Szymek - Piotr Kościelny

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wro­cław, 15 lutego 1994 r.

Jerzy Konopka szedł ze swoim jam­ni­kiem w stronę prze­jazdu kole­jo­wego przy Bystrzyc­kiej. Docho­dziła druga w nocy. Jego żona nakar­miła Kajtka wątróbką wie­przową i pies się struł. Tra­dy­cyj­nie to jemu przy­pa­dła rola wypro­wa­dze­nia czwo­ro­noga. Nie pierw­szy raz zmu­szony był spa­ce­ro­wać z Kajt­kiem o tej porze. Z reguły obie­rał wtedy trasę dookoła fabryki Hydral. Naj­pierw szedł Balo­nową, a potem tyłem, Bystrzycką. Tak było też dzi­siej­szej nocy. Cie­szył się, że przy­naj­mniej prze­stał padać śnieg.

Wycią­gnął z kie­szeni kurtki papie­rosy i wło­żył jed­nego do ust. Zanim odpa­lił, przez chwilę szu­kał zapa­łek.

- Kurwa - zaklął cicho, kiedy się zorien­to­wał, że nie wziął ich z domu.

W tym samym momen­cie zoba­czył idą­cego kawa­łek dalej nasto­latka. Zbli­żał się od strony bun­krów. Stare ruiny słu­żyły mło­dzieży do spo­tkań i pijań­stwa. Wiele razy poja­wiała się tam poli­cja wezwana przez miesz­kań­ców pobli­skich blo­ków narze­ka­ją­cych na gło­śne krzyki i śpiewy. Dzi­siej­szej nocy jed­nak było cicho.

Konopka przyj­rzał się chło­pa­kowi. Koja­rzył go z widze­nia. Był to Szy­mon, młod­szy syn Dąbrow­skich. Miesz­kali dwie bramy od niego i ile­kroć widzieli Jerzego, zawsze się ukło­nili. Wpro­wa­dzili się do bloku przy Bajana jakieś osiem lat temu. Jerzy pamię­tał jak dziś moment, gdy budy­nek zasie­dlali pierwsi loka­to­rzy. Przy­po­mi­nało mu to sceny z popu­lar­nego serialu Barei o miesz­kań­cach war­szaw­skiego bloku przy ulicy Alter­na­tywy. Na Bajana było podob­nie, cho­ciaż tra­fiło się mniej dzi­wa­ków niż w popu­lar­nej kome­dii.

Patrzył na mało­lata i zasta­na­wiał się, czy ten ma zapałki. Kilka razy, prze­cho­dząc obok, wyczu­wał od niego papie­rosy, ale ni­gdy nie widział go palą­cego.

- Ej, kolego! - zawo­łał.

Młody Dąbrow­ski sta­nął i spoj­rzał w jego stronę. Moc­niej nacią­gnął kap­tur, który miał na gło­wie, jakby nie chciał być roz­po­znany.

- Masz może zapałki? - spy­tał Konopka.

- Nie palę - burk­nął nasto­la­tek.

- Cho­lera. Nic, trudno - rzu­cił i moc­niej pocią­gnął za smycz.

Przez chwilę patrzył za odda­la­ją­cym się sąsia­dem. Coś mu tu nie paso­wało. Chło­pak zacho­wy­wał się dziw­nie, widać było, że coś go gry­zie.

- A, już wiem. Wczo­raj były te niby walen­tynki - mruk­nął pod nosem Konopka. - Pew­nie dostał kosza od jakiejś laski.

Nie prze­pa­dał za tą nową modą. Uwa­żał, że Polacy mają sporo wła­snych świąt i nie muszą brać kolej­nego z Ame­ryki. Nie tylko za tym zresztą nie prze­pa­dał. Ostat­nio modne zro­biło się ścią­ga­nie każ­dej głu­poty z Zachodu. Jak nie walen­tynki, to jakieś Hal­lo­ween. Jak nie Hal­lo­ween, to ham­bur­gery. Nie podo­bało mu się to. Zasta­na­wiał się, co będzie następne.

Ruszył przed sie­bie, ale Kaj­tek pocią­gnął za smycz, żeby zaraz przy­kuc­nąć pod krza­kami. Konopka marzył już tylko o powro­cie do cie­płego łóżka.

Nagle usły­szał nad­jeż­dża­jący pociąg. Swoim zwy­cza­jem w myślach obsta­wił liczbę wago­nów. W dzie­ciń­stwie miesz­kał na Pra­czach, w sta­rym domu w pobliżu torów. Lubił wtedy sia­dać z kole­gami przy torach i liczyć wagony. Zakła­dali się, kto zgad­nie, ile tym razem cią­gnie ich loko­mo­tywa. Ten, który tra­fił lub był naj­bli­żej, wygry­wał.

- Będzie trzy­dzie­ści sie­dem - powie­dział teraz cicho, patrząc na toczącą się po szy­nach maszynę.

Zanim jed­nak zaczął liczyć w myślach, usły­szał prze­cią­gły gwizd i pisk hamul­ców. Spoj­rzał w stronę loko­mo­tywy i zoba­czył sto­ją­cego na torach czło­wieka. Bez trudu roz­po­znał Szymka. Chło­pak tkwił na nasy­pie jak zahip­no­ty­zo­wany. Gdy ciężka loko­mo­tywa ude­rzyła w niego z impe­tem, Konopka zamknął oczy.

* * *

Józef Grzy­bow­ski wolał jeź­dzić w nocy. W tych godzi­nach zawsze był spo­kój. Nie było dużego ruchu na torach, a na węzłach zwy­kle sie­dzieli ludzie, któ­rym nie zale­żało na tym, aby zawra­cać mu głowę. Praca w tych godzi­nach nie wyma­gała takiej uwagi jak w ciągu dnia. Jedy­nym poważ­niej­szym zagro­że­niem mogła być dzika zwie­rzyna, która cza­sem pró­bo­wała prze­biec tuż przed loko­mo­tywą. Nie­stety czę­sto nie uda­wało jej się zdą­żyć i zosta­wała roz­je­chana na mia­zgę. Małych lisów czy zajęcy nie było mu szkoda tak bar­dzo jak saren czy dzi­ków. W lasach było coraz mniej zwie­rzyny, więc każdy wypa­dek z jej udzia­łem go mar­twił.

Dzi­siaj miał zapla­no­wany spo­kojny kurs. Za jakieś trzy godziny doje­dzie do punktu doce­lo­wego i po odcze­pie­niu składu ruszy z powro­tem. Potem miał mieć tydzień wol­nego. Obie­cał żonie wyjazd do Kar­pa­cza. Od dawna suszyła mu głowę, że wszy­scy gdzieś jeż­dżą, tylko oni cią­gle sie­dzą w bloku. Dał się upro­sić, cho­ciaż uwa­żał, że to zbyt­nia roz­rzut­ność. Nie mieli tyle pie­nię­dzy, by nimi sza­stać.

Wyjął z torby ter­mos z kawą i kanapki, po czym spoj­rzał przed sie­bie. Dojeż­dżał aku­rat do prze­jazdu kole­jo­wego przy Cho­cie­bu­skiej. Roz­wi­nął kanapkę i wziął gryza. Prze­łą­czył świa­tła i nagle poczuł, jak serce zaczyna mu bić szyb­ciej. W oddali na torach stał czło­wiek. Patrzył pro­sto na loko­mo­tywę. Wyglą­dał jak zahip­no­ty­zo­wany.

Grzy­bow­ski upu­ścił kanapkę i wci­snął hamu­lec. Rów­no­cze­śnie dał sygnał syreną.

- Złaź, idioto - mruk­nął pod nosem.

Czło­wiek jed­nak na­dal stał w tym samym miej­scu.

- Spier­da­laj!

Samo­bójca roz­po­starł ręce na boki.

- Kurwa...

W momen­cie ude­rze­nia Grzy­bow­ski zamknął oczy. Wie­dział, że z czło­wieka zosta­nie mia­zga.

Gdy loko­mo­tywa powoli wytra­cała pręd­kość, myślał o tym, że dzi­siaj już nie zakoń­czy kursu. Będzie musiał powia­do­mić dyżur­nego i poli­cję. Zacznie się żmudne docho­dze­nie, czy miał moż­li­wość unik­nię­cia wypadku.

- I, kurwa, nici z Kar­pa­cza - wes­tchnął, się­ga­jąc po radio­sta­cję.

* * *

Bożena Dąbrow­ska nie mogła zasnąć. Mar­twiła się, bo Szy­mek wciąż nie wró­cił do domu.

Ostat­nio jej młod­szy syn dziw­nie się zacho­wy­wał. Był ner­wowy i zamy­kał się u sie­bie w pokoju. Zda­rzało się, że sły­szała, jak pła­cze. Podej­rze­wała, że może cho­dzić o jakąś dziew­czynę. Zwłasz­cza że bar­dziej o sie­bie dbał. Czę­ściej się kąpał i zaczął uży­wać kosme­ty­ków. Doj­rze­wał i było to coraz bar­dziej widoczne.

W zeszłym roku chło­pak poszedł do szkoły śred­niej. Dobrze się uczył, nie był może pry­mu­sem, ale wstydu im nie przy­no­sił. Naj­wy­raź­niej miał jed­nak jakieś pro­blemy, w które nie chciał jej wta­jem­ni­czyć. Kilka razy przy­szedł do domu z wyraź­nymi śla­dami pobi­cia. Nie dawało jej to spo­koju, ale nic nie zro­biła. Andrzej powie­dział jej, żeby się nie wtrą­cała. Stwier­dził, że naj­więk­szym błę­dem, jaki mogą zro­bić, to pójść do szkoły z pyta­niem, co się dzieje. Należy zosta­wić sprawy wła­snemu bie­gowi. Nie zga­dzała się z tym, ale też nie sprze­ci­wiła mężowi. Nie chciała pogar­szać sytu­acji Szymka.

Jedna kole­żanka powie­działa jej, że w szkole śred­niej pierw­szo­kla­si­ści, zwani przez star­szych uczniów kotami, zawsze są gorzej trak­to­wani. Fala, która dotąd miała miej­sce tylko w woj­sku, dotarła też do szkół. Bożena miała nadzieję, że za jakiś czas wszystko się unor­muje i będą mogli się bar­dziej sku­pić na Tomku.

