Ta inna siostra Bennet - Janice Hadlow

Reflow text when sidebars are open.
Tłum ludzi zebrany przy wejściu do sal zgromadzeń wydawał się ogromny - tak groźny i nieprzenikniony, jak się obawiała. Mary była popychana z jednej strony na drugą, niemal ogłuszona okrzykami powitań, które rozbrzmiewały ponad jej głową, gdy z trudem torowała sobie drogę przez skupisko podekscytowanych gości wypełniających korytarz. Zdesperowana, by nie stracić z oczu sióstr -?których przejście, jak zauważyła, śledziło wiele pełnych uznania męskich spojrzeń - parła naprzód z całą odwagą, na jaką było ją stać, aż wreszcie wydostała się na otwartą przestrzeń sali balowej.
Przez chwilę stała bez ruchu, zdumiona tym, co widzi. Stare sale, które tak dobrze znała, stały się nie do poznania. Wszędzie paliły się świece -?co prawda nie te najdroższe, przez co w powietrzu unosił się wyraźny zapach łoju -?lecz ich migotliwy blask odmienił odrapane ściany i rozświetlił zdobiące je gałęzie jesiennych liści. W głębi, poprzez otwarte na oścież drzwi, dostrzegła służących przygotowujących stół do wieczerzy i lokajów, którzy w pośpiechu wycierali łyżki o skraje swych fartuchów. Na górze, na balkonie, muzycy stroili instrumenty i dopijali ostatnie kufle piwa przed rozpoczęciem pracy. Na parkiecie zaś niecierpliwe pary już zaczęły się gromadzić, przechadzając się tam i z powrotem, gotowe do rozpoczęcia tańca.
Kitty i Lydia szybko zniknęły w tłumie. Mary rozejrzała się wokół, lecz nie dostrzegła nikogo znajomego. Przez chwilę rozważała założenie okularów. Sięgnęła do torebki i jej palce zacisnęły się na nich, lecz zaraz wyobraziła sobie triumfujący wyraz twarzy Lydii, gdyby zobaczyła ją w okularach -?jakby ich widok z nawiązką wynagradzał jej urazę wobec nowej sukni Mary. Mary pospiesznie cofnęła rękę z torebki i właśnie zaczynała wpadać w panikę, gdy poczuła dotyk Elizabeth na swoim ramieniu.
-?Tędy, Mary, znalazłyśmy miejsce, gdzie będziemy mogły wygodnie usiąść.
Lizzy zwinnie lawirowała między ludźmi, kierując się ku krzesłom pod ścianą. Ustawiono je z myślą o tych, którzy woleli w spokoju przypatrywać się tańcom, nie będąc zmuszonymi do brania w nich udziału. Ich matka zajęła już miejsce obok swojej serdecznej przyjaciółki, lady Lucas. Spędzały ze sobą wiele czasu, gdyż każda znajdowała w drugiej dokładnie to, czego oczekiwała od towarzyszki. Pani Bennet wymagała kogoś, kto by jej wtórował, lady Lucas zaś, z natury bojaźliwa i uległa, chętnie odnalazła się w roli pokornej słuchaczki. Ich przyjaźń tylko raz zboczyła z utartego toru. Stało się to wówczas, gdy pan Lucas, zamożny kupiec, dostąpił godności baroneta. Wydawało się wtedy, że ich stosunki muszą się zmienić, wszak nie przystało, by pani Bennet, osoba bez tytułu, traktowała z góry świeżo upieczoną lady? Z wielką ulgą pani Bennet stwierdziła, że szlachectwo nie odmieniło potulnego charakteru jej drogiej towarzyszki. Lady Lucas wciąż pokornie poddawała się owemu wyższościowemu tonowi, który był nieodłącznym elementem niezłomnego przywiązania pani Bennet.
Za krzesłem lady Lucas stała Charlotte, jej najstarsza córka. Była to dziewczyna o otwartej twarzy i przeciętnym wzroście, której trudno byłoby przypisać miano piękności. Jej niepozorna powierzchowność stanowiła dla pani Bennet źródło niejakiej satysfakcji, gdyż często zwracała uwagę lady Lucas na kontrast pomiędzy skromnymi wdziękami Charlotte a przymiotami własnych córek. Nie wahała się też rozwodzić, z całą dostępną jej dozą współczucia, nad rozczarowaniem, jakie jej przyjaciółka musi odczuwać z powodu tego, iż Charlotte, mając lat dwadzieścia sześć, wciąż pozostaje niezamężna -?tym bardziej że tak niewielkie zdawały się być widoki na zmianę tego stanu.
Lady Lucas brakowało śmiałości, by przeczyć pani Bennet, toteż ograniczała się do potakiwania zrezygnowanym skinieniem głowy. Owa uległość natury okazywała się jednak zbawienna dla jej córki, której los poskąpił innych atutów. Lady Lucas nie miała ani tej energii, ani tej skłonności do rozdrażnienia, które tak łatwo przychodziły pani Bennet, Charlotte zaś nie była nigdy wystawiona na wyrzuty i narzekania, jakie stały się udziałem Mary. Być może dlatego Charlotte nie spuszczała głowy ze wstydem z powodu braku urody, lecz spoglądała na świat wzrokiem jasnym i uważnym. Nie żywiła złudzeń co do swego wyglądu, lecz jej postawa zdradzała, iż nie zamierza zań przepraszać. Przeciwnie - przyjmowała swą sytuację z lekką, ironiczną pogodą, a ci, którzy nie znali jej dobrze, nieraz dziwili się bystrości jej spostrzeżeń i ostrości dowcipu.
To właśnie te przymioty zjednały jej szczególną przychylność Elizabeth, która od kilku lat uważała ją za najbliższą przyjaciółkę. Ku tej właśnie życzliwej obecności Charlotte Lizzy poprowadziła teraz Mary, po czym sama zajęła ostatnie wolne miejsce.
-?Cóż za ścisk! Doprawdy, zdaje się, że z każdym sezonem tłum jest coraz większy! Wkrótce będziemy musiały tańczyć na zmianę. Organizatorzy rozdadzą wszystkim numerki i będą nas wywoływać parami.
-?A może -?odparła Charlotte -?należałoby dopuścić jedynie te młode damy, które miały to szczęście zapewnić sobie partnerów na więcej niż połowę tańców. Reszta mogłaby pozostać w korytarzu niczym niechciany bagaż, przywoływana jedynie w razie potrzeby.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Smutnym faktem życia jest to, że jeśli młoda kobieta ma pecha przyjść na świat bez jakichkolwiek perspektyw, powinna zrobić wszystko co w jej mocy, by przynajmniej urodzić się piękną. Być ubogą i urodziwą to już dostateczne nieszczęście; lecz być bez grosza i pozbawioną urody -?to doprawdy ciężki los.
Cztery z pięciu sióstr Bennet z Meryton w hrabstwie Hertfordshire roztropnie zadbały o to, by być wystarczająco urodziwymi, by uchodzić za piękności w wąskich kręgach, w których się obracały. Jane, najstarsza, była najbardziej olśniewająca, a wdzięk jej twarzy i sylwetki podkreślała skromna powściągliwość jej charakteru. Elizabeth, druga z kolei, nadrabiała dowcipem i żywiołowością wszelkie drobne niedostatki urody; podczas gdy Catherine i Lydia, dwie najmłodsze, odznaczały się całą świeżością młodości, połączoną z zamiłowaniem do śmiechu i flirtu, co czyniło je niezwykle atrakcyjnymi dla młodych mężczyzn o równie hałaśliwych i mało wybrednych upodobaniach. Jedynie Mary, córka środkowa, nie była obdarzona ani urodą, ani dowcipem, ani wdziękiem, lecz jej siostry jaśniały tak bardzo, że zdawały się niwelować jej brak zalet, a wręcz całkowicie przyćmiewać jej obecność, tak że gdy dorosły rodzina Bennetów uchodziła za jedną z najprzyjemniejszych w całej okolicy.
Powszechnie jednak było wiadomo, że perspektywy panien Bennet znacznie mniej godne były zazdrości aniżeli ich uroda. Na pierwszy rzut oka rodzina zdawała się dostatecznie zamożna. Należeli do najznamienitszych mieszkańców wioski Longbourn, a ich dom, choć solidny i pozbawiony wszelkiej pretensjonalności, wynagradzał wygodą brak przepychu. Byli służący do podawania do stołu, kucharka oraz ogrodnik, a choć majątek pana Benneta nie był rozległy, w zupełności wystarczał, by utrzymać jego wiarygodność jako majętnego obywatela. Mało która z zaprzyjaźnionych rodzin była na tyle zamożna lub dobrze urodzona, by pozwalać sobie wobec nich na protekcjonalność. W oczach opinii publicznej Bennetowie uchodzili za wybitnie przyzwoity filar lokalnej społeczności.
Lecz na prowincji żadna rodzina nie może naprawdę liczyć na zachowanie swoich spraw wyłącznie dla siebie, i wszyscy wiedzieli, iż oficjalny dobrobyt Bennetów opiera się na bardzo niepewnych podstawach. Ich majątek podlegał ordynacji, która ograniczała dziedziczenie do męskich spadkobierców, a jeśli nie pojawi się syn Bennetów, posiadłość przejdzie ostatecznie w ręce kuzyna pana Benneta. Z początku nie wydawało się to rzeczą szczególnej wagi. Gdy bowiem z obiecującą regularnością jedno dziecko po drugim przychodziło na świat w Longbourn, zdawało się jedynie kwestią czasu, kiedy długo wyczekiwany chłopiec z rodu Bennetów raczy wreszcie się pojawić. Lecz gdy liczba córek doszła do pięciu, a stało się jasne, iż więcej dzieci nie należy się spodziewać, ordynacja rzuciła coraz głębszy cień na szczęście tej rodziny.
Po śmierci pana Benneta wdowa po nim i córki pozostałyby z niczym więcej niż pięcioma tysiącami funtów ulokowanymi w czteroprocentowych papierach wartościowych oraz z upokarzającą koniecznością polegania na niepewnej dobroczynności dalekiego i nieznanego krewnego. Przyjaciele rodziny nie byli pozbawieni współczucia dla ich trudnego położenia, lecz bynajmniej nie osłabiało to ich ciekawości co do tego, co przyniesie przyszłość; bo cóż mogło być bardziej pociągającego, niż możliwość obserwowania z bliska prawdopodobnego upadku i rozkładu całego majątku jednej rodziny?
Pan Bennet nie zamierzał dawać sąsiadom satysfakcji, okazując rozczarowanie okrutnym zrządzeniem losu, które pozbawiło jego bliskich bezpieczeństwa, jakiego -?wedle jego dawnych, ufnych nadziei -?mieli zaznawać. Dla świata pozostawał tym, kim był zawsze: człowiekiem zdystansowanym, zabawnym i najwyraźniej pogodzonym z losem, którego nie mógł zmienić. Nawet wobec własnej rodziny rzadko okazywał specjalną troskę. Być może podczas długich godzin spędzanych w bibliotece zmagał się ze sobą, szukając wyjścia z ich trudnego położenia; jeśli jednak tak było, nie dzielił się z nikim ani swym niepokojem, ani wnioskami.
Jego żona natomiast nie znała podobnego umiaru. Pani Bennet nie myślała niemal o niczym innym, jak tylko o trudach, które czekają ją i jej córki po śmierci męża; często też słyszano, jak w domu i poza nim utyskuje na niegodziwość ordynacji. Twierdziła, że jej nerwy nie są w stanie znieść napięcia, jakie wywołuje ta niefortunna sprawa. Nie potrafiła pojąć, jak ktokolwiek mógł mieć sumienie zapisać majątek z pominięciem własnych córek; uważała, że jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, czeka ich niechybna zguba. Choć była kobietą o ograniczonej inteligencji i niewielkiej wyobraźni, miała znaczne zasoby energii i uporu, które z całym oddaniem poświęciła znalezieniu rozwiązania. Szybko doszła do przekonania, że w tym marnym położeniu istnieje tylko jedno wyjście: dziewczęta muszą wyjść za mąż, i to jak najszybciej i jak najkorzystniej. Skoro ojciec nie mógł zabezpieczyć ich przyszłości, musiały szukać ratunku u boku mężów.
Możliwość ujrzenia swych córek z mężami o jedynie przyzwoitym majątku zdołałaby uśmierzyć wiele obaw pani Bennet, lecz wyobrażenie ich jako żon panów o znacznych dochodach i pokaźnych posiadłościach napełniało ją radością, której nie osłabiało częste o tym rozważanie. Nic nie sprawiało jej większego szczęścia niż myśl o nich jako właścicielkach eleganckich domów i rozległych terenów, pewnych, że nigdy więcej nie usłyszą tego straszliwego słowa: ordynacja.
Zdawała sobie oczywiście sprawę, że zamożnych mężczyzn poszukujących żon niełatwo znaleźć, a jeszcze trudniej zdobyć, zwłaszcza dla dziewcząt bez pokaźnych posagów. Nie traciła jednak ducha. Jej córki -?jak była przekonana -?miały przewagę, która pozwoli im przezwyciężyć wszelkie trudności: inne dziewczęta mogły być bogate, lecz jej córki były piękne. To właśnie, była pewna, było błogosławieństwem, które zaprowadzi je do dostatku. Ich uroda przyciągnie najświetniejsze partie, olśni ich oczy, zdobędzie ich serca i skłoni do zlekceważenia podszeptów chłodnego, interesownego rozsądku.
Dla pani Bennet było to niemal przekonaniem, iż wobec braku dziesięciu tysięcy funtów w gotówce piękna twarz stanowi najcenniejszy kapitał, jaki może posiadać młoda kobieta. Jej własne doświadczenie potwierdzało tę opinię, albowiem jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej to właśnie młodzieńcza uroda pani Bennet zaprowadziła zakochanego do szaleństwa pana Benneta przed ołtarz, przezwyciężając wszelkie przeszkody, jakie zdawały się stać na drodze ich związkowi. Gdy wpatrywał się w jej piękną twarz, nie miało dla niego żadnego znaczenia, że jej ojciec był jedynie prowincjonalnym adwokatem prowadzącym kancelarię w Meryton, ani że jej brat mieszkał w pobliżu własnych magazynów przy Cheapside. Był zdecydowany ją poślubić i, wbrew wszelkim radom przeciwnym temu zamiarowi, dopiął swego.
Ogólnie rzecz biorąc, pani Bennet uważała się za całkiem zadowoloną z tego małżeństwa. To prawda, że pan Bennet był człowiekiem kapryśnym i drwił z niej częściej, niż uważała za stosowne. Lecz jako pani Longbourn władała majątkiem dostatecznie znacznym, by zaspokoić jej próżność, a pozycja jej męża zapewniała jej przy każdej możliwej okazji przyjemność okazywania protekcji mniej szczęśliwym znajomym.
Dla pana Benneta jednak korzyści płynące z małżeństwa były znacznie mniej widoczne. Jego brak rozwagi przy ocenie, czy charakter małżonki przyniesie mu tyle samo zadowolenia co jej uroda, miało poważniejsze i trwalsze konsekwencje. Powierzchowność umysłu pani Bennet oraz ograniczony zakres jej zainteresowań sprawiały, że ich związek nigdy nie mógł być partnerstwem równych sobie osób. Nie mogła być ani jego towarzyszką, ani przyjaciółką. Jej uroda wystarczyła, by go zdobyć, lecz -?jak pan Bennet rychło zrozumiał -?nie wystarczyła, by uczynić go szczęśliwym.
