałyby się przyjaciółkami.
Nie minęło jednak dużo czasu, gdy stało się jasne, że były to płonne
nadzieje i nawet Mary dostrzegła, że nie idą one w jej ślady, lecz
podążają drogą Jane i Elizabeth.
-?To bardzo ładne dziewczynki -?oświadczyła ich matka z zadowoleniem. -
Może nie dorównują Jane, ale i tak są nader ujmujące. Cztery piękności
na pięć córek to wynik całkiem godny uznania. Jestem pewna, że nikt nie
mógłby osiągnąć lepszego.
W miarę jak Kitty i Lydia dorastały, Mary rychło pojęła, że młodszym
siostrom jest równie mało potrzebna, jak wcześniej starszym. Gdyby Kitty
mogła decydować sama, być może by uległa. Była dziewczyną łagodną,
potulną i pragnącą zadowolić innych. Być może dałoby się ją skłonić, by
została przyjaciółką Mary. Lecz najmłodsza z panien Bennet była
zdecydowana, by do tego nie dopuścić. Już jako dziecko Lydia była
uparta, zuchwała i krnąbrna; a gdy raz postanowiła mieć Kitty wyłącznie
dla siebie, Mary nie miała z nią najmniejszych szans.
Nie trzeba było wiele czasu, by Kitty całkowicie uległa wpływowi Lydii,
podporządkowana jej nieugiętej woli i posłusznie powtarzająca wszystkie
jej opinie. Wkrótce i ona miała dla Mary równie mało czasu jak wszyscy
pozostali. Gdy Mary ukończyła czternaście lat, wiedziała już, że nie
jest dla żadnej z sióstr najważniejsza. Nie była niczyją powiernicą ani
przyjaciółką. Ani matka, ani ojciec nie darzyli jej żadnym szczególnym
uczuciem. Pośród tak licznej rodziny była zupełnie sama.
Rozdział 3
Postępowanie pani Bennet tylko pogłębiało nieszczęście Mary, gdyż
przyjemność, jaką czerpała ze swych czterech urodziwych córek, nie była
-?jak się zdawało -?w stanie całkowicie wynagrodzić braków piątej; a z każdym mijającym rokiem wygląd Mary coraz bardziej drażnił jej matkę.
Pani Bennet nie miała ani cierpliwości, ani ochoty ukrywać swego
rozdrażnienia, wywoływanego przez cały szereg drobnych uchybień; lecz
niewiele rzeczy irytowało ją bardziej niż włosy Mary.
Każdego wieczoru, na jej wyraźne polecenie, zwijano je w papiloty; i każdego ranka, gdy pani Hill je rozczesywała, okazywały się równie
proste i równie cienkie jak wcześniej. Pani Bennet nie mogła powstrzymać
się od traktowania tego codziennego rozczarowania jako osobistej
zniewagi.
-?Mary, jestem przekonana, że robisz to umyślnie, by mnie zirytować.
-?Zapewniam cię, mamo, że nie. Gdybym mogła, sprawiłabym, żeby się
kręciły. Może lepiej zaczesywać je do tyłu? Wtedy może nie byłoby tak
widać, że się nie kręcą?
Pani Bennet zmarszczyła brwi.
-?Być może wolałabyś nosić czepek jak jakaś stara mężatka? To by zakryło
wiele niedostatków!
Po tych słowach matka odchodziła oburzona, pozostawiając panią Hill, by
ta znów sięgnęła po grzebienie i szczotki, gotowa podjąć kolejną,
beznadziejną próbę osiągnięcia niemożliwego.
Niebawem Mary zapragnęła stać się niewidzialna. Lepiej było nie
przyciągać niczyjej uwagi, niż stawać się przedmiotem zrzędliwego
niezadowolenia matki. Robiła wszystko, co w jej mocy, by zniknąć;
wybierała suknie w najbardziej nijakich barwach, uszyte w sposób tak
skromny, by nie dawać najmniejszego powodu do uwag. Gdy pani Hill, która
-?jak Mary wiedziała -?litowała się nad nią i zachęcała ją do rozważenia
żywszych kolorów i bardziej korzystnych fasonów, odmawiała -?nijakie
szarości i beże były wszystkim, na co zasługiwała.
Przekonana, że nic nie zdoła poprawić postaci, jaką ukazywała światu,
nie brała udziału w rozmowach o kapeluszach, pantoflach i muślinach,
które wraz z wiekiem pochłaniały tak wiele czasu Kitty i Lydii. Lydia
miała ostry język, a w swoich sądach była równie bezlitosna jak ich
matka, i Mary obawiała się drwin, które z pewnością spotkałyby jej
niezręczne próby włączenia się do rozmowy. Łatwiej było milczeć.
Gdy siostry chodziły do Meryton, by wydawać kieszonkowe w małym sklepie
modniarskim, ona pozostawała na zewnątrz, samotna na ulicy. Nie było
sensu wchodzić do środka. Cóż zrobiłaby z nowym koronkowym
kołnierzykiem, kolorowymi wstążkami czy słomkowym kapeluszem? Takie
błahostki nie były dla dziewcząt takich jak ona.
Niespokojna i osamotniona, szukała innych sposobów, by spędzać czas,
lecz wybór miała niewielki. Nie miała talentu do rysunku, a robótki
ręczne ją nudziły. Nie potrafiła malować i nie lubiła kart. Muzyka to
jednak było coś zupełnie innego. Siedząc przy fortepianie, Mary czuła
się niemal szczęśliwa, zapominając na chwilę o swoich niedoskonałościach
i porażkach.
Wszystkie siostry Bennet zostały nauczone gry. Pani Bennet uważała to za
ujmującą umiejętność dla młodej damy i nalegała, by każda z jej córek ją
posiadła, zapewniając im nawet nauczycielkę. Uprzejma i wiecznie
przeciążona pracą panna Allen przychodziła w każdą środę po południu i udzielała lekcji kolejno każdej z sióstr Bennet. Mary pamiętała, jak
czekała na swoją kolej, licząc minuty, aż Lizzy skończy, z zapartym
tchem pragnąc zająć jej miejsce przy klawiaturze.
Początkowo była tak mała, że potrzebowała poduszki, by dosięgnąć
klawiszy. Siedziała na niej, niepewnie balansując, wyciągając dziecięce
palce, by grać gamy i pasaże. Od samego początku to kochała, zachwycona
dźwiękami, które wydobywała, podekscytowana, gdy z tygodnia na tydzień
zaczynały coraz bardziej przypominać melodie i utwory. Było to jeszcze w czasach, gdy była bardzo młoda, zanim nauczyła się wstydzić samej
siebie.
Gdy przyswoiła bolesną świadomość swojej zwyczajności, odwróciła się od
wielu zajęć, które niegdyś sprawiały jej przyjemność; lecz miłość do
muzyki była jedną z niewielu pasji, których dorastając, nie porzuciła.
Grała nadal, nawet gdy jej siostry, jedna po drugiej, rezygnowały,
porzucając lekcje fortepianu tak szybko, jak tylko pani Bennet na to
pozwalała. Wkrótce tylko Mary i Lizzy regularnie korzystały z wysłużonego rodzinnego instrumentu.
Coś się jednak zmieniło. Gdy zaczynała, muzyka była dla Mary
przyjemnością, ucieczką od codzienności, w której niewiele było powodów
do radości, lecz z chwilą, gdy weszła w wiek dorastania, przestała
postrzegać ją jedynie jako miłe zajęcie. Stopniowo uświadomiła sobie, że
gdy tylko zasiada przy klawiaturze, uroda nie ma żadnego znaczenia. Przy
fortepianie nawet najzwyklejsza kobieta mogła przyćmić najpiękniejszą,
jeśli tylko miała ambicję i wytrwałość niezbędne, by tego dokonać.
Choć świadoma była swoich braków w tak wielu dziedzinach życia, Mary nie
wątpiła w swoją zdolność do wytrwałości i pilności i wydawało jej się,
że można je wykorzystać, by nadać sens i poczucie osiągnięcia jej szarej
egzystencji, tak ubogiej w inne źródła satysfakcji. Dlaczegóż by nie
skierować ich ku opanowaniu gry na fortepianie? Wykazywała już pewne
kompetencje. Dzięki wytrwałości mogła osiągnąć jeszcze wyższy stopień
wykształcenia. Perspektywa posiadania własnego talentu, jakiegoś
wyróżniającego ją przymiotu, napełniała ją uniesieniem i ani przez
chwilę nie żałowała pracy, jakiej wymagało jego zdobycie.
Dobrowolnie skazywała się na odosobnienie w salonie, do którego nikt
poza nią nie zaglądał aż do pory na herbatę, powtarzając swoje ćwiczenia
wciąż od nowa. Z uporem dążyła do doskonałości i w końcu została za to
nagrodzona. Pod każdym względem -?zarówno techniki, jak i biegłości -
poczyniła szybkie postępy. Panna Allen oświadczyła, że jest bardzo
zadowolona z jej postępów, i zapewniła ją, iż jeśli utrzyma zwyczaj
regularnych i surowych ćwiczeń, może spodziewać się dalszej poprawy.
Mary nie była przyzwyczajona do pochwał i ten drobny okruch zachęty
wystarczył, by umocnić jej postanowienie i przywiązać ją do klawiatury
na długie, samotne godziny. Przeważnie nie odczuwała żalu z powodu czasu
spędzanego w odosobnieniu przy ćwiczeniach, lecz niekiedy, pośród
praktyki, ogarniał ją smutek, którego nie potrafiła zrozumieć. Dopiero
po pewnym czasie pojęła, iż uczucie to było tęsknotą za radością i uniesieniem, jakie niegdyś towarzyszyły jej grze.
Nieustanna dyscyplina, którą sama sobie narzuciła, powoli zgasiła niemal
całą radość, z jaką niegdyś zasiadała do fortepianu. Teraz była to praca
jak każda inna. Jej wysiłek i starania przyniosły jej upragnioną
biegłość, lecz osiągnęła ją kosztem prostej radości, którą niegdyś
ceniła nade wszystko.
Zazwyczaj Mary potrafiła przekonać samą siebie, iż była to cena, którą
warto było zapłacić, że pobłażanie własnej radości ma mniejsze znaczenie
niż doskonalenie talentu. Lecz zdarzały się chwile, gdy ogarniały ją
wątpliwości co do tego, z czego zrezygnowała, gdy tęsknota za
spełnieniem i swobodą, jakie niegdyś dawała jej muzyka, przebijała się
mimo wszelkich prób jej stłumienia.
Pewnego ranka, gdy z nutami pod pachą zmierzała do salonu, by rozpocząć
codzienne ćwiczenia, usłyszała nieomylny dźwięk fortepianu, przy którym
siedziała Lizzy. Rozpoznałaby jej sposób gry wszędzie -?szybki, pełen
śmiałości, tak pociągający, że nie sposób było nie odwrócić głowy i się
nie wsłuchać. Nieliczne pomyłki, które popełniała, w niczym nie
umniejszały przyjemności słuchania. Mary wsunęła się cicho do pokoju i obserwowała siostrę, gdy ta kończyła utwór, z głową odchyloną do tyłu,
zamykając go własnym, dodanym dla samej siebie ozdobnym akcentem.
Mary usiadła, nieco oszołomiona energią i brawurą, z jaką Elizabeth
potraktowała pieśń. Wykonanie to w niczym nie przypominało jej własnego,
precyzyjnego i drobiazgowego stylu, lecz nie sposób było go słuchać i nie poczuć podziwu.
-?To było bardzo dobre, Lizzy! -?zawołała. -?Prawie nie było fałszywych
nut. Gdybyś tylko ćwiczyła regularnie, mogłabyś naprawdę to opanować.