Z nim to cią­gle mieli pro­blemy. Swego czasu przy­stą­pił do skin­he­adów. Ogo­lił się na łyso, kupił glany i słu­chał gło­śnej muzyki. Powie­dział też, że w przy­szło­ści zapi­sze się do Pol­skiej Wspól­noty Naro­do­wej. Bożena sły­szała od ludzi, że to par­tia powią­zana z pra­wi­cow­cami. Miała nadzieję, że Tomek za jakiś czas zmą­drzeje i nie zmar­nuje sobie życia, wią­żąc się z faszy­stami. Nie chciała, aby ludzie gadali, że wycho­wała nazi­stę. I tak już miała przez syna sporo pro­ble­mów i wstydu. Co jakiś czas do ich domu przy­cho­dził dziel­ni­cowy. Pytał o Tomka i kazał trzy­mać go krótko. Zawsze potem prze­pro­wa­dzali z synem roz­mowę, a na koniec on obie­cy­wał poprawę. Zaraz jed­nak znowu wszystko zaczy­nało się od nowa. W zeszłym roku, w dzień waga­ro­wi­cza, nawet zatrzy­mano go na kilka godzin na komi­sa­ria­cie, bo wdał się w bójkę. Tra­dy­cyj­nie w ten dzień mło­dzież ata­kuje poli­cję i mia­sto wygląda jak pole bitwy. Nie dość, że musieli go wtedy z Andrze­jem ode­brać z komi­sa­riatu, to jesz­cze zostali wezwani przez dyrek­torkę szkoły. Wsty­dzili się, że wycho­wali chu­li­gana. Obie­cali, że zro­bią wszystko, by Tomek się popra­wił. Nie­stety jak dotąd im się to nie udało. Ich syn na­dal zacho­wy­wał się nagan­nie. Bożena miała zamiar porząd­nie się za niego wziąć i dać mu szla­ban na wyj­ścia. Koniec z kole­gami i póź­nymi powro­tami. Będzie sie­dział w domu, dopóki nie zmą­drzeje. Ostat­nio zapo­wie­dział, że jak tylko skoń­czy osiem­na­ście lat, zacią­gnie się do Legii Cudzo­ziem­skiej. Miała jed­nak nadzieję, że zanim sta­nie się peł­no­letni, ten pomysł wywie­trzeje mu z głowy. Podob­nie jak kilka wcze­śniej­szych, rów­nie nie­mą­drych.

Spoj­rzała na śpią­cego obok męża. Wczo­raj wró­cił z dru­giej zmiany, a dzi­siaj miał na rano. Od kilku mie­sięcy brał nad­go­dziny, żeby mogli jakoś zwią­zać koniec z koń­cem. Kry­zys zaj­rzał do ich rodziny. Ona, jako kraw­cowa, miała coraz mniej pracy. Cały dom był prak­tycz­nie na jego utrzy­ma­niu. Andrzej pra­co­wał jako mecha­nik w Pafa­wagu, ale ostat­nio coraz czę­ściej wspo­mi­nał, że musi poszu­kać cze­goś nowego. Suge­ro­wała mu, że w cza­sach sza­le­ją­cego bez­ro­bo­cia zwol­nie­nie się z pracy byłoby głu­potą, on jed­nak twier­dził, że coraz czę­ściej w fabryce mówi się o pla­no­wa­nych zwol­nie­niach gru­po­wych. Niby miał być jakiś pakiet pomo­cowy dla zwal­nia­nych pra­cow­ni­ków, ale plotki, które krą­żyły po zakła­dzie, roz­wie­wały złu­dze­nia. Wielu pra­cow­ni­ków już zaczęło się roz­glą­dać za nowym zaję­ciem.

Wstała z łóżka i poszła do kuchni. Przez chwilę patrzyła przez okno. Miała nadzieję, że zoba­czy wra­ca­ją­cego do domu Szymka. Wyszedł po połu­dniu i nie powie­dział, dokąd idzie. Pode­szła do kuchenki i włą­czyła gaz pod czaj­ni­kiem. Wie­działa, że dopóki syn nie wróci, nie zmruży oka. Zaczęła nasy­py­wać sobie kawy do szklanki i w tym momen­cie usły­szała prze­cią­gły pisk hamul­ców pociągu na pobli­skich torach.

* * *

Komi­sarz Piotr Żmi­grodzki zapar­ko­wał służ­bo­wego polo­neza w pobliżu prze­jazdu kole­jo­wego na Cho­cie­bu­skiej. Wysiadł z auta i odpa­lił papie­rosa. Ni­gdzie mu się nie śpie­szyło. Samo­bój­stwa na torach mają to do sie­bie, że nie można się spo­dzie­wać po nich cie­ka­wych wido­ków. Ot, zwy­kłe ciało roz­cią­gnięte na odcinku kil­ku­set metrów.

Nie lubił wyjeż­dżać do takich zda­rzeń. Przy­gnę­biał go ten rodzaj śmierci. Sam wiele razy miał myśli samo­bój­cze i tylko sil­nej woli zawdzię­czał to, że jak dotąd nie poże­gnał się z tym świa­tem. Może ktoś tam na górze posta­no­wił, że musi dźwi­gać swój krzyż na tym padole łez. A może to pokuta za to, co zro­bili z Miesz­kow­skim. Nie zasta­na­wiał się teraz nad tym. Nie chciało mu się kolejny raz tego roz­trzą­sać.

Był zły, że musiał poja­wić się przy tym zgo­nie. Mógł sie­dzieć w komen­dzie i opróż­niać w samot­no­ści butelkę. Jakby nie ten samo­bójca, pew­nie wła­śnie by ją koń­czył i kładł się spać. Rano na lek­kiej bańce poje­chałby do domu i tam zaczął kolejną flaszkę. Na moc­nej bom­bie poło­żyłby się do łóżka. Tak wyglą­dał prak­tycz­nie każdy jego dzień, czy to w pracy, czy poza nią.

Popa­trzył na roz­bły­ski lata­rek w pobliżu loko­mo­tywy. Widział tech­ni­ków szu­ka­ją­cych frag­men­tów ciała despe­rata. Nie zazdro­ścił im tej roboty. Wziął kolej­nego macha i spoj­rzał na zapar­ko­waną kawa­łek dalej poli­cyjną nyskę. Obok sier­żanta stał jakiś facet z jam­ni­kiem. Żmi­grodzki był pewny, że to świa­dek samo­bój­czej śmierci. Rosnące bez­ro­bo­cie i kry­zys spra­wiły, że coraz wię­cej ludzi podej­mo­wało decy­zję o poże­gna­niu się z tym świa­tem. Tylko nie­liczni robili to jed­nak w taki spo­sób jak ten tutaj. Więk­szość wie­szała się w piw­ni­cach lub miesz­ka­niach, zaży­wała leki lub pod­ci­nała sobie żyły.

Kusiło go, aby wyjąć z kie­szeni pier­siówkę i wziąć kilka łyków. Wie­dział jed­nak, że nie powi­nien tego robić. Naro­biłby sobie tylko nie­po­trzeb­nych pro­ble­mów. Chuch­nął w zagłę­bie­nie dłoni i przy­ło­żył ją do nosa. Woń alko­holu nie była mocno wyczu­walna. Mógł bez obaw poroz­ma­wiać ze świad­kiem. Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię, zdep­tał butem, po czym popra­wił koł­nierz kożu­cha i ruszył do nyski.

- Dzień dobry, komi­sarz Żmi­grodzki, komenda miej­ska. Pan widział wypa­dek? - spy­tał męż­czy­znę z psem.

- Tak. Panie, ten Dąbrow­ski stał jak zahip­no­ty­zo­wany!

- Dąbrow­ski? Znał pan denata?

- To syn sąsia­dów.

Żmi­grodzki wycią­gnął z kie­szeni papie­rosy i poczę­sto­wał męż­czy­znę, ten jed­nak pokrę­cił głową. Komi­sarz odpa­lił marsa i wydmuch­nął dym.

- Adres tych Dąbrow­skich da pan sier­żan­towi - powie­dział i spoj­rzał na tech­ni­ków zbie­ra­ją­cych ślady.

- Powiem panu, że nie wiem, jak to zniosą. Ten był spo­kojny, za to ten drugi to kawał łobuza. Ski­nem jest - powie­dział facet z jam­ni­kiem.

Komi­sarz zda­wał sobie sprawę, że ktoś musi powia­do­mić bli­skich denata o tra­ge­dii. Miał tylko nadzieję, że uda mu się ten przy­kry obo­wią­zek zrzu­cić na jakie­goś mun­du­ro­wego.

* * *

Krzysz­tof Sawicki całą noc nie mógł spać. Rano miał się sta­wić w komen­dzie miej­skiej. Dostał nowy przy­dział do wydziału zabójstw. Było to jego marze­niem, odkąd trzy lata temu zało­żył mun­dur. Wcze­śniej po szkole słu­żył na komi­sa­ria­cie na Jawo­ro­wej. To, że tra­fił do wydziału kry­mi­nal­nego w komi­sa­ria­cie na Krzy­kach, było praw­dzi­wym szczę­ściem. W szkole poli­cyj­nej się wyróż­niał i pole­cono go naczel­ni­kowi wydziału. Przez cały okres służby miał dobre wyniki i wysoką wykry­wal­ność. Został doce­niony przez prze­ło­żo­nych, dostał kilka pochwał. Oso­bi­ście wolałby pod­wyżkę, ale miał świa­do­mość, że prę­dzej otrzyma naj­wyż­sze wyróż­nie­nie niż choćby milion wię­cej do pen­sji. Prze­nie­sie­nie do komendy miej­skiej trak­to­wał jako kolejne wyróż­nie­nie. Był szczę­śliwy, że tra­fia do eli­tar­nego wydziału, cho­ciaż miał też obawy. Nie wie­dział, jak się zaakli­ma­ty­zuje i czy nowi kole­dzy go zaak­cep­tują.

U sie­bie na Jawo­ro­wej miał dobre rela­cje z resztą poli­cjan­tów. Nikomu nie zalazł za skórę i nikt nie zalazł jemu. Był powszech­nie lubiany i sza­no­wany. Miał też wyniki w wydziale kry­mi­nal­nym. Jed­nak prze­nie­sie­nie było spo­rym awan­sem. Miał nadzieję, że wszystko będzie w jak naj­lep­szym porządku.