Na szczęście dla pani Bennet nie była ona kobietą skłonną do refleksji i jeśli jej mąż żałował teraz zasad, jakimi kierował się przy wyborze żony, ona pozostawała tego zupełnie nieświadoma. W rezultacie jej uprzedzenia przetrwały, niepoddane żadnej próbie. Poza urodą nie ceniła żadnych przymiotów kobiecego charakteru. Dowcip i rozum, życzliwość i pogoda ducha nie miały dla niej żadnego znaczenia. Dobry wygląd górował nad wszelkimi innymi zaletami. Najważniejszą wartością, jaką dostrzegała w swoich córkach, była ich umiejętność wzbudzania zachwytu.
W przypadku czterech z nich miała pod tym względem wszelkie powody do zadowolenia. Wobec Jane żywiła najwyższe nadzieje, gdyż -?jak często powtarzała panu Bennetowi -?nie mogła przecież urodzić się tak piękna bez przyczyny. Trzy pozostałe siostry, jeśli nawet nie były tak hojnie obdarzone jak Jane, to jednak -?w przekonaniu pani Bennet -?odznaczały się dostatecznie, by przyciągać uwagę, gdziekolwiek się pojawiły. Tylko jedna z jej córek zawiodła jej oczekiwania. Mary popełniła ten błąd, że nie odziedziczyła ani urody, ani wdzięku, które były udziałem wszystkich pozostałych kobiet z rodziny Bennetów. Była to wada, której -?w oczach pani Bennet -?nie można było wybaczyć, o czym sama Mary rychło się przekonała.
Mary nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie chwili, w której odkryła, że brakuje jej urody. Nie sądziła, by wiedziała o tym jako bardzo małe dziecko, gdy bawiła się szczęśliwie z Jane i Elizabeth, biegając po ogrodzie z plamami trawy na sukience; ani wtedy, gdy tuliły się razem przed ogniem w pokoju dziecięcym, grzejąc stopy na metalowej osłonie kominka. Nie wydawało jej się również, by była tego świadoma, kiedy pani Hill, gospodyni, co rano myła jej twarz i wiązała czysty fartuszek na sukience. Z pewnością nie wiedziała o tym także wtedy, gdy wraz ze starszymi siostrami wpadała do kuchni w dni pieczenia, prosząc o kawałek świeżego chleba, który zabierały ze sobą i zjadały razem za krzewami, śmiejąc się tak, jakby nigdy nie miały przestać. Wówczas -?myślała - była szczęśliwa.
Lecz gdy miała siedem lub osiem lat, zaczęła przeczuwać, że coś nie jest całkiem w porządku. Zauważyła, iż jej matka często patrzy na nią w sposób, w jaki nie patrzyła ani na Jane, ani na Lizzy. Było w tym spojrzeniu coś pomiędzy irytacją a zakłopotaniem -?Mary nie była pewna co -?lecz nauczyła się je doskonale rozpoznawać. Zawsze następowało potem wezwanie.
-?Chodź tu, dziecko, pokaż się.
Mary schodziła z krzesła i przechodziła przez salon do miejsca, gdzie siedziała pani Bennet, czując się nieswojo pod badawczym wzrokiem matki. Poprawiano jej wstążki we włosach, wiązano na nowo pasek, wygładzano suknię to tu, to tam. Lecz cokolwiek niepokoiło panią Bennet, żaden z jej zabiegów nie przynosił zadowolenia. Zaciskała usta i odwracała wzrok, zirytowana, w milczeniu odsyłając córkę na miejsce. Mary wiedziała, że zawiodła matkę, choć jeszcze nie rozumiała, w czym dokładnie okazała się niedostateczna.
Lecz była dziewczyną bystrą i rychło pojęła, co znaczą te westchnienia, zmarszczone brwi i gesty odprawienia. Nie mogła nie zauważyć, że pani Bennet nigdy nie mówiła o jej wyglądzie z taką przyjemnością, z jaką opisywała urodę starszych sióstr.
-?Jane jest piękna jak anioł -?mawiała często jej matka, spoglądając na najstarszą córkę z jawną dumą. -?Samo patrzenie na nią sprawia przyjemność.
Jane spuszczała głowę, była bowiem dziewczyną skromną, a komplementy przyprawiały ją o rumieńce. Nie patrzyła na Elizabeth, która, ilekroć przesadne zachwyty pani Bennet przybierały na sile, chwytała spojrzenie siostry i starała się ją rozśmieszyć.
Wygląd Elizabeth nie odpowiadał matce w takim stopniu jak uroda Jane. Jej ciemne oczy i promienny uśmiech zbyt wyraźnie zdradzały żywiołowość jej charakteru, by mogły zyskać bezwarunkową aprobatę pani Bennet. Czerpała zbyt wielką uciechę z obserwowania świata, by uchodzić za prawdziwą piękność, lecz mimo wszelkich zastrzeżeń, bystre oko matki dostrzegało w Lizzy coś pociągającego. Choć często ganiła drugą córkę za zuchwałość jej uwag i niezależność ducha, nie czyniła zarzutów jej wyglądowi.
W miarę jak dorastała, Mary z nadzieją oczekiwała, iż pani Bennet obdarzy ją podobnymi słowami uznania. Z początku łudziła się, że z biegiem lat uznanie matki przyjdzie samo i że w końcu dorośnie do chwili, gdy ona także zazna jej zachwytu. Lecz nawet wtedy, gdy przykładała szczególną staranność do własnego wyglądu, dbając, by pończochy były równo ułożone, twarz czysta, a włosy starannie uczesane, matka wciąż nie miała dla niej ani jednego życzliwego słowa.
Miesiącami trwała w oczekiwaniu, z drżeniem serca wyczekując dnia, w którym pani Bennet zdoła doszukać się w niej jakiegoś przymiotu zasługującego na uznanie. Może jej oczy okażą się ładne, a może sylwetka zgrabna. Może włosy staną się jej największym atutem. Było jej wszystko jedno, którą część jej osoby matka uzna za wartą uwagi; byle tylko dało jej to sposobność zająć miejsce pośród sióstr w blasku macierzyńskiej aprobaty.
Mary miała dziesięć lat, gdy zrozumiała, że to nigdy się nie wydarzy. Było ciepłe popołudnie. Pani Bennet piła herbatę ze swoją siostrą, panią Phillips. Jane i Lizzy zniknęły natychmiast na dźwięk przybycia ciotki, pozostawiając Mary samą, siedzącą na kanapie, skręcającą końce włosów w palcach i rozpaczliwie pragnącą znaleźć się gdziekolwiek indziej. Ani matka, ani ciotka nie zwracały na nią najmniejszej uwagi. Ich rozmowa toczyła się bez ładu, obejmując wszystko -?od prawdopodobieństwa, że kucharka lady Lucas odejdzie ze służby -?"i to tuż przed sezonem przetworów" -?po przypuszczenie, iż żona pastora może urodzić jeszcze w tym tygodniu. Ale gdy pani Phillips ściszyła głos do szeptu i pochyliła się, by przekazać szczególnie smakowity kawałek plotki, pani Bennet nagle uświadomiła sobie obecność córki.
-?Mary, zejdź do kuchni i przynieś jeszcze trochę cukru. Weź miseczkę. Już, proszę.
Zachwycona, że może się oddalić, Mary przeciągała swoje zadanie tak długo, jak tylko mogła, ociągając się w drodze powrotnej i kopiąc czubkami butów o kamienne płyty w korytarzu, by sprawdzić, ile kurzu zdoła wzniecić. Przy drzwiach do salonu zatrzymała się, by wygładzić sukienkę, gdy nagle, spośród przyciszonego pomruku rozmowy, usłyszała wypowiedziane własne imię. Wiedziała, że powinna się ujawnić -?pani Hill nieraz powtarzała jej, że podsłuchujący nigdy nie słyszą o sobie niczego dobrego -?lecz nie była w stanie się odsunąć.
-?Sądzę, że Mary wygląda dziś nieco lepiej -?zauważyła pani Phillips. - Jest mniej blada niż zwykle.
Pani Bennet prychnęła.
-?To bardzo uprzejme z twojej strony, siostro, lecz obawiam się, że nie mogę się z tobą zgodzić. Jak na tak młodą dziewczynę nie ma w sobie ani krzty świeżości. Nie to co Jane i Lizzy. O ich urodzie zawsze mówi się z zachwytem.
-?Doprawdy są bardzo ujmujące -?przyznała skwapliwie pani Phillips. -?I nie sądzę, by Mary kiedykolwiek była podziwiana tak jak one. Lecz, siostro, czy nie jesteś dla niej zbyt surowa w swoich osądach? Być może cierpi przez porównania. Gdyby Jane i Lizzy były nieco mniej piękne, może wydałaby ci się ładniejsza?
-?Och, jakże bym pragnęła, żebyś miała rację, lecz obawiam się, że porównania nie mają tu nic do rzeczy. Mary jest po prostu bardzo zwyczajna, i tyle. Winię za to rodzinę pana Benneta. My, Gardinerowie, zawsze odznaczaliśmy się urodą.
Pani Phillips dolała sobie herbaty i rozejrzała się za cukiernicą.
-?Cóż, bardzo mi żal tej dziewczynki. Nie może być łatwo być jedynym brzydkim kaczątkiem wśród tylu łabędzi.
-?Tak, to dla mnie wielkie rozczarowanie i ogromnie działa mi na nerwy. Ale wystarczy, że popatrzę na inne moje dziewczęta, a od razu robi mi się lżej na sercu. Gdzie ona się podziewa z tym cukrem?
Mary wsunęła się do pokoju, wbijając wzrok w podłogę. Palce zacisnęła bardzo mocno na cukiernicy, którą postawiła na stole. Ciotka uśmiechnęła się do niej, lecz pani Bennet nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że Mary wymyka się z pokoju.
Gdy znalazła się w korytarzu, poczuła gwałtowne bicie serca. Słowa matki uderzyły ją z siłą niemal fizycznego ciosu. A więc teraz już wiem - pomyślała, wchodząc po schodach. Teraz rozumiała. Była zwyczajna -?jak gotowany ziemniak, jak kawałek niebielonego perkalu, jak płaski biały talerz.
Weszła do swojego pokoju, przysunęła krzesło do toaletki i pochyliła twarz jak najbliżej małego lustra. Szkło było stare i przetarte, lecz dawało dostateczne odbicie, by Mary mogła wyraźnie zobaczyć siebie. Patrzyła na nią mała twarz -?okrągła i blada. Tak, pomyślała, talerz. Jej szare oczy pod jasnymi brwiami nie były ani duże i błękitne jak u Jane, ani ciemne i bystre jak u Lizzy. Rysy były dość regularne, lecz niczym się nie wyróżniały. Usta miała wąskie, wargi cienkie. Dostrzegła w swojej twarzy jakiś niepokój. Nie sugerowała ona -?jak twarz Lizzy - że w każdej chwili może wybuchnąć śmiechem. Jej włosy były jasnobrązowe. Nie złote i lśniące jak u Jane.
Doszła do wniosku, że nie było w niej niczego, co przyciągałoby uwagę lub sprawiało, by ktokolwiek patrzył na nią z przyjemnością. Matka miała rację; nie promieniała i nie rozkwitała. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w lustro, wciąż mając nadzieję odnaleźć jakiś jasny rys, jakąś ukrytą zaletę, która mogłaby ją ocalić. Gdy niczego nie znalazła, sięgnęła po szal wiszący na oparciu krzesła i starannie zasłoniła nim lustro.
Jedna łza spłynęła jej po policzku, ale nawet nie zadała sobie trudu, by ją otrzeć.
Mary nie powiedziała ani Jane, ani Lizzy o tym, co usłyszała. Przypuszczała, że i tak już o tym wiedzą. Jej zwyczajność wydawała się teraz tak oczywista, że nie mogła pojąć, jak sama wcześniej tego nie dostrzegła. Nie spodziewała się też z ich strony żadnego współczucia. Nigdy nie zrozumiałyby, co czuje. Jakże mogłyby? Ich uroda była tak samo nieodłączną częścią ich istoty jak ręka czy noga -?nie byłyby w stanie wyobrazić sobie życia bez niej.
Pod jej osłoną będą skakać, pląsać i tanecznym krokiem wbiegną w swoją przyszłość, ona natomiast będzie mozolnie brnąć naprzód, stawiając ociężale krok za krokiem, bez cienia radości czy wdzięku. Od pani Bennet nauczyła się, że bez urody nie można osiągnąć prawdziwego i trwałego szczęścia. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by podać w wątpliwość to, czego ją nauczono.
Zawsze była dziewczynką ostrożną i uważną; teraz jednak nie myślała o niczym innym jak tylko o tym, jak niekorzystne wrażenie musi wywierać na otaczających ją ludziach. Wesołość, która niegdyś skłaniała ją do zabaw i biegania z siostrami, stopniowo gasła. Nie miała już do tego serca. Gdy Jane i Lizzy figlowały razem lub biegały po ogrodzie, wszyscy uśmiechali się i mówili, że wyglądają uroczo, lecz Mary powtarzała sobie, że gdyby ona uczyniła to samo, uchodziłaby za śmieszną.
Nie wydawało jej się za stosowne okazywać lekkość ducha. Powagę uznała za jedyną cechę, jaką dziewczyna pozbawiona urody mogła przyjąć, nie narażając się na drwinę lub litość innych. Stopniowo przywykła do tego, aż w końcu uwierzyła, że taka właśnie jest jej natura -?że ta wiecznie poważna, odizolowana i nieporadna dziewczyna to jej prawdziwe oblicze.
Mary z żalem patrzyła, jak Jane i Lizzy stopniowo się od niej oddalają. Zaniechały prób włączania jej do wspólnych zajęć, zniechęcone jej smutkiem. Mary nie była tym zdziwiona. Oczywiście że wolały siebie nawzajem. Jak mogłoby być inaczej? Niebawem stworzyły ścisły, nierozerwalny sojusz, umocniony wspólnymi zwierzeniami i szeptanymi uwagami na stronie. Mary z trudem mogła uwierzyć, że kiedykolwiek było w ich uczuciach miejsce dla jeszcze jednej siostry, a tym bardziej dla niej samej.
Utratę Jane znosiła z pewną filozoficzną rezygnacją. Przy całej słodyczy Jane, Mary zawsze postrzegała ją jako osobę nieco odległą, nieprzeniknioną za swoją doskonałą twarzą. Lecz przepaść, jaka otworzyła się między nią a Elizabeth, sprawiała jej prawdziwy ból. Dopiero gdy zaczęły się od siebie oddalać, Mary uświadomiła sobie, jak bardzo ją kochała, jak wielką radość czerpała z jej żywiołowej obecności. Nikt nie potrafił rozśmieszyć człowieka tak jak Lizzy, nikt nie umiał tak przekornie wprawić w dobry nastrój ani z tak swobodnym wdziękiem skłonić do uśmiechu z samego siebie.