Z twarzą lekko zaróżowioną wysiłkiem gry Elizabeth odsunęła stołek od
fortepianu, jakby na znak, że zrobiła już to, co chciała, i więcej grać
nie zamierza.
-?To zupełnie nie dla mnie. Nie sądzę, bym miała dość cierpliwości, by
cokolwiek opanować do perfekcji. Gdy tylko zaczęłoby to sprawiać
trudności, natychmiast znalazłabym sobie inne zajęcie.
-?Lecz czy nie chcesz rozwijać swojego talentu? Szkoda byłoby go
zmarnować.
-?Nie jestem pewna, czy go marnuję, skoro sprawia mi przyjemność. -
Lizzy pozwoliła palcom przesunąć się po klawiszach w prostej gamie. -
Czasem myślę, że mogłabyś czerpać więcej radości, gdybyś przykładała się
trochę mniej.
-?Jak mam grać poprawnie, jeśli nie będę się przykładać?
-?Być może -?odparła Lizzy -?poprawność i pilność nie są jedyną miarą
powodzenia.
To było właśnie to przypuszczenie, które niekiedy niepokoiło także myśli
Mary, lecz odsuwała je od siebie, gdyż nie była w stanie dopuścić go do
głosu.
-?Nie mogę uwierzyć, by cokolwiek warte posiadania można było osiągnąć
bez wysiłku i poświęcenia.
-?Być może tak jest -?odparła Lizzy -?a jednak wiem, że wolałabym
słuchać utworu granego z radością i lekkością niż całej tej wyćwiczonej
do perfekcji doskonałości.
-?Wątpię, byś chciała słuchać szeregu błędów -?odpowiedziała Mary -
choćby wykonywała je osoba najweselsza pod słońcem.
Elizabeth zebrała nuty i wstała od fortepianu.
-?Być może. Lecz doprawdy, wielka to szkoda ograbić muzykę z wszelkiej
przyjemności. Kilka fałszywych nut to niewielka cena w zamian za tę
radość.
Wychodząc z pokoju, lekko dotknęła ramienia Mary. Mary usiadła i ułożyła
swoje nuty, lecz nie mogła się uspokoić. Słowa Elizabeth poruszyły ją
głęboko. Nie było nic dziwnego w tym, że Lizzy mówiła z lekceważeniem o ciężkiej pracy i wysiłku; jej wszystko przychodziło z łatwością. Nie
musiała się trudzić -?jej urok zawsze ją ratował, nawet przy
fortepianie.
Mary energicznie położyła zeszyt z nutami na pulpicie. Dla niej było
inaczej. Wyprostowała palce i zaczęła ćwiczyć gamy.
Rozdział 4
Mary, gdy czuła się zbyt zmęczona, by dłużej siedzieć przy klawiaturze,
miała zwyczaj wycofywać się do swojej sypialni i oddawać lekturze. Stał
tam niewielki regał, na którym spoczywało kilkanaście należących do niej
książek. Były jej tak dobrze znane, że potrafiła całe ich ustępy
recytować z pamięci, mimo to sprawiało jej przyjemność otwieranie ich na
nowo i powracanie do znajomych słów. Nie potrafiła przypomnieć sobie
czasu, w którym czytanie nie byłoby dla niej zarówno pociechą, jak i schronieniem.
W rzeczy samej, niekiedy zdawało jej się, iż wspomina sam moment, gdy
nawiedził ją ów wielki zachwyt nad znajomością słowa pisanego. Siedziała
skulona przed ogniem w pokoju dziecięcym, gdy czarne linie na papierze,
które Lizzy z taką cierpliwością dla niej kreśliła, przestały być
przypadkowymi kształtami i nagle ułożyły się w litery -?J jak jabłko, K
jak kot.
Gdy raz to pojęła, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Robiła
błyskawiczne postępy, zamieniając książki obrazkowe na wierszyki i bajki. Szybko uporała się z The History of Little Goody Two-Shoes, a The Story of the Robins nie zatrzymała jej na długo. W owych czasach
czytała w towarzystwie Jane lub Elizabeth; we trzy siedziały razem w zgodnej ciszy na górze w pokoju dziecięcym, każda zajęta swoją książką.
Lecz gdy dorastała i stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa, a siostry
oddalały się od niej, książki przestały być więzią między nimi, a stały
się raczej pociechą w obliczu tej straty. Gdy Jane i Elizabeth szeptały
między sobą, nie dopuszczając jej do rozmowy, gdy zamykały drzwi swojego
pokoju i nie zapraszały jej, by do nich dołączyła -?wówczas Mary
uciekała do książek, znajdując w nich odwrócenie uwagi od samotności,
która przygniatała jej ducha.
Czytała tak wiele, że szybko wyczerpała nie tylko zawartość własnych
półek, lecz także skromne zasoby szkolnego pokoju w Longbourn. Wkrótce
przeczytała wszystko, co się tam znajdowało -?od atlasów świata po
poradniki gospodarstwa domowego, lecz im więcej pochłaniała, tym
silniejsza stawała się potrzeba nowych lektur. Sięgała po wszystko, co
tylko znalazła w domu, zabierając ze sobą, by studiować w wolnej chwili.
Powieści, które pani Bennet wypożyczała z biblioteki, zajmowały ją przez
pewien czas, lecz ich piękne bohaterki w opałach, przystojni i nieskazitelni bohaterowie oraz zawiłości fabuły, prowadzące ich krok po
kroku ku najbardziej nieprawdopodobnym szczęśliwym zakończeniom, nie
znajdowały jej uznania. Uważała je za niedorzeczne i pragnęła lektury
bardziej wymagającej.
Sądząc, iż być może bardziej odpowiada jej fakt niż fikcja, sięgnęła po
gazety pana Benneta, mrużąc oczy nad drobnym drukiem, literując sobie
nieznane nazwiska i miejsca, o których czytała, aż wreszcie bolały ją
oczy i odkładała je na bok. Czytała czasopisma rolnicze, które
prenumerował jej ojciec, zastanawiając się nad ilustracjami młocarni i schematami płodozmianu. Podkradała broszury przynoszone do domu przez
służbę, pełne sensacyjnych opisów straszliwych zbrodni i ostatnich
wyznań skazańców, studiując prymitywne czarno-białe ryciny
przedstawiające powieszonych mężczyzn i zamordowane kobiety -?aż pani
Hill je odkryła i ze złością wyniosła z powrotem do kuchni.
Czasami natrafiała na poważniejsze tomy pozostawione przez pana Benneta
i przyglądała się im z wielką ciekawością; nie śmiała ich jednak
otworzyć. Książki ojca były rzeczą niemal świętą i nikt poza nim nie
miał prawa ich dotykać.
Mając osiemnaście lat, Mary zrozumiała, że nie może kontynuować nauki w tak chaotyczny i nieuporządkowany sposób. Pragnęła rozwijać swoje
zdolności umysłowe tak, jak wcześniej doskonaliła biegłość muzyczną,
lecz wiedziała, że aby to uczynić, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze
-?musi mieć dostęp do znacznie bogatszego zasobu lektur; po drugie -
potrzebuje pomocy nauczyciela. Miała pannę Allen do fortepianu.
Dlaczegóż nie miałaby mieć podobnego wsparcia w rozwijaniu swoich
zainteresowań intelektualnych? Z pewnością można by znaleźć osobę
stateczną i uczoną, która pokierowałaby jej czytaniem i nadała kształt
jej nauce.
Gdyby była chłopcem, zapewniono by jej nauczyciela, lecz dla dziewczyny
było to nie do pomyślenia. Nie było też żadnej nadziei, by wysłano ją do
szkoły, gdyż pani Bennet była święcie przekonana, iż jedzenie podawane
pensjonariuszkom jest ciężkostrawne i szkodzi cerze. Pozostawało zatem
tylko jedno rozwiązanie jej trudności -?zatrudnienie guwernantki -?lecz
minęło wiele miesięcy, zanim zebrała w sobie odwagę, by zapytać matkę,
czy byłoby to możliwe.
Poruszyła ten temat z wielką ostrożnością, wiedząc, że pani Bennet nie
darzy guwernantek szczególną sympatią. Istotnie, jej matka była dumna z tego, że nigdy nie zatrudniała nikogo takiego. Przez lata przez podjazd
do Longbourn przewijał się szereg nauczycieli przybywających, by
udzielać jej córkom lekcji z tych przedmiotów, które -?jak sądziła -
nadadzą ich wykształceniu ostateczny szlif. Od nich ona i jej siostry
zaczerpnęły odrobinę francuskiego, nieco rysunku i bardzo wiele tańca.
Ale w sprawach ogólnego wykształcenia, pani Bennet uważała własny
przykład, wsparty przyzwoitą liczbą podręczników, za w pełni
wystarczający, by wyposażyć je we wszystko, co powinny wiedzieć.
Nauczyła swoje córki prowadzić rachunki, zarządzać domem i szyć równym,
starannym szwem. Każda z nich czytała nader biegle, a ich wiedza z zakresu historii i geografii wystarczała, by w kręgach towarzyskich nie
sprawiać wrażenia osób zupełnie ograniczonych.
Pani Bennet nie zauważyła, by uczoność żony była cechą szczególnie
pożądaną przez mężczyzn, i nie miała zamiaru powiększać trudności swoich
córek, obciążając je opinią osób nadmiernie bystrych. Wszystko to Mary
wiedziała, lecz pragnienie rozwijania umysłu przeważyło nad jej obawami
i pewnego popołudnia, siedząc z matką i siostrami przy herbacie,
przedstawiła swoją prośbę tak śmiało i spokojnie, jak tylko potrafiła.
Pani Bennet była zaskoczona, jak Mary się tego spodziewała.
-?Guwernantkę? Cóż ty masz na myśli? Po cóż miałaby ci ona być potrzebna
w twoim wieku?
-?Chciałabym udoskonalić swoje wykształcenie, mamo, rozszerzyć krąg
lektur i kształtować własny umysł.
-?Nie potrafię sobie wyobrazić, czego jeszcze powinnaś się nauczyć! -
zawołała pani Bennet. -?Masz już głowę pełną bezużytecznych wiadomości.
Wątpię, by istniał kraj, którego stolicy byś nie znała albo którego
głównych rzek nie potrafiłabyś wymienić. Czegóż więcej mogłaby cię
nauczyć guwernantka?
-?Mogłaby pomóc mi uczyć się w sposób bardziej uporządkowany, skierować
mnie ku książkom, które rozwijałyby mój intelekt. -?Mary poczuła, jak
ogarnia ją ożywienie. -?I nie musiałaby pracować wyłącznie ze mną.
Mogłaby być pomocna nam wszystkim i młodszym dziewczętom. Jestem pewna,
że każda z nas skorzystałaby na udoskonaleniu nawyków pilności.
Lydia, która zazwyczaj nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co mówiła
Mary, poderwała się oburzona.
-?Uchowaj mnie, Boże, od nawyków pilności! A mój umysł i tak jest już
wystarczająco przeciążony, dziękuję bardzo. Ostatnia rzecz, jakiej nam
potrzeba, to guwernantka siedząca w salonie, pociągająca nosem i wyglądająca na nieszczęśliwą, jakaś biedna stara panna z książką kazań w jednej ręce i tabaką w drugiej.
Odwróciła się do Kitty, udając, że trzyma pod nosem szczyptę tabaki,
parsknęła, przewróciła oczami i jęknęła. Kitty wybuchnęła śmiechem,
rozsypując okruszki ciasta po stole.
-?Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego -?oświadczyła Lydia -?i Kitty myśli tak samo, jestem tego pewna.