Wstał jesz­cze przed świ­tem. Magda nawet się nie poru­szyła, jak nad nią prze­cho­dził. Byli razem już dwa lata i pla­no­wali ślub. Jej ojciec był eme­ry­to­wa­nym puł­kow­ni­kiem woj­ska i dbał o swoją jedy­naczkę. Krzysz­tof się zasta­na­wiał, jak wdo­wiec potra­fił pogo­dzić dys­cy­plinę i miłość. Magda opo­wia­dała mu, że jak ojciec był jesz­cze w czyn­nej służ­bie, trzy­mał pobo­ro­wych w ryzach i wszy­scy uwa­żali go za despotę. W domu jed­nak prze­ista­czał się w spo­koj­nego baranka. Krzy­siek był tym zasko­czony, bo w więk­szo­ści przy­pad­ków ofi­ce­ro­wie woj­ska w domo­wym zaci­szu też są tyra­nami. Nad­uży­wają alko­holu i pię­ści wobec bli­skich. Oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że to może być tylko ste­reo­typ, nie­mniej zacho­wa­nie przy­szłego teścia było dla niego zasta­na­wia­jące.

Zapa­rzył kawę i włą­czył stare radio Kasprzaka. Przez chwilę poru­szał anteną, żeby usta­wić jakąś sta­cję, ale z gło­śnika dobie­gał tylko szum. W końcu dał sobie spo­kój. Włą­czył kasetę z pio­sen­kami The Doors. Uwiel­biał bal­lady Jima Mor­ri­sona. To przy jego pio­sen­kach pierw­szy raz cało­wał się z Magdą, a przy Love Her Madly pierw­szy raz się kochali.

Wziął łyk kawy i zabęb­nił pal­cami o blat stołu w rytm Touch Me.

- Wsta­łeś już? - dobie­gło od drzwi.

Spoj­rzał na Magdę i się uśmiech­nął.

- Tak. Obu­dzi­łem cię?

- Nie.

Pode­szła do niego i poca­ło­wała go w poli­czek.

- Stre­su­jesz się?

- Tro­chę.

- To może powin­nam nieco tego napię­cia z cie­bie zdjąć? - zapy­tała z zalot­nym uśmie­chem.

Dotknęła jego kro­cza i zaczęła maso­wać. Przy­mknął oczy. Chwilę póź­niej Magda przy­klę­kła przed nim i wyjęła jego członka ze spode­nek. Gdy wzięła go w usta, jęk­nął.

* * *

Wro­cław, 31 sierp­nia 1993 r.

Był sło­neczny wto­rek, ostatni dzień waka­cji. Pomy­śla­łem, że od jutra zacznie się nowy etap w moim życiu. Pójdę do tech­ni­kum na Poznań­ską i tam zoba­czę, co to zna­czy praw­dziwe pie­kło. Czasy pod­sta­wówki się skoń­czyły wraz z ode­bra­niem świa­dec­twa. Wcho­dzi­łem w nowe śro­do­wi­sko i wie­dzia­łem, że będę musiał mocno się przy­ło­żyć do nauki.

Pod warun­kiem, że uda mi się prze­żyć. Mia­łem zostać pierw­sza­kiem, popu­lar­nie zwa­nym kotem. Już od połowy sierp­nia Kozik z Har­na­siem mnie stra­szyli. Obaj byli o rok ode mnie starsi i pierw­szą klasę liceum mieli już za sobą. Pamię­tam, jak opo­wia­dali, że fala w szkole jest podobna do tej w woj­sku. Podobna, bo w woj­sku to jed­nak jest łagod­niej. W paź­dzier­niku sie­dzie­li­śmy z naszą paczką w sąsied­niej klatce i Har­naś mówił, że za rok czeka nas praw­dziwe pie­kło. Opo­wia­dał, jak się zacho­wać w szkole śred­niej, aby nie obe­rwać zbyt mocno. Mój star­szy brat także wiele razy mówił mi, że tech­ni­kum to nie prze­lewki i trzeba mocno się pil­no­wać, by nie obe­rwać od star­sza­ków.

Bałem się wej­ścia w ten nowy świat. Miał to być dla mnie spraw­dzian.

Ojciec uwa­żał, że w końcu powi­nie­nem zacho­wy­wać się jak facet. Po skoń­cze­niu pod­sta­wówki zło­ży­łem papiery do szkoły na Hauke-Bosaka, ale egza­min poszedł mi fatal­nie. Ze swoją śred­nią nie mia­łem szans na pre­sti­żowe liceum. Posta­no­wi­łem więc zanieść doku­menty do tech­ni­kum mecha­nicz­nego przy Poznań­skiej. Tam dosta­łem się bez trudu. Nikt nie patrzył aż tak bar­dzo na moje oceny.

Klasa o pro­filu mecha­nicz­nym wyda­wała się dla mnie odpo­wied­nia. Z ojcem i star­szym bra­tem wie­lo­krot­nie napra­wia­li­śmy naszą ładę samarę. Mecha­nika była czymś, co nie spra­wiało mi żad­nych trud­no­ści. Wie­dzia­łem, że bez trudu sobie pora­dzę. Przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Bo co innego poma­ga­nie ojcu, a co innego szkoła, w któ­rej sam będę musiał wyko­ny­wać wszyst­kie czyn­no­ści.

Ojciec, żeby odpo­wied­nio mnie przy­go­to­wać, kupił kilka czę­ści sil­nika i kazał mi je roz­kła­dać i czy­ścić. Budowę roz­rusz­nika do malu­cha, alter­na­tora czy bloku sil­nika mia­łem w jed­nym palcu. Mój pokój wyglą­dał jak pro­wi­zo­ryczny warsz­tat. Pierw­szy mie­siąc waka­cji spę­dza­łem na przy­swa­ja­niu sche­ma­tów maszyn. Ojciec powie­dział, że nale­żyte przy­go­to­wa­nie do przy­szłego zawodu jest ważne. Nie pro­te­sto­wa­łem, cho­ciaż wola­łem spę­dzać czas z kum­plami i dziew­czy­nami. To mnie cie­ka­wiło bar­dziej niż budowa maszyn.

Dwa tygo­dnie temu wysko­czy­łem na week­end do Suli­stro­wi­czek. Byłem z czte­rema kole­gami z pod­sta­wówki. Matka nie pro­te­sto­wała, bo z Mać­kiem jechali dwu­dzie­sto­letni brat Karol i jego dziew­czyna. Czas upły­nął nam na pale­niu papie­ro­sów, piciu piwa i opa­la­niu się. Sta­ra­li­śmy się pode­rwać jakieś dziew­czyny, ale nas spła­wiały. Byłem wście­kły, bo wła­śnie wtedy na nosie wysko­czył mi ogromny pryszcz. Na doda­tek nie mia­łem zbyt wielu pie­nię­dzy. Matka stwier­dziła, że w naszej obec­nej sytu­acji nie możemy sobie pozwo­lić na sza­sta­nie kasą. Byłem tym zdzi­wiony, bo sta­rzy nie mówili wcze­śniej, że mamy jakiś finan­sowy dołek. Nie dopy­ty­wa­łem jed­nak. Nie chcia­łem psuć sobie humoru przed week­endowym wypa­dem.

Czas upły­nął szybko i wró­ci­li­śmy goli i weseli. Każdy z nas wydał to, co ze sobą zabrał. Całe szczę­ście, że Karol miał jesz­cze parę gro­szy i mie­li­śmy za co opła­cić pociąg z Sobótki do Wro­cła­wia. Nie wyobra­ża­łem sobie powrotu pie­szo. Niby to tylko trzy­dzie­ści kilo­me­trów, ale dla prze­pi­tych i prze­pa­lo­nych chło­pa­ków była to odle­głość nie do prze­by­cia.

Kolejne dni spę­dzi­łem w domu. Rano tra­dy­cyj­nie sta­ra­łem się ogar­nąć sche­maty maszyn, a po połu­dniu mia­łem czas dla kole­gów.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Docho­dziła sie­dem­na­sta. Za pięt­na­ście minut byłem umó­wiony z chło­pa­kami na gra­nie w piłkę. Posze­dłem do przed­po­koju i zaczą­łem wkła­dać buty.

- A ty gdzie? - spy­tała matka.

- Na dwór. Umó­wi­łem się na piłkę.

- A przy­pad­kiem nie masz jutro szkoły? Nie powi­nie­neś naszy­ko­wać sobie ciu­chów?

- Prze­cież mam czy­ste.

- Bo ja ci je wypra­łam. Ni­gdzie nie pój­dziesz.

- Ale mamo...

- Bez gada­nia.

Spoj­rza­łem na matkę i stwier­dzi­łem, że nie ma sensu się z nią kłó­cić. Na usta cisnęło mi się prze­kleń­stwo, ale odpu­ści­łem. Trudno, dzi­siaj chło­paki zagrają beze mnie.

* * *

Wro­cław, 15 lutego 1994 r.

Żmi­grodzki pod­szedł do tech­ni­ków i popa­trzył, jak jeden z nich zbiera do woreczka frag­ment tkanki.

- Fest zma­sa­kro­wany?

Tech­nik odwró­cił się w jego stronę.

- Widzia­łem gor­sze. Jest sporo frag­men­tów ciała. Na szczę­ście nie tak dużo jak zwy­kle w takich przy­pad­kach. Po ude­rze­niu wpadł pod zde­rzak i koła. Tro­chę go zmie­liło, ale kor­pus i głowa są całe. No, nie licząc kawał­ków czaszki i mózgu, które po ude­rze­niu zna­la­zły się na loko­mo­ty­wie.

Żmi­grodzki wyjął paczkę mar­sów i poczę­sto­wał kolegę. Ten wziął jed­nego i wło­żył do ust. Komi­sarz podał mu ogień, a po chwili sam też zapa­lił.

- Powiem ci, że nie lubię jeź­dzić do puz­zli - stwier­dził tech­nik.

- Do puz­zli?

- No, do roz­wa­lo­nych przez pociąg. Za dużo frag­men­tów ciała trzeba zbie­rać na całej dłu­go­ści torów. Jak taki źle trafi, to roz­cią­gnie go na kil­ka­set metrów.

- Ja w ogóle nie lubię samo­bój­ców. Źle na mnie dzia­łają. Wpa­dam potem w podły nastrój.

Żmi­grodzki rozej­rzał się dookoła. Po chwili wyjął z kie­szeni kożu­cha pier­siówkę i skie­ro­wał ją w stronę męż­czy­zny. Ten przez uła­mek sekundy się wahał. W końcu mach­nął ręką i wziął łyka. Oddał butelkę Żmi­grodzkiemu, a wtedy on także się napił. Miał ochotę wra­cać już do komendy i zdać służbę. Potem poje­chałby do sie­bie i się dopił.

- Powiem ci, że w taką pogodę mały łyczek jest jak zba­wie­nie. - Puścił oko do tech­nika.

- Ale nie za dużo, bo trzeba zasu­wać. Nie chcę sie­dzieć tu pół dnia. Raz, że zimno, a dwa, że nie ma co robić zamie­sza­nia. Trzeba pozbie­rać dzie­ciaka i zawi­jać się do chaty.