Przez pewien czas Mary kurczowo trzymała się nadziei, że to właśnie Lizzy ją ocali -?że dostrzeże jej smutek i wyciągnie do niej rękę, pomagając wydostać się z otchłani przygnębienia, w którą czuła, że powoli się pogrąża. Lecz choć Lizzy spoglądała na nią czasem z pewnym zdumieniem, a niekiedy niemal z żalem, nie powiedziała ani nie uczyniła nic, by zatrzymać ją przy sobie i wkrótce ich dawna bliskość stała się jedynie wspomnieniem.
Gdy starsze siostry się od niej oddaliły, Mary zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłaby znaleźć przyjaciółki w którejś z młodszych. Kiedy były jeszcze małe, przyglądała się im uważnie, próbując dostrzec, czy odziedziczyły urodę Jane i Lizzy. Nie lubiła przyznawać się do tego, czego w głębi duszy pragnęła. Wydawało się okrutne życzyć sobie, by pulchne dziecko nie wyrosło na piękną młodą pannę, lecz Mary nie potrafiła się od tego uwolnić. Gdyby któraś z nich -?Kitty lub Lydia - okazała się zwyczajna, nie czułaby się tak samotna. Dwie nieładne siostry zrozumiałyby się nawzajem. Stanęłyby po jednej stronie i z pewnością stałyby się przyjaciółkami.
Nie minęło jednak dużo czasu, gdy stało się jasne, że były to płonne nadzieje i nawet Mary dostrzegła, że nie idą one w jej ślady, lecz podążają drogą Jane i Elizabeth.
-?To bardzo ładne dziewczynki -?oświadczyła ich matka z zadowoleniem. - Może nie dorównują Jane, ale i tak są nader ujmujące. Cztery piękności na pięć córek to wynik całkiem godny uznania. Jestem pewna, że nikt nie mógłby osiągnąć lepszego.
W miarę jak Kitty i Lydia dorastały, Mary rychło pojęła, że młodszym siostrom jest równie mało potrzebna, jak wcześniej starszym. Gdyby Kitty mogła decydować sama, być może by uległa. Była dziewczyną łagodną, potulną i pragnącą zadowolić innych. Być może dałoby się ją skłonić, by została przyjaciółką Mary. Lecz najmłodsza z panien Bennet była zdecydowana, by do tego nie dopuścić. Już jako dziecko Lydia była uparta, zuchwała i krnąbrna; a gdy raz postanowiła mieć Kitty wyłącznie dla siebie, Mary nie miała z nią najmniejszych szans.
Nie trzeba było wiele czasu, by Kitty całkowicie uległa wpływowi Lydii, podporządkowana jej nieugiętej woli i posłusznie powtarzająca wszystkie jej opinie. Wkrótce i ona miała dla Mary równie mało czasu jak wszyscy pozostali. Gdy Mary ukończyła czternaście lat, wiedziała już, że nie jest dla żadnej z sióstr najważniejsza. Nie była niczyją powiernicą ani przyjaciółką. Ani matka, ani ojciec nie darzyli jej żadnym szczególnym uczuciem. Pośród tak licznej rodziny była zupełnie sama.
Postępowanie pani Bennet tylko pogłębiało nieszczęście Mary, gdyż przyjemność, jaką czerpała ze swych czterech urodziwych córek, nie była -?jak się zdawało -?w stanie całkowicie wynagrodzić braków piątej; a z każdym mijającym rokiem wygląd Mary coraz bardziej drażnił jej matkę. Pani Bennet nie miała ani cierpliwości, ani ochoty ukrywać swego rozdrażnienia, wywoływanego przez cały szereg drobnych uchybień; lecz niewiele rzeczy irytowało ją bardziej niż włosy Mary.
Każdego wieczoru, na jej wyraźne polecenie, zwijano je w papiloty; i każdego ranka, gdy pani Hill je rozczesywała, okazywały się równie proste i równie cienkie jak wcześniej. Pani Bennet nie mogła powstrzymać się od traktowania tego codziennego rozczarowania jako osobistej zniewagi.
-?Mary, jestem przekonana, że robisz to umyślnie, by mnie zirytować.
-?Zapewniam cię, mamo, że nie. Gdybym mogła, sprawiłabym, żeby się kręciły. Może lepiej zaczesywać je do tyłu? Wtedy może nie byłoby tak widać, że się nie kręcą?
Pani Bennet zmarszczyła brwi.
-?Być może wolałabyś nosić czepek jak jakaś stara mężatka? To by zakryło wiele niedostatków!
Po tych słowach matka odchodziła oburzona, pozostawiając panią Hill, by ta znów sięgnęła po grzebienie i szczotki, gotowa podjąć kolejną, beznadziejną próbę osiągnięcia niemożliwego.
Niebawem Mary zapragnęła stać się niewidzialna. Lepiej było nie przyciągać niczyjej uwagi, niż stawać się przedmiotem zrzędliwego niezadowolenia matki. Robiła wszystko, co w jej mocy, by zniknąć; wybierała suknie w najbardziej nijakich barwach, uszyte w sposób tak skromny, by nie dawać najmniejszego powodu do uwag. Gdy pani Hill, która -?jak Mary wiedziała -?litowała się nad nią i zachęcała ją do rozważenia żywszych kolorów i bardziej korzystnych fasonów, odmawiała -?nijakie szarości i beże były wszystkim, na co zasługiwała.
Przekonana, że nic nie zdoła poprawić postaci, jaką ukazywała światu, nie brała udziału w rozmowach o kapeluszach, pantoflach i muślinach, które wraz z wiekiem pochłaniały tak wiele czasu Kitty i Lydii. Lydia miała ostry język, a w swoich sądach była równie bezlitosna jak ich matka, i Mary obawiała się drwin, które z pewnością spotkałyby jej niezręczne próby włączenia się do rozmowy. Łatwiej było milczeć.
Gdy siostry chodziły do Meryton, by wydawać kieszonkowe w małym sklepie modniarskim, ona pozostawała na zewnątrz, samotna na ulicy. Nie było sensu wchodzić do środka. Cóż zrobiłaby z nowym koronkowym kołnierzykiem, kolorowymi wstążkami czy słomkowym kapeluszem? Takie błahostki nie były dla dziewcząt takich jak ona.
Niespokojna i osamotniona, szukała innych sposobów, by spędzać czas, lecz wybór miała niewielki. Nie miała talentu do rysunku, a robótki ręczne ją nudziły. Nie potrafiła malować i nie lubiła kart. Muzyka to jednak było coś zupełnie innego. Siedząc przy fortepianie, Mary czuła się niemal szczęśliwa, zapominając na chwilę o swoich niedoskonałościach i porażkach.
Wszystkie siostry Bennet zostały nauczone gry. Pani Bennet uważała to za ujmującą umiejętność dla młodej damy i nalegała, by każda z jej córek ją posiadła, zapewniając im nawet nauczycielkę. Uprzejma i wiecznie przeciążona pracą panna Allen przychodziła w każdą środę po południu i udzielała lekcji kolejno każdej z sióstr Bennet. Mary pamiętała, jak czekała na swoją kolej, licząc minuty, aż Lizzy skończy, z zapartym tchem pragnąc zająć jej miejsce przy klawiaturze.
Początkowo była tak mała, że potrzebowała poduszki, by dosięgnąć klawiszy. Siedziała na niej, niepewnie balansując, wyciągając dziecięce palce, by grać gamy i pasaże. Od samego początku to kochała, zachwycona dźwiękami, które wydobywała, podekscytowana, gdy z tygodnia na tydzień zaczynały coraz bardziej przypominać melodie i utwory. Było to jeszcze w czasach, gdy była bardzo młoda, zanim nauczyła się wstydzić samej siebie.
Gdy przyswoiła bolesną świadomość swojej zwyczajności, odwróciła się od wielu zajęć, które niegdyś sprawiały jej przyjemność; lecz miłość do muzyki była jedną z niewielu pasji, których dorastając, nie porzuciła. Grała nadal, nawet gdy jej siostry, jedna po drugiej, rezygnowały, porzucając lekcje fortepianu tak szybko, jak tylko pani Bennet na to pozwalała. Wkrótce tylko Mary i Lizzy regularnie korzystały z wysłużonego rodzinnego instrumentu.
Coś się jednak zmieniło. Gdy zaczynała, muzyka była dla Mary przyjemnością, ucieczką od codzienności, w której niewiele było powodów do radości, lecz z chwilą, gdy weszła w wiek dorastania, przestała postrzegać ją jedynie jako miłe zajęcie. Stopniowo uświadomiła sobie, że gdy tylko zasiada przy klawiaturze, uroda nie ma żadnego znaczenia. Przy fortepianie nawet najzwyklejsza kobieta mogła przyćmić najpiękniejszą, jeśli tylko miała ambicję i wytrwałość niezbędne, by tego dokonać.
Choć świadoma była swoich braków w tak wielu dziedzinach życia, Mary nie wątpiła w swoją zdolność do wytrwałości i pilności i wydawało jej się, że można je wykorzystać, by nadać sens i poczucie osiągnięcia jej szarej egzystencji, tak ubogiej w inne źródła satysfakcji. Dlaczegóż by nie skierować ich ku opanowaniu gry na fortepianie? Wykazywała już pewne kompetencje. Dzięki wytrwałości mogła osiągnąć jeszcze wyższy stopień wykształcenia. Perspektywa posiadania własnego talentu, jakiegoś wyróżniającego ją przymiotu, napełniała ją uniesieniem i ani przez chwilę nie żałowała pracy, jakiej wymagało jego zdobycie.
Dobrowolnie skazywała się na odosobnienie w salonie, do którego nikt poza nią nie zaglądał aż do pory na herbatę, powtarzając swoje ćwiczenia wciąż od nowa. Z uporem dążyła do doskonałości i w końcu została za to nagrodzona. Pod każdym względem -?zarówno techniki, jak i biegłości - poczyniła szybkie postępy. Panna Allen oświadczyła, że jest bardzo zadowolona z jej postępów, i zapewniła ją, iż jeśli utrzyma zwyczaj regularnych i surowych ćwiczeń, może spodziewać się dalszej poprawy.
Mary nie była przyzwyczajona do pochwał i ten drobny okruch zachęty wystarczył, by umocnić jej postanowienie i przywiązać ją do klawiatury na długie, samotne godziny. Przeważnie nie odczuwała żalu z powodu czasu spędzanego w odosobnieniu przy ćwiczeniach, lecz niekiedy, pośród praktyki, ogarniał ją smutek, którego nie potrafiła zrozumieć. Dopiero po pewnym czasie pojęła, iż uczucie to było tęsknotą za radością i uniesieniem, jakie niegdyś towarzyszyły jej grze.
Nieustanna dyscyplina, którą sama sobie narzuciła, powoli zgasiła niemal całą radość, z jaką niegdyś zasiadała do fortepianu. Teraz była to praca jak każda inna. Jej wysiłek i starania przyniosły jej upragnioną biegłość, lecz osiągnęła ją kosztem prostej radości, którą niegdyś ceniła nade wszystko.
Zazwyczaj Mary potrafiła przekonać samą siebie, iż była to cena, którą warto było zapłacić, że pobłażanie własnej radości ma mniejsze znaczenie niż doskonalenie talentu. Lecz zdarzały się chwile, gdy ogarniały ją wątpliwości co do tego, z czego zrezygnowała, gdy tęsknota za spełnieniem i swobodą, jakie niegdyś dawała jej muzyka, przebijała się mimo wszelkich prób jej stłumienia.
Pewnego ranka, gdy z nutami pod pachą zmierzała do salonu, by rozpocząć codzienne ćwiczenia, usłyszała nieomylny dźwięk fortepianu, przy którym siedziała Lizzy. Rozpoznałaby jej sposób gry wszędzie -?szybki, pełen śmiałości, tak pociągający, że nie sposób było nie odwrócić głowy i się nie wsłuchać. Nieliczne pomyłki, które popełniała, w niczym nie umniejszały przyjemności słuchania. Mary wsunęła się cicho do pokoju i obserwowała siostrę, gdy ta kończyła utwór, z głową odchyloną do tyłu, zamykając go własnym, dodanym dla samej siebie ozdobnym akcentem.
Mary usiadła, nieco oszołomiona energią i brawurą, z jaką Elizabeth potraktowała pieśń. Wykonanie to w niczym nie przypominało jej własnego, precyzyjnego i drobiazgowego stylu, lecz nie sposób było go słuchać i nie poczuć podziwu.
-?To było bardzo dobre, Lizzy! -?zawołała. -?Prawie nie było fałszywych nut. Gdybyś tylko ćwiczyła regularnie, mogłabyś naprawdę to opanować.
Z twarzą lekko zaróżowioną wysiłkiem gry Elizabeth odsunęła stołek od fortepianu, jakby na znak, że zrobiła już to, co chciała, i więcej grać nie zamierza.
-?To zupełnie nie dla mnie. Nie sądzę, bym miała dość cierpliwości, by cokolwiek opanować do perfekcji. Gdy tylko zaczęłoby to sprawiać trudności, natychmiast znalazłabym sobie inne zajęcie.
-?Lecz czy nie chcesz rozwijać swojego talentu? Szkoda byłoby go zmarnować.
-?Nie jestem pewna, czy go marnuję, skoro sprawia mi przyjemność. - Lizzy pozwoliła palcom przesunąć się po klawiszach w prostej gamie. - Czasem myślę, że mogłabyś czerpać więcej radości, gdybyś przykładała się trochę mniej.
-?Jak mam grać poprawnie, jeśli nie będę się przykładać?
-?Być może -?odparła Lizzy -?poprawność i pilność nie są jedyną miarą powodzenia.
To było właśnie to przypuszczenie, które niekiedy niepokoiło także myśli Mary, lecz odsuwała je od siebie, gdyż nie była w stanie dopuścić go do głosu.
-?Nie mogę uwierzyć, by cokolwiek warte posiadania można było osiągnąć bez wysiłku i poświęcenia.
-?Być może tak jest -?odparła Lizzy -?a jednak wiem, że wolałabym słuchać utworu granego z radością i lekkością niż całej tej wyćwiczonej do perfekcji doskonałości.
-?Wątpię, byś chciała słuchać szeregu błędów -?odpowiedziała Mary - choćby wykonywała je osoba najweselsza pod słońcem.
Elizabeth zebrała nuty i wstała od fortepianu.
-?Być może. Lecz doprawdy, wielka to szkoda ograbić muzykę z wszelkiej przyjemności. Kilka fałszywych nut to niewielka cena w zamian za tę radość.
Wychodząc z pokoju, lekko dotknęła ramienia Mary. Mary usiadła i ułożyła swoje nuty, lecz nie mogła się uspokoić. Słowa Elizabeth poruszyły ją głęboko. Nie było nic dziwnego w tym, że Lizzy mówiła z lekceważeniem o ciężkiej pracy i wysiłku; jej wszystko przychodziło z łatwością. Nie musiała się trudzić -?jej urok zawsze ją ratował, nawet przy fortepianie.
Mary energicznie położyła zeszyt z nutami na pulpicie. Dla niej było inaczej. Wyprostowała palce i zaczęła ćwiczyć gamy.