-?Byłoby to straszne, zwłaszcza to pociąganie nosem -?dodała posłusznie
Kitty. -?Proszę, mamo, nie rób tego. Jest nam dobrze tak, jak jest.
-?Jestem pewna, że mogłybyśmy znaleźć kogoś, kogo wszystkie byśmy
polubiły -?nalegała Mary. -?Jakąś dobrze wychowaną kobietę bez
uciążliwych przyzwyczajeń. I nie musiałaby przychodzić częściej niż
kilka razy w tygodniu.
-?To i tak o wiele za często dla mnie -?rzekła Lydia. -?A może niech nie
przychodzi wcale?
Mary zignorowała ją, kierując na matkę błagalne spojrzenie.
-?Doprawdy, mamo, jeśli weźmiesz pod uwagę korzyści dla naszych umysłów...
Lecz było to daremne. Pani Bennet podjęła już decyzję.
-?Wystarczy, Mary. Nikt inny nie pragnie guwernantki, a ja nie zamierzam
ponosić takiego wydatku wyłącznie dla twojej korzyści. Jeśli chcesz się
więcej uczyć, to twoja sprawa. W bibliotece pana Benneta jest dość
książek. Możesz się tam udać, tak jak Lizzy, i czytać do woli. To
wszystko, co mam do powiedzenia w tej kwestii. Nie życzę sobie, by
więcej o tym wspominano.
Lydia, wielce uradowana, sięgnęła po kolejny kawałek ciasta. Mary
wiedziała, że dalsze naleganie nie ma sensu. Lecz gdy tak siedziała,
patrząc, jak jej herbata stygnie, znaczenie słów matki zaczęło powoli do
niej docierać. Nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że mogłaby mieć
pozwolenie na wejście do biblioteki ojca. Często zaglądała tam
mimochodem, przechodząc obok -?był to jasny, przestronny pokój z wykuszowymi oknami wychodzącymi wprost na ogród, obraz akademickiej
atmosfery. Jego prawdziwą jednak zaletą były książki, które wypełniały
ściany, półka za półką -?kuszący widok dla spragnionej czytelniczki,
rozpaczliwie pragnącej czegoś nowego, co mogłoby ją zająć.
Pan Bennet spędzał tam większą część każdego dnia, zamknięty w surowej
ciszy. Natręci -?jak lubił przypominać swojej rodzinie -?nie byli tam
mile widziani.
-?Skoro nie sprzeciwiam się ogólnej atmosferze niedorzeczności, jaka
panuje w pozostałych częściach tego domu, nie uważam za nierozsądne, by
istniało jedno pomieszczenie, z którego jest ona wykluczona.
Ani Kitty, ani Lydia, dla których półki pełne książek nie stanowiły
żadnej pokusy, nie przejęły się tym oświadczeniem. Nie przejęła się nim
również pani Bennet. Nie interesowało jej, w jaki sposób jej mąż spędza
czas w swojej bibliotece, i nie przyszłoby jej do głowy, by to
sprawdzać. Jedynie Elizabeth od czasu do czasu zaglądała tam, by
wypożyczyć książkę, z tą samą swobodą, która cechowała wszystko, co
czyniła. Lecz Lizzy była ulubienicą pana Benneta, a jego zwykle
ironiczne spojrzenie spoczywało na niej często z ciepłem i podziwem,
których nie okazywał młodszym córkom. Mary nigdy nie przypuszczała, by
ją mogło spotkać podobne przyjęcie. Pan Bennet rzadko na nią patrzył i zdawał się zupełnie obojętny na jej obecność. Nie rozważałaby nawet
możliwości wejścia do biblioteki, gdyby matka nie uczyniła tej sugestii,
lecz teraz perspektywa swobodnego poruszania się pośród tak wielu
książek przezwyciężyła jej obawę przed odmową. Zebrała się na odwagę i odczekała, aż jej ojciec będzie w -?jej zdaniem -
najmniej kapryśnym nastroju, po czym zatrzymała go w korytarzu i zapytała -?bardzo nieśmiało -?czy mogłaby otrzymać pozwolenie na
korzystanie z biblioteki na tych samych zasadach co Lizzy.
Zastanowił się przez chwilę, nim odpowiedział.
-?Możesz przychodzić i szukać schronienia w mojej bibliotece, jeśli
sądzisz, że przyniesie ci to pożytek. Lecz musisz pamiętać, że nie jest
to miejsce do rozmów. Nie życzę sobie, by mnie niepokojono jałowymi
pytaniami. W każdej chwili powinna tam panować atmosfera rozsądku i ciszy. A każda książka zdjęta z półki ma być odłożona dokładnie na to
miejsce, z którego została wzięta. Zasady te są niezmienne. Czy sądzisz,
że potrafisz ich przestrzegać?
-?Tak, ojcze, potrafię.
-?W takim razie nie mam nic przeciwko temu, byś tam przychodziła. Możesz
zacząć jutro.
Rozdział 5
Nazajutrz rano Mary pośpiesznie uporała się ze swymi zwykłymi
obowiązkami, pragnąc jak najszybciej uwolnić się spod czujnego oka
matki. Jej zwyczajne szycie zdawało się trwać dłużej niż kiedykolwiek,
igła niezliczoną ilość razy traciła nić, a pani Bennet nalegała, by dwa
nierówne podwinięcia zostały sprute i wykonane na nowo. Wreszcie jednak
znalazła się przed drzwiami biblioteki, zbierając w sobie odwagę, by je
przekroczyć.
Gdy znalazła się w środku, wstrzymała oddech, zdumiona, że oto wreszcie
tam jest. Pan Bennet siedział na swoim zwykłym miejscu za biurkiem.
Skinął jej krótko i powrócił do swoich zajęć. Rozglądając się dokoła,
Mary odczuwała zarazem zachwyt i niepokój. Wyobrażała sobie, że bez
trudu znajdzie to, czego szuka, lecz stojąc w smudze światła, w której
unosiły się drobiny kurzu, uświadomiła sobie, że nie wie, czego
właściwie poszukuje ani od czego powinna zacząć.
Podeszła do półki i pochyliła się ku książkom, starając się odczytać ich
tytuły. Ostrożnie wysunęła jedną. Natychmiast dwa tomy z końca rzędu z hukiem spadły na podłogę. Hałas był ogłuszający i zupełnie zburzył
panującą ciszę. Pan Bennet podniósł wzrok. Przerażona, Mary chwyciła
dwie najbliższe książki i pośpiesznie się oddaliła.
Na korytarzu zatrzymała się, ściskając je mocno przy piersi. Nie tak
wyobrażała sobie zakończenie swojej pierwszej wizyty. Gdy nieco się
uspokoiła, zaniosła swoje zdobycze do sypialni i usiadła, by je
obejrzeć. Otwierając pierwszy tom, przekonała się, że jest to historia
Anglii. Nie była pewna, czy ją to raduje, czy nie. Lecz gdy przyjrzała
się bliżej, odkryła, iż dzieło to zostało napisane przez kobietę. To ją
zdziwiło. Wiedziała, że kobiety piszą książki dla dzieci, a także
powieści; nie przypuszczała jednak, by bywały autorkami poważnych prac
historycznych. Zaciekawiona, podeszła do swego małego biurka, zrobiła na
nim miejsce i ustawiła przed sobą książkę. Postanowiła dać pani
Catharine Macaulay sposobność, by wzbudziła jej zainteresowanie.
Mary wciąż przebywała w swoim pokoju, gdy pani Hill odszukała ją, by
wezwać na obiad.
-?Matka woła panią od dziesięciu minut. Nie jest zadowolona.
Roztargniona Mary podniosła wzrok, odłożyła książkę, po czym powoli
zeszła na dół. Podczas posiłku prawie się nie odzywała, całkowicie
pochłonięta myślami o tym, co przeczytała. Nie było to tak łatwe do
śledzenia jak prostsze utwory, do których była przyzwyczajona, lecz
bynajmniej jej to nie zniechęcało. Przeciwnie, czuła, jak nieużywane
dotąd siły jej umysłu zaczynają się poruszać, a ciekawość budzi się w niej na nowo.
Dwa tygodnie zajęło jej ukończenie pierwszego tomu pani Macaulay. Gdy
powróciła do biblioteki pana Benneta, rozejrzała się, czy nie ma tam
innych książek historycznych napisanych przez kobiety. Kiedy żadnej nie
znalazła, poczuła gorzkie rozczarowanie. Jej poszukująca dłoń zawahała
się przez chwilę nad dziełami historycznymi pana Hume'a, lecz nie zdjęła
żadnego z tomów z półki. Nie -?postanowiła kontynuować lekturę pani
Macaulay, zanim sięgnie po innych autorów.
Zabrała ze sobą jeszcze dwa jej tomy, podekscytowana myślą, że kobieta
mogła posiąść dość wiedzy i uczoności, by je napisać. Przez następne
tygodnie pochłaniała je z zapałem, wstając wcześnie, by czytać rano
przed śniadaniem, i powracając do nich późno w nocy, gdy reszta
domowników już spała. Każdą chwilę, którą była zmuszona spędzać z dala
od nich, pośród zajęć uznawanych przez matkę za konieczne, przyjmowała z niechęcią, wiercąc się przy stole herbacianym czy podczas użytecznych
robótek ręcznych.
Pani Bennet dostrzegła jej roztargnienie i nie była z niego zadowolona.
-?Nigdy nie można cię znaleźć, kiedy jesteś potrzebna. A gdy już jesteś
obecna, nie zwracasz uwagi na nic, co się do ciebie mówi.
Mary przeprosiła i obiecała poprawę, lecz wiedziała, że jej
przyrzeczenie jest puste. Jej życie, jakie by nie było, toczyło się
teraz niemal wyłącznie między kartami książek. Wydarzenia wojen
domowych, tak jak przedstawiała je pani Macaulay, dzieje Karola I i Olivera Cromwella stały się dla niej bardziej rzeczywiste niż dni, które
mijały niezmiennie w Longbourn.
Książki były dla niej oparciem i nic -?nawet głośno wyrażane
niezadowolenie matki -?nie mogło jej od nich odciągnąć. Przeciwnie, jej
głód wiedzy rósł z każdym ukończonym tomem, i w konsekwencji jej wizyty
w bibliotece ojca stawały się coraz częstsze i coraz dłuższe.
Z większą już pewnością przemierzała półki biblioteki pana Benneta,
odważając się wykraczać poza dzieła historyczne, które stawały się jej
coraz lepiej znane, i z ciekawością spoglądała ku księgom o filozofii i teologii. Czy ośmieli się sięgnąć po którąś z nich? Nie była tego pewna.
Zdawały się jeszcze bardziej onieśmielające niż historia. A od którego
autora należałoby zacząć?
Pragnęła wskazówki i często spoglądała tęsknie ku ojcu, mając nadzieję,
iż ją dostrzeże i zaproponuje pomoc. Lecz on nie okazywał najmniejszego
zainteresowania książkami, które wybierała, nigdy nie pytając, co czyta
ani czy podobała jej się lektura.
Przez pewien czas przyglądała mu się spod opuszczonych powiek, starając
się ocenić, jak by zareagował, gdyby się do niego zwróciła, lecz
ostatecznie zabrakło jej odwagi. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak
miałaby zacząć ani -?gdyby zwrócił ku niej swoje chłodne, ironiczne
spojrzenie -?co miałaby dalej mówić. Kontynuowała więc to, co zaczęła,
zdana wyłącznie na własny osąd.
