Rozdział 3
Julia wyszła z biurowca, nie mogąc pohamować łez, i drżącą dłonią wyciągnęła z torebki telefon. Wybrała numer Wiktorii, a potem przyłożyła telefon do ucha, modląc się, żeby przyjaciółka odebrała. Wiedziała, że sama nie okiełzna emocji, które ogarnęły ją po rozmowie z komisją rekrutacyjną Webosa. Musiała jak najszybciej porozmawiać z Wiktorią, wygadać się. Zimny podmuch wiatru musnął jej twarz i rozwiał włosy. Słońce zniknęło nagle za chmurami i niebo przybrało szary, smętny odcień.
Na szczęście przyjaciółka odebrała.
- I jak ci poszło?! - spytała podekscytowana. - Będziemy otwierać szampana? Mam poprosić Sylwka, żeby zaczął go chłodzić?
Julia zaszlochała spazmatycznie, czym zwróciła na siebie uwagę przechodnia.
- Nie dostałam tej pracy - oznajmiła Wiktorii.
- Żartujesz sobie... - wydukała zaskoczona dziewczyna po drugiej stronie linii.
- Nie, nie żartuję. Ci ludzie jasno dali mi do zrozumienia, że nie nadaję się do tej roboty.
- Oczywiście, że się nadajesz! Co ty wygadujesz, promyczku?
- Wracam na wieś, Wiki... Moje życie się właśnie skończyło... - wyszeptała melodramatycznie rwącym się głosem Julka.
- Nie mów tak! Może jeszcze nie wszystko stracone?
- Szczerze wątpię. Babka, która prowadziła rozmowę, na koniec otwarcie powiedziała, że szukają kogoś innego niż ja.
- Co za kretynka! Nie znajdą nikogo lepszego - zawołała oburzona przyjaciółka.
- Dziękuję, że chcesz mnie pocieszyć, ale teraz nic mi nie poprawi nastroju. Ja się nie nadaję do wiejskiego życia, Wiktoria... Tak marzyłam o tej pracy u Webosa!
- Promyczku...
Julia znów zaszlochała.
- Jestem taka beznadziejna! Ale co ja sobie w ogóle myślałam? Że nagle los się dla mnie odmieni? Że jestem jakimś cholernym kopciuszkiem? Idiotka ze mnie, a nie pieprzona księżniczka. Będę już do końca życia taplać się w błocie i dzwonić do weterynarza, żeby przyjechał zapłodnić mi krowy...
- Julka, co ty wygadujesz?
Julia poczuła, jak kilka gorących łez spływa jej po policzku.
- Może powinnam iść się teraz utopić. To wydaje mi się lepszą opcją niż powrót do rodziców.
- A gdzie ty jesteś?
Markowska pociągnęła nosem.
- Dopiero co wyszłam z siedziby Webosa. Zaraz wracam do siebie.
- Nie, nie, nie. W tym stanie to nie nadajesz się nawet do jazdy tramwajem. Czekaj tam na mnie. Pożyczę auto od Sylwka i po ciebie podjadę.
- Ale przecież chcieliście spędzić trochę czasu we dwoje - zaprotestowała słabo przyjaciółka.
- Sylwek nie zając, nie ucieknie.
Julia znów zaszlochała.
- Nie musisz tego robić. Jakoś wrócę do mieszkania.
- Masz kiepski nastrój, potrzebujesz obecności kogoś bliskiego i właśnie powiedziałaś, że chcesz się utopić. Chyba nie sądzisz, że zostawię cię samą w takim stanie? Nie ruszaj się nigdzie spod tego Webosa, będę po ciebie za chwilę.
- No dobrze...
- A jak chcesz, to mogę wziąć zapałki.
- Zapałki? - zdziwiła się Julia.
- Możemy spalić tę budę - wyjaśniła Wiktoria.
Ale Julia nie była w nastroju do żartów. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak fatalnie jak dzisiaj. Okej, umówiła się na coś z rodzicami, ale tak bardzo nie chciała wracać do rodzinnej wioski...