Mary, gdy czuła się zbyt zmęczona, by dłużej siedzieć przy klawiaturze, miała zwyczaj wycofywać się do swojej sypialni i oddawać lekturze. Stał tam niewielki regał, na którym spoczywało kilkanaście należących do niej książek. Były jej tak dobrze znane, że potrafiła całe ich ustępy recytować z pamięci, mimo to sprawiało jej przyjemność otwieranie ich na nowo i powracanie do znajomych słów. Nie potrafiła przypomnieć sobie czasu, w którym czytanie nie byłoby dla niej zarówno pociechą, jak i schronieniem.
W rzeczy samej, niekiedy zdawało jej się, iż wspomina sam moment, gdy nawiedził ją ów wielki zachwyt nad znajomością słowa pisanego. Siedziała skulona przed ogniem w pokoju dziecięcym, gdy czarne linie na papierze, które Lizzy z taką cierpliwością dla niej kreśliła, przestały być przypadkowymi kształtami i nagle ułożyły się w litery -?J jak jabłko, K jak kot.
Gdy raz to pojęła, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Robiła błyskawiczne postępy, zamieniając książki obrazkowe na wierszyki i bajki. Szybko uporała się z The History of Little Goody Two-Shoes, a The Story of the Robins nie zatrzymała jej na długo. W owych czasach czytała w towarzystwie Jane lub Elizabeth; we trzy siedziały razem w zgodnej ciszy na górze w pokoju dziecięcym, każda zajęta swoją książką. Lecz gdy dorastała i stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa, a siostry oddalały się od niej, książki przestały być więzią między nimi, a stały się raczej pociechą w obliczu tej straty. Gdy Jane i Elizabeth szeptały między sobą, nie dopuszczając jej do rozmowy, gdy zamykały drzwi swojego pokoju i nie zapraszały jej, by do nich dołączyła -?wówczas Mary uciekała do książek, znajdując w nich odwrócenie uwagi od samotności, która przygniatała jej ducha.
Czytała tak wiele, że szybko wyczerpała nie tylko zawartość własnych półek, lecz także skromne zasoby szkolnego pokoju w Longbourn. Wkrótce przeczytała wszystko, co się tam znajdowało -?od atlasów świata po poradniki gospodarstwa domowego, lecz im więcej pochłaniała, tym silniejsza stawała się potrzeba nowych lektur. Sięgała po wszystko, co tylko znalazła w domu, zabierając ze sobą, by studiować w wolnej chwili.
Powieści, które pani Bennet wypożyczała z biblioteki, zajmowały ją przez pewien czas, lecz ich piękne bohaterki w opałach, przystojni i nieskazitelni bohaterowie oraz zawiłości fabuły, prowadzące ich krok po kroku ku najbardziej nieprawdopodobnym szczęśliwym zakończeniom, nie znajdowały jej uznania. Uważała je za niedorzeczne i pragnęła lektury bardziej wymagającej.
Sądząc, iż być może bardziej odpowiada jej fakt niż fikcja, sięgnęła po gazety pana Benneta, mrużąc oczy nad drobnym drukiem, literując sobie nieznane nazwiska i miejsca, o których czytała, aż wreszcie bolały ją oczy i odkładała je na bok. Czytała czasopisma rolnicze, które prenumerował jej ojciec, zastanawiając się nad ilustracjami młocarni i schematami płodozmianu. Podkradała broszury przynoszone do domu przez służbę, pełne sensacyjnych opisów straszliwych zbrodni i ostatnich wyznań skazańców, studiując prymitywne czarno-białe ryciny przedstawiające powieszonych mężczyzn i zamordowane kobiety -?aż pani Hill je odkryła i ze złością wyniosła z powrotem do kuchni.
Czasami natrafiała na poważniejsze tomy pozostawione przez pana Benneta i przyglądała się im z wielką ciekawością; nie śmiała ich jednak otworzyć. Książki ojca były rzeczą niemal świętą i nikt poza nim nie miał prawa ich dotykać.
Mając osiemnaście lat, Mary zrozumiała, że nie może kontynuować nauki w tak chaotyczny i nieuporządkowany sposób. Pragnęła rozwijać swoje zdolności umysłowe tak, jak wcześniej doskonaliła biegłość muzyczną, lecz wiedziała, że aby to uczynić, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze -?musi mieć dostęp do znacznie bogatszego zasobu lektur; po drugie - potrzebuje pomocy nauczyciela. Miała pannę Allen do fortepianu. Dlaczegóż nie miałaby mieć podobnego wsparcia w rozwijaniu swoich zainteresowań intelektualnych? Z pewnością można by znaleźć osobę stateczną i uczoną, która pokierowałaby jej czytaniem i nadała kształt jej nauce.
Gdyby była chłopcem, zapewniono by jej nauczyciela, lecz dla dziewczyny było to nie do pomyślenia. Nie było też żadnej nadziei, by wysłano ją do szkoły, gdyż pani Bennet była święcie przekonana, iż jedzenie podawane pensjonariuszkom jest ciężkostrawne i szkodzi cerze. Pozostawało zatem tylko jedno rozwiązanie jej trudności -?zatrudnienie guwernantki -?lecz minęło wiele miesięcy, zanim zebrała w sobie odwagę, by zapytać matkę, czy byłoby to możliwe.
Poruszyła ten temat z wielką ostrożnością, wiedząc, że pani Bennet nie darzy guwernantek szczególną sympatią. Istotnie, jej matka była dumna z tego, że nigdy nie zatrudniała nikogo takiego. Przez lata przez podjazd do Longbourn przewijał się szereg nauczycieli przybywających, by udzielać jej córkom lekcji z tych przedmiotów, które -?jak sądziła - nadadzą ich wykształceniu ostateczny szlif. Od nich ona i jej siostry zaczerpnęły odrobinę francuskiego, nieco rysunku i bardzo wiele tańca. Ale w sprawach ogólnego wykształcenia, pani Bennet uważała własny przykład, wsparty przyzwoitą liczbą podręczników, za w pełni wystarczający, by wyposażyć je we wszystko, co powinny wiedzieć. Nauczyła swoje córki prowadzić rachunki, zarządzać domem i szyć równym, starannym szwem. Każda z nich czytała nader biegle, a ich wiedza z zakresu historii i geografii wystarczała, by w kręgach towarzyskich nie sprawiać wrażenia osób zupełnie ograniczonych.
Pani Bennet nie zauważyła, by uczoność żony była cechą szczególnie pożądaną przez mężczyzn, i nie miała zamiaru powiększać trudności swoich córek, obciążając je opinią osób nadmiernie bystrych. Wszystko to Mary wiedziała, lecz pragnienie rozwijania umysłu przeważyło nad jej obawami i pewnego popołudnia, siedząc z matką i siostrami przy herbacie, przedstawiła swoją prośbę tak śmiało i spokojnie, jak tylko potrafiła.
Pani Bennet była zaskoczona, jak Mary się tego spodziewała.
-?Guwernantkę? Cóż ty masz na myśli? Po cóż miałaby ci ona być potrzebna w twoim wieku?
-?Chciałabym udoskonalić swoje wykształcenie, mamo, rozszerzyć krąg lektur i kształtować własny umysł.
-?Nie potrafię sobie wyobrazić, czego jeszcze powinnaś się nauczyć! - zawołała pani Bennet. -?Masz już głowę pełną bezużytecznych wiadomości. Wątpię, by istniał kraj, którego stolicy byś nie znała albo którego głównych rzek nie potrafiłabyś wymienić. Czegóż więcej mogłaby cię nauczyć guwernantka?
-?Mogłaby pomóc mi uczyć się w sposób bardziej uporządkowany, skierować mnie ku książkom, które rozwijałyby mój intelekt. -?Mary poczuła, jak ogarnia ją ożywienie. -?I nie musiałaby pracować wyłącznie ze mną. Mogłaby być pomocna nam wszystkim i młodszym dziewczętom. Jestem pewna, że każda z nas skorzystałaby na udoskonaleniu nawyków pilności.
Lydia, która zazwyczaj nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co mówiła Mary, poderwała się oburzona.
-?Uchowaj mnie, Boże, od nawyków pilności! A mój umysł i tak jest już wystarczająco przeciążony, dziękuję bardzo. Ostatnia rzecz, jakiej nam potrzeba, to guwernantka siedząca w salonie, pociągająca nosem i wyglądająca na nieszczęśliwą, jakaś biedna stara panna z książką kazań w jednej ręce i tabaką w drugiej.
Odwróciła się do Kitty, udając, że trzyma pod nosem szczyptę tabaki, parsknęła, przewróciła oczami i jęknęła. Kitty wybuchnęła śmiechem, rozsypując okruszki ciasta po stole.
-?Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego -?oświadczyła Lydia -?i Kitty myśli tak samo, jestem tego pewna.
-?Byłoby to straszne, zwłaszcza to pociąganie nosem -?dodała posłusznie Kitty. -?Proszę, mamo, nie rób tego. Jest nam dobrze tak, jak jest.
-?Jestem pewna, że mogłybyśmy znaleźć kogoś, kogo wszystkie byśmy polubiły -?nalegała Mary. -?Jakąś dobrze wychowaną kobietę bez uciążliwych przyzwyczajeń. I nie musiałaby przychodzić częściej niż kilka razy w tygodniu.
-?To i tak o wiele za często dla mnie -?rzekła Lydia. -?A może niech nie przychodzi wcale?
Mary zignorowała ją, kierując na matkę błagalne spojrzenie.
-?Doprawdy, mamo, jeśli weźmiesz pod uwagę korzyści dla naszych umysłów...
Lecz było to daremne. Pani Bennet podjęła już decyzję.
-?Wystarczy, Mary. Nikt inny nie pragnie guwernantki, a ja nie zamierzam ponosić takiego wydatku wyłącznie dla twojej korzyści. Jeśli chcesz się więcej uczyć, to twoja sprawa. W bibliotece pana Benneta jest dość książek. Możesz się tam udać, tak jak Lizzy, i czytać do woli. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej kwestii. Nie życzę sobie, by więcej o tym wspominano.
Lydia, wielce uradowana, sięgnęła po kolejny kawałek ciasta. Mary wiedziała, że dalsze naleganie nie ma sensu. Lecz gdy tak siedziała, patrząc, jak jej herbata stygnie, znaczenie słów matki zaczęło powoli do niej docierać. Nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że mogłaby mieć pozwolenie na wejście do biblioteki ojca. Często zaglądała tam mimochodem, przechodząc obok -?był to jasny, przestronny pokój z wykuszowymi oknami wychodzącymi wprost na ogród, obraz akademickiej atmosfery. Jego prawdziwą jednak zaletą były książki, które wypełniały ściany, półka za półką -?kuszący widok dla spragnionej czytelniczki, rozpaczliwie pragnącej czegoś nowego, co mogłoby ją zająć.
Pan Bennet spędzał tam większą część każdego dnia, zamknięty w surowej ciszy. Natręci -?jak lubił przypominać swojej rodzinie -?nie byli tam mile widziani.
-?Skoro nie sprzeciwiam się ogólnej atmosferze niedorzeczności, jaka panuje w pozostałych częściach tego domu, nie uważam za nierozsądne, by istniało jedno pomieszczenie, z którego jest ona wykluczona.
Ani Kitty, ani Lydia, dla których półki pełne książek nie stanowiły żadnej pokusy, nie przejęły się tym oświadczeniem. Nie przejęła się nim również pani Bennet. Nie interesowało jej, w jaki sposób jej mąż spędza czas w swojej bibliotece, i nie przyszłoby jej do głowy, by to sprawdzać. Jedynie Elizabeth od czasu do czasu zaglądała tam, by wypożyczyć książkę, z tą samą swobodą, która cechowała wszystko, co czyniła. Lecz Lizzy była ulubienicą pana Benneta, a jego zwykle ironiczne spojrzenie spoczywało na niej często z ciepłem i podziwem, których nie okazywał młodszym córkom. Mary nigdy nie przypuszczała, by ją mogło spotkać podobne przyjęcie. Pan Bennet rzadko na nią patrzył i zdawał się zupełnie obojętny na jej obecność. Nie rozważałaby nawet możliwości wejścia do biblioteki, gdyby matka nie uczyniła tej sugestii, lecz teraz perspektywa swobodnego poruszania się pośród tak wielu książek przezwyciężyła jej obawę przed odmową. Zebrała się na odwagę i odczekała, aż jej ojciec będzie w -?jej zdaniem - najmniej kapryśnym nastroju, po czym zatrzymała go w korytarzu i zapytała -?bardzo nieśmiało -?czy mogłaby otrzymać pozwolenie na korzystanie z biblioteki na tych samych zasadach co Lizzy.
Zastanowił się przez chwilę, nim odpowiedział.
-?Możesz przychodzić i szukać schronienia w mojej bibliotece, jeśli sądzisz, że przyniesie ci to pożytek. Lecz musisz pamiętać, że nie jest to miejsce do rozmów. Nie życzę sobie, by mnie niepokojono jałowymi pytaniami. W każdej chwili powinna tam panować atmosfera rozsądku i ciszy. A każda książka zdjęta z półki ma być odłożona dokładnie na to miejsce, z którego została wzięta. Zasady te są niezmienne. Czy sądzisz, że potrafisz ich przestrzegać?
-?Tak, ojcze, potrafię.
-?W takim razie nie mam nic przeciwko temu, byś tam przychodziła. Możesz zacząć jutro.
Nazajutrz rano Mary pośpiesznie uporała się ze swymi zwykłymi obowiązkami, pragnąc jak najszybciej uwolnić się spod czujnego oka matki. Jej zwyczajne szycie zdawało się trwać dłużej niż kiedykolwiek, igła niezliczoną ilość razy traciła nić, a pani Bennet nalegała, by dwa nierówne podwinięcia zostały sprute i wykonane na nowo. Wreszcie jednak znalazła się przed drzwiami biblioteki, zbierając w sobie odwagę, by je przekroczyć.
Gdy znalazła się w środku, wstrzymała oddech, zdumiona, że oto wreszcie tam jest. Pan Bennet siedział na swoim zwykłym miejscu za biurkiem. Skinął jej krótko i powrócił do swoich zajęć. Rozglądając się dokoła, Mary odczuwała zarazem zachwyt i niepokój. Wyobrażała sobie, że bez trudu znajdzie to, czego szuka, lecz stojąc w smudze światła, w której unosiły się drobiny kurzu, uświadomiła sobie, że nie wie, czego właściwie poszukuje ani od czego powinna zacząć.
Podeszła do półki i pochyliła się ku książkom, starając się odczytać ich tytuły. Ostrożnie wysunęła jedną. Natychmiast dwa tomy z końca rzędu z hukiem spadły na podłogę. Hałas był ogłuszający i zupełnie zburzył panującą ciszę. Pan Bennet podniósł wzrok. Przerażona, Mary chwyciła dwie najbliższe książki i pośpiesznie się oddaliła.
Na korytarzu zatrzymała się, ściskając je mocno przy piersi. Nie tak wyobrażała sobie zakończenie swojej pierwszej wizyty. Gdy nieco się uspokoiła, zaniosła swoje zdobycze do sypialni i usiadła, by je obejrzeć. Otwierając pierwszy tom, przekonała się, że jest to historia Anglii. Nie była pewna, czy ją to raduje, czy nie. Lecz gdy przyjrzała się bliżej, odkryła, iż dzieło to zostało napisane przez kobietę. To ją zdziwiło. Wiedziała, że kobiety piszą książki dla dzieci, a także powieści; nie przypuszczała jednak, by bywały autorkami poważnych prac historycznych. Zaciekawiona, podeszła do swego małego biurka, zrobiła na nim miejsce i ustawiła przed sobą książkę. Postanowiła dać pani Catharine Macaulay sposobność, by wzbudziła jej zainteresowanie.