Żmi­grodzki zoba­czył, że w ich stronę idzie pro­ku­ra­tor Zie­liń­ski. Zaraz prze­każe mu dotych­cza­sowe usta­le­nia i będzie mógł poje­chać do komendy. Sprawa samo­bój­stwa nie nadaje się do wydziału zabójstw.

* * *

Bożena Dąbrow­ska patrzyła na sto­ją­cego w progu poli­cjanta. Sier­żant przed kil­koma sekun­dami powie­dział im, że wyda­rzył się wypa­dek i ich syn nie żyje.

Nie mogła w to uwie­rzyć. Andrzej chwy­cił jej dłoń i mocno ści­snął. Spoj­rzała na niego i zoba­czyła, jak po jego policzku pły­nie łza.

- Jest mi nie­zmier­nie przy­kro - dodał poli­cjant. - Będą musieli pań­stwo się do nas zgło­sić. No i oczy­wi­ście ziden­ty­fi­ko­wać zwłoki.

Bożena ski­nęła głową.

- Na tę chwilę usta­li­li­śmy toż­sa­mość na pod­sta­wie legi­ty­ma­cji szkol­nej, którą pań­stwa syn miał w port­felu.

- Czy on... - zaczął Andrzej Dąbrow­ski.

Sier­żant patrzył na niego, cze­ka­jąc na pyta­nie.

- Czy on jest mocno oka­le­czony? - dokoń­czyła za męża Bożena.

- Nie­stety tak. Nie chciał­bym jed­nak o tym pań­stwu mówić. Wolał­bym oszczę­dzić tych dra­stycz­nych szcze­gó­łów.

- A czy cier­piał? - zapy­tała Dąbrow­ska.

- Zgi­nął na miej­scu. W takich wypad­kach śmierć z reguły przy­cho­dzi natych­miast.

Dąbrow­ska ski­nęła głową. Nie była to dla niej żadna pocie­cha w tej sytu­acji, ale przy­naj­mniej jej uko­chany synek nie cier­piał.

- Czy możemy zostać sami? Czy cze­goś jesz­cze pan od nas potrze­buje? - spy­tał Andrzej.

- Nie, to wszystko.

Poli­cjant zasa­lu­to­wał i skie­ro­wał się w stronę windy. Dąbrow­ski zamknął drzwi i objął żonę. Zda­wał sobie sprawę, że to nie ukoi ich bólu, ale nie wie­dział, jak ma zare­ago­wać.

Bożena mocno się do niego przy­tu­liła. Jej plecy drżały od pła­czu.

- Musimy być silni - powie­dział, cału­jąc ją w czoło. - Musimy...

Odsu­nęła się nieco.

- Silni? - powtó­rzyła. - Nie da się być sil­nym, jak twój syn rzuca się pod pociąg!

- Mamy jesz­cze jedno dziecko - przy­po­mniał jej.

- Wła­śnie. Gdzie jest Tomek?

- Mam iść go poszu­kać?

- Nie. Nie ma sensu. Teraz już nic nie ma sensu...

Bożena zanio­sła się szlo­chem. Usia­dła na pod­ło­dze w przed­po­koju i scho­wała twarz w dło­niach.

* * *

Wro­cław, 31 sierp­nia 1993 r.

Jed­nak wysze­dłem na podwórko. Matka kazała mi zna­leźć Tomka. Była na niego zła, bo mieli jechać do mia­sta poszu­kać pod­ręcz­ni­ków do szkoły. Ja na szczę­ście nie mia­łem jesz­cze listy ksią­żek, nie musia­łem więc bie­gać po księ­gar­niach. Wie­dzia­łem zresztą, że pod­ręcz­niki odku­pię od chło­pa­ków ze star­szych klas.

Spoj­rza­łem w stronę boiska. Krzy­siek wła­śnie odda­wał strzał. Mimo­wol­nie napią­łem mię­śnie, tak jak­bym to ja kop­nął. Nie­stety piłka odbiła się od słupka i wyszła w pole. Krzy­siek dostał burę od pozo­sta­łych chło­pa­ków z dru­żyny.

Dzi­siaj grali do bra­mek przy­nie­sio­nych z innego podwórka. Co jakiś czas zabie­ra­li­śmy je z Balo­no­wej. Tam stały puste, bo dzie­ciaki miały inne, więk­sze. Te hoke­jówki nie były im do niczego potrzebne. Tak przy­naj­mniej uwa­ża­li­śmy. Kusiło mnie, aby pobiec na boisko, ale wie­dzia­łem, że matka by mi tego nie odpu­ściła. Spoj­rza­łem w stronę okien i zoba­czy­łem, że otwiera się jedno z przy­na­leż­nych do naszego miesz­ka­nia. Nie było na co cze­kać. Pora ruszyć na poszu­ki­wa­nia Tomka. Matka oparła się o para­pet, żeby wyj­rzeć na podwórko. Wsze­dłem do tunelu i ruszy­łem w stronę pobli­skich ponie­miec­kich bun­krów.

Mój brat był ski­nem i spę­dzał tam z kum­plami więk­szość czasu. Gdy kilka razy go śle­dzi­łem, widzia­łem, że jak weszli na teren nie­wiel­kiego lasku, to na fly­ersy zakła­dali opa­ski z krzy­żem cel­tyc­kim. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej bun­kry były miej­scem, gdzie spo­ty­kali się sata­ni­ści. Odpra­wiali tam nawet czarne msze. Wiele razy widzia­łem dłu­go­wło­sych chło­pa­ków w dżin­so­wych kurt­kach z rogami wyszy­tymi na ple­cach. Ale teraz już ich na osie­dlu nie było.

Poja­wili się za to skini. Zawsze wyglą­dali groź­nie - ogo­leni na łyso, w woj­sko­wych butach zasznu­ro­wa­nych bia­łymi sznu­rów­kami na tak zwaną dra­binkę. Kurtki fly­ers i pod­wi­nięte spodnie z szel­kami. Na doda­tek każdy z nich miał czarny woj­skowy pas. Ludzie się ich bali i scho­dzili im z drogi. Widzia­łem kie­dyś, jak na przy­stanku przy Bystrzyc­kiej dorwali jakie­goś punka i go pobili. Ścią­gnęli pasy i lali go nimi po ple­cach i nogach. Na koniec go sko­pali. Nikt nie zare­ago­wał. Każdy się odwra­cał, uda­jąc, że nie widzi zaj­ścia.

Mnie kum­ple Tomka nie robili żad­nej krzywdy. Kilka razy nawet z nimi poga­da­łem. Żadne tam poważne tematy, głów­nie czy Tomek zaraz wyj­dzie. Widząc mnie, zwy­kle pytali "Co tam, młody?". Nie lubi­łem tego pyta­nia.

Teraz wsze­dłem do nie­wiel­kiego lasku i skie­ro­wa­łem się do pozo­sta­ło­ści z cza­sów wojny. Bun­kier był sta­łym miej­scem spo­tkań oko­licz­nej mło­dzieży. Kusił i przy­cią­gał. Jak sata­ni­ści prze­stali się tu poja­wiać, mło­dzież prze­stała się bać. Teraz jed­nak nale­żało uwa­żać, by nie wejść w drogę ski­nom. Ja jed­nak się nie bałem, bo co mi mogą zro­bić kum­ple mojego brata?

Z roz­pędu wsze­dłem do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia i zoba­czy­łem coś, co spra­wiło, że moje serce zaczęło bić szyb­ciej. Mój star­szy brat posu­wał Kaśkę. Była odwró­cona do Tomka tyłem. Majtki miała spusz­czone do kolan, a sukienkę zadartą na plecy. Jej piersi, wycią­gnięte ze sta­nika, koły­sały się ryt­micz­nie w takt pchnięć mojego brata. Tomek bzy­kał ją ze spusz­czo­nymi do kostek spodniami.

Zamie­rza­łem się wyco­fać, gdy Kaśka spoj­rzała w moją stronę.

- Kurwa mać - prze­klęła i gwał­tow­nie okrę­ciła się w bok, żeby pod­cią­gnąć majtki.

- Kurwa, uwa­żaj tro­chę! Chuja mi poła­miesz - zawo­łał Tomek i dopiero wtedy mnie zauwa­żył. - A ty tu czego?

- Matka kazała cię zawo­łać do domu - powie­dzia­łem, a mój wzrok powę­dro­wał w stronę Kaśki, która zaczęła wkła­dać piersi w sta­nik.

Tomek też na nią zer­k­nął i się uśmiech­nął.

- Podo­bało ci się, młody? - spy­tał, pod­cią­ga­jąc spodnie.

Nic nie powie­dzia­łem.

- Trzeba było pocze­kać, aż się spusz­czę. Może wtedy Kaśka też by ci dała.

Poczu­łem, że się czer­wie­nię.

- Dobra. Spier­do­li­łeś mi rucha­nie. Wisisz mi za to paczkę fajek. - Mój brat wycią­gnął papie­rosy z kie­szeni spodni, odpa­lił jed­nego i wydmuch­nął dym. - No, na co cze­kasz? Spier­da­laj - dodał, kolejny raz się zacią­ga­jąc.

Wie­dzia­łem, że nie ma sensu dłu­żej tu stać, dla­tego się odwró­ci­łem i szybko wysze­dłem z bun­kra.

- A sta­rej powiedz, że zaraz będę! - usły­sza­łem jesz­cze za ple­cami.

* * *

Wro­cław, 15 lutego 1994 r.