Rozejrzała się dokoła i nie wiedząc, co z sobą począć, przysiadła na betonowym murku, żeby poczekać tam na Wiktorię. Zimny wiatr nadal owiewał jej ciało. Pochyliwszy się, ukryła twarz w dłoniach, a potem zaczęła jeszcze rzewniej płakać nad swoim życiem. To wszystko nie tak miało wyglądać. Okej, nie była taką optymistką jak Wiki, ale gdzieś w głębi serca się łudziła, że jakimś cudem dostanie tę pracę...
No ale jak widać nie zasługuję na życie, jakiego zawsze pragnęłam - pomyślała, łykając słone łzy. Ta porażka bolała. Cholernie bolała.
Że też musiała być jedynaczką! Rodzice mogli wcześniej pomyśleć o przyszłości swojego gospodarstwa i spłodzić sobie syna. A jeśli nie mogli mieć więcej dzieci, to istniały przecież ośrodki adopcyjne...
Dlaczego ja w ogóle dałam się wmanewrować w ten układ? - pytała samą siebie. Przecież mogła od razu powiedzieć rodzicom, że nie zamierza wracać na wieś i wieść prostego życia rolniczki - że pragnęła rozwoju i to w mieście czuła się dobrze. Cóż, rodzice od najmłodszych lat wmawiali jej, że lepiej wiedzą, co jest dla niej najlepsze. Nie dostrzegali jej potrzeb, a jeśli udawało jej się z nimi przebić, to umniejszali ich znaczenie i nie liczyli się z nimi. Do tej pory Julia nie wiedziała, jak to możliwe, że ojciec pozwolił jej wyrwać się z domu i pójść na studia. Odkąd pamiętała, powtarzał jej, że wystarczyłoby, gdyby skończyła szkołę rolniczą.
- Na co ci te studia? - pytał ją, zupełnie nie rozumiejąc, że córka ma ambicje. - To tylko strata czasu. Nie mówiąc już o pieniądzach.
Julia bardzo chciała jednak móc się dalej uczyć. Tuż przed maturą poprosiła zaprzyjaźnioną nauczycielkę od matematyki, żeby ta porozmawiała z jej ojcem i przekonała go, by pozwolił córce dalej się kształcić. Pani Rzeczkowska specjalnie pofatygowała się w tym celu do nich do domu i odbyła z Markowskimi długą rozmowę. Na szczęście Marek miał szacunek do nauczycieli i dał się przekonać pani Rzeczkowskiej. Julia wiedziała, że już do końca życia będzie wdzięczna matematyczce za pomoc. Szkoda tylko, że jej wysiłki na nic się nie zdały, bo zawarła z rodzicami tę głupią umowę...
- I po co mi to było? - pytała samą siebie, szlochając.
Że też musiała być taką uległą osobą! W takich chwilach jak ta bardzo zazdrościła Wiktorii, która miała silny charakter i zazwyczaj stawiała na swoim. Julia tego nie potrafiła. Od najmłodszych lat rodzice wpajali jej, że musi być grzeczną i posłuszną dziewczynką, co do tej pory miało wpływ na jej życie. Julia już i tak uważała za progres to, że zaczęła dostrzegać swoje potrzeby. Kiedyś kierowała się tylko tym, co mówili rodzice. Ech, dlaczego musiała urodzić się w tej rodzinie? I dlaczego z takim trudem przychodziło jej mówienie rodzicom "nie"?
Szlochając, pomyślała, że przecież dobrze wie dlaczego. Rodzice nigdy nie ukrywali przed nią tego, że miała rodzeństwo. Choć wychowywała się sama, wiedziała, że matka przed nią urodziła chłopczyka. Niestety, żył bardzo krótko. Zmarł w szpitalu, zaledwie kilka godzin po porodzie, bo cierpiał na jakąś śmiertelną chorobę. W tamtych czasach szczegółowe badania prenatalne nie były powszechnie dostępne i lekarze nie wykryli choroby odpowiednio wcześnie, żeby przedłużyć mu życie. Pielęgniarki ochrzciły malutkiego i dały mu na imię Andrzejek. Rodzice pochowali go na cmentarzu w sąsiedniej miejscowości i Julia zawsze dwa razy w roku - w rocznicę jego urodzin i w dniu Wszystkich Świętych - chodziła z nimi zapalać świeczkę na jego grobie. Podobno matka bardzo przeżyła tę stratę.