Mary wciąż przebywała w swoim pokoju, gdy pani Hill odszukała ją, by wezwać na obiad.
-?Matka woła panią od dziesięciu minut. Nie jest zadowolona.
Roztargniona Mary podniosła wzrok, odłożyła książkę, po czym powoli zeszła na dół. Podczas posiłku prawie się nie odzywała, całkowicie pochłonięta myślami o tym, co przeczytała. Nie było to tak łatwe do śledzenia jak prostsze utwory, do których była przyzwyczajona, lecz bynajmniej jej to nie zniechęcało. Przeciwnie, czuła, jak nieużywane dotąd siły jej umysłu zaczynają się poruszać, a ciekawość budzi się w niej na nowo.
Dwa tygodnie zajęło jej ukończenie pierwszego tomu pani Macaulay. Gdy powróciła do biblioteki pana Benneta, rozejrzała się, czy nie ma tam innych książek historycznych napisanych przez kobiety. Kiedy żadnej nie znalazła, poczuła gorzkie rozczarowanie. Jej poszukująca dłoń zawahała się przez chwilę nad dziełami historycznymi pana Hume'a, lecz nie zdjęła żadnego z tomów z półki. Nie -?postanowiła kontynuować lekturę pani Macaulay, zanim sięgnie po innych autorów.
Zabrała ze sobą jeszcze dwa jej tomy, podekscytowana myślą, że kobieta mogła posiąść dość wiedzy i uczoności, by je napisać. Przez następne tygodnie pochłaniała je z zapałem, wstając wcześnie, by czytać rano przed śniadaniem, i powracając do nich późno w nocy, gdy reszta domowników już spała. Każdą chwilę, którą była zmuszona spędzać z dala od nich, pośród zajęć uznawanych przez matkę za konieczne, przyjmowała z niechęcią, wiercąc się przy stole herbacianym czy podczas użytecznych robótek ręcznych.
Pani Bennet dostrzegła jej roztargnienie i nie była z niego zadowolona.
-?Nigdy nie można cię znaleźć, kiedy jesteś potrzebna. A gdy już jesteś obecna, nie zwracasz uwagi na nic, co się do ciebie mówi.
Mary przeprosiła i obiecała poprawę, lecz wiedziała, że jej przyrzeczenie jest puste. Jej życie, jakie by nie było, toczyło się teraz niemal wyłącznie między kartami książek. Wydarzenia wojen domowych, tak jak przedstawiała je pani Macaulay, dzieje Karola I i Olivera Cromwella stały się dla niej bardziej rzeczywiste niż dni, które mijały niezmiennie w Longbourn.
Książki były dla niej oparciem i nic -?nawet głośno wyrażane niezadowolenie matki -?nie mogło jej od nich odciągnąć. Przeciwnie, jej głód wiedzy rósł z każdym ukończonym tomem, i w konsekwencji jej wizyty w bibliotece ojca stawały się coraz częstsze i coraz dłuższe.
Z większą już pewnością przemierzała półki biblioteki pana Benneta, odważając się wykraczać poza dzieła historyczne, które stawały się jej coraz lepiej znane, i z ciekawością spoglądała ku księgom o filozofii i teologii. Czy ośmieli się sięgnąć po którąś z nich? Nie była tego pewna. Zdawały się jeszcze bardziej onieśmielające niż historia. A od którego autora należałoby zacząć?
Pragnęła wskazówki i często spoglądała tęsknie ku ojcu, mając nadzieję, iż ją dostrzeże i zaproponuje pomoc. Lecz on nie okazywał najmniejszego zainteresowania książkami, które wybierała, nigdy nie pytając, co czyta ani czy podobała jej się lektura.
Przez pewien czas przyglądała mu się spod opuszczonych powiek, starając się ocenić, jak by zareagował, gdyby się do niego zwróciła, lecz ostatecznie zabrakło jej odwagi. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak miałaby zacząć ani -?gdyby zwrócił ku niej swoje chłodne, ironiczne spojrzenie -?co miałaby dalej mówić. Kontynuowała więc to, co zaczęła, zdana wyłącznie na własny osąd.
Tygodnie zmieniały się w miesiące, a Mary czytała bez ustanku. Jane i Lizzy przyglądały się jej z pobłażliwym rozbawieniem, ciesząc się, że jest czymś zajęta, choć nie bardzo wiedziały, co sądzić o jej nowej pasji. Za to u młodszych sióstr zamiłowanie Mary do książek sprawiło, że straciła w ich oczach resztki uznania. Wiele było między nimi szeptów i śmiechów, ilekroć zastawały ją nad lekturą, a Lydia rychło doprowadziła do doskonałości naśladowanie jej przy pracy -?zgarbionej, z nosem niemal zatopionym w jakimś ciężkim tomie. Mary jednak nie dawała się zniechęcić. Czuła, że czyni postępy i nie zamierzała pozwolić, by kpiny czy zawstydzanie odwiodły ją od celu.
Wreszcie zebrała dość odwagi, by sięgnąć po niektóre z krótszych dzieł filozoficznych, i była zaintrygowana tym, co w nich odkrywała. Ważne pytania moralne, którymi się zajmowały, pochłaniały ją całkowicie, a abstrakcyjne rozważania sprawiały jej prawdziwą przyjemność. W zestawieniu z ich wzniosłymi zagadnieniami jej własne, prywatne nieszczęście wydawało się rzeczą niewielkiej wagi -?co przynosiło jej osobliwe, nieco chłodne pocieszenie. To, co czytała, zarazem ją pobudzało i koiło -?i skłaniało do dalszej wytrwałości.
Nauka, jak się zdawało, nie różniła się tak bardzo od gry na fortepianie. Umysł można było wyćwiczyć, by spełniał swoją powinność, tak jak można było ćwiczyć palce i doskonalić technikę. Wystarczała samodyscyplina i gotowość do ciężkiej pracy. Lecz Mary szybko przekonała się, ku swojemu rozczarowaniu, że istnieją okoliczności, których nawet jej niezwykła determinacja nie jest w stanie przezwyciężyć -?i że nie wszystkie aspekty jej natury dają się zmusić do posłuszeństwa.
Od pewnego czasu podejrzewała, że jej wzrok nie jest taki, jaki być powinien. Wzbraniała się jednak przed uznaniem faktów, które narzucały jej się z coraz większą natarczywością. Drobny druk zawsze sprawiał jej trudność, lecz teraz -?być może wskutek długich godzin spędzanych w bibliotece -?lektura niemal każdej książki stała się niemożliwa. Tekst zdawał się falować przed jej oczami, słowa się rozmywały. Próbowała zaciskać powieki, by lepiej skupić wzrok, lecz niewiele to pomagało. Krążyła po pomieszczeniu, łapiąc światło na strony tekstu lub trzymając tom niemal przy samej twarzy, ale wszystko na nic.
W blasku letniego ogrodu mogła jeszcze przeczytać jedną czy dwie strony, jeśli słońce miała za plecami, a litery nie były zbyt drobne; lecz w domu, a zwłaszcza gdy nadchodziły coraz ciemniejsze wieczory, z trudem była w stanie cokolwiek odczytać.
Pewnego wieczoru, gdy siedziała przy biurku, uświadomiła sobie, że z trudem dostrzega choćby jeden wiersz w swojej książce. Zapaliła jedną świecę, potem drugą, ustawiając je tak blisko stron, jak tylko się odważyła; lecz nie przyniosło to żadnej poprawy. Ogarnął ją gniew tak wielki, że miała ochotę krzyczeć. Wydawało się to potwornie niesprawiedliwe, że właśnie wtedy, gdy odnalazła zajęcie nadające jej życiu sens, miało jej ono zostać odebrane. Jeśli nie mogła czytać, cóż jej pozostawało?
Zamknęła książkę starannie, z opanowaniem, którego wcale nie czuła, i położyła się na łóżku, próbując zdecydować, co powinna uczynić.
Przez dwa dni Mary starała się żyć bez książek. Grała na fortepianie, spacerowała po ogrodzie, zrywała kwiaty do salonu i udawała, że szyje. Już po południu drugiego dnia wiedziała, że takie życie jest dla niej nie do zniesienia. Jeśli nie miała postradać zmysłów, musiała zapytać matkę, czy mogłaby zasięgnąć porady okulisty.
Nie była to prośba, którą można było wypowiedzieć lekkomyślnie. Mary wiedziała, że może ona wzbudzić w pani Bennet jeszcze większe oburzenie niż jej starania o guwernantkę, bo cóż mogłoby bardziej zaszkodzić jej skromnym wdziękom, niż noszenie ciężkich metalowych okularów? Lecz Mary nie miała wyboru. Skoro inne rozwiązanie było niemożliwe, należało zadać to pytanie. Mogła jedynie poczekać na chwilę, gdy matka będzie w najmniej drażliwym nastroju, i zwrócić się do niej, jak najodważniej potrafiła, licząc na niepewną życzliwość pani Bennet.
Mary wreszcie zebrała się na odwagę i pewnego popołudnia podeszła do matki, gdy ta była zajęta w spiżarni, sprawdzając przetwory przygotowane jesienią, zaglądając do słojów, by przekonać się, czy śliwki, morele i renklody wciąż są dobre. Ponieważ było to zajęcie, które sprawiało jej przyjemność, pani Bennet była w dość pogodnym nastroju -?dopóki Mary nie wyjaśniła, z jaką sprawą przyszła. Wówczas jej dobry humor natychmiast prysnął, a sama prośba wydała jej się nierozsądna.
-?Nie mogę uwierzyć, że mówisz poważnie. Jeśli to żart, Mary, to w bardzo złym guście.
-?To nie żart, mamo, zapewniam cię. Z trudem widzę, co jest napisane. Proszę, pozwól mi zbadać wzrok.
-?W jakim celu? Jakim sposobem miałoby to pomóc?
-?Jeśli okulista uzna, że byłoby to dla mnie korzystne, mógłby przepisać okulary. Wówczas mogłabym znów czytać.
-?Okulary! Doprawdy! I byłabyś gotowa je nosić? Narazić się na takie upokorzenie?
-?Jeśli pozwoliłyby mi czytać tak, jak pragnę, to tak, nosiłabym je bez wahania.
Pani Bennet, która właśnie zdejmowała z półki duży słój moreli, postawiła go na stole z nieco zbyt wielkim impetem. Na szczęście się nie rozbił, lecz hałas sprawił, że Mary aż drgnęła.
-?Żaden mężczyzna nie spojrzy na ciebie -?oświadczyła -?a u każdej kobiety budzić będziesz jedynie litość.
-?Mam nadzieję, że zniosę to, jeśli zajdzie taka potrzeba. -?Przez chwilę pani Bennet nie mogła wydobyć z siebie słowa, niezdolna pojąć takiej zniewagi wobec wszystkiego, co było jej drogie. Lecz Mary zebrała się w sobie i mówiła dalej: -?Jeśli nie czujesz się w stanie mi pomóc, zapłacę za to sama. Mam trochę oszczędności z kieszonkowego. Napiszę do okulisty i sama poproszę go o wizytę.
Matka otarła ręce o fartuch.
-?W takim razie zdaje się, że nie mam tu nic do powiedzenia. Niech przyjdzie ten okulista, skoro musi. Wielce się na tobie zawiodłam, Mary. Jestem bardzo strapiona i roztrzęsiona, a stało się to wyłącznie z twojej winy.
Ruszyła ku drzwiom tak wzburzona, że zostawiła słoje na stole, nietknięte i niesprawdzone.
-?Nie licz na to, że gdy przyjdzie, będę przy tym obecna. Pani Hill się tym zajmie. Moje nerwy nie zniosą podobnego ciężaru.
Pozostawiona sama w pomieszczeniu, Mary drżącymi rękami podniosła słój moreli i ostrożnie odstawiła go na półkę. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej sprzeciwiła się matce tak otwarcie. Opadła ciężko na krzesło.
Lecz osiągnęła swój cel. Miała zobaczyć się z okulistą. Oby tylko nastąpiło to jak najprędzej.
Tydzień później pan Sparrow, postawny mężczyzna w tabaczkowym surducie, stawił się w Longbourn. Przywiózł ze sobą obszerną teczkę zawierającą liczne drukowane karty, duże, sztywne skórzane etui oraz swojego syna, Johna, wysokiego, milczącego młodzieńca w wieku lat osiemnastu.
-?Mam nadzieję, że nie będzie panienka miała nic przeciw jego obecności. Uczy się zawodu i staram się zabierać go ze sobą, aby mógł jak najwięcej zobaczyć na własne oczy.
Mary się zawahała. Nie przypuszczała, iż ich czynności będą odbywać się w obecności świadka. Młody pan Sparrow wyglądał jednak uprzejmie i szacownie, skinęła więc w milczeniu głową na znak zgody. Pani Hill wprowadziła ich do chłodnego pokoju porannego, gdzie w kominku nie palił się żaden ogień, i stanęła pod ścianą, by przyglądać się dalszemu przebiegowi wizyty.
-?Proszę usiąść na tym krześle, panienko, możliwie prosto, z głową uniesioną i wzrokiem skierowanym przed siebie. Tak, bardzo dobrze.
Dał znak synowi, który przyniósł etui i otworzył je powoli, niemal z nabożnością. Wewnątrz znajdowały się rzędy okularów, starannie oznaczonych i ułożonych w doskonałym porządku.
-?A teraz, panienko -?wyjaśnił pan Sparrow -?każda z tych par ma inne szkła. Poproszę panią, by zakładała je kolejno. John poda pani kartę do obejrzenia, a pani powie mi, co widzi. Następnie spróbujemy innej pary, a pani znów spojrzy i powie, czy znaki na kartach wydają się wyraźniejsze lub mniej wyraźne. W ten sposób będziemy postępować, aż znajdziemy odpowiednie okulary.
Niepokój Mary wzrósł, gdy poczuła chłodną metalową oprawę na nosie, lecz spokojny, pewny ton pana Sparrowa ją uspokoił i zaczęła odczuwać przebłysk zainteresowania jego staranną, wyćwiczoną metodą. Gdy spojrzała na kartę przez pierwszą parę okularów, była tak zdumiona tym, jak zniekształcają litery, że zaskoczenie przezwyciężyło jej nieśmiałość i wykrzyknęła głośno:
-?Proszę pana, zupełnie nie mogę niczego rozróżnić! Tylko jakieś kształty i zamazane plamy! Co to znaczy?
-?To znaczy, że nie jest to rozwiązanie, którego szukamy, choć wskazuje nam kierunek dalszych poszukiwań.
Podał jej kolejną parę i tym razem Mary uznała, że litery są nieco wyraźniejsze. Próbowali raz po raz, z wynikami czasem lepszymi, czasem gorszymi. Wbrew sobie tak bardzo wciągnęła się w cały proces, że jej skrępowanie zniknęło. Zaczęła myśleć o sobie mniej jako o pacjentce pana Sparrowa, a bardziej jako o jego sprzymierzeńcu, pomagającym mu znaleźć rozwiązanie jej problemu.