Tomek Dąbrow­ski patrzył z prze­ra­że­niem na tkwiącą na torach loko­mo­tywę. Obok niego stała Agnieszka, jego nowa dziew­czyna. Poznał ją trzy dni wcze­śniej i już się z nią prze­spał. Począt­kowo nie miał takiego zamiaru. Od kilku mie­sięcy był w związku z Anką, jed­nak coraz czę­ściej urzą­dzała mu jazdy i stwier­dził, że musi coś zmie­nić. Tak też zro­bił. Tyle że nie zdą­żył jesz­cze jej powie­dzieć, że z nimi koniec. Na to przyj­dzie czas. Wolał być z Agą, bo ona przy­naj­mniej się go nie cze­piała, no i była lep­sza w łóżku. Wczo­raj­szego wie­czoru upra­wiali seks u niej w miesz­ka­niu, a potem poszli na bun­kry. To, co tam się wyda­rzyło, zupeł­nie go prze­ro­sło. Nic nie zapo­wia­dało tra­ge­dii. Myślał, że z Agnieszką spę­dzą noc na małej imprezce z oka­zji walen­ty­nek, ale jego kum­ple przy­pro­wa­dzili Szymka i wszystko się popie­przyło. Gdy zaczęli gnę­bić jego młod­szego brata, począt­kowo się im posta­wił. Jed­nak po chwili z obawy o wła­sną skórę sta­nął z boku i patrzył, co robią Szym­kowi. Stał jak spa­ra­li­żo­wany. Nie miał odwagi zapro­te­sto­wać ani zabrać brata z bun­krów. Gdy w końcu odpu­ścili i pozwo­lili Szym­kowi odejść, został z resztą. Nie chciał poka­zać chło­pa­kom, że nie podo­bało mu się to, co zro­bili. Gdy wyszli z Agą z bun­krów, zasta­na­wiał się, czy młod­szy brat jest już w domu. Jak zoba­czył sto­jącą na torach loko­mo­tywę i bły­ska­jące nie­bie­skie koguty poli­cyj­nych radio­wo­zów, wie­dział już, że stało się coś złego. Sta­rał się jed­nak zakli­nać rze­czy­wi­stość. W duchu liczył, że pod pociąg wpadł jakiś pies lub inny zwie­rzak.

Pode­szli bli­żej i usły­szał roz­mowę dwóch męż­czyzn. Jeden stwier­dził, że jakiś świr rzu­cił się pod pociąg i została z niego mia­zga. Tomek moc­niej ści­snął dłoń Agnieszki. Spoj­rzał na nią i widział, że ona myśli o tym samym - że pod kołami pociągu leży Szy­mek.

Chwilę póź­niej pode­szli do nich Robo i Struna. Odpa­lili papie­rosy, po czym Struna spy­tał:

- Co tu się odje­bało?

Tomek puścił Agnieszkę i chwy­cił go za szyję.

- Ty skur­wielu, zobacz, co naro­bi­li­ście - wyce­dził przez zęby.

- Ej, zba­stuj, bo w ryja wyła­piesz - wtrą­cił się Robo.

Tomek puścił Strunę i odszedł na bok. Wie­dział, że nie ma szans w star­ciu z dwoma sil­niej­szymi od sie­bie ski­nami. Robo uśmiech­nął się cynicz­nie.

- Na chuj się tak ciskasz? - mruk­nął. - Twój bra­chol pew­nie teraz w domu sie­dzi i konia trze­pie.

Tomek miał nadzieję, że kum­pel się nie myli. Może rze­czy­wi­ście zbyt pochop­nie zało­żył, że Szy­mek popeł­nił samo­bój­stwo. Ponow­nie wziął za rękę swoją nową dziew­czynę i powie­dział:

- Chodź, Aga, odpro­wa­dzę cię.

- A nie możemy jesz­cze postać?

- Nie.

Szarp­nął ją moc­niej i ruszył w stronę blo­ków. Począt­kowo dziew­czyna się opie­rała, ale po chwili szła już spo­koj­niej. Gdy ode­szli kil­ka­na­ście metrów, powie­działa:

- Szy­mek nie jest aż tak głupi.

- Co? - spy­tał, odwra­ca­jąc się w jej stronę.

- Mówię, że nie jest na tyle głupi, żeby rzu­cać się pod pociąg.

- Sama widzia­łaś, co z nim zro­bili.

- Widzia­łam i jestem pewna, że nie byłby na tyle głupi, by rzu­cać się pod pociąg - powtó­rzyła. - Tak uwa­żam.

- Mam do sie­bie żal, że się im nie posta­wi­łem.

- Nic teraz nie zro­bisz. Rano poga­daj z bra­tem i upew­nij się, czy wszystko w porządku. A teraz chodź. Nie ma na co cze­kać.

- Może masz rację - powie­dział i poca­ło­wał Agnieszkę w poli­czek.

Nie był pewny tego, że z Szym­kiem wszystko w porządku. Wciąż myślał o tym, że przez swój strach i obawę przed ostra­cy­zmem ze strony kole­gów zawiódł młod­szego brata.

* * *

Sawicki wszedł do komendy i udał się bez­po­śred­nio do naczel­nika wydziału. Nie wie­dział, czego się może spo­dzie­wać po Paw­laku. Nic na jego temat wcze­śniej nie sły­szał.

Sta­nął przed drzwiami, popra­wił kra­wat i zapu­kał:

- Wlazł - dobie­gło ze środka.

Naci­snął klamkę i pchnął drzwi.

Naczel­nik pod­niósł głowę znad papie­rów i wska­zał mu miej­sce. Sawicki zajął krze­sło na wprost nowego prze­ło­żo­nego.

- Nowy?

- Tak.

- No i dobrze. Z tego, co widzia­łem w two­ich kwi­tach, dotąd robi­łeś na Krzy­kach w kry­mi­nal­nym. Zga­dza się?

Sawicki potwier­dził ski­nie­niem.

- Czyli umar­lak nie jest ci straszny. - Paw­lak odło­żył na bok akta, które prze­glą­dał przed wej­ściem Sawic­kiego.

- Mia­łem już oka­zję zaj­mo­wać się zgo­nami.

- U nas takich oka­zji będziesz miał bez porów­na­nia wię­cej.

Sawicki sta­rał się wyba­dać naczel­nika. Na Jawo­ro­wej pod­le­gał służ­bi­ście, dla któ­rego jedyne, co się liczyło, to sta­ty­styki i wykry­wal­ność; nie widział nic poza tabel­kami. Wie­dział, że tak jest w wielu wydzia­łach, ale w nie­któ­rych nacisk był mniej­szy niż w innych.

- Co tak się na mnie lam­pisz? - burk­nął naczel­nik.

Sawicki dopiero teraz zauwa­żył, że wga­pia się w nowego prze­ło­żo­nego.

- Prze­pra­szam.

- Dobra, nie ma co prze­cią­gać. Zaraz pój­dziemy do wydziału i poznasz resztę zespołu. Powiem ci, jakie panują tu zasady. Jeste­śmy jak palce jed­nej ręki. Wszy­scy mamy do sie­bie zaufa­nie. Jak zaczniesz coś odpier­da­lać i będziesz przy­ła­ził na skargę, to pole­cisz z tego wydziału szyb­ciej, niż ci się wydaje. Nie tole­ruję dwóch rze­czy: pier­do­lo­nego ole­wa­tor­stwa i pod­pier­da­la­nia. Możesz rzu­cać kur­wami, możesz lać zatrzy­ma­nych, możesz nawet łoić naftę w robo­cie, to zniosę. Ale kapo­wa­nia nie. Kumasz?

Sawicki ski­nął głową.

- No, i tak ma być. Dobra, chodź, zoba­czysz, jak wygląda wydział i z kim przy­szło ci zapier­da­lać, żeby spraw­ców zbrodni wsa­dzać do pudła.

Paw­lak wstał i ruszył w stronę drzwi.

- Rusz się, młody, bo dnia szkoda! - zawo­łał, widząc, że pod­władny wciąż tkwi na krze­śle.

Sawicki pod­sko­czył jak opa­rzony i ruszył za nowym naczel­ni­kiem.

* * *

Dąbrow­ska sie­działa w kuchni ze wzro­kiem wbi­tym w ścianę. Nie miała na nic siły. Andrzej kwa­drans temu zadzwo­nił do Pafa­wagu i popro­sił o wolne. Sie­dział teraz na wprost niej i patrzył na swoje duże dło­nie.

Mil­czeli. Nie wie­dzieli, o czym mają roz­ma­wiać. Samo­bój­stwo ich syna spra­wiło, że świat zawa­lił im się na głowę. Bożena nie miała poję­cia, co teraz będzie z ich rodziną. Rodzic ni­gdy nie jest przy­go­to­wany na śmierć swo­jego dziecka. Prze­cież to natu­ralna kolej rze­czy, że matka czy ojciec umie­rają pierwsi. To spra­wiało jej naj­więk­szy ból. Nie miała poję­cia, jak sobie z tym wszyst­kim pora­dzą.

Nagle usły­szała odgłos prze­krę­ca­nego w zamku klu­cza. Wró­cił Tomek. Miała do niego żal, że był poza domem w takim momen­cie. Nie mogła jed­nak obar­czać go winą za to, co zro­bił Szy­mon. W mil­cze­niu popa­trzyła na syna, gdy ten sta­nął w progu kuchni.

Tomek był blady jak ściana. Bożena miała pew­ność, że już wie, co zro­bił jego młod­szy brat.

- Mamo - zaczął cicho.

Wstała i pode­szła do niego. Gdy tylko go objęła, zaczęła szlo­chać.

- Prze­pra­szam... - wyszep­tał Tomek.

Odsu­nęła się i spoj­rzała na niego zasko­czona.

- Co?

- Prze­pra­szam. Powi­nie­nem o niego dbać.

- To nie twoja wina, dziecko. Nikt tu nie jest winny.

Ponow­nie objęła syna. Po jej policz­kach popły­nęły łzy wiel­kie jak groch. Jej cia­łem raz za razem wstrzą­sały spa­zmy.

Andrzej też pod­niósł się z krze­sła i pod­szedł do nich.

- Musimy być teraz silni. Musimy - powie­dział cicho.

Bożena wie­działa, że powinni się nawza­jem wspie­rać. Los spra­wił, że stra­cili część rodziny, ale nie mieli wyj­ścia. Musieli to prze­trwać.

* * *

Po powro­cie do komendy Żmi­grodzki skie­ro­wał się pro­sto do wydziału. Otwo­rzył drzwi i zoba­czył, że reszta sie­dzi już na swo­ich miej­scach.

- Cześć pracy - rzu­cił cicho.

Powie­sił kożuch na wie­szaku, a następ­nie usiadł za swoim biur­kiem i poło­żył nogi na bla­cie.

- Jak nocka? - spy­tała aspi­rant Dorota Szy­mań­ska.

- A daj spo­kój. Całą noc był luz, ale nad ranem jakiś leszcz posta­no­wił zde­rzyć się z żela­znym koniem.

- Żela­znym koniem? - zacie­ka­wił się aspi­rant Mate­usz Tret­ter.

- No z ciuch­cią. Mło­dzik chyba myślał, że jak sta­nie na torach, to pociąg albo nad nim prze­leci, albo zdąży wyha­mo­wać. Nie zdą­żył.

- To nie­cie­ka­wie było - skwi­to­wała Szy­mań­ska.

- Tro­chę tak. Powiem wam, że nie lubię takiej roboty. Dla­tego cie­szę się, że szybko poja­wił się pro­rok i stwier­dził, że nie ma udziału osób trze­cich i można sprawę zamknąć. Ot, zwy­kły samo­bój. Można jechać na jamę i się kim­nąć.