- Myślę, że miała depresję, ale wtedy nie mówiło się jeszcze tak dużo o tej chorobie jak teraz i nie umiałem tego rozpoznać - zwierzył się kiedyś Julii ojciec.
Po urodzeniu Julii Aniela nie mogła ponownie zajść w ciążę mimo nieustannych prób. Choć Markowscy bardzo chcieli - od zawsze marzyli bowiem o dużej rodzinie - nie mogli mieć więcej dzieci.
- To niepłodność wtórna. Czasem się zdarza - mówili lekarze. - Niech państwo się cieszą, że mają piękną córkę. Niektórzy nie mogą mieć w ogóle dziecka, chociaż bardzo by chcieli. Państwo i tak są na uprzywilejowanej pozycji - dodawali.
Markowscy, a zwłaszcza Aniela, koncentrowali więc całą uwagę na córce. Uważali wychowywanie Julii za największy sens swojego życia i z całych sił pragnęli, żeby była zdrowa oraz szczęśliwa. Jednocześnie nie dostrzegali, że swoją nadopiekuńczością i przesadną koncentracją na jej osobie robili jej krzywdę. Julia wiele razy słyszała z ich ust, że nie mają nikogo poza nią i że musi po studiach do nich wrócić, bo bez niej sobie nie poradzą i umrą na wsi samotnie.
- Jesteś naszą jedyną nadzieją, kochanie - powtarzała jej matka.
- Będziemy żyli jak prawdziwa wielopokoleniowa rodzina. Oddamy hołd jednej z piękniejszych polskich tradycji - ekscytował się ojciec.
Julia pragnęła innego życia, ale nie miała tyle siły, by przeciwstawić się woli rodziców. Kochała ich i nie chciała sprawić im zawodu, a do tego prawda była taka, że poza nią nie mieli nikogo. Krewni matki mieszkali daleko, ojciec był jedynakiem, a jego rodzice już od dawna nie żyli. Julia wiedziała, że nikt inny się nie zaopiekuje rodzicami, jeśli ona tego nie zrobi.
- Daj spokój. Przecież oni są zdrowi i silni. Jeszcze przez wiele lat będą radzić sobie bez twojej pomocy. Nie umierają - rzuciła kiedyś Wiktoria, gdy Julia opowiedziała jej o swojej sytuacji rodzinnej.
Julka jednak nie umiała podzielić jej lekkiego podejścia do sprawy. Od zawsze słyszała, że rodzice pokładają w niej całą nadzieję i marzą o tym, żeby wraz z mężem przejęła ich gospodarstwo. Gdy ktoś dorasta z gotowym scenariuszem na życie, to potem trudno się wyrwać ze schematu. Julia próbowała to wytłumaczyć Wiktorii, ale przyjaciółka nie potrafiła zrozumieć. Może dlatego, że jej rodzice zawsze dawali córce swobodę w działaniu?
Julia zapłakała żałośnie nad swoim życiem. Dlaczego to, czego tak bardzo pragnęła, nie mogło jednocześnie uszczęśliwiać jej bliskich? Czemu jej pragnienia i oczekiwania rodziców co do jej osoby musiały się aż tak diametralnie różnić?
Nagle zobaczyła zmierzającą w jej stronę Wiktorię.
- Promyczku... - powiedziała Wiki i wyciągnęła dłonie w stronę przyjaciółki.
Zapłakana Julia wstała i wtuliła się w jej ciepłe ramiona. Tak paskudnie się czuła.
- To wszystko nie tak miało wyglądać - wyszeptała żałośnie.
Wiktoria głaskała ją troskliwie po plecach.
- Jeszcze będzie dobrze, promyczku. Zobaczysz. Zaświeci dla ciebie słońce.
- Chyba w innym życiu... - zaszlochała Markowska.
W tej chwili naprawdę nie widziała dla siebie nadziei. Nie liczyła na żaden uśmiech losu.