Tygodnie zmieniały się w miesiące, a Mary czytała bez ustanku. Jane i Lizzy przyglądały się jej z pobłażliwym rozbawieniem, ciesząc się, że
jest czymś zajęta, choć nie bardzo wiedziały, co sądzić o jej nowej
pasji. Za to u młodszych sióstr zamiłowanie Mary do książek sprawiło, że
straciła w ich oczach resztki uznania. Wiele było między nimi szeptów i śmiechów, ilekroć zastawały ją nad lekturą, a Lydia rychło doprowadziła
do doskonałości naśladowanie jej przy pracy -?zgarbionej, z nosem niemal
zatopionym w jakimś ciężkim tomie. Mary jednak nie dawała się
zniechęcić. Czuła, że czyni postępy i nie zamierzała pozwolić, by kpiny
czy zawstydzanie odwiodły ją od celu.
Wreszcie zebrała dość odwagi, by sięgnąć po niektóre z krótszych dzieł
filozoficznych, i była zaintrygowana tym, co w nich odkrywała. Ważne
pytania moralne, którymi się zajmowały, pochłaniały ją całkowicie, a abstrakcyjne rozważania sprawiały jej prawdziwą przyjemność. W zestawieniu z ich wzniosłymi zagadnieniami jej własne, prywatne
nieszczęście wydawało się rzeczą niewielkiej wagi -?co przynosiło jej
osobliwe, nieco chłodne pocieszenie. To, co czytała, zarazem ją
pobudzało i koiło -?i skłaniało do dalszej wytrwałości.
Nauka, jak się zdawało, nie różniła się tak bardzo od gry na
fortepianie. Umysł można było wyćwiczyć, by spełniał swoją powinność,
tak jak można było ćwiczyć palce i doskonalić technikę. Wystarczała
samodyscyplina i gotowość do ciężkiej pracy. Lecz Mary szybko przekonała
się, ku swojemu rozczarowaniu, że istnieją okoliczności, których nawet
jej niezwykła determinacja nie jest w stanie przezwyciężyć -?i że nie
wszystkie aspekty jej natury dają się zmusić do posłuszeństwa.
Od pewnego czasu podejrzewała, że jej wzrok nie jest taki, jaki być
powinien. Wzbraniała się jednak przed uznaniem faktów, które narzucały
jej się z coraz większą natarczywością. Drobny druk zawsze sprawiał jej
trudność, lecz teraz -?być może wskutek długich godzin spędzanych w bibliotece -?lektura niemal każdej książki stała się niemożliwa. Tekst
zdawał się falować przed jej oczami, słowa się rozmywały. Próbowała
zaciskać powieki, by lepiej skupić wzrok, lecz niewiele to pomagało.
Krążyła po pomieszczeniu, łapiąc światło na strony tekstu lub trzymając
tom niemal przy samej twarzy, ale wszystko na nic.
W blasku letniego ogrodu mogła jeszcze przeczytać jedną czy dwie strony,
jeśli słońce miała za plecami, a litery nie były zbyt drobne; lecz w domu, a zwłaszcza gdy nadchodziły coraz ciemniejsze wieczory, z trudem
była w stanie cokolwiek odczytać.
Pewnego wieczoru, gdy siedziała przy biurku, uświadomiła sobie, że z trudem dostrzega choćby jeden wiersz w swojej książce. Zapaliła jedną
świecę, potem drugą, ustawiając je tak blisko stron, jak tylko się
odważyła; lecz nie przyniosło to żadnej poprawy. Ogarnął ją gniew tak
wielki, że miała ochotę krzyczeć. Wydawało się to potwornie
niesprawiedliwe, że właśnie wtedy, gdy odnalazła zajęcie nadające jej
życiu sens, miało jej ono zostać odebrane. Jeśli nie mogła czytać, cóż
jej pozostawało?
Zamknęła książkę starannie, z opanowaniem, którego wcale nie czuła, i położyła się na łóżku, próbując zdecydować, co powinna uczynić.
Przez dwa dni Mary starała się żyć bez książek. Grała na fortepianie,
spacerowała po ogrodzie, zrywała kwiaty do salonu i udawała, że szyje.
Już po południu drugiego dnia wiedziała, że takie życie jest dla niej
nie do zniesienia. Jeśli nie miała postradać zmysłów, musiała zapytać
matkę, czy mogłaby zasięgnąć porady okulisty.
Nie była to prośba, którą można było wypowiedzieć lekkomyślnie. Mary
wiedziała, że może ona wzbudzić w pani Bennet jeszcze większe oburzenie
niż jej starania o guwernantkę, bo cóż mogłoby bardziej zaszkodzić jej
skromnym wdziękom, niż noszenie ciężkich metalowych okularów? Lecz Mary
nie miała wyboru. Skoro inne rozwiązanie było niemożliwe, należało zadać
to pytanie. Mogła jedynie poczekać na chwilę, gdy matka będzie w najmniej drażliwym nastroju, i zwrócić się do niej, jak najodważniej
potrafiła, licząc na niepewną życzliwość pani Bennet.
Mary wreszcie zebrała się na odwagę i pewnego popołudnia podeszła do
matki, gdy ta była zajęta w spiżarni, sprawdzając przetwory przygotowane
jesienią, zaglądając do słojów, by przekonać się, czy śliwki, morele i renklody wciąż są dobre. Ponieważ było to zajęcie, które sprawiało jej
przyjemność, pani Bennet była w dość pogodnym nastroju -?dopóki Mary nie
wyjaśniła, z jaką sprawą przyszła. Wówczas jej dobry humor natychmiast
prysnął, a sama prośba wydała jej się nierozsądna.
-?Nie mogę uwierzyć, że mówisz poważnie. Jeśli to żart, Mary, to w bardzo złym guście.
-?To nie żart, mamo, zapewniam cię. Z trudem widzę, co jest napisane.
Proszę, pozwól mi zbadać wzrok.
-?W jakim celu? Jakim sposobem miałoby to pomóc?
-?Jeśli okulista uzna, że byłoby to dla mnie korzystne, mógłby przepisać
okulary. Wówczas mogłabym znów czytać.
-?Okulary! Doprawdy! I byłabyś gotowa je nosić? Narazić się na takie
upokorzenie?
-?Jeśli pozwoliłyby mi czytać tak, jak pragnę, to tak, nosiłabym je bez
wahania.
Pani Bennet, która właśnie zdejmowała z półki duży słój moreli,
postawiła go na stole z nieco zbyt wielkim impetem. Na szczęście się nie
rozbił, lecz hałas sprawił, że Mary aż drgnęła.
-?Żaden mężczyzna nie spojrzy na ciebie -?oświadczyła -?a u każdej
kobiety budzić będziesz jedynie litość.
-?Mam nadzieję, że zniosę to, jeśli zajdzie taka potrzeba. -?Przez
chwilę pani Bennet nie mogła wydobyć z siebie słowa, niezdolna pojąć
takiej zniewagi wobec wszystkiego, co było jej drogie. Lecz Mary zebrała
się w sobie i mówiła dalej: -?Jeśli nie czujesz się w stanie mi pomóc,
zapłacę za to sama. Mam trochę oszczędności z kieszonkowego. Napiszę do
okulisty i sama poproszę go o wizytę.
Matka otarła ręce o fartuch.
-?W takim razie zdaje się, że nie mam tu nic do powiedzenia. Niech
przyjdzie ten okulista, skoro musi. Wielce się na tobie zawiodłam, Mary.
Jestem bardzo strapiona i roztrzęsiona, a stało się to wyłącznie z twojej winy.
Ruszyła ku drzwiom tak wzburzona, że zostawiła słoje na stole,
nietknięte i niesprawdzone.
-?Nie licz na to, że gdy przyjdzie, będę przy tym obecna. Pani Hill się
tym zajmie. Moje nerwy nie zniosą podobnego ciężaru.
Pozostawiona sama w pomieszczeniu, Mary drżącymi rękami podniosła słój
moreli i ostrożnie odstawiła go na półkę. Nie przypominała sobie, by
kiedykolwiek wcześniej sprzeciwiła się matce tak otwarcie. Opadła ciężko
na krzesło.
Lecz osiągnęła swój cel. Miała zobaczyć się z okulistą. Oby tylko
nastąpiło to jak najprędzej.
Rozdział 6
Tydzień później pan Sparrow, postawny mężczyzna w tabaczkowym surducie,
stawił się w Longbourn. Przywiózł ze sobą obszerną teczkę zawierającą
liczne drukowane karty, duże, sztywne skórzane etui oraz swojego syna,
Johna, wysokiego, milczącego młodzieńca w wieku lat osiemnastu.
-?Mam nadzieję, że nie będzie panienka miała nic przeciw jego obecności.
Uczy się zawodu i staram się zabierać go ze sobą, aby mógł jak najwięcej
zobaczyć na własne oczy.
Mary się zawahała. Nie przypuszczała, iż ich czynności będą odbywać się
w obecności świadka. Młody pan Sparrow wyglądał jednak uprzejmie i szacownie, skinęła więc w milczeniu głową na znak zgody. Pani Hill
wprowadziła ich do chłodnego pokoju porannego, gdzie w kominku nie palił
się żaden ogień, i stanęła pod ścianą, by przyglądać się dalszemu
przebiegowi wizyty.
-?Proszę usiąść na tym krześle, panienko, możliwie prosto, z głową
uniesioną i wzrokiem skierowanym przed siebie. Tak, bardzo dobrze.
Dał znak synowi, który przyniósł etui i otworzył je powoli, niemal z nabożnością. Wewnątrz znajdowały się rzędy okularów, starannie
oznaczonych i ułożonych w doskonałym porządku.
-?A teraz, panienko -?wyjaśnił pan Sparrow -?każda z tych par ma inne
szkła. Poproszę panią, by zakładała je kolejno. John poda pani kartę do
obejrzenia, a pani powie mi, co widzi. Następnie spróbujemy innej pary,
a pani znów spojrzy i powie, czy znaki na kartach wydają się
wyraźniejsze lub mniej wyraźne. W ten sposób będziemy postępować, aż
znajdziemy odpowiednie okulary.
Niepokój Mary wzrósł, gdy poczuła chłodną metalową oprawę na nosie, lecz
spokojny, pewny ton pana Sparrowa ją uspokoił i zaczęła odczuwać
przebłysk zainteresowania jego staranną, wyćwiczoną metodą. Gdy
spojrzała na kartę przez pierwszą parę okularów, była tak zdumiona tym,
jak zniekształcają litery, że zaskoczenie przezwyciężyło jej nieśmiałość
i wykrzyknęła głośno:
-?Proszę pana, zupełnie nie mogę niczego rozróżnić! Tylko jakieś
kształty i zamazane plamy! Co to znaczy?
-?To znaczy, że nie jest to rozwiązanie, którego szukamy, choć wskazuje
nam kierunek dalszych poszukiwań.
Podał jej kolejną parę i tym razem Mary uznała, że litery są nieco
wyraźniejsze. Próbowali raz po raz, z wynikami czasem lepszymi, czasem
gorszymi. Wbrew sobie tak bardzo wciągnęła się w cały proces, że jej
skrępowanie zniknęło. Zaczęła myśleć o sobie mniej jako o pacjentce pana
Sparrowa, a bardziej jako o jego sprzymierzeńcu, pomagającym mu znaleźć
rozwiązanie jej problemu.
Wreszcie nałożył jej na nos parę okularów, przy których aż westchnęła ze
zdumienia. Nagle każda litera na karcie stała się jasna i wyraźna.
-?Och, panie Sparrow, widzę każdy znak na kartach tak wyraźnie, jak
tylko można! Każdą literę, każdą cyfrę! Widzę wszystko!