Żmi­grodzki zdjął nogi z biurka, po czym otwo­rzył szu­fladę i wyjął z niej kartkę. Zaczął pisać raport z noc­nej służby. Miał ochotę poje­chać już do domu i otwo­rzyć butelkę wódki. Czuł, że musi się napić. W szu­fla­dzie miał ledwo zaczętą flaszkę, ale nie chciał jej wycią­gać tak na oczach wszyst­kich. To, że w komen­dzie się piło, do nie­dawna było normą. Jesz­cze jakiś czas temu także w tym wydziale wódka lała się stru­mie­niami. Rok temu wszystko się zmie­niło, ale i tak zda­rzało się wychy­lić kilka głęb­szych w ciągu dnia. Teraz jed­nak nie chciał pić tak na żywca. Się­gnął do kie­szeni spodni i wyjął paczkę papie­ro­sów. Odpa­lił jed­nego, po czym pod­su­nął krysz­ta­łową popiel­niczkę.

Strzep­nął popiół i zaczął się zasta­na­wiać, co mogło być powo­dem samo­bój­stwa tego dzie­ciaka. Nasto­la­tek miał całe życie przed sobą, pew­nie plany na przy­szłość. Musiało się wyda­rzyć coś, co spra­wiło, że nie widział już innego wyj­ścia, jak tylko rzu­cić się pod pociąg.

Na szczę­ście samo­bój­stwa nie nale­żały do spraw, jakimi zaj­mo­wał się wydział zabójstw. Skoro nie było udziału osób trze­cich, to nikt nie będzie drą­żył, co spra­wiło, że dzie­ciak zde­cy­do­wał się na taki dra­styczny krok. On jed­nak był cie­kawy, czy było to spo­wo­do­wane zawo­dem miło­snym, pro­ble­mami w szkole czy może to tylko zwy­kły szcze­niacki wygłup. Rok temu był przy podob­nym zda­rze­niu. Dwóch mało­la­tów sta­nęło na torach i rów­no­cze­śnie zgi­nęło. Z tego, co udało się usta­lić potem, zało­żyli się, który stchó­rzy pierw­szy i zej­dzie z torów. Obaj oka­zali się w tej rywa­li­za­cji zwy­cięz­cami i prze­gra­nymi zara­zem. Wygrali zakład, prze­grali życie.

Po chwili zde­cy­do­wał się jed­nak napeł­nić pier­siówkę. Potem mu się przyda. Łatwiej się ją nosi niż pół litra. Pod­szedł do wie­szaka, zdjął swój kożuch i wró­cił na miej­sce. Ani Szy­mań­ska, ani Tret­ter nie patrzyli, co robi, zajęci prze­glą­da­niem papie­rów. Wyjął pier­siówkę i posta­wił na biurku. Z szu­flady wycią­gnął wybo­rową i odkrę­cił nakrętkę. Sie­dział z papie­ro­sem, sta­ra­jąc się nie uro­nić ani kro­pli, choć ręce mu się trzę­sły.

- Pomóc ci? - spy­tała Szy­mań­ska, gdy w końcu pod­nio­sła głowę znad biurka.

- Dam se radę, dzięki - powie­dział i wysta­wił koniu­szek języka, sku­pia­jąc się na tym arcy­trud­nym dla niego w tej chwili zada­niu.

Gdy nie­wielka pier­siówka była już pełna, zakrę­cił ją i wło­żył z powro­tem do kie­szeni kożu­cha. Resztę wódki scho­wał do szu­flady. Strzep­nął papie­rosa i odniósł okry­cie na wie­szak. Sto­jąc przy drzwiach, jesz­cze raz głę­boko zacią­gnął się dymem. Miał ochotę poje­chać już do domu, usiąść w kuchni i porząd­nie się napić. Musiał jed­nak jesz­cze napi­sać raport z noc­nego dyżuru.

Wró­cił do biurka i zga­sił papie­rosa w popiel­niczce. W tym samym cza­sie otwo­rzyły się drzwi i w progu sta­nął naczel­nik z jakimś chło­pacz­kiem w gar­ni­tu­rze.

- Macie nowego - powie­dział Paw­lak. - Sawicki. Tra­fił do nas z Jawo­ro­wej.

Żmi­grodzki popa­trzył na chło­paka i się uśmiech­nął. Zasta­na­wiał się, czyim krew­nym jest ten dzie­ciak. Wyglą­dał, jakby był tuż po szkole poli­cyj­nej. Musiał mieć mocne plecy, skoro tra­fił do komendy miej­skiej z tak mizer­nym doświad­cze­niem.

Wstał z krze­sła i znowu pod­szedł do wie­szaka. Miał ochotę się napić. Zarzu­cił kożuch na plecy.

- A ty dokąd? - spy­tał Paw­lak.

- Do sra­cza.

- A po co się tak ubie­rasz?

- Bo mi zimno.

Naci­snął klamkę i wyszedł na kory­tarz. Resztką sil­nej woli powstrzy­mał się przed wyję­ciem pier­siówki.

* * *

Tomek Dąbrow­ski sie­dział w swoim pokoju i zasta­na­wiał się, co powi­nien teraz zro­bić.

Nie sta­nął w obro­nie brata i teraz Szy­mek nie żył. Bał się tego, że sta­nie się wyrzut­kiem. Od dawna był człon­kiem grupy ski­nów i czuł się wśród nich jak w rodzi­nie. Razem impre­zo­wali, razem wyła­py­wali pun­ków i spusz­czali im łomot. Był czę­ścią tej sub­kul­tury i zamie­rzał się z nimi zwią­zać na dłu­żej. Wie­dział, że ludzie w jego wieku szu­kają swo­jej drogi, łakną akcep­ta­cji, nie chcą sami mie­rzyć się z pro­ble­mami okresu doj­rze­wa­nia. Pra­gną przy­na­le­żeć do jakiejś grupy. On wybrał ski­nów. Dwóch kum­pli z klasy zostało pun­kami. Mieli nie­pi­sany pakt o nie­agre­sji. W szkole nie było mię­dzy nimi żad­nych awan­tur i bójek. Za to jak się spo­tkali na mie­ście, nie było zmi­łuj. W kla­sie miał jesz­cze kilku metali. Reszta była "nor­mal­sami", jak nazy­wał niczym nie­wy­róż­nia­ją­cych się rówie­śni­ków.

Teraz jed­nak wszystko się zmie­niło. To, co stało się w bun­krach, spra­wiło, że cała reszta prze­stała mieć zna­cze­nie. Został sam. Sam też będzie musiał sobie z tym pora­dzić. Naj­gor­sze było spoj­rze­nie w oczy rodzi­com. Był z Szym­kiem i nie obro­nił go przed bestial­skim zacho­wa­niem swo­jej paczki. Nie miał odwagi posta­wić się Dra­go­nowi, Stru­nie i Robo. Stał spa­ra­li­żo­wany stra­chem i patrzył, jak jego młod­szy brat pada ofiarą ich nie­wy­bred­nych zabaw. Bez słowa sprze­ciwu patrzył, jak go biją i gwałcą. Gdy w końcu Szy­mek poszedł do domu, nie ruszył za nim. Został z resztą swo­jej grupy. Nie spo­dzie­wał się jed­nak, że młody zrobi coś tak bez­den­nie głu­piego. Był zszo­ko­wany tym, że Szy­mek posta­no­wił zakoń­czyć swoje życie w taki spo­sób.

- Czemu to zro­bi­łeś, gnojku? - szep­nął pod nosem.

Spoj­rzał w stronę drzwi. Były zamknięte i nic nie zapo­wia­dało, że ktoś może tu zaj­rzeć. Rodzice sie­dzieli u sie­bie i cały czas pła­kali. Wcze­śniej sły­szał, jak roz­ma­wiają. Wciąż zada­wali sobie pyta­nie, dla­czego Szy­mon to zro­bił. Nie znali prawdy, a on nie miał odwagi im powie­dzieć, co się wyda­rzyło w nocy. Się­gnął ręką za wer­salkę i wyjął długi nie­miecki bagnet. Zna­lazł go rok temu na bun­krach. Był pozo­sta­ło­ścią po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Wtedy zabrał go do domu i wyczy­ścił. Teraz lśnił i wyglą­dał jak nowy.

* * *

Sawicki patrzył, jak Żmi­grodzki wycho­dzi z wydziału. Spoj­rzał na pozo­sta­łych, cze­ka­jąc, aż wskażą mu jego miej­sce.

- Poznaj zespół - ode­zwał się naczel­nik. - Tam sie­dzi aspi­rant Tret­ter i aspi­rant Szy­mań­ska. Ten as, co wyszedł, to komi­sarz Żmi­grodzki. Będzie­cie spa­ro­wani. W wydziale są jesz­cze Lipiec i Roma­niuk. Oboje sier­żanci. Teraz są poza fabryką, więc poznasz ich potem. Szy­mań­ska jest w parze z tym tu obec­nym Tret­terem - powie­dział naczel­nik.

Sawicki pod­szedł do Szy­mań­skiej i podał jej rękę.

- Krzy­siek.

- Dorota - przed­sta­wiła się poli­cjantka.

Uśmiech­nęła się do niego i poczuł, że w tej kobie­cie mógłby się zako­chać. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że byłby wolny. Miała piękne blond włosy, lekko opa­da­jące na ramiona. Jej duży biust opięty był przez nie­bie­ski swe­te­rek. Na nogach miała czarne adi­dasy i obci­słe gra­na­towe dżinsy Wran­glera. Nie wyglą­dała na poli­cjantkę z wydziału zabójstw. W ogóle nie wyglą­dała na kogoś, kto pra­cuje w poli­cji. Prę­dzej paso­wała na sekre­tarkę albo modelkę.

Sawicki odwza­jem­nił uśmiech i pod­szedł do dru­giego z poli­cjan­tów.

- Krzy­siek. - Ponow­nie wycią­gnął rękę.

- Mate­usz. Tam będziesz miał swoje biurko. - Tret­ter wska­zał miej­sce w rogu pomiesz­cze­nia.

- Na począ­tek zaj­miesz się sta­rymi spra­wami. Spraw­dzisz, czy wszyst­kie kwity są na swoim miej­scu. Jutro, jak Żmi­grodzki będzie w fabryce, weź­mie­cie się do nor­mal­nej roboty - powie­dział naczel­nik.

Szy­mań­ska puściła do Sawic­kiego oko. Krzy­siek, choć jesz­cze rano miał obawy, wie­dział, że został zaak­cep­to­wany w wydziale. Nie dostrze­gał tu żad­nych oznak anty­pa­tii. Przy­naj­mniej jak dotąd.