Wreszcie nałożył jej na nos parę okularów, przy których aż westchnęła ze zdumienia. Nagle każda litera na karcie stała się jasna i wyraźna.
-?Och, panie Sparrow, widzę każdy znak na kartach tak wyraźnie, jak tylko można! Każdą literę, każdą cyfrę! Widzę wszystko!
-?A więc to właśnie ta para -?odparł pan Sparrow z uśmiechem. -?Zawsze miło jest widzieć tak jednoznaczną reakcję. Sądzę, że możemy być pewni, iż znaleźliśmy rozwiązanie. Ten niewielki przedmiot -?dodał, pochylając się i wyjmując szkło z oprawy -?gdy zostanie właściwie przygotowany, jestem przekonany, uczyni w pani życiu nadzwyczajną różnicę.
-?To doprawdy rzecz niezwykła, proszę pana. Czy może mi pan wyjaśnić, jak to działa?
-?Być może poproszę Johna, by pani to objaśnił? Przekonam się wówczas, jak wiele z tego, czego go uczyłem, zapuściło już korzenie w jego umyśle. Johnie, jeśli łaska.
Młodzieniec z początku był nieśmiały i powściągliwy, lecz znał się na swoim rzemiośle i z każdą chwilą nabierał pewności, gdy opisywał delikatne krzywizny soczewki, jej przemieniający wpływ na ludzkie oko oraz staranność i precyzję, z jaką musi być szlifowana, by mogła skorygować wadliwy wzrok.
-?Sam uczę się tego rzemiosła i byłbym bardzo rad... byłbym zaszczycony, mogąc mieć udział w wykonaniu soczewki dla pani.
Na zakończenie spojrzał jej w oczy, po czym natychmiast spuścił wzrok ku podłodze, jakby powiedział zbyt wiele. Ojciec poklepał go po ramieniu, dumny ze swego syna.
-?Zrobimy to razem i wykonamy znakomitą pracę. Ośmielam się przypuszczać, panienko, iż będzie pani nader zadowolona z rezultatu.
Mary odwróciła wzrok, nieprzywykła do bycia przedmiotem takiej uwagi. Nie było to jednak niemiłe. Nie sposób było poczuć się urażoną przez tych cichych, skupionych mężczyzn, których umysły były tak gorliwie zajęte zagadnieniami ich zawodu. Oddając im oprawę, zwróciła się ku nim i się uśmiechnęła. Pani Hill podeszła bliżej i przez chwilę wszyscy stali razem, zadowoleni z tego, co osiągnęli.
Wtem Mary usłyszała kroki matki na korytarzu -?i jej twarz natychmiast posmutniała.
-?A zatem, panie Sparrow! -?wykrzyknęła pani Bennet, wmaszerowując do pokoju. -?Jakie wieści ma pan dla mnie?
Okulista próbował wyjaśnić swoje ustalenia oraz opinię o wzroku Mary, lecz pani Bennet zniecierpliwiona machnęła ręką.
-?To wszystko bardzo dobrze, proszę pana, ale czy możemy przejść do rzeczy? Czy chce mi pan powiedzieć, że moja córka będzie musiała nosić okulary?
-?Tak, proszę pani, tak sądzę. Nie wydaje mi się, by mogła z łatwością wykonywać jakiekolwiek zajęcia wymagające bliskiego widzenia bez nich. Przy wszystkich czynnościach, gdzie potrzebna jest ostra ostrość wzroku, będą one niezbędne.
-?Lecz nie musi ich nosić poza domem? Można by się bez nich obyć w towarzystwie lub wszędzie tam, gdzie ktoś mógłby ją zobaczyć?
-?To już powinna ocenić sama panienka, lecz jestem przekonany, iż odniesie wielką korzyść z możliwości widzenia wyraźnie w każdej sytuacji, czy to publicznej, czy prywatnej.
Pani Bennet zmarszczyła brwi.
-?Dziękuję, panie Sparrow. Może pan napisać do pana Benneta, który powiadomi pana o naszej decyzji. Życzę panu dobrego dnia.
Dała znak pani Hill, by odprowadziła Sparrowów. Mary patrzyła, jak wychodzą, żałując, że nie mogła podziękować im tak, jak na to zasługiwali. Gdy tylko odeszli, matka zwróciła się do niej z oburzeniem.
-?To bardzo rozczarowujące wiadomości, Mary. Zupełnie nie takie, jakich się spodziewałam. -?Mary nie odezwała się ani słowem. Nie chciała bardziej rozgniewać matki. -?Zaraz pójdziemy porozmawiać o tym z twoim ojcem. Posłuchajmy, co on na to powie.
Szły do salonu w milczeniu. Gdy dotarły na miejsce, pani Bennet gwałtownie otworzyła drzwi i Mary ze smutkiem spostrzegła, że cała rodzina jest już tam zgromadzona. Miała nadzieję uniknąć upokorzenia, jakim było omawianie jej sprawy w obecności wszystkich, lecz najwyraźniej było to niemożliwe. Pani Bennet, głęboko westchnąwszy, usiadła. Jane i Lizzy podniosły wzrok znad książek, Kitty i Lydia odwróciły się od rękawiczek, które właśnie oglądały. Jedynie ojciec nie zareagował, uparcie wpatrzony w gazetę.
W końcu pani Bennet nie mogła dłużej milczeć.
-?Panie Bennet, mam ci coś do powiedzenia. Obawiam się, że to bardzo przykra wiadomość. Chciałbyś wiedzieć, co to takiego?
Pan Bennet opuścił gazetę i spojrzał ponad nią spokojnie na żonę.
-?Niezależnie od tego, jakie są moje życzenia w tej sprawie, jestem pewien, że zamierzasz mi to powiedzieć.
-?Mary potrzebuje okularów. Okulista twierdzi, że nie widzi bez nich. I co ty na to, panie Bennet!
Rozejrzała się dokoła z poczuciem, że przekazała wiadomość wielkiej wagi i niepokojącej natury. Jako pierwsza odezwała się Elizabeth.
-?Z pewnością, mamo, dobrze jest wiedzieć, co można uczynić, by pomóc Mary. Skoro potrzebuje okularów, czy nie powinna ich mieć? Musi to być dla niej bardzo trudne, zmagać się bez nich, jeśli nie widzi tak dobrze, jak powinna.
Pani Bennet wydała z siebie cichy okrzyk oburzenia.
-?Doprawdy, Lizzy, cóż ty wygadujesz? To dla niej straszne nieszczęście! Okulary są dla zniedołężniałych starców, a nie dla młodych osiemnastoletnich dziewcząt! Nie przyjmuję do wiadomości, że naprawdę ich potrzebuje. W mojej rodzinie nigdy nie zdarzyło się nic podobnego. My, Gardinerowie, zawsze mieliśmy doskonały wzrok.
-?Ależ, mamo -?ciągnęła Elizabeth -?tak rzadko wykonujesz prace wymagające bliskiego widzenia i tak rzadko czytasz, że możesz nawet nie wiedzieć, czy sama ich nie potrzebujesz.
-?Jak możesz mówić coś podobnego! Nikt nie czerpie większej przyjemności z książek niż ja. "Czytam rzadko", doprawdy!
-?Zapominasz, moja droga, że ja noszę okulary -?dodał pan Bennet. -?Nie chciałbym uważać się za starego człowieka, niedołężnego czy też nie, lecz przyznaję, że bez nich byłbym zupełnie niezdolny do pracy umysłowej.
-?Drwisz sobie ze mnie, panie Bennet, lecz wiesz dobrze, że mam rację. Mężczyzna może nosić okulary, przypuszczam, nawet młody, zwłaszcza jeśli jest prawnikiem, duchownym lub kimś podobnym, i nikt nie powie o nim złego słowa. Dla młodej kobiety to zupełnie coś innego. Co ludzie powiedzą, gdy zobaczą Mary w okularach? Kto zechce ją wtedy poślubić?
Pan Bennet zamyślił się.
-?Być może któryś z tych panów, o których właśnie wspomniałaś, sam noszący okulary, odważnie obojętny na szyderstwa całej okolicy, zechce się o nią starać. Istotnie, może to być właśnie to, co ich połączy.
-?Łatwo ci żartować, lecz to wcale nie jest sprawa do śmiechu. Okulista twierdzi, że potrzebuje okularów do czytania, ale ja zapytam, po co ma czytać tyle książek?
Na te słowa Elizabeth chciała się wtrącić, lecz ojciec uniósł rękę.
-?Jeśli Mary nie mogłaby czytać, jakie inne zajęcia jej pozostają? Nie ma zamiłowania do rysunku, a, jak tak często mnie zapewniałaś, jej szycie jest dla ciebie wielkim rozczarowaniem. Nie jestem znawcą, lecz wydaje mi się, że jej umiejętności z igłą raczej się nie poprawią, jeśli nie będzie widziała, jak ją nawlec. Przypuszczam, że mogłaby pomagać w ogrodzie przy wykopywaniu zimowej kapusty.
Dyskusja trwała w najlepsze, całkowicie ignorując milczącą Mary. Nikt nie oczekiwał, że coś powie. Ona zaś pozwoliła sobie skupić się na życzliwych słowach Elizabeth. Minęło wiele czasu, odkąd słyszała, by Lizzy mówiła o niej z taką troską. Wiedziała jednak aż nazbyt dobrze, że nie ma co liczyć na współczucie ze strony najmłodszej siostry.
-?Ja wolałabym raczej oślepnąć, niż wkładać na twarz coś tak ohydnego! - zawołała Lydia. -?Porzucenie książek byłoby niewielką ceną, by uniknąć tak strasznego losu. Czego właściwie można się nauczyć z czytania?
Pan Bennet spojrzał na Lydię z wyraźną dezaprobatą.
-?Właśnie tego rodzaju uwagi przyniosły ci opinię jednej z najbardziej próżnych, i pozwolę sobie dodać, także jednej z najgłupszych i najbardziej pustych dziewcząt w całej okolicy.
-?Dopóki nie jestem przy tym jedną z najbrzydszych, naprawdę wszystko mi jedno, papo.
Przynosząc świeży dzbanek kawy, pani Hill weszła w samą porę, by usłyszeć niemiłą uwagę Lydii. Gdy ta ją zobaczyła, z nadzieją uniosła filiżankę, lecz pani Hill zdawała się tego nie dostrzegać i zaniosła dzbanek jak najdalej od niej, na drugi koniec stołu, gdzie podała go panu Bennetowi.
-?Dziękuję ci, Lydio -?rzekł, gdy pani Hill nalewała mu kawy. -?Nic nie mogło dobitniej ukazać mi słuszności wyboru w tej sprawie. Nie zamierzam stawać na drodze żadnemu członkowi tej rodziny, który pragnie zmniejszyć ilość głupoty w tym domu. Mary, jeśli chcesz czytać, będziesz miała ku temu środki. Dostaniesz swoje okulary.
Pani Bennet wyglądała, jakby chciała zaprotestować, lecz jej mąż miał już dość.
-?Nie, moja droga, sprawa jest zakończona. Nie życzę sobie, by mnie więcej tym dręczono. Będę w bibliotece aż do obiadu i domagam się, aby mi nie przeszkadzano.
Mary siedziała jeszcze przez chwilę, starając się nie okazać ulgi i zadowolenia. Nie pamiętała, by kiedykolwiek była bardziej szczęśliwa. Gdy podniosła się z miejsca, matka uporczywie unikała jej wzroku, lecz dziewczynie wcale to nie przeszkadzało. W jej postawie pojawiła się niemal lekkość, gdy opuszczała salon.
Minęło kilka tygodni, zanim pan Sparrow napisał, że okulary są gotowe i że z przyjemnością zjawi się u pani Bennet w dogodnym dla niej czasie. Matka Mary, przekonana, iż uczyniła wszystko, co w jej mocy, by zapobiec temu wielkiemu upokorzeniu, odmówiła obecności i ponownie wysłała w swoim zastępstwie panią Hill, polecając jej dopilnować, by w ostatniej chwili nie doszło do żadnych nadużyć.
Gdy wszyscy znów się zgromadzili, a Mary siedziała wyprostowana na krześle, pan Sparrow polecił synowi otworzyć przyniesioną ze sobą skórzaną torbę. Młodzieniec wyjął z niej parę okularów owiniętą w miękką tkaninę, i podał je Mary z godnością i pewną uroczystą powagą. Mary założyła je, sięgnęła po książkę leżącą na stole, otworzyła ją i wykrzyknęła z radością, gdy zobaczyła druk w ostrym, wyraźnym zarysie.
-?Proszę spojrzeć, pani Hill! Teraz mogę czytać bez najmniejszego trudu!
Pani Hill skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na nią uważnie.
-?Bardzo się z tego cieszę, lecz nie jestem pewna, co na to powie pani matka.
W jednej chwili radość Mary zgasła. Zdjęła okulary i położyła je na kolanach. Na moment zapomniała o cenie, jaką przyjdzie jej zapłacić za nowo zdobytą zdolność widzenia świata. Szyderstwo Lydii zabrzmiało jej w uszach. Teraz mogła widzieć wyraźniej, lecz sama wyda się przez to jeszcze bardziej zwyczajna.
-?Och, nie, proszę tego nie robić, panienko.
Zdumiona ujrzała, jak John Sparrow przechodzi przez pokój i bierze od niej okulary.
-?Niech się panienka nie zniechęca. To rzecz wspaniała, widzieć wyraźnie, nie musieć wytężać wzroku i mrużyć oczu. - Starannie polerował szkła miękką ściereczką, całkowicie pochłonięty swoją czynnością. -?A doprawdy, bardzo dobrze panienka w nich wygląda. Gdy się panienka uśmiecha... bardzo panience do twarzy.
Oddał jej okulary z lekkim skłonem głowy i pospiesznie wrócił na miejsce obok ojca.
-?John ma rację -?przyznał pan Sparrow -?pod każdym względem. A gdy przywyknie panienka do ich noszenia, ani pani, ani nikt inny nie będzie już na nie zwracał uwagi. Tego może być panienka pewna.
Mary wątpiła, by jej matka podzielała to zdanie, lecz nie potrafiła sprzeciwić się temu życzliwemu, pełnemu dobrej woli człowiekowi.
-?Dziękuję, panie Sparrow. Jestem pewna, że ma pan rację. Sądzę, że będą mi doskonale pasować i będę nosić je z największą przyjemnością.
Wzięła okulary do ręki i wyszła na korytarz. Gdy zamykała drzwi, wydało jej się, jakby spojrzenie Johna Sparrowa podążało za nią przez pokój, lecz gdy się nad tym zastanowiła, uznała, że musi się mylić. Stała przez chwilę, słuchając, jak pani Hill omawia sposób i termin zapłaty dla Sparrowów. Następnie zebrała myśli i szybko odeszła.
Powinna pójść i wypróbować okulary na ostatnim tomie pani Macaulay.
Kilka razy w roku w salach zgromadzeń w Meryton odbywały się publiczne bale. Każdy, kto rościł sobie choćby najmniejsze pretensje do wyrafinowanego gustu, zwykł był pogardzać tymi prostymi rozrywkami - sale były zbyt małe, muzyka zbyt głośna, a poczęstunek ledwie znośny - lecz nigdy nie wchodziło w rachubę, by na nich nie bywać.
Pierwszy bal sezonu wyczekiwany był z największym podnieceniem, tym bardziej że choć zawsze przypadał na jesień, dokładny termin rzadko bywał ustalony wcześniej niż na krótko przed samym wydarzeniem. Wraz z opadaniem liści z drzew i coraz dłuższymi wieczorami napięcie rosło, zwłaszcza wśród młodych, którzy łaknęli okazji do tańca. Jednak przez wiele tygodni nie sposób było uzyskać żadnej pewnej informacji o tym, kiedy bal mógłby się odbyć.
Nieuchronnie to Lydia, podczas jednej ze swych beztroskich, plotkarskich wypraw do miasteczka, jako pierwsza natrafiła na niezbity dowód, że dzień został wreszcie ustalony i triumfalnie przyniosła tę nowinę do Longbourn. Wpadając do holu, z Kitty biegnącą tuż za nią, ruszyła prosto do pani Bennet.
-?Bal odbędzie się w pierwszą sobotę przyszłego miesiąca! Mam te wieści od samego pana Thompsona. Przechodziłam obok sal i zobaczyłam go, więc zapytałam, a on powiedział, że właśnie przed chwilą zakontraktował muzyków, jestem więc absolutnie pierwszą osobą, która zdobyła tę wiadomość.
Usiadła na krześle, wciąż jeszcze w kapeluszu, niecierpliwa, by przekazać wszystkie szczegóły.
-?Kolacja jest już zamówiona, sale mają zostać wysprzątane, a podłoga świeżo posypana piaskiem, by chronić stopy tancerzy. Ogłoszenie ukaże się jutro w gazecie.
Pani Bennet, niemal równie podekscytowana jak córka, klasnęła w dłonie.
-?Doskonale, Lydio, jakże sprytnie z twojej strony, że się tego dowiedziałaś! Słyszałeś to, panie Bennet? Bal w Meryton został wyznaczony na sobotę za trzy tygodnie.
-?Doprawdy? Skoro sam nie zamierzam się na nim pojawić, moja radość nie może dorównać twojej. Nie jestem jednak wrogiem niewinnych przyjemności. Czy zamierzasz pójść, Lizzy?
-?Być może -?odparła Elizabeth -?jeśli Jane zechce mi towarzyszyć. Jeszcze nie jestem pewna.
Lydia spojrzała na nią z jawnym zdumieniem.
-?"Jeszcze nie jestem pewna"? Lizzy, jak możesz być tak irytująca? Ja chyba bym umarła, gdybym tam nie poszła. Z czystej frustracji gotowa byłabym się zadręczyć.
-?Powinnaś więc starać się opanować -?rzekł pan Bennet spokojnie -?gdyż nie zdecydowałem jeszcze, czy wolno ci będzie iść. Jane i Lizzy mogą się udać, były już wcześniej i nie mam żadnych obaw co do ich należytego zachowania. Mary również może pójść, jeśli zechce, jest dostatecznie dorosła i stateczna, by można jej zaufać. Lecz ty i Kitty to zupełnie inna sprawa.
Mary, siedząca w kącie z książką na kolanach, nigdy nie przypuszczała, że jej imię zostanie wymienione w kontekście balu. Nie mogła w to uwierzyć, że ojciec ją pochwalił -?pochwała była wprawdzie skromna, lecz poczuła, jak ogarnia ją ciepło dumy.
Tymczasem Kitty i Lydia wybuchły głośnym protestem.
-?Chyba nie mówisz poważnie, tato! -?zawołała Lydia. -?Naprawdę nie pozwolisz mi pójść?
-?Doprawdy, panie Bennet -?oświadczyła jego żona -?jestem pewna, że ani Lydia, ani Kitty nie zrobiłyby niczego, co mogłoby nas zawstydzić.
-?Chciałbym podzielać twoją pewność -?odparł. -?Żadnej z nich nie można nazwać ani roztropną, ani skromną. A Lydia jest szczególnie uparta.
Lydia zerwała się z miejsca, a do oczu napłynęły jej łzy.
-?Papo, to niegodziwe z twojej strony. Nie możesz mi zabronić! Muszę tam być, po prostu muszę!
Mary zwykle wiedziała, że lepiej nie wdawać się w spór z najmłodszą siostrą, gdy tej odmówiono czegoś, czego pragnęła, lecz ośmielona pochwałą ojca, odważyła się poprzeć jego zdanie.
-?Pierwszemu wystąpieniu młodej damy w towarzystwie powinna towarzyszyć najwyższa dbałość. Czyha tam wiele pokus i niebezpieczeństw, które mogą ją przytłoczyć, jeśli nie ma dość rozwagi ani doświadczenia, by się im oprzeć.
Lydia zdjęła kapelusz, rozwiązując wstążkę powoli i z rozmysłem wyjmując szpilki.
-?Doprawdy? -?odparła chłodno. -?Cóż, możesz być w odpowiednim wieku, by wchodzić do towarzystwa, lecz nie musisz obawiać się pokus ani niebezpieczeństw. Wystarczy, że założysz swoje okulary, a będziesz całkowicie bezpieczna, zapewniam cię.
Po tych słowach rzuciła kapelusz na ziemię i wybiegła z pokoju, a za nią pobiegły Kitty i matka, mówiąc wszystko, co mogło ją uspokoić -?że ojciec tylko żartuje, że to jego sposób bycia, że na pewno zmieni zdanie.
-?Tak to bywa, gdy rozdrażni się kijem rozwścieczony rój pszczół - zauważył sucho pan Bennet, zwracając się do Mary. - Trzeba się liczyć z użądleniem.
Mary podniosła się z godnością, na jaką tylko było ją stać, i udała się na górę do swojej sypialni. Tam usiadła przed toaletką i wyjęła z kieszeni okulary. Ostrożnie nałożyła je na nos i wpatrzyła się uważnie w swoje odbicie w lustrze. Obracała się z jednej strony na drugą, przyglądając się sobie pod każdym kątem, nie czyniąc najmniejszego wysiłku, by na twarzy pojawił się choć cień uśmiechu. Oczy zaszły jej łzami. Było dokładnie tak, jak powiedziała Lydia. Ciemne metalowe oprawki wydawały się ciężkie na jej drobnej twarzy, a szkła nadawały jej wygląd sowy -?nieco dziwny. Nikt nie mógłby powiedzieć, że dzięki nim wygląda lepiej.
Wciąż siedziała w tym samym miejscu, gdy po około dwudziestu minutach pani Hill zapukała do drzwi. Weszła z naręczem czystej pościeli, lecz Mary wiedziała, że nie to było prawdziwym powodem jej wizyty.
-?Słyszałam, co zaszło między tobą a panną Lydią. -?Mary milczała, nie odrywając wzroku od lustra. -?Ma ostry język, gdy ktoś staje jej na drodze -?rzekła pani Hill -?ale to przecież już wiesz. -?Odłożyła pościel, przysunęła krzesło i usiadła jak najbliżej Mary. -?Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego zbyt do serca -?powiedziała cicho. - Przemawiał przez nią gniew i upór. To nie czyni tego prawdą.
-?Doprawdy? -?odparła Mary. -?Przyglądam się sobie od pół godziny i w głębi serca nie potrafię się z nią nie zgodzić.
-?Mówiąc zupełnie uczciwie, nie mogę stwierdzić, by te szkła działały na twoją korzyść -?przyznała pani Hill -?lecz nie musisz ich nosić bez przerwy. Bez szkieł zaś prezentujesz się nie gorzej niż większość dam. - Mary zwróciła się w jej stronę, mrużąc oczy z powątpiewaniem. -?Wiem, że mi nie wierzysz, ale to prawda. Masz gładką cerę i przyzwoitą figurę, nie jesteś ani za chuda, ani za gruba. Twoje oczy są całkiem znośne, kiedy je widać, a włosy mają całkiem ładny, jasnobrązowy odcień, choć za nic nie chcą się kręcić.
-?Jest pani bardzo uprzejma, pani Hill, ale nie musi mi pani schlebiać. Lustro nie kłamie.
-?Być może. Ale rzeknę pani szczerze, panienko, że wcale nie postrzega panienka siebie taką, jaka jest w rzeczywistości. Twoje siostry przesłaniają ci obraz. Żonkil zdaje się nader pospolity, gdy przyszło mu rosnąć pośród lilii. Jednak oglądany z dala od nich, ukazuje swoje własne, szczególne piękno.
-?Tak, przypuszczam, że można by o mnie powiedzieć, iż jestem wysoka, szczupła i żółtawa -?odparła Mary z gorzkim uśmiechem. -?Lecz jeśli chce pani powiedzieć, że nie dorównuję moim siostrom, wiem o tym od lat.
-?Zastanawiam się, czy nie byłabyś szczęśliwsza, gdybyś spędzała z nimi mniej czasu, gdybyś znalazła przyjaciół wyróżniających się czymś innym niż wygląd.
-?Lizzy jest podziwiana tak samo za swój dowcip, jak za urodę.
-?Tak -?przyznała pani Hill -?ma to szczęście być i bystra, i piękna. Lecz sądzę, że gdybyś częściej bywała w świecie, przekonałabyś się, jak rzadko zdarza się taki dar. Większość ludzi jest znacznie bardziej zwyczajna, wiesz o tym, i przekonałabyś się o tym, poznając nowe towarzystwo i wychodząc od czasu do czasu.
-?Nie sądzę, bym miała ku temu wielką skłonność. Mam mój fortepian i moje książki.
-?Nie jestem pewna, czy to wystarczy dziewczynie w twoim wieku. No, a co z balem w Meryton? Mam nadzieję, że się na niego wybierzesz. Jeśli panna Lydia ma iść, nie widzę powodu, dla którego ty miałabyś zostać.
-?Ojciec nie wyraził jeszcze ostatecznej decyzji w tej sprawie -?zaczęła Mary, lecz wyraz twarzy pani Hill zdradzał przekonanie, że sprzeciw pana Benneta nie oprze się długo zdecydowanym staraniom jego najmłodszej córki i żony. -?Ja sama także jeszcze nie podjęłam decyzji -?dodała. - Nie jestem pewna, czy sprawiłoby mi to przyjemność.
-?A czemuż by nie? Może to nie będzie najwspanialsze przyjęcie, ale będzie muzyka i taniec, wiele śmiechu i dobrego humoru. Nigdy nie byłaś na balu. Czy nie chciałabyś zobaczyć, jak to wygląda?
-?Nie wiem. Musiałabym się nad tym zastanowić.
-?Mogłabyś mieć nową suknię, jeśli szybko się zdecydujesz. Mogłabym pójść z tobą wybrać ładny muślin i uszyć z niego coś gustownego, nic zbyt jaskrawego ani krzykliwego. Mogłabym też uczesać ci włosy, nie tak, jak życzy sobie twoja matka, lecz w sposób, który bardziej odpowiadałby twojemu gustowi. Cóż ty na to?
-?Nie wiem. Obawiałabym się... A jeśli nikt nie poprosi mnie do tańca?
-?W takim razie zjesz mnóstwo lodów i będziesz się śmiać z ich głupoty! Dlaczego by nie odłożyć tej decyzji do rana? Smutno patrzeć, gdy tak młoda dziewczyna odwraca się od przyjemności i towarzystwa. Na to przyjdzie jeszcze czas w przyszłości, uwierz mi.
Gdy pani Hill wyszła, Mary położyła się na łóżku, patrząc w sufit i rozmyślając nad tym, co usłyszała. Entuzjazm pani Hill rozbudził jej ciekawość i zaczęła kwestionować swoje postanowienie, by nie iść na bal. Być może niesłusznie chciała zostać w domu. Może byłoby to ekscytujące - wyjechać w chłodną, jesienną noc, tłoczyć się z siostrami w wynajętym powozie, podskakującym na wyboistej drodze do Meryton.
Nigdy nie widziała sal zgromadzeń nocą, oświetlonych i ozdobionych papierowymi kwiatami oraz pierwszymi gałązkami zimowego ostrokrzewu. Pomyślała, że miło byłoby posłuchać orkiestry wygrywającej stare, znajome melodie i skoczne tańce, i patrzeć, jak ludzie się bawią. Doprawdy, czemuż miałaby nie pójść? Był to przecież tylko wiejski bal. Inne dziewczęta w jej wieku bywały na balach i jakoś przeżyły, a przecież nie wszystkie były pięknościami. A czyż nie powiadano -?choć w tej chwili nie potrafiła sobie przypomnieć, kto to powiedział -?że dla umysłu zdolnego do refleksji żadne doświadczenie nie jest stracone?
W ciągu pół godziny niemal przekonała samą siebie, że jej obowiązkiem jest się tam udać. A jeśli miała iść, to czyż nie należało mieć sukni odpowiedniej na taką okazję? Skoro wchodziło się do towarzystwa, należało przestrzegać jego zasad. Po raz pierwszy, odkąd pamiętała, pozwoliła swojej wyobraźni podążyć ku myślom o pięknych tkaninach i eleganckich strojach, o barwach, krojach i ozdobach.
Tuż przed zaśnięciem doszła w końcu do wniosku, że pani Hill ma całkowitą rację. Nie miało sensu odmawiać sobie tej sposobności. Zobaczy odrobinę świata, a nadto postara się zaprezentować jak najstaranniej, jak najzgrabniej i jak najkorzystniej. Pójdzie na bal -?i sprawi sobie na tę okazję nową suknię. Po raz pierwszy spróbuje cieszyć się życiem tak, jak widziała to u innych.
Nazajutrz przy śniadaniu dla wszystkich było jasne, że pan Bennet wydał swój wyrok, a triumfalna postawa Lydii nie pozostawiała wątpliwości, iż rozstrzygnął go na jej korzyść. Ledwie mogła powściągnąć swoją radość, którą przerywało -?choć nie całkiem powstrzymywało -?jej szybkie pochłanianie gorących bułek z masłem.
-?Dziękuję, tato, dziękuję, dziękuję! Przysięgam, że odtąd będę cię kochać na zawsze!
Pani Bennet, całkowicie usatysfakcjonowana, uśmiechała się szeroko do swojej ulubionej córki, lecz jej mąż zachowywał powagę.
-?Twoja wdzięczność skłania mnie do większego namysłu, niż twoje kaprysy kiedykolwiek mnie skłaniały. Nie jestem wcale pewien, czy rozsądnie uczyniłem, ustępując ci.
Pan Bennet był człowiekiem obdarzonym znaczną przenikliwością i niewiele było sytuacji, w których nie rozumiałby czego się od niego wymaga, lecz wysiłek go nużył i rzadko kiedy zadawał sobie trud, by działać, nawet wtedy, gdy wiedział, co jest słuszne. Znacznie łatwiej przychodziło mu drwić ze swych córek, niż podejmować starania, by poprawiać ich zachowanie. Jedynie dla Lizzy żywił prawdziwy szacunek, co być może tłumaczyło, dlaczego tylko ona odważała się mu sprzeciwiać.
-?Dlaczego więc, tato, tak postępujesz? -?zapytała. -?Odrobina stanowczości w tej sprawie mogłaby uświadomić Lydii, że nie wszystko można zdobyć, czyniąc zamieszanie.