-?A więc to właśnie ta para -?odparł pan Sparrow z uśmiechem. -?Zawsze
miło jest widzieć tak jednoznaczną reakcję. Sądzę, że możemy być pewni,
iż znaleźliśmy rozwiązanie. Ten niewielki przedmiot -?dodał, pochylając
się i wyjmując szkło z oprawy -?gdy zostanie właściwie przygotowany,
jestem przekonany, uczyni w pani życiu nadzwyczajną różnicę.
-?To doprawdy rzecz niezwykła, proszę pana. Czy może mi pan wyjaśnić,
jak to działa?
-?Być może poproszę Johna, by pani to objaśnił? Przekonam się wówczas,
jak wiele z tego, czego go uczyłem, zapuściło już korzenie w jego
umyśle. Johnie, jeśli łaska.
Młodzieniec z początku był nieśmiały i powściągliwy, lecz znał się na
swoim rzemiośle i z każdą chwilą nabierał pewności, gdy opisywał
delikatne krzywizny soczewki, jej przemieniający wpływ na ludzkie oko
oraz staranność i precyzję, z jaką musi być szlifowana, by mogła
skorygować wadliwy wzrok.
-?Sam uczę się tego rzemiosła i byłbym bardzo rad... byłbym zaszczycony,
mogąc mieć udział w wykonaniu soczewki dla pani.
Na zakończenie spojrzał jej w oczy, po czym natychmiast spuścił wzrok ku
podłodze, jakby powiedział zbyt wiele. Ojciec poklepał go po ramieniu,
dumny ze swego syna.
-?Zrobimy to razem i wykonamy znakomitą pracę. Ośmielam się
przypuszczać, panienko, iż będzie pani nader zadowolona z rezultatu.
Mary odwróciła wzrok, nieprzywykła do bycia przedmiotem takiej uwagi.
Nie było to jednak niemiłe. Nie sposób było poczuć się urażoną przez
tych cichych, skupionych mężczyzn, których umysły były tak gorliwie
zajęte zagadnieniami ich zawodu. Oddając im oprawę, zwróciła się ku nim
i się uśmiechnęła. Pani Hill podeszła bliżej i przez chwilę wszyscy
stali razem, zadowoleni z tego, co osiągnęli.
Wtem Mary usłyszała kroki matki na korytarzu -?i jej twarz natychmiast
posmutniała.
-?A zatem, panie Sparrow! -?wykrzyknęła pani Bennet, wmaszerowując do
pokoju. -?Jakie wieści ma pan dla mnie?
Okulista próbował wyjaśnić swoje ustalenia oraz opinię o wzroku Mary,
lecz pani Bennet zniecierpliwiona machnęła ręką.
-?To wszystko bardzo dobrze, proszę pana, ale czy możemy przejść do
rzeczy? Czy chce mi pan powiedzieć, że moja córka będzie musiała nosić
okulary?
-?Tak, proszę pani, tak sądzę. Nie wydaje mi się, by mogła z łatwością
wykonywać jakiekolwiek zajęcia wymagające bliskiego widzenia bez nich.
Przy wszystkich czynnościach, gdzie potrzebna jest ostra ostrość wzroku,
będą one niezbędne.
-?Lecz nie musi ich nosić poza domem? Można by się bez nich obyć w towarzystwie lub wszędzie tam, gdzie ktoś mógłby ją zobaczyć?
-?To już powinna ocenić sama panienka, lecz jestem przekonany, iż
odniesie wielką korzyść z możliwości widzenia wyraźnie w każdej
sytuacji, czy to publicznej, czy prywatnej.
Pani Bennet zmarszczyła brwi.
-?Dziękuję, panie Sparrow. Może pan napisać do pana Benneta, który
powiadomi pana o naszej decyzji. Życzę panu dobrego dnia.
Dała znak pani Hill, by odprowadziła Sparrowów. Mary patrzyła, jak
wychodzą, żałując, że nie mogła podziękować im tak, jak na to
zasługiwali. Gdy tylko odeszli, matka zwróciła się do niej z oburzeniem.
-?To bardzo rozczarowujące wiadomości, Mary. Zupełnie nie takie, jakich
się spodziewałam. -?Mary nie odezwała się ani słowem. Nie chciała
bardziej rozgniewać matki. -?Zaraz pójdziemy porozmawiać o tym z twoim
ojcem. Posłuchajmy, co on na to powie.
Szły do salonu w milczeniu. Gdy dotarły na miejsce, pani Bennet
gwałtownie otworzyła drzwi i Mary ze smutkiem spostrzegła, że cała
rodzina jest już tam zgromadzona. Miała nadzieję uniknąć upokorzenia,
jakim było omawianie jej sprawy w obecności wszystkich, lecz
najwyraźniej było to niemożliwe. Pani Bennet, głęboko westchnąwszy,
usiadła. Jane i Lizzy podniosły wzrok znad książek, Kitty i Lydia
odwróciły się od rękawiczek, które właśnie oglądały. Jedynie ojciec nie
zareagował, uparcie wpatrzony w gazetę.
W końcu pani Bennet nie mogła dłużej milczeć.
-?Panie Bennet, mam ci coś do powiedzenia. Obawiam się, że to bardzo
przykra wiadomość. Chciałbyś wiedzieć, co to takiego?
Pan Bennet opuścił gazetę i spojrzał ponad nią spokojnie na żonę.
-?Niezależnie od tego, jakie są moje życzenia w tej sprawie, jestem
pewien, że zamierzasz mi to powiedzieć.
-?Mary potrzebuje okularów. Okulista twierdzi, że nie widzi bez nich. I co ty na to, panie Bennet!
Rozejrzała się dokoła z poczuciem, że przekazała wiadomość wielkiej wagi
i niepokojącej natury. Jako pierwsza odezwała się Elizabeth.
-?Z pewnością, mamo, dobrze jest wiedzieć, co można uczynić, by pomóc
Mary. Skoro potrzebuje okularów, czy nie powinna ich mieć? Musi to być
dla niej bardzo trudne, zmagać się bez nich, jeśli nie widzi tak dobrze,
jak powinna.
Pani Bennet wydała z siebie cichy okrzyk oburzenia.
-?Doprawdy, Lizzy, cóż ty wygadujesz? To dla niej straszne nieszczęście!
Okulary są dla zniedołężniałych starców, a nie dla młodych
osiemnastoletnich dziewcząt! Nie przyjmuję do wiadomości, że naprawdę
ich potrzebuje. W mojej rodzinie nigdy nie zdarzyło się nic podobnego.
My, Gardinerowie, zawsze mieliśmy doskonały wzrok.
-?Ależ, mamo -?ciągnęła Elizabeth -?tak rzadko wykonujesz prace
wymagające bliskiego widzenia i tak rzadko czytasz, że możesz nawet nie
wiedzieć, czy sama ich nie potrzebujesz.
-?Jak możesz mówić coś podobnego! Nikt nie czerpie większej przyjemności
z książek niż ja. "Czytam rzadko", doprawdy!
-?Zapominasz, moja droga, że ja noszę okulary -?dodał pan Bennet. -?Nie
chciałbym uważać się za starego człowieka, niedołężnego czy też nie,
lecz przyznaję, że bez nich byłbym zupełnie niezdolny do pracy
umysłowej.
-?Drwisz sobie ze mnie, panie Bennet, lecz wiesz dobrze, że mam rację.
Mężczyzna może nosić okulary, przypuszczam, nawet młody, zwłaszcza jeśli
jest prawnikiem, duchownym lub kimś podobnym, i nikt nie powie o nim
złego słowa. Dla młodej kobiety to zupełnie coś innego. Co ludzie
powiedzą, gdy zobaczą Mary w okularach? Kto zechce ją wtedy poślubić?
Pan Bennet zamyślił się.
-?Być może któryś z tych panów, o których właśnie wspomniałaś, sam
noszący okulary, odważnie obojętny na szyderstwa całej okolicy, zechce
się o nią starać. Istotnie, może to być właśnie to, co ich połączy.
-?Łatwo ci żartować, lecz to wcale nie jest sprawa do śmiechu. Okulista
twierdzi, że potrzebuje okularów do czytania, ale ja zapytam, po co ma
czytać tyle książek?
Na te słowa Elizabeth chciała się wtrącić, lecz ojciec uniósł rękę.
-?Jeśli Mary nie mogłaby czytać, jakie inne zajęcia jej pozostają? Nie
ma zamiłowania do rysunku, a, jak tak często mnie zapewniałaś, jej
szycie jest dla ciebie wielkim rozczarowaniem. Nie jestem znawcą, lecz
wydaje mi się, że jej umiejętności z igłą raczej się nie poprawią, jeśli
nie będzie widziała, jak ją nawlec. Przypuszczam, że mogłaby pomagać w ogrodzie przy wykopywaniu zimowej kapusty.
Dyskusja trwała w najlepsze, całkowicie ignorując milczącą Mary. Nikt
nie oczekiwał, że coś powie. Ona zaś pozwoliła sobie skupić się na
życzliwych słowach Elizabeth. Minęło wiele czasu, odkąd słyszała, by
Lizzy mówiła o niej z taką troską. Wiedziała jednak aż nazbyt dobrze, że
nie ma co liczyć na współczucie ze strony najmłodszej siostry.
-?Ja wolałabym raczej oślepnąć, niż wkładać na twarz coś tak ohydnego! -
zawołała Lydia. -?Porzucenie książek byłoby niewielką ceną, by uniknąć
tak strasznego losu. Czego właściwie można się nauczyć z czytania?
Pan Bennet spojrzał na Lydię z wyraźną dezaprobatą.
-?Właśnie tego rodzaju uwagi przyniosły ci opinię jednej z najbardziej
próżnych, i pozwolę sobie dodać, także jednej z najgłupszych i najbardziej pustych dziewcząt w całej okolicy.
-?Dopóki nie jestem przy tym jedną z najbrzydszych, naprawdę wszystko mi
jedno, papo.
Przynosząc świeży dzbanek kawy, pani Hill weszła w samą porę, by
usłyszeć niemiłą uwagę Lydii. Gdy ta ją zobaczyła, z nadzieją uniosła
filiżankę, lecz pani Hill zdawała się tego nie dostrzegać i zaniosła
dzbanek jak najdalej od niej, na drugi koniec stołu, gdzie podała go
panu Bennetowi.
-?Dziękuję ci, Lydio -?rzekł, gdy pani Hill nalewała mu kawy. -?Nic nie
mogło dobitniej ukazać mi słuszności wyboru w tej sprawie. Nie zamierzam
stawać na drodze żadnemu członkowi tej rodziny, który pragnie zmniejszyć
ilość głupoty w tym domu. Mary, jeśli chcesz czytać, będziesz miała ku
temu środki. Dostaniesz swoje okulary.
Pani Bennet wyglądała, jakby chciała zaprotestować, lecz jej mąż miał
już dość.
-?Nie, moja droga, sprawa jest zakończona. Nie życzę sobie, by mnie
więcej tym dręczono. Będę w bibliotece aż do obiadu i domagam się, aby
mi nie przeszkadzano.
Mary siedziała jeszcze przez chwilę, starając się nie okazać ulgi i zadowolenia. Nie pamiętała, by kiedykolwiek była bardziej szczęśliwa.
Gdy podniosła się z miejsca, matka uporczywie unikała jej wzroku, lecz
dziewczynie wcale to nie przeszkadzało. W jej postawie pojawiła się
niemal lekkość, gdy opuszczała salon.
Minęło kilka tygodni, zanim pan Sparrow napisał, że okulary są gotowe i że z przyjemnością zjawi się u pani Bennet w dogodnym dla niej czasie.
Matka Mary, przekonana, iż uczyniła wszystko, co w jej mocy, by zapobiec
temu wielkiemu upokorzeniu, odmówiła obecności i ponownie wysłała w swoim zastępstwie panią Hill, polecając jej dopilnować,
by w ostatniej chwili nie doszło do żadnych nadużyć.
Gdy wszyscy znów się zgromadzili, a Mary siedziała wyprostowana na
krześle, pan Sparrow polecił synowi otworzyć przyniesioną ze sobą
skórzaną torbę. Młodzieniec wyjął z niej parę okularów owiniętą w miękką
tkaninę, i podał je Mary z godnością i pewną uroczystą powagą. Mary
założyła je, sięgnęła po książkę leżącą na stole, otworzyła ją i wykrzyknęła z radością, gdy zobaczyła druk w ostrym, wyraźnym zarysie.
-?Proszę spojrzeć, pani Hill! Teraz mogę czytać bez najmniejszego trudu!
Pani Hill skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na nią uważnie.
-?Bardzo się z tego cieszę, lecz nie jestem pewna, co na to powie pani
matka.
W jednej chwili radość Mary zgasła. Zdjęła okulary i położyła je na
kolanach. Na moment zapomniała o cenie, jaką przyjdzie jej zapłacić za
nowo zdobytą zdolność widzenia świata. Szyderstwo Lydii zabrzmiało jej w uszach. Teraz mogła widzieć wyraźniej, lecz sama wyda się przez to
jeszcze bardziej zwyczajna.
-?Och, nie, proszę tego nie robić, panienko.
Zdumiona ujrzała, jak John Sparrow przechodzi przez pokój i bierze od
niej okulary.
-?Niech się panienka nie zniechęca. To rzecz wspaniała, widzieć
wyraźnie, nie musieć wytężać wzroku i mrużyć oczu. -
Starannie polerował szkła miękką ściereczką, całkowicie pochłonięty
swoją czynnością. -?A doprawdy, bardzo dobrze panienka w nich wygląda.
Gdy się panienka uśmiecha... bardzo panience do twarzy.
Oddał jej okulary z lekkim skłonem głowy i pospiesznie wrócił na miejsce
obok ojca.
-?John ma rację -?przyznał pan Sparrow -?pod każdym względem. A gdy
przywyknie panienka do ich noszenia, ani pani, ani nikt inny nie będzie
już na nie zwracał uwagi. Tego może być panienka pewna.
Mary wątpiła, by jej matka podzielała to zdanie, lecz nie potrafiła
sprzeciwić się temu życzliwemu, pełnemu dobrej woli człowiekowi.
-?Dziękuję, panie Sparrow. Jestem pewna, że ma pan rację. Sądzę, że będą
mi doskonale pasować i będę nosić je z największą przyjemnością.
Wzięła okulary do ręki i wyszła na korytarz. Gdy zamykała drzwi, wydało
jej się, jakby spojrzenie Johna Sparrowa podążało za nią przez pokój,
lecz gdy się nad tym zastanowiła, uznała, że musi się mylić. Stała przez
chwilę, słuchając, jak pani Hill omawia sposób i termin zapłaty dla
Sparrowów. Następnie zebrała myśli i szybko odeszła.
Powinna pójść i wypróbować okulary na ostatnim tomie pani Macaulay.
Rozdział 7
Kilka razy w roku w salach zgromadzeń w Meryton odbywały się publiczne
bale. Każdy, kto rościł sobie choćby najmniejsze pretensje do
wyrafinowanego gustu, zwykł był pogardzać tymi prostymi rozrywkami -
sale były zbyt małe, muzyka zbyt głośna, a poczęstunek ledwie znośny -
lecz nigdy nie wchodziło w rachubę, by na nich nie bywać.
Pierwszy bal sezonu wyczekiwany był z największym podnieceniem, tym
bardziej że choć zawsze przypadał na jesień, dokładny termin rzadko
bywał ustalony wcześniej niż na krótko przed samym wydarzeniem. Wraz z opadaniem liści z drzew i coraz dłuższymi wieczorami napięcie rosło,
zwłaszcza wśród młodych, którzy łaknęli okazji do tańca. Jednak przez
wiele tygodni nie sposób było uzyskać żadnej pewnej informacji o tym,
kiedy bal mógłby się odbyć.
Nieuchronnie to Lydia, podczas jednej ze swych beztroskich, plotkarskich
wypraw do miasteczka, jako pierwsza natrafiła na niezbity dowód, że
dzień został wreszcie ustalony i triumfalnie przyniosła tę nowinę do
Longbourn. Wpadając do holu, z Kitty biegnącą tuż za nią, ruszyła prosto
do pani Bennet.
-?Bal odbędzie się w pierwszą sobotę przyszłego miesiąca! Mam te wieści
od samego pana Thompsona. Przechodziłam obok sal i zobaczyłam go, więc
zapytałam, a on powiedział, że właśnie przed chwilą zakontraktował
muzyków, jestem więc absolutnie pierwszą osobą, która zdobyła tę
wiadomość.
Usiadła na krześle, wciąż jeszcze w kapeluszu, niecierpliwa, by
przekazać wszystkie szczegóły.
-?Kolacja jest już zamówiona, sale mają zostać wysprzątane, a podłoga
świeżo posypana piaskiem, by chronić stopy tancerzy. Ogłoszenie ukaże
się jutro w gazecie.
Pani Bennet, niemal równie podekscytowana jak córka, klasnęła w dłonie.
-?Doskonale, Lydio, jakże sprytnie z twojej strony, że się tego
dowiedziałaś! Słyszałeś to, panie Bennet? Bal w Meryton został
wyznaczony na sobotę za trzy tygodnie.
-?Doprawdy? Skoro sam nie zamierzam się na nim pojawić, moja radość nie
może dorównać twojej. Nie jestem jednak wrogiem niewinnych przyjemności.
Czy zamierzasz pójść, Lizzy?
-?Być może -?odparła Elizabeth -?jeśli Jane zechce mi towarzyszyć.
Jeszcze nie jestem pewna.
Lydia spojrzała na nią z jawnym zdumieniem.
-?"Jeszcze nie jestem pewna"? Lizzy, jak możesz być tak irytująca? Ja
chyba bym umarła, gdybym tam nie poszła. Z czystej frustracji gotowa
byłabym się zadręczyć.
-?Powinnaś więc starać się opanować -?rzekł pan Bennet spokojnie -?gdyż
nie zdecydowałem jeszcze, czy wolno ci będzie iść. Jane i Lizzy mogą się
udać, były już wcześniej i nie mam żadnych obaw co do ich należytego
zachowania. Mary również może pójść, jeśli zechce, jest dostatecznie
dorosła i stateczna, by można jej zaufać. Lecz ty i Kitty to zupełnie
inna sprawa.
Mary, siedząca w kącie z książką na kolanach, nigdy nie przypuszczała,
że jej imię zostanie wymienione w kontekście balu. Nie mogła w to
uwierzyć, że ojciec ją pochwalił -?pochwała była wprawdzie skromna, lecz
poczuła, jak ogarnia ją ciepło dumy.
Tymczasem Kitty i Lydia wybuchły głośnym protestem.
-?Chyba nie mówisz poważnie, tato! -?zawołała Lydia. -?Naprawdę nie
pozwolisz mi pójść?
-?Doprawdy, panie Bennet -?oświadczyła jego żona -?jestem pewna, że ani
Lydia, ani Kitty nie zrobiłyby niczego, co mogłoby nas zawstydzić.
-?Chciałbym podzielać twoją pewność -?odparł. -?Żadnej z nich nie można
nazwać ani roztropną, ani skromną. A Lydia jest szczególnie uparta.
Lydia zerwała się z miejsca, a do oczu napłynęły jej łzy.
-?Papo, to niegodziwe z twojej strony. Nie możesz mi zabronić! Muszę tam
być, po prostu muszę!
Mary zwykle wiedziała, że lepiej nie wdawać się w spór z najmłodszą
siostrą, gdy tej odmówiono czegoś, czego pragnęła, lecz ośmielona
pochwałą ojca, odważyła się poprzeć jego zdanie.
-?Pierwszemu wystąpieniu młodej damy w towarzystwie powinna towarzyszyć
najwyższa dbałość. Czyha tam wiele pokus i niebezpieczeństw, które mogą
ją przytłoczyć, jeśli nie ma dość rozwagi ani doświadczenia, by się im
oprzeć.
Lydia zdjęła kapelusz, rozwiązując wstążkę powoli i z rozmysłem wyjmując
szpilki.
-?Doprawdy? -?odparła chłodno. -?Cóż, możesz być w odpowiednim wieku, by
wchodzić do towarzystwa, lecz nie musisz obawiać się pokus ani
niebezpieczeństw. Wystarczy, że założysz swoje okulary, a będziesz
całkowicie bezpieczna, zapewniam cię.
Po tych słowach rzuciła kapelusz na ziemię i wybiegła z pokoju, a za nią
pobiegły Kitty i matka, mówiąc wszystko, co mogło ją uspokoić -?że
ojciec tylko żartuje, że to jego sposób bycia, że na pewno zmieni
zdanie.
-?Tak to bywa, gdy rozdrażni się kijem rozwścieczony rój pszczół -
zauważył sucho pan Bennet, zwracając się do Mary. -
Trzeba się liczyć z użądleniem.
Mary podniosła się z godnością, na jaką tylko było ją stać, i udała się
na górę do swojej sypialni. Tam usiadła przed toaletką i wyjęła z kieszeni okulary. Ostrożnie nałożyła je na nos i wpatrzyła się uważnie w swoje odbicie w lustrze. Obracała się z jednej strony na drugą,
przyglądając się sobie pod każdym kątem, nie czyniąc najmniejszego
wysiłku, by na twarzy pojawił się choć cień uśmiechu. Oczy zaszły jej
łzami. Było dokładnie tak, jak powiedziała Lydia. Ciemne metalowe
oprawki wydawały się ciężkie na jej drobnej twarzy, a szkła nadawały jej
wygląd sowy -?nieco dziwny. Nikt nie mógłby powiedzieć, że dzięki nim
wygląda lepiej.
Wciąż siedziała w tym samym miejscu, gdy po około dwudziestu minutach
pani Hill zapukała do drzwi. Weszła z naręczem czystej pościeli, lecz
Mary wiedziała, że nie to było prawdziwym powodem jej wizyty.
-?Słyszałam, co zaszło między tobą a panną Lydią. -?Mary milczała, nie
odrywając wzroku od lustra. -?Ma ostry język, gdy ktoś staje jej na
drodze -?rzekła pani Hill -?ale to przecież już wiesz. -?Odłożyła
pościel, przysunęła krzesło i usiadła jak najbliżej Mary. -?Mam
nadzieję, że nie weźmiesz tego zbyt do serca -?powiedziała cicho. -
Przemawiał przez nią gniew i upór. To nie czyni tego prawdą.
-?Doprawdy? -?odparła Mary. -?Przyglądam się sobie od pół godziny i w głębi serca nie potrafię się z nią nie zgodzić.
-?Mówiąc zupełnie uczciwie, nie mogę stwierdzić, by te szkła działały na
twoją korzyść -?przyznała pani Hill -?lecz nie musisz ich nosić bez
przerwy. Bez szkieł zaś prezentujesz się nie gorzej niż większość dam. -
Mary zwróciła się w jej stronę, mrużąc oczy z powątpiewaniem. -?Wiem, że
mi nie wierzysz, ale to prawda. Masz gładką cerę i przyzwoitą figurę,
nie jesteś ani za chuda, ani za gruba. Twoje oczy są całkiem znośne,
kiedy je widać, a włosy mają całkiem ładny, jasnobrązowy odcień, choć za
nic nie chcą się kręcić.
-?Jest pani bardzo uprzejma, pani Hill, ale nie musi mi pani schlebiać.
Lustro nie kłamie.
-?Być może. Ale rzeknę pani szczerze, panienko, że wcale nie postrzega
panienka siebie taką, jaka jest w rzeczywistości. Twoje siostry
przesłaniają ci obraz. Żonkil zdaje się nader pospolity, gdy przyszło mu
rosnąć pośród lilii. Jednak oglądany z dala od nich, ukazuje swoje
własne, szczególne piękno.
-?Tak, przypuszczam, że można by o mnie powiedzieć, iż jestem wysoka,
szczupła i żółtawa -?odparła Mary z gorzkim uśmiechem. -?Lecz jeśli chce
pani powiedzieć, że nie dorównuję moim siostrom, wiem o tym od lat.
-?Zastanawiam się, czy nie byłabyś szczęśliwsza, gdybyś spędzała z nimi
mniej czasu, gdybyś znalazła przyjaciół wyróżniających się czymś innym
niż wygląd.
-?Lizzy jest podziwiana tak samo za swój dowcip, jak za urodę.
-?Tak -?przyznała pani Hill -?ma to szczęście być i bystra, i piękna.
Lecz sądzę, że gdybyś częściej bywała w świecie, przekonałabyś się, jak
rzadko zdarza się taki dar. Większość ludzi jest znacznie bardziej
zwyczajna, wiesz o tym, i przekonałabyś się o tym, poznając nowe
towarzystwo i wychodząc od czasu do czasu.
-?Nie sądzę, bym miała ku temu wielką skłonność. Mam mój fortepian i moje książki.
-?Nie jestem pewna, czy to wystarczy dziewczynie w twoim wieku. No, a co
z balem w Meryton? Mam nadzieję, że się na niego wybierzesz. Jeśli panna
Lydia ma iść, nie widzę powodu, dla którego ty miałabyś zostać.
-?Ojciec nie wyraził jeszcze ostatecznej decyzji w tej sprawie -?zaczęła
Mary, lecz wyraz twarzy pani Hill zdradzał przekonanie, że sprzeciw pana
Benneta nie oprze się długo zdecydowanym staraniom jego najmłodszej
córki i żony. -?Ja sama także jeszcze nie podjęłam decyzji -?dodała. -
Nie jestem pewna, czy sprawiłoby mi to przyjemność.
-?A czemuż by nie? Może to nie będzie najwspanialsze przyjęcie, ale
będzie muzyka i taniec, wiele śmiechu i dobrego humoru. Nigdy nie byłaś
na balu. Czy nie chciałabyś zobaczyć, jak to wygląda?
-?Nie wiem. Musiałabym się nad tym zastanowić.
-?Mogłabyś mieć nową suknię, jeśli szybko się zdecydujesz. Mogłabym
pójść z tobą wybrać ładny muślin i uszyć z niego coś gustownego, nic
zbyt jaskrawego ani krzykliwego. Mogłabym też uczesać ci włosy, nie tak,
jak życzy sobie twoja matka, lecz w sposób, który bardziej odpowiadałby
twojemu gustowi. Cóż ty na to?
-?Nie wiem. Obawiałabym się... A jeśli nikt nie poprosi mnie do tańca?
-?W takim razie zjesz mnóstwo lodów i będziesz się śmiać z ich głupoty!
Dlaczego by nie odłożyć tej decyzji do rana? Smutno patrzeć, gdy tak
młoda dziewczyna odwraca się od przyjemności i towarzystwa. Na to
przyjdzie jeszcze czas w przyszłości, uwierz mi.
Gdy pani Hill wyszła, Mary położyła się na łóżku, patrząc w sufit i rozmyślając nad tym, co usłyszała. Entuzjazm pani Hill rozbudził jej
ciekawość i zaczęła kwestionować swoje postanowienie, by nie iść na bal.
Być może niesłusznie chciała zostać w domu. Może byłoby to ekscytujące -
wyjechać w chłodną, jesienną noc, tłoczyć się z siostrami w wynajętym
powozie, podskakującym na wyboistej drodze do Meryton.
Nigdy nie widziała sal zgromadzeń nocą, oświetlonych i ozdobionych
papierowymi kwiatami oraz pierwszymi gałązkami zimowego ostrokrzewu.
Pomyślała, że miło byłoby posłuchać orkiestry wygrywającej stare,
znajome melodie i skoczne tańce, i patrzeć, jak ludzie się bawią.
Doprawdy, czemuż miałaby nie pójść? Był to przecież tylko wiejski bal.
Inne dziewczęta w jej wieku bywały na balach i jakoś przeżyły, a przecież nie wszystkie były pięknościami. A czyż nie powiadano -?choć w tej chwili nie potrafiła sobie przypomnieć, kto to powiedział -?że dla
umysłu zdolnego do refleksji żadne doświadczenie nie jest stracone?
W ciągu pół godziny niemal przekonała samą siebie, że jej obowiązkiem
jest się tam udać. A jeśli miała iść, to czyż nie należało mieć sukni
odpowiedniej na taką okazję? Skoro wchodziło się do towarzystwa,
należało przestrzegać jego zasad. Po raz pierwszy, odkąd pamiętała,
pozwoliła swojej wyobraźni podążyć ku myślom o pięknych tkaninach i eleganckich strojach, o barwach, krojach i ozdobach.
Tuż przed zaśnięciem doszła w końcu do wniosku, że pani Hill ma
całkowitą rację. Nie miało sensu odmawiać sobie tej sposobności. Zobaczy
odrobinę świata, a nadto postara się zaprezentować jak najstaranniej,
jak najzgrabniej i jak najkorzystniej. Pójdzie na bal -?i sprawi sobie
na tę okazję nową suknię. Po raz pierwszy spróbuje cieszyć się życiem
tak, jak widziała to u innych.
Nazajutrz przy śniadaniu dla wszystkich było jasne, że pan Bennet wydał
swój wyrok, a triumfalna postawa Lydii nie pozostawiała wątpliwości, iż
rozstrzygnął go na jej korzyść. Ledwie mogła powściągnąć swoją radość,
którą przerywało -?choć nie całkiem powstrzymywało -?jej szybkie
pochłanianie gorących bułek z masłem.
-?Dziękuję, tato, dziękuję, dziękuję! Przysięgam, że odtąd będę cię
kochać na zawsze!
Pani Bennet, całkowicie usatysfakcjonowana, uśmiechała się szeroko do
swojej ulubionej córki, lecz jej mąż zachowywał powagę.
-?Twoja wdzięczność skłania mnie do większego namysłu, niż twoje kaprysy
kiedykolwiek mnie skłaniały. Nie jestem wcale pewien, czy rozsądnie
uczyniłem, ustępując ci.
Pan Bennet był człowiekiem obdarzonym znaczną przenikliwością i niewiele
było sytuacji, w których nie rozumiałby czego się od niego wymaga, lecz
wysiłek go nużył i rzadko kiedy zadawał sobie trud, by działać, nawet
wtedy, gdy wiedział, co jest słuszne. Znacznie łatwiej przychodziło mu
drwić ze swych córek, niż podejmować starania, by poprawiać ich
zachowanie. Jedynie dla Lizzy żywił prawdziwy szacunek, co być może
tłumaczyło, dlaczego tylko ona odważała się mu sprzeciwiać.
-?Dlaczego więc, tato, tak postępujesz? -?zapytała. -?Odrobina
stanowczości w tej sprawie mogłaby uświadomić Lydii, że nie wszystko
można zdobyć, czyniąc zamieszanie.
-?Doprawdy, Lizzy -?zawołała pani Bennet -?brzmisz zupełnie jak Mary! A cóż to właściwie cię obchodzi? Ja tam będę, by dopilnować Lydii i Kitty
i upewnić się, że zachowują się jak należy.
Pan Bennet odłożył nóż i spojrzał na stół z gorzką satysfakcją.
-?Widzicie więc, moje drogie, że nie ma powodu do niepokoju. Wasza
matka, z właściwą sobie ogładą, dopilnuje, by ani głupstwa, ani samowola
nie wzięły góry.
Mary dostrzegła wzrok Elizabeth skierowany na Jane, i zauważyła, jak
między nimi przemknęło spojrzenie -?pełne niepokoju, żalu, bólu -?całej
gamy uczuć zawartych w jednym krótkim momencie. Jej młodsze siostry
niczego nie dostrzegły. Lydii powróciła właściwa jej pewność siebie. Z pogodną miną sięgała po jeszcze więcej herbaty i konfitur.
-?Kitty też musi iść -?oznajmiła stanowczo Lydia. -?Skoro ja mam iść,
byłoby to potwornie niesprawiedliwe, gdyby ona nie mogła.
Kitty przytaknęła z zapałem, z ustami pełnymi jedzenia, ale zanim
zdążyła wyrazić swoje poparcie, Mary postanowiła sama zabrać głos.
-?Ja również chciałabym pójść, tato, jeśli nie ma ku temu żadnych
przeszkód.
-?Ty chcesz iść?! -?wykrzyknęła Lydia z prawdziwym zdumieniem. -?A po
co?
-?Sądzę, że nadszedł czas, bym zobaczyła trochę świata.
Mary postanowiła nie mówić nic więcej. Nie zamierzała pozwolić, by
drwiny Lydii zmusiły ją do gęstego tłumaczenia się z powziętego zamiaru.
Nic na świecie nie skłoniłoby jej do przyznania, że zaczęła już nawet z pewną przyjemnością wyczekiwać tego balu.
-?Oczywiście, że możesz iść -?odparł pan Bennet z lekką irytacją. -
Każdy może iść, kto tylko ma na to ochotę, pod warunkiem że nie będę już
musiał więcej o tym słuchać. Lecz pani Bennet musi zrozumieć, że nie ma
sensu zwracać się do mnie o środki na zakup nowych strojów. Wyłożę
pieniądze na parę świecidełek, wstążek czy piórek, dajmy na to, lecz w tym miejscu moja szczodrobliwość dobiega kresu. Nie będzie żadnych
nieumiarkowanych wydatków na suknie, szale, obuwie i tym podobne.
Lydia, Kitty i ich matka były jednakowo oburzone tym oświadczeniem, lecz
pan Bennet pozostał nieugięty.
-?Nie, nie, ani słowa więcej. Już raz dałem się namówić do działania
wbrew własnym przekonaniom. W tej sprawie jestem niewzruszony.
-?Mam trochę oszczędności -?rzekła Mary zamyślona. -?Nigdy nie wydaję
kieszonkowego, więc sądzę, że wystarczy mi na suknię, jeśli uda się ją
uszyć na czas.
Lydia zmierzyła ją wzrokiem z drugiego końca stołu.
-?Dobry Boże, jesteś doprawdy najbardziej nieznośną nudziarą, jaką znam!
-?Może i tak -?odrzekła Mary, już całkiem spokojna. -?Ale przynajmniej
będę miała tę satysfakcję, że będę nudziarą w nowej sukni.
Tego samego ranka Mary i pani Hill udały się do sklepu z tkaninami w Meryton, gdzie znalazły wzorzysty muślin w najdelikatniejszym kremowym
odcieniu -?biel nazbyt raziłaby przy cerze panienki, jak twierdziła pani
Hill -?przetykany delikatną złotą nicią. Mary uznała go za
najpiękniejszy materiał, jaki kiedykolwiek widziała, i z nabożną niemal
ostrożnością przesuwała palcami po jego delikatnym splocie. Gdy tkaninę
zawinięto, nie chciała oddać sporego pakunku pani Hill, lecz sama niosła
go do domu, dumna, a zarazem nieco zalękniona, że uczyniła tak wielki
krok.
W swojej sypialni omówiła z panią Hill sposób uszycia sukni. Nie mogła
zwrócić się o radę do sióstr. W obecności Jane lub Elizabeth czułaby się
zbyt skrępowana, a próba podjęcia podobnego tematu z Kitty lub Lydią
dawno już stała się niemożliwa. Wyśmiałyby jej niepewne próby
znalezienia kroju, który by jej odpowiadał. Poza tym jej gust nie
skłaniał się ku falbankom i marszczeniom, które tak zachwycały Lydię. Na
niej wyglądałyby sztucznie i niestosownie. Najlepiej czułaby się w prostej sukni, która nie rzucałaby się zbytnio w oczy. Być może -
pomyślała -?prostota jest najstosowniejszą ozdobą dla zwyczajnej
kobiety?
Po dziesięciu dniach suknia była gotowa. Krawcowa przyniosła ją o zmierzchu, oddając -?zgodnie z życzeniem -?bezpośrednio w ręce pani
Hill. Mary nie chciała, by jej siostry zobaczyły ją wcześniej. Wbiegając
po schodach do swojego pokoju, z panią Hill podążającą tuż za nią, Mary
aż brakowało tchu z przejęcia. Gdy znalazły się w środku, zapaliła
świecę, a pani Hill zamknęła drzwi na klucz.
Mocowała się niezdarnie ze sznurkiem u zawiniątka, wkrótce jednak udało
jej się je otworzyć. Gdy uniosła suknię, materiał spłynął kaskadą po jej
ramionach, a złota nić rozbłysła w blasku świec. Tkanina była zwiewna i delikatna niczym chmura, zupełnie niepodobna do szarych i beżowych
bawełnianych sukien, które Mary zwykła nosić. Tak -?była prosta, bez
ozdób odwracających uwagę; lecz w tej prostocie kryła się czystość, a w jej skromności -?elegancja.
-?Bardzo się udała -?rzekła pani Hill. -?Naprawdę bardzo dobrze.
Mary przyłożyła suknię do siebie i uważnie przyjrzała się swojemu
odbiciu w lustrze.
-?Czy nie jest dla mnie zbyt wytworna, jak pani sądzi? Czy nie będę
wyglądać śmiesznie?
-?Bynajmniej. Jestem przekonana, że zaprezentuje się panienka w niej
nadzwyczaj korzystnie.
Mary spojrzała nieśmiało na swoje odbicie. Nie posunęłaby się aż tak
daleko, by nazwać się ładną, lecz sądziła, że nie będzie wyglądać ani
niezręcznie, ani dziwacznie -?a to jej wystarczało.
Rozdział 8
W wieczór balu pani Hill była niezwykle zajęta, krążąc z pokoju do
pokoju i pomagając każdej z sióstr przy ostatnich poprawkach stroju -
przypinając i podkładając, przycinając i wygładzając. Najwięcej czasu
poświęciła jednak Mary, układając jej włosy w sposób równie gładki i prosty jak jej suknia, bez prób tworzenia krótkotrwałych loków. Gdy
skończyła, wyjęła z kieszeni fartucha skręcony kawałek papieru,
ostrożnie go rozwinęła i położyła na toaletce, ukazując niewielką ilość
jasnoróżowego pudru.
-?Czy to róż? -?zapytała Mary niepewnie.
-?Owszem, pożyczony z szuflady panny Lydii. Ma go tyle, że nie zauważy
tak drobnego ubytku.
-?Nie chce mi pani powiedzieć, że powinnam go użyć?
-?Tylko odrobinę, najmniejszy dotyk, tyle wystarczy. Proszę zanurzyć w nim palec, jak najdelikatniej, i lekko wetrzeć w policzek.
Mary wzięła mały pakiecik i przyjrzała mu się z ciekawością.
-?Proszę śmiało -?nalegała pani Hill. -?Odrobinę. Nikt nie zauważy,
obiecuję.
Zdecydowawszy się nagle, Mary musnęła palcem puder tak delikatnie, jak
tylko mogła, i naniosła go na twarz.
-?Na początek bardzo niewiele -?doradziła pani Hill. -?To jak z gotowaniem, zawsze można dodać soli, lecz nie sposób jej potem odjąć. O,
tak, doskonale. Ma pani trochę koloru, lecz nie wygląda pani sztucznie.
Czas włożyć suknię, jeśli nie chcemy się spóźnić.
Mary wsunęła suknię przez głowę z gładką, pewną lekkością -?i nagle była
gotowa. Bała się tego, co ujrzy, lecz zebrała się na odwagę, by spojrzeć
w swoje odbicie w wysokim lustrze.
Zobaczyła wysoką młodą kobietę o zgrabnej sylwetce, gładkich brązowych
włosach i łagodnych, regularnych rysach, ubraną w lekką i ładną suknię.
Ogarnęła ją ulga. Wiedziała, że nigdy nie będzie przyciągać spojrzeń,
gdy wejdzie do pokoju, jak często widywała to w przypadku swoich sióstr;
lecz gdy przyjrzała się sobie swym zwykłym, krytycznym okiem, uznała, że
wygląda lepiej niż kiedykolwiek do tej pory. To jej wystarczyło.
-?Bardzo ładnie -?rzekła pani Hill. -?Właśnie tak, jak chciałyśmy. Lecz
pozostaje jeszcze jedna rzecz do zrobienia.
Po tych słowach sięgnęła przez twarz Mary, zdjęła jej okulary i położyła
je na toaletce.
-?Teraz jest panienka gotowa. A panna Lydia woła już od dziesięciu
minut.
Pozostawiona sama w pokoju, Mary spojrzała na odłożone okulary,
niepewna, co zrobić. Po chwili wahania podniosła je jednak, wsunęła do
małej wieczorowej torebki i zeszła na dół, by dołączyć do sióstr.
W przeciwieństwie do swoich zwyczajów, Mary zeszła ostatnia. Gdy dotarła
do holu, zastała tam już wszystkich domowników, którzy w oczekiwaniu na
nią ucięli sobie pogawędkę. Gdy ją ujrzeli, zapadła cisza -?każdy
chłonął jej widok. Elizabeth pierwsza przerwała milczenie, obrzucając ją
zaskoczonym, ale pełnym aprobaty spojrzeniem.
-?To bardzo ładna suknia. Wyglądasz w niej bardzo dobrze, Mary.
-?Istotnie -?przytaknęła Jane. -?Kolor jest w sam raz. Pasuje do ciebie
doskonale.
Pani Bennet odwróciła się od lustra w holu, przy którym czyniła właśnie
ostatnie, niezbędne poprawki w swoim stroju i wyglądzie -?bez których
nie uważałaby za stosowne opuścić domu. Spojrzała na Mary chłodno. Od
dawna pragnęła ujrzeć poprawę w jej wyglądzie, lecz ponieważ sama nie
miała udziału w tej przemianie, nie była skłonna do hojnych pochwał.
-?A więc, moja droga panno, okazuje się, że potrafisz się postarać, gdy
zechcesz. Szkoda tylko, że nie robisz tego częściej.
-?To zadziwiające, co potrafią uczynić nowe stroje -?zauważyła Lydia z przekąsem. -?Każdego upiększają. Gdybym ja miała nową suknię, jestem
pewna, że wprawiłabym was wszystkich w zachwyt!
-?Nie mam co do tego wątpliwości -?odparła Elizabeth. -?Z nową suknią
czy bez niej.
Mary szczelnie owinęła się peleryną. Odetchnęła z ulgą, że jej wygląd
nie wywołał gorszego zamieszania, niż zakładała, i wyszła za siostrami
prosto w chłód nocy. Kiedy powóz ruszył, Mary milczała, a nikt z towarzyszy nie odezwał się do niej ani słowem. Jane i Elizabeth
szeleściły szeptem, za to Lydia perorowała na cały głos, rzucając uwagi,
które wcale nie potrzebowały komentarza.
-?Pomyśl tylko, mamo, widziałam wczoraj Dicka Smythsona w Meryton i nalegał, bym zachowała dla niego drugi taniec. Na pierwszy jest umówiony
z tą nieznośną panną Denny, lecz to jego kuzynka, więc zapewne był
zobowiązany. A kapitan Carter zarezerwował mnie na trzeci. Mam nadzieję,
że będzie w mundurze, nie uwierzycie, jak bardzo to mu dodaje uroku.
-?Och, ależ wierzę -?odparła pani Bennet. -?Sama kiedyś darzyłam pewną
sympatią oficera. Miejmy nadzieję, że specjalnie dla ciebie wystąpi dziś
w mundurze.
-?A na czwarty -?ciągnęła Lydia, niemal nie zwracając uwagi na słowa
matki -?liczę na Williama Digby'ego. Powiedziałam mu, że potem będzie
musiał kupić mi lody, bo jestem pewna, że do tego czasu zdążę się już
spocić.
Elizabeth przewróciła oczami z irytacją, gdy Kitty wybuchnęła oburzonym
lamentem.
-?Lydio, przecież pan Digby prosił mnie o czwarty taniec, nie wolno ci
go sobie przywłaszczać. Naprawdę, mamo, powiedz jej, że nie może, to
nieuczciwe...
Wtulona w kąt powozu Mary zaczęła rozważać własne szanse na znalezienie
partnera. Znała tak niewielu młodych mężczyzn. Niewielu miała młodych
znajomych. Lydia i Kitty, dzięki swoim codziennym wyprawom do Meryton,
zdążyły poznać rzeszę kawalerów, szczególnie po przyjeździe pułku
milicji przed kilkoma miesiącami. Spotykały oficerów przechadzających
się po ulicach, żartowały z nimi przed sklepem modystki i wielu z nich
uważały za bliskich znajomych. Jane i Elizabeth były bardziej
powściągliwe, lecz nawet one czasem odpowiadały uprzejmym skinieniem
głowy na ukłony dobrze wychowanych żołnierzy.
Mary brakowało owych przelotnych znajomości, dzięki którym mogłaby z większą swobodą wkroczyć między gości na balu. Rzadko towarzyszyła
siostrom w ich wizytach w Meryton, a gdy już się to zdarzało, nie miała
nic do powiedzenia żadnemu oficerowi, którego spotykały. Nie miała
talentu prowadzenia czarujących rozmów czy swobodnych pogawędek.
Gdy powóz wtoczył się do Meryton, jej niepokój wzrósł. Całe podniecenie,
które czuła, opuszczając dom, zaczęło się ulatniać na myśl o tym, co ją
czeka. Dopóki bal pozostawał jeszcze w sferze marzeń, mogła myśleć o nim
niemal z radością. Teraz jednak, gdy miał się stać rzeczywistością,
wszystko wydawało się zupełnie inne.
Kiedy zatrzymali się przed salami zgromadzeń, odwaga zaczęła ją
opuszczać. Co zrobi, jeśli nikt nie poprosi jej do tańca? Słyszała, jak
Jane i Lizzy z uśmiechem opowiadały o chwilach, gdy nie miały z kim
zatańczyć, ale czyniły to z pogodną autoironią osób, dla których było to
rzadkie doświadczenie. Wiedziały doskonale, że nie przyjdzie im długo
czekać; pojawienie się kolejnego tancerza było tylko kwestią czasu. Mary
miała świadomość, że nie potrafi zdobyć się na taką swobodę i wiarę we
własne siły, jakie cechowały jej siostry.
Gdy rodzina z Longbourn zebrała swoje peleryny i torebki, gotowa opuścić
powóz, Mary podążyła za matką i siostrami ku światłu i gwarowi balu -?z sercem bijącym aż w gardle.