- No to do roboty. - Paw­lak klep­nął go w plecy.

Gdy Krzy­siek ruszył w stronę swo­jego biurka, naczel­nik wyszedł z wydziału i zamknął za sobą drzwi.

- No to witaj w zespole - powie­działa Dorota. - Dygasz się?

- Nie. Czego?

- Nie wiem. Nowi zawsze się boją. Takie prawo nowego. - Posłała mu sze­roki uśmiech.

- Jak nie będziesz cwa­nia­ko­wał i pod­pier­da­lał, to wszystko będzie git - dopo­wie­dział Tret­ter.

- Co wy tak z tym pod­pier­da­la­niem? Naczel­nik mi to gadał, teraz wy. O co cho­dzi?

Dorota spoj­rzała na part­nera.

- Ty mu powiedz.

Tret­ter się­gnął po leżący na bla­cie dłu­go­pis.

- W wydziale jest zasada, że nie kapu­jemy na sie­bie. Robię tu już sie­dem lat i zawsze trzy­ma­li­śmy się razem, wiesz, jak w Robin Hoodzie, wszy­scy za jed­nego, a jeden za wszyst­kich.

- To chyba z Czte­rech musz­kie­te­rów - nie­śmiało zwró­cił uwagę Sawicki.

Tret­ter zamy­ślił się, dra­piąc dłu­go­pi­sem skroń.

- Może i tak, nie ma co się spie­rać - rzu­cił. - Jak zaczy­na­łem, byli tu sami gli­nia­rze z inną men­tal­no­ścią. Wóda lała się stru­mie­niami. Nie było dnia, by po robo­cie nie pękała jakaś flaszka. Takie czasy. Teraz jest ina­czej, mniej się łoi. Już jedy­nie Żmi­grodzki chleje w wydziale, ale on ma swoje powody.

Sawic­kiego kusiło, żeby spy­tać, jakie to powody, ale się powstrzy­mał.

- Ponad dwa lata temu tra­fił do nas młody, zaraz po szkółce - cią­gnął Tret­ter. - Sła­wek mu było. Woj­to­wicz. Od pierw­szego dnia wyczu­li­śmy, że jest dziwny. Jakiś taki śli­ski typ. Z nikim się nie zakum­plo­wał, z nikim kie­li­cha nie wal­nął. Na doda­tek do roboty miał dwie lewe ręce. Za to do knu­cia był pierw­szy. Facet posta­no­wił zapi­sać się w histo­rii wydziału jako pod­pier­da­lacz. I to zale­d­wie trzy mie­siące po tym, jak przy­szedł. Chuj myślał, że jak pój­dzie do naczel­nika na skargę, że w wydziale się łoi, to dosta­nie order. A tu dupa. Naczel­nik się wkur­wił i chło­paka zje­bał. Ten jed­nak był tak tępy, że polazł wyżej. Wpadł tu komen­dant miej­ski i widzi naje­ba­nych Żmi­grodz­kiego i Romka Miesz­kow­skiego. Romek miał zale­d­wie dwa mie­chy do emki i, co tu dużo mówić, opier­da­lał się w robo­cie. Wiesz, jak to jest, jak masz już wszystko w dupie. Snu­jesz się po kory­ta­rzach i cze­kasz końca służby. No, chyba że sia­dasz ze Żmi­grodz­kim i chle­jesz. Wtedy czas jakby staje w miej­scu. Mniej­sza jed­nak z tym. No więc wpada komen­dant i co widzi? Żmi­grodzki z Rom­kiem walą naftę. Na stole wóda i słoik ogór­ków. Komen­dant do nich z krzy­kiem, że co tu się odpier­dala i takie tam. Romek wtedy wstał, a ledwo potra­fił ustać na nogach, i wysko­czył do miej­skiego z ryjem i łapami. Jakby nie to mor­do­bi­cie, sprawa poszłaby pod dywan. Romek wyle­ciał z wydziału w try­bie natych­mia­sto­wym. Pole­ciał na komi­sa­riat do Leśnicy i tam te dwa mie­chy odsłu­żył. Tylko to chla­nie spra­wiło, że pod­stawę do eme­ry­tury miał mniej­szą. Zobacz, chłop w resor­cie ponad ćwierć wieku i na ostat­niej pro­stej tak się wyło­żył.

- To za takie coś ten młody powi­nien wyła­pać - powie­dział Sawicki.

- Ano powi­nien - stwier­dziła Dorota.

- A Żmi­grodzki? - spy­tał Krzy­siek.

- Jemu komen­dant odpu­ścił. Wie­dział, z jakiego powodu pili, i pewne rze­czy rozu­miał. Akcep­to­wać nie akcep­to­wał, ale rozu­miał. Zresztą Żmi­grodzki, jak ten wlazł do wydziału, to sie­dział cicho, nie koza­czył. Romek co innego. Posta­wił się i obe­rwał klapsa. Co tu dużo gadać, w komen­dzie zawsze się mocno chlało. Ważne jest, aby nie łazić naje­ba­nym po kory­ta­rzach. A Żmi­grodzki, jak pije, to nie szlaja się po fabryce.

- A ten nowy? Sła­wek, tak? - spy­tał Sawicki.

- Wyle­ciał. Rok temu się oka­zało, że zgwał­cił jakąś kurwę. Babka zło­żyła zawia­do­mie­nie i sprawa poszła do pro­roka. Wywa­lili Sła­wu­sia w try miga. Zresztą nim nie ma się co zaj­mo­wać. Fra­jer i tyle. Romek za to po przej­ściu na eme­ry­turę się powie­sił. Był na niej zale­d­wie dwa mie­siące. - Tret­ter mach­nął ręką.

- O kurwa...

- Nie­stety. Jak Żmi­grodzki usły­szał, że Romek się zwa­żył, to dwa dni nie trzeź­wiał.

Sawicki zasta­na­wiał się, jak mu się będzie współ­pra­co­wało z piją­cym part­ne­rem. Sam rzadko się­gał po wódkę. Wolał wysko­czyć na piwo, niż pić czy­stą. Nie wie­dział, jak się zaakli­ma­ty­zuje w wydziale. Jedno było pewne: nie będzie kapu­siem.

* * *

Bożena Dąbrow­ska spoj­rzała na męża. Leżał na wer­salce i patrzył w sufit. Kilka minut temu się poło­żył. Powie­dział, że boli go w klatce pier­sio­wej. Bożena się oba­wiała, czy to przy­pad­kiem nie zawał. Jego dzia­dek zmarł na atak serca, ojciec miał stwier­dzoną cho­robę wień­cową. Andrzej był więc w gru­pie wyso­kiego ryzyka. Mar­twiła się o niego. Nie chciała stra­cić dwóch naj­waż­niej­szych ludzi w swoim życiu w ciągu jed­nego dnia.

- Jak się czu­jesz? - Pode­szła do męża.

Andrzej spoj­rzał na nią załza­wio­nymi oczyma.

- Źle. Nie potra­fię tego ogar­nąć - powie­dział cicho.

Wie­działa, co ma na myśli. Ona też nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego ich syn to zro­bił. Zda­wała sobie sprawę, że prze­cho­dzi trudny okres doj­rze­wa­nia. Pierw­sze miło­ści, zmiana szkoły, cała ta burza hor­mo­nów. To wszystko mogło spra­wić, że Szy­mek czuł się nie­pew­nie. Nie wie­rzyła jed­nak, że to mogłoby go popchnąć do samo­bój­stwa. Była prze­ko­nana, że ma to zwią­zek raczej z bój­kami, w jakie się wda­wał w szkole. Wcze­śniej się nie wtrą­cała, nie chciała naro­bić dziecku wstydu. Teraz jed­nak uwa­żała, że powinna się dowie­dzieć, co się działo z jej synem w ostat­nich mie­sią­cach.

- Mam do sie­bie żal - ode­zwał się Andrzej.

- O co?

- Zasta­na­wiam się, czy to nie moja wina. Tro­chę go doci­ska­łem z tą mecha­niką. Chcia­łem, żeby sobie pora­dził w szkole.

- Radził sobie. Na wywia­dówce nie było na niego żad­nych skarg.

- Może i tak, ale mam wra­że­nie, że zmu­sza­łem go do cze­goś, czego on nie czuł. Może powi­nie­nem mu odpu­ścić? Sam nie wiem...

- Tu chyba nie ma naszej winy. Przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o naukę. Bar­dziej mnie zasta­na­wia, czy nie ma to związku z tymi sinia­kami.

- Myślisz, że ktoś w szkole się nad nim znę­cał?

Andrzej uniósł się na łok­ciu. Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas bólu.

* * *

Żmi­grodzki wziął kolejny łyk z pier­siówki i strzep­nął popiół do umy­walki.

Chwilę póź­niej otwo­rzyły się drzwi i w progu sta­nął Paw­lak.

- Wódą od cie­bie wali - powie­dział naczel­nik.

- A czym ma walić, jak wódę piłem? - prych­nął Żmi­grodzki. - Prze­cież nie koloń­ską albo brzo­zową.

Wyjął z kie­szeni kożu­cha pier­siówkę i skie­ro­wał ją w stronę Paw­laka.

Naczel­nik pokrę­cił głową.

- Za dużo pijesz.

Żmi­grodzki wziął łyk i scho­wał alko­hol z powro­tem.

- Nie jesteś moją starą, żeby mi pie­przyć takie rze­czy.

- Pio­trek, zba­stuj. Może i nie jestem twoją starą, ale widzę, jak się sta­czasz. Już się tak nie łoi w fabryce jak kie­dyś.

- Ja tam róż­nicy nie widzę. - Żmi­grodzki zaga­sił papie­rosa na pod­ło­dze.

- Wiesz, że ostat­nio stary się dopier­dala o naftę w fir­mie. Za jakiś czas nawet ty obe­rwiesz. Nie będzie taryfy ulgo­wej. Nie obro­nią cię ani twoje wyniki, ani...

Komi­sarz spoj­rzał na naczel­nika groź­nie.

Paw­lak zamilkł. Wie­dział, że wszedł na grzą­ski grunt. Wspo­mi­na­nie komi­sa­rzowi o spra­wie Urbań­skiego mogło się oka­zać kolo­sal­nym błę­dem.

- Wiesz, że koło chuja mi lata, co ze mną będzie.

- Stra­cisz robotę.

Żmi­grodzki uśmiech­nął się i wyjął z paczki kolej­nego papie­rosa. Odpa­lił go i przez chwilę mil­czał.