-?Doprawdy, Lizzy -?zawołała pani Bennet -?brzmisz zupełnie jak Mary! A cóż to właściwie cię obchodzi? Ja tam będę, by dopilnować Lydii i Kitty i upewnić się, że zachowują się jak należy.
Pan Bennet odłożył nóż i spojrzał na stół z gorzką satysfakcją.
-?Widzicie więc, moje drogie, że nie ma powodu do niepokoju. Wasza matka, z właściwą sobie ogładą, dopilnuje, by ani głupstwa, ani samowola nie wzięły góry.
Mary dostrzegła wzrok Elizabeth skierowany na Jane, i zauważyła, jak między nimi przemknęło spojrzenie -?pełne niepokoju, żalu, bólu -?całej gamy uczuć zawartych w jednym krótkim momencie. Jej młodsze siostry niczego nie dostrzegły. Lydii powróciła właściwa jej pewność siebie. Z pogodną miną sięgała po jeszcze więcej herbaty i konfitur.
-?Kitty też musi iść -?oznajmiła stanowczo Lydia. -?Skoro ja mam iść, byłoby to potwornie niesprawiedliwe, gdyby ona nie mogła.
Kitty przytaknęła z zapałem, z ustami pełnymi jedzenia, ale zanim zdążyła wyrazić swoje poparcie, Mary postanowiła sama zabrać głos.
-?Ja również chciałabym pójść, tato, jeśli nie ma ku temu żadnych przeszkód.
-?Ty chcesz iść?! -?wykrzyknęła Lydia z prawdziwym zdumieniem. -?A po co?
-?Sądzę, że nadszedł czas, bym zobaczyła trochę świata.
Mary postanowiła nie mówić nic więcej. Nie zamierzała pozwolić, by drwiny Lydii zmusiły ją do gęstego tłumaczenia się z powziętego zamiaru. Nic na świecie nie skłoniłoby jej do przyznania, że zaczęła już nawet z pewną przyjemnością wyczekiwać tego balu.
-?Oczywiście, że możesz iść -?odparł pan Bennet z lekką irytacją. - Każdy może iść, kto tylko ma na to ochotę, pod warunkiem że nie będę już musiał więcej o tym słuchać. Lecz pani Bennet musi zrozumieć, że nie ma sensu zwracać się do mnie o środki na zakup nowych strojów. Wyłożę pieniądze na parę świecidełek, wstążek czy piórek, dajmy na to, lecz w tym miejscu moja szczodrobliwość dobiega kresu. Nie będzie żadnych nieumiarkowanych wydatków na suknie, szale, obuwie i tym podobne.
Lydia, Kitty i ich matka były jednakowo oburzone tym oświadczeniem, lecz pan Bennet pozostał nieugięty.
-?Nie, nie, ani słowa więcej. Już raz dałem się namówić do działania wbrew własnym przekonaniom. W tej sprawie jestem niewzruszony.
-?Mam trochę oszczędności -?rzekła Mary zamyślona. -?Nigdy nie wydaję kieszonkowego, więc sądzę, że wystarczy mi na suknię, jeśli uda się ją uszyć na czas.
Lydia zmierzyła ją wzrokiem z drugiego końca stołu.
-?Dobry Boże, jesteś doprawdy najbardziej nieznośną nudziarą, jaką znam!
-?Może i tak -?odrzekła Mary, już całkiem spokojna. -?Ale przynajmniej będę miała tę satysfakcję, że będę nudziarą w nowej sukni.
Tego samego ranka Mary i pani Hill udały się do sklepu z tkaninami w Meryton, gdzie znalazły wzorzysty muślin w najdelikatniejszym kremowym odcieniu -?biel nazbyt raziłaby przy cerze panienki, jak twierdziła pani Hill -?przetykany delikatną złotą nicią. Mary uznała go za najpiękniejszy materiał, jaki kiedykolwiek widziała, i z nabożną niemal ostrożnością przesuwała palcami po jego delikatnym splocie. Gdy tkaninę zawinięto, nie chciała oddać sporego pakunku pani Hill, lecz sama niosła go do domu, dumna, a zarazem nieco zalękniona, że uczyniła tak wielki krok.
W swojej sypialni omówiła z panią Hill sposób uszycia sukni. Nie mogła zwrócić się o radę do sióstr. W obecności Jane lub Elizabeth czułaby się zbyt skrępowana, a próba podjęcia podobnego tematu z Kitty lub Lydią dawno już stała się niemożliwa. Wyśmiałyby jej niepewne próby znalezienia kroju, który by jej odpowiadał. Poza tym jej gust nie skłaniał się ku falbankom i marszczeniom, które tak zachwycały Lydię. Na niej wyglądałyby sztucznie i niestosownie. Najlepiej czułaby się w prostej sukni, która nie rzucałaby się zbytnio w oczy. Być może - pomyślała -?prostota jest najstosowniejszą ozdobą dla zwyczajnej kobiety?
Po dziesięciu dniach suknia była gotowa. Krawcowa przyniosła ją o zmierzchu, oddając -?zgodnie z życzeniem -?bezpośrednio w ręce pani Hill. Mary nie chciała, by jej siostry zobaczyły ją wcześniej. Wbiegając po schodach do swojego pokoju, z panią Hill podążającą tuż za nią, Mary aż brakowało tchu z przejęcia. Gdy znalazły się w środku, zapaliła świecę, a pani Hill zamknęła drzwi na klucz.
Mocowała się niezdarnie ze sznurkiem u zawiniątka, wkrótce jednak udało jej się je otworzyć. Gdy uniosła suknię, materiał spłynął kaskadą po jej ramionach, a złota nić rozbłysła w blasku świec. Tkanina była zwiewna i delikatna niczym chmura, zupełnie niepodobna do szarych i beżowych bawełnianych sukien, które Mary zwykła nosić. Tak -?była prosta, bez ozdób odwracających uwagę; lecz w tej prostocie kryła się czystość, a w jej skromności -?elegancja.
-?Bardzo się udała -?rzekła pani Hill. -?Naprawdę bardzo dobrze.
Mary przyłożyła suknię do siebie i uważnie przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze.
-?Czy nie jest dla mnie zbyt wytworna, jak pani sądzi? Czy nie będę wyglądać śmiesznie?
-?Bynajmniej. Jestem przekonana, że zaprezentuje się panienka w niej nadzwyczaj korzystnie.
Mary spojrzała nieśmiało na swoje odbicie. Nie posunęłaby się aż tak daleko, by nazwać się ładną, lecz sądziła, że nie będzie wyglądać ani niezręcznie, ani dziwacznie -?a to jej wystarczało.
W wieczór balu pani Hill była niezwykle zajęta, krążąc z pokoju do pokoju i pomagając każdej z sióstr przy ostatnich poprawkach stroju - przypinając i podkładając, przycinając i wygładzając. Najwięcej czasu poświęciła jednak Mary, układając jej włosy w sposób równie gładki i prosty jak jej suknia, bez prób tworzenia krótkotrwałych loków. Gdy skończyła, wyjęła z kieszeni fartucha skręcony kawałek papieru, ostrożnie go rozwinęła i położyła na toaletce, ukazując niewielką ilość jasnoróżowego pudru.
-?Czy to róż? -?zapytała Mary niepewnie.
-?Owszem, pożyczony z szuflady panny Lydii. Ma go tyle, że nie zauważy tak drobnego ubytku.
-?Nie chce mi pani powiedzieć, że powinnam go użyć?
-?Tylko odrobinę, najmniejszy dotyk, tyle wystarczy. Proszę zanurzyć w nim palec, jak najdelikatniej, i lekko wetrzeć w policzek.
Mary wzięła mały pakiecik i przyjrzała mu się z ciekawością.
-?Proszę śmiało -?nalegała pani Hill. -?Odrobinę. Nikt nie zauważy, obiecuję.
Zdecydowawszy się nagle, Mary musnęła palcem puder tak delikatnie, jak tylko mogła, i naniosła go na twarz.
-?Na początek bardzo niewiele -?doradziła pani Hill. -?To jak z gotowaniem, zawsze można dodać soli, lecz nie sposób jej potem odjąć. O, tak, doskonale. Ma pani trochę koloru, lecz nie wygląda pani sztucznie. Czas włożyć suknię, jeśli nie chcemy się spóźnić.
Mary wsunęła suknię przez głowę z gładką, pewną lekkością -?i nagle była gotowa. Bała się tego, co ujrzy, lecz zebrała się na odwagę, by spojrzeć w swoje odbicie w wysokim lustrze.
Zobaczyła wysoką młodą kobietę o zgrabnej sylwetce, gładkich brązowych włosach i łagodnych, regularnych rysach, ubraną w lekką i ładną suknię. Ogarnęła ją ulga. Wiedziała, że nigdy nie będzie przyciągać spojrzeń, gdy wejdzie do pokoju, jak często widywała to w przypadku swoich sióstr; lecz gdy przyjrzała się sobie swym zwykłym, krytycznym okiem, uznała, że wygląda lepiej niż kiedykolwiek do tej pory. To jej wystarczyło.
-?Bardzo ładnie -?rzekła pani Hill. -?Właśnie tak, jak chciałyśmy. Lecz pozostaje jeszcze jedna rzecz do zrobienia.
Po tych słowach sięgnęła przez twarz Mary, zdjęła jej okulary i położyła je na toaletce.
-?Teraz jest panienka gotowa. A panna Lydia woła już od dziesięciu minut.
Pozostawiona sama w pokoju, Mary spojrzała na odłożone okulary, niepewna, co zrobić. Po chwili wahania podniosła je jednak, wsunęła do małej wieczorowej torebki i zeszła na dół, by dołączyć do sióstr.
W przeciwieństwie do swoich zwyczajów, Mary zeszła ostatnia. Gdy dotarła do holu, zastała tam już wszystkich domowników, którzy w oczekiwaniu na nią ucięli sobie pogawędkę. Gdy ją ujrzeli, zapadła cisza -?każdy chłonął jej widok. Elizabeth pierwsza przerwała milczenie, obrzucając ją zaskoczonym, ale pełnym aprobaty spojrzeniem.
-?To bardzo ładna suknia. Wyglądasz w niej bardzo dobrze, Mary.
-?Istotnie -?przytaknęła Jane. -?Kolor jest w sam raz. Pasuje do ciebie doskonale.
Pani Bennet odwróciła się od lustra w holu, przy którym czyniła właśnie ostatnie, niezbędne poprawki w swoim stroju i wyglądzie -?bez których nie uważałaby za stosowne opuścić domu. Spojrzała na Mary chłodno. Od dawna pragnęła ujrzeć poprawę w jej wyglądzie, lecz ponieważ sama nie miała udziału w tej przemianie, nie była skłonna do hojnych pochwał.
-?A więc, moja droga panno, okazuje się, że potrafisz się postarać, gdy zechcesz. Szkoda tylko, że nie robisz tego częściej.
-?To zadziwiające, co potrafią uczynić nowe stroje -?zauważyła Lydia z przekąsem. -?Każdego upiększają. Gdybym ja miała nową suknię, jestem pewna, że wprawiłabym was wszystkich w zachwyt!
-?Nie mam co do tego wątpliwości -?odparła Elizabeth. -?Z nową suknią czy bez niej.
Mary szczelnie owinęła się peleryną. Odetchnęła z ulgą, że jej wygląd nie wywołał gorszego zamieszania, niż zakładała, i wyszła za siostrami prosto w chłód nocy. Kiedy powóz ruszył, Mary milczała, a nikt z towarzyszy nie odezwał się do niej ani słowem. Jane i Elizabeth szeleściły szeptem, za to Lydia perorowała na cały głos, rzucając uwagi, które wcale nie potrzebowały komentarza.
-?Pomyśl tylko, mamo, widziałam wczoraj Dicka Smythsona w Meryton i nalegał, bym zachowała dla niego drugi taniec. Na pierwszy jest umówiony z tą nieznośną panną Denny, lecz to jego kuzynka, więc zapewne był zobowiązany. A kapitan Carter zarezerwował mnie na trzeci. Mam nadzieję, że będzie w mundurze, nie uwierzycie, jak bardzo to mu dodaje uroku.
-?Och, ależ wierzę -?odparła pani Bennet. -?Sama kiedyś darzyłam pewną sympatią oficera. Miejmy nadzieję, że specjalnie dla ciebie wystąpi dziś w mundurze.
-?A na czwarty -?ciągnęła Lydia, niemal nie zwracając uwagi na słowa matki -?liczę na Williama Digby'ego. Powiedziałam mu, że potem będzie musiał kupić mi lody, bo jestem pewna, że do tego czasu zdążę się już spocić.
Elizabeth przewróciła oczami z irytacją, gdy Kitty wybuchnęła oburzonym lamentem.
-?Lydio, przecież pan Digby prosił mnie o czwarty taniec, nie wolno ci go sobie przywłaszczać. Naprawdę, mamo, powiedz jej, że nie może, to nieuczciwe...
Wtulona w kąt powozu Mary zaczęła rozważać własne szanse na znalezienie partnera. Znała tak niewielu młodych mężczyzn. Niewielu miała młodych znajomych. Lydia i Kitty, dzięki swoim codziennym wyprawom do Meryton, zdążyły poznać rzeszę kawalerów, szczególnie po przyjeździe pułku milicji przed kilkoma miesiącami. Spotykały oficerów przechadzających się po ulicach, żartowały z nimi przed sklepem modystki i wielu z nich uważały za bliskich znajomych. Jane i Elizabeth były bardziej powściągliwe, lecz nawet one czasem odpowiadały uprzejmym skinieniem głowy na ukłony dobrze wychowanych żołnierzy.
Mary brakowało owych przelotnych znajomości, dzięki którym mogłaby z większą swobodą wkroczyć między gości na balu. Rzadko towarzyszyła siostrom w ich wizytach w Meryton, a gdy już się to zdarzało, nie miała nic do powiedzenia żadnemu oficerowi, którego spotykały. Nie miała talentu prowadzenia czarujących rozmów czy swobodnych pogawędek.
Gdy powóz wtoczył się do Meryton, jej niepokój wzrósł. Całe podniecenie, które czuła, opuszczając dom, zaczęło się ulatniać na myśl o tym, co ją czeka. Dopóki bal pozostawał jeszcze w sferze marzeń, mogła myśleć o nim niemal z radością. Teraz jednak, gdy miał się stać rzeczywistością, wszystko wydawało się zupełnie inne.
Kiedy zatrzymali się przed salami zgromadzeń, odwaga zaczęła ją opuszczać. Co zrobi, jeśli nikt nie poprosi jej do tańca? Słyszała, jak Jane i Lizzy z uśmiechem opowiadały o chwilach, gdy nie miały z kim zatańczyć, ale czyniły to z pogodną autoironią osób, dla których było to rzadkie doświadczenie. Wiedziały doskonale, że nie przyjdzie im długo czekać; pojawienie się kolejnego tancerza było tylko kwestią czasu. Mary miała świadomość, że nie potrafi zdobyć się na taką swobodę i wiarę we własne siły, jakie cechowały jej siostry.
Gdy rodzina z Longbourn zebrała swoje peleryny i torebki, gotowa opuścić powóz, Mary podążyła za matką i siostrami ku światłu i gwarowi balu -?z sercem bijącym aż w gardle.