- Myślisz, że robota jest dla mnie wszyst­kim? - spy­tał w końcu.

- A nie?

Paw­lak patrzył Żmi­grodz­kiemu w oczy. Obaj wie­dzieli, że bez poli­cji komi­sarz nie da rady. Prę­dzej czy póź­niej wybie­rze sznur lub sko­czy z okna.

- Dobra, posta­ram się mniej pić - powie­dział w końcu komi­sarz. - I tak już ogra­ni­czy­łem.

- Nie, Pio­trek. Od dzi­siaj w robo­cie jesteś trzeźwy. Nie ma popi­ja­nia w fabryce. Nie ma jazdy po kie­li­chu. Myślisz, że nie wiem, że pro­wa­dzisz na bańce?

- Skończ, Grze­chu.

- Nie. To ty masz skoń­czyć. Nie będę wiecz­nie krył ci dupy.

- Wiesz, że jak się zaprę, to nie tknę. Ani kro­pli.

- No wła­śnie nie wiem. Odkąd jestem tu naczel­ni­kiem, nie było dnia, żebym nie czuł od cie­bie gorzały. To się musi skoń­czyć. Rozu­miem, że masz pro­blem z Urbań­skim. Każdy na twoim miej­scu by miał. Ale do kurwy nędzy, minęło już osiem lat.

- Odkąd się oka­zało, że jest nie­winny, zale­d­wie dwa.

- I od dwóch lat chle­jesz prak­tycz­nie codzien­nie.

Żmi­grodzki zmie­rzył Paw­laka wzro­kiem i strzep­nął popiół na pod­łogę.

- Jutro nie tknę ani kro­pli. Pasuje?

- Pasuje.

Wycią­gnął dwa palce do góry w geście przy­sięgi.

- Ja, komi­sarz Piotr Żmi­grodzki, obie­cuję być od jutra trzeźwy. Od jutra - pod­kre­ślił i wyjął z kie­szeni pier­siówkę.

Wziął łyk, pusz­cza­jąc oko do naczel­nika.

* * *

Wro­cław, 1 wrze­śnia 1993 r.

Czu­łem, jak drżą mi nogi. Sta­łem przed budyn­kiem szkoły i patrzy­łem na ten ogromny gmach. To tutaj przez naj­bliż­sze pięć lat mia­łem się uczyć. Jadąc do szkoły, zasta­na­wia­łem się, jak to się ułoży. Nie wie­dzia­łem, ilu będzie chło­pa­ków w kla­sie, ile dziew­czyn i czy w ogóle jakieś będą. Z tego, co sły­sza­łem od kole­gów, w tech­ni­kach jest mało lasek. Z reguły wybie­rają licea lub szkoły zawo­dowe. Na podwórku było kilka dziew­czyn, które kształ­ciły się na sprze­daw­czy­nie lub fry­zjerki.

Znowu spoj­rza­łem w stronę wej­ścia na teren szkoły. Były tu dwa budynki. Widzia­łem gro­ma­dzą­cych się uczniów na nie­wiel­kim boisku pomię­dzy gma­chami. To tam miał się odbyć uro­czy­sty apel.

- Cześć - usły­sza­łem nagle z boku.

Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem Mirka. Cho­dzi­li­śmy do jed­nej pod­sta­wówki, ale do róż­nych klas. Ni­gdy nie mia­łem z nim jakichś zaży­łych rela­cji, dwa czy trzy razy zamie­ni­li­śmy słowo na kory­ta­rzu. Nic wię­cej.

- No hej - powie­dzia­łem.

- Też tu będziesz łaził? Do któ­rej klasy?

- Do pierw­szej b.

- To tak jak ja. Idziesz na fajkę?

Mirek ruszył w stronę bloku na Poznań­skiej. Widzia­łem sto­jącą tam mło­dzież, podzie­loną na mniej­sze grupki. Każdy palił papie­rosa. Pode­szli­śmy i Mirek przy­wi­tał się z jed­nym z chło­pa­ków.

- To Mar­cin, mój zio­mek z osie­dla - zwró­cił się do mnie.

Ski­ną­łem mu głową i uści­sną­łem wycią­gniętą rękę.

- Szy­mon.

- Znam cię z para­fii. Cho­dzi­łeś do naszej budy.

Nie koja­rzy­łem tego Mar­cina i zasko­czyły mnie jego słowa.

- Tylko że ty nie łazi­łeś z nami do jed­nej budy. Wypro­wa­dzi­łeś się ze sta­rymi z Kuź­nik i budę też zmie­ni­łeś - zauwa­żył Mirek.

- No fakt, ale go znam. Dobra, mniej­sza z tym. Fajki jakieś macie? - spy­tał Mar­cin.

Ski­ną­łem głową. Mia­łem pół paczki mar­sów. Nie było ich dużo, ale jakoś musia­łem prze­ła­mać lody. Lepiej wejść do szkoły z jaki­miś zna­jo­mo­ściami, niż być samot­nym kotem rzu­co­nym star­sza­kom na pożar­cie. Wycią­gną­łem paczkę do przodu i z lek­kim prze­ra­że­niem patrzy­łem, jak po papie­rosy sięga coraz wię­cej rąk. W końcu został w niej tylko jeden.

- Ostat­niego to nawet kurwa nie bie­rze - powie­dział Mar­cin, odpa­la­jąc papie­rosa.

Ja też zapa­li­łem i patrzy­łem na całe towa­rzy­stwo. Wie­dzia­łem, że naj­bliż­szy rok spę­dzę z nimi. Uważ­nie ich obser­wo­wa­łem. Chcia­łem wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia. Na kogo muszę uwa­żać, a kto wygląda cał­kiem przy­jaź­nie.

- Ej, ziomki, fajki jakieś macie? - Pod­szedł do nas wysoki bru­net. Miał wąs pod nosem i od razu było widać, że jest od nas star­szy.

- Ja mam - powie­dział jeden z naszej grupki.

Spoj­rza­łem na niego zasko­czony. Gru­bas przed chwilą sam się­gał po moje marsy, a teraz wycią­gał paczkę moc­nych w stronę bru­neta.

- Dzięki. Będę ci wisiał - powie­dział tam­ten. Odpa­lił papie­rosa i rzu­cił: - Krzy­siek.

- Paweł - powie­dział gru­bas.

Zaczę­li­śmy się po kolei przed­sta­wiać. Z grub­sza wie­dzia­łem już, kto jak ma na imię. Zda­wa­łem sobie jed­nak sprawę, że dopiero za jakiś czas wszyst­kich spa­mię­tam.

- Ej, lesz­cze, apel zaraz się zaczyna! - zawo­łał sto­jący kawa­łek dalej chło­pak z trze­ciej klasy.

Więk­sza część mło­dzieży weszła na teren szkoły. Wzią­łem ostat­niego macha i ruszy­łem w stronę swo­jego prze­zna­cze­nia.

* * *

Wro­cław, 15 lutego 1994 r.

Tomek leżał na wer­salce i ważył w dłoni bagnet. Miał już plan i zamie­rzał go jak naj­szyb­ciej zre­ali­zo­wać.

Musiał pomścić Szymka. Nie mógł tego tak zosta­wić. Jego kum­ple, za któ­rych mógłby wsko­czyć w ogień, spra­wili, że młody ze sobą skoń­czył. Nie mógł powie­dzieć matce, co zamie­rza zro­bić. Nie może jej też wyznać, że wie, co spra­wiło, że Szy­mek rzu­cił się pod pociąg. Będzie musiał jak naj­szyb­ciej doko­nać zemsty. Co się sta­nie potem, nie miało już dla niego zna­cze­nia.

Może trafi na dłu­gie lata do wię­zie­nia, a może uciek­nie za gra­nicę. Już jakiś czas temu marzył o służ­bie w Legii Cudzo­ziem­skiej. Kilku ziom­ków wyje­chało do Fran­cji, żeby się zacią­gnąć. Jak dotąd jed­nak żad­nemu nie udało się przejść selek­cji do tej eli­tar­nej jed­nostki. Wró­cili wszy­scy z wyjąt­kiem Cza­chy. On został tam na budo­wie i teraz sta­wia domy w Paryżu i oko­licy. Mun­dur żoł­nie­rza zamie­nił na ciu­chy budow­lańca. Kara­bin zastą­piła kiel­nia. Marze­nie o akcjach bojo­wych wyparły rutyna i smutna rze­czy­wi­stość.

Tomek wstał z wer­salki i pod­szedł do okna, za któ­rym padał śnieg. Widział mło­dzież wra­ca­jącą ze szkoły. On dzi­siaj nie poszedł. Nie mógł ani nie chciał. Matka z ojcem też zostali w domu. Żadne z nich nie sku­pi­łoby się na swo­ich obo­wiąz­kach. Nikt nie umiałby przejść nad tym, co się wyda­rzyło, do porządku dzien­nego. Samo­bój­cza śmierć członka rodziny odci­snęła na nich swoje piętno. Na nim szcze­gól­nie. Nie wie­dział, czy kie­dy­kol­wiek uda mu się zapo­mnieć, jak bar­dzo nawa­lił. Nie miał poję­cia, czy kie­dy­kol­wiek sobie wyba­czy, że nie sta­nął w obro­nie młod­szego brata. Może wystar­czyło powie­dzieć "dość" i kum­ple odpu­ści­liby Szym­kowi? Fakt, na początku pro­te­sto­wał, ale potem już tylko patrzył w mil­cze­niu. Mógł rzu­cić się na pozo­sta­łych, a potem posta­rać się z Szym­kiem uciec. Nie zro­bił jed­nak nic. A teraz musiał pomścić brata.

Zasta­na­wiał się, czy nie poje­chać od razu do Dra­gona i nie zała­twić go tym bagne­tem. Mógł zro­bić to szybko, zanim ten zacznie się tego spo­dzie­wać. Bo że zacznie, było bar­dzo praw­do­po­dobne. Każdy na miej­scu Tomka chciałby wyrów­nać rachu­nek krzywd. Zda­wał sobie sprawę, że musi go zała­twić w momen­cie, gdy nie będzie przy nim nikogo z paczki. W prze­ciw­nym razie reszta szybko by go powstrzy­mała. Kto wie, może nawet podzie­liłby los Szymka. Grupa, do któ­rej nale­żał, nie lubiła zdraj­ców.

Pew­nie zostałby pobity, może nawet zgwał­cony. Poka­za­liby mu, że jest dla nich nikim.

Musiał to odpo­wied­nio zapla­no­wać.

Nagle usły­szał za drzwiami krzyk matki:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki